E-book
10.92
drukowana A5
71.8
drukowana A5
Kolorowa
113.97
Daleka droga

Bezpłatny fragment - Daleka droga

Czarni braciszkowie

Objętość:
618 str.
ISBN:
978-83-8221-179-5
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 71.8
drukowana A5
Kolorowa
za 113.97


Moskwa

Rozdział I

O tym, że: ciekawość nie popłaca — nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło — czasem marzenia potrafią się szybko spełnić — dowiemy się, kto jest kim? — kto i dlaczego napadł na wioskę Iwana — są na świecie „czarni braciszkowie” — Iwanka jedzie do Moskwy. A po co, to się dopiero okaże.


Konie szły wolno leśnym duktem, stąpając cicho po grubej warstwie bukowych liści. Jeźdźcy — widać zmęczeni długą drogą — drzemali w siodłach. Opuszczone głowy kiwały się im rytmicznie w takt wolno stawianych końskich kopyt. W mrocznym jesiennym lesie panowała zupełna cisza i gdyby nie ciche parsknięcia, dobywające się od czasu do czasu z buchających parą chrap, nikt nawet by się nie domyślił, że drogą ciągnie mały wojskowy oddział zbrojnych. Jednak, myliłby się ten, kto by pomyślał, że przejazd odbywał się zupełnie bezwiednie, bowiem gromada była pilnie obserwowana.

Czyjeś czujne oczy już od jakiegoś czasu nie spuszczały wzroku z żołnierzy. Wykorzystując znajomość terenu i rosnące co jakiś czas kępy cisów bądź jałowca, krępa i nisko pochylona postać, podążała w ślad za cichym pochodem.

Czasem nawet wyprzedzała kawalkadę, biegnąc do przodu i przewidując którędy zbrojni pojadą. Nie było to łatwe zadanie, bo nie dość, że osoba musiała się ukrywać przed wzrokiem jadących, to jeszcze taszczyła ze sobą dwa upolowane zające.

Wreszcie, kiedy tajemniczy obserwator już znacznie wyprzedził grupę, rzucił szaraki w kępę wrzosu i zaległ za wielkim kopcem mrowiska. Tam zdjął z głowy grubą futrzaną czapę i otarł spocone czoło. Złote loki, wolnione od czapki, wysypały się na ramiona. Rękawem skórzanej kurtki otarł zwisający z nosa smark i poprawił, tkwiący na plecach łuk z kołczanem.

Przejazd wojska obserwował dwunasto, a może trzynastoletni chłopiec, szczupłej budowy ciała o wręcz dziewczęcych rysach twarzy. Kiedy chwilę odsapnął, wyjął zza pazuchy nadgryzione jabłko i cicho ugryzł kawałek, chowając resztę z powrotem pod kurtkę. Wolno żuł miąższ owocu, patrząc uważnie w stronę skąd mieli nadjechać żołnierze. Kiedy wreszcie znowu ich dostrzegł między drzewami, przywarł mocniej do mchu i tak przyczajony, dalej z ukrycia obserwował niemy pochód kalkulując, czy na rozstaju pojadą prosto, czy też może skręcą w stronę wioski.


Rumaki żołnierzy były wielkie i potężnie zbudowane.

Kobyłka wujka Wasyla z chutoru, to był przy nich jakowyś śmieszny skrzat, który mógłby im przelecieć pod brzuchem, a nawet by ich uszami nie zahaczył — pomyślał i uśmiechnął się pod nosem. — Ech, mieć takiego, jak ten czarny, co idzie na końcu…! — rozmarzył się.

Dalej z zachwytem obserwował konie i jadących.

Jeźdźcy — tak, jak i ich rumaki — też byli rosłymi mężami. A szczególnie jeden, który jechał w środku kolumny. Ubrany w długą brązową szubę z nasadzoną na głowę czarną baranicą. Przy tym wielkim mężu, to nawet wysoki koń, którego dosiadał wydawał się mały! Chłopiec patrzył na żołnierza z rozdziawioną gębą, a potem przeniósł wzrok dalej. Z samego przodu jechał chyba ich dowódca, bo czujnie obserwował teren przed sobą. Trzymał się w siodle prosto i dostojnie. Był wysoki i szeroki w barach. Długa żelazna misiurka wystawała mu spod grubej skórzanej kurtki podbitej futrem, kładąc się na udach. Na głowę miał nasadzony wysoki i złocony szłom1 ze szpicem, spod którego na kark opadał kawałek czarnego futerka zdobionego perełkami, a na mim zaś leżał żelazny oplot kolczy, chroniący kark jeźdźca.


Spod hełmu wystawały ciemne włosy, a lico zdobił ostry prosty nos, pod którym srożył się sumiasty wąs. Po jakimś czasie, jeździec odwrócił wolno głowę dokładnie w tę stronę, gdzie leżał chłopak ukryty w swojej kryjówce.

Uważne oczy lustrowały krzaki, a obserwatorowi na chwilę zamarło serce, bo wydało mu się, że dowódca kolumny zauważył go i pilnie mu się przygląda.

Włosy — mimo, że były długie — zjeżyły mu się na głowie.

Właśnie o takich hełmach opowiadał dziadek Prochor! Mówił, że to są tureckie szyszaki! Turki idą! — pomyślał i zadrżał ze strachem, niżej pochylając głowę, jakby to cokolwiek miało zmienić.

Ale niee, to niemożliwe — zreflektował się po chwili. — Turcy tutaj? Niby skąd? Puknij się w łeb głupi Iwanie…

Szybko policzył.

Będzie ze szesnaście konia i dziesięciu chłopa!… Popatrzył na tył kawalkady. Do jednego z jucznych koni były przytroczone długie drewniane piki, zaś do ich ostrych końców przyczepiono ozdobne, biało-czerwone chorągiewki. Chłopiec dopiero teraz zrozumiał kogo miał przed oczami!


Lachy jadą! — myślał gorączkowo. — Trzeba zaraz dać znać do chutoru!


Obserwując cały czas żołnierzy, nasadził na głowę czapkę, złapał za uszy zające i powoli, rakiem zaczął wycofywać się z kryjówki. Po kilku ruchach, kiedy już miał się odwrócić, poczuł na szyi zimny i bolesny dotyk żelaza.

Zabolało!

Zastygł w bezruchu. Zrozumiał, a instynkt mu podpowiedział, że lepiej będzie się nie ruszać, bo inaczej ostre niczym balwierska brzytwa ostrze, zaraz mu się wbije w kręgosłup! Trwał tak dłuższą chwilę, a kiedy ręce zaczęły mu już drżeć z wysiłku i niewygodnej pozycji, usłyszał za sobą basowy głos, który łamanym ruskim zapytał:

— A ty dziewuszko, co tu robisz?!

Przełknął ślinę.

— Ja nie dziewucha. Jestem Iwan, pachołek z pobliskiego chutoru.

Głos zaśmiał się wesoło, wbijając jednocześnie ostrze mocniej w skórę.

Popłynęła krew.

— Ja doskonale wiem i widzę ptaszyno, żeś ty nie baba! Tylko te złote loki mnie zmyliły!

Ostrze odsunęło się od szyi i zahaczyło o czapkę, która spadła na ziemię tuż przed nosem chłopaka.

Iwan chciał się poruszyć, ale stal ponownie wbiła się w szyję.

— A, a, a…! A gdzie to się Iwanka wybiera, co?!


Chłopak dostrzegł, jak ten, co jechał z przodu kolumny zawrócił konia i nie spiesząc się podjechał do nich poprzez krzaki. Stanął tuż przed chłopcem. Koń opuścił łeb i powąchał spoconą ze strachu głowę Iwana. Potem dotknął blond włosów grubymi wargami i parsknął głośno, rozsypując je na boki.

Siedzący na koniu rycerz odezwał się:

— A to co znowu, Łaska?! Kogóż my tutaj mamy?

— Złapałem dziwną leśną Iwankę, panie poruczniku!

Zaśmiał się spytany wesoło.

— Bo to ni dziewucha, ni chłopaczysko, a na dodatek… ciekawskie!

Mocniej docisnął szpic szabli do karku.

Część jeźdźców też zawróciła konie i ruszyła w las. Stanęli półkolem przed klęczącym.

— Łaska, odstąp. Chyba nam to chucherko krzywdy żadnej nie uczyni, co?


Na te słowa śmiechem parsknął jeden z jeźdźców, a ten co go zwali Łaska, odjął ostrze. Iwan odetchnął i już miał wstać, kiedy jego prześladowca zdzielił go mocno płazem szabli w wypięty tyłek.

— Auuuu…!

Chłopak zawył i podskoczył jak zraniony zwierz, pocierając rękami pośladki.

— A to była mała nauczka! Bo nie wolno z ukrycia baczyć na kogoś! Tym bardziej na zacnych rycerzy, co w gości jadą! — krzyknął jego prześladowca.


Mężczyźni zaczęli się głośno śmiać. Jednak nie przewidzieli tego, co nastąpiło po chwili.

Iwan, czerwony na gębie jak burak, błyskawicznie zdjął z pleców łuk, a po mgnieniu oka wyjęta z kołczanu strzała tkwiła na nim oparta o cięciwę. Grot był wycelowany prosto w oko Łaski, czyli Zbrosza Kapicy — zwiadowcy husarskiego pocztu.

Szybkość z jaką chłopak wykonał wszystkie te ruchy była niesamowita. Płynność i oszczędność w każdym z nich, nie pozwoliła na jakąkolwiek reakcję ze strony jeźdźców. Nawet szybki i wyćwiczony w walce Kapica był tak zaskoczony, że nawet nie zdołał podnieść szabli.


Zapadła kompletna cisza w czasie której, słychać było jedynie szybki oddech chłopaka.

— No, no mały… — mruknął rycerz, nie spuszczając wzroku z wycelowanego w oko ostrza grotu. — Odpuść. Mnie może i ustrzelisz, ale reszta towarzyszy zaraz cię usiecze, jak mi Bóg miły! Po co ginąć w tak młodym wieku? — uśmiechnął się szeroko. — Okowity i miodku dobrego nie wypijesz! Ba, nawet dziewki nie pomacasz i nie posmakujesz! Odstąp, Iwanka.


Po tych słowach, chłopak usłyszał, jak z pochew wyciągane są szable i odezwał się ten w złotym szyszaku.

— Zbrosz dobrze prawi. Opuść łuk, Iwanie. To, co robisz nic nie da… Odejdziesz w spokoju, obiecuję ci to. Słowo rycerza.

Zsiadł wolno z konia. Cięciwa zajęczała od większego napięcia. Łuk w dłoniach chłopca, jak i sama strzała, zaczęły lekko drgać.

Widząc to rycerz powiedział:

— Ja, porucznik Tomasz Groszkiewicz, herbu Samson. Grochem przez przyjaciół zwany. Dowódca oddziału, pocztu jazdy — husarii polskiej, znamienitego i jaśnie nam panującego króla, wielmożnego Sigismunda. Walczący pod dowództwem wielkiego hetmana koronnego — Stanisława Żółkiewskiego. Wraz z moimi towarzyszami obiecuję ci Iwanie, że włos z twojej głowy nie spadnie!

Wolno podszedł bliżej.

— Odpuść Iwan.

— Niech przeprosi…! — odezwał się chłopak. — Ja rozumiem złapać! Moja wina, mało czujny byłem. Ja rozumiem, naśmiewać się. Każdy wygląda, jak wygląda, ale zaraz bić?! — Krzyknął — Płazińcem, jak niedojdę jakiego…?! Niech przeprosi! Bo nie odstąpię! I niech mnie przestanie nazywać, nazywać… Iwanka! — Zawołał jaszcze bardziej napinając łuk.


Groch mrugnął okiem do Kapicy.

— Przeproś, Łaska. Przyznaj, że bijąc chłopca płazem w dupę, naraziłeś na szwank honor młodziana. Przeproś, przyjacielu…

— Dobrze poruczniku, przeproszę.

Rycerz uśmiechnął się krzywo.

— Ja Zbrosz Kapica, drugi pocztowy imć jaśnie wielmożnego porucznika Tomasza Groszkiewicza, porucznika husarii polskiej. Zwany przez przyjaciół Kapturem alibo Łaską… — przerwał na chwilę. — Przepraszam Iwankę za to, żem go płazem szabli w dupę uderzył, co ten odebrał za wielką zniewagę na honorze.

— Dalej! — zawołał chłopak — Teraz o tym, żem nie żadna Iwanka, a Iwan!


I dla podkreślenia swoich słów, poruszył nieco łukiem, co spowodowało, że oko i głowa Zbrosza zeszły nieco z celu strzały. Ten nieznaczny ruch wystarczył. Łaska odchylił głowę i jednocześnie podbijając rękę z bronią, wyrywał strzałę i złamał ją w palcach. Trwało to może mgnienie oka, a może i mniej. Po chwili Iwan znowu leżał na ziemi, przygwożdżony kolanem.

— Durny… — sapnął rycerz — gdybym tylko chciał, nadział bym cię synek na szabelkę, jak na rożen! Ani byś nie zipnął dzieciaku. Wtedy jeszcze nie wiedziałem żeś chłopię. Pomyślałem sobie: nie będę zabijał, bo szkoda dziewuchy. Może do chutoru zaprowadzi i nakarmi zmęczone bojem wojsko? Myślisz Iwanka, że my tu dla zabawy przyjechali, co? To jest wojna!

Podniósł go za kołnierz do pionu i teraz warczał mu do ucha.

— Ja już cię widziałem, kiedy pierwszego zająca ubiłeś. Pomyślałem jednak sobie: dobra jest dziewucha i ma oko! Zobaczymy, co potem zrobi. Jak co, zawsze mam czas, by jej gardło poderżnąć!

Zaśmiał się, zaś chłopakowi do śmiechu nie było i blady był jak kreda.

— A pomyślałem tak już wtedy, kiedy ubiłeś Iwanka drugiego szaraka i zacząłeś nas obserwować. Nieładnie, oj nieładnie! Trzeba wtedy było do domku, do mamy uciekać!

Wyjął zza paska długi wygięty nóż, puginałem zwany.

— Cóż, wtedy darowałem, ale teraz trudno, za dużo wiesz i za dużo widziałeś…

Mrugnął do Grocha porozumiewawczo i przyłożył stal do gardła chłopca, ale oczywiście tępą stroną.


— Zbrosz, ostaw. Obiecałem słowem honoru, że mu włos z głowy nie spadnie — powiedział poważnym głosem porucznik.

Jednak teraz odezwał się ten największy z jeźdźców i huknął potężnym basem:

— Obiecałeś Tomaszu, to prawda! Jednak kiedy mu łeb elegancko zetniem, wtedy włosy nienaruszone będą, ha! Obietnica spełniona zostanie! Ja, to nawet ucinać nie muszę, bo mogę pałkę tego chuchra oderwać od kadłubka, niczym kokoszce grzebień!

Wszyscy wesoło zaczęli rechotać. Wielki rycerz zszedł z konia, bo zeskakiwać nie musiał.

Iwan ze strachu był już bliski omdlenia. A kiedy zobaczył obok siebie tego wielkoluda wiedział już, że koniec jego jest bliski.

— Zapamiętaj chłopaku, co ci teraz powiem.

Rycerz złapał go za kurtkę i podniósł jakieś cztery łokcie do góry, na wysokość swojej twarzy. Zarośnięta gęba, niebieskie oczy. Pod prawym szrama, która szła od ucha aż do brody. W całym swoim strachu, Iwan spojrzał w te blade i zmęczone oczyska, a tam — co dziwne — nie dostrzegł żadnych krwiożerczych zamiarów, a wręcz wesołe ogniki! Jak to mówią: dobrze wielkoludowi z oczu patrzało!

— My, husaria polska, nie walczymy z takimi chudopachołkami. Mówię ci to ja: Wyzima Bobrek, pierwszy pocztowy i towarzysz imć jaśnie wielmożnego porucznika Tomasza Groszkiewicza, którego już poznałeś, a jakżeby inaczej, przyjaciel tego tu Zbrosza Kapicy.

Postawił chłopca z powrotem na ziemi.

— A nauczka płazińcem należała ci się po wielokroć, boś głupi! Inne woje już by się z tobą tak nie cackały, jak Łaska. Masz wielkie szczęście, Iwanka!

Poklepał swojego kamrata po plecach aż zadudniło.

— Wysz! — zawołał porucznik. — Aleś się nagadał! Dawno nie słyszałem z twoich ust tylu słów! Niesamowite!

Groszkiewicz podszedł bliżej do Iwana.

— Wyzima ma rację, to było głupie Iwan. Bardzo głupie. Łaska mógł cię zabić w każdej chwili, wiesz o tym. Zdajesz sobie sprawę? To dobrze, że dbasz o siebie i swój honor. Ale na przyszłość, mam prośbę: pomyśl, nim coś zrobisz! Zawsze najpierw pomyśl, dopiero potem — działaj. Zapamiętaj to sobie raz i na zawsze!

Podszedł do konia i spod kulbaki wyjął bukłak na wino. Odkorkował, upił spory łyk i podał chłopcu.

— Masz napij się, bo ci chyba ze strachu w gardle zaschło, co?

Iwan wahał się, czy wziąć poczęstunek. Groch stał z wyciągniętą ręką i czekał. Zbrosz stanął obok i niby to oglądając uważnie łuk chłopca, odezwał się:

— Przed chwilą wielmożny pan porucznik, powiedział ci: myśl chłopie, myśl…

Iwan popatrzył zdziwiony na swojego niedoszłego oprawcę, a potem wziął bukłak z ręki żołnierza i napił się, przełykając ostrożnie.

Dobre! — Przeleciało mu przez skołowaną głowę. Upił jeszcze łyk i oddał wino.

— Dziękuję — burknął.

— No dobrze! To powiedz nam Iwanka, gdzie jest ten twój chutor, co? Zdrożeni jesteśmy i dobrze by było spędzić noc pod dachem, a może i coś zjeść dobrego będzie można. Nie bój nic! Zapłacimy i nic złego się twoim nie stanie. To co? Zaprowadzisz, czy mamy sami szukać?

— Iwan. Iwan Prochorycz Tomin — przedstawił się, podnosząc głowę. — Zaprowadzę, panie.

— Aaa tam, Iwan!

Zaśmiał się Łaska, wskakując na konia.

— Iwanka! Dla nas jesteś i będziesz — Iwanka!

Spiął konia i pogalopował przed siebie.


— Wskakuj na tamtego karego luzaka. Umiesz jeździć? — spytał Groch.

Iwan kiwnął głową, że umie.

— Tylko ostrożnie. Kruk niedawno w ataku był raniony. Lewy bok grotem bełtu mu naruszyli, a rana jeszcze do końca nie zagojona. Lekki jesteś, to poniesie.

Zawołał na Bartka — ciurę obozowego.

— Bartek, a pomóż mu się wdrapać na Kruka!

Chłopcu zabłysły oczy. Pojedzie! Pojedzie na tym wielkim karym rumaku!

Jak to marzenia potrafią się czasami bardzo szybko spełniać!


* * *


Kapica wracał cwałem, dając znaki, żeby się zatrzymali. Kolumna stanęła. Łaska tak ostro spiął konia aż jego Justyś przysiadła na zadzie i nachylił się do dowódcy, żywo mu coś szepcząc do ucha. Groch po słowach Łaski kiwnął głową, odwrócił się w siodle i zawołał:

— Szyszaki na łby! Broń krótka w gotowości, sprawdzić czy bandolety i pistolety naładowane! Kto może, niech założy misiurki albo przytroczy blachy. Ruszamy za dwa pacierze. We wsi ogień i widać trupy na gościńcu. Znaczyłoby to, że ktoś naszych gospodarzy napadł!

Poleciały na ziemię kurtki, szuby, czapy i inne niepotrzebne teraz części „cywilnego” odzienia. Wszystko zaraz pozbierał i załadował na juczne konie Michał — drugi ciura obozowy, zwany przez towarzyszy Dzięciołem z racji podziobanej gęby przez ospę.

Iwan usłyszawszy, że coś niedobrego stało się w chutorze, spiął Kruka i już zamierzał odjechać. Szczęście w tym, że koń był ranny, a przez to niezbyt skory do biegania. Zresztą, widząc co się dzieje, Bartek zaraz złapał za cugle i go przystopował.

Podjechał Groch.

— Zostaniesz tutaj Iwanie razem z Dzięciołem, Bartkiem i Łaską. Nie wiemy, co się we wsi stało. Pojedziemy, to sprawdzimy. Może was zbójcy napadli, a może jacyś maruderzy wojsk Wasyla albo czort wie, co za jedni. Zbrosz dobrze wie, co ma robić. Kiedy będzie potrzeba, pomożesz mu tym swoim łukiem, ale tylko wtedy, kiedy będzie potrzeba — powtórzył. — I masz się go słuchać. No chyba, że chcesz sam wygrać tę wojnę. To droga wolna, idź.


Iwan nie chciał. Pochylił głowę i zastosował się do dobrej rady; zaczął myśleć.


* * *


Stanęli w szeregu na niewielkim i gęsto zarośniętym wzgórzu, tuż pod osłoną cisowych krzaków. Pod nimi, jakieś pół staja w dole, widać było chutor Iwana, a raczej to, co z niego zostało. Kilka domów spaliło się tylko częściowo, a inne zabudowania zostały zniszczone do cna. Między domami leżały zwłoki ludzi — mężczyzn, kobiet, a nawet dzieci. Wszędzie panowała kompletna cisza. Nawet nie było słychać szczekania psów, bo widać te albo uciekły albo zostały, tak jak i ludzie, ubite.

Przyglądali się wszystkiemu w milczeniu. Widzieli już takie obrazki nie raz. Wszędzie tam, gdzie toczyła się wojna najczęściej ginęli nie tylko żołnierze, ale przede wszystkim niczemu winni zwykli ludzie.


Groch kiwnął swoim pocztowym i zaczęli wolno zjeżdżać do wsi od frontu.

Pozostali; namiestnik, czyli zastępca porucznika — Kilian Ewikont, zwany Śledziem wraz ze swoim pocztowym — Mysłak Zdziewojem, nazywanym Maślakiem z lewej flanki, a towarzysz pocztowy Grocha — Tolimir Tumiłłowicz razem z pocztowym Milejem Dobkiem, na którego wołali z racji chudej postury — Wiór, z prawej.

Z doświadczenia wiedzieli, że wioska prawdopodobnie jest już pusta i prócz trupów, ranionych oraz tych, którym udało się gdzieś ukryć, nikogo już tutaj nie było. Ci zaś, którzy ich napadli musieli odjechać już jakiś czas temu, a dziwnym trafem z podpalonych domów ogień w wiosce sam ucichł.

Trudno też orzec ilu wioskowym jakimś cudem udało się uciec spod szabli, zbiec w las albo popaść w niewolę.

Wjechali między zabudowania i tak jak myśleli, nie było widać żadnego ruchu. Wszędzie wokół panował spokój. Unosił się jedynie słodki zapach śmierci i dymu.

Groch zeskoczył z konia i przywiązał zwierzę do żerdzi żurawia.

To samo zrobił Wysz i Unich Sellouf — trzeci pocztowy porucznika. Czujnie rozglądali się w koło, dobywając broni. Rozpoczęła się penetracja chutoru. Być może znajdą jeszcze kogoś żywego albo rannego, a być może odkryją coś, co naprowadzi ich na trop zabójców oraz — co równie być może — znajdą coś nadającego się do jedzenia.

Przeszukiwanie wioski przez żołnierzy nic nie dało. Bandyci zabrali ze sobą wszelkie dowody, które mogłyby naprowadzić na ich trop. Nie było porzuconej broni, ani trupów napastników, a wioska została dokładnie splądrowana. Wdać napastnicy mieli dużo czasu.


Z jednej z ocalałych chat wyszedł Ewikont i podnosząc rękę dał znać, żeby towarzysze podeszli do niego. W środku izby w zapadającym mroku można było dostrzec jakieś ciało leżące na barłogu ze słomy.

— Kto to jest? — spytał Groch.

Śledź wzruszył ramionami.

— Nie wiem Tomaszu, chyba jakiś miejscowy. Zawołałem cię, bo mimo rozprutych bebechów, chłopina jakimś cudem jeszcze dycha. Widać oprawcy myśleli, co on trup. Inaczej by go dobili — stwierdził. — Tak, jak zrobili przy innych. Opatrzę go, to może coś nam powie. Dobrze by było ściągnąć tutaj tego chłopaka. Dziadek ciągle coś szepcze o Iwanuszy i piciu.

Unich ukląkł i chciał podać konającemu wina z bukłaka.

— Nie rób tego!… — zawołał Śledź, łapiąc go za rękę. — Dasz mu pić, i to jeszcze wina, zaraz zemrze w mękach! Trza zawołać chłopaka, może go rozpozna i jemu coś powie.

— Maślak, wskakuj na konia i sprowadź resztę, ale nie stawajcie we wsi, a gdzieś w pobliżu, a chłopaka zaraz przyprowadź tutaj — polecił Groch.

Mysłak bez słów wyszedł z chaty.

— Wysz, zaprowadzisz konie w tamte zarośla powyżej, te same cośmy z nich obserwację chutoru prowadzili. Tam zostaniesz i będziesz pilnować, czy się czasem ktoś do chutoru nie zbliża. Wiór, zaś ty zaczaisz się po drugiej stronie, wedle brodu na strumieniu i gęstej olszyny.


Tolimir popatrzył na leżącego i bez słowa wyszedł na podwórze, chowając rapier do pochwy. Potem zajrzał jeszcze do chaty i powiedział:

— Powęszę jeszcze ździebko. Wszystkiego przecież wywieźć nie zdołali, coś musiało zostać.

Groch kiwnął głową na znak zgody i odezwał się do Selloufa.

— Unich, dziwne to wszystko, nie uważasz? Żadnych śladów? Nic nie zostało, tylko trupy wioskowych. Nie ma nawet świeżej ziemi z nagrobków, co by znaczyło, że nie pochowali swoich. Co znaczy też, że musieli swoje trupy zabrać ze sobą. A ze śladów walki widać, że chłopy broniły się dzielnie! Musiał przecież jakiś zbój polec! I to chyba nie jeden! Druga sprawa; w całym chutorze jeno się jedna martwa baba ostała? A reszta, gdzie? No i wreszcie; nie zostawili żadnej broni, ni tarczy, ni żelaza, ani kawałka materii. Wszędzie tylko chłopskie widły, siekierki i cepy…

— Też się zastanawiam Tomaszu, co się tutaj działo. Mały chutor, a tyle zachodu, żeby wszystko ukryć. Wystarczyło chałupy podpalić i byłby spokój. Potem trupy wrzucić w ogień i posprzątane. Małoto żeśmy takich obrazków widzieli? A tu podpalili, a potem co; chałupa się tylko do połowy spaliła? Ugasili? Kto ugasił i po co — chłopy? Jakby chłopy, to przecież by swojego dobytku nie zostawili, nie?

Podrapał się w głowę pod hełmem.

— Dziwne, dlaczego ktoś to zrobił, Tomaszu? Coś mi tutaj śmierdzi, przyjaciele! Oj, i to bardzo śmierdzi!…


*


Do chaty wpadł Iwan i od razu przyskoczył do leżącego. Uklęknął obok i delikatnie dotknął spoconej i bladej twarzy mężczyzny.

— Wujku Prochorze, to ja, Iwanuszka! Wujku Prochorze!

Mężczyzna wolno uniósł powieki. Oczy mu błyszczały niezdrowym gorączkowym blaskiem. Wzrok wolno szukał w mroku tego, który go wołał. Oddech miał ciężki i świszczący, a na czole perlił się obfity pot.

Unosz podał chłopcu kawałek płótna, żeby wytarł spocone oblicze rannego.

— Iwan…? To ty chłopcze? Nic nie widzę, ciemno tutaj…

Kaszlnął, a z ust pociekła strużka krwi.

— Bartek! Dawaj tutaj dwie pochodnie! A, żywo! — zawołał Unosz.

— Prochorze Siemionyczu, to ja, Iwan! Spójrz na mnie, wujku! Wszystko będzie dobrze! Wszystko będzie dobrze! — powtórzył chłopak raz jeszcze. — Przyprowadziłem żołnierzy!


W pewnej chwili, stary się nieco ożywił i złapał chłopca za rękaw koszuli. Głośnym świszczącym szeptem zaczął szybko mówić, jakby się bał, że nie zdąży opowiedzieć, co się stało nim umrze.

— Uciekaj, Iwanuszka! Uciekaj ze wsi i z lasu, chłopcze! Tutaj teraz panuje zło!… To szatan! Szatan i jego straszni słudzy zniszczyli nasz chutor! Zabili ludzi i porwali kobiety!

— Straszne rzeczy mówisz, wujku! Ale to na pewno z gorączki, która cię trawi! Uspokój się, bo utracisz resztkę sił! Opowiesz mi wszystko, kiedy już wydobrzejesz. Jestem tutaj z przyjaciółmi! Widzisz wujku? Już opatrzyli ci rany! Zabierzemy cię teraz do Moskwy, a tam zajmą się tobą medycy! Pomogą nam! Nie wysilaj się, odpoczywaj! Jak poproszę pana porucznika, to może nawet jeszcze dzisiaj wyruszymy! — mówił szybko Iwan, ściskając mocno dłoń mężczyzny. — Powiedz mi tylko wujku, gdzie są: Wiera i mateczka! Uciekły? — spytał.


— Nie! Nie!…

Stary nie słuchał i usiłował się unieść. Chłopak ujął jego głowę, którą wsparł kolanach.

— Słuchaj Iwanuszka, mnie już żaden medyk nie pomoże, bo ja wiem, że już jest po mnie… — przerwał, kaszląc głośno. — Słuchaj mnie teraz uważnie, chłopcze. Agafię i Wieroczkę porwały i uprowadziły diabły wcielone — sapnął. — Wiem, co mówię! Czorty w czarnych habitach, o białych gębach i czerwonych oczach! Wszystkich naszych ubili, a domy spalili!

Ciałem Prochora targnął kolejny atak kaszlu, a z oczu popłynęły łzy.

— Chłopy walczyli dzielnie! Sam Anton ubił toporem dwa diabelskie ścierwa!

Zaśmiał się cicho, co zaraz wywołało spazm bólu.

— Na dobrą siekierę i widły, nawet czort nie poradzi… — westchnął i uśmiechnął się słabo. — Ich przywódca dosiadał wielkiego i strasznego konia. Czekał cierpliwie aż jego pomagierzy zrobią swoje!

Zmęczony Prochor oddychał już bardzo ciężko.

— Na głowie, jak wszyscy inni, miał kaptur i nie było widać jego wrednej mordy, bo oblicze kanalii skrywał mrok! Kiedym walczył, tu pod chałupą, żeby nie zabierali Wieroczki, wtedy ten demon na koniu podjechał do mnie!…

Prochor splunął krwią na klepisko.

— Chciałem go dziabnąć widłami, ale on złapał je w locie, a potem się schylił i dźgnął mnie takim dziwnym krótkim żelazem prosto w brzuch! Dwa razy… — przerwał, oddychając z wielkim trudem.

— Pić, daj mi pić Iwanuszka, tak mnie teraz strasznie w trzewiach ogień pali… — poskarżył się, a z oczu pociekły mu łzy.


Przy chłopcu przyklęknął Unosz i podetknął Prochorowi pod usta kubek z wodą. Odezwał się Groch:

— Mówiłeś, by mu nie dawać pić, a teraz sam dajesz!

Żołnierz delikatnie sączył płyn do ust rannego.

— Wiem co robię, przyjacielu. Trzeba ulżyć umierającemu, teraz te kilka kropel wody już nie zaszkodzi…

Prochor przestał kaszleć i na moment wróciło mu więcej siły. Mocniej uchwycił koszulę Iwana i coraz słabszym głosem mówił dalej:

— Dajesz wiary, Iwaniusza?! Czort pochylił się na koniu… i nawet nie wiem kiedy, uderzył we mnie jakimś krótkim ostrzem!… Czort, uderzył mnie jakimś krótkim ostrzem! — powtórzył jeszcze raz, widać gorączka coraz bardziej mieszała mu zmysły. — Szatan, chłopcze! Wiem to na pewno! Bo kiedym upadał, złapałem go za ten jego czarci kaptur!…

Rozkaszlał się na dobre, a z ust obficie popłynęła krew. Iwan cierpliwie ocierał usta rannego własną koszulą, a Unosz co chwila dawał mu pić. Kiedy Prochor się wreszcie uspokoił, jego ciało naprężyło się mocno, a głowa odchyliła się do tyłu. Zdążył jeszcze wyszeptać kilka słów, jednak tak cicho, że trzeba się było nachylić blisko ust konającego.

— I… wtedy… ujrzałem go… Ujrzałem oblicze szatana! On wcale nie jest czarny, ani szpetny!… To jest upadły anioł… a jego lico jest delikatne i białe — niczym śnieg! Takie też ma włosy i gładką skórę, i… — przerwał zbierając siły — i, tylko te straszne nieziemskie oczy! Oczyska ma czerwone, niczym ognie piekielne. Uciekaj stąd Iwaniuszka. Uciekaj, synoczek ty moj. Musisz odnaleźć matkę, i… Wiero…


Ciało rannego naprężyło się po raz ostatni i głowa Prochora opadła bezwładnie na kolana chłopca. Z ust wypłynęła strużka krwi zmieszana ze śliną.

Umarł.

Unosz zamknął mu oczy, a na czole nakreślił znak krzyża.

Iwan głaskał mokre od potu włosy wuja i płakał. Żołnierze cicho wyszli z izby.


*


Łaska zeskoczył z konia. Rzucił cugle na ocalały kawałek płotu i podszedł do sporego krzaka jałowca, który miał mocno połamane gałęzie. Wszystko wskazywało na to, że rozegrała się tutaj jakaś ostra potyczka. Na ziemi i na kikutach złamanych gałązek widać było wiele śladów krwi.

W jednej z belek, stojącej nieopodal chałupy, tkwił głęboko wbity w drewno wielki dwustronny topór.

Zaś obok ściany leżały strzępy skrwawionego materiału i jeszcze coś, co zauważył rycerz, siedząc wysoko na swojej klaczy. I właśnie to „coś” przykuło jego uwagę.

Podszedł do krzaka, gdzie głęboko pośród gałęzi — w żółtym świetle zachodzącego dnia — błyszczał jakiś przedmiot, niewątpliwie wykonany z metalu. Łaska miał nadzieję, że nie jest to kolejna siekiera, czy chłopski sierp, a jakieś porządne ostrze.

Zaczął tam grzebać szablą, rozrzucając na boki rosnące w zaroślach pokrzywy. Wreszcie usłyszał brzęk uderzenia metalu o metal.


Pochylił się mocniej, odsunął zawadzającą mu grubszą gałąź krzewu, by po chwili stękając, wytargać spomiędzy połamanych patyków i kłującego ziela broń, która już na pierwszy rzut oka wydała się bardzo dziwna.

Podniósł żelazo i otarł znalezisko o połę płaszcza. Stwierdził, że trzyma rękach sporych rozmiarów sztylet wykuty na niemiecką modłę z długim prostym ostrzem, szerokim jelcem i poręczną rękojeścią zakończoną solidną skuwką. Jednak te cechy, to było wszystko, co mu przypominało znane sztylety tego kształtu, bo cały wygląd noża był nad wyraz dziwny, a na dodatek, jego waga była niepokojąco mała, jakby broń nie była z metalu, a… z drewna!

Ki diabeł!… — pomyślał, oglądając sztylet ze wszystkich stron.


Przecież miał oczy i widział błysk światła na doskonale wypolerowanej klindze! Dotyk i twardość, też nie pozostawiały wątpliwości! Taki chłód mógł bić jedynie od stali albo żelaza! Drewno jest ciepłe z natury, a zresztą, kto by robił sztylet z drewna!

Uśmiechnął się.

No chyba, że do treningu — kombinował dalej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 71.8
drukowana A5
Kolorowa
za 113.97