E-book
6.69
drukowana A5
37.67
Deirdre

Bezpłatny fragment - Deirdre


Objętość:
288 str.
ISBN:
978-83-8126-557-7
E-book
za 6.69
drukowana A5
za 37.67

“Pokocham go, tego, który ma włosy czarne jak kruk, skórę białą jak śnieg i usta czerwone jak krew”  “Deirdre of the Sorrows” (1910)


Jeżeli odnajdziesz w treści znajome obrazy, sytuacje, osoby lub miejsca, możliwe, że byłaś lub byłeś blisko...bardzo blisko.

19 marca 2013

1

Było wcześnie rano, gdy zadzwonił budzik. Otworzył oczy i dostrzegł bardzo słabe światło z trudem przebijające się przez okienne rolety. Budzik nie przestawał jazgotać. Musnął dotykowy ekran telefonu i natrętny dźwięk wyłączył się. Spojrzał na wyświetlacz. Prognoza pogody aktualizowała się co kilka minut i w tym momencie na ekranie widział chmurkę z płatkami śniegu.

— Jakby mi się chciało wstać tak mocno jak mi się nie chce — wymamrotał do siebie w sposób prawie niesłyszalny. Był w kiepskim nastroju, możliwe, iż był nawet trochę wściekły, choć nie potrafił sobie wytłumaczyć dlaczego. Czuł lekki ból w prawej stopie, ale nie zwracał na niego większej uwagi. Nie potrafił sobie przypomnieć skąd on się wziął, obstawiał przetrenowanie. Zsunął się na skraj łóżka i zaczął po omacku badać stopą parkiet w poszukiwaniu czegokolwiek cieplejszego niż, lakierowana na wysoki połysk, dębowa podłoga. Każda sekunda trzymania stóp na zimnym parkiecie wzmagała to dziwne, poranne zdenerwowanie. W końcu znalazł jeden klapek, a potem drugi.

Wyciągnął przed siebie ręce splatając palce i rozciągnął się, głośno ziewając. Dopiero to go rozbudziło i prawie przywróciło pełną świadomość. Wstał i poszedł do łazienki. Nie czuł się za dobrze. Właściwie to nigdy o tej porze dnia nie było dobrze. Ziewnął po raz kolejny. Lekki kac spłynął na twarz i jego widok dołożył swoje pięć groszy do porannego nastroju. Przemył ją trzy razy zimną wodą, ale zmęczone i podkrążone oczy nie chciały rozstać się z mężczyzną widocznym w lustrze.

— Obudź się w końcu… — warknął do postaci za szkłem.

Nie pomogło. Dokończył toaletę, choć nie było to przyjemne. Ubrał się jak zwykle, czyli przeciętnie. Niebieskie dżinsy, wytarty, obcisły czarny t–shirt i zmięta czarna bluza z kapturem. Miał przez chwile wątpliwości, czy nie lepiej byłoby ubrać coś bardziej eleganckiego. Tylko przez chwilę. Na rękę założył błyszczące chromem Seiko 5 z bransoletą w tym samym kolorze i czarną tarczą. Nic nie zjadł. Założył kurtkę, polarową czapkę, lekkie buty, czarne skórzane rękawice i sportowy plecak, wcześniej upewniwszy się, że jest w nim to czego potrzebuje: telefon, dokumenty, klucze do mieszkania i ładowarka do telefonu oraz plik papierów nad którymi pracował dzień wcześniej. Poddenerwowany wyszedł. Upewnił się w myślach cztery razy, czy nie zapomniał niczego ze swojej krótkiej checklisty. Zajrzał też ponownie do plecaka. Zszedł po betonowych schodach, skrzypnęły stare drewniane drzwi, wyszedł na zewnątrz.

— Mogłabyś sobie już odpuścić — powiedział do otaczającej go zimowej aury. Lodowaty wiatr sypnął igłami śniegu prosto w jego twarz. Zamarzył o wiośnie i cieplejszym dniu, ale nie trwało to długo, bo lodowate powietrze ponownie omiotło każdą część jego ciała i czar prysł. Właściwie to został zdmuchnięty. Ruszył przed siebie ślizgając się co kilka metrów na pokrytym ubitym śniegiem chodniku. Po kilku krokach zrozumiał, że mógł ubrać inne buty, cieplejsze. Zdenerwował się na samego siebie. Tego ranka był wyjątkowo negatywnie nastawiony do absolutnie wszystkiego. Wiatr kołysał lekko drzewami, otaczała go smutna szarzyzna. Szedł szybko wzdłuż rzędu zaparkowanych samochodów. Niektóre były bardzo ekskluzywne, inne przypominały kawałki złomu. Dostrzegał tą ogromną różnicę, która ponadto z roku na rok stawała się coraz większa. Po niecałych czterech minutach szybkiego marszu i trzykrotnej utracie równowagi, co o mały włos nie skończyło się upadkiem, dotarł do schodów stacji metra. Widząc kolportera darmowej gazety stojącego i marznącego przy pierwszym stopniu schodów poczuł żal. Po schodach prowadzących do metra schodził ostrożnie, były bardzo śliskie, ale z każdym stopniem przyczepność wiosenno — letniego obuwia stawała się lepsza. Podszedł do bramek stojących przed wejściem na peron, wyciągnął portfel ze specjalną kartą — biletem i przyłożył do czytnika. Zdążył zrobić krok i uderzyć udem w rurę, zanim dostrzegł czerwone światło. Zaklął w duchu. Technika nie nadążyła za samą sobą. Poczuł, że go to zainteresowało i zafascynowało, mimo, że przed sekundą zaklął na maszynę, która nieoczekiwanie zawiodła. Karty bezdotykowe oraz bilet zakłócały emitowane przez siebie sygnały. System nie potrafił ich rozróżnić.

— Co za kretyn to projektował? — pomyślał i na jego twarzy po raz pierwszy tego dnia pojawił się lekki uśmiech. Rozbawiało go, gdy urządzenia lub całe systemy projektowane i tworzone przez najmądrzejszych tego świata zawodziły w tak banalnych sytuacjach. Wyciągnął bilet, odblokował bramkę i wszedł na peron podobno najładniejszej stacji metra w Europie. Gdy tylko o tym pomyślał, ponownie się zaśmiał. Jego nastrój był wyraźnie rozhuśtany. Odczekał minutę i czterdzieści sekund, które dokładnie odliczał ciekłokrystaliczny wyświetlacz nad jego głową. Poczuł charakterystyczny podmuch, a po chwili usłyszał szum nadjeżdżającego pociągu i popiskiwanie hamulców. Rozsunęły się biało czerwone drzwi. Wsiadł do drugiego wagonu. Wiedział gdzie wejść by móc spokojnie zająć się swoimi sprawami. Choć strasznie mu tego brakowało, nie czytał w domu. Nie robił tego z dwóch powodów: braku czasu oraz potrzeby przedłużenia przyjemności jaka płynęła z czytania. Wolał spędzić nad jedną książką więcej czasu, a w przerwach w czytaniu snuć teorie i rozwijać wątki. Czasami czekał na powrót do czytania książki tak, jak dziecko czeka na Święta Bożego Narodzenia. Czas spędzony w zazwyczaj nudnym metrze miał zawsze wypełniony. Pociąg ruszył, a on stał w tłumie ludzi i czytał. Po minięciu piątej stacji metra, w wagonie zrobiło się luźniej. Na kolejnej stacji wokół zrobiło się nagle nienaturalnie dużo przestrzeni. Rozejrzał się za miejscem do siedzenia. Jego wzrok zderzył się ze wzrokiem siedzącej niedaleko kobiety. Trwało to sekundę, a może nawet mniej. Uśmiechnęła się tak, jak uśmiecha się osoba, która cię rozpoznaje. Zdziwił się. Nie mógł odnaleźć jej w pamięci, a nie miał z tym zazwyczaj problemów. Wściekło go to. Miała około trzydziestu pięciu lat — ocenił szybko. Stała w zasięgu ręki. Dwa miejsca siedzące obok niej były puste. Usiadł na jednym z nich. Usiadła obok i znowu na niego spojrzała. Tym razem zrobiła to dyskretnie. Teraz był już prawie pewien, że to nie może być przypadek.

— Albo czegoś chce, albo mnie zna — pomyślał, choć przez chwilę miał wrażenie, że powiedział to na głos. Kobieta patrzyła się tępo w ekran wyświetlający reklamy. Już wcześniej zauważył, że ludzie jadący metrem wyglądają jakby ich ktoś podłączał do komputera i wgrywał im informacje do głów. Schemat był zawsze taki sam. Wchodzą do wagonu, zachowują się naturalnie, metro rusza, ludzie milkną i zaczynają wpatrywać się w ekrany z reklamami. Lubił ich nazywać pendrive’ami. Jego zdaniem słowo pendrive albo memory stick idealnie definiuje dzisiejszego człowieka. Pendrive nie myśli. Jak pasażer metra.

Dziewczyna siedziała i gapiła się w ciekłokrystaliczny wytwór chińskiego producenta. Spojrzał na nią z boku i udając, że czyta, zaczął szybko rejestrować w pamięci dane. Czapka, smukła twarz, puchowa czarna kurtka, zielone dżinsy, wysokie kozaki, piwne oczy. Gdzieś już widział te rysy twarzy, miał nawet wytypowaną jedną osobę, ale nie na sto procent.

— Oczy zdradzają wiek. Może mieć więcej niż trzydzieści pięć lat — przeszło mu przez myśl. Szukał w pamięci i nie mógł znaleźć niczego, co pozwoliłoby mu potwierdzić lub odrzucić domysły. Poczuł się jakby to on był bramką na stacji metra, która nie potrafi rozpoznać biletu. Pociąg minął kolejne dwie stacje. Kobieta ciągle siedziała i gapiła się w to samo miejsce, a on ciągle szukał jej wśród dziesiątek poznanych kobiet.

— Może jedzie tam gdzie ja? — zastanowiło go to.

Nie przerywał poszukiwań. Zaczął się jej z premedytacją przyglądać, a ona zdawała się go nie zauważać. Dostrzegł wystające spod czapki włosy. Długie włosy były schowane pod szalem i kurtką. Były rude i wyglądały na naturalnie rude, choć to trudno było mu ocenić. Po chwili dostrzegł, że ma za mocny makijaż i to on może kierować jego poszukiwania w złą stronę. Odwrócił się od niej i zamknął oczy. W pamięci narysował jej obraz, rozpuścił włosy skrywane pod czapką i kurtką, a na koniec zmył makijaż. Była piękna. Miał jednak świadomość, że to jednak tylko wytwór jego wyobraźni. Otarła się niechcący o jego bark po czym wstała i podeszła do drzwi. Przedostatnia stacja. Wysiadając rzuciła spojrzenie w jego kierunku, on zrobił to samo. Przeniosła wzrok na siedzenie, z którego wstała. Trwało to ułamek sekundy, ale nie umknęło jego uwadze. Wyszła. Spojrzał na siedzenie obok, spodziewając się jakiegoś sygnału, wskazówki lub wiadomości. Niczego tam nie było. Odruchowo odczytał godzinę z Seiko 5. Była 8:32. Wysiadając na ostatniej stacji dostrzegł, że cały czas trzymał książkę w rękach. Zapamiętał numer strony i schował ją do plecaka. Nie używał zakładek. Rozejrzał się po peronie. Podskoczyło mu ciśnienie na myśl, że czeka go teraz dłuższy spacer z kontuzjowaną nogą. Nadal nie przypominał sobie dlaczego go ona boli. Ruszył przed siebie lekko kuśtykając.

2

Dojazd do pracy zajmował Magdzie mniej niż godzinę. Nie inaczej było tego dnia. Poszło gładko, ale zimą dotarcie od przystanku do firmy nie było proste. Idąc co kilkanaście metrów potykała się na nierównej drodze. Wyobrażała sobie jak komicznie muszą wyglądać ludzie chodzący po ośnieżonych chodnikach. Gdyby nagle zniknął śnieg, a ich kroki nie uległy zmianie, to wyglądałoby to jak dobry skecz Monhty Pythona. Spóźniła się kilka minut, ale nikogo to nie zmartwiło. Zresztą pracowała z samymi facetami i chłopcy grzecznie zaakceptowali jej spóźnialstwo. Miała trzech współpracowników, w tym szefa. Cieszyła się, że nie ma innej “zawistnej suki w stadzie”. Mogła rozsiewać feromony na lewo i prawo bez obaw o to, że ktoś wejdzie jej w paradę. Była wysoka, jeżeli 172 cm można tak nazwać, miała zgrabny biust, tyłek i niezłą figurę. Lubiła siebie. Ubierała się tak by zwracać na siebie uwagę mężczyzn. Miała wrażenie, że im też to pasuje, choć lubią ją nie tylko za to, ale też za jej zaangażowanie w pracę. Pracowała w małej firmie, a w małych firmach bardzo łatwo dostrzec efekty pracy. Nie rozmywają się między pracownikami. Dotarła na miejsce. Weszła do biura otrzepując buty ze śniegu.

— Kawa! — ryknęła tak głośno, że wszyscy podskoczyli. Zdjęła kurtkę i powiesiła na wieszaku.

— Muszę to zbadać. Potrafisz powtarzać prośby, które ci przekazuję niewerbalnie. Może zgłosimy się do jakiegoś show w telewizji? — rzucił ripostą Maciek.

— Nie sądzę — odpowiedziała i zaczęła się śmiać. — Twój system zawodzi, bo nie słyszę jaką kawę chcesz — dodała.

— Czarną, świeżo mieloną. Dziękuję i cześć tak na marginesie — złożył zamówienie Maciek.

— Znaj łaskę pani — jej głos był niski i poważny. — A reszta co? Dzień chłopaka kiedyś się skończy! — powiedziała.

— Dzień chłopaka jest za pół roku, ale miło, że pamiętasz. Dla mnie to co zawsze — dobiegł głos Arka z drugiego pokoju. Drzwi były lekko uchylone.

— A gdzie nasz ściemniacz? — tak nazywała Michała, z którym najwięcej miała wspólnych służbowych spraw do załatwiania na co dzień. Po pokoju zaczął rozchodzić się dźwięk pracującego ekspresu do kawy i jej aromatyczny zapach.

— Chyba mu wczoraj za dobrze poszło. Powinien niebawem się dokulać tym swoim czołgiem, o ile nie wybrał innego sposobu na dotarcie do pracy. Jeżeli było tak dobrze jak myślę, to będziemy mieli okazję czuć to “dobrze” co najmniej do południa — wyczerpująco odpowiedział Arek.

— To go dzisiaj pomęczę — powiedziała, kładąc Arkowi kawę na biurku.

Jej głos był spokojny i ciepły. Maciek poczuł jej perfumy i zazdrość, że to nie on będzie “męczony” dzisiaj przez Magdę.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i stanął w nich rozpromieniony Michał. Od razu było widać, że jeszcze ma coś we krwi. Był tak podniecony sukcesem spotkania z dnia poprzedniego, że z wypowiadanego potoku słów niewiele można było wychwycić. Ponieważ nikt go nie chciał w takim stanie słuchać, usiadł i zamilkł. Zaczął sapać jakby przebiegł właśnie dwa kilometry.

— Ogarnij się i potem pogadamy — zaproponowała Magda.

— OK, spieszyłem się i trochę jestem zziajany — odparł i podszedł do swojego biurka.

Rozpakował plecak, włączył komputer, wyciągnął telefon i sprawdził na dużym dotykowym wyświetlaczu czy nie ma żadnych wiadomości. Następnie poszedł zrobić sobie kawy.

3

Z pracy wyszedł chwilę po siedemnastej. Na zewnątrz nic się nie zmieniło, a prognozy dla Warszawy na dzisiaj nie wyglądały zbyt optymistycznie. Śnieg zacinał mocno małymi jak ziarenka piasku płatkami. Jeden płatek wpadł mu do oka. Przeklął na głos, co traktował jak naturalną reakcję swojego układu nerwowego. Ruszył w stronę stacji metra. Ból nogi ustąpił. Musiała być to chwilowa kontuzja. Może uderzył się podczas snu? Nie potrafił sobie nadal przypomnieć co się stało, zaczął też powątpiewać w przetrenowanie. Doskwierał mu głód, więc kupił sobie po drodze małą bułkę. Postanowił po powrocie do domu zjeść coś ciepłego. Szedł, żując pieczywo i spoglądając na nowobogackie betonowe otoczenie. Duże pięciopiętrowe budynki były rozstawione dość rzadko wzdłuż szerokiej ulicy. Wyglądało to obrzydliwie. Tęsknił za klasyczną architekturą, za starym budownictwem. W drodze do metra towarzyszyła mu ta sama myśl, która nie opuszczała go od rana. Nie potrafił się dziś w pracy skupić na zbyt wielu służbowych rzeczach. Ruda. W głowie miał rudą kobietę, którą musiał odnaleźć w pamięci. Zszedł do metra. Tym razem nie dał się technice i odseparował kartę płatniczą od biletu. Bramka nie stawiła oporu. Na peronie stał pociąg i czekał na pasażerów. Przyspieszył kroku i wskoczył do niego na chwilę przed zamknięciem się drzwi. Usiadł na samym końcu wagonu i wyciągnął książkę. Zaczął od zapamiętanej strony. Przeczytał kilka akapitów i uświadomił sobie, że niczego nie zapamiętał. Odpuścił sobie. Rozejrzał się dookoła. Nikogo nie rozpoznał. Pomyślał, że musiał już minąć ze dwie lub trzy stacje, ponieważ zaczęło robić się tłoczno. Mniej więcej w połowie drogi coś sobie przypomniał. Był to detal, który mógł łączyć te dwie postaci. Nie wiedząc czemu przeszedł go dreszcz, gdy wyobraził sobie, że może być to prawdą. Niestety rano skupił się na ogólnym wyglądzie, kształcie twarzy, kolorze włosów, szukał podobieństwa wśród zapamiętanych kobiet, poznanych przez ostatnie miesiące w różnych restauracjach, klubach i pubach. Teraz poszerzył krąg o kontakty biznesowe i to sprzed kilku dobrych lat.

— Czy to ona? Namierzyli mnie? Może jest sama? — szepnął. Zastanawiał się, czy nie za głośno. Mogła się zmienić, zafarbować włosy, zrobić mocny makijaż, mógł jej nie poznać po tak długim czasie. Cofnął się pamięcią kilka lat wstecz, przypomniał sobie bardzo dobrze tę wyjątkową kobietę, okoliczności w jakich się poznali, a potem ucieczkę. Dobrze wspominał nie tak stare czasy i początek bardzo krótkiej znajomości. Trochę za nią tęsknił, zapowiadała się obiecująco, mogła być zupełnie inna niż wszystkie poprzednie. Podczas ucieczki było gorąco i niewiele brakowało, a skończyłoby się to dla niego tragicznie. Pomyślał przez chwilę, że mógłby odkurzyć kontakty i zapytać, czy jest szansa, by wrócić do współpracy ze starymi znajomymi. Firma na pewno by na tym zyskała i to niemało. Firma, czyli on sam. Dojechał na miejsce, na tą niby najładniejszą stację. Zaśmiał się. Wysiadł z pociągu i wyszedł z podziemia na powierzchnię zalaną światłem pomarańczowych lamp sodowych. Lubił miasto skąpane w tym kolorze. Ruszył w kierunku domu. Jadąc metrem wpadł na pewien pomysł. Nie wiedział, czy powiedzie się on za pierwszym razem, czy za drugim, czy może nic z tego nie będzie. Jednak postanowił spróbować. Musiał się upewnić. Musiał się przekonać dla świętego spokoju, że nie ma “ogona”, że nikt nie trafił na jego ślad, a nawet jeśli ktoś trafił, to nie ma on złych zamiarów. Śmierdziało to paranoją, ale on taki właśnie był. Wolał sprawdzić, niż być zaskoczonym. Z drugiej strony, jeżeli była to ona i jest tu sama, chciałby dowiedzieć się dlaczego zadała sobie tyle trudu, żeby go znaleźć. Idąc do domu minął kilka chodzących cieni otulonych po sam czubek głowy. Chciałby bardzo, żeby zima dała już sobie spokój i wpuściła wiosnę do tego ponurego miasta. Stan permanentnego zimna stawał się nieznośny, a potęgowany przez wiatr doprowadzał go momentami do szału. Po wejściu do domu usiadł przy biurku i zamknął oczy. Mała czarna lampa oświetlała blat stożkiem żółtego światła. Siedział tak kilkanaście minut zamyślony, w zupełnej ciszy. Wstał, przebrał się w dres i założył sportowe buty. Seiko 5 zmienił na kwarcowy Casio G–Shock.

— Zobaczymy, czy dasz sobie radę — powiedział, patrząc się na nogę, która rano bolała go z bliżej nieokreślonej przyczyny.

Wyszedł z mieszkania, zbiegł po schodach, a za furtką, która była dwa metry od drzwi kamienicy, skręcił w prawo. Śnieg zacinał, a wiatr przewiewał bluzę i termoaktywną bieliznę na wskroś. Na początku czuł chłód, ale po kilku minutach rozgrzał się. Biegnąc, ciągle myślał tylko o porannej przygodzie. Zastanawiał się jak to zaplanować, co zrobić, żeby nabrać pewności co do “Rudej”. Taki nadał jej pseudonim, do czasu w którym zweryfikuje jej tożsamość. Nie zauważył, kiedy dobiegł pod dom. Przebiegł ponad trzy kilometry. Zapomniał zatrzymać się wcześniej i przejść spokojnie ostatnie kilkaset metrów, żeby rozluźnić mięśnie. Wszedł do domu i pokręcił się po nim przez kolejnych kilka minut. Zrzucił z siebie przepocone ubranie i wziął prysznic. Postanowił, wbrew wcześniejszym planom, wyjść i zjeść coś na mieście. Musiał odreagować, choć sam nie wiedział do końca, co miałby odreagowywać. Może po prostu coś się w nim skumulowało, a może brakowało mu starówki, gwaru i roześmianych ludzi. Dawno nie był w centrum miasta. Ubrał się jak zwykle przeciętnie, ale schludnie. Tym razem zdecydował się na ciemną, granatową koszulę. Z półki zdjął Seiko Premier i włożył go na lewą rękę. Ten zegarek lubił najbardziej. Do jednej kieszeni spodni włożył kilkaset złotych i bilet sieciowy, a do drugiej telefon. Wyszedł z domu.

Centrum przywitało go małą ilością ludzi, którzy mimo pogody podzielili jego chęć wyjścia do miasta. Lubił spędzać czas w centrum w tygodniu, a nie w weekendy. Było wtedy więcej wolnych miejsc we wszystkich lokalach i mnie zapijaczonych i irytujących typów kręcących się koło niego. Wszedł do włoskiej restauracji, zamówił jeden z dziwnie wyglądających makaronów i małe piwo. Zjadł szybko i wyszedł, choć lokal bardzo mu się podobał i mógłby spędzić tam więcej czasu. Skierował swoje kroki w stronę okolicy silnie usianej barami i klubami. Ten sposób spędzania wolnego czasu w mieście odpowiadał mu najbardziej. Wszedł do knajpy, której klimatu nie potrafił przykleić do żadnej subkultury, ani epoki historycznej. Była zwykła, stały w niej stare meble przeplatane nowszymi. Usiadł przy dębowym barze i zamówił piwo w butelce. Nie dlatego, że nie ufał trunkom nalewanym z kranu, ale dlatego, że ciężko o dobre piwo lane z kranu. Zauważył też, że picie piw craftowych jest coraz bardziej popularne w stolicy. Bardzo często piwa lane są traktowane jak produkty drugiej kategorii, choć znał miejsca, gdzie było zupełnie odwrotnie. Sprawdził godzinę na Seiko, co sprawiło mu odrobinę radości. Lubił patrzeć na ten zegarek. Wyciągnął telefon i sprawdził wiadomości oraz połączenia. Dzwonek miał stosunkowo cichy, więc musiał robić to od czasu do czasu. Mała koperta na górnym pasku oznaczała, że dostał SMS–a:


Odezwałbyś się… Asia


Nie widział się z nią już dwa tygodnie. Skoro pisze i nalega, postanowił umożliwić jej tą wątpliwą przyjemność kontaktu ze sobą. Miał odczucie, że kontakt z nim nie należy do przyjemnych — szczególnie, gdy nie dopisywał mu humor, albo miał jedną z tych dziwnych huśtawek nastroju. Mogła czuć się zignorowana, ale usprawiedliwiał się tym, że nie byli w związku. On nie miał związków, ale wolał nie wyciągać tego argumentu, gdy pytała, dlaczego tak rzadko się widują. Gdyby znała prawdę i miała świadomość tego, że od ostatniego spotkania zdążył zaliczyć dwie inne, to przestałaby zadawać mu takie głupie pytania. Przestałaby się w ogóle odzywać. Nacisnął “Odpowiedz”:


Jestem w centrum. Będę o 21:45 pod Twoim domem. Zejdziesz czy mam wejść?


Na odpowiedź czekał dokładnie dwadzieścia dziewięć sekund. Seiko nie mogło się mylić. Pomyślał, że Aśka musi mieć bardzo sprawne palce, skoro tak szybko mu odpisała. Nie było to jedno lub dwa słowa, ale krótki elaborat. Na szczęście po trzech przeczytanych wyrazach wiedział, że ma wejść, a nie czekać pod drzwiami, więc odpuścił sobie czytanie całej reszty. Nie zależało mu jakoś szczególnie na tej wizycie. Miał jeszcze sporo czasu, więc rozejrzał się po lokalu w poszukiwaniu punktu zaczepienia. Czegoś, co mogłoby go skłonić do zmiany tego, co ustalił przed chwilą z Aśką.

— Zawsze w poniedziałki jest tu tak pusto? — zapytał barmana.

— Różnie jest, mamy kilkunastu stałych bywalców, a reszta to losowa sprawa — odpowiedział, nie przerywając krojenia limonki na plasterki.

— A ta w czerwonym na ramiączkach to stały bywalec? — wskazał barmanowi kierunek szyjką butelki.

— Widuję ją czasem. Przychodzi z jedną lub dwoma...hmm… gorącymi czterdziechami. Ona jest najmłodsza. Siedzą, grają w bilarda, piją Long Island Iced Tea — odpowiedział, nie przerywając krojenia.

— Jesteś nieźle poinformowany — zdziwił się.

— Teraz są grzeczne, ale jak mają w czubie to trudno ich nie zapamiętać — zaśmiał się, zmienił limonkę na cytrynę i kroił dalej. Uśmiech nie schodził z twarzy barmana, wiele scen musiało przewijać mu się przed oczami.

— OK, poproszę w takim razie Long Island Iced Tea dla tej pani w czerwonym na ramiączkach. Może uda mi się przyspieszyć show — zwrócił się grzecznie do barmana z szyderczym uśmiechem na twarzy.

Zauważył, że poprawił mu się humor oraz, że przez ostatnie pół godziny nie pomyślał o “Rudej”. Pewnie miały w tym swój udział dwa wypite piwa. Chciał odepchnąć od siebie myśl o niej, ale było to bardzo trudne. Za dużo wspomnień. Zastanawiał się co ona teraz robi, czy jest blisko, na wyciągnięcie ręki, czy może musiałby wsiąść w samolot by do niej dotrzeć. Co by zrobiła, gdyby ją spotkał? Czuł niepokój i podekscytowanie.

— Czym zasłużyłam na taką nagrodę? — usłyszał kobiecy głos za plecami. Odwrócił się. Przed oczami miał “bordową na ramiączkach”, w niebieskich obcisłych jeansach, falistych ciemnych włosach do ramion, o twarzy przypominającej mu którąś z prezenterek telewizyjnych. Miała bardzo zgrabną figurę i mniej więcej trzydzieści lat. W prawej dłoni trzymała szklankę z drinkiem, a w lewej słomkę przyłożoną do ust. Spodobała mu się.

— Bordową na ramiączkach — odpowiedział i zaraz poczuł, że chyba strzelił sobie w kolano.

— Jakby było to prawdą i takie właściwości miałaby bluzka, to drinki nie mieściłyby się na moim stoliku. Musiało to być coś innego. Zdradzisz co to takiego? — zapytała i włożyła słomkę z powrotem do ust.

— Nie wiem. Impuls. Coś mi się w tobie spodobało, ale nie zastanawiałem się nad tym co dokładnie. Obiło mi się o uszy, że często tu bywasz. Co takiego wyjątkowego jest w tym pubie? — zreferował ze szczegółami i znowu poczuł się głupio, choć nie powinien. Coś mu tego wieczora nie szło najlepiej.

— Ooo, a skąd ty to wiesz? Knajpa ma kilka zalet. Z czasem je zauważysz i docenisz. Widzę cię tu pierwszy raz. Tak mi się wydaje. — popatrzyła mu w oczy.

— Ja Ciebie też — odparł z uśmiechem — ale to pewnie dlatego, że jestem tu pierwszy raz. — Sarkazm się jej nawet spodobał.

— Jaki masz plan na wieczór?

— Możliwe, że będę musiał wyjść za… osiemnaście minut — skupił się na Seiko Premier.

— Idziesz dalej rozdawać drinki? — zapytała.

— Nie. Mam umówione jedno spotkanie. — Sięgnął po portfel.

— Pilne? — Wciągnęła przez słomkę kolejny łyk drinka.

— Nie, nic ważnego, mogę je w każdej chwili odwołać. Drink jest OK? — Wyciągnął gotówkę i kiwnął ręką do barmana. Zapłacił.

— Dzięki. Jest niezły. Zaraz, zaraz, miałeś wyjść dopiero za osiemnaście minut — odpowiedziała, gdy chował resztę do portfela i wstał z hokera. Zostawił barmanowi więcej w formie napiwku niż zazwyczaj.

— Pomyślałem, że zmienimy lokal. Co ty na to? — zobaczył jej zaskoczoną minę i już wiedział, że jest to moment, w którym zostaną ujawnione najciekawsze cechy charakteru “Bordowej na ramiączkach”. Zmieszana popatrzyła w stronę swoich znajomych. Wciągnęła resztę drinka za jednym razem. Odstawiła szklankę na bar.

— Hmm… Niech pomyślę… Wezmę swoje rzeczy — powiedziała bez większych oporów i poszła w stronę stolika, gdzie siedziały jej koleżanki. Zaskoczyła go ta pewność i wzbudziła podejrzenia. Zazwyczaj spotykał się z wykręcaniem się, tłumaczeniem, lub z choć minimalnym wahaniem. Kilka razy usłyszał, że jest świnią i zboczeńcem. W tym przypadku nastąpiła szybka zdecydowana reakcja, a analiza sytuacji zajęła jej mniej niż chwilę. O ile dokonała jakiejkolwiek analizy. Wiedział już, że Aśka będzie musiała poczekać do kolejnej okazji. Zastanowił się, czy ma szansę się z nią spotkać w ciągu najbliższych kilku dni i czy tak naprawdę mu na tym zależy.

— Eee tam, może jutro się uda — powiedział do siebie. Wyjął telefon i napisał do Aśki SMSa, że dziś musi spasować. Nie miał wyrzutów. Wiedział, że w związku z “Rudą” i tak nie ma za wiele czasu dziś w nocy i ponadto musi być jutro w miarę trzeźwy. Przynajmniej bez ciężkiego kaca.

Podszedł do drzwi wyjściowych, odwrócił się w stronę lokalu i obserwował “Bordową”. To już drugi pseudonim, który nadał tego dnia. Oba były kolorami. Ten drugi był na pewno bezpieczniejszy, tak przynajmniej mógł zakładać. Zabrała swoje rzeczy i ruszyła w jego stronę. Gdy podeszła bliżej, uśmiechnęła się delikatnie i bez słowa wyszli na zewnątrz.

— Jak masz na imię? — zapytała.

— Konrad — skłamał, jak zawsze w takich sytuacjach.

— Ela — wyciągnęła do niego ciepłą dłoń. Wyglądało na to, że mówi prawdę.

Pogoda nadal była podła. Ustalili szybko, że wejdą do trzeciego napotkanego lokalu. Trafili na irlandzki pub. Zaproponował, żeby poszli trochę dalej. W kolejnym lokalu było stosunkowo pusto, z głośników cicho sączył się chillstep, było ciemno i ciepło. Usiedli na kanapie. Nie lubił, gdy jest za gorąco, ale teraz było mu to na rękę. Dzięki panującej duchocie “Bordowa” szybciej pokazała ramiączka. Złożyli zamówienie. Musiał odpowiedzieć na kilka pytań typu “czym się zajmujesz?”, co dziwne nie dopytywała o szczegóły. Mówił ogólnie, kłamał jak z nut, gdy było to konieczne i przychodziło mu to z łatwością. Odpowiadało mu to. Sam nie pytał o zbyt wiele, bo ta wiedza była mu zupełnie niepotrzebna. Nie szukał bratniej duszy, ale towarzystwa i je znalazł. Towarzystwa, które pytało, ale nie chciało wiedzieć za dużo. On odwdzięczał się tym samym. Spędzili dwie godziny rozmawiając o wszystkim i niczym. Dała mu numer telefonu, on dał jej swój numer, podając fałszywe dane. Zawsze tak robił. Pożegnali się i rozeszli w swoje strony. Postanowił, że spotka się z nią ponownie. Gdy dotarł do domu było po pierwszej w nocy. Rozebrał się, Seiko Premier położył na półce. Był zmęczony i czuł, że wypił trochę za dużo. Ustawił budzik w telefonie na 6:00 i spojrzał na półkę z zegarkami. Było ich sześć. Lubił porządne, dokładne i nie przereklamowane czasomierze. Wiedział, że nie ma urządzeń uniwersalnych i w zależności od tego czym danego dnia miał się zajmować, zakładał inny zegarek. Popatrzył na Vostok Rocket i naszły go wspomnienia. Nie były one związane z jego nową “Rakietą”, gorącym nabytkiem, ale jej poprzednikiem, straconym kilka dni po tym jak spotkał pierwszy raz “Rudą”.

4

Śnieżyca nie dawała za wygraną. Z dwunastego piętra hotelu Novotel w samym centrum Warszawy zazwyczaj rozpościerał się widok aż po horyzont. Tej nocy kończył się po kilkuset metrach. Deirdre stała w oknie i zastanawiała się, czy dziś uda się jej zasnąć. Od kilku miesięcy była skupiona na tym zadaniu i teraz wszystko wskazywało na to, że uda się je zakończyć z pełnym sukcesem. Była to po pierwsze sprawa honoru, która niekoniecznie dla niej, ale dla jej towarzyszy był w tej chwili najważniejsza. Po drugie… no właśnie. Kłębiły się w niej wątpliwości i mnożyły pytania. Przeszła już przez chęć zemsty, wybaczenia, żądania przeprosin i wyjaśnień. Wiedziała, że oficjalnie jej zadaniem jest uzyskanie jak największej ilości informacji, a na koniec prawdopodobnie likwidacja celu. Jej osobiste plany nie szły jednak w parze z oficjalnymi. Nigdy w życiu nie była tak rozdarta i nigdy nie musiała działać zupełnie na ślepo. Nie miała pojęcia co może ją spotkać. Słyszała jak jej koledzy rozmawiają po cichu. Mówili po angielsku z charakterystycznym akcentem rozpoznawalnym na całym świecie.

— Jesteś pewna, że to był on? — Sheridan zadał jej to pytanie już ósmy raz w ciągu tego dnia, a ona już siedem razy odpowiedziała mu tak samo.

— Prawie — ósma odpowiedź była kopią poprzednich. Deirdre goniła wzrokiem płatki śniegu opadające w pomarańczową otchłań miasta.

— Dobra Deirdre, wiem, że te pytania denerwują, ale wiesz również ile nas ta sprawa kosztowała do tej pory i jak ważna jest dla nas wszystkich. Zaplanujmy jutrzejszy dzień i rozdzielmy zadania. — zarządził Sheridan.

Cały zespół zgromadził się w jednym dwuosobowym pokoju hotelowym. Deirdre, Sheridan, Paddy, Quinn i Neil usiedli na krzesłach i łóżkach tworząc okrąg. Neil jedną ręką chwycił stolik nocny i postawił go pośrodku.

— Wiemy, że wysiada na ostatniej stacji metra. Według rozkładu jazdy pociągi, w których udało nam się go dwa razy namierzyć, dojeżdżają tam pomiędzy 8:30 a 8:50. Jakie macie pomysły? — zaczął Sheridan.

— Możemy obstawić ostatnią stację metra. Jest nas pięcioro i nie powinno być z tym problemu. Będziemy mieli go jak na widelcu na zamkniętym terenie. — Paddy zaproponował to, co każdemu w zespole jawiło się jako idealne rozwiązanie. Jednak zasadą, której trzymał się Sheridan, było stworzenie kilku scenariuszy. Głównie po to, żeby znaleźć najlepsze rozwiązanie, które nie zawsze jest proste i oczywiste.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.69
drukowana A5
za 37.67