E-book
20.48
drukowana A5
43.45
Desperacja

Bezpłatny fragment - Desperacja


5
Objętość:
218 str.
ISBN:
978-83-8189-962-8
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 43.45

Dla M., która zawsze jest obok —

— w podziękowaniu za wszystko.

Przede wszystkim za to, że jest.


Dla drugiej M., za jej siłę,

za radzenie sobie z chorobą,

przy której ja dawno bym się poddała.

Katowice, 2018/2020


„Ostatnio wstać mi coraz trudniej

Za długa noc za krótki dzień

A każdy miesiąc jest jak grudzień

Przez żaluzje”


— Kortez „Hej Wy”

Chwila I

Jestem zmęczona.

Zmęczona nie tym, że spałam niecałe cztery godziny. Nie kwaśnym posmakiem, który pozostał na nabrzmiałym języku po dwóch — albo trzech? — butelkach Fresco i jednym kieliszku mojito. Nawet nie sam seks mnie zmęczył, bo trwał jakieś żałosne dwie godziny.

Jej widok mnie zmęczył.

Włosy rozrzucone na poduszce nie kusząco, a raczej niechlujnie. Kołdrę skopała na koniec łóżka, więc widzę ją całą. Śpi rozkraczona, w pełnej okazałości, tak, jakby wczoraj zaoferowała mi cokolwiek interesującego. Jedna noga zgięta w kolanie, druga wisi poza łóżko, głowa odwrócona do mnie tyłem; za to gładko wygolone — po co, no po co? — krocze gapi się prosto na mnie. Biust młody, ale już jakby pusty, nudny, pospolity. Jest piękna. Ma piękną twarz. Ciało też ma piękne, jej pospolity biust jest piękny i wygolone — no po co? — łono też jest piękne. Ale nudne, bo cała noc była nudna. Choć to, co przed nocą, było obiecujące.

Każdy piątkowy wieczór spędzam w Lex, jednym z wielu barów w moim mieście dedykowanych osobom LGBT, jednak jedynym typowo lesbijskim. Chociaż nie wyklucza towarzystwa panów, jakoś tak się przyjęło, że do Lex chodzą tylko kobiety. I dobrze. Geje mają dużo „swoich” barów, „swoich” aplikacji na smartfony, „swoich” portali internetowych. Nie, żebym miała z nimi problem; po prostu łatwiej szukać towarzystwa, gdy w zasięgu wzroku są tylko kobiety.

W każdy piątkowy wieczór siedzę przy barze, samotnie popijając mojito, z nadzieją, że do domu nie wrócę sama. Przeważnie się udaje. Piję do momentu znalezienia odpowiedniej partnerki, ale nigdy więcej niż cztery. Cztery drinki, nie partnerki. Nie lubię być nawalona. Więc jeśli po czwartym drinku dalej siedzę sama, po prostu wracam do domu i włączam jakiś durnowaty sitcom, jeden z tych, które podpowiadają ci, kiedy masz się zaśmiać.

Nieprawda. Nie kończę, nie wychodzę po czterech. Ale zawsze sobie obiecuję, że tym razem tak będzie.

Jednak dziś to ona cuchnie kacem. Nie ja. Wypiła dużo więcej ode mnie. Cuchnie kacem i brakiem prysznica, a jej gapiące się na mnie krocze cuchnie beznadzieją.

W ten piątek — dziś jest sobota, więc we wczorajszy — byłam wyjątkowo trzeźwa. Po pierwszej szklance uśmiechnęła się do mnie Gładka Pusia, na imię Natalia, lat 21, biseksualna, farbowane na pseudo-ombre blond włosy, czarna sukienka do kolan, piękny uśmiech. Nim mnie urzekła. Mówiła bardzo dużo, a ja popijałam mojito, przytakując i wpatrując się w równiutkie, nieco pożółkłe od kofeiny lub nikotyny, lub jednego i drugiego, zęby, w ten uśmiech pełen dziewczęcego wdzięku, radości. Choć miała do powiedzenia naprawdę wiele, w międzyczasie zdążyła wydoić kilka przeróżnych drinków, przy każdym nowym prosząc o mocniejszy. A im bardziej pijana, tym więcej słów. Spodobała mi się jej energia. I to, że tak samo, jak ja, szukała tylko przygodnego seksu.

Choć po wyjściu z Lex z trudnością utrzymywała równowagę, po drodze zahaczyła o monopolowy i kupiła kilka butelek różowego Fresco. Ani to dobre, ani niedobre. Ot, wino musujące. Wypite już w moim mieszkaniu, jej całkowicie zawróciło w głowie, a mi dodało animuszu. Pod koniec drugiej — lub trzeciej, kto by to liczył? — butelki, pomogłam jej w rozrzucaniu bielizny po podłodze; sama nie potrafiła już rozpiąć stanika, roześmiana od ucha do ucha. Przyznała, że zdecydowanie częściej sypia z mężczyznami — w zasadzie z kobietą miała tylko dwa stosunki; tak to raczej pocałunki po pijaku. Objęłam za punkt honoru pokazać jej, jak piękny jest seks kobiecy.

Plusem Gładkiej Pusi jest to, że podczas pieszczot nic nie drażni języka. Za to samej zainteresowanej pozwala czuć o wiele więcej. I rzeczywiście, Gładka doszła po kilku zaledwie minutach moich starań. Gdy dotykałam ją przez bieliznę w windzie bloku, była już wilgotna. Kiedy wsunęłam pierwszy palec w jej oparte o drzwi mojej kawalerki ciało, była całkowicie gotowa. Gdy piłyśmy wino wpół rozebrane na podłodze, praktycznie błagała wzrokiem, bym wreszcie skończyła to, co zaczęłam. I choć w lesbijowni była tak rozgadana, to w trakcie seksu uroczo cicha. Gdy większość moich kochanek jęczała lub wzywała wszelkich bogów, ona wzdychała, dyszała, uśmiechała się. Sukienkę zostawiła pod drzwiami, bielizna wylądowała na podłodze; lizałam ją już na łóżku, rozkraczoną jak teraz, gdy śpi. Gdy zassałam ustami jej łechtaczkę, wypchnęła biodra z tak oczywistym zdumieniem, jakby nie miała pojęcia, że jej ciało potrafi takie rzeczy.

Po pierwszym spełnieniu zdyszana, mokra, zaróżowiona, pozwoliła mi przerzucić się na brzuch. Stała się całkowicie uległa, lekka i wiotka jak lalka. Twarz wbiła w poduszkę, biodra odrzuciła nieco do góry, podkreślając krągłe, miękkie pośladki; uda rozsunęła tak, bym widziała całą jej wilgoć. Pozwoliła złapać się za włosy i pociągnąć do siebie, gdy w nią wchodziłam; z każdym kolejnym pchnięciem prosząc w końcu o więcej i więcej. Jej poprzednie kochanki nie używały strap-ona, ich palce nie miały wibracji.

Po drugim spełnieniu padła na poduszki, powtarzając, że było niesamowicie — mile połechtała moje ego; nie uważam się za wyjątkowo dobrą w łóżku. Raczej przeciętną, co najwyżej poprawną. Tak czy inaczej, byłam już nieźle wstawiona i cholernie podniecona; miałam wrażenie, że moja łechtaczka za chwilę eksploduje. Całując dochodzącą do siebie Gładką za uchem, przyciągnęłam jej dłoń do swojego ciała, wyraźnie domagając się jakiegokolwiek działania. Nie była zbyt delikatna; od razu wsunęła we mnie dwa palce i, hacząc paznokciami od środka, zaczęła ruszać ręką tak szybko, jakby próbowała mnie rozerwać. Drugą złapała wiszącą nad jej twarzą pierś i ścisnęła jak pluszaka. Jak gdyby pierwszy raz dotykała kobiety. Miętosiła na zmianę jeden i drugi cycek, monotonnie próbując zadowolić mnie palcami; w efekcie sprawiła tylko sporo bólu. Kiedy po kilku minutach próśb, by była nieco delikatniejsza, zrozumiałam, że nie ma zamiaru zmienić taktyki i prawdopodobnie nie ma zielonego pojęcia, do czego służy łechtaczka, wydałam z siebie kilka dźwięków imitujących orgazm i pozwoliłam jej zasnąć.

Jestem zmęczona brakiem zaspokojenia.

Tym, że Gładka potrafiła wziąć, ale nie umiała dać. Tym, że jej poprzedniczka nie chciała kochać się przy zapalonym świetle i nie zdjęła nawet koszulki. Tym, że jeszcze wcześniejsza nalegała na kolejne spotkanie, tym razem w trójkącie z jej chłopakiem, o którym zapomniała mi wspomnieć. Tym, że choć niemal każdej soboty zalewam pościel sokami innej kobiety, wciąż czuję nudę. I że każdego poranka patrzę z obrzydzeniem na te skacowane, roznegliżowane, czasami podrapane ciała. Że w moim mieszkaniu, zamiast pachnieć seksem, wali trawionym alkoholem i jednostronnym orgazmem.

Jestem zmęczona smrodem desperacji.

Chwila II

Obudziła się.

Dłonią przetarła wciąż zamknięte oczy, rozmyła resztki tandetnego makijażu na powiekach i przy nosie, jakby dotychczas wyglądała za mało odpychająco. Jedno ramię wyciągnęła do tyłu, wyciągnęła drugie, łącząc łopatki. Blady biust wypchnęła do przodu, zaprezentowała niewielkie, ale cudownie brązowe otoczki maleńkich jak guziki, sterczących z zimna sutków. Płaski brzuch zapadł się lekko, zwisający z niego srebrny kolczyk delikatnie zakołysał. Przeciągnęła się mocno i długo jak kotka w rui, wydając przy tym niski pomruk. Otworzyła jedną powiekę, zamknęła. Otworzyła dwie, zamrugała, zamknęła oczy, porażona słońcem. Zsunęła kolana, jakby orientując się wreszcie, że Jej Wysokość Gładkość od kilku godzin wpatruje się we mnie swoim małym, miękkim okiem.

— Wo… wody… — wydukała głosem zachrypniętym, skacowanym, zbolałym. Znów uchyliła powieki, tym razem delikatniej, ostrożniej, przygotowana na tępy ból światła. Wyciągnęła rękę z dłonią o starannie wypielęgnowanych, ewentualnie doklejonych, paznokciach w kolorze wiśni. Jakby w barze była. „Wody”, zażąda, i wodę po sekundzie dostanie, tak myśli? Nie dostanie, bo nie przyniosłam. Niech się męczy, jak ja się męczyłam całą noc — niespełniona.

Podciągnęła się na poduszkach, jej blade piersi zafalowały delikatnie; do góry, na dół, jeszcze raz do góry i na dół. Usiadła, nagie plecy oparłszy o wezgłowie łóżka; zmarszczyła czoło, czując jego drewniany chłód. Na łydki, następnie uda, biodra i w końcu brzuch naciągnęła kołdrę wymiętą, jak wymięte pozostało wspomnienie naszego pseudoseksu. Jej seksu.

— Masz wodę? — zapytała już trochę trzeźwiej i spojrzała na mnie w końcu, ale w taki sposób, jakby widziała mnie pierwszy raz w życiu. Naciągnęła kołdrę pod samą szyję gestem zawstydzonym, gestem kobiety, która zdała sobie sprawę z tego, że znowu spuściła hamulce i przespała się z pierwszym lepszym nieznajomym; gestem, którego nie cierpię.

Nie mogę patrzeć na jej wstyd.

Idę więc do kuchni. Mam nadzieję, że nie będzie chciała zjeść śniadania. Nie chcę oglądać jej uciekającego przy każdym gryzie spojrzenia, sztucznego uśmiechu, skrępowania tym, że słyszę każde jej przełknięcie, mlaśnięcie, ruch zębów, których wczoraj nie umyła. Otwieram lodówkę i udaję, że wyciągam wodę. Nie mam wody, bo jej nie pijam. Na śniadanie zresztą też mam niewiele; na górnej półce siatka ze zmiękłymi pomidorami, niżej świeży jarmuż, owocowy koktajl domowej roboty, który stoi w butelce od kilku dni. Na dolnej półce resztka wczorajszego obiadu; kuskus wymemłany z pastą marchewkową, a w misce obok sama pasta, na kanapki. Co z tego, skoro w piekarni nie byłam od dwóch dni. Przecież nie dam jej jarmużu na śniadanie.

Z szafki wyjmuję ciemnobrązową szklankę z duralexu, przemywam ją pod kranem, sama nie wiedząc po co. Nalewam wodę. Masz, kurwa, Kranówiankę. Wracam do Gładkiej.

Bez słowa łapie szklankę i wypija kranówę duszkiem; jeden wielki łyk za drugim. Gdyby miała jabłko Adama, skakałoby jak szalone. Trochę wody ucieka jej kącikiem ust, ścieka po brodzie, skapuje na pościel, zostawia mokrą plamę wielkości jednogroszówki. Oddaje mi szklankę, usta przeciera wierzchem wypielęgnowanej dłoni i rozpoczyna gorączkową gonitwę wzrokiem za częściami swojej odzieży. Koronkowy, czarny stanik na podłodze przy łóżku. Majtki, pewnie kupione w komplecie, pół metra dalej. Sukienka, pognieciona, leży pod drzwiami. Nic nie zmieniło się od wczoraj.

Marszczy czoło delikatnie, jak gdyby analizując, ile czasu spędzę oglądając ją nagą, gdy będzie zbierać ciuchy; no bo przecież to nie ja, tylko moja sąsiadka, spędziła kilka minut z językiem między jej nogami. Przy pierwszej Wstydliwej uważałam to za zabawne i urocze. Dziś wiem, że to żałosny wynik zabraniania kobietom ich seksualności. Wmawiania nam, że seks jest dla mężczyzn. Zdobywanie jest dla mężczyzn. Kobieta jest tylko chodzącym układem rozrodczym, zbiorem jajeczek; pojęcia takie jak przyjemność czy orgazm zna tylko z tandetnych pism dla kur domowych, do których znudzone żony wysyłają przepisy na pasztety, sałatki i inne serniki. Gardzę pruderyjnością.

Nie mogę na to patrzeć.

Podaję jej koronkowe figi, a ona wsuwa je pod kołdrę ze wzrokiem wbitym w pościel, sugerując, że nie ma zamiaru pamiętać, jak przy zsuwaniu ich z jej gładkich, mocnych ud, przejeżdżałam po nich ustami. Podaję stanik, ona szybkim ruchem zapina go na plecach. I nawet w bieliźnie nie wstaje po sukienkę. Wciąż pozostaje pod kołdrą. Ocipieję.

Zbieram z podłogi sukienkę, rzucam jej na pościel. Wychyla się po nią, przy czym nie zapomina, żeby pościel kurczowo trzymać tuż pod brodą — sytuacja zaczyna się robić komiczna. I tak jak jej twarz była piękna wczorajszego wieczoru, była piękna nocą, gdy odrzucała ją w przedłużającej się ekstazie i nawet dziś, gdy spała, była piękna, teraz jest żadna. Żadne są jej zwrócone wciąż gdzieś obok mnie jasne oczy, żadne są zaokrąglone policzki z żadnymi dołeczkami pośrodku. Żadne są wąskie usta z resztkami ciemnej szminki w kącikach. Żadne jest jej pożegnanie, gdy już po kilku minutach od zakrycia krągłości sukienką i znalezieniu w kuchni torebki, stoi w drzwiach mojego mieszkania; wciąż unikając mnie wzrokiem, klepie niezdarnie po ramieniu jakby żegnała irytującego wujka, który po raz kolejny nawalił się na imprezie rodzinnej i cały wieczór smyrał ją stopą po łydce, pod stołem, co by żona nie widziała.

Wyszła. Zamknęłam drzwi.

Pozostałam ja i wątły zapach, smród, odór jej tanich perfum, kaca i nagiej kobiety, która obok drugiej nagiej kobiety, śpiącej, zaspokajała się samą dłonią, tą samą, którą wcześniej pieściła niedoszłą — choć ona doszła — kochankę.

Panna Gładka, kolejny punkt na liście moich nocy kończących się masturbacją, choć strap-on lśni od soków.

Chwila III

Głowa pęka mi od hałasu, gwaru, wrzasków, pisków. Choć mieszkanie, lokum moje, mój niby-dom wynajmowany w obskurnej kamienicy porośniętej mchem jest tak ciche, cichy, to jednak drze mi się tą ciszą wprost do mózgu. Siedzi kłębek nicości na ramieniu i chichra się, skacze przez czaszkę na drugie ramię, liże za uchem lubieżnym gestem starego, obrzydliwego dziada. Cisza owija dookoła mnie swoje lepkie łapska i wciąga, wciąga głęboko do swojego wnętrza cuchnącego zgniłym mięsem, wyłożonego pleśnią, papierosowym popiołem i flegmą. Przewierca mózg, piszczy, wrzeszczy; cisza, moja najdroższa przyjaciółka, mój największy wróg, najwierniejsza kochanka.

Dość.

Trzeba wyjechać daleko od kamienicy, mchu; tam, gdzie plecy nie będą bolały nieustannie od półleżenia przez kilka godzin w łóżku z przerwą tylko na siku. Tam, gdzie dłonie przestaną drżeć, gdy zdobędę się na wysiłek trzeźwości. Gdzie sterta naczyń nie będzie na mnie czekać, a pomidory zapadać się w lodówce. Trzeba się spakować, ale zabrać niewiele, bo przecież wszystko jest spowite samotnością i będzie zarażać, trzeba znaleźć walizkę nieużywaną od lat, trzeba zamknąć mieszkanie, kawalerkę, na klucz i pójść, pojechać na dworzec, wsiąść do pociągu byle jakiego, ale zadbać o bilet i nie brać zielonego kamienia. Nie trzeba dać znać szefowi w pracy, bo przecież szukam jej — szukałam — miesiącami, jeszcze mam oszczędności, wystarczy na podróż i parę tygodni życia. Ale w kuchni, na blacie także wynajętym, bo mieszkanie, kawalerka była umeblowana, stoi butelka z resztką wczorajszego Fresco. Na jedną lampkę wystarczy. Jeszcze tylko kieliszeczek i można wyjechać, pakować się, walizkę znaleźć, pójść, pojechać na dworzec, wyjechać. Tylko jeden, więcej wina musującego nie ma.

Trochę się rozlewa, kiedy drżącą z pijaństwa i złości dłonią napełniam brudny kieliszek mój albo Gładkiej, ale nie szkodzi, blat lepi się nie tylko od wczoraj, lepi się od tygodnia. Wino jest ciepłe, cierpko-kwaśne, rozgazowane, smakuje brudną kobietą, ale przyjemnie rozwiewa chłód ciszy. Piję do dna, bo niewiele jest do wypicia. Zerkam na drugą butelkę, jednak nie ma w niej ani kropelki. Marzę o zimnym piwie w kolorze bursztynu z pianką na dwa palce, lanym prosto z beczki, bez soku, bez słomki — rurki, rurki jest poprawnie — podanym w kuflu przekazywanym codziennie dziesiątkom desperatek. Nie ma piwa. Ani butelkowego, ani puszkowego, beczki tym bardziej. Napiję się tam, gdzie wyjadę.


Nie muszę szukać walizki, bo przecież leży nieużywana tam, gdzie zawsze — w białym komandorze przy drzwiach wejściowych, na górnej półce, w towarzystwie starych albumów ukrytych w pudełkach po butach, po prawej stronie. Kijem od miotły zrzucam ją na podłogę; stłumiony huk wbija mi się w mózg, ale rozwiewa ciszę, chociaż na tę sekundę. Cienka warstwa kurzu unosi się w powietrze. Oto ona: plastikowa, czarna przepustka do ucieczki od niczego.

Zabieram ze sobą całą bieliznę; tę samą parę spodni mogę nosić tydzień, jeśli ich nie poplamię, ale przecież majtki zmieniać trzeba. Nie upadłam jeszcze tak nisko. A do każdej pary stringów, fig, bokserek i okresówek mam odpowiedni stanik — kupuję tylko komplety. Lubię bieliznę. Koronkową, półprzezroczystą, odkrywającą, zakrywającą, wyzywającą, pruderyjną, czerwoną, czarną, białą. Kocham bieliznę.

Dwie pary spodni — czarne, bo do wszystkiego pasują i bordowe, bo mój tyłek układa się w nich o wiele lepiej, niż w rzeczywistości wygląda. Skórzaną, rozkloszowaną spódnicę przed kolano, trzy sukienki, kilka lnianych koszuli, parę topów. T-shirtów nie noszę. Są żadne. Marynarkę też wezmę, dobrze się w niej czuję — jak kobieta sukcesu, jak wszystko, czym nie jestem. Pasuje do bordowych spodni.

Tampony, bo niedługo będzie na nie czas, lokówkę, ładowarkę do smartfona, którego nie używam od miesięcy inaczej niż w formie zegarka i kalendarza, lakier do włosów, książkę na drogę, kosmetyczkę z pierdołami do makijażu. Maluję się tylko do Lex i na zakupy, bo nigdzie indziej nie wychodzę, ale tam, gdzie pojadę, pewnie też będzie jakieś Lex. I sklepy też będą.

I piersiówkę zabieram. Pustą, ale nie szkodzi.


* * *


Zadzwoniłam po taksówkę. Piesza droga na dworzec zajęłaby mi około piętnastu minut, ale siąpi deszczem, a ja jestem zmęczona. Męczy mnie to, że wciąż czuję gdzieś daleko w ustach delikatny smak jej ciała, choć przepłukałam je tym jednym kieliszkiem wina i umyłam zęby. Jednak pozostał. Słodko-kwaśny, cudowny i ohydny naraz smak kobiety. Ulubiony, znienawidzony.

Kierowca poza dzień dobry, już otwieram bagażnik i dokąd jedziemy?, nie mówi nic. Bardzo dobrze. Nie wygląda źle; niewiele starszy ode mnie, czysty, pachnący dezodorantem, nawet przystojny. Ale dziś nie mam ochoty na pogaduchy o pogodzie i o tym, jakich to wielkich walizek kobiety nie zabierają nawet na jednodniowe wyjazdy. Siadam na tylnym siedzeniu od strony pasażera, bo nie lubię jeździć z przodu. Choć wgapiam się w okno ostentacyjnie, kątem oka widzę, jak zerka na mnie w lusterku wstecznym; duże oczy osadzone dziwnie głęboko w niepospolitej twarzy, zerka tak, jakby widział mój upadek. Ze współczuciem. Zamykam oczy; nie chcę widzieć, jak mnie żałuje.

Ulice są puste, jak przystało na sobotę w południe, więc jedziemy szybko. Od jazdy robi mi się niedobrze, wino cofa się do gardła i drażni przełyk; otwieram oczy, nie chcę zwymiotować. I bez tego widać, że mam kaca. Kierowca patrzy na drogę. Dobrze. Mogę spokojnie patrzeć przez okno. Co jakiś czas tylko mijamy wychodzące ze sklepów, obładowane firmowymi torbami kobiety młodsze i starsze, piękne i mniej urodziwe; schowanych pod czarnymi parasolami starszych panów o twarzach szarych, pomarszczonych wachlarzem doświadczeń.

Pan Zerkający zatrzymuje się przed zakrętem, pozwalając wyjechać przed nas czarnemu SUV-owi. SUV włączył się do ruchu, jedziemy za nim. Przez jego tylną szybę widzę dwie dziecięce główki; wyobrażam sobie, że jadą z rodzicami do kina na nową bajkę, jedną z tych naładowanych żartami dla dorosłych, których dzieciaki nie rozumieją, a dzięki którym ich opiekunowie nie umierają z nudy. Mama pójdzie po bilety, tata w tym czasie zabierze szczęśliwców do kinowego baru, pozwalając wybrać sobie zestaw. Myślę, że to chłopiec i dziewczynka. Chłopiec zamówi duży popcorn — tata podpowie sprzedawcy, że ma być mały — i dużą colę — tata powie, że ma być bez cukru i również mała. Dziewczynka rozdziawi malutkie, niewinne jeszcze usteczka przed plastikową ścianą pełną kolorowych żelek, z każdej weźmie po dwie, bo lubi wszystko, co parzyste. Ja też, dziewczynko, ja też.

Główki znikają z pola widzenia, gdy SUV zjeżdża na parking jednego z marketów. No cóż, może już wracają z kina — teraz pora na zakupy, żeby niedzielny obiad był jak najbardziej wykwintny. Pod powiekami czuję znajome pieczenie, uczucie, które powraca zawsze, gdy myślę o dzieciach. Ucisk w gardle, kołatanie serca, ból w dole żołądka, poczucie winy. Smutek albo złość, żal, nie o stratę, a o Stratę, Stratę Alicji, o moją głupotę, o to, że dostałam to, czego wcale nie chciałam przez podjęcie decyzji, której chciałam. Złość na siebie. Na to, że nie byłam szczera, uznałam, że co mi szkodzi, przecież nie może być tak źle, każda kobieta daje sobie radę, nawet piętnastolatki dają sobie radę, więc dlaczego ja bym nie miała? Moja mama dała sobie radę, a lekko nie miała. Mój ojciec dał sobie radę, a specjalnie zainteresowany nie był. Smutek, że nie dałam. Że nie byłam w stanie spełnić Jej marzenia, jednego z największych. Że moja miłość okazała się niewystarczająco duża. Albo za duża. Nie, za mała. W stosunku do zazdrości. I egoizmu. Chociaż to to samo, zazdrość i egoizm, jedno bierze się z drugiego, zazdrość z egoizmu, a egoizm z zazdrości, egoistyczne gesty biorą się z zazdrości, a zazdrosne z egoizmu.

Jestem idiotką.

Zamykam oczy. Wdech, wydech. W kieszeni ściskam piersiówkę, którą przed przyjazdem taksówkarza napełniłam dwusetką cytrynówki kupioną w monopolce znajdującej się pod moim mieszkaniem, kawalerką. Ona dodaje mi sił. Biorę się w garść. Gdy otwieram oczy, taksówkarz manewruje na dworcowym parkingu, szukając wolnego miejsca. Długo nie musi szukać. To przecież sobota, jeszcze nie ma trzynastej. Ludzie odpoczywają w domu po tygodniu ciężkiej pracy, przygotowują obiad, bawią się z dziećmi. Z dziećmi. Kurwa, wdech, wydech.

Tak, grają w planszówki, układają puzzle. Kiedy sama byłam jeszcze mała, mała rozmiarem i wiekiem jednocyfrowym, a nie charakterem, bo nim jestem mniejsza teraz, niż kiedy byłam mała rozmiarem, to uwielbiałam grać z rodzicami w Grzybobranie. Oni pewnie nie lubili, już pewnie słuchać nie mogli, kiedy o kolejną partyjkę prosiłam weekendami, ale grali. Bo z dziećmi się gra, kiedy proszą. Spędza się godziny na przestawianiu klocków i udawaniu, że źle ci idzie, że nie rozumiesz, żeby dać dzieciakowi radochę, że wygrywa. Albo na prawdziwym nierozumieniu, bo to, co dla ośmiolatka jest logiczne, nas często przerasta. A to, co logiczne jest dla nas, jak to, że obiad będzie, kiedy ziemniaki dojdą, dla nich jest idiotyczne. Ziemniaki nie chodzą, więc jak mogą dojść. I gdzie by niby miały?

Bez sensu, dorośli są bez sensu, matczyne teksty są bez sensu. I ojcowskie, one są najgorsze. Mówisz, że idzie wiosna, a on ci na to: srały muchy — będzie wiosna, będzie trawa lepiej rosła. No kurwa, co? Muchy ciągle srają. Albo podchodzisz do takiego jako świeżo upieczona nastolatka i zanim zdążysz otworzyć usta, już słyszysz: idź do matki, ona ma portfel. Dzięki, tato. Ale masz burdel w pokoju, nic tylko nasrać na środku! Daj to chiński sprzedawca jaj! Bozia rączek nie dała? Dlaczego? Dlaczego?! BO JA TAK POWIEDZIAŁEM! Co mnie obchodzi, że Zuzka dostała pałę? Ty nie jesteś jak inni, jak ona zacznie ćpać, to ty też? Zuzka dostała piątkę, a ty tylko tróję?! Wyjmij tę łyżeczkę z kubka, bo sobie oko wydłubiesz. Nie siadaj na schodach, wilka dostaniesz. Ja sobie żyły dla was wypruwam, a wy się tak odwdzięczacie…

Wszystko to znamy.

U nas weekendy zawsze były takie same. Wstawaj no z tego łóżka, bo odleżyn dostaniesz, potem walka o to, żeby umyć zęby z rana, zupa mleczna albo pozbawiona smaku owsianka na śniadanie, telewizja, Grzybobranie, idź no, polataj na dwór, to kolorów dostaniesz, a nie tylko przed tym telewizorem siedzisz, oczy ci wysiądą, tylko się nie pobrudź za bardzo! Sprzątanie domu, a więc mojego pokoju, tylko nasrać na środku, walka o to, kto myje naczynia po obiedzie, a na obiad zawsze schabowy, ziemniaki, mizeria, czasami ćwikła. I, od czasu do czasu, czernina. Kurwa, kto to wymyślił?

A do kogo wróciła Gładka? Co teraz robi? Jak zabija wspomnienia minionej nocy? Czy spiera z ubrań mój zapach? Bierze prysznic, by pozbyć się niewidzialnych śladów, które pozostawiłam językiem na jej ciele? A może ogląda telewizję, popija kawę i ma to zwyczajnie w dupie?


* * *


Dworzec, w stosunku do ilości zaparkowanych pod nim samochodów, jest zaskakująco zaludniony. Ale to w końcu dworzec. Ludzie wysiadają z pociągów. Dojeżdżają taksówką jak ja, lub autobusem, tramwajem, pekaesem. Wyskakują ze ściany, z peronu 9 i ¾. A może z niego nie da się wyskoczyć, tylko wejść się da? Jak oni stamtąd wychodzili? Pokazali to kiedyś w filmach, opisała J.K. w książkach? Nie pamiętam, nie wiem. Jakoś wyjść muszą, więc pewnie wyskakują z powrotem. Dziwne, że żaden mugol nigdy tego nie zauważył.

Nareszcie koniec ciszy. Tu jest dobrze. Gwarno. Zamiast cuchnąć żałosnym seksem i alkoholem, pachnie kawą ze Starbucks, z podpisanych kubków z hipsterskimi latte-sratte, na mleku sojowym, czy-macie-wegański-syrop-karmelowy-nie-a-to-szkoda-to-tylko-na-sojowym-nazywam-się-albert, olejem z McDonald’s i mieszanką przeróżnych ludzkich zapachów; od drogich perfum, przez tanie, aż do potu. I trochę deszczem. I płynem czyszczącym z maszyny myjącej podłogę, która nieustannie kręci się po holu, prowadzona przez wąsatego pana po pięćdziesiątce.

Pana Józka, wygląda na Józka. Myśli pewnie o kłótni z żoną, która trwa od zeszłego wieczora, albo dopiero go czeka, gdy wróci do domu, bo znowu zapomniał wymienić ten pieprzony kran pod zlewem i dalej woda cieknie. Jakby nie mogła go sama wymienić, tylko uszczelkę trzeba podkręcić, albo założyć nową, wielkie mi mecyje, halo, żyjemy w czasach feminizmu. Ale nie, po co, lepiej się drzeć na Józka. Od uszczelki, jak zawsze, dojdzie do jego zarobków, ani naprawić kranu nie umiesz, ani zarobić dobrze, skąd ja mam wziąć na hydraulika? A skąd ja mam, babo głupia, wziąć pieniądze z mycia podłogi na dworcu? Może sama byś w końcu poszła do pracy, skoro dzieci odchowane? Ależ nie, nie pójdziesz, bo umiesz tylko zupę ugotować, chociaż i to nie najlepiej, i mordę strzępić.

Na sześć dostępnych kas, trzy są czynne: numer dwa, cztery i pięć. W dwójce sprzedawane są bilety na krótkie przejazdy, w obrębie naszego województwa — odpada. Czwórka i piątka to bilety na pociągi dalekobieżne. W jednej i drugiej kolejka na około dziesięć osób. Idę do czwórki, bo tak, jak wymyślona dziewczynka z kina, wymyślona, a jednak prawdziwa, lubię to, co parzyste.

Kolejka rusza się dość sprawnie; o dziwo szybciej niż ta do kasy numer pięć. Według prawa Murphy’ego, kolejka, którą wybierasz, porusza się najwolniej. Mam nadzieję, że i kolejne z tych praw — kiedy dochodzisz do kasy, następuje zmiana personelu — również się dzisiaj nie sprawdzi.

Pani stojąca przede mną i non-stop beblająca przez telefon większy od jej policzka, beblająca także w trakcie kupowania biletu (do Wrocławia, klasa pierwsza Intercity, kup jeszcze pół kilo łopatki, miejsce przy oknie), odchodzi od kasy. Drugie prawo także się nie spełniło. Urocza, młodziutka brunetka zaprasza mnie do okienka.

— Pociąg dokąd przyjedzie najszybciej? — wypalam, ominąwszy dzień dobry, idiotka bez ogłady, zamiast, o boże, zamiast jak człowiek przywitać się, zapytać jak się pani miewa, zwłaszcza że pani ładniutka, o tak, przepiękna jest, za piękna dla mnie.

— Chwileczkę proszę, już sprawdzam.

Głos ma ponętny, niski, wspaniały; i gdyby nie ta chwileczka, zdrobnienie, które jak pieniążki, złotóweczka i im podobne okropieństwa całkowicie wyprowadza mnie z równowagi, gdyby nie ona, to już myślałabym nie o biletach, a o tym, kiedy brunetka kończy pracę. Ustanawiam zatem nowe prawo Murphy’ego: jeżeli kobieta jest piękna, a jej głos dociera tam, gdzie żaden głos wcześniej nie był, wysuszy ci pochwę okropnymi zdrobnieniami.

— Najbliższy pociąg to TLK, kierunek Gdańsk Główny, planowy odjazd godzina trzynasta piętnaście, opóźniony dwadzieścia minut, następny…

— Poproszę bilet — przerywam i już, już szukam portfela. Wchodzenie w słowo, kolejny symbol idiotki bez ogłady, mającej czelność czepiać się chwileczek, pieniążków i złotóweczek…

— Do Gdańska, tak?

— Tak.

— Normalny?

— Normalny.

— Czterdzieści siedem złotych i…

Ślicznotka z okienka odczytuje cenę z ekranu monitora. Nie mogę oderwać wzroku od jej poruszających się ust podkreślonych błyszczykiem. Wydają się takie pełne, miękkie, mięsiste. Przykładam kartę płatniczą do terminala, płacę zbliżeniowo, wciąż wpatrując się w nią jak sroka w gnat. Wygląda na młodą, tak ze dwadzieścia dwa lata, choć może być też niezwykle zadbaną trzydziestką. Nie wiem, ile lat trzeba mieć, żeby pracować dla PKP. Gdybym była pociągowym rekruterem, zatrudniłabym ją, choćby miała i szesnaście, tak śliczną ma twarz. Pal licho tę chwileczkę, ta dziewczyna jest zabójcza. Za piękna jest dla mnie, tak, za piękna. Za wysokie progi. Nie, żeby Gładka była brzydka, nie, żeby jej poprzedniczki były brzydkie. Ale ona… Spoglądam na dłoń podającą bilet; dłoń z obrączką na palcu serdecznym. To było oczywiste. Tak piękne kobiety nie mogą być samotne.

Przyciskając bilet do piersi, kieruję się w stronę peronu czwartego zgodnie z zaleceniami brunetki. Po drodze wyobrażam sobie jej męża. Trzydzieści-parę lat, typ korporacyjny; wąski, dwudniowy zarost dookoła prostokątnej szczęki, wąs również dwudniowy. Jak wygląda dwudniowy zarost? Widać go w ogóle, czy to taki, jak u kobiet na nogach? Może chodziło mi o więcej-dniowy? Kilkudniowy, o. Tak, kilkudniowy zarost na szczęce i wąs kilkudniowy.

Włosy ciemne, niemal czarne, wygolone po bokach na kilka milimetrów, góra postawiona, choć nie w stylu lalusia — niby niechlujnie, a jednak z klasą. Brwi ciemne, gęste, mocne; duży nos, ostro zarysowana linia policzków, oczy jasnobrązowe. Perfumy — Hugo Boss, obojętnie jaki. Bokserki tylko od Calvina Kleina, Levisy, do nich zawsze biała koszula z granatowymi mankietami i kołnierzykiem. Zapracowany, ale mający dość czasu, by co jakiś czas przynosić jej ulubione kwiaty — bukiet białych i różowych róż. Dobry kochanek; czuły, choć wiedzący, kiedy szarpnąć za włosy. Tyłek okrąglutki, klatka piersiowa z delikatnym, ciemnym zarostem, umięśniony brzuch, szeroki w barkach i wąski w talii.

Idealny, jak i ona jest idealna, choć to tylko panienka z okienka.

Pewnie mieszkają jeszcze na czterdziestu metrach kwadratowych, ale nowoczesnych; na osiedlu z oszkloną portiernią i dracenami przy drzwiach. Planują pierwsze dziecko, dziewczynkę, córeczkę tatusia. Wyślą ją na balet i dodatkowy angielski, zapewnią opiekunkę o najlepszych referencjach. Ale najpierw kredyt na dom, będą pierwszymi właścicielami, zaprojektują go wspólnie, choć łazienka i sypialnia będą przede wszystkim jej dziełem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 43.45