E-book
15.75
drukowana A5
43.69
Darłowo po zmroku

Bezpłatny fragment - Darłowo po zmroku

Objętość:
204 str.
ISBN:
978-83-8440-692-2
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 43.69

“Boże mój, oświecasz moje ciemności.” Ps. 18,29

Jesień

Darłowo. Biuro detektywa

Artura Trebora, październik 2025 r.

Sprawa, której rozwiązania się podjąłem była mroczna jak listopadowa noc; bezgwiezdna, beznadziejna i zimna, ale nie mogłem narzekać, przecież sam wybrałem sobie taką pracę…

Okropność zbrodni, których byłem mimowolnym świadkiem, strata żony, przepaść duchowa, która istnieje między ludźmi; wszystko to mogłem określić jednym słowem — ciemność. Bez modlitwy z całą pewnością bym oszalał. Na szczęście — jest — modlitwa. Detektyw, który się modli?! Tak, są tacy!

Moja ulubiona ulica Powstańców Warszawskich, główny deptak Darłowa, biegnący od Bramy Kamiennej przez rynek ku mostowi, latem kolorowy i głośny, już na początku października, wyglądał jak zmęczony, spragniony ciepła pasażer, który właśnie spóźnił się na ostatni autobus.

To tutaj spędzałem swoje życie, przyjmując zgłoszenia w biurze detektywistycznym, które otworzyłem po śmierci żony. Po jej stracie spędziłem zbyt wiele dni na zwolnieniu lekarskim i szef firmy sprzedającej sprzęt detektywistyczny zastąpił mnie po prostu kimś innym. Śrubka się zepsuła, więc ją wymienił na dobrze działającą. A ja musiałem stanąć na nogi. Wyciągnąłem z szuflady zakurzony dyplom, odnowiłem licencję i zacząłem działać na własny rachunek. Zmuszenie się do wysiłku i praca odnowiły mój umysł, mimo, że sprawy, które mi się trafiały, wymagały wielkiej cierpliwości; długich godzin podglądania ludzi, robienia zdjęć z ukrycia, ustalania miejsca ich pobytu. Miałem wiele razy ochotę się poddać; nuda, monotonia i jałowość, ale zarabiać trzeba, poza tym, detektyw to osoba, która nigdy nie może się poddać.

Kiedy kończyłem kryminalistykę, a potem zdobyłem licencję detektywa, myślałem, że moja praca będzie fascynująca. Tymczasem zaraz po studiach trafiłem po prostu do sklepu i tam zostałem przez wiele lat, by utrzymać żonę i malutkiego synka, a kiedy mój syn Rafał dorósł, a Gabrysia odeszła, ja również zmieniłem swoje życie; od kilku lat jako prywatny detektyw zajmowałem się głównie oszustwami matrymonialnymi, jak chociażby to, które przytrafiło się mojej sąsiadce. Starsza pani, zadbana, cała w lokach i niebieskich rzęsach, poznała cudownego pana, który jej woził zupy i robił masaże, ale kiedy dowiedział się, że swoje mieszkanie przepisała na syna, zniknął bez śladu. Nie było już zupy ani masażu, w dodatku zniknął, pożyczając przedtem od niej “parę złotych”, których nie udało się odzyskać, bo faceta znalazłem w więzieniu, gdzie trafił za niepłacenie alimentów. Poza tym zajmowałem się najczęściej śledzeniem niewiernych małżonków. Przekazane im zdjęcia służyły potem jako amunicja w sądowych bitwach o winę za rozwód. Dla paru groszy ludzie byli gotowi wywlekać przed sądem wszystkie najbardziej bolesne rany, zamiast rozstać się po ludzku.

Rozwód to i tak cios. Dla mnie byłby gorszy od śmierci. Nigdy nie zostawiłbym mojej Gabrysi.

To ona zostawiła mnie. Rozdzieliła nas choroba — kardiomiopatia, rozrost mięśnia sercowego. Jej serce stało się zbyt wielkie, by mogło dalej tętnić życiem. Zostałem wdowcem w wieku czterdziestu lat. Nasz syn Rafał miał wtedy dziewiętnaście. Gabrysia nie doczekała jego matury. Nie pomyślałaby nawet, że zaraz po egzaminie dojrzałości wstąpi do gdańskiego seminarium.

Zostałem sam. Nie mogłem znieść ciszy. Ani radio, ani telewizja nie potrafiły jej rozproszyć. Brakowało mi głosu Gabrysi. Tego najbardziej — jej łagodnego, ciepłego tonu. Tęsknota była straszna.

Znajomi namawiali mnie: ożeń się. Umawiali spotkania z kobietami, które — jak mówili — „szukają kogoś normalnego”. Nie wiedziałem, że kobiety mogą być tak pokręcone! Jedne miały fioła na punkcie kotków, piesków, świnek morskich, inne żyły dietą wegańską, wegetariańską albo jogą. Jeszcze inne mówiły o energii, tarocie, numerologii, feng shui… Żadna nie chciała zwykłego życia, bo było dla nich „zbyt nudne”.

Któregoś dnia powiedziałem do kumpla, że mam dosyć tego kalejdoskopu dziwactw.

— Na obiad chcę mieć mięso, po pracy pójść na rower, a w niedzielę do kościoła. To wszystko. Jedyne, czego mi brakuje, to głosu Gabrysi.

— Wiesz co, mam dla ciebie kobietę idealną. Dzisiaj ci ją przywiozę.

Przyjechał z wielkim pudłem.

— Gdzie ta kandydatka na żonę? — zapytałem.

— W środku — odparł i wskazał na pudło.

Wręczył mi je i dosłownie uciekł.

— Muszę lecieć! Ona ma na imię Greta! Zna nawet twoje imię — Artur, bo mój brat tak ma na imię. Musiał wyjechać i mi ją zostawił, ale moja żona jej nienawidzi. Nie mogę mieć drugiej kobiety w domu! Zaopiekuj się nią. Bawcie się dobrze!

Oniemiałem. Stałem jak głupi z tym pudłem w rękach. W środku coś zaszeptało. Otworzyłem wieko — i w nos uderzyły mnie niebieskie pióra. Papuga!

Mieszkałem w kamienicy w centrum Darłowa. Nad ranem budził mnie krzyk mew, a teraz miałem jeszcze słuchać skrzeczenia papugi. Nie to miałem na myśli, kiedy mówiłem, że brakuje mi głosu Gabrysi!

Greta wyfrunęła z pudła, usiadła na szafie i zachrypniętym, jakby przepitym głosem oznajmiła:

— Greta kocha, kocha Arturka!

Zadzwoniłem do kumpla, żeby ją zabrał. Nie odebrał. Wtedy chwyciłem kurtkę, kluczyki od auta i pojechałem do sklepu po klatkę — żeby nie zapaskudziła nowej szafy z Ikei. I tak zamieszkałem z Gretą.

Kiedy ktoś próbował mnie swatać, mówiłem, że jestem zajęty — mieszkam z partnerką. Ona bardzo mnie kocha i ma na imię Greta.

— Twój syn zostanie księdzem, a ty żyjesz w konkubinacie? — dziwili się.

— Tak wyszło — ucinałem dyskusję.

Z biegiem czasu polubiłem Gretę. Była naprawdę miła, kiedy zachrypniętym głosem powtarzała:

— Greta kocha, kocha Arturka!

Dalej trafiały mi się nudne sprawy… aż do dnia, gdy do mojego biura weszła Julia Brzozowska.

Była bardzo blada i smutna.

— Co się stało? — zapytałem.

— Nie wiem, od czego zacząć… — głos miała tak cichy, że ledwo ją słyszałem. A może po prostu ogłuchłem od skrzeczenia Grety?

— Najlepiej od początku — powiedziałem z uśmiechem, żeby ją ośmielić.

Spojrzała na mnie i trochę zbyt długo patrzyła mi w oczy. A potem zaczęła mówić…

Julia siedziała naprzeciwko mnie, drobna, spięta, z dłonią kurczowo trzymającą pasek torebki. Mówiła cicho, jakby bała się, że ktoś ją podsłuchuje.

— Przyjechałam z Gdańska… przez ogłoszenie — zaczęła wreszcie. — Na portalu matrymonialnym.

Zamarłem z długopisem w dłoni.

— Nie pierwszy raz słyszę o takich historiach — mruknąłem. — Ale proszę mówić dalej.

— On… nazywa się Leonard Schmidt. Mówił, że mieszka sam pod Darłowem w dużym domu z ogrodem. Wydawał się miły. Kulturalny. Trochę staroświecki, ale… to mi się spodobało.

Kiwnąłem głową. Z doświadczenia wiedziałem, że staroświeckość bywała często pierwszym objawem kompletnego odlotu.

— I co się stało dalej?

— Po kilku miesiącach pisania i kilku spotkaniach w Gdańsku, w kawiarni, zaproponował, żebym przyjechała na parę dni. Mówił, że chce mnie lepiej poznać. Mówił, że mnie kocha… Zgodziłam się. — Jej głos zadrżał. — Zamieszkałam u niego.

— U niego w domu?

Skinęła głową.

— Na początku wszystko było w porządku. Śniadania razem, długie rozmowy, spacery po plaży. Ale potem… zaczęły się dziwne rzeczy.

Greta zachrzęściła skrzydłami w klatce i burknęła:

— Greta nie ufa facetom!

Julia aż podskoczyła.

— Spokojnie — powiedziałem. — Ma pani wsparcie kobiety z doświadczeniem.

Uśmiechnęła się niepewnie i kontynuowała:

— Leonard nie pozwala mi wychodzić samej. Mówi, że Darłowo to niebezpieczne miasto, że ludzie tu są zawistni. Twierdzi, że ktoś mnie obserwuje. Czasem znika na całe wieczory, a jak pytam, gdzie był, mówi tylko: w sprawach, których nie zrozumiesz.

Zanotowałem parę słów.

— Od kiedy pani zna tego Leonarda, jak długo pani u niego mieszka

— Ponad rok… Wczoraj spakowałam swoje rzeczy i wynajęłam pokój… Niepokój i strach nie pozwoliły mi tam zostać… Leonard zamyka niektóre drzwi na klucz. Na poddasze i do piwnicy. A w nocy słyszę jakieś dźwięki. Jakby ktoś tam chodził.

Zamilkła. W biurze panowała cisza, przerywana tylko przez skrzeczenie Grety, która akurat postanowiła dodać dramatyzmu:

— Arturek, nie idź tam!

Spojrzałem na nią, potem na Julię.

— Pani Brzozowska — powiedziałem powoli — jeśli to, co pani mówi, jest prawdą, to ten cały Schmidt może mieć coś grubszego na sumieniu.

— Ja nie wiem, co on ukrywa, panie Arturze. Ale chcę to sprawdzić. I… nie wrócę tam sama.

Oparłem się w fotelu, pocierając brodę.

W takich chwilach zawsze przypominał mi się głos Gabrysi: Artur, nie pakuj się w kłopoty. Ale to już było silniejsze ode mnie.

— Dobrze — powiedziałem w końcu. — Trochę zbyt mało mi pani opowiedziała. Przez rok działo się chyba dużo więcej rzeczy, skoro pani jest w takim złym stanie… Proszę mi wszystko opowiedzieć!

Greta zapiszczała z triumfem:

— Arturek chce wiedzieć!

Julia zaczęła mówić o swoim związku z Leonardem. A ja wiedziałem, że sprawa właśnie się zaczęła.

Julia. Gdańsk, 2025 r.

Otworzyłam laptopa. Zabiło mi mocniej serce. Przyszła wiadomość od Leonarada 44. A już myślałam, że nigdy się nie odezwie. Miesiąc milczenia to był cios prosto w serce.

— Przemyślałem wszystko. Przyjedź do mnie. Związek na odległość? — To się nie uda. Po co ci ten zakorkowany wiecznie Gdańsk i granie na skrzypcach w domu kultury­­­… Tutaj zagrasz na zamku Eryka Pomorskiego. Kocham cię. Nie mogę bez ciebie żyć. Będziesz moją żoną; umiłowaną, upragnioną. Przyjedź do mnie, moja Julio…

Całe życie przeleciało mi przed oczami. Zawsze byłam sama. Tylko skrzypce i muzyka. Nic więcej się nie liczyło. Kto nie ryzykuje nie pije szampana. Julia Brzozowska, 37 lat. Singielka ze skrzypcami. Ucząca dzieci gry w ognisku muzycznym. Czasem zaproszona na jakiś koncert, żeby grać drugie skrzypce. Co mnie tutaj trzyma? Nic. Jestem już dostatecznie dojrzała, by zaryzykować, zmienić swoje życie, pożegnać raz na zawsze samotną codzienność, zaznać pełni, kochać i być kochaną — zaznać szcześcia!

Okolice Darłowa

Dom Leonarda był zachwycający. Białe kolumny w kształcie dumnych atlantów prowadziły do szerokiej, rozległej przestrzeni. Latarnie ustawione na początku holu prowadziły ku wysokim schodom. Leonard ujął moją dłoń i wprowadził mnie do salonu na piętrze jak królową.

Na długim, mahoniowym stole, przykrytym bordowym atłasowym obrusem, stał świecznik w kolorze starego złota, butelka wina, posrebrzane kieliszki, patery z winogronami oraz talerze z grillowanymi warzywami. Luksus, przepych, elegancja, bogactwo. Byłam oszołomiona. Leonard odsunął krzesło stojące na szczycie stołu, abym mogła usiąść do kolacji.

Grillowane warzywa były pyszne, jednak zaczęłam rozglądać się za jakimś mięsnym dodatkiem. Leonard, jakby uchwycił w locie mój wzrok krążący po stole, powiedział:

— Jestem wegetarianinem. Pisałem ci o tym, pamiętasz?

Powiedział to tak pewnie, że nie śmiałam zaprzeczyć, choć byłam niemal pewna, że nigdy o tym nie wspominał.

— Mam nadzieję, że podzielisz moje gusta kulinarne — dodał z uśmiechem. — Och, nie… uwielbiam kurczaka ze szpinakiem. — Myślę, że zdołam cię rozkochać w warzywach. Ciężko byłoby razem mieszkać przy zbyt odmiennych gustach, nieprawdaż?

Kiwnęłam głową. Wtedy po raz pierwszy pożałowałam, że tu przyjechałam.

Leonard był jednak doskonałym obserwatorem. Nagle stał się serdeczny i czuły. Zaskoczył mnie zaproszeniem do darłowskiego zamku na koncert symfoniczny, od razu dodając, że dołączę do zespołu kameralnego, który tam grywa. I wtedy to lekkie rozczarowanie zniknęło jak wieczorna mgła.

**

Grali Vivaldiego. „Cztery pory roku”. Moje ukochane utwory, opanowane do perfekcji. Po koncercie miałam zostać na krótkie przesłuchanie, które decydowało o przyjęciu mnie do zespołu. Leonard zaznaczył, że to właściwie formalność.

Zagrałam jak najlepiej potrafiłam. Ta muzyka była dla mnie jak oddychanie.

Chciałam zaczekać na decyzję, jednak Leonard nagle odebrał ważny telefon z firmy. Prowadził prywatną klinikę rehabilitacyjną — zatrudniał masażystów i fizjoterapeutów, ogłaszał się wszędzie i nie narzekał na brak klientów.

— Mam ważny telefon, musimy już jechać. Później skontaktuję się z dyrygentem i dam ci znać, kiedy zaczynasz — powiedział, skłaniając mnie do natychmiastowego wyjścia.

Całą drogę powrotną rozmawiał o obsadzie recepcji. Gdy wróciliśmy do domu, poprosił, żebym weszła do środka, nalała nam do pucharków grzanego wina z pomarańczą i goździkami, a on zadzwoni do dyrygenta.

Byłam radosna. Akustyka zamku była wspaniała, a członkowie orkiestry serdeczni, otwarci i świetnie zgrani. Nakryłam do stołu, podgrzałam wino. Po salonie rozszedł się intensywny zapach goździków i świeżo krojonej pomarańczy.

Po chwili Leonard stanął w progu.

— Nie przyjęli cię. Ktoś okazał się lepszy. Ale od poniedziałku zaczniesz pracę w mojej klinice rehabilitacyjnej, w rejestracji.

Coś ścisnęło mnie w piersi.

— Kto był lepszy? Nie wiedziałam, że ktoś jeszcze starał się o to miejsce. Nie mówiłeś… — Mówiłem. Wybacz, jestem zmęczony. Położę się już. Jutro o dziewiątej bądź w firmie. Wyślę ci adres, bo ja muszę pojechać wcześniej.

Wypiłam grzane wino sama i wypłakałam się w aksamitną poduszkę w kolorze burgundu. Po raz drugi przemknęła mi przez myśl ucieczka do Gdańska. Ale przecież nic takiego się nie stało. Zdarza się, że ktoś jest lepszy. Pójdę do recepcji, a potem postaram się o przyjęcie do jakiegoś zespołu muzycznego. Na pewno jest tu dom kultury, ognisko muzyczne, gdzie mogłabym uczyć. Leonard przecież mnie kocha. Inaczej nie prosiłby mnie o przyjazd.

**

W kolejnych dniach dowiedziałam się, że nasze plany ślubne muszą poczekać. Powinniśmy najpierw lepiej się poznać. Dziecko? O tym w ogóle nie było mowy — ledwie się znaliśmy. Zamiast tego dostałam rasowego kota, po którego Leonard pojechał aż do Pragi. Kosztował niewiele ponad cztery tysiące złotych.

W recepcji pracowałam razem z Marleną, o której Leonard zawsze wypowiadał się niezwykle ciepło.

— Marlenka wszystko wie, wszystko ci powie. Wspaniała kobieta.

Szybko okazało się, że Marlenka potrafi być wyjątkowo złośliwa. Gdy podczas przerwy wspomniałam o filmie obejrzanym na Netflixie, chwaliła go, śmiała się, dopytywała. Pół godziny później stwierdziła głośno, że kobiety w dzisiejszych czasach nic nie robią, tylko siedzą przed Netflixem.

Kiedy powiedziałam, że chciałabym chodzić z Leonardem do kościoła w niedzielę, usłyszałam, jak chwilę później mówi do klienta:

— Niech pan przyjdzie w weekend na masaż, a nie do kościoła. Z ludźmi, którzy tam chodzą, coś jest nie tak.

Podczas rejestracji pacjentów nagle odsuwała mnie na bok:

— Ja obsłużę tego pana. Już go znam, wiem, o co chodzi.

Opowiedziałam o wszystkim Leonardowi.

— Coś ci się zdaje. Jesteś przewrażliwiona. Marlenka jest świetnym pracownikiem i dziś przyjdzie do nas na kolację. Ubierz się ładnie, bo nie wyglądasz najlepiej.

Chciało mi się płakać. Drżącymi rękami nałożyłam makijaż, ukrywając ból pod grubą warstwą podkładu. Włożyłam czarną, aksamitną sukienkę i otworzyłam drzwi roześmianej Marlence. Burza rudych loków opadała na jej czerwoną suknię do ziemi.

Leonard prawił jej komplementy. Pytał, ilu pacjentów zarejestrowała. Rozmawiał niemal wyłącznie z nią. Ja tylko donosiłam potrawy. Kiedy próbowałam dołączyć do rozmowy, nikt nie reagował. Stałam się przezroczysta.

To był wieczór, w którym pękłam. Spakowałam się i ruszyłam do drzwi.

Leonard zagrodził mi drogę.

— Dokąd idziesz? A nasze plany ślubne? Do czego chcesz wracać? Nic nie masz. — Jestem zmęczona jedzeniem samych warzyw, ignorowaniem mnie, tym dziwnym, wychudzonym kotem i twoją Marlenką, którą faworyzujesz, jakby łączyło was coś więcej. — Co ty za bzdury gadasz! Dałem ci pracę, dom. Chcę się z tobą ożenić. Kocham cię. Zostań.

Zostałam.

Przez kilka dni był miły i szarmancki. Potem usłyszałam, że Marlenka wymodelowała sobie chirurgicznie piersi i pośladki i że ja też powinnam o tym pomyśleć.

— Nie. — Co „nie”? — Nie ma mowy, żebym ingerowała w swoje ciało. Nie podobam ci się — czuję to od dawna. Zakończmy ten cyrk. — Źle mnie zrozumiałaś. Do niczego cię nie namawiam. Nie denerwuj się. Panuj nad sobą. Dzwonili z zamku — chcą cię zatrudnić jako pierwsze skrzypce.

Radość przyćmiła wszystko.

Poszłam na koncert. Było przepięknie. Po występie podeszła do mnie kobieta siedząca w pierwszym rzędzie.

— Niech pani na siebie uważa, żeby pani nie skończyła jak moja siostra.

Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale nagle, jakby wyrósł spod ziemi, pojawił się obok Leonard. Delikatnie odciągnął mnie na bok.

— Chodźmy już. To znana w Darłowie wariatka. Nie rozmawiaj z nią. Jest niebezpieczna.

**

Kolejny raz na kolację przyszła do nas moja współpracowniczka z recepcji.

Kiedy tylko zamknęły się za nią drzwi, powiedziałam:

— Nie chcę, żeby przychodziła.

Leonard odsunął krzesło z takim impetem, że aż zadrżały szklanki na stole.

— Jesteś dziwna — powiedział chłodno. — To nie jest normalne. Mam nie rozmawiać z ludźmi? Nie spotykać się z nimi? Nie będziesz mnie kontrolować ani ograniczać!

Zamilkłam. Patrzył na mnie z tą swoją nową twarzą — spokojną, uśmiechniętą, ale w oczach miał lód.

— Powinnaś nad sobą popracować — ciągnął. — To się nazywa zazdrość. Zapisałem cię na terapię. Tak dłużej być nie może. Musisz się leczyć.

Słowa uderzyły mnie jak policzek.

— Terapia? — powtórzyłam głucho. — Przecież ja tylko…

— I skończ z tym lataniem do kościoła — przerwał ostro. — To ci szkodzi. W niedzielę pójdziemy razem na jogę. Pokażę ci, czym jest prawdziwa energia. Otworzysz się na nowe doświadczenia. Czakry, samorealizacja, weganizm — to wszystko postawi cię na nogi. Przepracujesz swoje traumy i wreszcie staniesz się normalna.

Stał teraz nade mną, a ja nie miałam siły nic powiedzieć. Patrzyłam na jego dłonie — nieruchome, zaciśnięte w pięści.

Usiadłam oniemiała.

Terapia.

Czy faktycznie jestem dziwna?

**

Następnego dnia w pracy Marlenka na moje pytania o rejestr pacjentów, który nagle zniknął z bazy danych, w ogóle się nie odezwała. Rozmawiała wokół ze wszystkimi, oprócz mnie. W końcu zapytałam:

— Dlaczego przestałaś ze mną rozmawiać i nie odpowiadasz na moje pytania, dlaczego tak źle mnie traktujesz?

— Wszyscy zaświadczą, że to ty mnie źle traktujesz! Nie chcę z tobą rozmawiać! Oniemiałam.

— To jest nieprawda, nie zasłużyłam sobie na coś takiego!

Znowu powtórzyła jak wyuczone zdanie:

— Wszyscy zaświadczą w pracy, że to ty mnie źle traktujesz.

Trzęsły mi się ręce, kołatało serce z oburzenia, z gniewu, z poczucia krzywdy. Poszłam do Leonrada a ten powiedział, że moim obowiązkiem jest należyte wywiązywanie się ze współpracy z Marlenką.

— Kim jest dla ciebie ta Marlenka?

— Jest moim najlepszym pracownikiem.

Wyszłam bez słowa. Wróciłam do domu, żeby się spakować. Ogarnęło mnie tak wielkie zmęczenie, że usiadłam najpierw przed otwartą walizką. Musiałam się na chwilę położyć, żeby zebrać siły i zacząć działać.

W kącie pokoju słychać było tykanie zegara. Równe, monotonne, jakby odmierzało czas do czegoś, czego jeszcze nie rozumiałam.

Zerwałam się z łóżka, gdy tylko usłyszałam otwierające się na dole drzwi. Byłam zła na siebie, że nie zdążyłam opuścić domu przed powrotem Leonarda. Wiedziałam, że teraz będzie trudniej. Z jaką łatwością na mnie wpływał — nawet wtedy, gdy byłam zraniona. Wystarczał jego łagodny, niby pełen miłości ton, bym znów była gotowa mu wszystko wybaczyć.

W pośpiechu zaczęłam wrzucać rzeczy do walizki.

Nagle Leonard złapał mnie za rękę, odwrócił do siebie i bardzo mocno przytulił.

— Julio, moja… kocham cię tak bardzo. Jeśli było coś nie tak, powiedz, jak mogę to naprawić. Marlenka od jutra przechodzi do innego działu. Ty zostaniesz kierownikiem Działu Rejestracji Pacjentów. Rozmawiałem też z dyrygentem orkiestry kameralnej — chcą cię przyjąć do zespołu. Będziesz grała Vivaldiego w zamku Eryka Pomorskiego. Zostań. Proszę. Nie chcę cię stracić.

Pocałował mnie, nie pozwalając się wyswobodzić. Chłonęłam jego słowa. Tak bardzo chciałam, żeby były prawdziwe.

Uległam.

Kochaliśmy się czule. Czułam jego pożądanie, jego bliskość. Znów poczułam się kochana. Znów uwierzyłam, że wszystko będzie dobrze.

Następnego dnia chciałam iść do pracy, lecz Leonard namówił mnie, bym wzięła kilka dni urlopu.

— Odpoczniesz. Znów zaczniesz cieszyć się życiem.

Wracał z pracy z bukietami róż, czerwonym winem i komplementami. Pokazywał mi katalogi sal bankietowych i prosił, żebym wybrała tę najpiękniejszą — na nasz ślub.

Byłam znów szczęśliwa. Czułam się jak księżniczka.

Którejś nocy obudził mnie hałas dochodzący z piwnicy. Monotonne głosy, jakby wiele osób recytowało albo powtarzało jakieś łacińskie hasła.

Leonarda obok mnie nie było. Pościel była chłodna.

Na palcach podeszłam do drzwi i zaczęłam schodzić na dół.

**

Dom był cichy. Zbyt cichy.

Tylko zegar w salonie odmierzał sekundy, a z zewnątrz dobiegał szum morza — jednostajny, kołyszący, jakby udawał spokój.

Wyraźnie usłyszałam, jak ktoś otwiera drzwi na końcu korytarza. Te, które zawsze były zamknięte.

To musiał być Leonard.

Serce zaczęło mi bić szybciej. Schodziłam ostrożnie, stopień po stopniu. W korytarzu panował półmrok. Na dole paliła się tylko lampka w kuchni — żółta, przytłumiona, jak z innego świata.

Z dołu dobiegał szept. Cichy, monotonny, jak modlitwa. Ale nie znałam tych słów. Brzmiały jak łacińskie maksymy, niezrozumiałe, obce.

Podłoga zadrżała pod moimi stopami. Przeszły mnie ciarki. Zeszłam jeszcze jeden stopień.

I wtedy zobaczyłam.

Leonard stał tyłem do mnie przed drzwiami do piwnicy. W dłoni trzymał świecę. Wokół niego stało kilkanaście osób, mamroczących coś pod nosem. Jego cień drżał na ścianie.

Na podłodze leżało coś zawinięte w koc. Małe. Zbyt małe, by to był człowiek. A jednak niepokojąco kształtne.

Wstrzymałam oddech.

Leonard powoli odwrócił głowę. Spojrzał prosto na mnie, choć stałam w półmroku.

Uśmiechnął się.

— Julio… mówiłem, żebyś nie schodziła.

Świeca w jego dłoni zadrżała.

— Nie boisz się ciemności, prawda? — zapytał miękko. — W ciemności człowiek widzi to, czego w dzień nie chce zauważyć.

Zrobił krok w moją stronę.

— A teraz już wiesz, dlaczego musisz się leczyć.

Odwróciłam się i pobiegłam na górę. Słyszałam jego kroki, lecz mnie nie gonił. Wiedziałam jednak, że widział strach w moich oczach — i że ten strach sprawił mu przyjemność.

Tej nocy nie spałam ani chwili.

Rano powiedział, że miałam zły sen. Że muszę zrobić sobie dłuższe wolne. Że w pracy zastąpi mnie Marlenka.

— Zostań w domu. Darłowo nie jest bezpiecznym miastem — dodał, nie patrząc mi w oczy. — Nie wychodź bez mnie.

Wyszedł, jak zwykle, bez pożegnania.

Zostałam sama.

Cisza w tym domu była inna niż wszystkie — gęsta, lepka, jakby w powietrzu unosił się zapach strachu.

Nie zastanawiałam się długo. Spakowałam tylko to, co najważniejsze, i wyszłam. Nie oglądałam się za siebie.

Wynajęłam pokój obok zamku, w starym domu z widokiem na rzekę. Właścicielka była miła. Nie zadawała pytań.

Znalazłam pracę w kameralnej orkiestrze — jako pierwsze skrzypce. Dźwięk instrumentu był jak oddech. Jedyny moment, w którym znikało napięcie z karku.

Do Gdańska nie miałam po co wracać.

Byłam rozbita. Roztrzęsiona. Codziennie budziłam się ze strachem, że Leonard mnie znajdzie. Wiedziałam, co widziałam. To nie był sen. Nie byłam szalona. Nie byłam dziwna.

Leonard pisał bez przerwy.

Najpierw błagał, żebym wróciła. Potem przysyłał wiadomości, które mroziły krew:

„Ode mnie się nie odchodzi.” „To ja decyduję, kiedy znikniesz.” „Nikt ci nie uwierzy. Byłaś na terapii. Jesteś niestabilna emocjonalnie.”

Chciałam iść na policję. Naprawdę chciałam. Ale nie miałam dowodów.

Terapia — jego znajoma terapeutka, jego pieniądze, jego słowa w mojej historii.

Wszystko prowadziło do jednego wniosku: że to ja mam problem.

Wszystko było w mojej głowie.

Tylko w mojej głowie.

Usiadłam na krześle w biurze detektywa.

— Czy ja oszalałam? — zapytałam.

Artur spojrzał na mnie spokojnie.

— Nie — powiedział. — Sprawdzę tego człowieka.

Greta zachrypiała z klatki, jakby potwierdzając:

— Arturek wszystko wie.

Po raz pierwszy od miesięcy poczułam, że może jeszcze nie jest za późno.

**

Artur nie zadawał zbędnych pytań. Miał w sobie spokój ludzi, którzy widzieli już zbyt wiele, by się dziwić. Kiedy skończyłam mówić, przez chwilę tylko patrzył na ścianę, jakby układał w głowie mapę cudzych kłamstw.

— Leonard… — powtórzył wolno. — Nazwisko?

Podałam je. Zapisał je starannie w notesie, tym samym piórem, którym chwilę wcześniej skreślał coś przy nazwisku innego klienta.

— To nie pierwszy raz — powiedział cicho. — Jeszcze nie wiem, w jakim sensie. Ale ten schemat… znam go.

Greta poruszyła się w klatce. Jej czarne oczy błysnęły.

— Znam go — zachrypiała.

Artur rzucił jej krótkie spojrzenie, jakby ptak był pełnoprawnym uczestnikiem rozmowy.

— Sprawdzę wszystko — powiedział. — Klinikę. Pieniądze. Terapeutkę. I kobiety.

— Kobiety? — powtórzyłam.

Nie odpowiedział od razu.

— Takie jak ty — dodał w końcu. — Utalentowane. Wrażliwe. Samotne, podatne na uwiedzenie w złym momencie życia.

Serce zabiło mi szybciej.

**

Artur zaczął od kliniki. Przekopał rejestr działalności gospodarczych założonych na imię i nazwisko Leonard Schmidt. Pojawiła się tylko klinika masażu i terapii behawioralnej w Darłowie, ale zdjęcie Leonarda widniało również przy informacji o podobnej klinice, która kilka lat temu istniała w Pradze. Mężczyzna, który wyglądał jak Leonard był podpisany jako Dorian Jastrzębski — dyrektor kliniki rehabilitacji ducha i ciała. Ta klinika została odkupiona od Jastrzębskiego przez niejakiego Franza Zimanna. Artur skontaktował się z nowym właścicielem ośrodka. Franz Zimann stwierdził, że żadnych informacji przez telefon nie udziela. Artur następnego dnia poleciał do Pragi, żeby zebrać jak najwięcej informacji. Nie mogłam doczekać się jego powrotu. Niepokoiło mnie, że został tam dłużej, niż zamierzał. Wrócił po kilku dniach, dziwnie poważny i milczący.

— Proszę, powiedz mi wreszcie…

— Muszę zebrać myśli, poukładać to wszystko — przerwał mi Artur, był pochłonięty, rozdrażniony. Spojrzał na mnie i chyba moja mina kota, który wypadł z sań, go rozbroiła. Złagodniał, uspokoił się i sięgnął po laptopa, w którym porobił notatki.

— Czego się dowiedziałeś? — nie mogłam się doczekać jego odpowiedzi, miałam nadzieję, że to nie ja jestem szalona, że nie wymyśliłam sobie zagrożenia, które nie istniało, ale Leonard faktycznie nie prowadzi gry fair play, o czym świadczyła też zmiana imienia i nazwiska.

— Oficjalnie: Dorian Jastrzębski stworzył w Pradze nowoczesny ośrodek rehabilitacyjny, a po krótkim czasie sprzedał go Franzowi Zimann. Prywatne gabinety, fizjoterapia, masaże, terapia manualna. I nawet terapeutka behawioralna. Wysokie ceny. Dobra opinia w internecie. Sponsor lokalnych wydarzeń kulturalnych. Człowiek sukcesu.

— Tylko oficjalnie?

— Nieoficjalnie — zbyt wiele rzeczy się nie zgadza. Franz udostępnił mi dokumentację archiwalną, kiedy klinika działała jeszcze pod kierownictwem Jastrzębskiego.

— I co się okazało? Coś tam nie gra?

— Część personelu zmieniała się co kilka miesięcy. Umowy krótkoterminowe. Brak ciągłości dokumentacji. Dziwne przerwy w grafiku. Znikające nazwiska.

— Jakby ktoś sprzątał po sobie — mruknął Artur, pokazując mi wydruki.

Z bazy danych wyciągnąłem kilkanaście nazwisk pacjentek. Same kobiety. Tam, gdzie mogłem się dodzwonić, próbowałem umówić się na rozmowę o Leonardzie. Nie znały żadnego Leonarda, ale po opisie wyglądu mówiły, że to Dorian Jastrzębski, tak się wtedy nazywał, kiedy prowadził klinikę.

Nie wszystkie chciały rozmawiać. Jedna odłożyła słuchawkę. Druga powiedziała tylko: „Proszę mnie więcej nie szukać”. Trzecia płakała, zanim zdążyła się przedstawić. W końcu dwie zgodziły się na rozmowę i ich historie były jak odbicie pieczątki, identyczne. Poznały Doriana Jastrzębskiego, czyli naszego Leonarda na portalu randkowym. Przystojny, czarujący, elokwentny, szarmancki i bogaty. Oferował ślub, przeprowadzkę do jego domu, pracę.

Schemat się powtarzał.

Najpierw zachwyt. Dom. Opieka. Obietnice.

Potem praca — zawsze „tymczasowa”, zawsze „dla dobra związku”. Izolacja. Terapia. Wmawianie choroby. Kontrola. Te dwie kobiety straciły wszystkie swoje pieniądze na opłacenie terapii w klinice, którą prowadził Dorian. Wspomniały o jakiejś Klarze, która próbowała się z nimi skontaktować, by złożyć wspólne zawiadomienie na policji o doprowadzenie do zaburzeń emocjonalnych i podstępne przywłaszczenie pieniędzy, które wydała na terapię, a tak naprawdę trafiły one do kieszeni Doriana, ponieważ ta terapeutka była jego kochanką. Brzmiało to wszystko niewiarygodnie. Przecież każda z nich dobrowolnie zapisała się na terapię i opłaciła leczenie. Policja nawet nie przyjęła zgłoszenia, bo nie nosiło znamion przestępstwa. To trzy podobne historie, ale potem było gorzej…

— Gorzej? — spojrzałam z niepokojem na Artura.

— Jedna z jego partnerek trafiła na oddział psychiatryczny — powiedział Artur. — Z diagnozą zaburzeń urojeniowych. — Nieustannie opowiadała, że widzi tłum ludzi w ciemnym pomieszczeniu, płonące świece i jakieś żywe stworzenie wijące się po kamiennej posadzce.

— A inna? — zapytałam.

Zawahał się.

— Zniknęła.

— Kto?

— Terapeutka Magdalena, która na zdjęciu z dokumentacji kadrowej przypomina twoją współpracowniczkę — Marlenę.

Powietrze w pokoju zgęstniało.

**

Najtrudniejsza była terapeutka. Nazywała się Magdalena Marecka. Znalazłem jej zdjęcie. Z wyglądu przypominała mi Marlenę. Byłem pewny, że to ona. Tylko, podobnie jak Leonard, pracowała wtedy pod innym nazwiskiem.

Oficjalnie: certyfikowana specjalistka. Warsztaty, konferencje, publikacje.

Nieoficjalnie: prywatnie związana z Leonardem od lat. Zatrudniona w klinice wówczas — Doriana. Wspólne projekty. Przelewy bez tytułów.

— Ona nie leczy — powiedział Artur. — Ona podpisuje.

— Co?

— Papier. Że pacjentka jest niestabilna. Że wymaga opieki. Że nie należy jej ufać.

Greta zaklekotała nerwowo.

— Papiery są groźniejsze niż noże — zachrypiała.

**

Najstarszy ślad prowadził do Pragi.

Leonard miał tam inną klinikę. Krócej. Ciszej. Zniknęła po pożarze. Oficjalnie: instalacja elektryczna.

Nieoficjalnie: śledztwo umorzono. Świadkowie wycofali zeznania.

— I tu robi się naprawdę ciemno — powiedział Artur.

Spojrzał na mnie uważnie.

— To, co widziałaś w piwnicy… — urwał. — Czy byłaś pewna?

— Tak.

Nie zawahałam się ani przez sekundę.

Skinął głową.

— Dobrze. Bo ktoś inny widział coś podobnego. Kilka lat temu. W innym mieście.

Poczułam, jak zimno przesuwa mi się wzdłuż kręgosłupa.

— Co się z nim stało? — wyszeptałam.

Artur zamknął notes.

— Zniknął.

Greta skrzywiła głowę.

— Ciemność lubi, gdy nikt nie patrzy.

Artur spojrzał na mnie poważnie.

— Ale my będziemy patrzeć — powiedział.

Po raz pierwszy od dawna uwierzyłam, że prawda może wyjść na światło dzienne.

Tym bardziej, że jedna z kobiet, do których dotarł Artur, pojawiła się w jego biurze. Chciała mówić o Leonardzie.

Kiedy weszła, od razu poczułam zmianę w powietrzu. Była drobna, blada, zbyt szczupła, jakby ciało wciąż pamiętało długotrwały brak snu. Miała na sobie prosty płaszcz, za duży o jeden rozmiar. Ręce trzymała splecione tak mocno, że zbielały jej knykcie.

Usiadła ostrożnie, jakby bała się zająć zbyt wiele miejsca.

— Nazywam się Klara — powiedziała w końcu. — I wiem, że jeśli teraz wyjdę, już nigdy nie wrócę.

Zapadła cisza.

— Proszę mówić — odezwał się Artur spokojnie.

Klara spojrzała na mnie. Jej oczy rozszerzyły się, jakby zobaczyła własne odbicie.

— On też tak na panią patrzył — wyszeptała. — Najpierw.

Serce ścisnęło mi się boleśnie.

**

— Poznałam Leonarda siedem lat temu — zaczęła. — Byłam po rozwodzie. Grałam na wiolonczeli. Mówił, że muzyka to dar, którego nie wolno marnować.

Zamilkła, łapiąc oddech.

— Mieszkałam u niego trzy miesiące. Potem przestałam mieć kontakt z przyjaciółmi. Z rodziną. Z uczelnią. Z samą sobą.

Artur nie przerywał.

— Wysłał mnie na terapię — ciągnęła. — Do tej samej kobiety. Powiedzieli, że mam zaburzenia urojeniowe. Że wyobrażam sobie rzeczy. Że mam skłonność do fantazjowania.

Drżały jej dłonie.

— Pewnej nocy zeszłam do piwnicy.

Wstrzymałam oddech.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 43.69