E-book
10.29
drukowana A5
26.49
drukowana A5
Kolorowa
49.92
Dar starego drzewa

Bezpłatny fragment - Dar starego drzewa

z nową legendą chrześcijańską Mistyczny Władca Burz


Objętość:
101 str.
ISBN:
978-83-8221-168-9
E-book
za 10.29
drukowana A5
za 26.49
drukowana A5
Kolorowa
za 49.92

***

Ten czas niech stanie się wołaniem o POKORĘ, o uznanie siebie STWORZENIEM, NIE PANEM! /Jasna Góra, 03.05.2020/


Parę słów od autorki


Tej książeczki miało nie być. Jej treść spadła na mnie w moment, podobnie jak niedawno pewna straszna wiadomość, dzięki której jednak powstała.


Wiadomość spadała lotem pikującego wielkiego, posępnego ptaszyska… Moment lądowania oznajmiony straszliwym krzykiem rozsiał po całej Ziemi drobiny strachu, przeszywającego wszelkie istnienie. Wirus drążący społeczeństwo miał ciało i duszę. Ciało widoczne pod mikroskopem laboratoriów medycznych, duszę widoczną gołym okiem, zbrukaną od lat nowym pseudodekalogiem narzucanym ludziom czującym inaczej, których serca wystukują ostatkiem sił cichnący niemodny kodeks moralny istoty wciąż zwanej człowiekiem…

Tajemnicza bransoletka znaleziona pod drzewem przez dziesięcioletnią Marikę podarowała dziewczynce i wielu ludziom historię i przesłania zapamiętane na zawsze. Pielgrzymka do Ziemi Świętej okazuje się wyprawą do rzeczywistości równoległej — do wnętrza ludzkiej istoty, cokolwiek to znaczy i wywracającą życie do góry nogami, przywracającą to życie na nowo… Tajemnicze labirynty na Górze Oliwnej, oraz w „rzeczywistości równoległej”, niezwykłe odkrycia, chwilami niemal magiczne, lecz prawdziwe w swej istocie z udziałem przesłania z kanału „Czas po Deszczu” i jego wspaniałego twórcy — Bou. Wiadomość znaleziona w mistycznej bibliotece — Ścianie Płaczu daruje nam współczesnym od starożytnych nie tylko wyjaśnienia dotyczące Apokalipsy, ale również… prawdziwy botaniczny lek na koronawirusa, o którym wiedziano już wtedy i podano rok! Odpowiedź umieszczona w szczelinie zdaje się być odpowiedzią w sprawie wiary dla kogoś, kto ją kiedyś przeczyta, może nawet dziś? List w butelce do Boga z prośbą o ratunek dla ludzkości odpływa wodami Jordanu, czy trafi do Adresata i jaka będzie Jego odpowiedź?

/Autorka/



Wakacji tego feralnego roku miało nie być w ogóle, ewentualnie w formie bardzo okrojonej czasowo i naznaczonej wszelkimi ograniczeniami, zakazami, przykazami, pozbawionej radosnej beztroski, swobody. Dziecięca wrzawa zalewająca place zabaw, parki, plaże, korowody wycieczek, wszelkie zapachy lata, w tym zapach owoców, lodów, kwiatów, trawy, flesze aparatów upamiętniających turystyczne przeżycia, zdobyte szlaki i szczyty górskie, morskie kąpiele, wodorosty, muszelki, kamyki, ciała ucałowane brązowym dotykiem magicznych promieni, żeglowanie po urokliwych jeziorach, kolonie, obozy, wczasy, pociągi mknące po szynach na spotkanie z przygodą, stragany z pamiątkami, ogniska w lesie, biesiady na plaży do białego rana, kawiarenki napełnione po brzegi… Gdzież to wszystko zostało?! Pośród wspomnień jedynie, wspomnień sięgających ubiegłego szczęśliwego jeszcze roku, jeśli obecne czasy szczęśliwymi nazwać w ogóle się da, jeśli ktoś w ogóle ośmieli się tak je nazwać!

Na co liczył świat?! Jak bardzo pewny siebie trwał bezkarny, bezczelny?! Odważny?! Dlaczego aż tak splugawił imię człowieka?! A nade wszystko, jakim prawem splugawił Imię Boga?! Imię Ziemi?! Na co liczył ten świat?! Ile nienawiści, zawiści, zazdrości, wyroków śmierci, samobójstw, zadanych tortur fizycznych i psychicznych, ile cudzego cierpienia, bólu i strachu, ile pogwałceń wszelkich możliwych pisanych drukiem i wystukiwanych uderzeniami serca kodeksów moralnych, wystukiwanych coraz słabiej, coraz ciszej, bo serca obrośnięte zastygłym betonem znieczulicy wszechczasów doskonale tłumią takie dźwięki, ilu ludzi zabitych ciosem spojrzenia, ośmieszenia, ciosem słowa, drwin i niesłusznych oskarżeń, ile przemilczanego dobra z czyjejś strony, ile złamanych życiorysów, ile przyzwolenia na zło, ile zaniechanych gestów pomocy, ile lichwy podczas gdy gdzieś ktoś prosił jedynie o kromkę chleba, kubek wody, jedną szatę, dobre słowo i skromny dach nad głową, czy może o pracę?! Ile trzeba było mieć w sobie buty, pychy, ile zadufania w sobie i poczucia bezkarności?! Aż pękły Niebiosa, bo dalej zwyczajnie się nie dało! A Niebiosa wołały! Ostrzegały! Tylko dla kogo w tych czasach znaczy coś Jezus, Maryja ze swoimi orędziami? To przedmiot drwin, to temat niewygodny, to jak wyrzut sumienia zasypanego niczym bijące źródełko piaskiem! To temat dla bardzo leciwych już babć i dziadków! A kościół? No cóż… ”Ale kościół!” Tak określało się działanie, wypowiedź, postawę kogoś, kto niósł swym życiem światło! Być dobrym, porządnym i wierzyć w Boga to przecież żenada! Powstał w naszym współczesnym świecie nowy alfabet, to umowna klawiatura komputera z dziwnymi znakami, obcy język zła, alfabet szatana, a każdy wyraz wystukiwany na niej brzmi metalicznie i chłodno jak uderzenia narzędzia zbrodni, jak niemy, bezsłowny krzyk ofiary…

Świat po straszliwej wiadomości o pandemii na moment zamilkł, potem zdawał się być posypany siwym pyłem, jakby pokutnym popiołem, słońce świeciło dziwnym przytłumionym blaskiem, przyroda na przekór wszystkiemu wyrywała się do ludzi oszałamiającymi zapachami, które nie znajdowały spragnionych ciał, wokół których mogłyby się okręcić, podarować siebie. W obłędzie wirowały niczym perfumy z rozbitej butelki szukając daremnie celu, zaś spragnione tychże cudownych woni nosy tkwiły rozpłaszczone na szybach okiennych cichych domostw, które stały się twierdzą ochronną i więzieniem w jednym. Jedynie oczy, którym tak bardzo żal było, patrzyły lekko wilgotne od zabłąkanej łzy, w której niczym w magicznym zwierciadle odbijało się zeszłoroczne lato. Nie zabrzmi ostatni szkolny dzwonek, swojej Pierwszej Komunii św. nie przyjmą tysiące dzieci, Pan zdawał się stać zadziwiony z pełnym kielichem na środku pustych świątyń, bo oto Jego Mistyczne Ciało zostanie tak bardzo zmniejszone, skurczone czasowo o nieskończone tysiące komórek tworzących Świętą Tkankę… Odwołane przyjęcia w lokalach, nie wysłane zaproszenia, białe szatki i całe wyposażenie zamknięte w szafach, niczym w więzieniu…

Małe dłonie Mariki dotykające gładkiej, chłodnej, drewnianej powierzchni eleganckiej szafy w pokoju stołowym zdawały się chcieć zaczarować zamkniętą tam szatkę, wianek, buciki, całe wyposażenie, by jednak coś się stało i jej I Komunia odbyła się. Wiedziała jednak, że po ludzku to niemożliwe. Więc może chociaż we wrześniu! Może stanie się cud i papież Franciszek wyprosił już pod Cudownym Krucyfiksem ratunek dla ludzi, dla świata… Bo ludzie jakoś nie padli na kolana i nie ukorzyli się, nie uznali swych win błagając ratunku. Kiedyś, przed laty, w dawnych czasach ludzie byli przecież prości, nie posiadali właściwie żadnej wiedzy względem dzisiejszej, ale posiadali bojaźń bożą, skruchę, skromność, których to całkowicie zabrakło w tym naszym świecie. W świecie okrucieństwa, zła, znieczulicy, świecie rozpusty, egoizmu, nienawiści, świecie, który wykpił Boga! Nikt nie słuchał Maryjnych objawień, wyśmiewano je, podobnie jak wyśmiewano ludzi wierzących. Kościoły świeciły coraz większymi pustkami, wierni dokonywali apostazji, jako przyczynę, a raczej jako wymówkę podawali fakt, że księża są niegodni, źli, jakby rzeczywiście chodziło o nich wszystkich, nie o wybrane przypadki, jakby o mojej wierze stanowić miało to, czy drugi człowiek jest w porządku, czy nie. Jakby chleb kupiony w piekarni, w której sprzedaje niegodny, niemiły ekspedient smakował gorzej, lub miał inny skład niż ten z piekarni obok, gdzie sprzedawca wraz z chlebem rozdaje ludziom dobre słowo i uśmiech życzliwości! Jakby niesprawiedliwy nauczyciel dawał mi prawo do zaprzestania dalszej edukacji, a zły pracodawca był powodem zaprzestania poszukiwań nowej pracy, zdrada przyjaciela z kolei hasłem, by nigdy więcej nie otworzyć się na przyjaźń. Teraz najciekawsze, choć powinno być wykpione, bo pochodzi z objawień Maryi. To nie drugi człowiek cię krzywdzi, nęka, ośmiesza, zabija, odbiera ci prawo do godnego życia, to szatan działający w nim, potrząsający nim jak marionetką! Ten brat, ta siostra twoja, która tak cię plugawi godny/godna jest wielkiego współczucia, litości! Ale ty tego nie widzisz, nie rozumiesz, nie możesz pojąć i odpowiadasz złem na zło, żądasz ukarania, satysfakcji, bo nie masz siły i ochoty tego znosić, bo ciebie to boli, obraża, depcze twą godność i masz rację, tak się nie da żyć, tylko że nie drugi człowiek uczynił ci tyle zła, ale szatan działający w nim! Twój zatracony bliźni to nędzna, żałosna marionetka… Czy zdołasz wyrwać krzyżak z linkami z rąk poruszającego marionetką i sprawić, by zagrała inną rolę w życiu twoim, życiu innych ludzi, wreszcie by zagrała inaczej sama dla siebie swoją rolę?! By zdążyła pozostawić po sobie w naszym wspólnym drzewie życia ludzkości godny sęk po swojej własnej gałęzi?!

Echo pięknych pieśni wyuczonych na katechezach i na próbach wielkiej uroczystości zdawało się ginąć w niepamięci, jakby świeży cios, potężny cios miał moc je uciszyć, rozwiać we mgle…

Dziewczynka niby w jakimś półśnie wyszła z domu na ostre dość tego dnia słońce i zaklinała rzeczywistość, a łzy z powodu jego zbyt ostrego blasku zalewały jej oczy. Czy rzeczywiście tylko z tego powodu? Szła do parku, tego samego, w którym jeszcze nie tak dawno bawiła się z rówieśnikami… Szła by usiąść na ławeczce pod starymi drzewami, tak starymi niczym pomniki, w korze których czas rzeźbił historię, opowieść o ich mieście, o kolejnych pokoleniach. Tam wbiła wzrok w ziemię, potem patyczkiem rysowała znaki, których sama nie rozumiała, a czas mijał i Marika przesiedziała tam aż do obiadu. Potem wstała ciężko jakoś i ruszyła do domu. Na parkowej alejce coś leżało… Marika lubiła skarby, tajemnice, więc jej biedne serce zabiło mocniej na ten widok. Co to?! Małe dłonie trzymały brązową plecionkę z naturalnego jakby łyka, po środku tej niby bransolety było ogromne zielone, przezroczyste oko, z kamienia jakiegoś pewnie i zachodziły na nie miniaturowe gałązeczki z zielonymi listkami. Plecionka miała zapięcie, była rzeczywiście bransoletą! Ale jaka ona dziwna! Magiczna! Czarodziejska! Marika z sercem w gardle pomyślała, że to… prezent od drzewa, pod którym siedziała, bo kiedy odwróciła się ujrzała, że przedmiot leżał w zasięgu jego najdalej wysuniętych potężnych gałęzi. Nocą przyszedł sen. Stare drzewo ożyło, jej pościel szeleściła, długie sękate ramiona pokryte korą delikatnie dawały jej znak, nad nią szumiała gęstwina liści, zaś drewniana dłoń wręczyła jej dziwne klucze. Drzewo w tym śnie było przeogromne, większe niż w rzeczywistości, jego korona sięgała niebios wysokich, aż ginęła w nich za dziwną mgłą. Zacisnęła mocno dłoń, mocniej, jeszcze mocniej, potem silny magnetyczny, wręcz czarodziejski wiatr wrzucił ją jakby do zwykłej szarej rzeczywistości. Dłoń miała wciąż zaciśniętą, tylko zamiast kluczy, ściskała oczywiście swoją znalezioną magiczną bransoletę. Nie pokaże nikomu, nikomu! To jej osobisty skarb i ona musi rozszyfrować, co znaczy. Wiedziała już, ze bransoleta stanowi klucz do czegoś bardzo ważnego, do jakiejś tajemnicy być może. Dziewczynka dostała nawet rumieńców na twarzy, w pędzie zjadła rano śniadanie i szybko wybiegła z domu, zabierając ze sobą białą maseczkę na usta i nos w razie czego, gdyby ktoś zapytał dlaczego tak beztrosko biega sama po parku w takim czasie. Zaraz wróci, ale musi tam być! Musi obejrzeć drzewo i porozmawiać z nim! Musi pojąć, dlaczego ją obdarowało i musi zapytać o te klucze. Zdyszana stanęła pod swoim darczyńcą i zapytała, a drzewo opowiadało, opowiadało, opowiadało szumem gałęzi obciążonych lekko listkami młodymi, pachnącymi. Marika spała na ławeczce, tak ją uśpił ten szum — mowa drzewa. Szła teraz w swojej komunijnej szatce po dziwnej eterycznej łące z niebieską trawą, szumiał krystaliczny strumyk i opowiadał, opowiadał, zupełnie jak jej drzewo! O czym śpiewasz, o czym mówisz strumyku, zapytała. O zdroju żywej wody, której gdy się napijesz, więcej nie będziesz pragnąć. Daj mi tej wody, strumyku! Z krystalicznej wody ukształtowała się natychmiast eteryczna piękna, smukła dłoń, nabrała w swe zagłębienie trochę wody i podała Marice. Dziewczynka wypiła mały łyczek i poczuła się jakby wypiła zapas wody na całe swoje życie, a przecież to były tylko przysłowiowe krople! Podziękowała strumykowi i podeszła do swojego drzewa, które rosło teraz w zupełnie innym miejscu, samotnie, na łące z niebieską trawą, a poprzez dziurę w murawie widać było malutką Ziemię! Naszą Ziemię! A więc umarłam! Tak pomyślała sobie Marika. Dobrze że jesteś, pozwólcie dziatkom przychodzić do mnie… Cooo?! Tak mówił… Tak mówił przecież sam Jezus! Jesteś zdziwiona? Tak! Bardzo! Dlaczego mówisz słowami Jezusa do mnie? Mam takie prawo, odpowiedziało drzewo. Ty?! Drzewo może przypisywać sobie słowa Zbawiciela?! Drzewo najbardziej ze wszystkich stworzeń ma do tego prawo! Dlaczego?! Na drzewie umarłaś i na drzewie odzyskałaś życie. Ja?! Ty i wszyscy ludzie wszystkich możliwych epok przeszłych, obecnych i przyszłych, ponadczasowo. Ale to nie ja! Nie ja umarłam w Raju! Ty, ty umarłaś na drzewie w Raju i ty odzyskałaś życie na drzewie Krzyża. Ty, zapisana ponadczasowo, genetycznie w rodzaj ludzki, z którym stanowisz nierozerwalną jedność. Więc ty, moje kochane drzewo jesteś jakby tym samym, na którym to wszystko się stało najpierw w raju, potem na Golgocie, bo też posiadasz ten sam zapis genetyczny ze wszystkimi drzewami świata wszystkich czasów i to co się stało z jednym drzewem stało się jakby jednocześnie z wszystkimi na zawsze, tak? Mądra dziewczyna, zdawało się szumieć drzewo. Więc wszystkie drzewa świata były najpierw jakby wyklęte i potem na zawsze uświęcone?! Mądra dziewczyna, szumiało drzewo. I gwoździe i ciernie też! Tak, one także, szumiało drzewo. Mówisz do mnie słowami Pana, ale Jego tu nie ma, prawda? Jest, jest, szumiało spokojnie stare drzewo. Nie widzę!

Podnieście kamień, a Mnie tam znajdziecie. Rozłupcie drzewo, a jestem tam. Albowiem jak w ogniu i w wodzie, tak w każdym żywym stworzeniu jest Bóg objawiony jako życie i jego istota, opowiadało drzewo, a może Bóg?

Pokaż mi Go! Pokaż, proszę! Daj mi Go! Marika ocknęła się powtarzając słowa daj mi Go, daj mi Go! Nasza I komunia, jeśli w ogóle będzie, to będzie wczesną jesienią pewnie, no może późnym latem, ale to do mnie jakoś nie przemawia. To nie o to chodziło drzewu! Marika nie mając innego według niej wyjścia podzieliła się swoim sekretem z koleżanką Paulą, drobną, obciętą na chłopaka dziewczynką z wielodzietnej rodziny, trochę zagubioną, trochę zmanierowaną przez tych, którym starała się przypodobać. Nie wiedziała, że kiedy Pan mówi, to mówi do nas osobiście i to my winniśmy Go słuchać, rozważać w swoim sercu, jak Maryja, a nie wystawiać na widowisko! Koleżanka bardzo szybko zrobiła z Mariki i jej pięknej tajemnicy pośmiewisko, a filmik z komicznymi wstawkami o drzewie i Marice obiegł rozbawione towarzystwo rówieśników. Nawet w dobie światowej tragedii nie zaprzestano filmików ośmieszających bliźniego! Ośmieszające filmiki na ulicy, w tramwaju, w autobusie, ośmieszające rówieśników i ludzi dojrzałych, takich coś sobą przedstawiających i tych niewiele znaczących w ocenie współczesnej młodzieży, ośmieszające kaleki i dziadków, małe dzieci, jednym słowem brukające bliźniego! Trzeba być albo okrutnym do granic wykraczających poza wszelkie schematy postrzegania, albo tak głupim, lub tak odważnym, albo też do końca zawładniętym przez szatana! Marika była naiwna i pożyczyła koleżance swoją cudowną bransoletkę na jedną dobę. Potem i bransoletka miała swój własny filmik, ośmieszający ją rzecz jasna i prezentujący magiczne zaklęcia względem niej. Sama bransoletka została wystawiona przez starszą siostrę Pauli na Allegro i wyceniona wysoko, z punktu widzenia jej walorów ozdobnych. Licytowano ją, a Mariki nie było stać, by taką licytację wygrać. Jej kieszonkowe nie starczyłoby nawet na jej malutką część. Postanowiła zarobić na jej wykupienie. Przynosiła starym, chorym ludziom zakupy, wyrzucała im śmieci, czytała im gazety, pomagała pochodzić trochę po mieszkaniu, lekko poćwiczyć, wyprowadzała psy, sprzątała kuwety po kotach, nakładała im jedzenie do misek, najchętniej jednak rozmawiała z tymi starszymi ludźmi i dla nich było to najważniejsze, jednak sekretu swego nie zdradziła, a potem było jej wstyd wziąć pieniądze za swoją opiekę, pomoc i odmówiła przyjęcia zapłaty, bo taka była Marika, bo za serce nie przyjmuje się zapłaty, bo serca się nie sprzedaje. Pewnej nocy ujrzała swoją bransoletkę we śnie. Przybliżała się do niej, jakby z jakimś przekazem. Po chwili wielkie przezroczyste, połyskujące oko wyglądało niczym ekran, coś się w jego głębi działo i Marika skupiła się ile sił, by to zobaczyć. Patrzy, a tu najpierw pojawia się rajskie drzewo ze swoim sławnym owocem, potem dłoń człowieka zrywa owoc… Za chwilę znów drzewo, jakby to samo w swym przesłaniu, tylko wyglądające inaczej. Znów dłonie człowieka, które trzymają topór i po długiej pewnie i ciężkiej pracy ścinają je w konkretnym celu. Ścinają jakby to było sławne pierwotne rajskie drzewo i chociaż nim nie było, to w sensie zapisu genetycznego i w sensie symbolu było! Za chwilę kolejne dłonie CZŁOWIEKA, które dźwigają belkę z niego wykonaną i położoną na ramieniu, potem kolejne, inne dłonie ludzkie, które do drzewa krzyża przybijają czyjeś stopy i dłonie i jeszcze głos, co echem poszedł i wyrwał Marikę z tego stanu. A głos ten mówił, że od czasów raju drzewa zdawały się być przeklęte, zaś od tego momentu są błogosławione, święte! Na małą chwilkę na zielonym ekraniku bransolety pojawiła się w przybliżeniu twarz Jezusa Chrystusa, zaś na samym końcu Jego oczy, potem jedno oko, które zajęło sobą cały ekranik! W źrenicy Zbawiciela, która poszerzyła się na całą wielkość ekraniku pojawiła się kula ziemska widziana jakby z kosmosu, potem kroczący po niej człowiek i wszelkie stworzenie… Jednak kula ziemska była haniebnie przyozdobiona w koronę, w pewnym sensie cierniową, jak ta Jego! Miała na sobie koronę z wirusa! Święta źrenica zamknęła się, zawarła w sobie Ziemię, człowieka i wszelkie ziemskie stworzenie, a potem ten okrzyk… Wykonało się! Marika usiadła cała mokra od kropli potu i przerażona. Ona musi odzyskać bransoletę! Musi! Tylko jak… Jeśli opowie prawdę, wyśmieją ją, a ona stanie się wrogiem i obiektem drwin już na zawsze. Więc co? Co pozostaje?

Marika czytała starszemu panu Tadeuszowi i jego żonie Stanisławie dzisiejszą prasę, ale jakoś jej nie szło. Co się dzieje? Zapytał dziadek Tadeusz, bo tak kazał Marice do siebie mówić i bacznie obserwował jej twarz. Widać drogie dziecko, że masz zmartwienie. Przyznaj to i opowiedz nam jeśli chcesz, może wspólnie znajdziemy radę? Nooo… Nie wiem, to trudna sprawa, nie wiem… Ale my wiemy i tobie pomożemy, tylko opowiadaj!

Po kilkunastu minutach w kuchni starszego, bardzo już leciwego właściwie małżeństwa zapanowała wielka cisza. Mówiłam, że to trudna sprawa… zaczęła Marika. Może i trudna, a być może łatwa, zależy od punktu widzenia, odpowiedziała sędziwa pani Stanisława. Taaak? Marika nie dowierzała. Widzisz, tak jak oni ciebie wzięli podstępem i sprytem, tak i my weźmiemy ich, ale w dobrej intencji, więc będzie to usprawiedliwione. Niby jak mamy to zrobić? Zostaw to nam kochana! Do dziadków przyjechał w kolejne popołudnie ich wnuk, dojrzały już bardzo mężczyzna, informatyk, zarządzał on mediami społecznościowymi i miał do zaoferowania ratunek z najwyższej półki. No cóż… Wygląda to na przywłaszczenie sobie przedmiotu z premedytacją, a więc w pewnym sensie kradzież, do tego naruszenie dóbr osobistych poprzez ośmieszenie, nękanie itd. No dobrze, zrobimy z tym porządek! Piotr poprosił Marikę by weszła na swój profil na fb… Po niedługim czasie setki znajomych i ich znajomi na fb posiedli ważną wiadomość o strasznym, nikczemnym czynie koleżanki dotyczącym bransoletki, oraz ośmieszenia Mariki na fb i dręczenia. Osobiście nagrał filmik, w którym on sam siedzi za biurkiem i czyni wykład, serwując całe rozległe strony przepisów prawnych ścigających winowajców, oraz głosząc wykład moralny, którego nie powstydziłby się najlepszy fachowiec w takiej branży. Zobowiązał winną do zwrotu bransoletki, wycofania nikczemnego filmiku, publicznego przeproszenia Mariki i zobowiązania się, że nigdy więcej nie postąpi podobnie względem nikogo. Koleżance miało wszystko zostać darowane, jeśli wykona wszystkie polecenia pana Piotra i jeśli zobowiąże się bez względu na światopogląd jej rodziców i jej samej do przeczytania wyznaczonych fragmentów Pisma Świętego na tematy dotyczące miłości bliźniego i opracuje swoje na ten temat przemyślenia, po czym umieści je na fb. Jeśli tego nie zrobi, będą wyciągnięte daleko idące konsekwencje. Koleżanka Mariki oszalała ze złości, cała szkoła (obecnie przebywająca poza jej murami z wiadomej przyczyny) wyśmiała i wyszydziła, oraz skrytykowała teraz ostro na fb właśnie ją, Paulę! Nagle już nie Marikę, ale Paulę! Bo taką moc ma mądre słowo, pełne argumentów. Tylko mało komu chce się zająć czyjąś sprawą, pomóc, wyprostować ścieżki życia kogoś, kto pobłądził i ścieżki tego pokrzywdzonego. Piotrowi jakoś zależało i chciało się. Wypowiedzi były setki, co jedna to mocniejsza, bo nagle wszystkich jakby olśniło! Bo znalazł się aktor poruszający linkami marionetki, które wyrwał z rąk szatana! Marika nie wierzyła własnym oczom, że oto nagle wszyscy przeciwko Pauli, że ona sama jest nagle bohaterką, po czym odebrała zapakowaną bransoletkę przekazaną jej do rąk przez starszego brata niedobrej koleżanki.


Opracowanie tematu przez Paulę z pomocą jej rodziców


Z całą pewnością, można stwierdzić, że Biblia (szczególnie Nowy Testament) to najpiękniejszy list miłosny, Boga do człowieka.

Od wielu wieków, jest ona niekończącym się źródłem inspiracji dla poetów i pisarzy.

Jej najpiękniejszym i najbardziej cytowanym fragmentem (zdaniem wielu osób) jest Hymn o Miłości św. Pawła.

Poniżej klika pięknych cytatów z Biblii na temat miłości.


Miłość — cytaty z Biblii

„Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie oddaje za przyjaciół swoich.” — J 15,13

„Na to zaś wszystko przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości.” — Kol 3,14

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą.” — 1 Kor 13,4

„Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje nie zna Boga, bo Bóg jest miłością.” — 1J 4,7—8

„Miłość niech będzie bez obłudy. Miejcie wstręt do złego, podążajcie za dobrem.” — Rz 12,9

„Miłość nie wyrządza zła bliźniemu. Przeto miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa.” — Rz 13,10

„Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość — te trzy: z nich zaś największa jest miłość.” — 1 Kor 13,13

Rozwinięcie.


Paula wkleiła zdjęcie budynku szkoły i podpisała „szkoła”

Wkleiła zdjęcie sali lekcyjnej i podpisała „klasa”.

Poniżej wkleiła zdjęcie całej swojej klasy w sensie uczniów i podpisała „klasa”, oraz wkleiła zbiorową fotografię z uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego przedstawiająca wszystkich uczniów ich niedużej szkoły. Podpisała ”szkoła”.

Dalej napisała… Jeśli zabrudzę i ośmieszę budynek szkoły malując na jego murach obraźliwe hasła, to da się to zmyć, zamalować, przyjąć karę, obiecać poprawę i tego dotrzymać i na tym skończą się skutki mojego czynu. Podobnie jeśli zaśmiecę pomieszczenie klasowe, zniszczę ławkę, zdewastuję dekoracje, to wszystko da się sprzątnąć, pozamiatać, naprawić. Ale jeśli moim celem będzie drugi człowiek, to już zupełnie inna sprawa. Bo nawet jeśli przeproszę za ośmieszenie, za poniżenie, za obelgi i naprawię szkodę, zwrócę co zabrałam, to w osobie skrzywdzonego jeśli jest wrażliwy sprawa ta może odcisnąć piętno nawet na całym przyszłym jego życiu, bo zwątpi w siebie, poczuje się nikim, więcej nie uwierzy nikomu, będzie bojaźliwy, tchórzliwy, działający w stresie, podejrzliwy, nieufny, a może i odbierze sobie życie. Napis, jaki wymalowałam na bliźnim swoim czynem, swoim zamachem, nie zniknie pod wpływem wody i proszku, rozpuszczalnika, śmieci wrzucone przeze mnie w piękne lecz kruche naczynie jego ludzkiej godności nie znikną pod wpływem działania miotły i szmaty… Wiele pracy specjalistów, terapeutów, psychologów, czasem nawet lekarzy nie wystarczy nieraz na uleczenie takiej szkody, a wartościowa jednostka ludzka, nosząca w sobie wielki potencjał, dary, talenty, może już nigdy nie uwierzyć w siebie. Żyjmy zatem tak, byśmy wierzyli w siebie i w innych ludzi, lecz przede wszystkim tak, aby inni ludzie mogli wierzyć w nas i nigdy nie zwątpili. Paula z pomocą rodziców stworzyła ten tekst, który tak bardzo mówił o niej samej jako o… ofierze, jaką sama była jeszcze rok temu! Czy dlatego tak łatwo w ramach jakiejś źle pojętej zemsty pragnęła odegrać się na kimś, na przykład na Marice i chętnie przyłączyła się do grupki wyśmiewających wrażliwość Mariki i jej doświadczenie duchowe?

Marika przyjęła publiczne przeprosiny koleżanki na fb i osobiście, oraz przeprosiny wszystkich, którzy ją wyśmiewali. Nie zwątpiła w siebie, miała szczęście zachować wiarę w siebie i po odzyskaniu bransoletki, w której zielonym kamieniu odbijało się niebo podjęła dialog z Jezusem z krzyża. Bransoletkę teraz każdy oglądał, podziwiał, wspólnie zastanawiano się nad jej przesłaniem, przesłaniem od Starego Drzewa i nikt już z tego tematu nie drwił. Wiesz Mariko, tu w naszym Toruniu, a dokładniej w Kościele św. Jakuba mamy Cudowny Czarny Krucyfiks… Dziadek Tadeusz kontynuował swą wypowiedź… Jeśli pójść tam w malutkich grupkach lub pojedynczo z powodu zaistniałej sytuacji i na kolanach błagać o litość nad ludzkością, to może być z tego wielka sprawa! Może Jezus o tym mówił do mnie z tego krzyża, jaki ujrzałam na zielonym ekraniku czarodziejskiej bransolety we śnie?! Kto wie, może tak! Mariko, jak wyglądała głowa Pana Jezusa w twoim widzeniu, opowiedz nam. Normalnie, zwyczajnie, chociaż tak na wylot przeszywająco mnie całą! …Miał koronę cierniową i otwarte usta, jakby prawdziwie mówił! Tak smutno zwisały mu włosy i tak smutno patrzył w dół, jakby na stojących pod jego krzyżem… Włosy?! Tak… A to takie dziwne? Ale jak te włosy wyglądały, były namalowane, wyrzeźbione, czy może takie jakby naturalne? Nooo… takie jak mają lalki z prawdziwymi włosami, ciemne, długie, proste… I usta miał otwarte?! Tak, otwarte, dlaczego to dziwne? Bo widzisz Mariko, ty widziałaś właśnie ten krucyfiks! Pójdziemy tam z tobą, zobaczysz i rozpoznasz z pewnością!

Marika po wizycie w kościele św. Jakuba z dziadkiem Tadeuszem i babcią Stanisławą spacerowała teraz z nimi chwilę po parku i zadzierała wysoko głowę do góry, w korony zielonych drzew, bo drzewa to święte istoty!… Mariko, uczyłaś się z przyrody o drzewach, prawda? Tak, ale nie wiem o czym dokładnie babcia mówi? Co robią drzewa, jaką odgrywają dla nas rolę poza swym pięknem i majestatem, poza owocami i kwiatami, drewnem i wszystkim czym nas ludzi obdarowują? No pomyśl! Przecież wiesz… Co pobierają a co w zamian nam oddają? Aaa! O tym babcia mówi! Pobierają dwutlenek węgla, a oddają czysty tlen potrzebny do życia! Bardzo dobrze! Drzewo Jezusa Chrystusa, na którym umarł, zabrało w Jego Osobie od nas wszelki „dwutlenek węgla”, wszelkie zanieczyszczenie rodzaju ludzkiego i oddało w zamian „czysty tlen” potrzebny do życia! Krzyż Jezusa Chrystusa to Drzewo Tlenowe! Kto wie, powiedziała babcia rozglądając się po parku, może na jednym z tych drzew pokażą się źrenice, w których zamknięty rodzaj ludzki tkwi w najbezpieczniejszym słodkim więzieniu, uwięziony dla własnego dobra aż do skończenia świata…


„NIECH NOWE GENESIS LUDZKOŚCI RZECZYWISTOŚĆ I DUSZĘ LUDZKĄ CZYSTĄ STWORZY

JAK KRYSZTAŁ, W KTÓREJ PRZEGLĄDA SIĘ

ŚWIATŁO JUŻ NIE CIERPIĄC”/AUTORKA/


„DAR STAREGO DRZEWA W RAJU — OWOC O MOCY POZNANIA DOBRA I ZŁA — SŁODKI W SWYM SMAKU, GORYCZ SKUTKU SWEGO DZIAŁANIA ROZLAŁ W CIAŁA I DUSZE, ZAPISEM GENETYCZNYM UTRWALIŁ GO NA WIEKI”/AUTORKA/


„NIECH DAR INNEGO STAREGO DRZEWA SPRZED DWÓCH TYSIĘCY LAT — OWOC O MOCY ZBAWIENIA — BĘDZIE DOSTĘPNY DLA KAŻDEJ ISTOTY LUDZKIEJ NA ZIEMI I NIECH W TYCH CZASACH NASZYCH OSTATECZNYCH NIE ZABRAKNIE DŁONI GOTOWYCH GO ZERWAĆ ”/AUTORKA/


Wycieczka — pielgrzymka do Ziemi Świętej w intencji dziękczynno-błagalnej po czasie ograniczeń i przymusowego trwania w domach, po czasie obowiązujących odstępów między ludźmi i wszystkich temu podobnych niedogodności, zyskała rangę najszczęśliwszego wydarzenia ostatnich miesięcy. Był początek lata, bardziej koniec wiosny, bo pierwsze dni czerwca, a śmiercionośny wirus przyczajony, czy może pokonany dał spokój i życie wróciło w miarę do normy, choć nadal stosowane były pewne delikatne już teraz środki bezpieczeństwa i przewidywano niestety ponowny jego wysyp jesienią. Nieduży odrzutowiec zdawał się niecierpliwić, by wreszcie jakby wyrwany z niewoli ograniczeń poszybować w niebo ku szczęściu. Grupa pielgrzymkowa pochodząca z tej samej parafii składała się z osób w wieku bardzo zróżnicowanym, od osób starszych, przez wiek średni, młody, aż do wieku dziecięcego.


Pierwszy dzień pobytu miał być dniem wstępnego zwiedzenia, dniem zakupu pamiątek i dniem wspólnej modlitwy dziękczynno-błagalnej w sprawie pandemii i w sprawie losów naszego polskiego narodu, oraz całego świata. Tak też się stało i wieczorem zmęczeni, lecz szczęśliwi pielgrzymi oglądali pamiątki oraz dyskutowali pełni emocji nad przebiegiem tego tak owocnego dnia, podśpiewywali jeszcze radosne pieśni ze swej dzisiejszej trasy, oglądali pamiątki, po czym strudzeni zasnęli. Dzień następny był dniem wyjątkowym… Mieli wyruszyć na Górę Oliwną! Grupa stała podekscytowana, wyposażona w nieduże plecaki i oczekiwała na przewodnika. Był z nimi w grupie pielgrzymkowej ich ksiądz proboszcz. Ruszyli śpiewając radosną pieśń o zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, potem popłynął cały repertuar pieśni oazowych i po pieszej wędrówce grupa stanęła w gaju oliwnym, w którym wiatr śpiewał w liściach echem tamtych odległych dni sprzed dwóch tysięcy lat…

Stary wiatr


Stary wiatr, daleko stąd, wśród palm i oliwek,

w nim zgasłym bólem do dziś tańczą TAMTE chwile.

W nim zaklęty Twój krzyk, Twój strach, Twoja Miłość…

Ten wiatr skargą nieba do dziś mknie

przez niegościnne świątynie naszych serc…

Ich mury pęknięte Czasem? Zaniedbaniem?

Nieczułością? Zwątpieniem?

Naprawić mury świątyń-serc nam trzeba!!!

By resztki Twych ziemskich śladów, słodki nasz Więźniu

nie uleciały w porywie ludzkich podłych gwałtowności,

z wiatrem groźniejszym dziś, niż wtedy, Panie

gdy grał Ci melodramat w Getsemani,

gdy na ulicach Krzyżowej Drogi wiał w Oczy pytaniem,

gdy na Górze Konania jak wierny pies lizał każdą Ranę

i niespokojną, szczęśliwą przepowiednią

gnał nieprzytomnie w Poranek Zmartwychwstania…

Gdy szukał Cię w pustym Grobie, na szczycie Golgoty,

Na ulicach Ostatniej Drogi, pod drzewem w Getsemani

i nie znalazł. I zastygł na moment uciszony Twą Dłonią,

gdyś mu rozkazał nie szukać Żywych wśród Umarłych.

Potem wzbudzony pognał stuleciami, On — posłaniec.

Bo zawsze gdzieś będzie ktoś, kto jeszcze nie wie,

i ktoś, kto Dobrą Nowinę włożył w księgę zapomnienia

i przygniótł kamienieniem sumienia…

Dorota Worobiec

Ścieżki biegły tu na planie krzyża… Drzewa zdawały się tworzyć dziwne jakby przejścia, tylko dokąd one miały prowadzić?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.29
drukowana A5
za 26.49
drukowana A5
Kolorowa
za 49.92