E-book
1.37
drukowana A5
38.16
Data

Bezpłatny fragment - Data

Część I


Objętość:
238 str.
ISBN:
978-83-8126-359-7
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 38.16

Jeśli masz wszystko, co nic nie znaczy,

a nie masz nic, co znaczy wszystko,

to pora się przebudzić.

1. To, co najważniejsze

Kiedy Jarosław Góral schodził na halę magazynową, wszyscy pracownicy stawali na baczność. Nie robił tego często, ale jak już wychodził ze swojego biura, to każdy musiał mieć się na baczności. Najczęściej oznaczało to, że wyniki firmy nie są na takim poziomie, jakim powinny być i wtedy zawsze szukano winnego całej sytuacji. Niekiedy był to nieporządek w hali, innym razem za mała ilość wolnego miejsca, a jeszcze innym razem wręcz odwrotnie, za dużo pustych, niewykorzystanych luk na towar. Jednak najczęściej szukano kozła ofiarnego wśród pracowników. Często padało to na jednego z nielicznych menadżerów, ale i zwykli magazynierzy nie mogli być pewni swojej posady. Tak też było i tym razem.

Jarosław mimo swojego dość młodego wieku jak na dyrektora, bowiem miał zaledwie trzydzieści dwa lata, to każdego dnia musiał udowadniać wszystkim, że zasłużył na to wyróżnienie. Wprowadził w firmie rządy twardej ręki i wymagał od każdego całkowitego poświęcenia się pracy. Gdy rok temu przejął ten magazyn, jego sytuacja była diametralnie odwrotna do aktualnej. Wyniki kulały, załadunek oraz rozładunek trwały prawie trzy razy dłużej niż wynosiła średnia sieci magazynów, a liczba pracowników, jak to powiedział — „panoszących się po magazynie”, sięgała setki. Teraz liczba pracowników na magazynie sięgała trzydziestu, wydajność magazynu mieściła się w pierwszej piątce całej sieci, a wszystko to dzięki, jak to często powtarzał — „selekcji naturalnej”.

Przechodził po hali przyglądając się ciężko pracującym w pocie czoła młodym kobietom, które ze strachu przed nim, nie odważyły się nawet zerknąć w jego stronę. Kierujący wózkiem widłowym widząc go, wychylił się i zaczął nerwowo ponaglać starszego wiekiem pracownika, by szybciej owijał folią paletę z towarem, by mógł ją zabrać. Ten jednak nie robił sobie nic z jego słów. Starał się zabezpieczyć towar dokładnie i ani myślał o zmianie tempa swojej pracy.

— Coś nie tak? — zapytał kierowcę wózka, podchodząc do nich z rękami trzymanymi za plecami.

— Ciężarówka czeka na tę paletę — odpowiedział podenerwowany.

— Mówiłem ci, że musi być dobrze zabezpieczona — od razu zaczął się tłumaczyć starszy magazynier. — Nikt nie chce, by towar uszkodził się w drodze do klienta.

— Uważasz, że zrobiłbyś to szybciej? — zapytał dyrektor, młodego kierowcę.

Ten aż przełknął ciężko ślinę i wiedząc, że już nie może odpowiedzieć inaczej, wyprostował się i starając się nie patrzeć na starszego magazyniera, odpowiedział stanowczo:

— Tak.

— Pokaż.

Zabrał z jego ręki rolkę folii i zaczął szybko, przebiegać z nią dookoła palety, owijając ją z każdej strony. Przebiegł tak trzy razy i zakończył pracę ciężko dysząc. Stanął na baczność i trzymając folię w ręce, jak żołnierz z karabinem, czekał na słowa swojego dowódcy. Ten jednak skierował swój wzrok na starszego magazyniera i zapytał:

— Jak się nazywasz?

— Stanisław Bolerski.

— Ucz się od młodszego kolegi i przyspiesz swoje ruchy — odwrócił się do młodszego i dodał: — Jedź już, kierowcy nie mogą czekać.

Młodszy magazynier szybko wsiadł na wózek widłowy, a dyrektor ruszył dalej zostawiając ich samych. Obaj popatrzyli na siebie ze strachem w oczach i wyraźnie odetchnęli z ulgą. Wyglądało na to, że tym razem udało im się uniknąć jakichkolwiek konsekwencji i tylko na uwadze słownej zakończy się ich spotkanie z dyrektorem. Wrócili więc do swojej pracy, a tymczasem dyrektor szedł dalej i przyglądając się uważnie pracującym w hali nielicznym pracownikom, sięgnął po swój telefon i wykręcił numer do swojej asystentki personalnej.

— Przygotuj rozwiązanie umowy ze skutkiem natychmiastowym dla Stanisława Bolerskiego.

— Ale, to nasz najstarszy pracownik — usłyszał przerażony głos asystentki. — Kilka razy był nagradzany za wkład w działalność naszej firmy.

— I co z tego? Chcesz odejść razem z nim?

— Już przygotowuję dokumenty.

— Tak myślałem. Wręczysz mu je na koniec dnia, niech jeszcze dzisiaj przysłuży się naszej firmie.

Wyłączył się i wyszedł na zewnątrz, by poczuć choć trochę słońca na swej zmęczonej twarzy. Rzadko miał czas na cokolwiek innego niż pisanie codziennych raportów, udziału w telekonferencjach czy ciągłe szukanie sposobów na jeszcze lepszą poprawę wyników. Jutro czekał go wyjazd do Warszawy i musiał zostawić magazyn bez swojego nadzoru. Nie lubił tego robić i zawsze starał się dopiąć wszystko na ostatni guzik, by nic nieoczekiwanego nie wydarzyło się pod jego nieobecność.

— Piękna pogoda, nieprawdaż panie dyrektorze — zagadał do niego podchodzący do niego starszy wiekiem ochroniarz.

Ten zaskoczony jego nagłym pojawieniem się, odwrócił się w jego stronę i jakby podenerwowany jego niespodziewaną obecnością, tylko skinął głową, nie zamierzając się wdawać z nim w rozmowę. Mężczyzna wyczuł w jego zachowaniu pogardę do podobnych sobie i odszedł bez słowa, dokańczając swój kolejny patrol wokół terenów magazynów.

Dyrektor do końca dnia przeszedł jeszcze raz wokół całego obiektu. Sprawdził osobiście wszystkie zabezpieczenia, wydał menadżerom kilka kartek z zapisanymi dla nich poleceniami i rozkazał ochronie monitorować wszystkich pracowników pod jego nieobecność. W końcu około godziny dwudziestej zamknął swoje biuro i wyszedł do samochodu, by wrócić do domu.

Mieszkał samotnie w wynajmowanym przez firmę mieszkaniu, na najbogatszym osiedlu. Cały teren był ogrodzony i monitorowany, a obok bramy wjazdowej siedział w budce ochroniarz, który każdorazowo sprawdzał wszystkich wjeżdżających na osiedle. W mieszkaniu od razu na wejściu powitała go muzyka klasyczna, która za każdym razem witała go w domu. Uwielbiał jej słuchać i tak sobie ją ustawił, żeby towarzyszyła mu w każdej chwili, którą spędzi w swym bogato urządzonym wnętrzu. Zastępowało mu to towarzystwo żywej osoby, czy nawet psa, o którym kiedyś nawet pomyślał. Jednak szybko doszedł do wniosku, że darmozjada w swoim czystym mieszkaniu nie potrzebuje. Żył pracą, spędzał w niej całe dnie i nie miał czasu ani na szukanie miłości ani tym bardziej na dbanie o czworonogiego „przyjaciela”. Dobrze mu było samemu ze sobą i na nic nie narzekał.

Jarosław Góral po kolacji brał kąpiel i kładł się spać zawsze o tej samej godzinie. Muzyka wyłączała się o godzinie dwudziestej drugiej i w mieszkaniu nie dało się już nic słyszeć, poza chrapaniem zmęczonego dniem człowieka.


***


Następnego dnia Jarosław wstał już o piątej godzinie. Nie jadł śniadania, tylko wypił kawę i szybko zebrał się do samochodu. Miał przed sobą kilka godzin jazdy i przerwę na śniadanie w ulubionym przez niego przydrożnym barze. Zawsze lubił się tam zatrzymywać i nie miał zamiaru tego zmieniać.

Wyjeżdżając z osiedla minął bez słowa ochroniarza siedzącego w budce strażniczej i już chciał wyjeżdżać na główną ulicę, gdy przed jego samochód wyszedł nagle bezdomny. Zmusił go do nagłego zatrzymania pojazdu i z ręką wyciągniętą przed siebie zaczął zbliżać się do niego. Jarosław popatrzył na ochroniarza, oczekując jego reakcji, ale ten ani myślał ruszyć się ze swej budki.

— Kurwa, nie ruszy się — podsumował jego zachowanie i tylko z pogardą wypisaną na twarzy patrzył na bezdomnego, stojącego przed jego boczną szybą i pokazującemu mu małą karteczkę.

— Nie mam pieniędzy — odpowiedział i zasunął szybę tuż przed twarzą żebraka.

Ten tylko odwrócił swoją kartkę na drugą stronę i mocno uderzając w szybę, przycisnął ją tak, że kierowca musiał na nią spojrzeć.

— Hej! Kurwa, rozbijesz mi szybę! — wrzasnął na niego, ale momentalnie uspokoił się, gdy zobaczył krótką informację, zapisaną na kartce: „20.07.2017 — RIP”.

Mężczyzna tylko uśmiechnął się do niego i odwrócił ponownie kartkę, by wystawić ją w jego kierunku, domagając się jakiegokolwiek datku.

— Spierdalaj! — krzyknął i ruszył z piskiem opon, wjeżdżając na ulicę, wymuszając pierwszeństwo, przed przejeżdżającym właśnie samochodem.

Chciał jak najszybciej odjechać od dziwnego bezdomnego i znaleźć się na drodze do stolicy, gdzie musiał dojechać przed szesnastą. Denerwowali go ludzie żebrzący. Zawsze ich unikał i nigdy nie dzielił się z nimi swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi. Uważał, że każdy człowiek jeśli chciałby, to znalazłby pracę i potrafiłby zadbać o siebie, a życie na ulicy to tylko i wyłącznie ich własny wybór.

Długo jednak się nad nim nie zastanawiał. Włączył swoją ulubioną muzykę i skoncentrował się na drodze, pokonując kolejne kilometry dzielące go do celu. Dzięki klimatyzacji jazda samochodem w ten kolejny, upalny dzień była dla niego samą przyjemnością. Z pożałowaniem przyglądał się na drodze innym kierowcom, męczącym się jazdą przy otwartych oknach. Widział ich zmęczenie na twarzy i zazdrość, z jaką patrzyli na niego. Podobało mu się to, zawsze dowartościowało go wszystko, czym odróżniał się od innych, ale nigdy nie chełpił się tym. Lubił po prostu pieniądze i wszystko, co z nimi się wiązało.

Gdy podjeżdżał do skrzyżowania na światłach, musiał zatrzymać się i poczekać na zielone. Jednak nie to go martwiło. Zobaczył kolejnego lenia, który udając kalekę, kuśtykał z jakąś karteczką i podchodził do każdego kierowcy, jakby mu się coś należało. Jedni otwierali szyby i brali od niego kartkę, dając się nabrać na jego ułomność. Inni nic sobie z niego nie robili i nawet nie reagowali na jego widok. Tak też miał zamiar zrobić Jarosław. Gdy ten podszedł do niego, sięgnął po telefon komórkowy i zaczął w nim czegoś szukać. Mało ważne czego, najważniejsze było, by pokazać mu, że nie ma czego u niego szukać.

Nagle młody żebrak uderzył w jego boczną szybę. Jarosław podenerwowany od razu odwrócił się w jego stronę już chcąc go zwyzywać, gdy zobaczył jego uśmieszek ukryty znów za tą samą informacją, zapisaną na kartce przyciśniętej do szyby: „20.07.2017 r. — RIP”

— Co to ma być do cholery? Jakieś żarty?

Już chciał wysiąść, gdy sygnalizacja świetlna się zmieniła i samochód przed nim ruszył. Za nim zniecierpliwiony kierowca już zaczął trąbić, ponaglając go do ruszenia się z miejsca. Nie miał wyboru, musiał nacisnąć pedał gazu i zostawić kolejnego żebraka z podejrzaną coraz bardziej informacją.

— Idioci — powiedział sam do siebie i podkręcając głośność swojej ulubionej muzyki, znów zaczął koncentrować się na drodze i jej nieudolnych, spoconych kierowców.

Kiedy dojechał do swojego ulubionego baru, aż uśmiechnął się na samą myśl o pysznym śniadaniu. Pyszne placki, świeża bułeczka i pyszna kawa była teraz jego spełnieniem marzeń. Zawsze je zamawiał i gdy tylko wszedł do środka, nawet nie musiał nic mówić. Właściciel baru od razu go rozpoznał i wiedział, co ma podać. Jarosław Góral mógł spokojnie usiąść przy stoliku i szybko został ugoszczony upragnioną kawą.

— Placki już się robią — powiadomił go syn gospodarza, podając kawę i szybko wracając za bar.

Jarosław lubił taką obsługę i przez to nigdy nie jadł śniadania przed wyjazdem. Cenił ich przywiązanie do stałych klientów i nigdy nie myślał o zmianie baru. Czuł się tu ceniony i to mu najbardziej odpowiadało.

— Przepraszam pana, ale… jak kawa? — zapytał go siedzący obok młody mężczyzna w rudych, długich włosach.

— Dobra — odpowiedział i od razu odwrócił się do niego plecami, nie chcą wdawać się w dalszą rozmowę.

— Niegrzecznie tak obracać się plecami do kogoś.

— Niegrzecznie to jest przeszkadzać komuś w śniadaniu — odpowiedział mu wciąż nie patrząc w jego stronę.

— Może się mylę, ale kawa to nie śniadanie.

Jarosław już nic nie odpowiedział. Postanowił się już więcej nie odzywać do natrętnego nieznajomego i wyciągnął swój telefon komórkowy, by przejrzeć najnowsze wiadomości.

— Nie lubi pan towarzystwa — ciągnął dalej swój wywód nieznajomy. — Szkoda, bo nie ma nic gorszego od śmierci w samotności. Zwłaszcza, że zbliża się ona do nas nieubłaganie.

Te słowa go nie tyle zaciekawiły, co zaniepokoiły. Odłożył telefon na bok i zniesmaczony zachowaniem nieznajomego, powiedział:

— Nie wiem jak pan, ale ja mam zamiar jeszcze trochę pożyć. Proszę lepiej zająć się sobą i zostawić mnie w spokoju.

— Nie ma sprawy, już się zamykam — odparł, unosząc ręce do góry.

Syn gospodarza przyniósł śniadanie i życząc smacznego, szybko odszedł do swoich kolejnych zadań. Wyglądało jak zwykle bardzo smakowicie i nie czekając ani chwili, Jarosław zabrał się za delektowanie się swoim zamówieniem.

— Delektuj się póki możesz — odezwał się natręt, wstając z miejsca. — Do zobaczenia w lipcu.

Przeszedł obok niego i mrugnął okiem, jakby był jego dobrym znajomym. Jarosław nawet nie podniósł głowy. Nie miał zamiaru spoufalać się z nieznajomym i koncentrując się na swoim śniadaniu, zamykając oczy, włożył do buzi kolejny kawałek smakowitego, świeżego placka. Wtedy jednak w jego głowie zabrzmiało raz jeszcze ostatnie słowa nieznajomego — „Do zobaczenia w lipcu”. Od razu wstał podenerwowany i zaczął rozglądać się za nieznajomym. Ruszył nerwowo do wyjścia, mając nadzieję, że dogoni go jeszcze, lecz nigdzie nie mógł go dojrzeć. Spojrzał na samochody zaparkowane tuż przed barem, ale nikogo w nich nie widział. Żadne nie szykowało się do wyjazdu. Przebiegł więc do końca baru, by spojrzeć, czy mężczyzna nie parkował gdzieś z boku baru. Nie widząc nikogo, przebiegł jeszcze dalej, okrążając cały budynek, ale mężczyzna jakby zapadł się pod ziemię. Nigdzie nie było po nim ani śladu. Wrócił więc do środka i usiadł przy swoim stoliku wyraźnie zaniepokojony.

— Coś się stało? — zapytał go właściciel.

— Ten mężczyzna… który siedział obok mnie. Znał go pan?

Ten jednak tylko pokiwał przecząco głową i odparł:

— Pierwszy raz go tu widziałem.

— Może pana syn, będzie go kojarzył?

— Wątpię, w naszej rodzinie, to ja mam pamięć do twarzy. On lepiej zajmuje się cyframi i rachunkami… a coś nie tak?

— Nie, nie, tak tylko pytałem.

— A jak śniadanie?

— Wyśmienite, jak zawsze.

— To się cieszę. Smacznego jeszcze raz życzę.

Gospodarz odszedł, ale Jarosław nie mógł wciąż zapomnieć o natarczywym mężczyźnie. Zaczynało go to coraz bardziej denerwować. Miał dzisiaj tylko dojechać na spotkanie z prezesem firmy, a jeszcze nie był w połowie drogi, gdy już trzy razy ktoś go zaczepił z jakąś dziwną, wymyśloną datą, o której nie miał pojęcia. Na dodatek jeszcze słowo „RIP”, które cokolwiek by o tym nie powiedzieć, kojarzy się tylko z jednym — śmiercią. Tylko czyją? Przecież nie jego?

Na szczęście dalsza droga już minęła bez żadnych wydarzeń. Nikt go nie zaczepił, żaden żebrak nie pojawił się na jego drodze, a na spotkaniu dyrektorów z prezesem, mówiono tylko i wyłącznie o firmie i wynikach, tak jak było to założone.

Na wieczór tradycyjnie odbyło się spotkanie integracyjne, z którego udało mu się wyrwać tuż po północy, gdy już większość z uczestników nie kojarzyła z kim rozmawia. Sam nie lubił alkoholu ani spotkań, na których głównym tematem były tylko i wyłącznie procenty zawarte w krwi. Zawsze czekał do momentu, aż prezes opuści towarzystwo i zaraz czynił to samo. Chciał wypocząć i z samego rana wyruszyć w drogę powrotną, by jak najszybciej zająć się swoimi magazynami i problemami, które z pewnością pojawiły się w czasie jego nieobecności.


***


Gdy wracał ze stolicy, nie chciał się nigdzie zatrzymywać. Bardzo wczesne śniadanie zamówił sobie w hotelu i już około godziny dziewiątej, był na Śląsku. Przejeżdżał właśnie przez długi, leśny odcinek drogi, gdy nagle opona w jego samochodzie pękła i zarzuciło nim na drodze. Na jego szczęście nie jechał szybko, bo ciężarówka torowała mu właśnie drogę i musiał jak najszybciej zjechać na bok. Zauważył niedaleko przed nim mały zajazd, więc nie mając wyboru, zatrzymał się tam, by wymienić koło.

Zajazd nie wyglądał na zbyt często uczęszczany przez kierowców. Sam domek wyglądał, jakby nikt przy nim przez długie lata nic nie robił. Szyby w oknach były tak brudne, że nic nie dało się przez nie dojrzeć. Dach był porośnięty mchem i przykryty liśćmi i wszelkiego rodzaju odpadami z okolicznych drzew. Ściany i drzwi natomiast były tak brudne, że widać było, że jeśli już ktoś tu trafił to chwytał tylko za klamkę, która przez nielicznych klientów, a może i nawet tylko właścicieli, była w miarę czysta. Obok stały dwa samochody, które Jarosław od razu obstawił jako auta właścicieli. Patrząc na ten zajazd, nie liczył żeby ktoś zatrzymywał się w nim z własnej, nieprzymuszonej woli. Jednak dym wydobywający się z komina, świadczył że jednak zajazd jest czynny i funkcjonuje.

Jarosław nie miał zamiaru tego sprawdzać. Ściągnął marynarkę, by ją nie pobrudzić. Ubrał rękawiczki, który miał przygotowane przy zapasowym kole i podstawiając pod samochód mały podnośnik, zaczął zabierać się do pracy.

— Może pomóc? — zaskoczył go młody chłopak, stojący tuż za nim.

Nie wiedział, jakim cudem on wcześniej go nie zauważył, ale nie przejmował się tym i tylko pokiwał przecząco głową, dalej podnosząc swoje auto.

— Jak pan chce, to chociaż sobie popatrzę. Dawno nikt tu do nas nie zaglądał.

Jarosław już chciał mu wyjaśnić wszystkie łatwe do odgadnięcia przyczyny takiej sytuacji, ale nie miał zamiaru wdawać się z nim w rozmowę. Nie miał na to czasu ani chęci.

— Super samochód pan ma. Pewnie najnowszy model — zagadywał wciąż chłopak. — Wydawałoby się, że nic nie może się stać, a jednak. Może to jakiś wadliwy model.

— To tylko opona — nie wytrzymał, musiał mu odpowiedzieć.

— Nikt nigdy nie wie, co go czeka, prawda? Jedzie sobie pan lasem, a tu taki klops. Dobrze, że pan nie jechał szybko, to by się mogło źle skończyć.

Skończył podnosić samochód i już miał wstać, po klucz do odkręcania śrub, gdy młody chłopak go uprzedził i podał mu go z bagażnika.

— Poradzę sobie.

— Wiem, ale w życiu trzeba sobie pomagać, co nie?

Popatrzył tylko na niego i nie odpowiadając na kolejną jego zaczepkę, zabrał się za koło.

— No bo, jaki sens ma życie, gdy jest się samemu? Niech pan sam zobaczy. Ja…

— Oszczędź mi tego — przerwał mu Jarosław zniecierpliwionym głosem. — Wróć do taty, czy kogo tam masz i zajmij się sobą. Ja wymienię koło i jadę dalej.

— Mój tata nie żyje.

— To przykro mi.

— Ciężko chorował. Lekarze mu nie dawali więcej niż rok życia, a umarł po dwóch latach. Jarosław po raz kolejny spojrzał na niego, głęboko wzdychając i dając mu znać, że nie ma zamiaru z nim dłużej rozmawiać, lecz ten ciągnął dalej:

— Wtedy też odeszła moja matka. Zostawiła mnie i brata samego. Podobno załamała się, czy coś takiego.

— Młody — nie wytrzymał tego. — Nie interesuje mnie twoje życie. Spierdalaj, bo dłużej już nie wytrzymam.

— I co zrobisz? — zapytał, tak jakby właśnie tych słów oczekiwał.

Jarosław zaskoczony jego śmiałością odwrócił się w jego stronę i miał nadzieję, że ostre spojrzenie odstraszy bezczelnego chłopaka, ale ten ani nie drgnął. Uśmiechał się tylko i spokojnie czekał na jego ruch.

— Ehh — tylko wydobył z siebie Jarosław i wrócił do swojej pracy, mając już go serdecznie dość.

— Grozić to każdy umi.

— Umie, analfabeto — od razu go poprawił.

— Umi, umie, co to za różnica. A przezywać drugą osobę, to też każdy… — pomyślał chwilę i dokończył — …potrafi.

Odkręcił koło i z przyjemnością zaczął przykręcać nowe. Widział już koniec tej meczącej go rozmowy i z każdą chwilą zaczął się uspakajać coraz bardziej.

— Smutne musi mieć pan życie — odezwał się znów chłopak, kucając tuż obok niego. — Nie ma pan nikogo bliskiego. Jeździ pan po Polsce super samochodem i pewnie ma pan pełno kasy, ale co z tego?

— Jak to, co z tego? — znów nie wytrzymał jego zaczepki. — Ja mam pieniądze i mogę mieć wszystko. Ty zaś nie masz nic, prócz tej rudery, którą za niedługo będziecie z bratem burzyć.

— Mamy siebie nawzajem, to nam wystarczy.

Jarosław parsknął śmiechem i zaraz odpowiedział:

— Nikt wam się tu nie zatrzymuje. Jeśli mieliście jakieś oszczędności, to zaraz się wam skończą. Z czego będziecie wtedy żyć? Pewnie twój brat już nie patrzy w przyszłość tak beztrosko jak ty.

— On jest jeszcze bardziej pozytywnie nastawiony.

— To jesteście idiotami. Bez pieniędzy, tu umrzecie.

— Każdy kiedyś umrze, tylko że my będziemy wciąż mieć siebie nawzajem, a pan? Będzie dalej sam.

Tylko pokręcił głową, nie mogąc uwierzyć jak bardzo ten młody chłopak był naiwny. Mówił tak, jakby pochodził zupełnie z innego świata. Nie potrafił zrozumieć jego rozumowania i nawet nie starał się tego zrobić. Przykręcił ostatnie śruby w kole i z zadowoleniem zaczął opuszczać samochód.

— Zaraz pan odjedzie?

— Oczywiście.

— Szkoda, fajnie się z panem rozmawiało.

„Bez wzajemności” chciał odpowiedzieć, ale ugryzł się w język i bez słowa zamknął bagażnik, już gotowy do dalszej drogi.

— To życzę szerokiej drogi.

Skinął tylko głową i ruszył, szybko zostawiając młodego chłopaka daleko w tyle.

— Idioci — powiedział sam do siebie.

Włączył ponownie swoją ulubioną muzykę i mając przed sobą prostą, leśną drogę, przyspieszył, chcąc nadrobić stracony czas.

Pokonując kilka kolejnych kilometrów, musiał po raz kolejny zatrzymać swój pojazd. Tym razem jednak było to spowodowane stłuczką, jaką spowodowała młoda kobieta, nieumiejętnie wyprzedając inny samochód. Na jej szczęście poza zarysowaniem boku i kilkoma wgnieceniami w drugim pojeździe, nikomu się nic nie stało. Oboje uczestników stłuczki pozostawiło swoje auta na środku ulicy tak, że znacznie utrudnili ruch na dwóch pasach ulicy. Jarosław musiał zatrzymać się i poczekać wraz z innymi kierowcami, dopóki nikt ich nie przepuści.

Nagle ku jego zaskoczeniu, drzwi ze strony miejsca dla pasażera otworzyły się i młoda, mocno wymalowana brunetka usiadła tuż obok niego.

— A ty co, kurwa?

— Fajne auto — odpowiedziała, dotykając skóry na siedzeniach.

Jarosław patrząc na jej kolorowe barwy pod oczami i świecące krwistym czerwonym kolorem usta, powiedział:

— Nie jestem zainteresowany twoimi usługami, wypad z mojego samochodu.

— A skąd wiesz, czym się zajmuję?

— Nie trudno odgadnąć, spierdalaj.

— Czemu jesteś taki wulgarny?

— Mówiłem spie…

— Słyszałam — przerwała mu. — Powiedz mi, dlaczego jesteś taki głupi?

— Jak sama nie wyjdziesz, to wyrzucę cię z tego auta.

— I nigdy nie dowiesz się, co cię spotka dwudziestego lipca — odpowiedziała, patrząc na ruszające przed nim samochody.

— Co powiedziałaś? — zapytał zaskoczony.

— Jedź, bo wstrzymujesz ruch.

Ruszył za innymi, ale w jego głowie wciąż huczały jej ostatnie słowa.

— Powtórz, co powiedziałaś.

— Powiedziałam — odpowiedziała skupiając swój wzrok na nim. — że jesteś głupi.

— Nie wkurwiaj mnie.

— A nie mam racji?

— Co wiesz o dwudziestym lipcu? — zapytał, nie chcąc słuchać jej wywodów.

— To, że umrzesz.

Parsknął śmiechem i zaraz odparł:

— Dziwka bawi się we wróżkę?

— Idiota bawi się we wszechwiedzącego?

— Jeszcze raz mnie nazwiesz idiotą, a wypierdolę cię z tego auta.

— Idiota — odpowiedziała bez żadnego zawahania.

Ten od razu zjechał z drogi i zatrzymując się na poboczu drogi. Zdecydowanym krokiem obszedł samochód dookoła i otwarł jej drzwi.

— Wypierdalaj!

Kobieta wyszła posłusznie, a on zaraz trzasnął za nią drzwiami i już miał usiąść z powrotem za kierownicą, gdy usłyszał jej kolejne słowa:

— Wiesz, że każde twoje przekleństwo jest zapisane na twojej karcie… — przerwała na chwilę, ale widząc, że ten już rusza, dodała: — A wierz mi, lepiej mieć ją czystą jak już nadejdzie twój czas.

Po tych słowach, coś w nim pękło. Za dużo w ostatnim czasie słyszał o końcu swojego czasu. Za dużo pojawiło się w nim dziwnych ludzi, dziwnych sytuacji, z którymi jak dotąd przez całe życie się nie spotkał. Zatrzymał się i otwarł jej drzwi, zachęcając do wejścia z powrotem. Kobieta uśmiechnęła się, jakby oczekując dokładnie takiego zachowania i ponownie wsiadła do jego samochodu.

— Kim jesteś i czego ode mnie chcesz? — zapytał ją stanowczym głosem.

— Nazywam się Katarzyna.

— Nie pytam o imię, tylko kim jesteś — powiedział coraz bardziej podenerwowany. — Należysz do jakiejś grupy nękającej zwykłych obywateli? Uwzięliście się na mnie, czy co? Co ja wam zrobiłem? Skąd mnie znacie?

— Ile pytań naraz? — odpowiedziała zadowolona. — Widzę, że w końcu zacząłeś myśleć. Długo ci to zajęło, muszę przyznać.

— Przestań ze mną pogrywać! Kim jesteś?

— Powiedzmy, że kimś, kto się o ciebie martwi.

— Już wierzę. Jak długo mnie obserwujecie?

— Długo.

— Co?! Czego chcecie? Pieniędzy?

— Obrażasz mnie.

— To czego?

— Zmiany — odpowiedziała krótko, ale widząc jego niezrozumienie wypisane na twarzy od razu dodała: — Twojej zmiany, idioto.

— Nie nazywaj mnie idiotą.

— Przepraszam, ale… nie mogę się powstrzymać. Masz wszystko, a zarazem nic.

— To znaczy?

Kobieta znów zaczęła gładzić skórę na wygodnych siedzeniach w samochodzie i uśmiechając się dodała:

— Masz wszystko, co nic nie znaczy, a nie masz nic, co znaczy wszystko.

— Nienawidzę takiej gadki. Mów po ludzku! Czego nie mam? Wszystko, co dla mnie najważniejsze, to mam i sam na to zapracowałem. Wolę umrzeć bogaty, niż żyć biedny.

Katarzyna zaśmiała się delikatnie pod nosem i kiwając głową, odpowiedziała:

— Wierz mi, te twoje bogactwo zniknie wraz z tobą.

— Dlaczego twoi znajomi chcą mnie zabić tego dwudziestego lipca? I po co te całe podchody? Kartki z datą, co?

— Moi znajomi?

— Mam tego dość. Wysiadaj.

— Teraz tak grzecznie? — zapytała, zaskoczona jego ostatnim słowem.

— Zejdź mi lepiej z oczu, póki mam jeszcze trochę cierpliwości.

— Jak chcesz.

Kobieta wyszła z samochodu, a Jarosław już nie mając do niej więcej cierpliwości ruszył do dalszej drogi. Nie wiedział kim była ani czego chciała. Nic tak naprawdę się od niej nie dowiedział i miał to gdzieś. Może to tylko zbieg okoliczności, że tyle dziwnych sytuacji miało ostatnio miejsce. Może to on przesadza. Bezdomni zawsze mieli ze sobą jakieś kartki, a on nigdy na nie, nie zwracał uwagi. Kobieta natomiast była z pewnością zwykłą dziwką, która chciała odwrócić jego uwagę i pewnie go okraść. Nie była z nikim powiązana, więc musiała działać sama.

Tak to sobie tłumaczył i jadąc dalej, starał się już dłużej nad tym nie głowić. Ważniejsze były sprawy dotyczące jego magazynów i wydajności jego pracowników. Był pewien, że pod jego nieobecność spadła ona w znaczny sposób i musiał ją jak najszybciej podnieść.


***


Gdy wrócił do swojego miasta, pierwsze co zrobił, to udał się do pracy. Musiał sprawdzić wszystko na własne oczy. Ochrona była już gotowa na jego powrót i nie byli zaskoczeni jego przybyciem. Znali go już dobrze i dokładnie obliczyli czas, w który mogli spodziewać się go na terenie magazynów.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 38.16