E-book
13.65
drukowana A5
50.83
Dalej niż donikąd

Bezpłatny fragment - Dalej niż donikąd


Objętość:
285 str.
ISBN:
978-83-8155-218-9
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 50.83


Powieść pt. „Dalej niż donikąd” polecam wszystkim czytelnikom zmagającym się z codziennymi słabościami w dążeniu do marzeń. Nie ma bowiem nic piękniejszego niż wyznaczanie sobie celów i wspinanie się coraz to wyżej.

Na początku chciałabym podziękować Annie Grędzie za wykonanie profesjonalnej i pełnej tajemniczości okładki mojego debiutu literackiego: Kochana, wykonałaś kawał dobrej roboty i nigdy nie przestanę polecać Cię innym!

Wyrazy ogromnej wdzięczności kieruję również do M.K., dzięki któremu mogłam przybliżyć ciągnący się przez całą historię problem głównej bohaterki powieści. Liczne rozmowy z Panem i Pańskie drogocenne rady sprawiły, że nauczyłam się tańczyć w deszczu i cieszyć każdą, nawet najkrótszą chwilą. Jeszcze raz bardzo dziękuję i życzę wszystkiego, co najlepsze! Jest Pan prawdziwym lekarzem z powołania!

Nie mogę także zapominać o swoich ukochanych Rodzicach, którzy towarzyszą mi od początku narodzin. Wasze wychowanie i miłość sprawiły, że jestem tym, kim jestem, i ogromnie się z tego cieszę. Bardzo Was kocham i jestem dumna, że jesteście moją rodziną.

Tobie, Mężu, również dziękuję, gdyż swoją cierpliwością najbardziej przyczyniłeś się do powstania tej powieści.

„Dalej niż donikąd” dedykuję wszystkim tym, którzy we mnie nie wierzyli. Marzenia trzeba spełniać i jestem tego żywym dowodem. Informuję także, że napisana przeze mnie historia jest zmyślona, a wymienione w niej postacie nie mają nic wspólnego z życiem codziennym głównej bohaterki.


Przyjemnego czytania i niesamowitych wrażeń!

Magdalena Majchrzak

(Nadstawek)


Piątek, 9 maja 2014 roku

Magda

Zaczęło się od porannej kłótni. Zresztą jak zwykle.

— Gdzie jest moja koszula?! — krzyczał, jakby popadł w histerię.

— Tam, gdzie ją zostawiłeś — odpowiedziałam głosem całkiem spokojnym.

— Wiesz co?! Dość mam już tego twojego ciągłego milczenia i podejścia do wszystkiego!

— Ale o co ci chodzi? — zapytałam Karola, zapinając dwa ostatnie guziki granatowej koszuli w drobną kratę.

— Tego! — krzyknął, rzucając kopertą, którą otrzymał ode mnie kilka dni przed swoimi urodzinami. — Wyjazd do spa?! Kpisz sobie?!

— Ale co w tym złego? Przecież to tylko kilka dni. Odpoczniemy i pobędziemy trochę razem. — powiedziałam, starając się mu uświadomić fakt, że ostatnio coraz bardziej mi go brakowało.

Miałam dość jego ciągłej nieobecności i delegacji związanych z nową pracą, o której nie mówił mi zbyt wiele.

— Magda! Do cholery, kiedy ty w końcu zrozumiesz, że mnie takie wyjazdy nie rajcują?! Chcę szaleć, korzystać z życia, a nie tylko…

— A nie tylko co?! Dalej, dokończ, co masz na myśli! — krzyknęłam zdenerwowana.

— To mało ważne — jęknął pod nosem. — Po prostu chcę żyć normalnie. Cieszyć się z życia i czerpać każdą chwilę garściami. Nawet jeśli miałbym te urodziny spędzić bez ciebie to do żadnego spa nie pojadę. Tobie bardziej przyda się taki wypoczynek — wyjaśnił Karol, nie przejmując się łzami wypływającymi z moich piwnych oczu.

— Masz rację… — przyznaję, ocierając swoje wilgotne policzki. — Twoje życie polega jedynie na imprezowaniu ze znajomymi, upijaniu się i wyrywaniu półnagich kobiet! Masz gdzieś fakt, iż twoja dziewczyna nie może uprawiać sportu, chodzić po górach i żyć tak jak normalny, zdrowy człowiek. Nic cię nie cieszy, nawet to, że na głupi, wspólny weekend zarywałam nocki w pracy. Ale co ty możesz o tym wiedzieć, skoro jesteś jedynie studentem za pieniądze swojej matki! Masz gdzieś to, czego ja pragnę! Po co troszczyć się o kogoś, kto choruje, nie wiedząc na co, prawda?! Lepiej siedzieć przed telewizorem z piwem w dłoniach niż jeździć ze mną po lekarzach! — wykrzyknęłam.

— Sama powiedziałaś, że łapiesz tylko częste infekcje — wspomniał Karol.

— A gorączki i siniaki to niby skąd? Nie zauważyłeś, że ostatnio jestem przemęczona? — zapytałam, patrząc na niego z coraz większym gniewem.

— Przecież byliśmy niedawno u rodzinnego. Nic złego nie stwierdził. A co do tych kilku plamek na ciele… hmm… zapewne znów się gdzieś uderzyłaś.

Miałam dość tej rozmowy. Wyszłam z pokoju i zatrzasnęłam się w łazience. Czułam się strasznie. Nie mogłam opanować emocji i napływających łez.

Serce waliło mi coraz mocniej, a tętno ciągle przyspieszało. Wiedziałam, że nerwy mi szkodzą. Jednak co mogłam na to poradzić? Potrzebowałam Karola bardziej niż kiedykolwiek, a on po prostu się ode mnie odwracał. W głębi duszy czułam, jak coś rozrywa me wnętrze na kawałki. Słysząc, jak przeklina, chciałam wyjść do niego. Nagle usłyszałam telefon:

— Już wychodzę. Mam dość jej humorów. Oczywiście, że zaraz będę — powiedział do kogoś Karol, po czym wybył, trzaskając drzwiami do mieszkania.


Wyszłam z łazienki kilka minut później. Już nie płakałam, gdyż chyba spodziewałam się tego wszystkiego. Co mi się w nim podobało? Sama zaczęłam się nad tym zastanawiać. Może jego postawiona na żel, czarna czupryna i duże, brązowe oczy? Mężczyzna, z którym wynajmowałam mieszkanie w Warszawie, naprawdę miał klasę. Zawsze elegancki, pachnący drogimi perfumami marki Hugo Boss. Do tego krystaliczne, białe zęby i zabójczy uśmiech. Myślałam, że mam przy sobie prawdziwy ideał, ale on chyba nie do końca szedł w parze z charakterem. Chyba byłam zazdrosna? Kiedyś tak, gdyż od zawsze oglądała się za nim ogromna liczba kobiet, jednak później to wszystko jakoś stało mi się obojętne. Tak naprawdę nigdy nie poznałam prawdziwej osobowości Karola. Był mieszanką realisty z heretykiem. Uwielbiał narzucać swoje zdanie i poglądy, w jakich tkwiło jego ego. Nie wiem, dlaczego tak naprawdę uwikłałam się w ten związek. Chyba za mocno popłynęłam, szukając przystojnego faceta, a nie skupiając swojej uwagi na charakterze. Na miłość jednak nie ma rady. Po prostu go kochałam. Nie wiem, jak mocno, ale kochałam.

Nie spałam do jakiejś drugiej w nocy. Czekałam, z nadzieją że nie wróci zalany w trupa. Szczerze mówiąc, nie potrafiłam usprawiedliwić jego optymistycznego podejścia do alkoholu. Jedyne, co mogłam, to mieć ciche myśli, że tym razem będzie trzeźwy. Niestety, tak się nie stało. Paradowałam w obcisłej bokserce, podczas gdy Karol usilnie próbował dostać się do mieszkania, nie używając przy tym kluczy. Mając dość hałasu dochodzącego z przeciwnej strony frontowych drzwi, sama mu je otworzyłam. Przemoczone do suchej nitki nogawki ciemnych dżinsów, poplamiona jakimś napojem i strasznie wygnieciona, granatowa koszula oraz oklapnięte włosy wskutek powrotu w tak straszną ulewę — tego nie da się zapomnieć.

— Przepraszam — jęknął, trzęsąc się z zimna.

Nie wiedziałem wtedy, co mu odpowiedzieć, i wpuściłam go do środka. Nie pytałam, co robił, gdzie był i z kim. Jego widok mi wystarczył. Chciałam udać się do łóżka, kiedy nagle chwycił mnie za rękę.

— Poczekaj, proszę — powiedział półszeptem. — Nie możemy tak po prostu… — zaczął, nie kończąc.

Zanim w jakikolwiek sposób zareagowałam, trzymał już rękę na moim biodrze. Choć czułam od niego alkohol, nie potrafiłam tak po prostu się odsunąć. Gdy patrzyłam w jego pijane oczy, nasuwało mi się tyle myśli naraz. Kiedy zacisnął prawą dłoń na moim udzie, wstrzymałam lekko oddech. Czułam, że serce mi przyspiesza, a ciało zaczyna delikatnie drżeć. Dotknęłam jego mokrych od deszczu włosów, a on musnął swoimi zimnymi wargami moje usta. Gdy podciągnął delikatnie moją czarną bokserkę, miałam wrażenie, że zaraz zemdleję.

— Karol, co my robimy? — pytałam na wpół przytomnym głosem.

— Ciiiii… — wyjęczał, przykładając palec wskazujący do moich spragnionych pocałunków, delikatnie zaróżowionych ust.

— Pocałuj mnie, Ewka.

Ewka? Zastanawiałam się przez chwilę. Nazwał mnie imieniem kogoś innego — powiedziałam do siebie w myślach. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam, czy powinnam zabrnąć aż tak daleko. Gdy usłyszałam, jak bierze mnie za inną kobietę, w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. Nie potrafiłam jednak zachować dystansu, o jaki prosił mnie w tamtej chwili rozum. Chyba za bardzo brakowało mi tej bliskości. Pragnęłam znów poczuć się kobietą u boku mężczyzny, którego kochałam, a który powoli, lecz wyraźnie, przestawał mnie dostrzegać. Kompletnie poddałam się tej chwili rozkoszy. Sama oparłam się o drzwi, wyginając w łuk plecy, pozwalając, by to Karol przejął kontrolę. Czułam, jak odgarnia za ucho moje sięgające aż do bioder blond włosy i zostawia delikatne pocałunki na mojej szyi. Byłam sparaliżowana na samą myśl, że będziemy się kochać. Czułam, że wykorzystuję fakt, iż mężczyzna, z którym przestawało mi się układać, jest pijany, ale tamtej nocy było to dla mnie mało ważne. Jedynie, o czym marzyłam, to, aby nie przestawał. Przyjmując na usta jego ciepłe pocałunki, postanowiłam, że to ja będę górą. Chwyciłam go mocno za kark i nawet się nie spostrzegł, kiedy to on stał pod drzwiami, a ja robiłam z nim, co chciałam. Był tak rozkojarzony tym, co się dzieje, że nawet nie odczuł odpinającej się od jego ciała koszuli. Pozbyłam się jej szybciej, niż myślałam. Chwytając skórzany pasek od jego dżinsów, całowałam namiętnie każdy kawałek klatki piersiowej. Moje palce prawej ręki, jeden po drugim, wchodziły i wychodziły z ust Karola. Kiedy guziki w spodniach były już zupełnie luźne, a pasek wisiał, odpięty z jednej i drugiej strony, podniosłam jego ręce w górę, opierając je o ciemnobrązowe drzwi do mieszkania. Palcami nagiej stopy zahaczyłam o jego krocze w taki sposób, że obcisłe, rurkowate spodnie same zsunęły się na podłogę. Nie pamiętam, jak trafiliśmy na łóżko. Kompletnie straciłam wątek i poczucie czasu. Tym razem Karol całował bez opamiętania moje nagie ciało z talią osy. Nie protestowałam, kiedy pieścił językiem moją szyję i uszy. To dziwne, ale nie przeszkadzał mi nawet palec stymulujący moją łechtaczkę. Tak bardzo go pragnęłam. Czułam, że popadam w obłęd, kiedy dociska mnie do siebie — raz delikatnie, a raz mocniej.

— Wejdź we mnie — jęknęłam, sama nie wiedząc kiedy.

Nie musiałam zbyt długo czekać na ten ruch, gdyż Karol zrobił to z taką perfekcją, że jedynie, co poczułam, to ogarniające mnie ciepło. Jego członek był bardzo ruchliwy, a ja nie potrafiłam nabrać powietrza. Pomimo że bardzo dawno się nie kochaliśmy, nie czułam fizycznego bólu, jednak z minuty na minutę coś mnie zaczynało odpychać od jego osoby. Stał się taki nachalny i mało uczuciowy. Seks z nim zaczął powoli sprawiać mi ból. Członek, którego wcześniej kontrolował, coraz mocniej wbijał się w moje wnętrze. W końcu nie wytrzymałam:

— Proszę, przestań! — krzyknęłam, próbując go od siebie odepchnąć.

Niestety, moje słowa całkowicie po nim spłynęły. Nie wiem, czy mnie nie słyszał, czy nie chciał usłyszeć. Czułam, jak łzy napływające do oczu delikatnie spływają mi po policzkach. Marzyłam jedynie o tym, aby to się skończyło. Jak można być takim tyranem? Zamiast sprawić mi przyjemność, czerpał korzyści jedynie dla samego siebie. Nie mogłam przy takiej bliskości dojść do orgazmu. Zaczynałam żałować, że dopuściłam do całej tej sytuacji. Modliłam się w myślach, aby ten koszmar w końcu się skończył. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale przy Karolu nie czułam się prawdziwą kobietą.

Sobota, 10 maja 2014 roku

Magda

Kiedy się obudziłam, jego już nie było. Miejsce, w którym leżał tak blisko mnie, było zimne i tak bardzo mi obce. Po wczorajszej nocy nie mogłam się z tego wszystkiego otrząsnąć. Myślałam o tym, co się wydarzyło, próbując wyjaśnić samej sobie zaistniałą sytuację. Patrząc przez pryzmat miłości, starałam się go usprawiedliwić. Może ta cała Ewka to tylko zwykła koleżanka? — zastanawiałam się w myślach. Cholera, czy ona jednak była aż tak ważna w jego życiu, aby pomylić mnie z nią tamtej nocy?! Nie miałam pojęcia, o której Karol wymknął się z mieszkania i gdzie teraz przebywa. Jedynie, co dostrzegłam, to podłączoną do sieci ładowarkę. Widocznie strasznie się spieszył, skoro zabrał tylko telefon i klucze od auta. Nawet dokumenty zostały na brązowej, pokrytej delikatnym kurzem półce. Początkowo obwiniałam o to wszystko siebie. W końcu to ja chorowałam i on przy mnie nie mógł żyć własnym życiem jak kiedyś. Moje nastawienie zmieniło się jednak w momencie, gdy zobaczyłam kartkę wystającą z kieszeni jego brudnych dżinsów: „Było cudownie. Czekam, aż to załatwisz. Całuję. Ewka”. Cudownie?! Załatwisz?! O co tu, do diabła, chodzi?! — pytałam samą siebie.

Postanowiłam pojechać do niego do pracy, ale kiedy wyszłam z mieszkania, przypomniałam sobie, że nawet nie wiem, gdzie pracuje. W końcu ostatnio coraz mniej mówił mi o sobie i swoich życiowych planach. Mimo to stwierdziłam, że nie zostanę w tym pomieszczeniu ani chwili dłużej. Wróciłam po kilka rzeczy, wstawiłam ostatnie pranie i, pozostawiając na szklanej ławie pierścionek zaręczynowy, który otrzymałam miesiąc temu, wyszłam, zatrzaskując drzwi. Nie miałam pojęcia, co dalej. Dokąd mam się udać? — zastanawiałam się. Stałam na jezdni pogrążona we własnych myślach. Nagle mój spokój przerwał klakson samochodu i opuszczająca się od strony pasażera szyba.

— Panienka przechodzi, czy czeka na księcia na białym koniu? — zapytał obcy mężczyzna w wieku około trzydziestu lat. Nie odpowiedziałam na jego pytanie, tylko natychmiast przeszłam na drugą stronę ulicy.

— Wypada chociaż podziękować, urodziwa blondynko — zaczepił entuzjastycznie.

— Dupek! — powiedziałam pod nosem. — To raczej należy do obowiązków kierowcy, jednak wy, faceci, nie wiecie, co należy do waszych obowiązków — uświadomiłam dobrze zbudowanemu mężczyźnie o ciemniej karnacji, po czym poszłam przed siebie.

Nie zwróciłam uwagi, kiedy natrętny mężczyzna odjechał. Jedynie, co zapamiętałam, to ciemną czapkę z daszkiem i wyłaniające się spod niej kręcone, brązowe włosy. Szłam przed siebie, kiedy na drzwiach szarego budynku zobaczyłam ogłoszenie: Casting Bądź Piękna. Uśmiechnęłam się, czytając. Nagle ktoś wyszedł ze środka.

— Jeśli masz twardy tyłek, to próbuj, ale mają strasznie wielkie wymagania — powiedziała młoda kobieta, mierząc moją szczupłą sylwetkę wzrokiem z góry na dół.

Wyglądała na zdenerwowaną — dziwne, gdyż według mnie niczego jej nie brakowało. Szczupłe, opalone nogi, widoczne spod krótkiej, czerwonej spódnicy, oraz falujące, czarne włosy do ramion dodawały jej uroku.

— Aż tak źle? — zapytałam, widząc, jak dziewczyna zmienia wysokie, czerwone obcasy na płaskie balerinki.

— Przeszkadza im dosłownie wszystko. Nie przeszłam castingu, gdyż podobno jestem zbyt sztywna przed obiektywem. Mało tego, za miesiąc kończę dwadzieścia pięć lat i wychodzę za mąż.

— To nie możesz mieć życia prywatnego? — zapytałam bardzo zdziwiona. — Wybacz, że się nie przedstawiłam. Jestem Magda — dodałam, wyciągając po chwili rękę w jej stronę.

— Miło mi, Asia — odpowiedziała, odwzajemniając gest. — Nic więcej ci nie mogę powiedzieć, gdyż tak mnie zdenerwował jeden z jurorów, że po prostu wyszłam. Jeśli masz ochotę spróbować swoich sił, tutaj masz wizytówkę fotografa, który robi zdjęcia — oznajmiła, podając mi granatową karteczkę z aparatem fotograficznym w tle. — Nazywa się Max Borowicz. Jeśli zdecydujesz się na ten casting, to do niego zadzwoń. Ona ma tutaj decydujące zdanie, gdyż ocenia po zdjęciach, kto się nada, a kto nie. Pamiętaj tylko, że to bardzo ciężki kawałek chleba, choć podobno sporo można na tym zarobić. I proszę, nie mów nikomu, że mnie znasz i to ja podałam ci jego namiary.

Rozmawiałyśmy jeszcze chwilkę, aż nagle zadzwonił do mnie Karol. Chciał się spotkać w celu wyjaśnienia kilku spraw.

— Miło było cię poznać, ale czas mnie goni — oznajmiłam do nowo poznanej dziewczyny, po czym pożegnałam się i udałam się do mieszkania.


Drzwi były otwarte, więc weszłam. Nie wiem, czy cieszyłam się na tę rozmowę. Szczerze mówiąc, nie miałam czasu nawet pomyśleć o tym, co dalej. Karol siedział na skórzanej kanapie, bawiąc się telefonem i oglądając w telewizji program sportowy. Był ewidentnie zdenerwowany.

— Jestem — powiedziałam, odkładając na podłogę torbę pełną spakowanych wcześniej rzeczy.

— Co to jest?! Drwisz sobie ze mnie?! — zapytał podniesionym tonem, wskazując przy tym na pozostawiony przeze mnie na ławie pierścionek.

— Nie chcę czegoś, co nie jest dane od serca — jęknęłam, czując, jak ze zdenerwowania serce bije mi coraz szybciej.

— O co ci, do diabła, chodzi, co?! Wiesz, ile mnie to kosztowało?! — krzyczał, uderzając kilkakrotnie w szklaną szybę.

— Niech zgadnę… Tyle co ukrywanie związku z Ewą? Myślałeś, że się nie dowiem? Diament nie zamknie mi oczu. Trzeba mieć cholerny tupet, by swoją dziewczynę nazywać imieniem innej! — wykrzyczałam, odczuwając coraz bardziej przyspieszające tętno. — Wcale mnie nie obchodzi, dlaczego to zrobiłeś — kontynuowałam, widząc, jak siedzi ze spuszczoną głową. — Wyprowadzam się, nie będę mieszkała z kimś tak ohydnym jak ty. Kochałam cię!

Krzyczałam przez łzy, po czym poczułam, że powoli nogi robią mi się jak z waty. Zrobiło mi się ciemno przed oczami i nawet nie wiem, kiedy straciłam przytomność.

Karol

Nie mam pojęcia, dlaczego tak się zachowałem. Patrzyłem, jak leży na jaskrawych panelach w gościnnym pokoju naszego miłosnego gniazdka. Nie zabrałem jej nawet w ramiona, kiedy leżała taka bezbronna i nieprzytomna. Zadzwoniłem jedynie po pogotowie, czekając, aż ją stąd zabiorą. Nie byłem w stanie dłużej na nią patrzeć. Kochałem ją, ale to wszystko chyba mnie przerosło. Nie mogłem wyznać jej prawdy. Nie uwierzyłaby mi. Nie po tym wszystkim, co się wydarzyło. Tak naprawdę do wielu krzywd przyczyniła się moja matka, która od zawsze nie tolerowała Magdy. Była kobietą zbyt zimną i władczą. Nigdy nie liczyła się ze zdaniem innych, a mój tata nie miał tyle odwagi, by się jej postawić. Zresztą, ja byłem taki sam. Czego się bałem? Chyba odsunięcia mnie od majątku, który mógłbym odziedziczyć po ich śmierci. Byłem maminsynkiem, który wszystko dostawał ot tak. Miałem wszystko — pieniądze, świetne auto, firmowe ubrania i drogie perfumy. Brakowało jedynie kobiety, a gdy już trafiłem na Magdę, nie miałem pojęcia, że jesteśmy z tak różnych światów. Widząc ją na imprezie, w czerwonej, krótkiej sukience i z rozpuszczonymi blond włosami, stojącą na parkiecie z drinkiem w dłoni i gronem znajomych, nigdy bym nie pomyślał, że mogłaby być z ubogiej rodziny. Dopiero poznając jej tatę, pracującego za granicą jako kierowca, bezrobotną mamę, która zajmowała się domem, i brata, który dopiero co złapał jakąś robotę, zrozumiałem, że matce się to nie spodoba. Mylne było moje myślenie, że zaręczyny wszystko polepszą. Pamiętam, jak na wieść o ślubie bliscy wpadli w ogromną furię.

— Nie będę tego tolerować! — krzyczała w kuchni moja czterdziestopięcioletnia matka, upuszczając wycierany w tym momencie talerz na ziemię. — Ona nawet nie jest po studiach! Nie pozwolę, by tak biedna, prosta dziewczyna weszła z brudnymi butami w naszą rodzinę!

— Zastanów się jeszcze — wtrącił brat, wychodząc ze swojego pokoju.

— Kocham ją — oznajmiłem, po czym zabrałem klucze od auta, wpakowałem do bagażnika resztę swoich rzeczy i odjechałem.

Mieszkaliśmy w Warszawie od roku. Jej rodzice nie mieli nic przeciwko, gdyż Magda bardzo często i tak stawiała na swoim.

Niestety, kiedy zachorowała, zacząłem zastanawiać się nad słowami matki. I to chyba mnie zgubiło.


* * *

Pogotowie przyjechało jakieś piętnaście minut po moim telefonie. Nie wiem, dlaczego jej wtedy nie towarzyszyłem. Mam na myśli drogę do szpitala. To wszystko było dla mnie wówczas jeszcze zbyt świeże. Szczerze martwiłem się o nią, ale jej walka z chorobą mnie przerastała. Ciągnęło się to już kilka miesięcy, a ona jedyne, co robiła, to traciła pieniądze na konsultacje. Nie miałem ochoty, by w tym wszystkim uczestniczyć. Głupio mi to przyznać, ale wolałem wyjść na miasto niż siedzieć z nią pod jednym dachem. Po prostu brzydziło mnie towarzystwo chorych. Wieczorem chciałem się do niej odezwać. Zapytać, jak się czuje i kiedy wychodzi, ale nie miałem odwagi. Powoli zdawałem sobie sprawę z tego, że naprawdę jesteśmy z dwóch różnych światów. Przyznam szczerze, że podczas imprez, na których bywałem sam, poznałem kogoś. Była to kobieta z wyższych sfer, która na pewno przypasowałaby mojej matce. Sam nie wiem, kiedy i w jaki sposób wpakowałem się w to wszystko. Jedyne, co było pewne, to to, że zdradziłem Magdę, by móc nadal być synem godnym rodziny Pastuszaków.

Niedziela, 11 maja 2014 roku

Magda

Kiedy się ocknęłam, nie było przy mnie nikogo. Patrzyłam na wnętrze pomalowanego na biało pokoju, zastanawiając się, co się stało. Sine, zimne dłonie, kroplówka skapująca cienką, przezroczystą żyłką do mojej ręki, w którą miałam wbity wenflon. Leżąc na łóżku, widziałam w powieszonym naprzeciwko mnie lustrze swoje własne odbicie. Byłam blada jak nigdy dotąd i miałam podkrążone oczy. Rozglądałam się po pomieszczeniu — dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, gdzie się znajduję. Tyle aparatury i różnych sprzętów odpowiedzialnych za mój stan zdrowia. Widząc kreski podnoszące się raz w górę, raz w dół, wyświetlane na jednym ze sprzętów medycznych, wiedziałam, że Bóg jeszcze mnie stąd nie zabrał. Czułam, że dostałam drugą szansę, choć w głębi serca byłam świadoma tego, że niewiele czasu mi pozostało. Wciąż miałam wrażenie, że pojawiające się siniaki, częste infekcje i to omdlenie to zły znak. Nie mogłam jednak nikomu o tym powiedzieć. Rodzice szukaliby najlepszych lekarzy, brat siedział w biurze po nocach, a przecież jedynym sposobem na to wszystko jest życie. Cieszy mnie każde moje otwarcie oczu nocą, wylana na świeży obrus kawa, poplamienie nowo kupionej sukienki. Nawet najgorzej spędzony dzień sprawia, że się uśmiecham. Pomimo kłótni z Karolem, która była dla mnie jednoznaczna z rozstaniem, nie czułam się skrzywdzona. Kochałam go, ale nie na tyle, by móc spędzić u jego boku resztę swojego życia. Nie mogłam być z kimś, kto ciągle kłamał i miał pretensje, kiedy tylko zrobiło mi się słabo. Mój, teraz już były, partner miał prawo żyć tak, jak chciał, a ja nie mogłam mu tego zabraniać. Zastanawiałam się przez dłuższą chwilę nad tym wszystkim. Nagle drzwi do pokoju się uchyliły i w progu stanął dojrzały mężczyzna z szerokim uśmiechem i dużymi, niebieskimi oczami. Zaśmiałam się, widząc wahanie, czy wejść do środka, czy zostać na uboczu.

— Proszę — jęknęłam, widząc, że nie wie, co dalej zrobić.

Skinął głową na znak wdzięczności i stanął naprzeciwko mojego łóżka. Ubrany był cały na biało, natomiast spod jego lekarskiego fartucha wystawała jasnoniebieska koszula w czarne groszki.

— Zastanawiam się, jak się czujesz — powiedział zmartwiony.

— Lepiej, doktorze Marku Chejterowiczu — zaczęłam, a widząc zdziwienie w jego oczach, dodałam:

— Spokojnie, pana imię odczytałam z plakietki, która widnieje na ubraniu.

Mężczyzna uśmiechnął się, po czym podszedł bliżej. Dotknął swoją chłodną ręką mojego czoła, po czym powiedział:

— Nie wiem, czy pamiętasz, co się stało, i czy interesuje cię, jak tutaj trafiłaś.

— Zapewne przywiózł mnie tutaj Karol. Mój były narzeczony, a niedoszły mąż. Może mnie pan stąd zabrać? Nie chcę tutaj być — jęknęłam, nie zastanawiając się nad jego reakcją.

— Przykro mi, ale wciąż czekam na twoje wyniki krwi.

— Niech mi pan nie odmawia i o nic nie pyta. Muszę się stąd wydostać, i to jak najszybciej. — Mężczyzna spojrzał na mnie z powagą.

— Jestem świadoma tego, że nie czuję się najlepiej, jednak mam dzisiaj urodziny i chciałabym zrobić coś, o czym od dawna marzyłam. Pomimo że w pańskich oczach widzę odmowę, to i tak stąd wyjdę, z pana pomocą czy bez niej.

Doktor Marek był zdumiony moim podejściem. Nie pytał mnie o nic więcej. Podał leżącą w rogu pokoju reklamówkę, o którą go nie prosiłam, po czym dodał:

— Obchód lekarzy właśnie się skończył. Akurat mam okienko, więc będę czekał na ciebie w niebieskim citroenie C5 z tyłu szpitala.

— Dziękuję — wydusiłam z siebie. — Nigdy panu tego nie zapomnę.

— Jestem Marek — przerwał i, kierując się w stronę drzwi wyjściowych, szepnął, spoglądając w moją stronę:

— A do twoich wyników badań zajrzę po południu.


* * *

Zostało mi dosłownie tylko kilka minut, abym opuściła to strasznie ponure i dziwne miejsce. Słysząc ciągle odgłosy pacjentów i nadzorujących ich pielęgniarek, domyślałam się, że niełatwo będzie mi się stąd wydostać. Wstanie z tego niewygodnego łóżka to było nic w porównaniu do wbitego w moją rękę wenflonu.

— Jak to się wyciąga? — mówiłam sama do siebie, starając się na siłę tego pozbyć.

Nie mając za dużo czasu, doszłam do wniosku, że jakoś przeżyję z igłą w żyle. Choć lekko kręciło mi się w głowie, znalazłam wystarczająco siły, by założyć obcisłe, granatowe dżinsy i czerwoną bokserkę, podkreślającą dekolt. Rozpuszczone włosy związałam w wysokiego koka, założyłam szpilki, w których paradowałam po ulicy dzień wcześniej i umalowałam usta na ostry, wręcz bordowy kolor. Zastanawiałam się, co dalej, gdyż nie mogłam wyjść tak zwyczajnie z tego pokoju. Uśmiechnęłam się na widok białego fartucha, przewieszonego przez poręcz drewnianego krzesła.

— Pomyślał o wszystkim — stwierdziłam, mając przed oczami sylwetkę Marka. Nie miałam pojęcia, kiedy zostawił to niezbędne do mojego wyjścia ubranie.

Teraz miałam już wszystko, co potrzebne, do opuszczenia szpitala. Jedyne, z czym byłam zmuszona się pożegnać, to torba ubrań, których nie miałam jak stąd wydostać. Z kopertówką już był problem, a co dopiero z tak sporą reklamówką. Idąc korytarzem, nie rzucałam się zbytnio w oczy. Wyglądałam bardziej na pielęgniarkę niż pacjentkę. Zanim się wydostałam z tego wielkiego budynku pełnego chorych i pełnych nadziei ludzi, było po godzinie trzynastej. Miałam nadzieję, że nowo poznany doktor będzie na tyle cierpliwy, że poczeka, i się nie zawiodłam. Auto, które dokładnie mi wcześniej opisał, stało po drugiej stronie ulicy.

— Zatem dokąd mam cię zawieźć? — zapytał, kiedy wsiadłam do wymytego na błysk pojazdu.

— Do Sochaczewa, do rodziny. Nie byłam tam jakieś dwa lata. — Spuściłam wzrok. Bałam się, że zacznie mnie przepytywać, ale całkowicie zmienił temat.

— A to co? Uciekłaś z igłą w żyle? — Zachichotał, po czym chwycił mnie za rękę, usuwając delikatnie wenflon.

— Dziękuję. — Skinęłam głową. — Pewnie narobiłabym sobie wiele bólu, starając się tego czegoś pozbyć. — Miałam wrażenie, że bawią go moje słowa.

— Wiesz… — zaczął, unosząc delikatnie mój podbródek.

— Nigdy nie poznałem kogoś tak zakręconego jak ty. Nie wiem, co w sobie masz, ale nigdy nie zdecydowałbym się na pomoc w ucieczce ze szpitala. To najbardziej zwariowany dzień w moim nudnym życiu.

Roześmiałam się, gdyż nie było nic bardziej zabawnego niż ucieczka pacjentki ze świeżo poznanym lekarzem.

— A swoją drogą, to wpisuj mi tutaj tę swoją miejscowość. — Podał mi nawigację, cierpliwie czekając, aż wstukam adres.

— To tylko godzinka drogi.

Odpalił silnik i ruszyliśmy w kierunku, który pokazywało to elektroniczne urządzenie. Nie było chwili, w której byśmy nie zamienili ze sobą zdania.

— Zatem miałeś ciężko — dodałam.

— To dlatego zdecydowałeś się mi pomóc? — zapytałam, choć nie do końca oczekiwałam odpowiedzi.

— Miałem siostrę — westchnął. — Anię. W lipcu skończyłaby dwadzieścia osiem lat. Była bardzo pogodną dziewczyną, tak jak ty, pełną pasji i niespełnionych marzeń.

— Nie bardzo rozumiem? — Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.

— Ania zachorowała w wieku osiemnastu lat na nowotwór złośliwy. Choroba zniszczyła ją w przeciągu kilku miesięcy. Nie dało się nic zrobić, gdyż moi rodzice nie mieli odpowiedniej ilości pieniędzy na dalsze leczenie, a ja, jako student, niewiele mogłem pomóc.

— Przykro mi — przerwałam, lecz on mówił dalej.

— Pomagam ci, bo czuję, że powinienem. Intryguje mnie tak twoja osobowość, jak i upór w walce z chorobą. Jesteś pełna energii i masz marzenia. Chcę, abyś cieszyła się każdym dniem, a nie leżała w szpitalu, zamartwiając się, co dalej.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Cieszyłam się, że poznałam Marka. Był taki otwarty i szczery. Głupio mi się do tego przyznać, ale jadąc z nim do mojego rodzinnego domu, chciałam, by ta droga się nigdy nie skończyła. Naprawdę świetnie czułam się w jego towarzystwie. Muszę przyznać, że był bardzo przystojny. Jego szczupła, lecz dobrze zbudowana sylwetka oraz czesane na bok, krótkie, czarne włosy przykuwały moją uwagę.

— Możesz się na chwilę zatrzymać? — zapytałam, kładąc lewą dłoń na jego ramieniu.

— Pewnie. A co, źle się poczułaś? — zapytał zaniepokojony.

— Wręcz przeciwnie. — Uśmiechnęłam się. — Po prostu nigdy nie miałam okazji chwilę tutaj pobyć. Zawsze coś było do załatwienia i przejeżdżałam obok, obiecując sobie, że kiedyś w to miejsce przyjadę choćby na kilka minut.

Marek zatrzymał auto na poboczu. Spojrzał w moje piwne oczy, po czym szeroko się uśmiechnął. Kiedy mieliśmy wysiąść, zrobiło mi się duszno.

— Wszystko w porządku? — zaniepokoił się, gdyż nie mogłam złapać oddechu.

— Trochę mi słabo — jęknęłam, po czym chwyciłam go mocno za rękę. — Może tego po mnie nie widać, ale bardzo się boję, że nie zdążę przeżyć tego, na co zasługuję.

— Czy masz na myśli miłość? — zapytał, po czym wysiadł z samochodu i podbiegł, by szybko otworzyć mi drzwi od strony pasażera. — Postaraj się ostrożnie wydostać się ze środka. Pomogę ci — dodał, podpierając mnie swoim męskim, dobrze zbudowanym ramieniem. Oparliśmy się o maskę błyszczącej karoserii citroena.

Kołatanie serca zaczęło powoli się uspakajać. Poczułam się lepiej i było to widoczne w moich radosnych oczach. Patrzyliśmy przed siebie, a widok zapierał dech w piersiach. Ogromna przestrzeń pełna zieleni i kwitnących, kolorowych kwiatów. Śpiewy ptaków i ciepły, delikatny powiew wiatru. W oddali dwie pęknięte skały, z których wydobywał się strumień wody. Tego widoku nie dało się tak po prostu ominąć.

— Zawsze chciałam tutaj się zatrzymać — powiedziałam, widząc utkwiony w moją sylwetkę wzrok Marka.

Pomimo że nie dopuszczałam do siebie myśli o Karolu, brakowało mi jego obecności. Zastanawiałam się, czy kocha tę całą Ewkę. Nie byłam jednak na tyle zdesperowana, by dzwonić do niego i pytać, czy wyjął pranie z automatu i w ogóle co u niego słychać. Teraz, kiedy stałam wpatrzona w chwiejące się od wiatru kwiaty i wysokie trawy, odczułam dziwną ulgę. Nie miałam żalu o to, co się wydarzyło, gdyż widocznie właśnie tak miało być.

— Nie zapytasz, dlaczego nie złożę ci życzeń na urodziny? — zapytał Marek, przerywając dłuższą ciszę.

— Zabierając mnie ze szpitala, dałeś mi o wiele więcej niż puste życzenia zawarte jedynie w słowach. Jestem ci bardzo wdzięczna — oznajmiłam.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 50.83