Rozdział 1
Mam na imię Marzena. Jestem dziewczynką, czego zapewne domyśliliście się z imienia. Mieszkam na osiedlu „Poziomkowe Tarasy” przy ul. Jana Brzechwy 7 z bratem i rodzicami. Mam 5 lat i chodzę do przedszkola. Ernest jest o rok starszy, czyli ma 6 lat, co przecież łatwo obliczyć. Mój brat chodzi do zerówki, a już od września — z czego jest bardzo dumny — będzie uczył się w szkole, czyli zostanie „pierwszakiem”.
Zapewne chcielibyście wiedzieć, jak wyglądamy? Ja mam włosy w kolorze mlecznej czekolady, najczęściej związane w kitki lub zaplecione w warkoczyki. Lubię się śmiać, słuchać bajek, które na dobranoc opowiada mi mama, oraz uwielbiam bawić się swoimi lalkami, dla których jestem mamą. Ernest ma włosy w kolorze kukurydzy. Lubi psocić i czasem robi mi psikusy. Jest wyższy ode mnie, silniejszy i szybciej biega. Jak na swój wiek bardzo dobrze czyta, więc ostatnio jego ulubioną lekturą są książki opowiadające o niezwykłych podróżach i odkrywcach. Chociaż od czwartku twierdzi, że być może zostanie naukowcem, a podróżował będzie w czasie wolnym. Narysowałam i ozdobiłam nasz portret, ale niestety nie potrafię zbyt dobrze rysować.
Bardzo lubię się bawić ze wszystkimi dziewczynkami z przedszkola, jednak moją najlepszą przyjaciółką jest Maja. Mieszka w dużym czerwonym domu naprzeciw naszego. Ona, podobnie jak ja, ma brata Antka, z którym Ernest się przyjaźni. Obydwoje są tego samego wzrostu i mają włosy w kolorze pomidora.
Pewnego lipcowego popołudnia wracaliśmy z tatą od dziadków. Tatuś musiał, zamiast autostradą, jechać inną drogą, ponieważ wydarzył się wypadek. Jechaliśmy właśnie szosą, która ciągnęła się przez las. W pewnej chwili zwolniliśmy, a Erni mruknął:
— Ocho, coś mi się zdaje, że złapaliśmy gumę.
Niestety miał rację. Tata zjechał na pobocze, aby zmienić oponę. Dostrzegłam śliczną polankę, na której były ustawione ławki i stoliki. Zapytaliśmy, czy możemy tam iść. Naturalnie zgodził się, ale dodał:
— Pamiętajcie, aby się nie oddalać. W lesie łatwo można zabłądzić.
— Tato, przecież jesteśmy już duzi i wiemy, jak należy się zachować — powiedział mój brat i zrobił niezwykle „mądrą minę”.
Polana była bardzo duża, przynajmniej tak mi się wydawało. Pomyślałam, że można by tu zrobić wspaniały piknik. Przez chwilę słuchaliśmy odgłosów lasu, po czym nogi same nas poniosły w kierunku ogromnego dębu, wokół którego rosły wysokie pióropusze paproci. Nagle usłyszeliśmy szelest i odgłos łamanych gałęzi. Coś lub ktoś zbliżał się w naszym kierunku.
— O rety! To może być dzik! — wyszeptał Ernest, starając się opanować emocje. — Jeśli to będzie locha z małymi, to możemy mieć kłopoty — dodał.
— Co takiego? — zapytałam.
— Oj, no… dziewczyna-dzik nazywa się locha. Może być bardzo niebezpieczna, zwłaszcza jeśli wędruje ze swoimi dziećmi. Jeśli uzna, że im zagrażamy, to może nas zaatakować.
Mój brat chwycił mnie za rękę, starając się odciągnąć w bezpieczne miejsce. Nie mogłam się ruszyć. Wysokie liście paproci falowały, wskazując, że to „coś” jest coraz bliżej.
— Jak rany! Marzena, rusz się! — niemalże krzyknął Ernest.
Patrzyłam jak zahipnotyzowana, nie mogąc zrobić kroku. Wtem liście paproci się rozsunęły i ukazała nam się niezwykla postać. Wyglądał jak chłopiec, przy czym muszę podkreślić, że bardzo umorusany chłopiec. Miał czarne, kręcone włosy z przyklejoną muszelką ślimaka, szyszeczkami i wplątanymi igłami sosnowymi, spośród których sterczały dwa różki. Spoglądał na nas czarnymi, bystrymi oczami, a na zadartym nosku siedziała biedronka.
— Cześć — powiedział.
— Cześć — odpowiedzieliśmy prawie równocześnie.
— Jestem Diabełek — powiedział i wyszedł z paproci.
Był taki wysoki jak Ernest. Od szyi do stóp jego ciało pokryte było włosami — czarnymi i lśniącymi. Miał na sobie tylko postrzępione spodenki, które już dawno straciły kolor. Byliśmy tak zdziwieni, że na moment zaniemówiliśmy.
— Yyyy… cze… no… uch… — wydał z siebie dźwięk Ernest.
Diabełek wyciągnął do nas rękę na powitanie.
— Cze… Cześć… Jestem Ernest — wymamrotał mój brat i uścisnął rękę Diabełka.
— A ja jestem Marzena — powiedziałam i również się przywitałam. Miałam wielką ochotę uszczypnąć się, żeby sprawdzić, czy to nie sen.
— Co ty tutaj robisz? — zapytałam.
— Mieszkam. To znaczy mieszkałem — odpowiedział Diabełek i bardzo posmutniał, po czym machnął ogonem… Tak, ogonem! Nasz nowy znajomy miał ogon! Jeśli ktoś widział krowi ogon, to ten był bardzo podobny: czarny i zakończony czarną kitką.
— Wyobraźcie sobie, że mieszkałem w starym dębie, aż tu któregoś dnia przyszli jacyś ludzie z wielkimi, ryczącymi maszynami i wycięli drzewa, również moje. I teraz szukam innego, bo… bo… nie mam gdzie mieszkać… Muszę przejść na drugą stronę lasu i tam poszukać.
Po policzku Diabełka spłynęła duża łza, robiąc jaśniejszy ślad na brudnej buzi.
— Ale jak to… To nie masz domu? Takiego zwykłego? — zapytałam, bo nie mogłam pojąć, że można nie mieć domu takiego, w jakim mieszkaliśmy z bratem.
— No właśnie miałem, ale go straciłem. I nie tylko ja. Wiele zwierząt musi sobie teraz znaleźć nowe mieszkanie. Państwo Gackowie zamieszkali u swojej rodziny na strychu starego pałacu. Rodzina wiewiórek, kun, lisów i łasic przeniosła się na południową stronę lasu. Nie wspomnę już o ptasich rodzinach, które straciły swoje schronienie.
— Wiesz co, Diabełku, skoro szukasz domu, to może na razie zamieszkasz u nas? — zapytałam.
— To świetny pomysł! — skwapliwie potwierdził Ernest. — Tak, właśnie. Zanim nie znajdziesz odpowiedniego domu, to możesz zostać u nas.
Oczywiście, nie zastanawiając się, co powie na to tatuś i mamusia, gorąco namawialiśmy Diabełka, aby z nami pojechał. W końcu nasz przyjaciel zgodził się. W samą porę, bo właśnie tato zawołał nas do samochodu. Kiedy podeszliśmy do miejsca, gdzie stało auto, tata chował coś do bagażnika.
— Tatusiu, chcemy ci kogoś przedstawić. Stracił dom i zaprosiliśmy go do nas i… — zaczął Ernest, ale urwał, gdy zobaczył minę taty. Tata miał dziwny wyraz twarzy i zrobił się blady. Tymczasem Diabełek podszedł i przedstawił się. Tata uścisnął jego rękę i stwierdził, że musi usiąść.
— Wybacz, Diabełku — powiedział tata, ocierając pot z czoła. — Jesteś pierwszym diabłem, jakiego w życiu spotkałem.
— Tak, tak, wiem. Ilekroć zdarzy mi się spotkać człowieka, to zawsze robię na nim piorunujące wrażenie — powiedział Diabełek i zachichotał. — Najdziwniejsze jest to, że dzieci są bardziej „odporne” na mój wygląd. Kiedyś jakiś człowiek postawił dom z płótna i…
— To był namiot — wtrącił wyjaśnienie Ernest. — O, przepraszam. Tak mi się wyrwało.
— Miał tam książki i jakieś dziwne urządzenia, ale co najśmieszniejsze, to cały ten… namiot był udekorowany czosnkiem. Nawet on, gdy chodził po lesie, był nim obwieszony. Zdarzyło się, że zgubił książkę, w której coś zapisywał, więc poszedłem, aby mu ją oddać. Grzecznie się przywitałem i powiedziałem, po co przyszedłem, a on zaczął trząść się i dzwonić zębami. Spakował się i uciekł, krzycząc coś o duchach i potworach. Gdzie on je widział, to nie wiem, bo sam nigdy żadnego nie spotkałem — skończył opowiadanie i w zamyśleniu podrapał się po czuprynie, z której posypały się igły sosnowe.
Tata najwyraźniej trochę ochłonął, ponieważ zarządził, abyśmy wsiedli do samochodu. Diabełek z zainteresowaniem obejrzał nasze auto i zapytał:
— Jedziemy tą puszką?
— Tak. Ta puszka… to znaczy samochód, jest bezpieczna i nic złego ci się nie stanie — zapewnił go tata.
— Wiecie, ja jednak zostanę — powiedział Diabełek, któremu podróż „puszką” najwyraźniej nie przypadła do gustu.
Po zapewnieniach, wyjaśnieniach i perswazjach nasz przyjaciel w końcu usadowił się w aucie i ruszyliśmy do domu.
Nowy dom i wielkie mycie
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, było już ciemno. W oknach płonęło światło.
— Mam nadzieję, że mama nie zemdleje, jak nas zobaczy — szepnęłam do Ernesta tuż przed drzwiami.
Tata szedł pierwszy, za nim ja, w środku Diabełek, a pochód zamykał mój brat.
— Basiu, już jesteśmy i przywieźliśmy gościa! — powiedział głośno tata.
Mama schodziła ze schodów i zobaczyła nas wszystkich w całej okazałości. Aż usiadła z wrażenia! Diabełek przedstawił się i przywitał. Ja i Ernest, co prawda dość chaotycznie, opowiedzieliśmy o spotkaniu z nim i o tym, że zaproponowaliśmy mu, aby z nami zamieszkał na jakiś czas. Mama wstała, podeszła do nas i powiedziała:
— Miło mi cię poznać, Diabełku. Myślę, że najpierw zaczniemy od kąpieli, a potem zjemy kolację.
— A co to takiego ta „kolacja”? — zapytał nasz przyjaciel.
— Kolacja to ostatni posiłek, który je się wieczorem — wyjaśniła mama.
— Acha. Ale jeśli chodzi o kąpiel, to nie ma takiej potrzeby, bo rok temu umyłem się dokładnie, kiedy wpadłem do strumienia — próbował uniknąć spotkania z wodą.
— Mój drogi Diabełku, myślę, że porządna kąpiel jest wskazana. Zapraszam cię do łazienki. Ernest ci pomoże — powiedziała stanowczo mama, a Diabełek nie miał wyjścia. Podreptał za nią, a za nim — ma się rozumieć — my.
Kiedy weszliśmy do łazienki, nasz przyjaciel rozglądał się z wielkim zainteresowaniem. W końcu wszystko było dla niego nowe i nieznane. Diabełek podszedł do umywalki i zapytał:
— Co to za miska? Tutaj je się kolację? — zapytał i wziął do ręki mydło. Przez chwilę bardzo dokładnie je oglądał i wąchał, po czym ugryzł kawałek. — Mmm. Bardzo dobre. Takie… odświeżające — powiedział, mlaszcząc i oblizując się.
— Nie! Tego się nie je! — krzyknęliśmy obydwoje z bratem.
— Nie, to służy do mycia rąk — powiedziałam i zademonstrowałam mu, jak się myje ręce.
— Oooo! Macie własny strumyk! — ucieszył się.
— To się nazywa kran i… jeśli tu naciśniemy, to płynie woda. Oj, Ernest, wyjaśnij, bo ja nie znam się na tych skomplikowanych szczegółach — powiedziałam.
— Ja myślę, że najlepiej wyjaśni to tata, a na razie Diabełek musi się ze wszystkim zapoznać.
Tymczasem nasz przyjaciel podszedł do wanny.
— A ta balia to do mycia? — zapytał.
— To się nazywa wanna i rzeczywiście służy do kąpieli — wyjaśnił mój brat i odkręcił wodę.
Diabełek patrzył jak oczarowany. Wyciągnął rękę, włożył ją pod strumień wody i powiedział:
— Jak milutko. Jest taka cieplutka. To nie to samo, co woda w strumieniu, która nawet latem jest zimna.