E-book
1.37
drukowana A5
41.21
Data

Bezpłatny fragment - Data

Część I


Objętość:
238 str.
ISBN:
978-83-8126-359-7
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 41.21

Jeśli masz wszystko, co nic nie znaczy,

a nie masz nic, co znaczy wszystko,

to pora się przebudzić.

1. To, co najważniejsze

Kiedy Jarosław Góral schodził na halę magazynową, wszyscy pracownicy stawali na baczność. Nie robił tego często, ale jak już wychodził ze swojego biura, to każdy musiał mieć się na baczności. Najczęściej oznaczało to, że wyniki firmy nie są na takim poziomie, jakim powinny być i wtedy zawsze szukano winnego całej sytuacji. Niekiedy był to nieporządek w hali, innym razem za mała ilość wolnego miejsca, a jeszcze innym razem wręcz odwrotnie, za dużo pustych, niewykorzystanych luk na towar. Jednak najczęściej szukano kozła ofiarnego wśród pracowników. Często padało to na jednego z nielicznych menadżerów, ale i zwykli magazynierzy nie mogli być pewni swojej posady. Tak też było i tym razem.

Jarosław mimo swojego dość młodego wieku jak na dyrektora, bowiem miał zaledwie trzydzieści dwa lata, to każdego dnia musiał udowadniać wszystkim, że zasłużył na to wyróżnienie. Wprowadził w firmie rządy twardej ręki i wymagał od każdego całkowitego poświęcenia się pracy. Gdy rok temu przejął ten magazyn, jego sytuacja była diametralnie odwrotna do aktualnej. Wyniki kulały, załadunek oraz rozładunek trwały prawie trzy razy dłużej niż wynosiła średnia sieci magazynów, a liczba pracowników, jak to powiedział — „panoszących się po magazynie”, sięgała setki. Teraz liczba pracowników na magazynie sięgała trzydziestu, wydajność magazynu mieściła się w pierwszej piątce całej sieci, a wszystko to dzięki, jak to często powtarzał — „selekcji naturalnej”.

Przechodził po hali przyglądając się ciężko pracującym w pocie czoła młodym kobietom, które ze strachu przed nim, nie odważyły się nawet zerknąć w jego stronę. Kierujący wózkiem widłowym widząc go, wychylił się i zaczął nerwowo ponaglać starszego wiekiem pracownika, by szybciej owijał folią paletę z towarem, by mógł ją zabrać. Ten jednak nie robił sobie nic z jego słów. Starał się zabezpieczyć towar dokładnie i ani myślał o zmianie tempa swojej pracy.

— Coś nie tak? — zapytał kierowcę wózka, podchodząc do nich z rękami trzymanymi za plecami.

— Ciężarówka czeka na tę paletę — odpowiedział podenerwowany.

— Mówiłem ci, że musi być dobrze zabezpieczona — od razu zaczął się tłumaczyć starszy magazynier. — Nikt nie chce, by towar uszkodził się w drodze do klienta.

— Uważasz, że zrobiłbyś to szybciej? — zapytał dyrektor, młodego kierowcę.

Ten aż przełknął ciężko ślinę i wiedząc, że już nie może odpowiedzieć inaczej, wyprostował się i starając się nie patrzeć na starszego magazyniera, odpowiedział stanowczo:

— Tak.

— Pokaż.

Zabrał z jego ręki rolkę folii i zaczął szybko, przebiegać z nią dookoła palety, owijając ją z każdej strony. Przebiegł tak trzy razy i zakończył pracę ciężko dysząc. Stanął na baczność i trzymając folię w ręce, jak żołnierz z karabinem, czekał na słowa swojego dowódcy. Ten jednak skierował swój wzrok na starszego magazyniera i zapytał:

— Jak się nazywasz?

— Stanisław Bolerski.

— Ucz się od młodszego kolegi i przyspiesz swoje ruchy — odwrócił się do młodszego i dodał: — Jedź już, kierowcy nie mogą czekać.

Młodszy magazynier szybko wsiadł na wózek widłowy, a dyrektor ruszył dalej zostawiając ich samych. Obaj popatrzyli na siebie ze strachem w oczach i wyraźnie odetchnęli z ulgą. Wyglądało na to, że tym razem udało im się uniknąć jakichkolwiek konsekwencji i tylko na uwadze słownej zakończy się ich spotkanie z dyrektorem. Wrócili więc do swojej pracy, a tymczasem dyrektor szedł dalej i przyglądając się uważnie pracującym w hali nielicznym pracownikom, sięgnął po swój telefon i wykręcił numer do swojej asystentki personalnej.

— Przygotuj rozwiązanie umowy ze skutkiem natychmiastowym dla Stanisława Bolerskiego.

— Ale, to nasz najstarszy pracownik — usłyszał przerażony głos asystentki. — Kilka razy był nagradzany za wkład w działalność naszej firmy.

— I co z tego? Chcesz odejść razem z nim?

— Już przygotowuję dokumenty.

— Tak myślałem. Wręczysz mu je na koniec dnia, niech jeszcze dzisiaj przysłuży się naszej firmie.

Wyłączył się i wyszedł na zewnątrz, by poczuć choć trochę słońca na swej zmęczonej twarzy. Rzadko miał czas na cokolwiek innego niż pisanie codziennych raportów, udziału w telekonferencjach czy ciągłe szukanie sposobów na jeszcze lepszą poprawę wyników. Jutro czekał go wyjazd do Warszawy i musiał zostawić magazyn bez swojego nadzoru. Nie lubił tego robić i zawsze starał się dopiąć wszystko na ostatni guzik, by nic nieoczekiwanego nie wydarzyło się pod jego nieobecność.

— Piękna pogoda, nieprawdaż panie dyrektorze — zagadał do niego podchodzący do niego starszy wiekiem ochroniarz.

Ten zaskoczony jego nagłym pojawieniem się, odwrócił się w jego stronę i jakby podenerwowany jego niespodziewaną obecnością, tylko skinął głową, nie zamierzając się wdawać z nim w rozmowę. Mężczyzna wyczuł w jego zachowaniu pogardę do podobnych sobie i odszedł bez słowa, dokańczając swój kolejny patrol wokół terenów magazynów.

Dyrektor do końca dnia przeszedł jeszcze raz wokół całego obiektu. Sprawdził osobiście wszystkie zabezpieczenia, wydał menadżerom kilka kartek z zapisanymi dla nich poleceniami i rozkazał ochronie monitorować wszystkich pracowników pod jego nieobecność. W końcu około godziny dwudziestej zamknął swoje biuro i wyszedł do samochodu, by wrócić do domu.

Mieszkał samotnie w wynajmowanym przez firmę mieszkaniu, na najbogatszym osiedlu. Cały teren był ogrodzony i monitorowany, a obok bramy wjazdowej siedział w budce ochroniarz, który każdorazowo sprawdzał wszystkich wjeżdżających na osiedle. W mieszkaniu od razu na wejściu powitała go muzyka klasyczna, która za każdym razem witała go w domu. Uwielbiał jej słuchać i tak sobie ją ustawił, żeby towarzyszyła mu w każdej chwili, którą spędzi w swym bogato urządzonym wnętrzu. Zastępowało mu to towarzystwo żywej osoby, czy nawet psa, o którym kiedyś nawet pomyślał. Jednak szybko doszedł do wniosku, że darmozjada w swoim czystym mieszkaniu nie potrzebuje. Żył pracą, spędzał w niej całe dnie i nie miał czasu ani na szukanie miłości ani tym bardziej na dbanie o czworonogiego „przyjaciela”. Dobrze mu było samemu ze sobą i na nic nie narzekał.

Jarosław Góral po kolacji brał kąpiel i kładł się spać zawsze o tej samej godzinie. Muzyka wyłączała się o godzinie dwudziestej drugiej i w mieszkaniu nie dało się już nic słyszeć, poza chrapaniem zmęczonego dniem człowieka.


***


Następnego dnia Jarosław wstał już o piątej godzinie. Nie jadł śniadania, tylko wypił kawę i szybko zebrał się do samochodu. Miał przed sobą kilka godzin jazdy i przerwę na śniadanie w ulubionym przez niego przydrożnym barze. Zawsze lubił się tam zatrzymywać i nie miał zamiaru tego zmieniać.

Wyjeżdżając z osiedla minął bez słowa ochroniarza siedzącego w budce strażniczej i już chciał wyjeżdżać na główną ulicę, gdy przed jego samochód wyszedł nagle bezdomny. Zmusił go do nagłego zatrzymania pojazdu i z ręką wyciągniętą przed siebie zaczął zbliżać się do niego. Jarosław popatrzył na ochroniarza, oczekując jego reakcji, ale ten ani myślał ruszyć się ze swej budki.

— Kurwa, nie ruszy się — podsumował jego zachowanie i tylko z pogardą wypisaną na twarzy patrzył na bezdomnego, stojącego przed jego boczną szybą i pokazującemu mu małą karteczkę.

— Nie mam pieniędzy — odpowiedział i zasunął szybę tuż przed twarzą żebraka.

Ten tylko odwrócił swoją kartkę na drugą stronę i mocno uderzając w szybę, przycisnął ją tak, że kierowca musiał na nią spojrzeć.

— Hej! Kurwa, rozbijesz mi szybę! — wrzasnął na niego, ale momentalnie uspokoił się, gdy zobaczył krótką informację, zapisaną na kartce: „20.07.2017 — RIP”.

Mężczyzna tylko uśmiechnął się do niego i odwrócił ponownie kartkę, by wystawić ją w jego kierunku, domagając się jakiegokolwiek datku.

— Spierdalaj! — krzyknął i ruszył z piskiem opon, wjeżdżając na ulicę, wymuszając pierwszeństwo, przed przejeżdżającym właśnie samochodem.

Chciał jak najszybciej odjechać od dziwnego bezdomnego i znaleźć się na drodze do stolicy, gdzie musiał dojechać przed szesnastą. Denerwowali go ludzie żebrzący. Zawsze ich unikał i nigdy nie dzielił się z nimi swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi. Uważał, że każdy człowiek jeśli chciałby, to znalazłby pracę i potrafiłby zadbać o siebie, a życie na ulicy to tylko i wyłącznie ich własny wybór.

Długo jednak się nad nim nie zastanawiał. Włączył swoją ulubioną muzykę i skoncentrował się na drodze, pokonując kolejne kilometry dzielące go do celu. Dzięki klimatyzacji jazda samochodem w ten kolejny, upalny dzień była dla niego samą przyjemnością. Z pożałowaniem przyglądał się na drodze innym kierowcom, męczącym się jazdą przy otwartych oknach. Widział ich zmęczenie na twarzy i zazdrość, z jaką patrzyli na niego. Podobało mu się to, zawsze dowartościowało go wszystko, czym odróżniał się od innych, ale nigdy nie chełpił się tym. Lubił po prostu pieniądze i wszystko, co z nimi się wiązało.

Gdy podjeżdżał do skrzyżowania na światłach, musiał zatrzymać się i poczekać na zielone. Jednak nie to go martwiło. Zobaczył kolejnego lenia, który udając kalekę, kuśtykał z jakąś karteczką i podchodził do każdego kierowcy, jakby mu się coś należało. Jedni otwierali szyby i brali od niego kartkę, dając się nabrać na jego ułomność. Inni nic sobie z niego nie robili i nawet nie reagowali na jego widok. Tak też miał zamiar zrobić Jarosław. Gdy ten podszedł do niego, sięgnął po telefon komórkowy i zaczął w nim czegoś szukać. Mało ważne czego, najważniejsze było, by pokazać mu, że nie ma czego u niego szukać.

Nagle młody żebrak uderzył w jego boczną szybę. Jarosław podenerwowany od razu odwrócił się w jego stronę już chcąc go zwyzywać, gdy zobaczył jego uśmieszek ukryty znów za tą samą informacją, zapisaną na kartce przyciśniętej do szyby: „20.07.2017 r. — RIP”

— Co to ma być do cholery? Jakieś żarty?

Już chciał wysiąść, gdy sygnalizacja świetlna się zmieniła i samochód przed nim ruszył. Za nim zniecierpliwiony kierowca już zaczął trąbić, ponaglając go do ruszenia się z miejsca. Nie miał wyboru, musiał nacisnąć pedał gazu i zostawić kolejnego żebraka z podejrzaną coraz bardziej informacją.

— Idioci — powiedział sam do siebie i podkręcając głośność swojej ulubionej muzyki, znów zaczął koncentrować się na drodze i jej nieudolnych, spoconych kierowców.

Kiedy dojechał do swojego ulubionego baru, aż uśmiechnął się na samą myśl o pysznym śniadaniu. Pyszne placki, świeża bułeczka i pyszna kawa była teraz jego spełnieniem marzeń. Zawsze je zamawiał i gdy tylko wszedł do środka, nawet nie musiał nic mówić. Właściciel baru od razu go rozpoznał i wiedział, co ma podać. Jarosław Góral mógł spokojnie usiąść przy stoliku i szybko został ugoszczony upragnioną kawą.

— Placki już się robią — powiadomił go syn gospodarza, podając kawę i szybko wracając za bar.

Jarosław lubił taką obsługę i przez to nigdy nie jadł śniadania przed wyjazdem. Cenił ich przywiązanie do stałych klientów i nigdy nie myślał o zmianie baru. Czuł się tu ceniony i to mu najbardziej odpowiadało.

— Przepraszam pana, ale… jak kawa? — zapytał go siedzący obok młody mężczyzna w rudych, długich włosach.

— Dobra — odpowiedział i od razu odwrócił się do niego plecami, nie chcą wdawać się w dalszą rozmowę.

— Niegrzecznie tak obracać się plecami do kogoś.

— Niegrzecznie to jest przeszkadzać komuś w śniadaniu — odpowiedział mu wciąż nie patrząc w jego stronę.

— Może się mylę, ale kawa to nie śniadanie.

Jarosław już nic nie odpowiedział. Postanowił się już więcej nie odzywać do natrętnego nieznajomego i wyciągnął swój telefon komórkowy, by przejrzeć najnowsze wiadomości.

— Nie lubi pan towarzystwa — ciągnął dalej swój wywód nieznajomy. — Szkoda, bo nie ma nic gorszego od śmierci w samotności. Zwłaszcza, że zbliża się ona do nas nieubłaganie.

Te słowa go nie tyle zaciekawiły, co zaniepokoiły. Odłożył telefon na bok i zniesmaczony zachowaniem nieznajomego, powiedział:

— Nie wiem jak pan, ale ja mam zamiar jeszcze trochę pożyć. Proszę lepiej zająć się sobą i zostawić mnie w spokoju.

— Nie ma sprawy, już się zamykam — odparł, unosząc ręce do góry.

Syn gospodarza przyniósł śniadanie i życząc smacznego, szybko odszedł do swoich kolejnych zadań. Wyglądało jak zwykle bardzo smakowicie i nie czekając ani chwili, Jarosław zabrał się za delektowanie się swoim zamówieniem.

— Delektuj się póki możesz — odezwał się natręt, wstając z miejsca. — Do zobaczenia w lipcu.

Przeszedł obok niego i mrugnął okiem, jakby był jego dobrym znajomym. Jarosław nawet nie podniósł głowy. Nie miał zamiaru spoufalać się z nieznajomym i koncentrując się na swoim śniadaniu, zamykając oczy, włożył do buzi kolejny kawałek smakowitego, świeżego placka. Wtedy jednak w jego głowie zabrzmiało raz jeszcze ostatnie słowa nieznajomego — „Do zobaczenia w lipcu”. Od razu wstał podenerwowany i zaczął rozglądać się za nieznajomym. Ruszył nerwowo do wyjścia, mając nadzieję, że dogoni go jeszcze, lecz nigdzie nie mógł go dojrzeć. Spojrzał na samochody zaparkowane tuż przed barem, ale nikogo w nich nie widział. Żadne nie szykowało się do wyjazdu. Przebiegł więc do końca baru, by spojrzeć, czy mężczyzna nie parkował gdzieś z boku baru. Nie widząc nikogo, przebiegł jeszcze dalej, okrążając cały budynek, ale mężczyzna jakby zapadł się pod ziemię. Nigdzie nie było po nim ani śladu. Wrócił więc do środka i usiadł przy swoim stoliku wyraźnie zaniepokojony.

— Coś się stało? — zapytał go właściciel.

— Ten mężczyzna… który siedział obok mnie. Znał go pan?

Ten jednak tylko pokiwał przecząco głową i odparł:

— Pierwszy raz go tu widziałem.

— Może pana syn, będzie go kojarzył?

— Wątpię, w naszej rodzinie, to ja mam pamięć do twarzy. On lepiej zajmuje się cyframi i rachunkami… a coś nie tak?

— Nie, nie, tak tylko pytałem.

— A jak śniadanie?

— Wyśmienite, jak zawsze.

— To się cieszę. Smacznego jeszcze raz życzę.

Gospodarz odszedł, ale Jarosław nie mógł wciąż zapomnieć o natarczywym mężczyźnie. Zaczynało go to coraz bardziej denerwować. Miał dzisiaj tylko dojechać na spotkanie z prezesem firmy, a jeszcze nie był w połowie drogi, gdy już trzy razy ktoś go zaczepił z jakąś dziwną, wymyśloną datą, o której nie miał pojęcia. Na dodatek jeszcze słowo „RIP”, które cokolwiek by o tym nie powiedzieć, kojarzy się tylko z jednym — śmiercią. Tylko czyją? Przecież nie jego?

Na szczęście dalsza droga już minęła bez żadnych wydarzeń. Nikt go nie zaczepił, żaden żebrak nie pojawił się na jego drodze, a na spotkaniu dyrektorów z prezesem, mówiono tylko i wyłącznie o firmie i wynikach, tak jak było to założone.

Na wieczór tradycyjnie odbyło się spotkanie integracyjne, z którego udało mu się wyrwać tuż po północy, gdy już większość z uczestników nie kojarzyła z kim rozmawia. Sam nie lubił alkoholu ani spotkań, na których głównym tematem były tylko i wyłącznie procenty zawarte w krwi. Zawsze czekał do momentu, aż prezes opuści towarzystwo i zaraz czynił to samo. Chciał wypocząć i z samego rana wyruszyć w drogę powrotną, by jak najszybciej zająć się swoimi magazynami i problemami, które z pewnością pojawiły się w czasie jego nieobecności.


***


Gdy wracał ze stolicy, nie chciał się nigdzie zatrzymywać. Bardzo wczesne śniadanie zamówił sobie w hotelu i już około godziny dziewiątej, był na Śląsku. Przejeżdżał właśnie przez długi, leśny odcinek drogi, gdy nagle opona w jego samochodzie pękła i zarzuciło nim na drodze. Na jego szczęście nie jechał szybko, bo ciężarówka torowała mu właśnie drogę i musiał jak najszybciej zjechać na bok. Zauważył niedaleko przed nim mały zajazd, więc nie mając wyboru, zatrzymał się tam, by wymienić koło.

Zajazd nie wyglądał na zbyt często uczęszczany przez kierowców. Sam domek wyglądał, jakby nikt przy nim przez długie lata nic nie robił. Szyby w oknach były tak brudne, że nic nie dało się przez nie dojrzeć. Dach był porośnięty mchem i przykryty liśćmi i wszelkiego rodzaju odpadami z okolicznych drzew. Ściany i drzwi natomiast były tak brudne, że widać było, że jeśli już ktoś tu trafił to chwytał tylko za klamkę, która przez nielicznych klientów, a może i nawet tylko właścicieli, była w miarę czysta. Obok stały dwa samochody, które Jarosław od razu obstawił jako auta właścicieli. Patrząc na ten zajazd, nie liczył żeby ktoś zatrzymywał się w nim z własnej, nieprzymuszonej woli. Jednak dym wydobywający się z komina, świadczył że jednak zajazd jest czynny i funkcjonuje.

Jarosław nie miał zamiaru tego sprawdzać. Ściągnął marynarkę, by ją nie pobrudzić. Ubrał rękawiczki, który miał przygotowane przy zapasowym kole i podstawiając pod samochód mały podnośnik, zaczął zabierać się do pracy.

— Może pomóc? — zaskoczył go młody chłopak, stojący tuż za nim.

Nie wiedział, jakim cudem on wcześniej go nie zauważył, ale nie przejmował się tym i tylko pokiwał przecząco głową, dalej podnosząc swoje auto.

— Jak pan chce, to chociaż sobie popatrzę. Dawno nikt tu do nas nie zaglądał.

Jarosław już chciał mu wyjaśnić wszystkie łatwe do odgadnięcia przyczyny takiej sytuacji, ale nie miał zamiaru wdawać się z nim w rozmowę. Nie miał na to czasu ani chęci.

— Super samochód pan ma. Pewnie najnowszy model — zagadywał wciąż chłopak. — Wydawałoby się, że nic nie może się stać, a jednak. Może to jakiś wadliwy model.

— To tylko opona — nie wytrzymał, musiał mu odpowiedzieć.

— Nikt nigdy nie wie, co go czeka, prawda? Jedzie sobie pan lasem, a tu taki klops. Dobrze, że pan nie jechał szybko, to by się mogło źle skończyć.

Skończył podnosić samochód i już miał wstać, po klucz do odkręcania śrub, gdy młody chłopak go uprzedził i podał mu go z bagażnika.

— Poradzę sobie.

— Wiem, ale w życiu trzeba sobie pomagać, co nie?

Popatrzył tylko na niego i nie odpowiadając na kolejną jego zaczepkę, zabrał się za koło.

— No bo, jaki sens ma życie, gdy jest się samemu? Niech pan sam zobaczy. Ja…

— Oszczędź mi tego — przerwał mu Jarosław zniecierpliwionym głosem. — Wróć do taty, czy kogo tam masz i zajmij się sobą. Ja wymienię koło i jadę dalej.

— Mój tata nie żyje.

— To przykro mi.

— Ciężko chorował. Lekarze mu nie dawali więcej niż rok życia, a umarł po dwóch latach. Jarosław po raz kolejny spojrzał na niego, głęboko wzdychając i dając mu znać, że nie ma zamiaru z nim dłużej rozmawiać, lecz ten ciągnął dalej:

— Wtedy też odeszła moja matka. Zostawiła mnie i brata samego. Podobno załamała się, czy coś takiego.

— Młody — nie wytrzymał tego. — Nie interesuje mnie twoje życie. Spierdalaj, bo dłużej już nie wytrzymam.

— I co zrobisz? — zapytał, tak jakby właśnie tych słów oczekiwał.

Jarosław zaskoczony jego śmiałością odwrócił się w jego stronę i miał nadzieję, że ostre spojrzenie odstraszy bezczelnego chłopaka, ale ten ani nie drgnął. Uśmiechał się tylko i spokojnie czekał na jego ruch.

— Ehh — tylko wydobył z siebie Jarosław i wrócił do swojej pracy, mając już go serdecznie dość.

— Grozić to każdy umi.

— Umie, analfabeto — od razu go poprawił.

— Umi, umie, co to za różnica. A przezywać drugą osobę, to też każdy… — pomyślał chwilę i dokończył — …potrafi.

Odkręcił koło i z przyjemnością zaczął przykręcać nowe. Widział już koniec tej meczącej go rozmowy i z każdą chwilą zaczął się uspakajać coraz bardziej.

— Smutne musi mieć pan życie — odezwał się znów chłopak, kucając tuż obok niego. — Nie ma pan nikogo bliskiego. Jeździ pan po Polsce super samochodem i pewnie ma pan pełno kasy, ale co z tego?

— Jak to, co z tego? — znów nie wytrzymał jego zaczepki. — Ja mam pieniądze i mogę mieć wszystko. Ty zaś nie masz nic, prócz tej rudery, którą za niedługo będziecie z bratem burzyć.

— Mamy siebie nawzajem, to nam wystarczy.

Jarosław parsknął śmiechem i zaraz odpowiedział:

— Nikt wam się tu nie zatrzymuje. Jeśli mieliście jakieś oszczędności, to zaraz się wam skończą. Z czego będziecie wtedy żyć? Pewnie twój brat już nie patrzy w przyszłość tak beztrosko jak ty.

— On jest jeszcze bardziej pozytywnie nastawiony.

— To jesteście idiotami. Bez pieniędzy, tu umrzecie.

— Każdy kiedyś umrze, tylko że my będziemy wciąż mieć siebie nawzajem, a pan? Będzie dalej sam.

Tylko pokręcił głową, nie mogąc uwierzyć jak bardzo ten młody chłopak był naiwny. Mówił tak, jakby pochodził zupełnie z innego świata. Nie potrafił zrozumieć jego rozumowania i nawet nie starał się tego zrobić. Przykręcił ostatnie śruby w kole i z zadowoleniem zaczął opuszczać samochód.

— Zaraz pan odjedzie?

— Oczywiście.

— Szkoda, fajnie się z panem rozmawiało.

„Bez wzajemności” chciał odpowiedzieć, ale ugryzł się w język i bez słowa zamknął bagażnik, już gotowy do dalszej drogi.

— To życzę szerokiej drogi.

Skinął tylko głową i ruszył, szybko zostawiając młodego chłopaka daleko w tyle.

— Idioci — powiedział sam do siebie.

Włączył ponownie swoją ulubioną muzykę i mając przed sobą prostą, leśną drogę, przyspieszył, chcąc nadrobić stracony czas.

Pokonując kilka kolejnych kilometrów, musiał po raz kolejny zatrzymać swój pojazd. Tym razem jednak było to spowodowane stłuczką, jaką spowodowała młoda kobieta, nieumiejętnie wyprzedając inny samochód. Na jej szczęście poza zarysowaniem boku i kilkoma wgnieceniami w drugim pojeździe, nikomu się nic nie stało. Oboje uczestników stłuczki pozostawiło swoje auta na środku ulicy tak, że znacznie utrudnili ruch na dwóch pasach ulicy. Jarosław musiał zatrzymać się i poczekać wraz z innymi kierowcami, dopóki nikt ich nie przepuści.

Nagle ku jego zaskoczeniu, drzwi ze strony miejsca dla pasażera otworzyły się i młoda, mocno wymalowana brunetka usiadła tuż obok niego.

— A ty co, kurwa?

— Fajne auto — odpowiedziała, dotykając skóry na siedzeniach.

Jarosław patrząc na jej kolorowe barwy pod oczami i świecące krwistym czerwonym kolorem usta, powiedział:

— Nie jestem zainteresowany twoimi usługami, wypad z mojego samochodu.

— A skąd wiesz, czym się zajmuję?

— Nie trudno odgadnąć, spierdalaj.

— Czemu jesteś taki wulgarny?

— Mówiłem spie…

— Słyszałam — przerwała mu. — Powiedz mi, dlaczego jesteś taki głupi?

— Jak sama nie wyjdziesz, to wyrzucę cię z tego auta.

— I nigdy nie dowiesz się, co cię spotka dwudziestego lipca — odpowiedziała, patrząc na ruszające przed nim samochody.

— Co powiedziałaś? — zapytał zaskoczony.

— Jedź, bo wstrzymujesz ruch.

Ruszył za innymi, ale w jego głowie wciąż huczały jej ostatnie słowa.

— Powtórz, co powiedziałaś.

— Powiedziałam — odpowiedziała skupiając swój wzrok na nim. — że jesteś głupi.

— Nie wkurwiaj mnie.

— A nie mam racji?

— Co wiesz o dwudziestym lipcu? — zapytał, nie chcąc słuchać jej wywodów.

— To, że umrzesz.

Parsknął śmiechem i zaraz odparł:

— Dziwka bawi się we wróżkę?

— Idiota bawi się we wszechwiedzącego?

— Jeszcze raz mnie nazwiesz idiotą, a wypierdolę cię z tego auta.

— Idiota — odpowiedziała bez żadnego zawahania.

Ten od razu zjechał z drogi i zatrzymując się na poboczu drogi. Zdecydowanym krokiem obszedł samochód dookoła i otwarł jej drzwi.

— Wypierdalaj!

Kobieta wyszła posłusznie, a on zaraz trzasnął za nią drzwiami i już miał usiąść z powrotem za kierownicą, gdy usłyszał jej kolejne słowa:

— Wiesz, że każde twoje przekleństwo jest zapisane na twojej karcie… — przerwała na chwilę, ale widząc, że ten już rusza, dodała: — A wierz mi, lepiej mieć ją czystą jak już nadejdzie twój czas.

Po tych słowach, coś w nim pękło. Za dużo w ostatnim czasie słyszał o końcu swojego czasu. Za dużo pojawiło się w nim dziwnych ludzi, dziwnych sytuacji, z którymi jak dotąd przez całe życie się nie spotkał. Zatrzymał się i otwarł jej drzwi, zachęcając do wejścia z powrotem. Kobieta uśmiechnęła się, jakby oczekując dokładnie takiego zachowania i ponownie wsiadła do jego samochodu.

— Kim jesteś i czego ode mnie chcesz? — zapytał ją stanowczym głosem.

— Nazywam się Katarzyna.

— Nie pytam o imię, tylko kim jesteś — powiedział coraz bardziej podenerwowany. — Należysz do jakiejś grupy nękającej zwykłych obywateli? Uwzięliście się na mnie, czy co? Co ja wam zrobiłem? Skąd mnie znacie?

— Ile pytań naraz? — odpowiedziała zadowolona. — Widzę, że w końcu zacząłeś myśleć. Długo ci to zajęło, muszę przyznać.

— Przestań ze mną pogrywać! Kim jesteś?

— Powiedzmy, że kimś, kto się o ciebie martwi.

— Już wierzę. Jak długo mnie obserwujecie?

— Długo.

— Co?! Czego chcecie? Pieniędzy?

— Obrażasz mnie.

— To czego?

— Zmiany — odpowiedziała krótko, ale widząc jego niezrozumienie wypisane na twarzy od razu dodała: — Twojej zmiany, idioto.

— Nie nazywaj mnie idiotą.

— Przepraszam, ale… nie mogę się powstrzymać. Masz wszystko, a zarazem nic.

— To znaczy?

Kobieta znów zaczęła gładzić skórę na wygodnych siedzeniach w samochodzie i uśmiechając się dodała:

— Masz wszystko, co nic nie znaczy, a nie masz nic, co znaczy wszystko.

— Nienawidzę takiej gadki. Mów po ludzku! Czego nie mam? Wszystko, co dla mnie najważniejsze, to mam i sam na to zapracowałem. Wolę umrzeć bogaty, niż żyć biedny.

Katarzyna zaśmiała się delikatnie pod nosem i kiwając głową, odpowiedziała:

— Wierz mi, te twoje bogactwo zniknie wraz z tobą.

— Dlaczego twoi znajomi chcą mnie zabić tego dwudziestego lipca? I po co te całe podchody? Kartki z datą, co?

— Moi znajomi?

— Mam tego dość. Wysiadaj.

— Teraz tak grzecznie? — zapytała, zaskoczona jego ostatnim słowem.

— Zejdź mi lepiej z oczu, póki mam jeszcze trochę cierpliwości.

— Jak chcesz.

Kobieta wyszła z samochodu, a Jarosław już nie mając do niej więcej cierpliwości ruszył do dalszej drogi. Nie wiedział kim była ani czego chciała. Nic tak naprawdę się od niej nie dowiedział i miał to gdzieś. Może to tylko zbieg okoliczności, że tyle dziwnych sytuacji miało ostatnio miejsce. Może to on przesadza. Bezdomni zawsze mieli ze sobą jakieś kartki, a on nigdy na nie, nie zwracał uwagi. Kobieta natomiast była z pewnością zwykłą dziwką, która chciała odwrócić jego uwagę i pewnie go okraść. Nie była z nikim powiązana, więc musiała działać sama.

Tak to sobie tłumaczył i jadąc dalej, starał się już dłużej nad tym nie głowić. Ważniejsze były sprawy dotyczące jego magazynów i wydajności jego pracowników. Był pewien, że pod jego nieobecność spadła ona w znaczny sposób i musiał ją jak najszybciej podnieść.


***


Gdy wrócił do swojego miasta, pierwsze co zrobił, to udał się do pracy. Musiał sprawdzić wszystko na własne oczy. Ochrona była już gotowa na jego powrót i nie byli zaskoczeni jego przybyciem. Znali go już dobrze i dokładnie obliczyli czas, w który mogli spodziewać się go na terenie magazynów.

Jarosław Góral zatrzymał samochód, pod swoim biurem i już miał z niego wysiąść, gdy zobaczył róg kartki, wychodzący zza siedzenia pasażera. Sięgnął po nią i ku jego zaskoczeniu, miał teraz w ręce białą kopertę, z wypisaną na środku znaną mu już datą: dwudziesty lipca. Otwarł ją czym prędzej i wyciągnął kartkę, na której znajdował się krótki tytuł, pośrodku strony:

„Co jest w życiu najważniejsze:”

Jarosław oglądał ją z obu stron, szukając czegoś więcej, ale poza tytułem, już nic więcej nie zostało zapisane. Długo myślał nad jej sensem oraz sposobem, w jaki dostała się w jego ręce. Domyślał się, że musiała to zostawić kobieta, którą jako ostatnią gościł w swoim samochodzie. Nie dostrzegł momentu, w którym mu to podrzuciła, ale był pewny swoich podejrzeń.

Co do dalszych losów krótkiej informacji, to jego pierwszą myślą, było potarganie jej i jak najszybsze puszczenie w niepamięć. Miał swoje życie poukładane, priorytety ustawione i ani myślał je zmieniać. Chciał to uczynić, zaraz po wyjściu z samochodu, ale po krótkim zastanowieniu się, postanowił zrobić zupełnie co innego. Zaśmiał się sam do siebie i biorąc do ręki długopis, szybko wypełnił puste miejsce pod tytułem następującym napisem:

„Pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze!”

Napisał to tak dużymi literami, że zajęło to prawie całą powierzchnię kartki. Następnie zadowolony z siebie, zmiął ją w kulkę i wychodząc z samochodu rzucił do śmieci. Wszedł na halę magazynową i widząc, że wszystko wciąż stoi na swoim miejscu i każdy pracuje jak należy, odetchnął z ulgą. Był to znak, że podczas jego nieobecności nic nieprzewidzianego się nie wydarzyło. Wszedł do swojego biura, gdzie wszystko stało na swoim miejscu, tak jak to zostawił przed wyjazdem. Usiadł zadowolony w swoim fotelu i od razu sięgnął po telefon.

— Panie Irku, proszę o nagrania.

— Już się robi — odpowiedział mu szef ochrony.

Nie minęło pięć minut, a już wysoki i dobrze zbudowany pan Irek, pojawił się w drzwiach biura.

— Proszę — powiedział, podając szefowi dysk z zapisanymi obrazami z kamer, podczas jego nieobecności.

— Jest co oglądać?

— Od razu po pana wyjeździe, jeden z menadżerów opuścił magazyn. Wrócił dziś rano dopiero.

— Który?

— Nowicki.

— Dziękuję — odpowiedział mu Jarosław i gdy tylko szef ochrony wyszedł, zadzwonił do swojej asystentki personalnej.

— Proszę przygotować rozwiązanie umowy dla Nowickiego, dziękuję.

Odłożył telefon i podłączył dysk, rozsiadając się w swoim fotelu i dokładnie przyglądając się zapisowi.

Nagle drzwi jego biura otwarły się i ku jego zaskoczeniu pojawiła się w nich kobieta, którą tak niedawno jeszcze wyprosił ze swojego samochodu.

— Co?… Jak ty się tu dostałaś?

— Podwiózł mnie jakiś dobry człowiek — odpowiedziała zadowolona z siebie.

— Skąd wiedziałaś, gdzie mnie szukać? Dlaczego ochrona cię tu wpuściła?

— Opowiedziałam im o naszym spotkaniu, w czasie twojej podróży z delegacji. Jak bardzo się zaprzyjaźniliśmy… i mnie wpuścili.

— Idioci, muszę znaleźć inną firmę ochroniarską.

Wyciągnęła przed siebie rękę, w której trzymała zwiniętą w kulkę kartkę i powiedziała:

— Znalazłam to w koszu, przed twoim biurem. — rozwinęła ją i przyglądając się napisom, które na niej umieścił, dodała: — I muszę ci powiedzieć, że nie zaskoczyłeś mnie.

Sięgnął po telefon, mając już dość jej słów, lecz zanim zdołał coś powiedzieć, usłyszał jej słowa:

— Nie zajmę ci dużo czasu. Powiem, co mam powiedzieć i sama wyjdę.

Odłożył powoli słuchawkę, przysunął się bliżej do biurka i wtapiając w nią wzrok, powiedział:

— Masz minutę.

— Z pewnością zauważyłeś, że ostatnio twoje dni wyglądają zupełnie inaczej niż dotychczas. Mają miejsce dziwne rzeczy oraz spotykasz różnych ludzi.

— To są twoi znajomi? — zapytał wyraźnie poirytowany.

— Powiedzmy — odpowiedziała, uśmiechając się do niego.

— Więc, jednak! Streszczaj się, bo czas ci się kończy — pogonił ją coraz bardziej podenerwowany.

— To właśnie tobie się on kończy. Ja wierzę w ciebie i przez to, chciałam byś się przebudził i wykorzystał maksymalnie dni, które ci zostały. Przez to…

— Dość już usłyszałem — przerwał jej, podnosząc słuchawkę i wykręcając numer do swojego szefa ochrony.

— Wyjdę sama, nie musisz nikogo wołać — podeszła do drzwi i dodała: — Szkoda mi tylko ciebie, ale to już twój wybór.

Wyszła, zamykając za sobą drzwi.


***


Ten dzień na szczęście Jarosława już dobiegał powoli końca. Leżał teraz na swoim łóżku, słuchał ulubionej muzyki i wpatrując się w zegar stojący naprzeciwko niego, wciąż nie mógł przestać myśleć o Katarzynie i jej słowach. Mimo że wskazywał prawie północ, czyli czas w którym zawsze spał w najlepsze, to tym razem zasnąć nie mógł. Próbował sobie przypomnieć, jakich ludzi w ostatnim czasie zwolnił z pracy. Komu mógł podpaść w takim stopniu, by był on zdolny do zabicia niewinnego człowieka, za jakiego się uważał. Starał się przypomnieć nawet tych ludzi, którym nie poświęcał większej uwagi na ulicy, a którzy byliby zdolni do podobnej rzeczy. W końcu mieszkając na bogatym osiedlu i poruszając się wartym grube tysiące samochodem, z pewnością był obiektem zazdrości i co za tym idzie złości u mniej zamożnych ludzi.

— Może to być każdy — w końcu powiedział sam do siebie, nie wytrzymując dłużej tych nerwów.

Był pewny, że sam nie jest w stanie odnaleźć swojego przyszłego, domniemanego zabójcę. Jeśli w ogóle to prawda, w co śmie szczerze wątpić, to jedynym sposobem na znalezienie odpowiedzi na to pytanie, była postać Katarzyny. Kobiety, która dwa razy go znalazła, wiedziała o nim dużo, o wiele za dużo, a on sam nic o niej nie wiedział. Musiał to zmienić i to jak najszybciej. W końcu czerwiec skończył się trzy dni temu, a nie miał zamiaru spędzić ponad połowę następnego miesiąca w niepewności, którą ta dziwna nieznajoma zasiała w jego głowie. Zasnął w końcu, nastawiając się na konkretne działanie następnego poranka.

Zbudził się jak zawsze około szóstej rano. Brakowało mu kilku godzin snu, ale tym razem nie było to najważniejsze. Szybko zjadł śniadanie, wyjechał do pracy i od razu poprosił o listę wejść i wyjść z magazynów oraz nagrania z monitoringu skierowanego na główną bramę oraz jego biuro z wczorajszego dnia.

Pamiętał dokładnie godzinę, w której wrócił do pracy i kiedy pojawiła się Katarzyna. Najpierw przejrzał listę, na której ku jego zdziwieniu nie było nikogo zapisanego w tym czasie. Lista obejmowała tylko i wyłącznie pracowników, którzy w danym dniu mieli wprowadzone wejście i wyjście z zakładu pracy. Włączył więc nagrania i przewijając szybko dotarł do czasu, w którym powinna być nagrana. Ze zniecierpliwieniem przyglądał się ekranowi jego monitora, ale ani w tym czasie ani w innym, jakkolwiek by nie przewijał, nie pojawiała się żadna kobieta.

Nagle obraz stracił się i przez kilka minut nagrania zajmował czarny obraz.

— Co jest do cholery!

Sięgnął po telefon i od razu zadzwonił do szefa ochrony. Ten przerażony zaczął się tłumaczyć, że to wina sprzętu, a nie człowieka. Wcześniej już takie rzeczy się działy i szybko wymieniali wadliwe urządzenia. Tak też i tym razem uczynią. Przepraszał go kilka razy, karcony przez szefa, prosił o wybaczenie, aż w końcu zdegustowany całą sytuacją Jarosław wyłączył się i podenerwowany stanął przy oknie, szukając innego sposobu na znalezienie tajemniczej Katarzyny.

W końcu zebrał się i opuścił teren magazynów, by pokręcić się po mieście i na własną rękę jej poszukać. Wiedział tylko, że miała coś wspólnego z żebrakami chodzącymi po ulicach, w końcu sama się do tego przyznała. Według niego musiała być albo wolontariuszką, która nie miała co ze sobą zrobić albo znudzoną życiem kobietą, która szukała dziwnych atrakcji w przebywaniu wśród tych niebezpiecznych przybłędów.

Nie bardzo wiedział gdzie ich szukać, tak więc pojechał na obrzeża miasta, przejeżdżał ulicami, którymi rzadko się poruszał, ale jak na złość nie mógł żadnego z nich teraz spotkać. Jeździł coraz bardziej podenerwowany po całym mieście i już zaczął sklinać, gdy pod mostem zobaczył mężczyznę w brudnym ubraniu, prowadzącego przed sobą wózek dwukołowy z workami wypełnionymi puszkami.

Podjechał do niego czym prędzej i zatrzymując się tuż przed nim, blokując mu drogę, wysiadł z samochodu.

— Co pan robi? — zapytał go wzburzony jego zachowaniem mężczyzna.

— Muszę znaleźć kobietę o imieniu Katarzyna. Znasz ją pewnie.

— Co? Katarzyna to moja żona, czego do niej chcesz?

— Zaprowadź mnie do niej.

— Oszalał pan? Czego od niej chcesz?

— Muszę z nią porozmawiać i to szybko.

— Najpierw muszę zawieźć puszki na złom.

— Zostaw to i wsiadaj. Zaprowadzisz mnie do niej.

— Zgłupiałeś? Żeby mi je pokradli? Wiesz ile to pieniędzy?

Jarosław z politowaniem popatrzył na dwa worki wypełnione puszkami i zapytał:

— Ile? Dziesięć złotych?

— Co najmniej dwadzieścia.

— Dam ci pięćdziesiąt, gdy mnie do niej zaprowadzisz.

— Serio? Ale co z wózkiem? Nie mogę go tu zostawić.

Westchnął ciężko widząc, że mężczyzna poczuł łatwy zarobek i odpowiedział z bólem serca:

— Dorzucę stówkę na nowy wózek.

— To rozumiem.

Mężczyzna porzucił wózek i wsiadając do samochodu, od razu wystawił rękę po pieniądze.

— Najpierw mnie do niej zaprowadź.

— Daj chociaż za wózek.

Nie mając wyboru, wyciągnął ze swojego grubego portfela banknot stu złotowy, a mężczyźnie aż zabłysły oczy na widok sporej ilości takich samych banknotów w jednym miejscu.

— Bogaty jesteś.

— Nic ci do tego — odparł, chowając portfel. — Ulica?

— Jesionowa.

Jarosław zaskoczony odwrócił znów wzrok na niego i podenerwowany, zapytał:

— Gdzie to jest?

— Na obrzeżach miasta — odparł zadowolony z siebie. — Mało kto o niej wie. Na najbliższym skrzyżowaniu skręć w prawo. Poprowadzę cię.

Nie mając wyboru, ruszył przed siebie, choć zaufania co do słów mężczyzny nie miał. Znów w jego głowie pojawiły się domysły o spisku żebraków, o ich planach ataku na zamożniejszych i co za tym idzie, na jego samego. Widział jego wzrok skierowany na jego portfel i nie zdziwiłby się, gdyby już coś planował w tej swojej brudnej i biednej głowie.

— Teraz w lewo i cały czas prosto.

Jechał zgodnie ze wskazówkami, ale starał się kątem oka zerkać na to, co mężczyzna robi tuż obok niego.

— Super samochód. Pewnie to skóra?

— Daleko jeszcze?

— Kawałek.

— I tak daleko chodzisz z wózkiem pełnym śmieci?

— Puszek — poprawił go od razu i dodał zadowolony z siebie: — Nie dość, że pomagam w odzysku, to jeszcze na tym zarabiam.

— Bardzo to chwalebne — skomentował to z wyraźną ironią w głosie.

— A ty co robisz dla innych? Mając tyle pieniędzy, mógłbyś wielu osobom pomóc.

— Ja daję pracę.

— I zwalniasz pewnie.

To już Jarosławowi się nie podobało. Kolejny raz nieznajomy mężczyzna pobudza w nim jego podejrzliwość. Może jednak miał rację i żebrakom pomaga ktoś, kogo zwolnił w pracy. Wcale mu się to nie podobało.

— A skąd znasz moją żonę?

Powiedziałby mu, że sama wsiadła do jego samochodu, ale to mogłoby go tylko zdenerwować, a tego nie chciał, przynajmniej póki go prowadzi do niej i siedzi tuż obok niego.

— Raz ją widziałem i muszę z nią chwilę porozmawiać.

— A o czym? — zapytał podejrzliwie.

— O pracy.

— Ona do pracy? Ha! — zaśmiał się mężczyzna. — Uwierzę jak zobaczę. Tyle lat ją namawiałem i nic, a teraz mówisz… nie wierzę.

— Daleko jeszcze?

— Na następnym skrzyżowaniu skręć w prawo i czwarty dom po prawej, to nasz.

Jarosław odetchnął z ulgą, a mężczyzna wciąż kontynuował temat:

— Kilka razy moi znajomi chcieli ją zatrudnić u siebie, ale ona zawsze coś wymyślała. Tu paznokcie sobie złamie, tu fryzurę sobie zniszczy. — zaśmiał się. — Raz to wymyśliła, że zakład pracy, w którym miała pracować, przynosi pecha. Specjalnie się przewróciła raz czy drugi i już nigdy tam nie poszła. Ciekawe co ją skłoniło do zmiany zdania? — przerwał na chwilę — Chyba, że zaproponowałeś jej niezłe zarobki. To może i ja się załapię? Znajdziesz coś dla mnie?

— Nie, mam tylko jeden etat i to dla kobiety — odpowiedział stanowczo, mając dość już jego towarzystwa.

— Szkoda.

Zatrzymali się w końcu u celu i mężczyzna zadowolony z powrotu do domu, od razu podszedł do furtki, głośno wołając:

— Katarzyna! Kasia! Ktoś do ciebie!

— Po co krzyczysz? — zapytał go Jarosław, zaskoczony jego zachowaniem. — Idź po nią.

— Pewnie siedzi przed jakimś swoim tasiemcem i szybko nie wyjdzie. Katarzyna! Wyłaź na dwór!

— Może po prostu wejdziemy? Będzie łatwiej — ponaglał go, coraz bardziej zniecierpliwiony.

— O! Już idzie.

Drzwi otwarły się i ukazała im się Katarzyna. Kobieta, która jeśli się powie, że trochę dużo waży, to będzie to delikatne określenie co do jej wielkości ciała. Nie była wysoka, to też brzuch, który rozpływał się na wszystkie strony, potęgował jeszcze większe wrażenie jej wagi. W jednej ręce miała pilota, a w drugiej trzymała ugryziony baton czekoladowy. Stanęła w progu drzwi i z wyraźnym niezadowoleniem popatrzyła najpierw na obcego mężczyznę, a później na swojego męża.

— Czego chcesz? Co to za facet?

— On ma dla ciebie propozycję pracy i to bardzo dobrze płatną.

Skierowała swój wzrok na Jarosława i zapytała:

— Co to za praca?

— Przepraszam, ale pomyliłem panią z kimś innym.

— Co? — podenerwowana spojrzała z powrotem na męża — Ty niedojdo życiowa! Przerwałeś mój ulubiony serial! Dziś śpisz na zewnątrz! Niech cię twój nowy kolega przenocuje!

Trzasnęła za sobą drzwiami i zamknęła je na wszystkie zamki, jakie tylko miała. Jarosław wsiadł z powrotem do samochodu, a mężczyzna roztrzęsiony, szybko wsiadł za nim na miejsce pasażera.

— Wynoś się.

— Jeszcze kasa — powiedział, wystawiając rękę przed siebie.

— Nie będzie żadnej kasy. To nie tej Katarzyny szukam

— Ja zrobiłem swoje.

— Spierdalaj.

— To może chociaż mnie przenocujesz?

— Nie.

— Bądź człowiekiem. Tylko jedną noc.

— Nie, spierdalaj, bo tracę cierpliwość.

— Co z ciebie za człowiek. Masz wszystko, oprócz serca.

— Dlatego mam wszystko inne.

Mężczyzna wysiadł, ale zanim jeszcze opuścił samochód, powiedział:

— Biedny jesteś wiesz. Współczuję ci takiego życia.

Jarosław zaśmiał się i odpowiedział:

— Lepiej spójrz na siebie. Nie masz pieniędzy, żona cię do domu nie wpuszcza i tę noc spędzisz na ulicy. Pewnie nie pierwszą i nie ostatnią.

— Pieniądze mam — odpowiedział zadowolony, pokazując mu jego własne pieniądze, które mu dał. — Żona, mimo że czasami się złości to mnie kocha, a noc spędzę u przyjaciela, na którego zawsze mogę liczyć. A ty masz kogoś takiego? — widząc, że mina Jarosława szybko zrzedła, dodał: — Tak myślałem. Do widzenia, panu.


***


Wracając do domu, Jarosław przypomniał sobie, że jeden z żebraków zaczepił go na wyjeździe z miasta, tuż przed skrzyżowaniem ze światłami. Nie było to tak daleko, by nie skusić się na krótką przejażdżkę. Od razu więc ruszył w tym kierunku, z nadzieją na jego spotkanie. To mogła być jedyna okazja, chyba że spotka mężczyznę, który zaczepił go jako pierwszy, tuż przed wyjazdem z parkingu osiedla.

Nie mógł się doczekać i przyspieszył, mijając innych kierowców. Zdawało mu się, że skrzyżowanie powinno być o wiele bliżej i pędził z każdą chwilą coraz bardziej, myśląc tylko i wyłącznie o młodym żebraku, czekającym na niego.

Nagle wyłoniło się już przed nim upragnione skrzyżowanie i ku jego uciesze, zauważył przy nim chodzącego mężczyznę. Ucieszył się i wcisnął jeszcze bardziej pedał gazu. Już chciał mijać kolejny samochód, by jak najszybciej dostać się do skrzyżowania, gdy nagle wyprzedził go nie oznakowany radiowóz policyjny i siedzący w nim policjant rozkazał mu podążać za nim. Jarosław nie mając wyboru, przejechał przez skrzyżowanie, na którym jak na złość świeciło się zielone światło i tylko mógł odprowadzić wzrokiem upragnionego żebraka, podążając za policjantami.

Zatrzymali się kilkadziesiąt metrów dalej, na małej zatoczce znajdującej się tuż przy ulicy i gdy tylko podszedł do niego jeden z funkcjonariuszy, Jarosław zniecierpliwionym głosem powiedział, uprzedzając jego pierwsze słowa:

— Wiem, jechałem za szybko — wyciągnął przed siebie dokumenty i dodał: — Wystawiajcie szybko mandat i każdy odjedzie we własną stronę.

— Gdzie się panu tak spieszy?

— Właśnie na to skrzyżowanie, które przez was przejechałem. Wystawiajcie co macie wystawić i zaraz tam wracam.

— A co na nim jest, że tak panu do niego spieszno? — zapytał policjant podejrzliwie.

— To już moja sprawa. Wystawiacie mandat, czy nie? Bo nie mam czasu.

Policjant zaczął się przyglądać mu uważnie, a Jarosław odczytując jego myśli, od razu powiedział:

— Nic nie brałem ani nie piłem. Śpieszy mi się i tyle.

Policjant zabrał od niego dokumenty i odszedł do swojego samochodu. Jarosław patrzył na skrzyżowanie i poruszającego się tam między samochodami żebraka. W końcu po kilku minutach policjant przyniósł mu dokumenty z mandatem i powiedział:

— Skrzyżowanie ma pan blisko, więc proszę się już nie spieszyć.

— Dobra, dobra.

Jarosław rzucił dokumenty na siedzenie pasażera i niezwłocznie wycofał samochód, by jak najszybciej zawrócić do skrzyżowania. Widział w lusterku wzrok policjanta odprowadzającego jego samochód, ale nie przejmował się nim w ogóle. Zatrzymał się za kilkoma samochodami, stojącymi przed skrzyżowaniem i stukając palcami o kierownicę, czekał na zmianę świateł. Kiedy w końcu ruszył i podjechał do miejsca, gdzie był wcześniej żebrak, jego już nie było.

— Kurwa!

Podenerwowany zaczął z całych sił uderzać rękami o kierownicę, nie mogąc uwierzyć w pecha, jaki go prześladuje. Był już tak blisko i znów pozostawał z niczym. Przejeżdżał bardzo pomału przez skrzyżowanie próbując dostrzec go gdzieś na uboczu, ale nigdzie go nie mógł dojrzeć. Miał nadzieję, że młody mężczyzna po prostu zrobił sobie przerwę albo po prostu musiał załatwić swoje potrzeby fizjologiczne i zjechał na bok, chcąc poczekać na niego.

Początkowo nie wychodził z samochodu, ale szybko stracił cierpliwość i musiał wyjść na ulicę. Chodził w kółko, później przeszukiwał pobliskie zarośla, a nawet zapuścił się w pobliski las, chcąc go znaleźć.

W końcu po kilkudziesięciu minutach nie wytrzymał. Wsiadł do samochodu sklinając na policję, na żebraków i na wszystko, co tylko przychodziło mu do głowy. Trzasnął drzwiami, uderzył znów kilka razy rękami o kierownicę, aż w końcu ruszył w drogę powrotną do domu. Wtedy stało się coś, czego w ogóle się nie spodziewał. Kilkaset metrów przed nim, szła na poboczu kobieta, która z każdą chwilą coraz bardziej przypominała mu Katarzynę. Zbliżał się do niej coraz bardziej i z niedowierzaniem przyglądał się jej, spokojnie spacerującej wzdłuż ulicy. W końcu nacisnął hamulec, zaskakując kierowcę jadącego za nim i tylko dzięki jego zdolnościom albo szczęściu, uniknął stłuczki. Jarosław w ogóle się nim nie przejął. Wysiadł z samochodu i szybko pobiegł w jej kierunku, wołając głośno jej imię. W końcu, gdy już prawie dobiegł do niej, ta odwróciła się do niego i z uśmiechem na twarzy, zapytała niewinnym głosem:

— Czyżbyś mnie wołał?

— Głucha jesteś? — odpowiedział, ciężko łapiąc oddech.

Długo nie biegał ani nigdzie też nie chodził na dłuższe spacery, przez co o kondycji w jego przypadku trudno było mówić.

— Czego chcesz ode mnie?

Odzyskując powoli siły, powiedział zdyszanym głosem:

— Mówiłaś, że wiesz kto chce mnie zabić. Musisz mi powiedzieć albo zaprowadzę cię na policję.

— Grozisz mi?

— Tak, mów!

— A jeśli powiem, że nie zginiesz z ręki innego człowieka? Uwierzysz mi?

— Nie — odpowiedział stanowczym głosem i bez zawahania.

— A jeśli powiem ci, że jestem jedyną osobą, której zależy na tobie, to uwierzysz mi?

— Nie — teraz już mniej stanowczym głosem.

— Tak myślałam.

— Powiedz mi, kto chce mnie zabić albo jedziemy na policję.

— I co im powiesz biedaku? Ktoś chce mnie zabić, a ta kobieta, wie kto?

Jarosław przytaknął głową, choć z każdą chwilą tracił swą pewność siebie.

— Myślisz, że potraktują cię poważnie? A co jeśli im powiem, że porwałeś mnie z ulicy i zaciągnąłeś do nich siłą?

— Kurwa! — krzyknął podenerwowany i czując się bezsilny, chwycił ją mocno i potrząsając, krzyknął: — Dość mam twoich gierek! Kto chce mnie zabić?! Mów!

Katarzyna widząc jego determinację, w końcu odpowiedziała spokojnym głosem:

— Zabierz te ręce ode mnie — odczekała, aż w końcu to uczyni i powiedziała bardzo spokojnym głosem: — Już niedługo poznasz go osobiście.

Jarosław zaskoczony tymi słowami, aż wycofał się bez słowa, a Katarzyna wciąż denerwującym go coraz bardziej tonem, kontynuowała:

— Nie szukaj swojego mordercy, bo nikt się przed nim nie uchowa. Skoncentruj się lepiej na sobie i zmianie swojego życia. Póki je jeszcze masz.

— Czyli co mam robić?

— Tylko to, co powiedziałam — odpowiedziała, uśmiechając się do niego. — Dzisiaj mamy pierwszy dzień lipca, więc masz jeszcze dwadzieścia dni. Wykorzystaj je jak najlepiej, a zyskasz więcej, niż do tej pory miałeś.

Po tych słowach ruszyła do przodu, lecz Jarosław nie chciał tego tak zostawiać.

— Czyli co? Umrę dwudziestego lipca, tak? To już pewne!? A jeśli nie przez jakiegoś człowieka, to jak? Jestem chory? Mam się zbadać? A może sam się zabiję? Czemu mi tego nie powiesz?

Katarzyna jednak ani myślała mu odpowiedzieć. Szła do przodu, ciągle oddalając się od niego.

— Nie wierzę ci! — zaczął krzyczeć do niej coraz bardziej rozgoryczony. — Możecie sobie straszyć innych, ale mnie to nie rusza! Nie dam się nikomu zastraszyć!

2. Rozterki

Całą noc głowił się nad słowami Katarzyny. Choćby nie wiem jak bardzo tego pragnął, jak długo wmawiałby sobie, że to niemożliwe, to zawsze ostatnią myślą było — „a co, jeśli to prawda?”

Zasnął dopiero nad ranem i budząc się w okolicach południa, wciąż był zmęczony i niewyspany. Wstał z zupełnie nowym nastawieniem do czasu, który mu pozostał. Postanowił potraktować słowa Katarzyny poważnie i wykorzystać czas, który jeszcze mu pozostał. W końcu nie miał nic do stracenia, a jeśli nic się nie wydarzy tego dwudziestego lipca, to powróci do swojego normalnego trybu życia.

Zadzwonił do firmy, by przez najbliższe dwa tygodnie przejął obowiązki jeden z menadżerów. Ochronę poprosił o monitorowanie pracy i w razie konieczności, zgłaszanie mu poważnych uchybień. Sam natomiast postanowił wziąć coś, czego od kilku lat nie brał — a mianowicie urlop. Nigdy go nie potrzebował. Jak już zostawał zmuszony do wzięcia wolnego, to i tak zawsze przychodził do pracy. Nie mógł żyć bez niej i nigdy sobie nie wyobrażał, żeby było inaczej.

Jednak dziś, postanowił zrobić inaczej. Chciał zrobić, coś na co nigdy nie miał czasu, a czego bardzo kiedyś pragnął. Spakował do walizki swoje ubrania i już po godzinie, był gotowy do podróży.

Nie trwało to długo. Zajechał na lotnisko i wykupił miejsce na parkingu na kilka najbliższych dni. Później stanął przed wykazem najbliższych wylotów i nie zastanawiając się długo, podszedł do młodej kobiety, czekającej na pasażerów z uroczym uśmiechem na ustach.

— Dzień dobry panu, w czym mogę pomóc?

— Chciałbym gdzieś polecieć. Obojętne gdzie, tylko nie chcę długo czekać.

— Taka spontaniczna wycieczka? — zapytała zaskoczona. — Super.

Zaczęła przeglądać dane na swoim komputerze i zaraz odpowiedziała:

— Za dwie godziny jest miejsce w samolocie do Bangkoku, w Tajlandii.

— Biorę.

— Zdąży pan się spakować?

Podniósł torbę, która stała przy jego nogach i odpowiedział:

— Jestem już gotowy.

— Zaskakuje mnie pan — odpowiedziała, będąc wyraźnie pod wrażeniem jego pewności siebie. — Życzy sobie pan bilet pierwszej klasy?

— Oczywiście.

— W obie strony?

— W jedną.

Zaskoczył ją tą odpowiedzią, ale już nie chciała go zamęczać pytaniami. Wydała mu bilet i zaprosiła do poczekalni, z której będzie mógł się już za niedługo udać do odprawy przed wylotem. Nikomu tego nigdy nie powiedział, ale zawsze pragnął spontanicznie wyjechać gdziekolwiek byle daleko, gdzie poczuje się wolny i co było dla niego najważniejsze — bogaty.

Na wieczór znalazł się w Bangkoku, w Tajlandii. Wynajął pokój w najlepszym hotelu w mieście i nie zamierzając tracić czasu, już po kilku chwilach przechadzał się po obcym mieście. Kiedyś go ciekawiło życie w innych zakątkach świata niż w Polsce. Miał marzenie podróżowania po całym globie, spotykania się z ludźmi o zupełnie innej kulturze oraz poznawania miejsc zarówno tych słynnych jak i tych nieodkrytych. Jednak jak sam mówi, życie szybko sprowadziło go na własne tory i zmusiło to twardego i bezwzględnego życia. Pozbawiło marzeń i zmusiło do walki o pieniądz i władzę, bez których życie tak naprawdę nic nie znaczy.

Chodząc po przeróżnych sklepikach, bazarach znajdujących się prawie wszędzie, kupił sobie koszulę kolorową, popróbował w kilku miejscach tutejszej kuchni, a na zakończenie tego ekscytującego dnia, skusił się na wizytę w nocnym klubie, gdzie spędził noc z dwoma pięknymi kobietami o urodzie azjatyckiej.

Po powrocie do hotelu, stanął przy ogromnym oknie z widokiem na panoramę miasta i z dumą obserwował wiecznie żywe ulice. Od razu przypomniał sobie ludzi ze swojej pracy, których nienawidził. Każdego roku, przy okazji corocznych zlotach dyrektorów, przechwalali się gdzie to nie byli, czego nie zrobili: czy to była Hiszpania, czy Wyspy Kanaryjskie. Słuchając ich można by pomyśleć, że byli wszędzie, poza miejscami swojej pracy, gdzie on spędzał każdy dzień od rana do wieczora. Nie wyobrażał sobie, by mógł sobie pozwolić na tak lekkomyślne zachowanie i denerwowało go to bardzo. Teraz jednak stojąc w kraju zupełnie mu obcym, mógł w końcu do nich dołączyć. Przestać tylko ich słuchać i przytakiwać. Mógł ich przede wszystkim zaskoczyć i pochwalić się czymś, co sprawi, że tym razem oni zostaną bez słowa.

Następnego dnia siedząc przy stoliku, na zewnątrz jednej z miejscowych restauracji, przeglądał przewodnik po Bangkoku. Kupił go jeszcze na lotnisku i już zaznaczał sobie ciekawsze strony, gdy ktoś do niego podszedł:

— Polak? Wiedziałem, że i tutaj spotkam rodaka — usłyszał zadowolony głos mężczyzny. — My jesteśmy wszędzie. Cześć, Kacper jestem.

Od razu wysunął rękę do niego i Jarosław musiał uczynić to samo, czy chciał, czy nie chciał. Wyglądał jak typowy turysta, poruszający się po ciepłych krajach. Krótkie kolorowe spodenki, równie barwna koszula rozpięta i pokazująca w całej okazałości jego zarośnięty tors i beżowy kapelusz. Takich ludzi nigdy nie lubił.

— Jarosław — odparł niechętnie.

— Widzę, że zabrałeś przewodnik. Wierz mi, możesz go wyrzucić do kosza. Tutaj wszystko jest niepowtarzalne, inne od tego, co znamy.

Skinął mu tylko głową, licząc na to, że zrozumie, iż nie ma zamiaru z nim rozmawiać, ale młody, kolorowy turysta zamiast tego, przysiadł się do jego stolika.

— Na długo przyjechałeś?

— Zobaczymy. Jak mi się zacznie nudzić, to polecę gdzie indziej.

— O! To się nazywają wakacje.

Jarosław dumny tylko uniósł głowę i delektował się jego słowami oraz miejscem, w którym się znalazł, a o którym wcześniej mógł tylko pomarzyć.

— Najdroższy hotel, najlepsza restauracja, korzystasz z życia, mówisz? I dobrze, tak trzymaj. W końcu każdemu coś się należy, co nie? A mówiłeś, że polecisz jeszcze gdzie indziej. Jakie kraje chcesz zwiedzić?

— Jeszcze nie wiem.

— To jest życie! Zazdroszczę ci. Ja to musiałem trzy lata zbierać, by w końcu się tu wybrać, ale opłacało się — oparł się wygodnie na oparciu i uniósł ręce odprężając się. — Pięknie tu jest i będzie co wspominać. Koledzy z pracy i rodzina pękną z zazdrości, jak im powiem, gdzie byłem. Już widzę ich głupie, zazdrosne miny. To będzie piękne.

Nagle jakby wyrwał się z zamyślenia i zapytał:

— Ty też sam podróżujesz?

— Tak.

Zaśmiał się i dodał zadowolony z siebie:

— Pewnie żona i dzieci myślą, że jesteś na delegacji. Też tak zrobiłem.

Jarosław jednak nie miał zamiaru z nim rozmawiać o swoim życiu prywatnym. Już się zaczął rozglądać, by znaleźć odpowiednią wymówkę do opuszczenia jego towarzystwa, ale Kacper nie odpuszczał i nawet zaczął się tłumaczyć:

— Jak wrócę to zabiorę ich nad nasze polskie morze. Niech mają też trochę z wakacji. W końcu to moja rodzina.

Jarosław wstał od stolika i mając już dość jego gadania, powiedział:

— Na mnie już czas.

— Jeśli chcesz, to oprowadzę cię po okolicy? Już jestem tu kilka dni i swoje zobaczyłem.

— Dzięki, ale…

— Mogę ci załatwić coś… no wiesz… na umilenie pobytu?

— Czy ja wyglądam na…

— Oczywiście, że nie — przerwał mu, widząc jego zdenerwowanie. — Ale każdy czasami lubi się zabawić, a tu towar jest całkowicie bezpieczny, wierz mi.

— Nie skorzystam.

— Pewnie masz swoich dostawców, ale tu jest inny towar, wierz mi, o wiele lepszy. W końcu po to się tu przyjeżdża, co nie?

— Raczej nie — mając już dość, Jarosław ruszył przed siebie, ale mężczyzna wciąż nie dawał za wygraną.

— OK jak chcesz, to może spotkajmy się wieczorem. Pokażę cię prawdziwe nocne życie w Tajlandii. Zabawisz się porządnie, żona się nic nie dowie.

— Nie mam żony.

— Dobry żart! — parsknął śmiechem z niedowierzaniem, ale widząc że Jarosław nie żartuje, poprawił się i dopowiedział: — W sumie, po co komu jedna kobieta, jak można ich mieć na pęczki. — zaś uroił sobie coś nowego w głowie i z uśmieszkiem na twarzy dodał: — Może masz jakąś sekretarkę w hotelu, co?

Jarosław mając już go dość, tylko pokręcił przecząco głową i odszedł od natrętnego polskiego turysty. Każde jego słowo uderzało w niego i dobijało coraz bardziej. Przyjechał do odległego kraju wypocząć, poczuć się lepiej, a dzięki niemu cały zachwyt zniknął, a zamiast niego pojawiło się rozczarowanie.

Wracając do hotelu, siedząc w Tuk-tuku, już nie podziwiał egzotycznego otoczenia. Nawet nie robiła na nim wrażenia sama jazda tą miejscową atrakcją. Jego myśli były już w pokoju hotelowym, do którego zmierzał. Rozmowa z obcym mężczyzną otwarła mu oczy i zwróciła uwagę na prawdziwy powód jego podróży do tak obcego i odległego kraju.

Będąc w hotelu, od razu zabrał się za pakowanie walizki. Nie widział już sensu pozostawania w tym kraju. Nawet nie miał ochoty na podróżowanie po świecie, o którym zdawało mu się, że zawsze tak bardzo marzył, bowiem jaki miało sens poznawanie świata, gdy życie się kończyło? Gdy nie było nawet komu zdać relacji z najwspanialszej podróży? Gdy wszystko, co się zobaczy zniknie wraz z jego życiem?

Opuścił hotel, wrócił na lotnisko i nie patrząc na koszty ani wszelkie utrudnienia, wykupił najbliższy, możliwy przelot do Polski.


***


Mimo że droga powrotna okazała się o wiele dłuższa i bardziej uciążliwa, niż ta którą dostał się do Tajlandii, to wchodząc do swojego mieszkania, odczuł wielką ulgę i zadowolenie. Nie chciał już bowiem spędzać prawdopodobnie ostatnich dni swojego życia samotnie, a postanowił zrobić coś zupełnie innego. Coś czego nigdy nie spodziewał się zrobić, a co powinien zrobić już dawno temu.

Z samego rana opuścił osiedle, by wyruszyć w drogę do małej wsi, oddalonej o około czterdzieści kilometrów od jego miasta. Po drodze zatrzymał się tylko w dwóch miejscach, by zakupić duży bukiet róż i butelkę najdroższego, czerwonego wina. Nie spodziewał się miłego powitania ani jakiegokolwiek, jednak nie powstrzymało go to, przed kolejną podróżą.

Wjechał w granicę wsi, w której czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. Domy wyglądały, jakby od czasów drugiej wojny światowej nikt ich nie remontował. Na niektórych widniały nawet dziury po ostrzeliwaniu. Jarosław jadąc swym drogim wozem przez dziurawą jak sito drogę, zupełnie nie pasował do tutejszego widoku. Wieś składała się tylko z jednej ulicy, na której prócz ledwo trzymających się domów, znajdował się bar, mały sklep spożywczy i stary, drewniany kościół. Jego cel podróży natomiast był na samym końcu tej ulicy, tuż za starym dębem, który nic przez te wszystkie lata, nic się nie zmieniły.

Podjechał pod stary, biały dom, który mimo iż był pod dobrą opieką gospodarza, to od razu rzucały się w oczy wszelkie naprawy na nim poczynione, które były dalekie od doskonałości. Płot świeżo przemalowany, lecz powyginany. Kolor tynku na ścianach już dawno stracił swój kolor, lecz nie sypał się i było widać, że na bieżąco naprawiany. Okna i drzwi drewniane, tak samo jak płot, zamiast wymiany, zostały tylko wzmocnione i wymalowane, tak by służyły jeszcze przez kolejne kilka najbliższych lat. Jedynie kwiaty przed domem, na których widok od razu pojawił się uśmiech na twarzy Jarosława, wciąż były piękne i dawały kolorytu całemu gospodarstwu.

Zatrzymał się tuż przed garażem, który zapewne dawno nie widział, żadnego samochodu w środku albo nawet w pobliżu. Jego brama uchylna była otwarta i każdy mógł zajrzeć, do czego teraz używało się tego pomieszczenia. Nie było w nim miejsca na nic innego, jak tylko narzędzia do pracy w polu, mnóstwo wypełnionych po same brzegi worków z pszenicą i przeróżnych rzeczy, których gospodarz używał w polu.

— Jarek? — usłyszał, znajomy i zaskoczony głos kobiety.

Odwrócił się do starszej kobiety, wychodzącej zza domu, z grabkami w ręce. Uśmiechnął się do niej i nie zdążył nic powiedzieć, gdy kobieta ze łzami w oczach, ruszyła w jego kierunku. Porzuciła grabki i przytuliła mocno swojego syna.

— Tak bardzo za tobą tęskniłam — powiedziała ze łzami w oczach, nie puszczając go z uścisku.

— Ja też.

W końcu uwolniła go ze swojego uścisku i popatrzyła na niego, podejrzliwym wzrokiem.

— Coś się stało?

— A co miało się wydarzyć?

— Jareczku… kiedy ostatnio byłeś odwiedzić swoich starych rodziców?

— Wcale nie takich starych.

— Mów, co się stało? — zapytała ponownie, tym razem już bardziej przejęta jego nagłym pojawieniem się.

— Ale mamo…

Nie odezwała się. Wtopiła w niego swój wzrok i cierpliwie oczekiwała odpowiedzi. Westchnął głęboko, nie chcąc jej okłamywać i zmienił temat, rozglądając się dookoła:

— A gdzie ojciec?

— W polu. Mamy dziś wynajęty kombajn, więc sam rozumiesz. Chodź, napijesz się kawy i mam trochę twojego ulubionego ciasta z jagodami. Wtedy powiesz mi, co się stało.

Jarosław już dawno nie był w swoim rodzinnym domu. Nawet nie pamiętał ile lat minęło, od jego ostatniej wizyty. Jednak w środku, prawie wszystko znajdowało się dokładnie w tym samym miejscu, jak to zapamiętał. Nic tu się nie zmieniło, prócz jednej, jedynej szafy, która stała w przedpokoju i zupełnie nie pasowała do reszty, wystroju.

— Usiądź, już włączam wodę — powiedziała do niego, krzątając się po kuchni, starając się ugościć jak najlepiej, dawno niewidzianego syna. — Ożeniłeś się już? Masz dzieci?

— Nie.

— A dalej jesteś dyrektorem tych wielkich magazynów?

— Tak.

Nie chciała go zamęczać pytaniami. Czuła, że coś jest nie tak, ale znała go i wiedziała, że wyciągnąć to z niego, nie będzie prostą sprawą. Przyniosła mu filiżankę kawy oraz ciasto na talerzyku. Usiadła przy nim i wpatrując się w niego, nic przez chwilę nie mówiła.

— Ty nie pijesz kawy? — zapytał, chcąc spróbować uciec od odpowiedzi.

— Ja już dzisiaj piłam — odpowiedziała krótko i wciąż z uśmiechem pełnym miłości matczynej, wpatrywała się w niego.

— A tu wszystko w porządku? — zapytał, wyczuwając jej intencje.

— Po staremu, jak pewnie zauważyłeś. Przy domu ciągle jest co robić. Szczególnie przy takim starym jak nasz. Smakuje ci?

— Pyszne — odpowiedział, już prawie kończąc kawałek swojego ulubionego kiedyś ciasta. — Jak zawsze.

— Dobra synku, powiedz starej matce, co się dzieje?

— Ale…

— Nie wciskaj mi kitu, proszę. Od dwunastu lat do nas nie zajrzałeś. Nawet nie zadzwoniłeś, a o kartce już nie wspomnę. Mów co się dzieje, bo już mnie serce boli.

Nagle wszedł do środka gospodarz. Wielki, potężny mężczyzna z posępną miną nawet nie podniósł głowy, by spojrzeć na swojego syna. Zamknął za sobą drzwi i udał się spokojnie do łazienki, umyć ręce. Nikt w całym pomieszczeniu nie odezwał się ani słowem. Ojciec Jarosława wyszedł z łazienki i przeszedł do kuchni, wciąż nie mówiąc ani słowa.

— Jak idą zbiory? — zapytała go żona, chcąc przełamać niezręczną ciszę.

— Dobrze — odpowiedział krótko, wyciągając z lodówki butelkę mleka.

— Nie przywitasz się z synem? — zaryzykowała i w końcu zapytała.

Cisza.

— Józek! — zawołała.

— Ja nie mam syna — odparł obojętnym tonem, odkładając butelkę na miejsce i wyciągając bochenek chleba.

— Józek — powtórzyła błagalnym tonem.

— Nie Józkuj mi tu! Zamiast pomagać nam w gospodarstwie, to co on zrobił? Uciekł i zostawił nas samych! A teraz, po co przyjechał? — skierował się w stronę syna i patrząc na jego elegancki strój, dodał: — Pochwalić się ile ma pieniędzy? Nie mam czasu na takie rzeczy. Zbiory są i mnóstwo pracy w polu.

Odkroił ogromną pajdę chleba i wyszedł na zewnątrz.

— Wybacz mu syneczku — próbowała usprawiedliwić męża. — On jest podenerwowany zbiorami.

— Rozumiem go, nie musisz go tłumaczyć. Ma prawo być zły. Dziwię się, że ty nie jesteś.

— Wiedziałam, że kiedyś wrócisz. Czekałam na ten dzień.

— Kochana mamuśka — powiedział, uśmiechając się do niej.

— Dobra, ale dość tych czułości, powiedz mi teraz, co się stało? I nie chcę słyszeć, że nic, bo dobrze wiem, że to nieprawda.

Uśmiechnęła się do niego, jak to tylko matka potrafi robić względem swojego dziecka i cierpliwie oczekiwała jego odpowiedzi.

— Stęskniłem się za wami… — widząc, że już chce mu przerwać, dodał: — …i chciałbym wam pomóc.

— Jarek? — popatrzyła na niego podejrzliwie.

— Wasz dom ledwo stoi, tutaj nic się nie zmieniło, od kiedy wyjechałem. Ciągle macie te same, stare meble, dom już stracił kolor, a ja mam trochę pieniędzy i…

— Przestań — przerwała mu stanowczym głosem. — My wcale nie narzekamy na brak pieniędzy. Podobają mi się moje stare meble i nie chcę ich zmieniać.

— A co się stało z waszym samochodem? Pewnie musieliście go sprzedać, by mieć pieniądze na inne rzeczy?

— Tacie pogorszył się już na tyle wzrok, że poprosiłam go, by już nie wsiadał za kierownicę.

— To może chcielibyście gdzieś wyjechać? Wykupiłbym wam jakąś fajną wycieczkę. Wypoczęlibyście trochę. Na pewno dawno nigdzie nie byliście.

— Jareczku, mój drogi. Nie martw się o nas. My mamy wszystko, czego potrzebujemy. — popatrzyła na swojego syna z miłością, która przez te wszystkie lata ani trochę nie zmalała i dodała: — Wystarczyłoby nam, byś nas czasem odwiedził. Powiedz mi lepiej co u ciebie słychać. Czy znalazła się już kobieta, która podbiła twoje serce?

— To może kombajn wam kupię?

— Jareczku?

— Jeśli nie powiesz mi co chcecie, to przyślę tu ekipę remontującą i wszystko wam odnowią.

— Ale my nic nie chcemy. Wiem, że chcesz dobrze, ale naprawdę, nie musisz nam nic kupować. My cię kochamy i zawsze będziemy kochać.

— A ojciec?

Położyła swą dłoń, na jego dłoni i z miłością w głosie, powiedziała:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 41.21