E-book
7.88
drukowana A5
62.07
DEKADY

Bezpłatny fragment - DEKADY

Objętość:
332 str.
ISBN:
978-83-8431-836-2
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 62.07

Dedykuję tę książkę Mateuszowi.

Prawda jest taka, że przez drogę życia, zawsze prowadzą nas ślady tych, którzy tu byli przed nami.

Słowo wstępne

Pomysł na tę dziwną i nieszablonową książkę, powstał w mojej głowie już ładnych parę lat temu. Mimo iż od początku zdawałem sobie sprawę, że nie będzie to łatwy projekt, postanowiłem napisać kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt opowiadań o życiu zwykłych ludzi, poprzedzając każde z nich krótkim esejem, będącym historycznym wstępem oraz ramą czasową do każdej z wymyślonych opowieści.


Zgodnie z tą koncepcją nie chciałem, żeby książka była jedynie zbiorem krótkich form literackich, wyrwanych z kontekstu minionych lat, ale, żeby opowiadania stały się ich rozpoznawalną ilustracją. I nawet, gdyby w jakiś sposób były połączone klamrą upływu czasu, miejsca akcji lub postaci, to nie miały opisywać tych najważniejszych zdarzeń z okresu o którym mówił wprowadzający esej.


Dlatego podjąłem decyzję, by celowo nie opisywać, ani też nie informować Szanownego Czytelnika, które z opowiadań było literacką fikcją, które autentycznym wspomnieniem — mimo, że bohaterów opowiadań łączyły na przykład imiona — a które z nich, to jedynie anegdoty, niekoniecznie prawdziwe, ale zasłyszane bądź przekazane przez poznanych mi ludzi. Pośród nich funkcjonujące jako historyczny pewnik.

Jednak, co chyba było najważniejsze w tym projekcie, uparłem się, że nie miała to być kronika rodu, ani, na przykład, ciąg przygód z życia jakiejś wydumanej, bądź autentycznej postaci na przestrzeni lat.


Jak zatem widać, ta książka to nie typowy zbiór opowiadań. A raczej pewna całość, zilustrowana nowelami połączonymi z historycznymi opisami. Nowele niczym okienka, dawały widok na ludzkie losy, odgrywające się na tle światowych i krajowych wydarzeń.

Nie ukrywam, a Szanowny Czytelnik sam zapewne zauważy, że oprócz wybranych historycznych faktów, wszystkie rozprawki zawierały moje przemyślenia i własne obserwacje na temat minionych lat.


Podsumowując, zaplanowałem stworzyć takie opowiadania, które pokazywałyby, nawiązywałyby oraz były adekwatne do czasów im współczesnych, czyli zdarzeń z danej dekady. No i, nie chciałem z założenia, by główny wątek historyczny w opowieściach był tym najważniejszym, a ewentualnie stał się tłem dla snutej opowieści. Bo przecież prawda była taka — obowiązująca zresztą do dnia dzisiejszego — że, co dla jednych było bardzo istotne, innym okazywało się sprawą zupełnie błahą i nie wartą uwagi.


Kolejny zamysł, którego celowo użyłem do tworzenia książki, to podział czasu akcji na dekady. Wynikał on z prostej zasady, że tak ułożone lata pozwalały łatwiej uszeregować i uwiarygodnić fakty oraz przypisać żyjących w tym okresie ludzi do akcji każdego z opowiadań.


Szanowny Czytelniku.

Myślę — w każdym razie, mam taką nadzieję — że płynąc przez dziesięciolecia wspomnień i opowieści oraz przez dekady życia różnych ludzi, będziesz mógł ocenić i stwierdzić ze zdziwieniem, jak bardzo zmienił się Świat i żyjący w nim człowiek.

I nie chodzi mi tutaj o ocenę, czy nasz Świat współczesny jest lepszy, czy też gorszy od tamtych, minionych już, lat.


Poprzez opowiadania i eseje „Dekad”, chciałem pokazać i przedstawić, że każde pokolenie, a w nim pojedynczy zwykły człowiek — ze swoimi problemami, radościami, czy tragediami — miał swój jedyny najważniejszy i niepowtarzalny czas w życiu, zaś w nim, to jedyne i wyjątkowe — jego własne i niepowtarzalne miejsce w Świecie.


A to, jak podarowany nam czas został wykorzystany albo, co zrobimy z tym dopiero nadchodzącym, to już zupełnie inna historia, ale zawsze i w każdym momencie zależna od nas samych…

Sergiusz Jan Urbanowicz

Pierwsza, czy też może — Piąta

Człowiek to?

Dokładnie gdy zza garbu gór wylazło Słońce osnute w srebrnych mgieł

Całun błyszczący, w Ziemię plasnęło żywota sadło tłuste

Naszpikowane wrzaskiem losów, jak Bóg Wszechmogący.


Tedy stanął nad Światem w szerokim rozkroku płacząc, że niby bez smaku

Albo też bez wzroku, a mimo było mu dane z rękami w rynsztoku, szukać

Tych wszystkich spraw istotnych dla Praw Ludzi i Czasu Wszechrzeczy.


Stroskany chwilą wieków, unużał twarde palce w bezmiarze marnej brei

Skórą dłoni wyrwał i rzucił na boki bojowe fanfary nowego ze starym.

Gromem ryknął z gardeł istot Świata bo w troki wziął to, czego szukał.


Czuł radość a w serca się wlały historie i dusze wessane przez rąk kapilary!

Ponad wsze poznane wysoko wymiary, wyniósł ręce w tryumfie radości

Mnąc czule szponami czczą Perłę miłości, klejnot życia, potężny dar cnoty!


Owoc Bytu, jak Gwiazda śród krwawej poświaty… a z palców spłynął Czas…

Twór ludzkiej głupoty, co nagle i w ciszy uwalnia Świat cały od woli życia.

Gdy strzeźwiał zrozumiał, a Bóg mu powiedział, że znów się wyzwolił!


Raz wtóry pobłądził! Wszak nie tego szukał! Nic z tego nie będzie!

Koniec!…Wzdrygnął się na słów tych obrazy, rzucając Perłą w nicości otchłanie

Z żywotem w mrok duszy aż po świateł kresy, a nie w to, co mu się ostanie.


Walnęło mocno serce, rwąc w strzępy nadzieje… czyś Człeku oczadział?

Nie wiesz, co się dzieje? Coś myślał paprochu w swej durnej ochocie,

Na głowie Świat stanie ku twojej istocie i wszystko ci odda, zostawi, pokaże?


Pięść ścisnął i wrócił po Perłę, strącając z jej lica łez krwawych znamiona

Łeb spuścił, a milcząc obwiesił ramiona, bo pojął co czynił i gdzie wina pusta.

A w Ziemię plasnęło żywota sadło tłuste, podniósł je i pocałował oddechu usta.

La Fête du Muguet (Święto Konwalii)

Jak co roku, pierwszego maja tysiąc dziewięćset czterdziestego roku, Francuzi obchodzili dwa święta: Święto Pracy oraz Święto Konwalii. W tym dniu, zgodnie z wieloletnią tradycją, panie i panowie, chłopcy i dziewczęta, nie tylko maszerowali w pochodach z czerwonymi flagami w dłoniach, śpiewając „Międzynarodówkę” i „Marsyliankę”, ale też obdarowywali się bukiecikami albo gałązkami pachnących leśnych konwalii. Jednak w tym konkretnie roku obchody, tych skądinąd ważnych i lubianych przez nich świąt, zapowiadały się dużo mniej hucznie. A wszystko z powodu wojny, która wisiała nad światem niczym miecz Damoklesa.


Kilka miesięcy wcześniej, we wrześniu niemieckie wojska Hitlera zdradziecko napadły na Polskę. Francja związana podpisanymi wcześniej traktatami, pięć dni później wypowiedziała Niemcom wojnę. Jednak myliłby się ten, kto by przypuszczał, że od tego momentu dojdzie do bezpośrednich walk dwóch potężnych armii.

Wojsko francuskie schowało się za linią Maginota, siedząc bezpiecznie w ukryciu, a i hitlerowcy specjalnie nie garnęli się do bezpośredniej konfrontacji. Widać lizali rany po ciężkich walkach z polską armią albo szykowali jakiś kolejny zdradziecki plan. Na razie jednak, dalej trwała tak zwana „dziwna wojna”.


We Francji wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę z faktu, że taki stan nie potrwa zbyt długo. I mieli rację, bo już w dziesięć dni po Święcie Konwalii ich świat zawalił się tak samo gwałtownie, jak stało się to dla Polaków pierwszego września poprzedniego roku.

Na razie jednak, położona nad Mozelą niewielka miejscowość Pont-à-Mousson, szykowała się do obchodów ulubionych corocznych majowych świąt.


***


Elegancko ubrany mężczyzna lat około czterdziestu, z owiniętym wokół szyi długim białym szalikiem, trzymając w ręku futerał na skrzypce miał właśnie wychodzić z mieszkania. Zatrzymał się jednak i z jakiegoś powodu postanowił zawrócić. Puścił klamkę drzwi, przeszedł przez kuchnię, a potem podszedł pod sypialnię i przez szparę w drzwiach ostrożnie zerknął do środka.


Światło w pokoju było przygaszone. Świeciła się jedynie mała lampka postawiona na nocnym stoliku. Żona siedziała przy łóżeczku chłopców i cicho nuciła kołysankę. Przysłuchał się melodii.

No tak, to ulubiona kołysanka Bolka — pomyślał, uśmiechając się i zanucił w myślach razem z żoną: w górze tyle gwiazd, w dole tyle miast. Gwiazdy miastom dają znać, że dzieci muszą już spać…

Kiedy tak stał cicho pod drzwiami, sięgnął do kieszonki po zegarek i stwierdził, że do wyjścia zostało mu jeszcze trochę czasu. Żona odwróciła się w stronę drzwi i pokazała, żeby cichutko wszedł do pokoju.

Odstawił futerał na szafkę, zzuł buty i na palcach wszedł do środka, zręcznie omijając skrzypiącą deskę. Nachylił się nad łóżeczkiem. Starszy z synów — Bolek, miał lekką gorączkę i pokasływał przez sen. Drugi, Edek, młodszy o dwa lata, już smacznie spał.


Nie dziwota, jak się w taką pogodę kąpie w Mozeli? — Przypomniał sobie w jakim stanie Bolek z Edkiem wrócili dzisiaj z podwórka. — Edek był tylko ciężko wystraszony, ale za to Bolek człapał w przemoczonych butach i w kompletnie mokrych spodenkach. Mały oczywiście udawał, że nic się nie stało. Za diabła nie chciał powiedzieć, co robili i gdzie byli. Ale oczywiście on dobrze wiedział, co łobuziakom wpadło do głowy! Bolek próbował się kąpać albo w czasie zabawy na brzegu wpadł do wody. Cholerna Mozela… A mówili mu tyle razy, że do wody można było wejść tylko wtedy, kiedy byli z nimi dorośli albo inni duzi chłopcy, co umieją dobrze pływać. No i oczywiście, dopiero wtedy, gdy będzie już po pierwszej wiosennej burzy. Wiadomo przecież, że można się kąpać dopiero po tym, kiedy ziemia była ogrzmiana. — Westchnął, trzymając dłoń na rozgrzanym czole syna. — Ale dzieciom można mówić, one i tak zrobią to, co będą chciały. Przecież nie zabronią chłopcom biegać po dworze, ale trzeba będzie Bolka nieco zdyscyplinować. Ostatnio zaczyna pokazywać różki. Najgorsze, że Edek widzi w starszym bracie bożyszcze i idzie za nim jak w dym. No i… — kolejne westchnięcie — chyba jutro znowu trzeba będzie wezwać doktora Chiloux. Tylko skąd wziąć następne pięćdziesiąt franków za wizytę? — rozmyślał, głaszcząc synka po głowie. — Już ostatnio lekarz nie wziął zapłaty, a do tego jeszcze, przyniósł ze sobą czekoladę. Powiedział na odchodnym, że: jest mi wstyd za moich rodaków Paul (Paweł)! To nie są ci sami Francuzi z którymi siedziałem w okopach Marny. Taak… — zamyślił się — nasz doktor, jest dobrym i prawym człowiekiem, ale przecież nie można w nieskończoność nadużywać jego dobroci. W końcu kiedyś odmówi przyjścia i na tym się skończy opieka lekarska dzieci. A mówiłem w zeszłym tygodniu Asi, żeby nie wysyłała pieniędzy do kraju. W domu się nie przelewa, a nam franki są chyba bardziej potrzebne. W kraju jest wojna i na pewno Niemcy dokładnie sprawdzili, co było w liście. Ale Pela nie dała sobie nic powiedzieć. Uparta, jak wszyscy Wróblewscy. Cholera wie, czy sam list w ogóle doszedł do wujka Józefa. A tak po prawdzie, to nie wiem. Tam u mnie w Zielonej albo w Suwałkach są teraz Niemcy, czy Ruscy? Zresztą, wszystko jedno, jedni warci drugich. Tych drugich znam dobrze, nie jeden kark w dwudziestym moja szabelka ścięła — zamyślił się. — Dobra, zobaczymy, co będzie dalej. Może wreszcie Francuzy ruszą się z tych swoich betonowych okopów. Całe szczęście, że odbędzie się dzisiaj koncert orkiestry. Na pewno zapłacą jakieś sto albo sto pięćdziesiąt franków. Tylko jest kolejne pytanie — kiedy. E, a może tak jak poprzednio, poproszę Francisa, żeby wypłacił mi coś z pieniędzy związkowych a konto?…

Pomasował się po klatce piersiowej.

Znowu ten ból żołądka — stęknął. — Zanim wyjdę, napiję się jeszcze sodki.


Pela wstała z krzesełka. Ruszając do kuchni złapała go za rękę, dając tym samym znak, żeby poszedł za nią. Chłopcy wreszcie zasnęli mocnym głębokim snem, a Bolek przestał kasłać.

Wyszli z sypialni.

— Pawełku. Nie wiem, jak się to tym razem rozwinie. To znaczy wiem, skończy się na tym, że chyba trzeba będzie wezwać doktora Chiloux. Co prawda, zostało nam jeszcze kilka pigułek z ostatniego razu i jedną dałam Bolkowi, ale nie wiem, czy to wystarczy. Kochanie mam prośbę, nie siedź dzisiaj długo. Wróć po koncercie do domu.

— Asiu… — westchnął ciężko — postaram się, ale wiesz, jak to jest z ludźmi z orkiestry. Nie odpuszczą tak łatwo.

A widząc jej proszące spojrzenie, dodał zaraz.

— Dobra, zrobię wszystko, żeby wrócić, jak najszybciej się da.


Otwarł jedną z szafek kredensu i sięgnął po torebkę z sodą oczyszczoną. Nasypał dwie łyżeczki białego proszku do szklanki, zalewając go letnią wodą z czajnika. Zamieszał łyżeczką i wypił.

Pela patrzyła na męża z troską.

— Co, znowu zgaga — mruknęła zaniepokojona. — Paweł idź ty wreszcie do lekarza. To nie wygląda najlepiej. Dzieci są jeszcze małe, a…

— Wiem, wiem!… — przerwał jej w pół zdania. — Bolek i Edek muszą mieć ojca, i… — machnął ręką — takie tam dyrdymały. Wiem, kochanie — westchnął i pocałował ją w czoło. — Jak tylko staniemy na nogach, to obiecuję, że pójdę się zbadać. Na to też potrzeba pieniędzy. Prawda?

— A ten twój kolega z orkiestry? Wiesz, ten wiolonczelista, Pierr. On jest chyba lekarzem, prawda?

— Asiu, Pierr owszem jest lekarzem, ale od nieboszczyków. Jest patologiem i pracuje w szpitalu jako „zimny chirurg”. Ja wiem, że tacy jak on też dobrze znają się na medycynie, a czasem wiedzą więcej o chorobach niż nie jeden zwykły lekarz. W końcu Pierr skończył studia z wyróżnieniem, ale chyba na mój żołądek niewiele pomoże. Kiedyś się nawet go o to pytałem, to mi powiedział, żebym pił sodkę i ziółka. — Podszedł do szafki i podniósł futerał ze skrzypcami. — To wyłazi ze mnie ta cholerna Syberia, Asiu. Wszystko we mnie spaprała i zepsuła. Stawy i płuca, bebechy, i… łepetynę. — Popukał się w czoło. — Gdyby nie to, zapewne byłbym teraz innym człowiekiem.


Podeszła do męża i objęła go jedną ręką w pół, a drugą przygładziła elegancki wąsik. Całując w usta, powiedziała cicho:

— Wszystko będzie dobrze, mój ty, szalony kapitanie muzykancie. Znajdziesz w końcu nową pracę, podleczysz zdrowie i będziesz… tak, jak zresztą i teraz jesteś, super ojcem dla chłopców. Tylko mnie kochaj Paweł, a razem damy radę. Nie mówiłam ci jeszcze, ale mam widoki na pracę w merostwie jako sprzątaczka. Pani Pascal mi załatwiła. Wiesz ta emerytowana nauczycielka z parteru. Jutro z samego rana pójdę na rozmowę.


Pogłaskał ją po policzku i pocałował w czoło.

— Jaka ty jesteś dzielna, moja Asiuniu kochana. Ech, gdyby tylko można było wrócić do kraju i odnaleźć to cholerne drzewo ze skrytką — westchnął. — Nasze kłopoty zaraz by się skończyły.

Pela jeszcze raz pocałowała męża w usta i lekko pchnęła w stronę wyjścia.

— Któregoś dnia je znajdziemy kochanie, nie martw się. Módlmy się tylko, żeby wcześniej nikt nie ściął tego dębu na deski. A swoją drogą. Nie mogłeś gdzie indziej schować tych cholernych „czerwońców”? — Zaśmiała się cicho.

— Wiesz… — mruknął, przytulając się do jej policzka — to chyba z sentymentu do tego miejsca. Tylko tyle zostało z naszego rodzinnego dworku. Kilka drzew na alei i na wpół rozwalona cembrowina po studni. Resztę spalili i zrównali z ziemią siepacze carskiej ochrany. Miejscowi od tej pory omijali to miejsce, bo ponoć straszy tam wój Adalbert, przybity przez kozaka bagnetem do drzwi stajni. Opowiadałem ci przecież. To dlatego wybrałem do drzewo. Pamiętałem je z opowiadań. — Westchnął. — Jeden Imperiał, a żylibyśmy tutaj przez miesiąc. Co tam miesiąc, dwa miesiące!

— Ech, Pawełku… — teraz Pela westchnęła. — Trzeba było o tym pomyśleć, jak przepuszczaliśmy pieniądze w kasynach na południu. Teraz, to już jest tylko historia. Ale wiesz?… — umilkła na chwilę. — Nie żałuję. Niczego nie żałuję. Ani jednego dnia. Było mi dobrze i byłam szczęśliwa.

— Ja też Asiu. Ja też…


Milczeli przez chwilę, mocno przytuleni do siebie. Wreszcie Pela odsunęła się od męża i kolejny raz pchnęła go lekko w stronę wyjścia.

— Idź już, bo się spóźnisz. Wiesz, jak Francis tego nie lubi. Już nie raz ci obiecywał, że jeszcze raz, a odbierze ci pierwsze skrzypce w orkiestrze.

— No wiesz? — Obruszył się Paweł, uśmiechając się pod wąsem. — To tylko jego pobożne życzenie. On doskonale wie, że nie ma lepszego skrzypka ode mnie w tej całej jego… — szukał słów — miejskiej orkiestrze symfonicznej! Co tam w orkiestrze, w całym Pont-à-Mousson!… — powiedział głośno.

— Ciii… — syknęła — bo obudzisz chłopców.

Otwarła drzwi na korytarz, a kiedy Paweł wyszedł szepnęła, patrząc jak mąż schodzi po schodach:

— Graj, kochanie. Zagraj im tak, żeby im te francuskie szczęki opadły…


*


Dotarł na miejsce, kiedy muzycy orkiestry zajęli już swoje miejsca na estradzie i przystąpili do strojenia instrumentów. Francisa jeszcze nie było. Przywitał się ze wszystkimi muzykami ogólnym — dzień dobry, a tym siedzącym najbliżej podał rękę. Kiedy usiał na swoim krzesełku, znowu poczuł silny piekący ból brzucha w okolicy żołądka. Ukradkiem rozmasował okolice mostka, udając, że coś go tam uwierało. Rozpiął marynarkę. Zerkając przy okazji na okładkę zeszytu zapisu nutowego z programem koncertu.

Westchnął ciężko.

— Wiecznie to samo — mruknął po polsku. — Mogliby w końcu dodać coś nowego do repertuaru. Po cholerę ćwiczymy te wszystkie nowe kawałki, jak na koncertach gramy wiecznie jedno i to samo.


Od tyłu doszedł go cichy głos „altówki”, czyli Richarda Laber.

— Widziałeś Paul? Znowu ten sam cholerny stary zeszyt. Jedno i to samo. Po kiego diabła ćwiczymy od pół roku te wszystkie walce i marsze Straussa? Jak znowu będzie Berlioz, Czajkowski i Debussy, to… — przerwał, bo na scenę zza kurtyny wszedł dyrygent Francis Valbon.

Muzycy wstali.

— Siadajcie, moi drodzy!

Spojrzał w kierunku Pawła.

— O, jesteś już Paul. — Podeszli do siebie i podali ręce. — To dobrze, chociaż raz przyszedłeś o czasie. Coś kiepsko wyglądasz… — stwierdził, przyglądając mu się uważnie. — Dobrze się czujesz?

— Może być, Francis. Takie tam, dolegliwości żołądkowe.

— No tak, bywa… — Valbon krótko skwitował tłumaczenie Pawła i wrócił za pulpit.


Puknął kilka razy batutą o deskę, co natychmiast uciszyło strojących muzyków.

— Dziękuję. Jak już zapewne zauważyliście, na swoich stojakach macie stare, zeszłoroczne zeszyty nutowe.

Po orkiestrze przeszedł szmerek, a zespół skrzypków i wiolinistów uderzył smyczkami w swoje stojaki na nuty.

Znowu kilka uderzeń o pulpit.

— Och, przestańcie już. Niestety, mes chers (moi drodzy). Takie jest życzenie pana mera (we Francji, burmistrz miasta). Żadnego Wagnera i żadnego Straussa, żadnych niemieckich albo niemieckojęzycznych kompozytorów. Kropka…

Od niektórych członków orkiestry dało się słyszeć słowa niezbyt przychylnych komentarzy, co do osoby obecnego mera Pont-à-Mousson.

— Panowiee! Panowie! Proszę!… — Valbon podniósł głos, kolejny raz stukając w deskę pulpitu. — Z tym który płaci, nie wchodzi się w dyskusje! Prawda? A po drugie… — umilkł na chwilę — a po drugie, to wcale mu się nie dziwię. To, co jeszcze w zeszłym roku wydawało się nam normalne, dzisiaj wcale już takim nie jest i budzi zupełnie inne skojarzenia. Po co denerwować ludzi?


Valbon otwarł partyturę, stuknął parę razy w pulpit i zakomunikował:

— Zaczynamy próbę! Strona pięćdziesiąta druga. Berlioz „Le carnaval romain” (Karnawał rzymski)… Zresztą, co wam będę mówił, przecież wiecie doskonale.

Podniósł w górę batutę.


*


Po koncercie i dwóch bisach na stojąco — kiedy publika wreszcie się rozeszła, idąc na miejski festyn zorganizowany tym razem na placu Duroc — muzycy zaczęli pakować swoje instrumenty.

Do Pawła podszedł Richard Laber i wiolonczelista Pierre Lamieux — zimny chirurg oraz flecista Oscar Manon.

Byli to trzej najbliżsi przyjaciele Pawła z orkiestry.

Manon klepnął go w ramię i wypalił:

— Aleś dał koncert Paul! Brawo!… — dalej go klepał. — Mało brakowało, a Francisowi tupecik spadłby z głowy, kiedy mu ostatnie włosy na łbie stanęły! Ha, ha!… — zaśmiał się basowym głosem. — Widzieliście, jak zaraz po koncercie uciekł ze sceny, co?!


Jego głos pasował jak ulał do potężnej sylwetki, ale już kompletnie nie kojarzył się z flecistą, grającym w orkiestrze na tym malutkim instrumencie. Za to, tak faktycznie — Tuba Basowa, jak na niego mówił Paweł — swoją wielkością i niskim głosem, pasował do zawodu Oscara. Był on bowiem formierzem w odlewni pobliskiej huty żelaza.

Paweł często się zastanawiał, jak Manon mógł grać na pikulinie (flet piccolo) tymi swoimi wielkimi łapami. I to grać jak mistrz, jak wirtuoz!


— Oscar nie wal tak, bo mi rękę urwiesz albo plecy odbijesz! — Paweł rozmasował ramię. — Faktycznie, to nie wiem, co we mnie wstąpiło — mruknął. — Francis się wściekł i teraz może mnie wywalić z orkiestry. O pieniądzach za koncert mogę zapomnieć.

Zabrał ze stołka kapelusz i futerał ze skrzypcami. Ruszył w stronę zejścia ze sceny.

— A, zresztą. Jakby co, to mam to… — potrząsnął etui. — Warte są trochę grosza. Starczy na jakiś czas.

— No, co ty gadasz, Paul! — odezwał się Pierre, idący tuż za nim z wielkim pudłem na wiolonczelę. — Stary nigdzie nie znajdzie lepszego skrzypka!

— Dokładnie… — poparł go Richard. — A po drugie, należało mu się. Swoją drogą, całkiem fajny macie ten swój hymn, Paul. Takii… — zastanowił się chwilę — mocny.

— Raczej, porywający — dorzucił Oscar.

— No tak, przecież o tym mówię Oscar — żachnął się Richard. — Mocny i, niech ci będzie, że porywający.

— Ale nie tak mocny, jak nasza Marsylianka — dodał Pierre, przekładając pudło z wiolą do drugiej ręki. — Ty to masz dobrze Oscar, wsadzisz sobie tę swoją fujarkę w kieszeń marynarki i idziesz z rękami w kieszeniach — powiedział, zmieniając temat.

— Trza się było uczyć! I myśleć perspektywicznie przy wyborze instrumentu! — zaśmiał się Manon.

— Czy ja wiem — zastanowił się Paweł, dalej kontynuując wątek hymnów. — Oba utwory są żywe i mocne. Słowa też mają dobre, takiee…

— No właśnie, Paul! Po-ry-wa-ją-ce!… — skwitował Oscar. — Na moje wyszło, Richard! Stawiasz kolejkę! — zawołał i klepną go w plecy aż zadudniło.

— Ta, już się rozpędziłem — burknął altysta.

— Ale, ja cały czas uważam, że Marsylianka jest…

— Dobra już Pierre, skończ marudzić, bo właśnie jesteśmy pod „Kogutem” panowie!… Wchodzimy!


Zatrzymali się przy ich ulubionej knajpie, restauracji „Le Petit coq” (Mały Kogut).

— Ja nie idę — oznajmił Paweł. — Bolek znowu jest chory. Asia mówiła, żebym po koncercie zaraz wrócił do domu.

— Ale tam! — huknął Oscar. — Wrócisz! Ale najpierw wypijemy po jednym! A wtedy wrócisz sobie do tej swojej pięknej… Assi — powiedział, śmiesznie wypowiadając jej imię.

— Oscar ma rację. Kieliszeczek dobrego Bordeaux nigdy nie zaszkodzi! Tym bardziej, że faktycznie coś blady jesteś! Po czerwonym winie dostaniesz rumieńców! Dzisiaj ja stawiam! — oznajmił Pierre.


*


Przed wejściem do „Le Petit coq” zgromadził się spory tłum ciekawskich. Powodem były dźwięki skocznej muzyki, dochodzącej z wnętrza restauracji. Ludzie zaglądali przez szyby witryn, chcąc dostrzec, co się tam dzieje.

Zaś w środku, grupa kilku muzyków miejskiej orkiestry symfonicznej dawała darmowy koncert!

No, może z tym darmowym to była lekka przesada, bo każdy nowy utwór był okupiony przez fundatora kolejką czerwonego Bordeaux dla grających!

Prym wiodły skrzypce. Ich dźwięk porywał, a gra skrzypka była popisem wirtuozerii.


W pewnej chwili drzwi restauracji otwarły się na oścież i z wnętrza lokalu wyszedł ten, który tak pięknie grał! Włosy rozwiane, biały szal wokół szyi, a w oczach uniesienie i gorączka.

— Paul, poczekaj! Zostawiłeś kapelusz!

Za skrzypkiem — zresztą cały czas grającym jakąś żywą melodię — pobiegł ciężko wielki gość i nasadził mu na głowę kapelusz.

Kolejny grajek, który wyszedł z Małego Koguta zawołał:

— Na most! Idziemy na most! Paul! Idziemy na Pont Gelot (Most Gelot)!


Skrzypek machnął smyczkiem, dając znać, że słyszał i skierował kroki w stronę starego średniowiecznego mostu, łączącego dwa brzegi Mozeli.

— Paul, teraz Marsylianka! Gramy Marsyliankę! — wołał drugi muzyk. — Ludzie, idźcie za nim! W końcu dzisiaj jest święto pracy, zrobimy pochód!…

— Nie, nie!… Teraz zagram La Varsowienne (Warszawiankę)!

— Vive la Pologne!… Vive la France!… — krzyknął ktoś z tłumu, a reszta pochwyciła te okrzyki i też zaczęła skandować je na zmianę.


Powoli zbliżali się do wielkiego gmachu katedry Saint-Martin.

Kiedy już doszli do końca mostu, idący przodem Paweł nagle się zatrzymał. Zachwiał się lekko i przestał grać. Przełożył smyczek do lewej ręki, łapiąc się jednocześnie za pierś.

Coraz bardziej zaczął się chwiać.

Idący tuż za nim zdziwieni ludzie, zatrzymali się i ucichli.

— Pijany?… Coś mu się stało?… — słychać było ciche szepty tu i tam.

Kiedy podbiegli do niego Pierre z Oscarem, Paweł zaczął wolno osuwać się na bruk.


***


Pela weszła do pustego zimnego mieszkania. Ciężko oparła się o drzwi. Dopiero po dłuższej chwili rozpięła płaszcz, zdejmując torebkę z ramienia. Postawiła ją na podłodze.

Dojmująca cisza głośno dzwoniła w uszach.

Chłopców nie było. Dzisiaj zaopiekowała się nimi pani Adamczyk. Dobra kobieta, która czasem pomagała jej w trudnych chwilach.

Jej puste spojrzenie błądziło po kuchni, nie mogąc się na niczym skoncentrować.

Dopiero, kiedy spojrzała na bukiecik konwalii stojący w szklance z wodą, jej wzrok się zatrzymał. Kwiatki już dawno zwiędły i opadły na blat kredensu. W wodzie stały same łodyżki z liściami.


Została sama, jak te łodyżki konwalii. Jej piękny, pachnący i najukochańszy kwiat zostawił ją i odszedł na zawsze…

Mówiła po polsku!…

Szaleństwo wojny ogarnęło cały świat. Puszczona w ruch przez Niemców machina zagłady, przetaczając się przez Europę w okrutny sposób zabijała i niszczyła wszystko to, co spotkała na swojej drodze.

Była, jak bezlitosna i nienasycona krwawa bestia — wyrachowana i bezwzględna.

Jak to jednak bywało, każdy terror, każda niegodziwość i podłość, musiała w końcu obudzić w ludziach opór i wolę walki o przetrwanie.

Tak się działo we wszystkich krajach okupowanych przez Niemcy i nie inaczej stało się we Francji.


Kiedy we wrześniu tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku rozpoczęła się wojna, nad Sekwaną często naśmiewano się z Polski, mówiąc: „miesiąc i po krzyku”. Dwudziestego drugiego czerwca czterdziestego roku, było już „po krzyku” z potężną Francją, po kapitulacji podpisanej przez generała armii Charlesa Huntzigera. Wielka Francja została upokorzona…

A Polska, nigdy żadnej kapitulacji nie podpisała!


Po wejściu wojsk hitlerowskich (w zasadzie bez walk i większych strat) do tego kraju, od razu utworzył się La Résistance Intérieure Française, dosłownie „Francuski Opór Wewnętrzny”, RIF — „Ruch Oporu”.

W skład francuskiego ruchu oporu wchodziło wiele organizacji z różnych opcji i stron politycznych. Oczywiście nie mogło w nim zabraknąć organizacji zrzeszających mieszkających tam Polaków. Ci z rodaków, którzy nie mogli walczyć zbrojnie, podjęli walkę z okupantem aktywnie uczestnicząc w działaności francuskiego podziemia.

Z czasem powstały stricte polskie organizacje ruchu oporu, jak kierowana z Londynu — Polska Organizacja Walki o Niepodległość, czy PPS-owska organizacja „Orzeł Biały”, a nawet, komunistyczny Związek Młodzieży Polskiej „Grunwald”.


***


Pelagia cichutko weszła do mieszkania. Zamknęła drzwi i odwiesiła klucze na haczyk. Podeszła dwa kroki do kuchennego stołu. Ciężko usiadła na krześle. Zdjęła z głowy mokry kapelusik i wreszcie mogła rozpuścić włosy. Było bardzo cicho, a jedynym dźwiękiem jaki dochodził do uszu, było ciche tykanie kuchennego zegara.

Spojrzała na cyferblat.

— Za pięć dwudziesta?… — mruknęła ze zdziwieniem, widząc która już jest godzina.

Okazało się, że ledwo zdążyła przed godziną policyjną.

Myślałam, że jest dużo wcześniej — stwierdziła w myślach. — Zbyt długo siedziałam u pani Goliot. Gadatliwa kobieta, ale płaci regularnie te kilka franków za każde moje przyjście, więc nie mam co narzekać. No i dla chłopców zawsze coś tam przyszykuje, wrzucając ukradkiem do torby — pomyślała, uśmiechając się pod nosem. Zajrzała do siatki. — O, dzisiaj też. — Wyjęła papierową torebkę i zajrzała do środka. — No proszę, dwie bułeczki z makiem. — Pomacała ciastka przez tłusty papier.

— Chyba wczorajsze… — powiedziała cicho — ale zawsze to coś. Będą w sam raz na śniadanie. Odgrzeję w piekarniku. Kawa zbożowa chyba jeszcze w domu jest.


Masaże ją wykańczały. Ale cóż było począć? Robota w merostwie już dawno przepadła. Teraz siedzieli tam Niemcy i różnego autoramentu niemieckie pachołki. Z takim nazwiskiem, nie miała żadnych szans, by dalej tam pracować nawet jako sprzątaczka. Ten chudy, wstrętny, ulizany Niemiec w okularkach, co został nowym merem, a w zasadzie Bürgermeistrem — jak się teraz mówiło — podobno już się o nią pytał. Stara Pelier powiedziała jej o tym w zeszłym tygodniu. Wypytywał: co to za dziwne nazwisko? To jest Polka, czy co za jedna? Może polska Żydówka? Gdzie ona jest i co jeszcze robi w ratuszu? Na szczęście sprytna Mme (pani) Pelier powiedziała mu wtedy, że jestem Czeszką i już dawno nie pracuję. A z tego co wie, to uciekłam z miasta. I tak dobrze, że od razu nie zatrzymali mnie z dziećmi w lagrze, jak wielu Polaków w mieście. Co prawda po kilku dniach ich wypuścili, ale nie wszystkich… nie wszystkich. Wielu gdzieś przepadło. Ponoć wywieźli ich do Niemiec na roboty albo do obozów. Najczęściej brali robotników z huty. Dwa dni temu spotkała Pierra, tego wiolonczelistę z orkiestry Pawła. Nie chciał nic powiedzieć, ale w końcu sypnął tylko tyle, żeby była ostrożna. W kostnicy jest pełno trupów i nikomu nie wolno o tym gadać. Nocami trzymanych w obozie Żydów co umarli, wrzucają do wspólnego grobu gdzieś na hałdach za hutą. Pierre nie wiedział kim byli albo nie chciał powiedzieć. Może byli tam też Polacy? — Zamyśliła się. — Podobno, tak ludzie gadają, wszyscy mają mieć do końca roku nowe dokumenty. No i z tym będzie problem. Nie, nie wyjedzie, bo to nie ma sensu. Złapią ją gdzieś i wtedy dopiero będzie kłopot. Ją wsadzą do obozu albo wywiozą w głąb Rzeszy, a dzieci trafią do Niemiec. Będzie musiała coś wymyślić. Poszukać jakichś kontaktów. Może ktoś jej pomoże. Na pewno jej pomoże. Trzeba będzie pogadać z Oscarem albo z Richardem. Francuzów traktują tylko trochę lepiej niż inne nacje, ale też nie mają lekko. O Żydach, to nawet nie ma co gadać. Ile teraz stoi pustych mieszkań! Zajmują je oczywiście Niemcy, których przywożą z Rzeszy albo z innych miast Alzacji. Sama widziałam, jak jakiś nieszczęśnik chciał zabrać z domu koc, czy tam, kołdrę. Tak go pobili, że został leżeć na ulicy. Najgorsze, że sporo Francuzów kolaboruje z hitlerowcami. Trzeba było być bardzo ostrożnym z kim i o czym się gadało. — Westchnęła ciężko. — Ech, Pawełku. — Spojrzała na zdjęcie męża stojące na blacie kredensu. — Czy ty widzisz, tam z góry, co się tutaj wyprawia? Chroń nas. Czuwaj nad nami.


W pewnej chwili zorientowała się, że po wejściu do mieszkania nawet się nie rozebrała. Wstała od stołu i rozpięła wilgotny płaszcz. Odwiesiła palto na wieszak. Zzuła buty i założyła pantofle. W kuchni było chłodno. Oszczędzali opał, bo bardzo szybko zbliżała się zima. Na szczęście, teraz temperatury były jeszcze na plusie, ale już niedługo przyjdą mrozy, a w Pont-à-Mousson naprawdę potrafiły być srogie zimy.

Całe szczęście, że Oscar zdążył przywieźć kilka wózków węgla i na razie jest czym palić pod kuchnią. Teraz huty pilnują już niemieccy żołnierze i nie ma szans, żeby cokolwiek stamtąd wynieść. O węglu będzie można zapomnieć. Jutro niedziela, to po śniadaniu wezmę chłopców, wyciągnę wózek z drewutni i pójdziemy na hałdę. Może tam będzie jakieś drewno na opał.


Założyła na ramiona gruby wełniany szal, który kilka lat temu przysłali jej bliscy z Polski. Potem napiła się kilka łyków zimnej herbaty, zostawionej z rana na blasze kuchni i zajrzała do sypialni.

Chłopcy spali. Bolek leżał na boku, zwrócony twarzą w jej stronę, a Edek, jak zawsze, leżał na plecach zajmując prawie całe łóżeczko.


Hmm… Niedługo trzeba będzie im znaleźć coś nowego do spania. Rosną bardzo szybko — stwierdziła w myślach.

Pogłaskała Bolka po włosach, okryła rozkopanego Edka kocem, a potem cichutko wyszła z pokoju, gasząc nocną lampkę. W kuchni też zgasiła lampę pod sufitem i zapaliła stojącą na stole naftówkę. Musiała przecież oszczędzać.

Podeszła do drzwi mieszkania i zasunęła zasuwę. Potem wyładowała skromne zakupy i sięgnęła do torebki wiszącej na oparciu krzesła. Wyjęła spory plik zadrukowanych żółtawych kartek w zeszytowym formacie.


I w tym momencie przypomniała sobie o zaciemnieniu okien!

Szybko zaciągnęła ciężkie kotary, bo przecież już się zdarzało, że niemiecka policja strzelała w niezasłonięte szyby!

Kiedy odwróciła się od okna, Bolek stał przy kuchennym stole, oglądając z ciekawością rozrzucone na blacie kartki. Widać obudził się wcześniej i cichcem wymknął z pokoju.

— Co to jest mamusiu? — spytał. — Co to znaczy: zabijać wroga Niemca i okupanta ze wszystkich sił i wszystkimi sposobami? Albo: prowadzić dyw… dywersję? — zająknął się na nieznanym mu słowie.


Syn miał dziewięć lat, chodził do szkoły i doskonale rozumiał, co się wokół działo. No i, umiał bardzo dobrze czytać. Nie mogła go oszukiwać.

Podeszła do synka, zarzuciła mu na ramiona szal i pocałowała w czoło.

— Boluś, kochanie. Przecież wiesz, że trwa wojna, prawda? Wiesz, że w mieście są niemieccy żołnierze i giną niewinni ludzie. Sam mi wczoraj opowiadałeś, że jakiś żołnierz strzelał z karabinu do tego małego Pascala, syna szewca. To są źli ludzie, Bolku. Nie wolno ci się do nich zbliżać pod żadnym pozorem! Musimy im dać odpór. Musimy z nimi walczyć, żebyśmy mogli dalej, tak jak kiedyś, spokojnie żyć. To tak, jak dawno temu robił tata… — westchnęła. — Pamiętasz, jak ci pokazywał swoje medale i opowiadał o tym, jak walczył z rosyjskimi żołnierzami? Dosiadał konia, bo był ułanem i dowodził całym oddziałem?

Bolek kiwnął głową.

— Wtedy też trzeba było wzywać ludzi do walki, bo nie wszyscy wiedzieli, co trzeba było robić. Nie wszyscy wiedzieli, jakie wróg popełniał zbrodnie i… — założyła mu ciepłe kapcie na stopy — nie wszyscy wiedzieli, co tak faktycznie się działo. Dlatego trzeba było pisać na takich kartkach, co się dzieje i jak się mają sprawy.


Chłopczyk wziął jedną z ulotek i trzymając ją w dłoni powiedział:

— Już wiem, mamusiu. Na tych kartkach było napisane wszystko, co trzeba, tak jak tutaj. Prawda?

— Tak. Trzeba było ludziom pokazywać. Napisać im, że wolny świat istnieje i walczy, Bolku. Oni muszą o tym wiedzieć. Ale, najważniejsze w tym wszystkim jest, że… — złapała syna pod brodę i spojrzała mu w oczy — takie rzeczy mogą robić tylko dorośli i w zupełnej tajemnicy. Rozumiesz? Nikomu nie wolno ci o tym mówić. Nawet Edkowi i najlepszym kolegom. Gerardowi, Henriemu i wszystkim innym. Synku, jakby Niemcy się dowiedzieli, że mam takie rzeczy w domu, mogliby nawet…

— Zabrać cię do obozu, mamo — powiedział cicho.

— Tak.


Bolek odłożył ulotkę na stół, takim ruchem, jakby ten świstek papieru stał się nagle bardzo ciężką książką. Westchnął ciężko i usiadł na krześle, opierając dłonie i brodę na blacie.

— Wiesz, wczoraj po szkole, poszedłem do Gerarda. Razem patrzyliśmy z okna jego domu na obóz. Niewiele było widać, bo jest tam wysoki płot z desek, ale Gerard ma lornetkę i…

— Czy wyście obaj zwariowali? A jakby was ktoś zobaczył? — syknęła, nie chcąc podnieść głosu, żeby nie obudzić Edka. — Przecież strażnicy też mają lornetki i patrzą przez nie na miasto! A jakby was dostrzegli? Wiesz, co by było z tobą i z Gerardem? O jego rodzicach nie wspomnę!

— Ale mamo, przecież wiem… — Bolek odezwał się z nadąsaną miną. — Myśmy patrzeli przez małe okienko na strychu, a nie z mieszkania Gerarda.

— Zabraniam! Rozumiesz? Kategorycznie zabraniam… — pogroziła mu palcem. — I coście tam zobaczyli?

— Wiesz mamo, na środku obozu między barakami jest plac, a na placu stoi taki wysoki słup. Do tego słupa był przywiązany jakiś pan. On nawet już nie stał, a klęczał. Jak Gerard dał mi lornetkę, to wtedy zobaczyłem kto to był…

— No, i kto to był, Bolku? — spytała zaniepokojona. — Wiesz? Znasz go?

— To był pan… — zawahał się chwilę — pan Valbon, mamo. Pan dyrygent…


Zatchnęło ją.

— Jesteś pewien synku?

— Tak mamusiu. Przecież wiem, jak wygląda pan Francis, dyrygent z orkiestry taty. Był u nas tyle razy. I wiesz co… — Bolek ziewną przeciągle — na rękawie płaszcza pan Valbon miał założoną żółtą opaskę. To on jest Żydem? — spytał.


*


Szła szybko, bo nieubłaganie zbliżała się godzina policyjna. Jeszcze dwie przecznice i wreszcie będzie bezpieczna u siebie. Mijający ją nieliczni przechodnie przemykali obok, śpiesząc się do domu jak ona.

Wreszcie, kiedy już minęła ostatni budynek i wyszła zza rogu przecznicy, stanęła jak wryta. W bramie, oparty o mur, stał z rękami w kieszeniach płaszcza, znany jej z widzenia jeden taki wredny typ. Kolaborant i niemiecki donosiciel — Jean Tartieu. Nagle zdała sobie sprawę, że w ostatnich dniach mijała go kilka razy na swojej drodze, ale jakoś nie zwróciła na to uwagi. A mówił jej Oscar, żeby uważać na tego człowieka! Mało to ludzi kręciło się po ulicach? Miała nawet dwie kontrole dokumentów, ale jakimś cudem przeszła je bez problemu. Czemu się zresztą bardzo dziwiła. Teraz zdała sobie sprawę, że chyba nie stało się tak bez przyczyny!

Śledzili ją! Szukali jej! Sprawdzali gdzie chodzi i z kim utrzymuje kontakty!

Cholera, niedobrze — przemknęło jej przez głowę.

Już chciała zawrócić, ale tuż za nią — zresztą, nie wiadomo skąd — tupiąc ciężkimi butami, pojawiło się dwóch niemieckich żandarmów, nazywanych „blacharzami” z uwagi na kawał blachy noszonej na piersiach.


Zamarła. Nagle na ulicy zrobiło się kompletnie pusto. Zdała sobie sprawę, że prócz niej nie było tam nikogo innego. Tartieu oderwał się od ściany i ruszył wolno w jej stronę z krzywym uśmieszkiem na gębie. Wiedziała, że nie ma szans na ucieczkę.

— Witam panią, pani Pelagio! — odezwał się szpicel podchodząc, a wyciągając przed siebie rękę, warknął — torebka…


W tym momencie para „blacharzy” znalazła się tuż za jej plecami. Gdy jeden z nich położył łapę na jej ramieniu, szpicel bez specjalnych ceregieli wysypał zawartość torebki na chodnik. Sięgnął głębiej i wyciągnął spory plik ulotek.

Nawet na nie nie patrząc, zadowolony powiedział:

— No i proszę! Znaleźliśmy wreszcie naszego tajemniczego kolportera!

— Ale, to jakaś pomyłka, ja… — usiłowała coś powiedzieć.

— Cicho! — ryknął stojący za nią żandarm, a ciężka pięść dosięgła jej skroni.


*


Zimny deszcz siekł niemiłosiernie, pchany silnym wiatrem. Woda spływała jej po włosach i twarzy. Z wolna opadała z sił. W mocno skrępowanych drutem rękach już dawno straciła czucie. Zaczęła się poddawać.

Nagle ulewa urwała się jak za cięciem noża, a zza niskich chmur wyszło słońce.

Podniosła głowę.

Co z chłopcami, co z dziećmi! — myślała gorączkowo. — Przepraszam, kochani!


Zdrowym okiem rozejrzała się po okolicy. Nad wysokim drewnianym płotem zobaczyła dachy kamienic Pont-à-Mousson, skrzące się teraz w ostrych promieniach słońca. W pewnej chwili w jednym z małych okienek dostrzegła błysk, refleks światła. Uśmiechnęła się. Wiedziała, kto tam był. Kto stał w okienku i patrzył przez lornetkę.

Bolek!…


Ostatkiem sił podniosła się wyżej i stanęła na nogi. Wyprostowała się, dumnie podnosząc głowę.

Wisząca na jej piersi tablica z dykty, zajaśniała w jasnym świetle, pokazując wielkie koślawe litery.

Czytaj synku. Czytaj i… zapamiętaj.


„TA KOBIETA MÓWIŁA PO POLSKU!”

Obóz

Europa pod butem. Europa zniewolona. Europa ciężko pracująca, żywiąca i nabijająca kabzę okupantowi. Europa wytwarzająca dla niego broń, a przez to potrzebną siłę i, co za tym idzie, środki do dalszej walki.

Bo teraz wojna przesunęła się dalej — na wschód.

Niemiecka horda, zadufana w swoich dotychczasowych zwycięstwach oraz bez zastrzeżeń wierząca w swoją potęgę, ruszyła w nieprzebyte stepy wielkiej i dzikiej Rusi. Ruszyła po bogactwa i miejsce do życia dla Niemców. Początek inwazji — czerwiec, tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku — na (co by tu nie mówić i jak by tego nie nazwać) dotychczasowego cichego sojusznika, odbył się oczywiście bez wypowiedzenia wojny i był wielce obiecujący.


Niemieckie wojska, wykorzystując zaskoczenie, postępowały szybko do przodu, zajmując coraz większe obszary sowieckiego Kraju Rad. Ale w swojej bucie i zadufaniu, hitlerowcy chyba przeoczyli te lekcje historii, które uczyły co się działo i, co się w efekcie stawało z wszystkimi najeźdźcami, którzy wdarli się na te bezkresne przestrzenie. Zawsze było tak, że początkowe zwycięstwa i zwodnicze sukcesy najeźdźców, zamieniały się w totalną klęskę!

Przekonał się o tym Wielki Hetman Żółkiewski — zdobywca Moskwy w tysiąc sześćset dziesiątym roku, przekonał się o tym dwieście lat później wielki Napoleon Buonaparte oraz wielu, wielu innych słynnych dowódców i wojowników. Wszyscy oni mieli potężne armie i wydawało im się, że rzucili ten wielki kraj na kolana oraz, że zdobyli nad nim władzę.


Zapominali jednak o najważniejszym fakcie, popełniając wciąż jeden i ten sam błąd — Rosja, jaka by ona nie była: pierwotna, carska, czy komunistyczna — czy się to komuś podobało, czy nie — miała zawsze za plecami kilku potężnych sprzymierzeńców: niespożyte i uległe silnej władzy zasoby ludzkie, wielkie bogactwa naturalne, bezkresną przestrzeń w której Rosjanie potrafili się poruszać oraz… dziką i nieujarzmioną naturę.

Ci potężni sprzymierzeńcy, jak do tej pory, nigdy Rosji nie zawiedli. Wszystko wskazywało na to, że tak samo było i tym razem, bo Hitler najeżdżając ten kraj, popełnił ten sam kardynalny błąd, co jego wielcy poprzednicy.


Na razie jednak, Europa cierpiała i ciężko pracowała, dostarczając wojskom nazistowskim wszystko to, co było potrzebne do walki z komunistyczną Rosją i wojskami alianckimi w Afryce.

Niemcom brakowało dwóch bardzo ważnych elementów, żeby zachować przewagę nad wrogiem: bogactw naturalnych — o które walczyli w Rosji — oraz… ludzi do pracy.

Oprócz przymusowych robotników, tyrających dla nich w fabrykach całej Europy, do niewolniczej pracy zaczęto wykorzystywać jeńców wojennych, których coraz więcej trafiało do obozów jenieckich od czasu inwazji na ZSRR.


***


Budzik zadzwonił o czwartej rano, jak w każdy dzień. Kiedy Władysław wstawał do pracy, panowała jeszcze noc. Jednak w domu był ktoś, kto wstawał jeszcze wcześniej od niego. To Eugenia, żona Władka, już od jakiegoś czasu krzątała się po kuchni. Jak co dnia, zdążyła przyszykować mężowi śniadanie oraz coś do jedzenia, co by mógł zabrać do pracy w kopalni. Napełniła butelkę gorącą herbatą, kanapki owinęła w woskowany papier, a wszystko starannie spakowała do torby.

Na stołku w kuchni leżało ułożone w kostkę czyste ubranie robocze i flanelowa koszula w kratę. Pod nimi, stały umyte z błota i elegancko wyczyszczone ciężkie robocze gumowce. Na wierzchu których Eugenia położyła parę grubych wełnianych skarpet. Kilka dni temu spruła stary i dziurawy sweter Felka. Z odzyskanej wełny wydziergała na drutach trzy pary nowych ciepłych skarpet.


Gumowcami ojca zawsze zajmowały się dzieci. Każde z nich miało swój dzień w którym czyściło buty taty. Dzisiaj był piątek, więc gumowce wypucowała najmłodsza z dziewczynek — Helen. Malutki Edek jeszcze tego nie robił, bo malec nawet by nie udźwignął jednego gumowego buta, a co dopiero, jakby go miał czyścić. Natomiast górniczy kask Władka, to już było co innego. Dzień wcześniej, wieczorem, Edek dostawał od matki namoczoną w wodzie z mydłem ściereczkę i czyścił twardą brązową skorupę tak długo aż górniczy kask lśnił idealną czystością.


Przy drzwiach do przedpokoju, na górnej półce wieszaka z ubraniami, leżał teraz czysty kask Władysława z przypiętą do niego lampą karbidową. Równie pięknie wyczyszczoną przez Janinkę, kolejną córkę.


Kiedy Władysław już się ogolił i umył w misce z ciepłą wodą, ubrał się w przygotowane przez Eugenię ubranie i zasiadał do kuchennego stołu. Dopiero wtedy żona stawiała na stole przygotowane dla niego śniadanie. Ani wcześniej, ani później, a to z tego powodu, że mąż lubił rano jeść ciepły posiłek. Najczęściej było tak, że zjadał podgrzaną na piecu wczorajszą gęstą zupę, zagryzając ją kawałkiem bagietki.

Górnik musiał mieć siłę, żeby pracować. Dawniej chleb był jeszcze posmarowany masłem, ale teraz w mieście i kraju była bieda ze wszystkim, więc i tak dobrze, jak była w domu wczorajsza bagietka.

W kuchni panowała cisza. Jedynymi dźwiękami jakie było słychać, to stukanie łyżki o talerz, lekkie siorbanie gorącej zupy oraz stuk talerzy o miskę z wodą, kiedy Gienia myła statki.


Władysław zjadł szybko. Odstawił miskę i wytarł usta ściereczką. Podszedł do żony i pocałował ją w policzek. Teraz, kiedy stół był już wolny, Eugenia mogła przygotować śniadanie dla siódemki dzieci. Jak wstaną, to zjedzą przed pójściem do szkoły.

— Nie rozpieszczaj ich tak. Wiesia z Gienią mogą ci już przecież pomagać przy śniadaniu. Potem sobie jeszcze dośpią.

— Władku, one i tak robią bardzo dużo. Sprzątają, chodzą na zakupy, zbierają drewno, piorą, odrabiają lekcje, a Gienia zawsze mi pomaga przy obiedzie. Dzieci też muszą mieć trochę czasu dla siebie. Alek z Felkiem wygrabili wczoraj cały ogródek z liści. Znaleźli jeża, wiesz? …

— Wiem, wiem — mruknął. — Widziałem skrzynkę przy łóżeczku Edka. Ja, gdy byłem mały, miałem wolny czas tylko wtedy, kiedy już był ćmok na dworze, a matka myślała, że śpię. No, i w niedzielę po kościele, bo rodzicom było szkoda niedzielnego ubrania, to mi nic do roboty nie dawali. A tatko, to mi buty zaraz po powrocie z mszy zabierał i chował do szafy! — zaśmiał się głośno. — Właśnie dlatego tak lubiłem pasać kozy! — Dalej chichotał cicho. — Wygnałem cygi na łąkę, a potem mogłem spać w trawie, ile wlazło! A one mnie pilnowały, cholery! Wiesz?…

— Czasy się zmieniają Władku. — Gienia wyszła na chwilę przed dom i do rynsztoka wylała brudną wodę z naczyń. — A poza tym, ta straszna wojna. Dzieci też nie mają teraz lekko… — westchnęła i podeszła do męża. — Wsadziłam ci do torby pół bochenka chleba.

— Dobrze, kochana. Dzisiaj na pewno będę mieć komu go dać. Ostatnio Jean, wiesz ten gruby strażnik na bramie, spytał mnie, gdy przeszukiwał torbę; po ci tyle chleba? Na szczęście stał za mną Leon. Wiesz, ten młody chłopak z Algrange, który wypalił do niego: a co, Jean?! Chcesz sobie zabrać? Mało tłuszczyku nosisz nad paskiem? — zaśmiał się. — Reszta chłopów wybuchnęła śmiechem, a Jean zrobił się czerwony na gębie. Gefrajter, co siedział w kanciapie, też rechotał, no i jakoś poszło.

— Uważaj Władku. Wiesz, co by się stało jakby strażnicy zauważyli, że ich dokarmiasz. Tych biedaków… Ja, to się zawsze tak boję o ciebie, a teraz jeszcze do tego ci nowi „blacharze”, co ich przywieźli z Rzeszy! — Zasłoniła twarz dłońmi. — Pani Malioux wczoraj mi mówiła.

Pogłaskał ją po głowie i mocno przytulił.

— To nie „blacharze”, a Wehrmacht, czyli żołnierze frontowi zdjęci z linii frontu. Oni się cieszą, że im Ruscy w dupę nie strzelają. Można se z nimi więcej pozwolić niż z „blacharzami”. Ja tam dam se radę, Gieniu. Kopalnia jest dla górników, a nie dla durnych żołdaków. Oni się na dole bardziej boją o swoją skórę, niż my ich się boimy. — Powiedział i podszedł do gumowców. Siadł na zydlu i zaczął ubierać skarpety, by potem naciągnąć na nie robocze buty. — Ładne te fuzekle zrobiłaś! Ty to masz dryg. — Pochwalił Gienię za nowe skarpety i kontynuował. — Wiedzą germańskie cholery, że ich życie zależy od nas, od górników. Jeden gefrajter, to jest tak strachliwy, że jak stempel strzeli albo pęknie, to zaraz ucieka na podszybie. Durch w hełmie łazi. Raz, to nawet giwerę zostawił przy wózkach! Jak mu ją Leon oddał, to o mało się nie rozpłakał ze szczęścia. Opowiadałem ci już kiedyś. Będzie dobrze, Gienia. Żal mi tylko tych ruskich biedaków. Nie, żebym za nimi przepadał, ale to ludzie przecież. I świętej pamięci dziadka Teofila im cholerom nie daruję. Nigdy! — Podniósł pięść. — Gonią ich do roboty całymi stadami, a to ledwo na nogach stoi i kilofa w ręku nie umie utrzymać. Padają na szychcie jak muchy. Z tych, co zjeżdżają na dół, jedna trzecia wyjeżdża na deskach. Albo trupy, albo chorzy. Raz widziałem, jak esesman strzelił z pistoletu do jednego z tych leżących — zamyślił się. — Zabił go, Gieniu. A ja mam mieć wydobycie, bo ten ich zasrany Adolf chce żelaza! — sapnął wściekły. — W dupę niech się ugryzą! Ten chleb… — westchnął — ten nasz chleb, przynajmniej kilku z nich uratuje na jakiś czas, dzień może tydzień. A tak po prawdzie, wtedy ja i reszta moich górników, też będziemy mieć spokój. Wiesz Gieniu, że nasz sztygar — Gustaw Platou, to się kiedyś z takim jednym gefrajtrem pokłócił. Pytał dlaczego, te ruskie takie słabe są i, że nie ma z nich pożytku. Powiedział temu Niemcowi prosto w gębę, żeby ich lepiej karmili. To dostał w pysk i tyle było jego gadki o jeńcach. I tak, że szkop mu kolbą nie zafasował. Dlatego lepiej robić swoje, po cichu pomagać i mieć spokój z hitlersynami.


Już ubrany Władysław, założył torbę przez ramię i podszedł do półki po kask.

— O, ale się Edek dzisiaj postarał! — pochwalił synka. — Kask lśni jak bombka na choinkę! — Odwrócił się do żony. — Wczoraj wieczorem nie mówiłaś mi nic o wizycie u doktora. Co powiedział lekarz? Wie czemu Edek dalej nic nie mówi?

— Nie wie… — podeszła bliżej, wycierając dłonie w fartuszek. — A najgorsze, że pan Lorien stwierdził, że Edek powoli traci słuch.

— Cholera. Jak myślisz, To mógł być efekt tego upadku z wózka? — spytał cicho. Nie odpowiedziała mu, a tylko wzruszyła ramionami. — W przyszłym tygodniu wezmę dzień wolnego u sztygara, to pojedziemy do Thionville. Mówili mi, że tam podobno jest dobry laryngolog, co się specjalizuje w słuchu. Pieniądze jeszcze są. Może on coś poradzi, bo ten nasz kopalniany felczer, to mało co wie. — Machnął ręką.

— Nie mów Władek… — odprowadziła go do drzwi — bo pan Lorien jest dobrym lekarzem. Szkarlatynę u Wiesi od razu rozpoznał, a rękę Alka poskładał tak, że w dwa tygodnie było po gipsie — stwierdziła, broniąc kopalnianego felczera. — Przepustkę i markę masz?

Poklepał się po kieszeni waciaka.

— Weź też to… — podała mu jego stary i pogryziony przez mole wełniany sweter. Wisiał na sznurkach w ogródku, a Władek wkładał go, rąbiąc drewno na opał.

— A po cholerę mi to, Gienia?

— Dasz któremu. Zima idzie, a oni na dworze śpią…

Kiwną głową, położył sweter na torbie i poklepał się po kieszeni roboczego waciaka.

— Przygotuj więcej niepotrzebnych rzeczy, Gienia. Będę zabierać co jakiś czas. — Tupnął lewą i prawą nogą, żeby gumowce lepiej ułożyły się na stopach. — Dobra, mam wszystko, pora ruszać.

Zszedł po kilku schodkach z ganku, ale jeszcze się zatrzymał, mówiąc:

— Szkarlatyna to jedno, a głuchota i brak mowy, to zupełnie co innego. Trza iść do specjalisty, Gienia.

Zeszła za nim, a on pokazał kikut wskazującego palca prawej dłoni.

— Gdybym od razu poszedł do chirurga z paluchem, byłby se dalej na swoim miejscu. — Złapał ją za rękę i pocałował w dłoń. — Uważajcie tu na siebie. Idę, bo do kopalni daleka droga. — Przeżegnał się. — Z Bogiem…


Eugenia patrzyła chwilę, jak mąż wychodzi przez furtkę, a potem jego postać znika w ciemnej ulicy. Pomachała mu. Z innych domów górniczego osiedla kopalni de Neufchef w Hayange, również wychodzili górnicy, śpiesząc się na kolejną trudną szychtę. Światełka na ich kaskach błyskały w ciemności, co wyglądało, jak unoszący się nad drogą rój małych świetlików.


Nad pobliską hutą zajaśniała biała łuna kolejnego tej nocy spustu stali.


*


Szli kilkuosobową grupą, kierując się w stronę majaczących w oddali kopalnianych szybów. Nie odzywali się do siebie i starali się nie patrzeć na prawą stronę ulicy. Kiedy podszedł do nich patrol „blacharzy”, w milczeniu podawali żołnierzom przepustki i okazywali kopalniane marki. Za ich plecami, wzdłuż całej długości ulicy, rozciągało się wysokie ogrodzenie z drutu kolczastego, a równolegle do niego w odległości jakichś trzech metrów, kolejne.


Te straszne ogrodzenia oddzielały i odgradzały dwa światy; ten ich, pozornie wolny świat niewolników żyjących w ciągłym strachu przed okupantem, od piekła świata jenieckiego obozu żołnierzy sowieckich.

Ci żołnierze, walczący do niedawna na dalekim froncie wschodnim, mieli wyjątkowego pecha. Raz, bo wpadli w łapy niemieckich oprawców oraz, mieli to nieszczęście, że… nie zginęli, ku chwale rodiny (ojczyzny) i Stalina, czego im nigdy w ich rodzinnym kraju nie wybaczono! Traktując ich, jak zdrajców. A zdrada, zasługiwała tylko na jedną karę…

Ich los był więc przesądzony.


Jeden z żandarmów od dłuższego czasu podejrzliwie przyglądał się przepustce młodego górnika — Filipa Moro. Najwyraźniej, coś mu się w niej nie podobało. Gapił się na Filipa, świecąc mu małą latarką w twarz, to znowu snopem światła oświetlał papier. Wyglądało to, jakby chciał ustalić gdzie tkwił problem. Szukał go, a przecież już nie raz legitymował Filipa i znał go doskonale…

Jednak niezwykłe dociekania „blacharza” przerwane zostały przez trzy bardzo istotne rzeczy, które zbiegły się w jednym czasie. Pierwszą, był dziwny, buczący i niepokojący dźwięk, dochodzący gdzieś z wysoka. Drugą, jazgot syren alarmu przeciwlotniczego, a trzecią, głośne gwizdki strażników obozowych, zmuszających leżących na ziemi jeńców do wstania i ustawienia się w równych szeregach na zbiórce.

Ten ostatni dźwięk był im doskonale znany, bo doświadczali go każdego dnia, kiedy szli tą drogą na szychtę.

Za to, ten pierwszy dźwięk…

Podnieśli głowy do góry.


Na nocnym niebie Francji, odbywał się tego ciemnego poranka niesamowity spektakl!

Bowiem owym niepokojącym dźwiękiem, było buczenie tysięcy silników, lecących obok siebie samolotów zgrupowanych w regularne, geometryczne klucze! Samoloty leciały na różnych pułapach. Były to duże maszyny, dwu, a nawet cztero silnikowe! Zorientowali się, że w stronę niemieckiej granicy leciały alianckie bombowce!…

Ze wszystkich stron tych wielkich, wolno lecących maszyn, poruszały się mniejsze i szybsze, wykonując czasem bardzo karkołomne ewolucje między bombowcami. To na pewno były myśliwce!


Wszystkie samoloty od dołu, od strony ziemi, były silnie oświetlane przez liczne snopy świateł przeciwlotniczych reflektorów. Strugi mocnego białego światła lizały brzuchy maszyn, pokazując przy okazji, jak wielka ich liczba leciała w stronę Niemiec!

Między samolotami widać było wybuchające pociski armatnie i długie serie wystrzeliwane z działek obrony przeciwlotniczej. Jednak, jak na razie, z uwagi na wysokość przelotu, skuteczność ostrzału była niewielka. Jedynie co jakiś czas pojawiały się smugi z pokładowej broni alianckich myśliwców, walczących z grupami niemieckich Messerschmittów.


Żandarm, który sprawdzał dokumenty Filipa, pierwszy „wrócił na ziemię”. Oddał felerną przepustkę młodemu górnikowi i wrzasnął w łamanym francuskim:

— Na co czekacie?! Już, do roboty! Iść, iść!… A ty, młody uważaj na następny raz!… — pogroził palcem Moro. — Bo jak będziesz taki głupek, to wtedy trafisz tam, do tamtych! — Pokazał na druty kolczastego płotu.

Ruszyli dalej, gapiąc się w niebo, gdzie mrowie lecących samolotów nie miało końca.

— Ty Filip, coś ty tam zrobił z tą przepustką, co? — spytał Władek, łapiąc Moro za rękaw waciaka.

— E, nic, panie przodowy… — burknął chłopak. — To nie ja, to moja głupia siostra.


Filip zatrzymał się i sięgnął do kieszeni. Wyjął kartonik przepustki i poświecił na niego.

— Zobaczcie.

Patrzyli na zadrukowane strony, ale tak jak „blacharz”, nie mogli się zorientować o co chodziło. Wreszcie Filip pokazał na zdjęcie.

— Nie widzicie? O!… — puknął palcem w swoją podobiznę. — Ta mała koza namalowała mi pod nosem taki sam wąsik, jaki nosi ten ich niemiecki hycel…

— Ty, faktycznie! Na zdjęciu Filip ma wąsa i wygląda jak Hitler!

— Filip, ale ty nawet na żywo, nawet bez wąsika faktycznie podobny jesteś do herr fuhrera, wiesz? — zauważył zgryźliwie jeden z górników, przyglądając mu się uważnie, świecąc przy okazji latarką w gębę. — Może ty wnuczek jego jesteś albo jakiś, mały niemiecki kuzynek, co? — zaśmiał się.

— Cholera, faktycznie — mruknął Władek. — Patrząc podejrzliwie na Moro. — Coś zrobił, nygusie?…

— Ee, nic, panie przodowy. Noo, nie całkiem — młodzian wił się jak piskorz. — Żem se dzisiaj takiego malutkiego wąsika pod nosem namalował pastą do butów. O… — Moro poświecił sobie w twarz latarką z kasku. — No przecież musiałem się upodobnić do zdjęcia nie? Jakbym ze zdjęcia zdrapał jej bazgroły, to od razu byłaby chryja!

Górnicy ryknęli śmiechem, klepiąc Filipa po plecach.

— To dlatego „blacharz” zgłupiał!

— Masz szczęście, że zaczął się nalot! Niemiaszek na niebie zobaczył, co ich teraz czeka, narobił w gacie i dał ci odpust! Ha, ha!…


Kiedy dochodzili do końca długiej ulicy Rue de la Mine Victor, obóz jeniecki był już pusty. Tylko na gołym klepisku, gdzie jeszcze niedawno bez żadnej ochrony spali ludzie, pozostały zwłoki tych jeńców, którzy nie przetrzymali zimnej nocy.

Bombowce bez strat, dalej poleciały prosto w stronę niedalekiej dawnej niemieckiej granicy.


*


Wykorzystał moment, kiedy żandarm, żeby się wysikać, odszedł na bok. Podszedł do jednego z jeńców. Tego, którego już widział na przodku kilka razy, a co za tym idzie, już nie raz dawał mu chleb. Oglądając się, czy żołnierza dalej nie widać, podał mu sweter i grubą pajdę chleba.

— Masz Wania, ukryj się za stemple. Nałóż sweter na siebie i schowaj chleb do kieszeni — powiedział łamanym rosyjskim, jak umiał najlepiej.

Ledwie jeniec zdążył to zrobić, kiedy zza węgła wyszedł żołnierz.

Władysław udał wtedy, że krzyczy na kopiących, żeby się przykładali do roboty.

— Jaa… Gut. Dobrze! Dobrze! — Poklepał go po plecach i odszedł dalej w głąb korytarza.

— A bodaj by ci ręka uschła, zasrańcu — mruknął pod nosem i splunął pod ścianę, patrząc na odchodzącego gefrajtra.


Przez chwilę zostali sami, co zaraz wykorzystali inni górnicy, no i Władek też. Rozdali chleb oraz to, co kto wziął ze sobą.

Ten jeniec, któremu dał sweter, przesunął się bliżej. Udając, że rozbija bryłę rudy, odezwał się:

— Spasiba, drug. Ja nie Wania. Nazywam się Andrij Iwanowicz Porowcew z Woroneża. Jestem lekarzem, oficerem. Zapamiętaj moje imię i nazwisko, drug. Jutro już nas tu nie będzie. Niemcy likwidują obóz. Jakby co, to po wojnie napisz do moich, że tu byłem. My już trupy. Pamiętaj, drug. Andrij Porowcew, Woroneż. Mnie tam znają. Wiedziałem, co ty Polak. Słyszałem jak klniesz… — uśmiechnął się.


Wracał „blacharz”. Jeniec odsunął się od Władka i zaczął pracować przy kolejnej bryle rudy.

Władek rozmyślał nad jedną rzeczą o której, mu tamten jeniec powiedział.

Niemcy likwidują obóz. A to by znaczyło, że czują zbliżający się koniec. Tylko, kiedy on nastąpi?…

Siostra, braciszku…

Ludzkie losy w czasie tej strasznej wojny, były często zależne od tego, gdzie człowiek miał szczęście albo nieszczęście, znaleźć się w danej chwili. Zresztą, przecież nawet w tak zwanym „normalnym i zwykłym” życiu, człowieczy los przede wszystkim zależał od tego, gdzie i co robiliśmy w danym momencie. Z tą tylko różnicą, że wojenny czas prowokował i zwielokrotniał wszystkie złe okoliczności, które w rezultacie mogły nam wyrządzić straszną krzywdę.

W każdym razie, ryzyko utraty życia, zdrowia, bliskich, czy wreszcie mienia, w czasie trwania wojny wzrastało niesamowicie i bardzo by się mylił ten, kto stwierdziłby, że w tym strasznym czasie wszystko było zależne od nas samych. Nie, nie było zależne tylko od nas samych…


W tym trudnym czasie, nasz los zależał przede wszystkim od innych. A szczególnie od ludzi z karabinami i bombami, którzy mieli nad nami absolutną władzę oraz od tych, którym nasze życie było kompletnie obojętne albo wręcz zawadzało w realizacji chorych wojennych planów. Oczywiście wiemy też, że było wielu takich, którzy walczyli z okupantem, a los innych nie był im obojętny. Jednak generalnie i w większości przypadków, życie toczyło się tak, jak mogło w tych warunkach, a ludzie egzystowali, jak im los i okoliczności pozwalały. Kto podjął walkę z własnej woli, czy też został do niej przymuszony okolicznościami albo ten, kto miał zwyczajnego pecha i wpadł w wir walki, ten… no cóż, musiał się wykazać siłą woli, sprytem i wolą przeżycia.


Wojenny los nie oszczędzał nikogo, a w szczególności dzieci. Okropieństwa jakie je mogły spotkać — nawet, gdy wydawało się, że nic im nie groziło — były niewyobrażalne. Dzieci z całej Europy były mordowane, uprowadzane siłą od opiekunów i wywożone do Niemiec, a tam germanizowane. Te nieprzydatne albo zbyt „stare” dla hitlerowskich idei, trafiały do dziecięcych obozów, gdzie pracowały ponad siły, prowadzono na nich eksperymenty medyczne, głodzono je i… zabijano.

Dziecięce obozy zagłady! — Wręcz niewyobrażalne okrucieństwo!


Możemy sobie wyobrazić, na tle tych strasznych tragedii, jaki los w tej wojnie (zresztą, tak, jak w każdej innej) był udziałem sierot, które nie miały nawet wsparcia rodziców i opiekunów.


***


Siostra Florence truchtała długim ciemnym krużgankiem, idąc szybkim krokiem prosto w stronę celi matki przełożonej. Było jeszcze ciemno, a nowy dzień w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia Świętego Wincentego a Paulo w Pont-à-Mousson, właśnie się zaczynał.

Najgorsze, że zaczynał się fatalnie, a wręcz, katastrofalnie!


Furtianka mimo podagry i zaawansowanego wieku, biegła co sił w nogach po matkę Celestin. Trzeba powiedzieć, że był to widok niezwykły, a przyczyną tak dziwnego zachowania siostry, było przybycie do klasztoru niespodziewanych gości, którzy czekali teraz przy furcie klasztornej bramy! Dodać trzeba, że bardzo nieproszonych gości.


Szeroki biały kornet kiwał się w górę i dół, zgodnie z rytmem kroków siostry, co wyglądało, jakby na jej głowie siedział jakiś wielki biały ptak, machający skrzydłami.

Wreszcie, kiedy minęła uchylone podwójne drzwi refektarza, dotarła pod celę przeoryszy.

Zapukała delikatnie, a kiedy nie było odzewu, pociągnęła za rączkę wiszącego obok uchwytu. W celi zakonnicy odezwał się mały dzwoneczek. Siostra Florence usłyszała ciche kroki, a po chwili drzwi się uchyliły. Stanęła w nich niska korpulentna kobieta, ubrana w czarny habit z takim samym kornetem na głowie, jaki nosiła siostra Florence. Okrągłe druciane okularki sterczały jej na czubku nosa, a z zza nich, pytającym wzrokiem patrzyły na furtiankę wąskie szparki szarych oczu.


— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, matko przełożona — wyszeptała zdyszana Florence. — Wybacz, że ci przerwałam poranną modlitwę, ale niestety mamy w klasztorze niespodziewanych gości.

Brwi przeoryszy powędrowały do góry w nieukrywanym zdziwieniu. Furtianka przełknęła ślinę.

— Przy bramie czeka dwóch esesmanów, matko. A do tego, jest z nimi pięciu „blacharzy”, to jest, żołnierzy… — wydusiła z siebie. — Powiedziałam im, że jest jutrznia i wszystkie siostry są na modlitwie. Dali mi dziesięć minut, bym cię sprowadziła do furty.

— Szczęść Boże, siostro Florence. — Przeorysza zamknęła drzwi. — Chodźmy więc, bo czasu zostało niewiele, a takim gościom czekać nie wypada. Albo raczej, takim gościom czekać nie wolno. W imię Boże, Florence… — westchnęła i przeżegnała się szerokim gestem.


Idąc spytała:

— Mówili może po co przyszli tym razem?

— Nie, matko. Myślę jednak… — siostra Florence sapała głośno, ledwie nadążając za przeoryszą — że znowu chodzi o sierociniec. Jeden z esesmanów, ten wyższy i chyba starszy stopniem, powiedział po niemiecku do jednego z żołnierzy, żeby ciężarówka podjechała z drugiej strony ogrodzenia. Tam gdzie jest drugie wejście do ochronki.

— Ciężarówka? — matka Celestin zatrzymała się gwałtownie. — Czy aby dobrze słyszałaś siostro? Nigdy nie przyjeżdżali do nas ciężarówkami.

— I to mnie właśnie martwi, matko. Oni chyba tym razem przyjechali w jakimś konkretnym celu. Ostatnio, gdy byli w klasztorze dokładnie obejrzeli wszystkie dzieci. Jeden z nich nawet czekoladę miał i kusił nią te biedactwa. Pamiętasz, matko? Trzymali je na wirydarzu chyba ze trzy godziny. A ten cywil, co był razem z nimi, oglądał dokładnie każde z dzieci, jakby chciał coś sprawdzić. Potem coś zapisywał w notesie. Myślę, że oni znowu chcą…

— Nic już nie mów, droga Florence. — Matka przełożona przerwała jej w pół zdania. — Może chodzi o coś całkiem co innego.


Kiedy schodziły po schodach, idąc prosto w stronę klasztornej bramy, esesmani i „blacharze” z karabinami w rękach stali już przy przejściu prowadzącym prosto w stronę sierocińca. To mogło oznaczać tylko jedno — niestety, siostra Florence miała rację.


*


Drzwi od mieszkania były otwarte na oścież. Tyłem do korytarza, stała w nich jakaś niska kobieta w średnim wieku, która półgłosem rozmawiała z kimś, kto znajdował się w środku. Tą osobą, która była w środku, okazała się siostra zakonna z pobliskiego klasztoru.

Kobieta w drzwiach spytała raz jeszcze:

— To niech mi siostra powie, dokumenty mam złożyć w merostwie, tak? A drugi komplet u was w klasztorze?

— Tak, pani Adamczyk. Już raz pani tłumaczyłam — odpowiedziała zakonnica, wyraźnie już zniecierpliwiona. — Oryginały w merostwie, a kopie u nas w klasztorze zostawi pani na furcie u siostry Florence albo tej z nas, która akurat tam będzie.

— A kiedy będę mogła odebrać dziecko?

— Jak będzie decyzja mera w tej sprawie.

— Ale ja… — kobieta nazwana panią Adamczyk umilkła na chwilę. — Ale wie siostra, że my… że nie chcemy wziąć obu chłopców. Tylko tego jednego. Młodszego.

— Wiem… — siostra ucięła rozmowę.

— A my z bratem, nigdzie nie pójdziemy osobno! Zawsze jesteśmy i będziemy razem! — wrzasnął chłopczyk w wieku około jedenastu lat. — Ksiądz nam obiecał, że na pewno zostaniemy razem! Pani dyrektor Burnier ze szkoły, też! Powiedzieli nam, że w sierocińcu będziemy mieć co jeść i będziemy razem!

— Przestań krzyczeć, chłopaku! — Siostra ruszyła w jego stronę. — Nikt was nie rozdzieli. Nie słuchajcie pani Adamczyk! Będziecie u nas razem.

— Tak? A co mówiła pani Adamczyk?! Chce zabrać Edka do siebie! A, ja?! Co ze mną?!

— Ja nigdzie nie pójdę bez Bolka! — Teraz krzyknął młodszy z chłopców, Edek. Złapał brata mocno w pół i przywarł do niego z całej siły.

— No, i co pani narobiła, pani Adamczyk — siostra Benedetta podeszła bliżej do stojącej w drzwiach kobiety.


Nachyliła się nad kobieciną, a jej czepiec prawie dotykał do czoła pani Adamczyk. Głos miała groźny, a wyraz twarzy świadczył, że jest wściekła. Mruknęła, ale tak, żeby dzieci nie słyszały.

— Mam się teraz z nimi siłować, co? Jak już tu pani przyszła, to niech już pani siedzi cicho, dobrze? Dostanie pani, co pani chce. Ale, na miłość boską, niech się już pani więcej nie odzywa.

— Tak, a jak się nimi zajmowałam przez ten cały czas, to dobrze było, nie? — burknęła Adamczyk.

— No przecież nie za darmo? Dostawała pani na to środki z klasztoru, prawda? Dobrze pani wiedziała, że nie można było chłopców zabrać do sierocińca, bo co chwila byli u nas esesmani. Chłopcy mogliby trafić do Niemiec, jak wiele innych dzieci.

— Ale, co moje było oddane, tego nikt nie policzy — niewzruszona Adamczyk nie dała sobie nic powiedzieć.

Siostra Benedetta westchnęła ciężko i powiedziała:

— Miłość trzeba mieć w sercu, i Boga, pani Adamczyk. Na koniec życiowej drogi, wszystko będzie policzone, moja droga. Chłopcy też pracowali dla pani w ogrodzie i w domu, prawda?…


Otylia Adamczyk już więcej nie dyskutowała. Stała z nadąsaną miną, okazując tym samym, jaka działa się jej krzywda.

Siostra zakończyła z nią rozmowę i odwróciła się w stronę stojących pod oknem chłopców.

— Idziemy, chłopcy! — rozkazała nieznoszącym sprzeciwu głosem, uważając zapewne, że taki ton załatwi sprawę, a Bolek z Edkiem zaraz ją posłuchają. — Zabierajcie swoje walizki i wychodzimy! Za chwilę przyjdą robotnicy po meble i resztę rzeczy.

— Ale to wszystko, to są nasze rzeczy! — hardo odezwał się Bolek.

— Już nie, chłopcze. Zostaną oddane tym, którzy płacili za wasze wyżywienie i ubrania przez cały ten czas. Pani Adamczyk też dostanie, co się jej należy — mruknęła pod nosem.

Siostra Benedetta zbliżała się do nich wolno, co wyglądało, jakby się czaiła w obawie, że dwaj malcy mogą nagle czmychnąć z mieszkania. Co wcale nie było z jej strony płonną obawą. Bo pomysł ucieczki już dawno zagościł w głowach obu chłopców. Niestety w drzwiach, jak skała, dalej sterczała pani Adamczyk, co w tym momencie czyniło ucieczkę nierealną.


Bolek podjął jeszcze jedną, chyba już ostatnią próbę zmiany ich przesądzonego losu. Wrzasnął:

— Niech siostra odda medale taty! Bez medali nigdzie nie pójdziemy!

— Jakie znowu medale? — Benedetta zdziwiona spojrzała na chłopca, nie wiedząc o co mu chodzi.

— Taty medale! Co je na wojnie dostał za odwagę od naszego marszałka!

— Ach, no tak — westchnęła siostra. — Te całe wasze… — wydęła policzki — polskie wojny albo ci wasi, szaleni żołnierze. — Powiedziała wolno i głośno, najwyraźniej coś kombinując.


Widać te słowa miały wzburzyć Bolka, co oczywiście jej się udało. Chłopiec zrobił się czerwony na twarzy, a wściekłe oczy rzucały pioruny w jej stronę. Jednak złość uśpiła czujność chłopca.

— Nie mam żadnych waszych medali… — Benedetta mówiła dalej, zbliżając się coraz bardziej — musieli je wczoraj zabrać razem z innymi rzeczami albo po prostu wyrzucili te niepotrzebne nikomu blachy na śmieci. Po co komu, jakieś tam durne polskie świecidełka!

— Tyy… głupia babo! — krzyknął Bolek, ruszając w jej stronę z zaciśniętymi pięściami.


Jeden skok i złapała Bolka za rękę. Edka już nie musiała gonić, bo ten od razu przylgnął do brata. Siostra Benedetta była młodą kobietą koło trzydziestu lat. Dopiero niedawno odebrała święcenia, a poza tym, w swoim dawnym, „świeckim” życiu nie zawsze była, jak to mówią: „grzeczną dziewczynką”. Jej doczesne życie, toczyło się w różnych dziwnych i mrocznych miejscach, w których pływanie na towarowych barkach po Mozeli należało do najlepszych z nich. Po śmierci ojca pijaka, zabitego w knajpianej bójce tuż przed wojną, trafiła do przytuliska dla kobiet i dziewcząt w Nantes, prowadzonego przez zakon Sióstr Miłosierdzia. To tam, Bizou Leclerc — tak się kiedyś nazywała — przyjęła święcenia i imię Benedetta.


Bolek szarpał się jeszcze przez chwilę, ale niewiele to pomagało. Na dodatek w drzwiach mieszkania pojawiło się dwóch robotników z merostwa. Pomogli jej, przytrzymując tych, jak się wyraziła: „krnąbrnych i niewdzięcznych chłopaków”.

Ich mała wojna była przegrana, ale nim wyszli, siostra jeszcze wróciła do sypialni, skąd zabrała leżące w szufladzie nocnej szafki, głupie polskie „blaszane świecidełka”.


*


— Uważaj braciszku! Siostra idzie…

Edek szeptał do brata, szarpiąc go jednocześnie za nogawkę krótkich spodenek. Mały widział sylwetkę Benedetty przez matową szybę w drzwiach, kiedy ta szybko zbliżała się do ich sali. Chłopczyk nie spał, był chory. Kasłał, miał gorączkę, wstrząsały nim dreszcze i cały czas było mu zimno. Dlatego wieczorem, kiedy na sali gasło światło, chłopczyk wdrapywał się do brata na górną pryczę i mocno się do niego przytulał. Tak było cieplej jemu i Bolkowi. Razem okrywali się dwiema derkami, szumnie nazywanymi kocami, i w ten sposób próbowali spać mimo, że w sali było prawie tak samo chłodno jak na dworze. Czasami zdarzało się tak, że siostra Benedetta, kiedy wchodziła do sali chłopców, specjalnie otwierała okna, bo jak mówiła: śmierdzi tu jak w chlewie! A poza tym zawsze twierdziła, że: świeże powietrze i ciężka praca są zbawienne dla zdrowia i duszy, a Bóg je kocha.


Światło jedynej na korytarzu sierocińca słabiutkiej żarówki, oświetlało idącą Benedettę od tyłu. Zarys jej czarnej postaci kiwał się w szybie. Wreszcie, kiedy siostra zatrzymała się pod drzwiami, szpice jej szerokiego kornetu kiwały się jeszcze kilka sekund, groźnie stercząc na boki niczym jakieś gigantyczne rogi.

Zakonnica miała zwyczaj, że zanim weszła do sali, stawała pod drzwiami nasłuchując chwilę, czy w środku panowała cisza. Biada im, gdyby w nocy było głośno albo, gdyby ze środka dochodziły jakieś inne dźwięki niż odgłosy snu.


Chłopcy spali na zbitych z desek dwupiętrowych łóżkach, ustawionych pod ścianami po cztery. Bolek z Edkiem zajmowali łóżko na wprost drzwi, stojące między dwoma oknami. Miało to swoje plusy, bo chłopcy kiedy leżeli, widzieli co się działo na korytarzu i kto się zbliżał do sali. Mogli też obserwować klasztorne podwórko. Fajnie było latem, kiedy zieleniły się drzewa i kwitły kwiaty, a z okna było widać przepływającą przez miasto Mozelę i pływające po niej towarowe barki, czy rybackie łodzie. Jednak takie ustawienie ich pryczy miało też minusy. Osoba, która weszła do środka, od razu kierowała swój wzrok i kroki właśnie w stronę ich piętrowego łóżka, a zimą od nieszczelnych i powykrzywianych okien, nieustannie wiało zimne powietrze.


Tego zimowego poranka, kiedy tylko Benedetta weszła do środka, od razu podeszła do łóżka braci. Edek mocno zacisnął powieki i udawał, że śpi.

Na widok przytulonych do siebie braci, zakonnica pokręciła głową z dezaprobatą. Jej mina stała się zacięta, a spojrzenie małych kaprawych oczu można by było określić, jako wręcz nienawistne.

Bez ceregieli zerwała z chłopców cienkie derki, a potem mocno szarpnęła jednego i drugiego.

Mały Edek pierwszy otwarł oczy.

— Wracaj na swoje łóżko mały — warknęła.

Bolek dalej spał, więc jeszcze raz mocno szarpnęła go za ramię.

— Wstawaj. Czas nakarmić świnie. Bez pracy nie ma jedzenia.

Bolek otwarł oczy i spojrzał na nią półprzytomnym wzrokiem, mówiąc:

— Ja wczoraj cały dzień pracowałem w chlewie. Dzisiaj jest dzień Clouda…

Siostra tylko sapnęła i nic nie mówiąc, złapała go za ucho, mocno ciągnąc do góry.

— Nie ty, polski kmiotku, będziesz mi tu dyktować, kto ma iść do świń, a kto nie! Marsz do roboty chłopaku, jak z bratem chcesz mieć co do gęby włożyć. Cloud z innymi ma dzisiaj sprzątać refektarz! A ty… — Puściła czerwone ucho. — Jak powiedziałam! Marsz do świń! A po drodze nie zapomnij przyjść po pomyje i zlewki! Pierre przyniesie zgniłe ziemniaki, dodasz je do zlewek. Zrozumiałeś?…


Od strony wybudzonych ze snu dzieci, słychać było nieśmiałe, ale głośne chichoty i prześmiewcze teksty:

— Bolek świniopas!… Do chlewa, kmiocie! I zabierz ze sobą braciszka!…

— Cicho mi tu! — krzyknęła Benedetta. — Wstawać! Jeszcze się któryś odezwie, to możecie zapomnieć o dzisiejszym śniadaniu i wszyscy traficie do chlewa!

— Ta… jak kilka zepsutych kartofli i tłusta woda z robakami, to ma być śniadanie! — Doszło do niej z rogu sali, gdzie spali starsi chłopcy. — Te świnie mają se lepiej niż my. One przynajmniej rosną i obrastają tłuszczykiem. Same, to żrecie jak…

— Dosyć! — wrzasnęła Benedetta, wkurzona już nie na żarty. — Wstawać z łóżek!

— O czym ona gada? Jakich łóżek… — słychać było z różnych stron sali.

— Ustawić się dwójkami i marsz do łazienki. Za pięć minut widzę wszystkich na korytarzu! Idziemy do oratorium na jutrznię! Ojciec Lunieux już czeka! Wiecie jaki on jest i, że nie znosi kiedy ktoś się spóźnia! A jeszcze kiedy mu powiem, że jesteście niegrzeczni… — spojrzała na Edka z Bolkiem, jak ustawiają się razem z innymi. — A ty, Bolek, gdzie się wybierasz? Zostaw brata i do roboty! — Mały Edek bez słów z całych sił ucapił się ręki Bolka. Popatrzyła na nich. — A weź go ze sobą. Wiadra w kuchni już czekają. — Mocno pchnęła chłopca w plecy aż ten się zatoczył.


*


Matka Celestin siedziała za biurkiem, kiedy siostra Benedetta zapukała do drzwi.

— Proszę!…

Siostra weszła mówiąc:

— Laudetur Jesus Christus, matko przełożona…

— In saecula saeculorum, siostro Benedetto… — odpowiedziała matka Celestin, zerkając znad okularów. — Co cię sprowadza, moja droga? — Podniosła wzrok, odkładając pióro do kałamarza. — Znowu jakieś problemy w sierocińcu? Zaznaczam, że więcej jedzenia nie ma. W całym kraju panuje głód. Musimy wydzielać tyle ile się da. Nikt już nam nic nie daje… — westchnęła — a zima nie ma końca i zapasy szybko się kurczą. Za jałmużnę pozostaje jedynie dobre słowo i modlitwa. I tak, że Niemcy mają teraz co innego na głowie, to nie zabierają już dzieci na zmarnowanie i zatracenie… — przeżegnała się szerokim gestem.

— Przyszłam matko, bo jest problem z małym Edkiem. Tym Polakiem…

— Benedetto przestań, bo wreszcie Bóg się od ciebie odwróci. — Pogroziła jej palcem. — To nie jest Polak, a Francuz polskiego pochodzenia. Urodził się tutaj, zresztą tak jak jego brat i, a zresztą… — matka Celestin nagle przerwała nie kończąc. Uniosła palec do góry, a wstając zza biurka przesuwała na blacie różne papiery. Podniosła dużą szarą kopertę. — O, właśnie przyszły dokumenty z merostwa w sprawie adopcji małego Edka!

— Całe szczęście, bo na mój rozum, to chłopczyk ma zapalenie płuc. Kaszle i ma wysoką gorączkę. Był lekarz, który przepisał jakieś pigułki, ale wiesz matko przełożona, wszystkiego brakuje, a o lekarstwach, to nawet nie ma co mówić…

— Rozumiem. Wobec tego… — zastanawiała się. — Wobec tego wyślij do tych ludzi tę młodziutką postulantkę, pannę Tricout. Niech ich natychmiast sprowadzi do klasztoru. Z tego co czytałam, to Adamczykowie są dosyć majętni, będzie ich stać na lekarza. Zresztą myślę, że inaczej w tych czasach nie starali by się o jego adopcję. A co z bratem Edka, Bolkiem?

— Nic. Jak był krnąbrny, tak jest. Boję się tylko, że kiedy dowie się o tym, że zabiorą brata, a jego nie, to ucieknie. Znam takich…

— Na to niestety, już nic nie poradzimy, siostro. To Bóg prowadzi nas wszystkich swoimi ścieżkami. Trzeba będzie porozmawiać z Bolkiem i wytłumaczyć, że to wszystko dla dobra brata. To jest mądry chłopak, zrozumie. Jak wrócisz do sierocińca, przyślij go do mnie, ale dopiero wtedy, gdy wróci postulantka, a Adamczykowie zabiorą Edka.


Drzwi do sali w której spali chłopcy cicho skrzypnęły. Niska, przygarbiona sylwetka mignęła na korytarzu. Jedno z okien zostało otwarte. Chłopiec rozejrzał się po okolicy, a potem zgrabnie zeskoczył na szeroki daszek, znajdujący się tuż pod nim. Z zadaszenia przeskoczył na wierzch szerokiego ceglanego ogrodzenia, a z niego uciekinier opuścił się na polną drogę, biegnącą wzdłuż muru.

Jego ciemna sylwetka zniknęła w mroku nocy.


*


Zmęczony Oscar Manon wracał z porannej zmiany w hucie. Szedł nadrzeczną drogą prosto w stronę mostu Gelot. Wolno zapadał zmierzch i robiło się coraz chłodniej. Przechodząc obok przystani rzecznych barek, spojrzał w stronę rzędu baraków, gdzie czasem przesiadywali rybacy, no i, gdzie trzymano różne rupiecie. Przechodził tamtędy codziennie, ale o tej porze, wszystko było zawsze pozamykane. Jednak dzisiaj jedne z drzwi były uchylone. Zatrzymał się.


Czyżby ktoś się włamał albo zapomniał zamknąć drzwi od pakamery? — pomyślał. — Tylko po co by się włamywał? Przecież nic tam nie ma, oprócz starych sieci rybackich i jakichś niepotrzebnych gratów. A może ktoś tam jest, coś mu się stało albo zapomniał zamknąć drzwi?

Postanowił podejść i sprawdzić.

Było ciemno, więc potrzebował jakiegoś światła. Pokręcił kółkiem zapalniczki, a kiedy pojawił się płomyk, podniósł ją wysoko do góry. Pchnął drzwi i wszedł do środka.


Jak przypuszczał, wszędzie było pełno jakichś rupieci i gratów nawrzucanych aż po sam dach drewutni. Nic nie wskazywało na to, że ktoś tu był. Już miał wyjść i domknąć drzwi, kiedy jego wzrok zatrzymał się na dziurawym i związanym drutem bucie, który leżał tuż obok stosu starych zbutwiałych sieci. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że z czubka dziurawego buta wystawał duży brudny palec! Podszedł bliżej i ostrożnie uniósł kawałek brezentu.


Przyświecił zapalniczką.

Na starych workach leżał mały chłopak. Był okropnie brudny i przemoczony od padającego ostatnio non stop deszczu albo nawet od wody z rzeki. Jego ciałem wstrząsały dreszcze.

Przetarł palcem brudną buzię i przyjrzał mu się uważniej.

Zdębiał!

Rany boskie! Toż to jest Bolek, starszy syn Paula! Nie dalej, jak miesiąc temu zwiał z ochronki prowadzonej przez siostry. Ponoć uciekł, bo go siostry rozdzieliły z młodszym braciszkiem! Wszyscy myśleli, że utonął w rzece! Nawet dzień lub dwa sprawdzali, czy jego trup gdzieś nie wypłynął. W końcu żandarmi uznali, że rzeka zabrała zwłoki do morza.

Zaraz, zaraz. Jak się ci ludzie nazywają, co wzięli do siebie tego młodszego? Ach, nie wiem, nie pamiętam. — Podrapał się w głowę. — Teraz to jest nieważne. Wiem, że chyba to też byli Polacy, jak Paul.

— Biedaku, coś ty najlepszego narobił — mruknął i zgasił zapalniczkę.


Delikatnie, trzymając za ramię, potrząsnął chłopcem. Jednak ten nie reagował. Widać był nieprzytomny od gorączki i choroby.

Postanowił, że natychmiast zabierze Bolka do lekarza.

Zdjął kurtkę, owinął się szalikiem i mocniej naciągnął czapkę na głowę, zaś kurtką szczelnie owinął chłopca. Założył torbę na ramię i delikatnie wziął go na ręce.

Mon Dieu, toż to jest chude i lekkie jak piórko! — pomyślał, trzymając go w ramionach.


Wychodząc, kopnął niechcący w małą walizeczkę, leżącą na podłodze przy drzwiach. Wysypał się z niej skromniutki dobytek chłopca. Chciał ją nawet podnieść, ale w końcu zrezygnował.

W błocie walały się jakieś zdjęcia i kolorowe wstążki nieznanych mu medali i odznaczeń.

— Wrócę po to wszystko jutro — stwierdził z przekonaniem.


Nie wrócił. Zapomniał. Zresztą… by usprawiedliwić Oscara, trzeba było powiedzieć, że tylko dzięki temu wielkiemu ciałem i duchem człowiekowi, mały Bolek pozostał pośród żywych. A od tego dnia, życie tych dwojga ludzi, związało się na dobre.

Hello, friends!

Straszny wojenny potwór wreszcie wyczerpywał swoje niezmorzone siły, a jego żywot dobiegał końca. Dzięki zbrojnemu wysiłkowi aliantów, Niemcy przegrywali na wszystkich frontach, wycofując resztki wojsk w stronę swojego kraju. Wszędzie — na całym świecie — zostawiali po sobie ból, cierpienie i zgliszcza. Umęczeni ludzie czekali z utęsknieniem na moment, kiedy wreszcie skończy się, to całe wojenne okropieństwo, a wróg zostanie pokonany. I mimo, że było już widać na horyzoncie blask jutrzenki wolności dla całej Europy oraz reszty świata, to i tak do końca nie można było być pewnym, że dotrwa się do upragnionego pokoju i normalności. To pokolenie doskonałe wiedziało i pamiętało jeszcze z lat poprzedniej wojny, że w czasie kulminacji i kumulacji działań wojennych, zawsze najwięcej ofiar było po stronie cywilów!


Z drugiej strony, prawda i historia pokazały, a przyszły czas ujawnił, co i jak naprawdę było z tą wolnością i pokojem po odejściu niemieckiej hordy. Tak się stało dla wschodniej i środkowej części Europy. Bowiem okupację hitlerowską, zastąpiła kolejna, ta idąca ze wschodu, wcale nie ustępująca tej pierwszej w okrucieństwie i perfidii.

A, co do pozostałych wyzwolicieli? Ich intencje były bardziej czytelne, ale przecież znane były przypadki, kiedy nadchodzące wojska popełniały błędy. Dodajmy, że niejednokrotnie bardzo bolesne błędy, które długo nie były im wybaczone.


Skąd inąd wiemy już, że sam proces wyzwalania nie raz i nie dwa, wymykał się spod kontroli zupełnie przypadkowo. Jednak w niektórych jego aspektach, a szczególnie w aspektach światowej polityki, trudno było mówić o przypadku, bo proces wyzwalania prowadzony był systematycznie i zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami pomiędzy tak zwanymi „wielkimi mocarstwami” i ich sojusznikami. Gdzie zezwolono na to i dopuszczano do tego, że pseudo-wyzwoliciele — mający wielką przewagę militarną — stawali się kolejnymi najeźdźcami i okupantami.

A dodajmy jeszcze do tego fakt, że — pomijając polityków — sam proces wyzwalania nie zawsze był zgodny z oczekiwaniami oswobadzanych narodów, które nie będąc mocarstwem, niewiele miały w tej kwestii do powiedzenia i decydowania.


Jak więc widać z powyższego, w całym tym skomplikowanym procesie przywracania pokoju, najwięcej — jak zawsze zresztą — zależało od ludzi. Zaczynając od prostych żołnierzy, czy też kończąc na politykach. Z drugiej strony, to właśnie ludzie byli najbardziej narażeni na to, jakie były skutki i realia życia po jego (pokoju) nastaniu.


***


— Janin! Helen!… — Matka stała na ganku. Trzymała za rączkę małego Edka i wołała w ślad za oddalającymi się córeczkami, biegnącymi ulicą w stronę miasta. — Pamiętajcie! Jak odniesiecie mleko do pana Gilout, i zabierzecie sery, to macie zaraz wracać do domu! Rozumiecie?! I nie biegajcie przy płocie obozu! Uważajcie na „blacharzy”! Sery macie schować pod jarzynami!…

Helen zatrzymała się i niebezpiecznie machając bańką na mleko, krzyknęła:

— Dobrze mamusiu! Jak oddamy mleko, to zaraz wrócimy! I, nie martw się, będziemy uważać!…


Odwróciła się na pięcie i pobiegła w ślad za oddalającą się siostrą. Kiedy ją dogoniła, wysapała:

— Janin, zaczekaj! Ja nie mogę tak szybko biec, bo mam bańkę z mlekiem! Jak się spieni, to pan Gilout powie o tym mamusi i znowu mi się dostanie!

— To nie machaj nią tak głupolu, bo to nie jest worek na kapcie! — Zaśmiała się Janin. Szturchnęła siostrę w ramię i pobiegła dalej. — Ja, swoimi marchewkami i kartoflami, to mogę nawet kręcić młynki! O, zobacz! — Zademonstrowała siostrze swoje możliwości, kręcąc siatką wielkie koła nad głową. — I nic im się nie stanie!


Rozchichotane dziewczynki biegły teraz kawałek brukowaną uliczką ostro w dół, uważając żeby się nie poślizgnąć albo nie wywrócić. Dopiero przy sklepie z mydłem pani Maniflor, jak zawsze, złapały się za stojący na rogu znak drogowy, wyhamowując w ten sposób szaleńczy bieg i skręciły przy okazji za róg. Wbiegły teraz na długą i płaską Rue Notre Dame. Ominęły kuźnię pana Tribaux, gdzie zawsze było słychać głośne bicie młotków o kowadła, potem zostawiły za sobą warsztat samochodowy i pompę benzynową Citroena, by na koniec pobiec prosto w stronę majaczących w oddali wież kopalnianych szybów.


Kiedy już minęły ostatnie przydrożne drzewa, dotarły do wysokiego ogrodzenia obozu jenieckiego. Tam zaraz zwolniły, umilkły i od tego momentu szły już spokojnie. Idąc po drugiej stronie ulicy, starały się być jak najdalej od tego strasznego płotu.

Nic do siebie nie mówiły, a idąc z otwartymi ustami, zdziwione patrzyły na wielki pusty plac.

Więźniowie gdzieś zniknęli!

Na wieżach strażniczych nie było żołnierzy, a brama wjazdowa stała otwarta!


Kiedy tak szły, gapiąc się na pusty plac i zastanawiając się, co się mogło stać, dostrzegły dwuosobowy patrol „blacharzy”. Żołnierze szli prosto w ich stronę. Nie było szans, żeby ich ominąć albo zmienić kierunek. Chcąc nie chcąc, musiały przejść obok nich. Najgorsze, co mogły w tym momencie zrobić, to zawrócić albo jeszcze gorzej — zawrócić i uciekać. Wtedy było pewnym, że „blacharze” zaczną ich gonić, a nawet strzelać.

Janin mocniej ścisnęła rączkę siatki. Spojrzała na Helen i, nie wiedzieć czemu, cicho powiedziała:

— Jak nas zatrzymają, to pamiętaj, żeby im patrzeć prosto w gęby. Nie wolno odwracać wzroku albo patrzeć w ziemię. Rozumiesz?

Helenka tylko skinęła głową.

— Może sobie pójdą albo przejdą obok.

— Wiesz, że oni nigdy nie przechodzą obok, Janinko — szepnęła Helen. — A jak nas złapią i wywiozą do Niemiec?

— Co ty gadasz, głupia kozo! — burknęła Janin. — Wypluj to!…


Akurat w tym momencie i tutaj, Helenka od razu zrobiła to, co się jej powiedziało! Pochyliła się i zgodnie z poleceniem siostry, splunęła na drogę.

— Tfu!…

Może splunęła zbyt blisko Niemców? A być może, zrobiła to zbyt obcesowo? W każdym razie „blacharze” pomyśleli chyba, że mała harda francuska dziewczynka, splunęła na ich widok!

Zatrzymali się, a jeden z nich zdjął z ramienia karabin. Kiedy dziewczynki zbliżyły się na odległość jakichś dziesięciu kroków. Od strony żandarmów, usłyszały groźne szczeknięcie:

— Halt!… Stać!… Podnieść ręce! Coście za jedne i co tam macie!…

Zatrzymały się z rękami w górze.

Dwie śmiertelnie wystraszone małe dziewczynki, stały z wysoko uniesionymi rękami, trzymając w nich siatkę i bańkę z mlekiem. Na przeciwko nich, sterczało dwóch rosłych i uzbrojonych zbirów.


Wściekły „blacharz” najpierw złapał za siatkę z jarzynami, trzymaną w górze przez Janin. Zerknął do środka i klnąc głośno wysypał wszystko na drogę. Drugi odebrał Helence bańkę z mlekiem. Podniósł wieczko i zajrzał do środka. Uśmiechnął się.

— Jaa… To jest dobre kozie mleko.

Odlał trochę na ziemię, a potem zaczął pić. Wypił prawie wszystko, proponując resztę kompanowi. Ten odmówił, kręcąc głową.

— Po kozim mleku mam sraczkę — stwierdził.

Resztę mleka żandarm wylał na drogę, a bańkę wrzucił do rynsztoka.


Ludzie, którzy w tym momencie przypadkowo znaleźli się na ulicy i widzieli co się działo, chyłkiem przechodzili obok albo, gdy mogli, zawracali idąc w drugą stronę.. Nikt się nawet nie zatrzymał, bo nikt nie chciał ryzykować utraty życia, a w najlepszym wypadku wolności.

Sytuacja dziewczynek nie wyglądała najlepiej. A nawet, można było powiedzieć, że ich los ważył się teraz i był w rękach tych dwóch żołnierzy.

Ten, co wysypał jarzyny z siatki już miał coś powiedzieć, kiedy nagle odezwały się syreny alarmu przeciwlotniczego.


Żandarmi od razu stracili zainteresowanie dziećmi. Spojrzeli w górę. Od strony Nancy nadlatywały eskadry alianckich bombowców i myśliwców. Niemiecka obrona przeciwlotnicza po ostatnich nalotach w zasadzie już nie istniała, dlatego samoloty leciały stosunkowo nisko. Jednostajny i groźnie brzmiący dźwięk tak wielu potężnych silników, stawiał włosy na skórze.

Dziewczynki dalej stały na środku Rue Notre Dame z uniesionymi rękami.

W pewnej chwili jeden z lecących myśliwców oddzielił się od klucza trzech innych. Łagodnym łukiem skręcił, lecąc prosto w ich stronę! Przeleciał nad drzewami, ponownie zawrócił nad domami miasta i robiąc wielkie koło, kolejny raz leciał w ich stronę, ale już z nieco innego kierunku!


„Blacharz”, ten który zdjął z ramienia karabin i przeszukiwał Janin, odbiegł nieco w górę ulicy, przyklęknął na kolano i wycelował w nadlatującego Mustanga. Strzelił raz, przeładował, strzelił drugi…

Ten żołnierz, który pił mleko, rozsądnie wziął nogi za pas i zaczął uciekać ulicą w stronę centrum Hayange, chowając się za szerokimi pniami platanów.

Ryk silników myśliwca nasilał się z sekundy na sekundę, a dziewczynki — dalej stojące na drodze i trzymające ręce w górze — jak zahipnotyzowane patrzyły na zbliżającą się maszynę.

Myśliwiec, rycząc potężnym silnikiem był coraz bliżej! Poruszał się z niesamowitą prędkością! A one rozszerzonymi z przerażenia oczami, potrafiły już teraz dostrzec coraz więcej szczegółów w budowie samolotu! Widziały nawet twarz pilota siedzącego w kabinie. Miał na oczach okrągłe lotnicze gogle, a na głowie śmieszną skórzaną pilotkę. I, tak! Machał do nich!


Klęczący Niemiec znowu strzelił z karabinu. A wtedy… a wtedy, lecący myśliwiec wypluł z siebie dwie krótkie serie z pokładowych działek!

Blacharza dosłownie zmiotło z drogi! Kule podziurawiły go jak sito i z całą mocą rzuciły na dom pana Hulo! Dziewczynki mogły przysiąc, że siedzący w środku pilot, przelatując tuż ponad nimi, znowu pomachał im dłonią ubraną w grubą brązową rękawiczkę!

Samolot ostro wystrzelił w górę i tym razem zawrócił nad pustym placem obozu. Zrobił następne koło, pędząc tuż ponad ulicą Notre Dame. Nadlatywał od strony kopalni.


Janin z Helenką, zamurowało. Widać paniczny strach całkowicie odebrał im siłę i możliwość ruchu. W dalszym ciągu stały na drodze z uniesionymi w górę rękami. Wyglądało to tak, jakby obie machały do nadlatującego myśliwca!


Potężna maszyna w kilka sekund pokonała dzielącą ich odległość. Kiedy Mustang był tuż nad ich głowami, pilot kolejny raz strzelił z pokładowych działek, celując w drugiego blacharza, uciekającego w stronę domów w centrum miasteczka.

I wtedy stała się rzecz niepojęta!

Podmuch powietrza z przelatującego samolotu, dosłownie zmiótł z drogi obie dziewczynki! Pchnięte z wielką siłą gorącym powietrzem, obie wpadły w otwartą klapę przydomowej piwnicy!

Uciekający Niemiec — czego dziewczynki nie mogły już zobaczyć — nie dobiegł do rogu ulicy i nie schronił się za sklep pani Maniflor. Padł tuż przy znaku drogowym, przecięty serią z karabinu myśliwca! Trafiony kulą blaszany hełm, spadł mu z głowy i z hałasem toczył się po bruku ulicy.


P-51 Mustang, rycząc potężnym silnikiem, prawie pionową „świecą” wystrzelił w niebo! Położył się na prawe skrzydło i poleciał w ślad za oddalającą się resztą samolotów.


*


Dopiero po kilku długich chwilach, brudna mała rączka wysunęła się z piwnicznego otworu i złapała za brzeg stalowej ramy. W ślad za nią w otworze ukazała się rozczochrana i mocno skurzona pyłem, główka jednej z dziewczynek.

Pierwsza z piwnicy wydostała się Helen. Cała brudna i podrapana, z potarganą odzieżą. Trzymając się za prawy bok, usiadła na krawężniku i zaczęła płakać rzewnymi łzami. Zaraz za nią z piwnicy wydostała się Janin. Miała brudną twarz, poranione ręce i kolana. Usiadła na chodniku zaraz za plecami siostry.

Wszędzie dookoła walało się potłuczone szkło i gruz z oderwanego od ścian tynku i cegieł. Widocznie pęd powietrza lecącego samolotu oraz oczywiście wystrzelone w stronę jednego z żandarmów kule z pokładowego działka, rozbiły elewację domu pana Hulo oraz powybijały większość szyb w oknach.


Na ulicy, pośród tego całego bałaganu, pojawił się nagle niski, łysy i dosyć tęgi mężczyzna. Zapewne był to ów pan Honore Hulo, właściciel kamienicy, producent octu winnego i musztardy, który dopiero co wybiegł z budynku. Złapał się za głowę, widząc szkody jakie spowodował atak myśliwca. A potem, kiedy zobaczył zabitego i leżącego pod ścianą domu „blacharza”, to ze strachu aż przysiadł i zaczął lamentować, powtarzając w kółko:

— Och, mon Dieu! Och, mon Dieu! Mój Boże, co teraz będzie! Nie miał gdzie strzelać, cholerny Jankes?! Tylko obok mojego domu?!…

Kiedy w tym całym bajzlu dostrzegł wreszcie siedzące na chodniku, poranione i brudne dziewczynki, zaraz do nich podbiegł wołając:

— A wy, co tu robicie?! Jak się czujecie?! Nic wam nie jest?! — dopytywał, szturchając je przy okazji nerwowo w ramiona i głowy. — Jak możecie chodzić, to szybo stąd uciekajcie! Zaraz będą tu Niemcy!

Helen wstała z chodnika, złapała Janin za rękę i razem wolno ruszyły w stronę domu.


Gdy ze wzniesienia ulicy wreszcie dostrzegły swój dom, Helen nagle usiadła na przydrożnym kamieniu i zalała się łzami. Zaniepokojona Janin podeszła do siostry, pytając:

— Co, bardzo cię boli Helenko? Zaraz będziemy w domu. Mama nam pomoże, i Wiesia, i Gienia…

— Uu-u!… Uu-u!… — zawodziła Helenka, zasłaniając rękami brudną buzię. — N-nie, ju-uż ni-e bo-oli, Jan-inko!… T-tyllko ja się bardzo b-boję! Wiesz?…

— Czego? — zdziwiła się Janin. — Przecież Niemców tu nie ma, a my jesteśmy daleko. Samoloty też już nam nic nie zrobią. To czego się boisz, głupolu, co?

Helen westchnęła i wytarła rękawem sweterka brudną buzię, ścierając przy okazji dwa długie gile wiszące pod nosem.

— Bo-o… — westchnęła ciężko. — Bo mamusia drugiej zgubionej bańki mleka już mi nie daruje! Będzie lanie, jak nic!… Uu-u!… — Helenka rozryczała się na nowo.


W tym momencie Janin pomyślała sobie, że faktycznie mama na pewno będzie na nie zła. Ale, co było zrobić… — spojrzała w stronę domu. Furtka się otwarła, a w ich kierunku biegła matka i dwaj starsi bracia.


*


Obawy dziewczynek, co do pewnego lania miały się rozwiać już niedługo. Lecąca w stronę Niemiec, kolejna fala amerykańskich bombowców i myśliwców, zbliżała się do ich małego miasteczka, zasłaniając całe niebo. Ludzie myśleli, że i tym razem samoloty tylko przelecą nad Hayange. Zrzucą bomby nad Niemcami, a kiedy będą wracać z powrotem do już wyzwolonych terenów Francji, zrzucą na hutę albo na kopalnie to, co im zostało w lukach bombowych. Często były to niewybuchy, więc nie było obaw, że mogło stać się coś złego.


Tak było do tej pory. Jednak tym razem, miało być zupełnie inaczej. Alianci doskonale wiedzieli, że w okolicy Hayange i Algrange znajdowały się kopalnie rudy żelaza, huty i przemysł, który pełną parą pracował dla niemieckiego okupanta. Było też kilka obozów jeńców wojennych, którzy w tych fabrykach pracowali.


Myśliwiec, który ostrzelał patrol żandarmów, był jedynie zapowiedzią tego, co za chwilę miało się wydarzyć w tym miejscu.

Na szczęście Janin i Helen zdążyły dotrzeć do domu. Cała rodzina schroniła się w piwnicy, myśląc zapewne, że znowu będzie jak zawsze i po niedługim czasie, alarm lotniczy zostanie odwołany.


Tak myśleli do momentu, kiedy usłyszeli pierwszy głuchy odgłos potężnego wybuchu, a wstrząs ziemi spowodował, że ze ścian piwnicy osypał się tynk.

Całe szczęście ich dom był daleko od fabryk.

Ciężkie bomby burzące zaczęły z gwizdem spadać na tereny przemysłowe, a myśliwce — wśród których być może był i ten, co wcześniej rozwalił z działek dwóch niemieckich żandarmów — dokańczały procesu zniszczenia.

Serie z działek pokładowych pruły, a mniejsze bomby rozbijały w proch, puste już i opuszczone obozowe jenieckie baraki.

Zacierały na ziemi ślady, zostawione przez machinę zła i śmierci…

Wracamy?

Hucznie świętowano zakończenie wojny, bawiąc się i ciesząc jeszcze przez długi czas.

Zwycięzcy kolejny raz zasiedli do rokowań, omawiając co zrobić z pokonanymi oraz określając nowy porządek świata. A zmieniło się wszystko. Zmieniły się granice państw oraz — nie pytając oczywiście nikogo o zgodę — utworzono strefy wpływów dla wielkich mocarstw, które wygrały wojnę. Nieudolnie próbowano rozliczyć tych, co wywołali ten straszny światowy armagedon. Jednak do końca nigdy się to nie udało z różnych i, jak zwykle, najczęściej politycznych względów.


Po chwilach radości i zabawy na świecie — a szczególnie w Europie — rozpoczęła się swoista wędrówka ludów. Miliony ludzi przemieszczało się we wszystkich kierunkach. Jedni wracali do swoich domów, porzuconych gdy uciekali przed wojną i okupantem z obawy o życie swoje i bliskich. Inni zaś, wracali wreszcie do siebie po tym, jak byli siłą wyrzucani ze swoich siedlisk lub, kiedy ich świat był niszczony i obracany w gruzy.

Oczywiście powracali też do domów żołnierze wszystkich armii po złożeniu broni i demobilizacji. Zrzucali mundury i wracali do rodzin.


Ci szczęśliwcy, którym udało się przeżyć katorgę obozów koncentracyjnych i zniewolenia, próbowali powrócić do swojego dawnego i odebranego im w tak okrutny sposób, życia.

Pośród wędrujących, była też spora grupa tych, co szukali nowego miejsca na Ziemi. Działo się tak z różnych przyczyn. Bywało, że to ich poprzednie siedlisko zostało zniszczone i unicestwione fizycznie, a bywało i tak, że niejednokrotnie nie potrafili psychicznie znieść pobytu w miejscu, w którym doszło do jakiejś strasznej wojennej tragedii.

Powroty do normalności oraz wędrówka w poszukiwaniu domów, trwały przez kilka lat. Świat był zniszczony, a samo przemieszczanie się wcale nie było łatwym zadaniem.


Nie inaczej było z Polakami. Wracali do kraju z różnych stron świata, mając nadzieję, że będą pomocni przy odbudowie oraz, że ten ich „nowy” doświadczony wojną kraj, zmienił się lub zmieni na lepsze. Mieli nadzieję, że wreszcie będzie dla nich praca, a życie, może nie będzie łatwiejsze, ale na pewno sprawiedliwsze i budowane na nowych fundamentach, zaś ich doświadczenie zawodowe i doświadczenie życiowe, zostaną wykorzystane.


Jednak zderzenie pragnień tych ludzi z ową „nową polską rzeczywistością” było dla wielu z nich bardzo bolesne. Wynikało to z wielu czynników. Władze centralne kraju nie dotrzymywały obietnic zawartych w międzynarodowych umowach, a nawet tych wewnętrznych, składanych w czasie namawiania rodaków do powrotu. Nie było w Polsce ani wyższych płac, ani lepszych warunków mieszkaniowych, czy większych dodatków socjalnych i aprowizacyjnych. A życie w kraju było o wiele trudniejsze niż na przykład we Francji. Co najważniejsze, nie był to okres przejściowy, jak myśleli niektórzy.


Największy problem mieli reemigranci. Niezwykle trudno było im się pogodzić z faktem braku możliwości uzyskania wyższego statusu społecznego, niż ten, który zostawili za sobą. Hasła propagandowe polskiego rządu o „lepszej przyszłości” w konfrontacji z rzeczywistością i traktowaniem ich w nowych miejscach zamieszkania albo pracy, prysły jak mydlana bańka.

Najbardziej takim stanem rzeczy byli zawiedzeni górnicy, nawet ci, co mieli zapatrywania lewicowe.


***


Urzędnik emigracyjny uważnie oglądał francuskie paszporty oraz całą resztę dokumentów tranzytowych i przewozowych, jakie wystawiły francuskie urzędy, czy też przewoźnik kolejowy SNCF czyli: Société Nationale des Chemins de fer Français, inaczej mówiąc: Narodowe Towarzystwo Kolei Francuskich.


Kiedy wreszcie skończył, popatrzył na stojących przed biurkiem ludzi i poprawiając okrągłe okularki w rogowych oprawkach, mruknął:

— No i, o co wam chodzi obywatele, bo nie rozumiem? Przecież wszystko jest w porządku. Paszporty w porządku, francuskie papiery tranzytowe i przewozowe — w porządku. Skierowanie z naszego urzędu do burmistrza Bytomia, też wypełnione prawidłowo. Przydział na mieszkanie jest, skierowanie do pracy w kopalni… — sprawdził raz jeszcze — też jest. Cała reszta dokumentacji jest w jak najlepszym porządku. Nie rozumiem w takim razie z czym macie problem, obywatele. Urząd zrobił wszystko, żeby wam pomóc w powrocie do kraju. Teraz wystarczy się osiedlić i zacząć pracę dla nowej Polski.


Po tych słowach, zadowolony z siebie urzędnik WUR (Wojewódzkiego Urzędu Repatriacyjnego) w Katowicach, wygodniej rozparł się w skrzypiącym drewnianym foteliku. Odwrócił wzrok od stojących przed nim ludzi, oparł łokcie o biurko i zaczął żyletką strugać stępioną końcówkę kopiowego ołówka. Wiórki drewna spadały na leżącą na blacie kartonową podkładkę, pochodzącą chyba z odzysku, bo było można na niej jeszcze dostrzec wytarte niemieckie napisy oraz spłowiałą „swastykę”, zaś data z kalendarzyka wskazywała na sam środek wojny.

Zarękawki — naciągnięte na rękawy brązowej marynarki — pobłyskiwały granatowymi refleksami, odbijając żółte światło żarówki, wiszącej pod sufitem. W pewnej chwili, brzęcząc głośno, na biurku usiadła tłusta mucha. Urzędnik ostrożnie podniósł z blatu drewnianą linijkę i z wprawą walną nią w owada. Po tak precyzyjnym uderzeniu po musze została mokra plama, którą zaraz wytarł kawałkiem papieru.

W uszach dźwięczał trzask po uderzeniu, ale tak poza tym, panowała kompletna cisza, w której słychać było jedynie ciche odgłosy rozmów innych petentów, cierpliwie czekających za drzwiami na swoją kolejkę.


Władysław najpierw spojrzał na żonę, a potem zdziwionym wzrokiem omiótł stojącą obok siódemkę dzieci, jakby w ten sposób szukał u nich wsparcia i pomocy po tym, co właśnie usłyszał i zobaczył.

Ta krótka chwila, kiedy na nie patrzył uzmysłowiła mu, jak one wszystkie urosły! To już nie były małe brzdące, biegające po ogródku w Hayange, a już dorośli ludzie!


Przełknął ślinę i tłamsząc w rękach czarny beret, zebrał się w sobie i zaczął w te słowa:

— Szanowny panie. My przyszliśmy w sprawie wagonu. Znaczy się, wagonu z naszym dobyt… — Władysław zaczął wolno już po raz kolejny, jednak i tym razem nie dane mu było skończyć, bo urzędnik nagle przerwał struganie ołówka i wszedł mu w słowo.

— Ach, obywatelu! — Uśmiechnął się szeroko, podnosząc głos i rękę z żyletką. — Jaki tam ze mnie „pan”! Panowie, to byli przed wojną albo są we Francji. U nas teraz jest wolność, równość i robotnicze braterstwo. Wy obywatelu, jako człowiek przybywający z Francji, powinniście znać te słowa! Ja jestem taki sam robociarz jak wy. Tu nie ma panów, nie ma wyzysku! Teraz każdy z nas, ma w ręku swój los i los ojczyzny, nikt nie będzie nam, towarzyszu i obywatelu, rozkazywać ani nakazywać, co i jak mamy robić! A, co najważniejsze, nikt nie będzie nad nami stał z kapitalistycznym batem, żeby wykorzystywać robotniczą brać!


Urzędnik coraz bardziej się rozkręcał. Wreszcie wstał zza biurka, i gestykulując wygłaszał dalej, całą tę swoją tyradę o braterstwie, wolności i innych górnolotnych ideach. Co dziwne, w pewnej chwili umilkł i jakby nieco oklapł. Zabrakło owacji? W każdym razie kontynuował, mówiąc już znacznie ciszej, i o bardziej przyziemnych sprawach.

— A teraz, towarzyszu repatriancie, kiedy wasza sprawa została już załatwiona… — słowo „załatwiona” zostało wypowiedziana z dużym naciskiem oraz „podkreślone” dwa razy kopiowym ołówkiem — dajcie szansę innym obywatelom! Widzieliście przecież i słyszycie, ilu ich stoi pod drzwiami. A wszyscy oni potrzebujący, i wszystkich trzeba załatwić! A ja, sam jeden na posterunku! To niestety nie wystarczy, żeby ruszyć z posad bryłę świata! He, he, he!… — zaśmiał się głośno, oczekując takiej samej reakcji z ich strony, ale i tym razem nie było odzewu.


Chrząknął, wyraźnie zirytowany.

— Hmm, taak… to właśnie dlatego towarzyszu, musi nas być wielu! Musimy połączyć siły, by podnieść ten kraj z ruin!

Kolejny raz uniósł się w przemowie, ale zaraz… usiadł, mówiąc stanowczym i poważnym tonem:

— Ze strony Wojewódzkiego Urzędu Repatriacyjnego sprawa jest zakończona. Macie wszystko co wam trzeba obywatele, by zacząć spokojne życie w nowym wolnym kraju. O resztę, sami musicie zadbać. Zapewne gdzie indziej na pewno wam pomogą. Idźcie już towarzyszu i wezwijcie następnego obywatela z kolejki.

Poprawił okulary i wrócił do strugania ołówka.


*


Szli jakiś czas w milczeniu. Dzieci trzymały się blisko i podążały w ślad za rodzicami. Wreszcie Eugenia złapała szybko idącego męża za ramię, co zatrzymało go w miejscu.

— Władku, to co my teraz zrobimy? — spytała ze łzami w oczach.

— Jest ostatnia szansa. Trzeba będzie znowu pójść na kolej, ale tym razem muszę rozmawiać z jakimś ich kierownikiem albo naczelnikiem. Może oni coś poradzą, pomogą — wzruszył ramionami. — Bo do tej pory, ci wszyscy ludzie tutaj… — machnął ręką.

— A jak i to nic nie da? — zapytała cicho, schodząc z chodnika przed zbliżającą się grupą młodzieży, idącą dwójkami w stronę urzędu wojewódzkiego.


Wszyscy trzymali na ramionach narzędzia — łopaty, kilofy, grabie. Mieli na głowach furażerki z „piastowskim orzełkiem”, granatowe koszule i czerwone krawaty. Mijając ich śpiewali głośno jakąś marszową piosenkę: … Znów się pieśń na usta rwie — eSPe, hej, eSPe! Nieodłączne siostry dwie, młoodzież ii… eSPe!…

(„SP” — młodzieżowa Powszechna Organizacja „Służba Polsce”. Powołana przez władze komunistyczne w 1948 roku. Idący śpiewali hymn tej paramilitarnej organizacji.)


Kiedy tamci przeszli, a głośny śpiew przycichł, Władek znowu ruszył przed siebie. W pewnej chwili znów się zatrzymał i odwrócił do żony.

— Coś mi się widzi, Gienia, że wszystkie nasze rzeczy przepadły i zostaliśmy z niczym. Poszło w diabły te dwadzieścia pięć lat harówki. Dobrze, że udało się zachować oszczędności i ciuchy w kufrach.


Po tych słowach męża, Eugenia rozpłakała się na dobre. Dzieci stały blisko nich kompletnie nie rozumiejąc, co się dzieje. Dopiero Alek nazwał rzeczy po imieniu, mówiąc do Felka po francusku:

— Ukradli nam wszystkie graty.

— Mówiłem, że macie mówić po polsku! — burknął ojciec.

— Ukradli nam wszystkie, graty! — Alek powtórzył po polsku tak głośno, aż odwróciło się w ich stronę kilku przechodniów.

— Co Alek powiedział? — spytała Helenka, oczywiście po francusku.

— Nic… — odpowiedziała najstarsza siostra Gienia, wzdychając głośno. — Powiedział, że nic nie mamy. Wszystko nam skradli i zabrali.

— Dobra, przestańcie już gadać! — zawołał Felek. — Tramwaj jedzie! Biegnijmy!


*


Kanciasty, modernistyczny budynek dworca PKP w Bytomiu wyłonił się, kiedy tramwaj mozolnie wspinający się torami ułożonymi na brukowanej ulicy, wyjechał zza zakrętu. Zatrzymał się tuż przed wejściem głównym. Władek z dwoma najstarszymi synami wysiedli z wagonu, przepuszczając przejeżdżający obok nich wóz konny załadowany węglem.

Spojrzeli na wielki cyferblat dworcowego zegara. Była dokładnie ósma rano.


Przy drzwiach wejściowych do hali dworca stał wysoki mężczyzna w kolejarskim mundurze. W ręku trzymał dużą skórzaną torbę i palił papierosa. Niezdecydowani co dalej robić, stanęli przed wejściem naradzając się cicho po francusku.

W pewnej chwili kolejarz wrzucił niedopałek do stojącej popielniczki, podszedł do nich i czystym francuskim powiedział:

— Repatrianci, co? To tak jak ja, ale ja wróciłem już trzy lata temu z Nancy. Jakub, maszynista. — Przestawił się, podnosząc dwa palce do kolejarskiej czapki.

— Władysław z Hayange koło Thionville, a to — wskazał ręką na dwóch chłopaków — są moi dwaj synowie: Alek i Feliks.

Podali sobie ręce.

— O!… — Ucieszył się. — Hayange! Znam, znam! Kopalnia żelaza i duża huta. Prowadziłem tam składy towarowe z węglem, no i… — zmrużył oko — miałem w Thionville dziewczynę, ale, to dawne dobre czasy były — westchnął. — Górnik, co? To dlatego przywiało cię na Górny Śląsk — stwierdził. Władek tylko skinął głową. — Nie idźcie do naczelnika, on wam nic nie poradzi. Jest tutaj nowy i nikogo jeszcze nie zna. A robota?… — machnął ręką. — Przysłali go z Warszawy, a do kraju przyjechał gdzieś z dalekiego wschodu. — Sięgnął po kolejnego papierosa. — Ludzie mówią, że: tory i parowozy, to on dopiero zobaczył, jak jechał tutaj z jakiejś zabitej dechami dziury. Zresztą… — machnął ręką — dzisiaj nie ma go w Bytomiu, bo pojechał do Katowic do dyrekcji. Wybacz Władek, ale słyszałem coście mówili. W sprawie waszego zaginionego wagonu idźcie lepiej do zawiadowcy stacji — Erwina Kocota. Ma swoje biuro w nastawni o tam… — pokazał ręką. — Widzicie ten jajowaty budynek nad torami z dużymi szybami?

Kiedy potwierdzili, kontynuował:

— No. To pójdziecie ścieżką wzdłuż torów. Erwin teraz jest u siebie. Wiem, bo przed chwilą byłem u niego. Swój chłop. Ślązak, który ma wielu kumpli w całej Europie. To znajomi i koledzy z wojska. Wiecie, jeszcze z tamtej wojny. Gaduła, ale zna się na swoim fachu. Powiedzcie, że ja was przysyłam, to się bardziej postara — zaśmiał się i spojrzał na zegarek. — Znowu autobus się spóźnia — mruknął.

— A wpuszczą nas tam? — Władek spytał wątpiącym głosem..

— Spokojnie. Na dole przy wejściu jest słuchawka telefonu. Podniesiesz i powiesz, że jesteś od Kuby i przyszedłeś do Erwina. Wpuszczą was.

Od strony centrum, kopcąc niemiłosiernie, wolno jechał piętrowy Leyland.

— O, jest wreszcie mój piętrus!

Podali sobie ręce.

— Powodzenia, panowie! — Wszedł do środka, a potem pomachał do nich z górnego piętra autobusu.

— Pozytywna jednostka, co nie, tata? — spytał Alek.

— Bo jak my, z Francji jest — mruknął Felek.


*


Erwin złapał za słuchawkę kolejowego telefonu i zakręcił korbką.

— Najsampierw, to popróbujemy we Wrocławiu — Erwin starał się mówić do nich po polsku, jak najmniej używając gwary. Chodziło o to, żeby przybyli go zrozumieli. — Mom tam kumpla z Rudy. Wzion se, dziołcha z Nysy, no i po wojnie trefili do Breslau, znaczy Wrocławia — poprawił się. — Możno, znaczy — możee… — poprawił się — bydzie dzisiok we robocie.

Jeszcze raz zakręcił korbą aparatu.

— Halo?! — krzyknął w pewnej chwili. — Halo?! Kotku, dej mi Wrocław Główny, na nastawnia Bytom, ja?!… Erwin Kocot, zawiadowca. — Chwila przerwy. — Wrocław?! Ja!… Tu dzwoni Erwin Kocot z Bytomia! Ja!… Tyn som! — zaśmiał się. — Je tam dzisiok w robocie Alojz Kukowka?! Ja? Toż piyknie, kochanie ty moje! — znowu śmiech. — O wtorej wróci z obchodu? — słuchał chwilę. — Aha. Toż to już za dwie ćwierci. Za pół godziny, godom! Fajniście! Zadzwonia zaś! Halo?! Frelka, czekaj ino chwila, ja?… Słuchej złotko, jo ci podom numer listu przewozowego z Francji! Gut? I mom prośba. Jak przyndzie Alojz, niech mi obejrzy, czy tyn wagon możno stoi kajś (gdzieś) u wos, albo w Gubinie, ja?!


Podał cyfry numerów przewozowych oraz numer wagonu.

— Piyknie, kochanie moje! To jo zadzwonia za dwie ćwierci, ja? Ja…

Zadowolony odłożył słuchawkę.

— Trza poczekać! — Uderzył się w uda i wstał z krzesła. — A my chopy, terozki napijemy się warkiego tyju, znaczy się — goroncyj hyrbatki. Ja?… Wczora my dostali jakoś takoo… — przyjrzał się napisowi na kartonowym pudełku — „Yunan” się nazywo. Indyjsko. — Powąchał. — Ładnie wonio…

Zalał wrzątkiem herbatę w kubkach i zamieszał łyżeczką.

— Wyboczcie, ale cukru ni mom, bo nie lubia. Z cukru, to dlo mnie nojlepsze som bratheringi! — zaśmiał się. — Jaa… jo tu godom głupoty, a wy mocie wielki problem. Rozumia, że tyn wosz wagon może być jeszcze po niemieckiej stronie. Już nie roz tak bywało. Bezto (dlatego), jak pogodom z Alojzem, zadzwonia do drugigo mojego kamrata w Lipsku. On wie o wszystkich składach, co jadą przez strefy okupacyjne. Najważniejsze, coby wasz wagon dojechoł do Guben — Gubina. Tam już są nasze posterunki. Jak się kajś stracił między Lipskiem a Guben, to…

— To o naszych gratach możemy już zapomnieć — dokończył Władek.


W czasie picia herbaty, rozmawiali o różnych przyziemnych, ale interesujących i ważnych dla nich, sprawach. Wypytywali Erwina jak tu jest, jak się mieszka w tym mieście albo, gdzie najlepiej pójść się zatrudnić, gdzie jest jaki urząd, czy szpital. Potem kolejarz złapał za korbkę telefonu i udało mu się kolejny raz połączyć z Wrocławiem. Niestety, wagonu z ich numerem nie odnotowano ani tam, ani w Gubinie. A Alojz sprawdził, czy wagon nie utknął gdzieś na polskiej granicy.

Liniami łączności kolejowej, jakimś cudem i znanymi tylko Erwinowi sposobami, udało mu się też dodzwonić do Lipska. Pogadał z kumplem i zostawił mu namiary na poszukiwany wagon. Tamten obiecał, że zadzwoni jutro z samego rana.

Podziękowali mu serdecznie i umówili się na jutro.


Następnego dnia, Władek już sam przyjechał na bytomski dworzec. Dostał się do nastawni, gdzie czekał na niego Erwin.

— Ja. Mom dwie wieści — powiedział na powitanie. — Jedna dobro, a drugo do rzyci (dupy). Ale i ta dobro, to nic dobrego — machnął ręką. — Wagon zajechał do Guben wczora w nocy.

Po tych słowach, mimo wszystko, we Władka wstąpiła odrobina nadziei, ale już następne słowa kolejarza szybko pokazały, że i ta odrobina, była płonnym oczekiwaniem.

— Zajechoł blank pusty wagon, Władek. Kompletnie pusty… Kajś na terenie ruskiej strefy okupacyjnej okradli wasz wagon, a potym dopięli go do innego składu. Zresztą nie ten jeden. Beztuż (dlatego) jeździł se bele kaj (byle gdzie). Szkoda wos, ale docie rada. Mosz fajnistych synków, one som młode i poradzą. Zaś bydzie wszystko dobre.


***


Siedzieli na walizkach i kufrach w pustym mieszkaniu na ostatnim piętrze kamienicy. Milczeli, bo o czym tu gadać. W pewnej chwili, ktoś ostro zakręcił dzwonkiem w drzwiach wejściowych. Nie znali tego dźwięku, więc wszyscy podskoczyli i stanęli na równe nogi.

Władek spojrzał na Gienię pytającym wzrokiem: kto to może być?

Otwarł drzwi.


Na korytarzu zobaczył kolejarza Erwina Kocota. Obok niego stała szczupła kobieta w płaszczu i chustce na głowie.

— Pierronie, ale wysoko! — zawołał Kocot zdyszany. — Na tyla schodów, tom od bajtla (dziecka) nie właził (wchodził)! — Witej Władek! — Pokazał na kobietę. — Wyboczcie. To jest moja lepszo połowa, Teresa!

— Dzień dobry panu. Kocotowa, Teresa… — Podała Władkowi rękę.

— Wybocz mi Władek, ale żem zoboczył w twoich papierach, kaj mieszkosz. Wczora żech opowiedzioł mojej kochanej Tereni o waszym nieszczęściu. No i my postanowili. Inaczyj, Terenia postanowiła, że trza wam pomóc! Pogadała z naszymi sąsiadami, no i… — przerwał i zawołał w głąb klatki schodowej. — Poczekejcie! Chopy! Właźcie sam do góry! Som w doma! — Odwrócił się do Władka. — No i, każdy doł to, co mógł. Obejrzycie sami!


Władek cofnął się od drzwi, bo od strony schodów szedł w ich stronę sznur nieznanych im ludzi, niosących ze sobą różne domowe graty. Grzecznie mówili: dzień dobry, i wnosili do mieszkania: krzesła, stołki, stół kuchenny, szafki, naczynia, pościele, wazony, firanki, garnki i wiele, wiele innych potrzebnych do życia rzeczy. Alek z Felkiem oraz pozostałe rodzeństwo, zbiegli na dół, gdzie zaczęli pomagać wnosić do domu, co było trzeba.

A Gienia z Władkiem?… A Gienia z Władkiem rozpłakali się i usiedli na dopiero co wniesionych kuchennych taboretach — każdym innym. Teresa Kocot stanęła obok i delikatnie pogłaskała Gienię po głowie.


Do ich domu powróciła nadzieja i wiara w ludzi.

Druga, czyli — Szósta

Łagiewniki

Okropieństwa światowej wojny z wolna odchodziły w zapomnienie. Jednak nie znaczyło to wcale, że ludzie zapomnieli o tym wszystkim, co ich spotkało w tamtym strasznym czasie. Przeciętny „szary człowiek” po prostu starał się żyć nowym, normalnym życiem. Pytanie: czy ta i poprzednia wojna, czegokolwiek nauczyły rządzących oraz, czy wyciągnięto wnioski z tego, co tak okrutnie dotknęło świat i ludzi?


Nawet we wczesnych powojennych latach, różnie z tym bywało, bo znowu człowiek sam sobie szykował problemy, utrudniając powrót do normalności. By nie być gołosłownym, trzebaby przypomnieć, że ledwie USA zrzuciło bombę jądrową na Japonię — kończąc w ten okrutny sposób działania wojenne w tym rejonie Azji — w Indochinach rozpoczęła się kolejna, straszna i długa wojna, tym razem z udziałem Francji.

Rozpoczął się konflikt, który toczył się przez kilka dziesięcioleci z udziałem różnych krajów i narodów, a który pochłonął wiele ofiar i tak do końca nigdy się nie zakończył.


W Europie też wcale nie było tak różowo, jakby się mogło wydawać. Traktaty, zawarte między obecnymi hegemonami świata podzieliły kontynent pomiędzy dwie — wrogie sobie i ustawicznie się ścierające — strefy wpływów.

Tarcia między nimi były tak intensywne, że bardzo niewiele brakowało do tego, by doszło do kolejnego konfliktu zbrojnego, tym razem między tak zwanym „zachodem” a „wschodem”.

Tak, bo już w tamtych latach tak nazwano, określono i podzielono Świat…


W tym trudnym okresie powrotu do normalności i szukaniu swojego miejsca w nowej rzeczywistości, zwykły człowiek też nie miał lekko. Chociażby z tego powodu, że nie posiadał żadnego wpływu na to w którym miejscu tego na nowo określonego Świata się znalazł. Na dodatek, był manipulowany, wykorzystywany oraz ścigany z całą bezwzględnością za nieodpowiednie poglądy w strefie tak zwanego „wolnego świata” albo w części „jedynie słusznego” miejsca w którym żył.

A, kiedy do tego miał jeszcze pecha i został na tym przyłapany, wtedy niejednokrotnie taki delikwent traktowany był gorzej przez „swoich”, niż przez okupanta w czasie wojny.

Zaś często bywało tak, że jego dobre z założenia intencje, były wykorzystywane do niecnych i ukrytych celów przez tych, co mieli nad nim władzę.


***


— Ale mamo, przecież do rozwiązania zastały jeszcze trzy miesiące! Nic mi nie jest! — stękając cicho Janina usiadła za stołem w kuchni.

Mimo mocno wystającego brzuszka, jakoś się wcisnęła między blat, a krzesło stojące tuż przy ścianie.

— A zakupy przecież jakoś trzeba zrobić, nie?

— Ty się nie wymądrzaj, bo dobrze wiesz, że od zakupów, to jestem ja i Bolek… — mruknęła matka, wyładowując z siatki warzywa i inne artykuły kupione w drodze do córki — albo reszta dziewczynek. Helenka jeszcze nie zaczęła pracy, więc też ma dużo czasu na zrobienie zakupów siostrze.

— Ta, pewnie — fuknęła Janina. — Dobrze wiesz mamo, jak chłop robi zakupy — uśmiechnęła się. — Co mu dadzą, to bierze bez szemrania. A Helenka? Ona dopiero co wróciła ze szkoły w Bielawie. Musi sobie trochę odsapnąć i odwiedzić wszystkie koleżanki. Ale gorąco… — Janina nagle zmieniła temat, westchnęła i zaczęła się wachlować złożoną w czworo gazetą sportową Bolka.

— No właśnie, ty nawet nie wiesz, jak taka temperatura i wysiłek może… — postawiła na stole szklankę zimnej wody sodowej z sokiem.

— Mamoo… — burknęła dziewczyna — nic mi nie jest. — Napiła się. — Po prostu, trochę mi gorąco i tyle. — Chciała jeszcze coś dodać, ale umilkła, trzymając się za wydatny brzuszek.

Zaniepokojona takim zachowaniem córki Eugenia podeszła bliżej, pytając:

— Co się dzieje?

— Nic, nic, mamo. — Janinka uśmiechnęła się przepraszająco. — Kopnęło… o zobacz jak się rusza.

Wzięła rękę matki i delikatnie przyłożyła sobie do brzucha.

— Czujesz?

— Mhm… — zamyślona Gienia kiwnęła głową i uśmiechnęła się lekko. — Faktycznie, ale się mała rusza. Siłę ma jak dwóch chłopaków! — podsumowała. — To dobrze.

— Mała?… — spytała Janina. — Mamo, a ty znowu swoje. Skąd wiesz, że to dziewczynka? A może jednak to jest chłopczyk? Mały synuś?… — dodała po francusku.

Czasami lubiły pogadać po francusku. Było tak mało okazji rozmawiać w języku, który przecież używały tyle lat.

Eugenia odpowiedziała tak samo:

— Skąd wiem?… Urodziłam was siódemkę. Stąd wiem — skwitowała z uśmiechem.


W kuchni zapanowała cisza. Eugenia układała zakupy do szafki pod oknem i na półki kredensu. W związku z tym, co chwila musiała się przeciskać między stołem, krzesłami, zlewozmywakiem i małą kuchnią węglową. Pomieszczenie kuchenne było niewielkie, zresztą tak samo, jak i całe mieszkanie.

— Mała, ta wasza klitka… — burknęła, kiedy kolejny raz uderzyła się w biodro, przechodząc obok kredensu. — Pokoiki malutkie, a meble z dużego mieszkania. Bolek nie może napisać podania o nowe, większe? Kto buduje takie klitki dla ludzi?

— I tak, że taką dostaliśmy. Widziałaś mamo te mieszkania w starych Łagiewnikach? Strach było wejść do kamienicy, a co dopiero, gdybyś zobaczyła same mieszkania! To przynajmniej jest nowe, no i mamy własną ubikację.

— W centrum jest tyle pustych ładnych mieszkań. Nawet Teresa mi ostatnio mówiła, żeby się przenieść z tego trzeciego piętra. Dla kogo oni to wszystko trzymają? Moglibyście wtedy mieszkać bliżej nas. Dziecko się urodzi, będzie łatwiej — zauważyła matka.

Janina westchnęła.

— Bolek złożył nowe dokumenty do Rady Zakładowej huty. Związki go poparły, ale powiedzieli, że dopiero kiedy się dzidziuś urodzi, to pomyślą.

— Ta… oni to na pewno, pomyślą — burknęła Eugenia, zaparzając herbaty. — Myślałby kto. Przodownik pracy. Trzysta procent normy. Zdjęcia w gazetach z nim pokazują, a porządnego mieszkania nie chcą dać. Może trza by było do tej ich partii wstąpić? — zamyśliła się matka. — Wtedy zaraz by dali, nie?

— A, ja wiem… — mruknęła Janina, mieszając łyżeczką w szklance. — Po co się z nimi wiązać. Wiesz mamo, jak to jest. To tak samo, jak było z ruchem oporu we Francji. A to „Grunwald”, a to jakaś inna organizacja. Ten był dobrym partyzantem, a tamten był „be” i nie ważne, że jedni i drudzy walczyli z Niemcami… Najważniejsze było, że jedni komuniści, a drudzy od de Gaulle’a. Wiadomo to, co potem będzie z tą ich całą partią? Jeszcze przyjdzie taki czas, że będą rozliczać wszystkich tych, co do niej wstąpili. A po co nam to?…

— Ta, na pewno — Gienia usiadła po drugiej stronie stołu. — Już to widzę, jak go rozliczą. Zresztą, co mu zależy? Zapisze się, a potem się wypisze.

— No, co ty mamo… — mruknęła Janina. — To nie jest kółko plastyczne. Zapisać się, wypisać się… A w tych czasach, wszystko jest brane pod uwagę. Przypomnij sobie, co było z panem Erwinem. Nie dość że Ślązak, to jeszcze aktywny ministrant w świętej Barbarze. I co?… Jeden donosik i Erwin już nie jest zawiadowcą stacji, a zwykłym kolejarzem od kładzenia torów, nie? Dobrze, że został mu tylko rok do emerytury. Pensję ma teraz malutką. Jak ma żyć? Całe szczęście, że pani Teresa szyje płaszcze.

— Noo… a propos — ożywiła się matka. — Tereska powiedziała mi, że ma dla ciebie niespodziankę, ale to dopiero po porodzie.

— Cieszę się. — Janina wstała i otwarła drzwi prowadzące na mały, tak zwany „francuski” balkonik. — Och, wreszcie trochę świeżego powietrza, bo mi się tak jakoś duszno zrobiło.

— Świeże, to ono jest jak diabli. Szczególnie, kiedy zawieje od Bobrka. Ten balkon, to też nie wiem dla kogo zbudowali. Ani tam wejść, ani coś powiesić. — Spojrzała na budzik stojący na blacie od kredensu. — Och, już trzecia! Zasiedziałam się! Tata na pewno już chodzi wściekły po chałupie i nerwowo zagląda do zimnych garów. Wiesz Janinko, wszystko go denerwuje od kiedy odszedł na rentę. Brakuje mu kopalni, no i ogródka. Cały czas marudzi, że nie ma co robić i się dusi w tym mieszkaniu na poddaszu. A teraz jeszcze, Alek i Felek wynieśli się do tych całych… hoteli. Jak to oni je nazywają?

— Robotnicze, mamo. — Pomogła jej Janina. — Hotele robotnicze.

— No właśnie.

— Dawno ich nie widziałam. Coś ci moi braciszkowie, nie chcą tu do mnie przyjechać.


Eugenia założyła buty, a potem zawiązała na głowie chustkę. Mimo ciepłego dnia założyła sweter i zdjęła z wieszaka torebkę.

— Nie, że nie chcą, ale im teraz co innego w głowach. Wiesz, jak to jest. Nowa praca, a jeszcze obaj mieszkają osobno i mogą robić co chcą. Panienki im w głowie, no a do tego Alek chce się zapisać do jakiegoś klubu sportowego i tam w piłkę nożną grać, tak jak to było we Francji.

Stanęła przy drzwiach.

— Siódemka was jest, a w domu zostały pustki. Z nami tylko Edek, ale z nim nie pogadasz. A i nawet on ostatnio cichcem się gdzieś wymyka. Helenki nie było przez pół roku, a Gienia z Wiesią wiecznie mają swoje sprawy. Ściągają do chałupy z wieczora i tyle ich widzę. Do tego, Gienia coś bąka o wyjeździe z Polski. Zwąchała się z jakimiś dziwnymi ludźmi. Nie wiem, kto i co. Muszę z nią poważnie porozmawiać.

— Wyjechać? — spytała zdziwiona Janina. — A gdzie?


Matka popatrzyła na córkę uważnie, a wyraz jej twarzy był nad wyraz spokojny. Chyba chciała w ten sposób wysondować, jaka będzie jej reakcja na to, co za chwilę powie.

— Do Ameryki…

— Do Ameryki? Zgłupiała? E, tata jej nie na to nie pozwoli.

Janina wydęła policzki w geście zwątpienia, czy siostra w ogóle wie co robi i ma jakiekolwiek szanse na wyjazd.

— No, nie wiem, nie wiem… — matka powiedziała wolno. — Gienia jest… — zastanowiła się chwilę. — No, dobrze wiesz, że dziewczyna ma już swoje lata. Ty, młoda mężatka, dziecko w drodze, a ona? Starsza od ciebie o siedem lat. A zaraz potem Wiesia? Wiesz, że one są nierozłączne — spojrzała na córkę, jakby szukała u niej wytłumaczenia dlaczego tak się działo. — A do tego wszystkiego mam wrażenie, że chyba tata też coś zaczął kombinować, ale mi na ten temat nic nie mówi. No i, wiesz coś mi się wydaje, że ojciec jest tym wszystkim co nas tutaj spotkało, mocno zawiedziony.

— Zawiedziony? Czym, mamo? Nami?… — umilkła na chwilę — No jak to? Do żeniaczki sama mnie pchałaś razem z tatą. Ja, to tak bardzo za Bolka iść nie chciałam. A wy mi ciągle, że: on taki porządny, robotny i z Francji. A mogłam jeszcze poczekać. — Westchnęła ciężko. — Teraz, co? — poklepała się po brzuchu. — Zwiedziony?…

Matka machnęła ręką, jakby chciała zamknąć temat.

— E, no co ty Janin, to nie o to chodzi… — powiedziała po francusku. — Przecież wiem, że kochasz Bolka. Prawda? Gdyby tak nie było, moglibyśmy z tatą sobie gadać. W te, czy we wte. — Pogłaskała córkę po policzku. — Wierz mi. Zresztą, sama o tym dobrze wiesz, że z Bolka jest dobry chłopak. Może jest trochę nieokrzesany, ale, co wymagać od sieroty. No i, jest z Francji. A ojciec? Nigdy nie był i nie jest zawiedziony wami, a tym wszystkim, co nas tutaj spotkało. Myślał, miał nadzieję, że coś się w tym naszym kraju zmieniło, ale, jak mi ostatnio powiedział: Gienia, gdybym wiedział jak tu jest, to byśmy tutaj nie przyjechali.


Eugenia pocałowała zszokowaną córkę w czoło i wyszła na korytarz.


*


Bolek wrócił tego dnia późnym wieczorem i, jak to się mówiło — na lekkim cyku.

Janina obrażona i, co tu dużo gadać, wściekła jak osa, nawet nie chciała z nim gadać. Zmywała naczynia z całego dnia w balii postawionej na blasze kuchenki.

Bolek położył siatkę z kupionymi ziemniakami na stół i ciężko usiadł, wciskając się w to samo miejsce na którym ona wcześniej siedziała, kiedy odwiedziła ją matka.

Sięgnął do kieszeni marynarki, skąd wyjął dużą szarą kopertę. Odsunął siatkę pod ścianę i położył dokument na stole, przyklepując go ręką.


Zaciekawiona Janin zerknęła na papier. Było na nim wiele pieczątek, znaczków, jakichś odręcznych zapisków i skreśleń. Widać było, że korespondencja długo krążyła po świecie, nim wreszcie dotarła do adresata.

Jednak tylko dwie informacje na kopercie były najważniejsze i mówiły kto i po co wysłał list. Były to: imię i nazwisko męża z adresem szkoły dla repatriantów w Bielawie (zresztą błędnym) oraz wielki stempel francuskiego „Ministère de la Défense nationale et des Forces armées” — Ministerstwa Obrony Narodowej i Sił Zbrojnych.

— Bolek, rany boskie, co to jest?

— Sama zobacz.

Mocno zaniepokojona otwarła kopertę, skąd wyjęła kilka zapisanych maszynowo kartek oraz jakiś urzędowy druk. Na wszystkich dokumentach było wiele różnych pieczęci i szereg podkreślonych na czerwono linijek tekstu.

Zaczęła czytać.


Kiedy skończyła, spojrzała na męża i wolno powiedziała po francusku:

— Too, znaczyy, że…

— To znaczy, że już nigdy nie wrócę do Francji, bo mnie tam uznano za dezertera i uciekiniera. Termin, kiedy miałem się stawić do francuskiego wojska minął dwa miesiące temu. Z tego co czytałaś wynika, że mogą mnie teraz zamknąć do więzienia. A nawet, gdybym i tak tam jednak pojechał… — wstał z krzesła i zdjął marynarkę, wieszając ją na oparciu — mimo wszystko, to co, miałbym cię zostawić, wrócić i iść walczyć, gdzieś w koreańskiej dżungli? — Zaśmiał się. — Chyba powariowali. Za co? Za Francję? Za ich interesy?… Niedoczekanie…

— To Oskar wysłał ten list tutaj, prawda? Nie znał adresu, więc list krążył za tobą po całej Europie i kraju.

— Tak, Oskar Manon — przytaknął. — Ale ja wiem, że tylko tutaj jestem bezpieczny. Polska mnie nie wyda. A, zresztą… — machnął ręką — Oskar też napisał, żeby broń Boże nie wracać, bo trafię albo do ciupy albo na front.

— Widać, że nie raz ktoś czytał to wszystko… — stwierdziła oglądając kopertę. — Teraz tutaj też wiedzą o tym, co się stało i mogą wszystko wykorzystać. Zdajesz sobie z tego sprawę, nie?

— Tak… — westchnął, wstał i napił się wody. — Teraz, już wiem.

— Jak to: „teraz, już wiem”? — spytała, cytując go.

— A myślisz, że skąd mam ten list? Od listonosza? Wyjąłem go ze skrzynki? — Popatrzył na żonę ze smutniem w oczach, ale i z wyrazem lekkiego politowania na twarzy. — Przed końcem szychty wezwali mnie do dyrekcji, a tam siedział w biurze kierownika taki jeden smutny, szary facet. Chyba z bezpieki. Nie przedstawił się, ale od razu zaczął wypytywać kim jestem, jak trafiłem do Polski i czy mam papiery przesiedleńcze, no i, kiedy dostałem dowód osobisty. Jak mu odpowiadałem, to on w tym czasie czytał jakieś dokumenty w teczce. Jakby porównywał, czy to, co mówię jest zgodne z tym, co czyta. Na koniec spytał, mówiąc płynnie po francusku… — Bolek podniósł palec. — Słyszysz, co mówię? Gościu gadał płynnie po francusku, jak jeden z naszych — mruknął. — No więc zapytał, czy jest mi tu dobrze i czy jestem zadowolony ze swojej ojczyzny. Oczywiście powiedziałem, że wszystko jest w porządku. Pracuję, mam rodzinę, która się niedługo powiększy. Powiedziałem, że niedawno dostałem zakładowe mieszkanie… — przerwał na chwilę. — Nie dał mi dalej mówić. Wstał, poklepał mnie po ramieniu i dopiero wtedy dał ten list z Francji, mówiąc od razu, że mam się nie martwić, bo wszystko będzie załatwione. Nie wiedziałem jeszcze wtedy o co chodzi. Dopiero kiedy przeczytałem, to zrozumiałem. Powiedział, że mam dalej pracować dla dobra kraju. Dosłownie, to powiedział tak: „pracujcie tak dalej, towarzyszu Bolesławie. Jesteście młodzi i przyszłość przed wami, a my się już o was zatroszczymy i na pewno będziemy o was pamiętać”! — mruknął. — Tak właśnie powiedział. Wtedy wstał kierownik wydziału i stwierdził, że mogę wracać do roboty albo do domu, a w drzwiach dał mi to.

Wyjął z kieszeni pomiętą kartkę, którą podał Janinie.

— Deklaracja wstąpienia do… — czytała na głos, ale nie dał jej dokończyć, odbierając jej papier z rąk.

— I co ja mam teraz zrobić, Joasiu?

— Noo… — Janina zaczęła z namysłem — przecież tamten ci obiecał, że w wszystko będzie załatwione. Ja, nic bym nie robiła.

— Tak? To, po co kierownik Gruchała mi to dał, co? — żachnął się. — Jak myślisz, kochanie? Nie ma nic za darmo. Nic…


*


Kierownik Gruchała skończył rozmowę telefoniczną i właśnie zaczął przeglądać jakieś papiery, kiedy sekretarka uchyliła drzwi, mówiąc w progu:

— Właśnie z formierni przyszedł ten pan Bolek, kierowniku. Może wejść?

— Tak, tak. Proszę go wpuścić. Czekam na niego pani Heleno.


Po chwili pracownik wszedł do biura i nieśmiało stanął przy drzwiach, miętosząc w ręku wełnianą czapkę z daszkiem. Gruchała wyszedł zza biurka i podszedł do niego, a wyciągając rękę na powitanie, powiedział:

— Wejdźcie towarzyszu! Nie bądźcie tacy skromni!


Podprowadził go do krzesła przy biurku.

— Właśnie czytałem ostatnie wyniki pracy na wydziale! Znowu jesteście najlepsi! Dwieście trzydzieści procent normy!… Coś niesamowitego! Gratuluję w imieniu dyrekcji huty i komitetu zakładowego!…


Uśmiechnięty Gruchała znowu wyciągnął rękę w stronę pracownika. Mocno uścisnęli sobie dłonie, ale widać młody hutnik miał niezłą krzepę w rękach, bo twarz kierownika wykrzywił grymas bólu. Szybko cofnął swoją dłoń, ukradkiem ją rozmasowując.

— Oj, ale wy macie siłę, towarzyszu! — stęknął, zachowując wymuszony uśmiech na twarzy. — Ale nie dziwota! Robota na formierni jest ciężka, to i ludzie muszą być silni! Mocarni w rękach i w charakterze! — Usiadł za biurkiem. — Zaraz przyjdzie towarzysz Pietryga ze związków, towarzyszu Bolesławie. Bo wiecie, mamy dla was propozycję. Biorąc pod uwagę wasze osiągnięcia w pracy i wzorową postawę społeczną. — Podniósł palec do góry. — Ale jeszcze chwila.

Nagle wstał zza biurka, jakby sobie o czymś przypominając.

— Napijecie się może herbaty? — zaproponował.

— Nie dziękuję… — wybąkał pracownik. — Piłem przed chwilą na stołówce.

Kierownik usiadł na krześle.

— No tak, no tak… — zapadła niezręczna cisza, przerwana dosyć szybko pojawieniem się przewodniczącego związków.


Do biura kierownika wydziału wszedł postawny barczysty mężczyzna w tweedowej brązowej marynarce. Krok sprężysty, włos rozwiany, sumiasty wąs, a na czubek głowy nasadzone okulary. Pietryga, trzymając pod pachą kartonową teczkę na akta od razu podszedł do biurka.

Przywitali się.

— Powiedziałem Heli, żeby zrobiła nam herbaty! — huknął głębokim basem, a potem popatrzył na młodego robotnika uważnie i od razu przeszedł do meritum. — W uznaniu za wasze osiągnięcia i świetne wyniki w pracy towarzyszu, nasze związki zawodowe, wspólnie z komitetem partyjnym, wytypowały was do szkoły! Nie byle jakiej szkoły! — Podniósł wysoko palec wskazujący. — Pojedziecie na trzy miesiące do Warszawy, gdzie podniesiecie swoje kwalifikacje. Po powrocie zajmiecie się dalszą pracą, ale już nie jako formierz na wydziale odlewni w naszej hucie, a jako aktywista zakładowy pracujący z ludźmi! Bo, czy nie ma lepszego zajęcia, jak praca z ludźmi? — Poklepał zszokowanego Bolka w ramię. — I co ty na to, towarzyszu? — zadał pytanie, ale nie czekając odpowiedzi, mówił dalej podniesionym głosem. — Pensja będzie o wiele wyższa… — kusił — i robota czysta, a przede wszystkim, lżejsza. Dla ludzi inteligentnych, wykształconych. Wiem, żeście złożyli podanie o większe mieszkanie. No i, że chcecie zdać egzamin maturalny! — Popukał w teczkę. — Tu jest wszystko. W waszej nowej pracy, będzie nam łatwiej załatwić coś lepszego dla rodziny i dla was. Prawda kierowniku?

— Tak, tak, oczywiście! — Gruchała poparł słowa przewodniczącego.

— Ale… — odezwał się Bolek cicho — ale żona jest już na ostatnich nogach z dzieckiem. Za miesiąc rozwiązanie, a ja… — umilkł na chwilę — nie mam doświadczenia w kontaktach z ludźmi, a już, żeby z nimi rozmawiać, to w ogóle. Mój polski jest jeszcze…

— Nic się nie martwcie, towarzyszu! Po to właśnie są szkoły, żeby się nauczyć! — odezwał się przewodniczący. — A poza tym, do szkoły pojedziecie dopiero za mniej więcej pół roku. Przecież nie narażali byśmy was na to, żebyście nie byli przy narodzinach! — Zaśmiał się głośno.


Do biura weszła sekretarka, niosąc na tacy trzy szklanki z herbatą.

Kiedy postawiła je na biurku i wyszła, Pietryga wsypał sobie do swojej trzy łyżeczki cukru, wsadził plasterek cytryny i zamieszał wszystko w szklance. Kiedy skończył, z brzękiem odłożył łyżeczkę na spodek.

— Bo wiecie, towarzyszu. Nie ukrywamy, że mamy co do was pewne plany. Wiemy już o tym, że jesteście doskonałym fachowcem. Że praca w tym zawodzie nie ma dla was tajemnic. Dobrze was tam wyuczyli francuscy towarzysze. Szkoda by było, żeby człowiek z takimi poglądami i umiejętnościami oraz oczywiście ochotą do roboty, marnował swoje umiejętności na wydziale jako zwykły pracownik. Robotę znacie, fach macie w jednym palcu, ale… — znowu podniósł palec do góry — musicie się nauczyć rozmawiać i kierować ludźmi.

— Ale po co, ja nie… — Bolek nieśmiało spróbował się odezwać.

— Nie ma żadnego „ale”, ani „po co”, towarzyszu Bolesławie! Majster Krupa idzie w przyszłym roku na zasłużoną emeryturę, a wy… — wstał i wyciągnął rękę — po skończonej szkole, zajmiecie jego miejsce. Zgoda?… — czekał.

— A starsi wiekiem i stażem pracownicy? — spytał, łapiąc się ostatniej szansy. — Oni pracują już tyle lat. Mają nie mniejsze doświadczenie niż ja i doskonale znają się na robocie.


Teraz odezwał się Gruchała.

— To bardzo dobrze, że zależy wam na ludziach, towarzyszu! Wasza o nich troska już wskazuje, że dokonaliśmy dobrego wyboru! Wierzcie nam, że pracownicy wydziału nie będą mieć żadnych pretensji. Zresztą, już na ten temat rozmawialiśmy z niektórymi z nich. Doceniają waszą fachowość i pracowitość. A, poza tym… — przerwał na chwilę dla lepszego efektu — nasz zakład oraz partia, stawiają na młodych, bo to jest przyszłość naszego kraju, towarzyszu Bolesławie. Zastanówcie się. Macie czas do poniedziałku.

Teraz zwrócił się do Pietrygi:

— W sumie, Romku, to dobrze, że towarzysz będzie mieć czas do namysłu. Zastanowi się w spokoju, omówi wszystko z żoną i wspólnie podejmą decyzję.

— No, jakbyś od razu się zgodził, to dopiero byłoby to podejrzane! — zaśmiał się przewodniczący związków. — A, no i najważniejsze. — Pochylił się do pracownika. — Oczywiście dobrze wiesz, ile teraz zarabia u nas majster na wydziale produkcyjnym, nie?

— Dobrze, nie będziemy was już dłużej przetrzymywać. Idźcie odpocząć do domu.

Bolek wstał i już miał wyjść, kiedy Gruchała jeszcze go zatrzymał, mówiąc:

— Aha, byłbym zapomniał! Jutro z samego rana przyjdzie na formiernię dziennikarz z gazety wojewódzkiej i zrobi z wami krótki wywiad. Pstryknie też kilka zdjęć, więc załóżcie czyste ubranie.

— To do poniedziałku, panie majster! — zawołał za nim Pietryga.


Kiedy już wyszedł za bramę huty, w głowie kołatała mu tylko jedna, natrętna myśl:

Co ja teraz powiem Joasi? No, co do cholery powiem Joasi!…

Co masz w teczce?

Płynęły lata. Świat zdążył już nieco okrzepnąć, kręcąc się wokół swoich zwykłych i niezwykłych spraw. W niektórych krajach — tych najbardziej dotkniętych wojną — dalej trwała odbudowa ze zniszczeń, a wiele społeczeństw — z lepszym lub gorszym skutkiem — w dalszym ciągu usiłowało uporządkować swoje życie.

Nie zawsze był to proces bezbolesny i, nie zawsze działania rządzących układały się po myśli ogółu, co wywoływało wewnętrzne spory i czasem niemałe konflikty. Tym niemniej jednak sprawy potoczyły się już tak daleko, że w tamtych latach, doprowadzenie do jakichkolwiek zmian musiałoby się wiązać ze zbrojnym buntem lub innymi rozwiązaniami siłowymi, a to z kolei wywoływałoby ostre reperkusje ze strony trzymających władzę z tej lub tamtej strony.


Działo się tak między innymi dlatego, że ogół społeczeństw albo ich znaczna większość, biernie poddawał się zmianom oraz dawał ciche lub całkiem konkretne przyzwolenie na realizację planów rządzących „elit”.

Zwykli ludzie, łasi na przywileje i składane obietnice, byli umiejętnie zwodzeni i manipulowani wyssanymi z palca planami oraz świetlanymi wizjami, czy też obietnicami, co do przyszłości.


A trzeba przyznać, że grunt na tego rodzaju praktyki w tym okresie był podatny, bo zaraz po wojnie każdy chciał zmian. Ludzie bardzo pragnęli zmian. Liczyli na podniesienie i poprawienie swojej pozycji społecznej oraz udział w pozornym podziale władzy. Chcieli odbicia się od biedy, czy też — jak było przed wojną — bronili się przed byciem „nikim” w nowo kształtujących się społeczeństwach.


Niektórzy, dla tej odrobiny władzy, czy też pozornej normalności oraz podbudowania własnego ego, zrobiliby wszystko. Inni zaś, zrobiliby wszystko, żeby ten porządek zburzyć ku chwale Boga, honoru i demokracji. Jedni i drudzy, stali po różnych stronach barykady, z tym, że ci drudzy nie mieli za sobą wielkiego aparatu władzy i sił porządkowych, jak ci pierwsi, a jedynie wiarę, szczytne cele i dobre chęci.

Niestety, te bardzo ważne i pozytywne cechy w tamtych czasach, to było o wiele za mało albo prawie nic…


***


Pusty pociąg osobowy wlókł się niemiłosiernie, sennie stukając kołami na rozstępach szyn. Kiedy skład zbliżał się do jakiejś małej ciemnej stacji, lokomotywa co raz dawała krótki ostry gwizd ostrzegawczy, a koła wagonów przejeżdżały raz za razem przez rozjazdy, stukając i zmieniając tory. Wreszcie po kolejnym gwiździe parowozu wolno wjechali na ten co trzeba dworzec.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 62.07