E-book
15.75
drukowana A5
53.08
Czysta-robota

Bezpłatny fragment - Czysta-robota


Objętość:
209 str.
ISBN:
978-83-8467-795-7
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 53.08

AKT PIERWSZY

1. Podwórko przy Stalowej

Zgłoszenie przyszło o piątej czterdzieści dwie. Kobieta, która wyprowadzała psa na podwórko kamienicy przy Stalowej, zobaczyła przy śmietniku coś, co wzięła najpierw za śpiącego człowieka, a potem za manekin. Dyżurny zapisał w notatce: „zwłoki kobiety, ułożone, podwórko zamknięte bramą”. Słowo „ułożone” zdecydowało, że nadkomisarz Zbigniew Kowalski wyszedł z domu bez kawy.

Jechał Targową, mijając przystanki z ludźmi, którzy o tej porze wyglądali na pogodzonych ze sobą. Listopad trzymał Pragę w tej samej wilgoci co co roku, tynk na kamienicach ciemniał od dołu, a nad Wisłą wisiała mgła, która miała się podnieść koło dziesiątej. Kowalski pracował w tej dzielnicy od dwudziestu sześciu lat i nauczył się odróżniać dwa rodzaje porannych zgłoszeń. Pierwsze kończyły się w szpitalu na Szaserów, drugie w prosektorium przy Oczki.

Po drodze zrobił to, co robił przy każdym takim wyjeździe od dwudziestu sześciu lat i czego nigdy nikomu nie tłumaczył: powtórzył sobie na głos imię, które podał dyżurny. Dyżurny tym razem imienia nie podał, więc Kowalski powiedział „kobieta, Stalowa” i to musiało wystarczyć do czasu, aż ktoś znajdzie dokumenty. Nauczył się tego w dziewięćdziesiątym ósmym od starszego kolegi, który mówił, że człowiek, który jedzie na miejsce bez imienia w głowie, po dwóch latach zaczyna mówić o ludziach „obiekt”.

Podwórko było studnią z czterema oknami na każdą ścianę i jedną bramą od ulicy. Technik kryminalistyki rozwijał taśmę, dwóch mundurowych stało przy śmietniku tak, żeby zasłonić widok z okien parteru. Podkomisarz Ewa Zarzycka już tam była, w kurtce zarzuconej na polar, z telefonem przy uchu i notesem w drugiej ręce.

— Zidentyfikowana wstępnie — powiedziała zamiast powitania. — Agata Nowak, trzydzieści jeden lat. Dziennikarka. Prowadziła podcast „Zimny ślad”.

— Z czego identyfikacja?

— Dowód i legitymacja prasowa w torebce. Torebka stała obok, zapięta. W portfelu półtora tysiąca gotówką i cztery karty.

Kowalski podszedł bliżej i przez chwilę nic nie mówił.

Kobieta siedziała oparta plecami o ścianę śmietnika, z nogami wyprostowanymi, kostki równo przy sobie. Dłonie złożone na podołku, lewa na prawej. Płaszcz zapięty pod szyję, kołnierz wyrównany. Włosy miała zaczesane na jedną stronę, bez jednego pasma na twarzy. Ktoś poświęcił na to kilka minut.

— Kiedy przestało padać? — zapytał.

— Około drugiej — odpowiedziała Zarzycka. — Potem już sucho.

— Pod nią jest sucho, a beton dookoła mokry. — Przykucnął, nie dotykając niczego. — Leży tu krócej, niż wygląda. Przynajmniej krócej, niż ktoś chce, żebyśmy myśleli.

Technik, młody chłopak po szkole w Legionowie, podał mu rękawiczki i wskazał szyję zmarłej.

— Bruzda jest, panie nadkomisarzu. Wąska, równa, obwodowa. Ale płaszcz zapięty aż pod nią, kołnierz nienaruszony.

— Czyli zapinał go po wszystkim.

Kowalski obszedł ciało z drugiej strony. Paznokcie czyste, bez złamań. Rajstopy bez oczek. Buty bez śladów szorowania po betonie, a człowiek duszony szarpie nogami, zdziera obcasy i zostawia po sobie bałagan. Tutaj bałaganu nie było nigdzie.

— Nieśli ją we dwóch — powiedział. — Jeden otarłby jej pięty o bruk.

— Brama ma szyfr — zauważyła Zarzycka. — Administracja twierdzi, że kod jest ten sam od dwóch lat. Zna go połowa Szmulowizny.

— Monitoring?

— Na podwórku nie ma. Na Stalowej jest, przy sklepie, trzydzieści metrów stąd. Zabezpieczamy.

Kowalski wyprostował się i rozejrzał po oknach. Kilka firanek poruszyło się równocześnie. Praga patrzyła, jak zwykle, i jak zwykle miała zaraz nic nie widzieć.

— Co w kieszeniach?

Technik otworzył folię dowodową i pokazał mu niewielki czarny przedmiot.

— Dyktafon. Prawa kieszeń płaszcza. Baterie pełne, w środku jeden plik.

— Odsłuchany?

— Na szybko. To jej własny głos. Wstęp do odcinka. Mówi coś w rodzaju: „Nazywam się Agata Nowak, to jest Zimny ślad, dzisiaj o kobietach, których nikt nie szuka”.

Zarzycka spojrzała na niego znad notesu.

— Jej intro. W jej kieszeni. Przy jej ciele.

— I do tego dyktafon, którego nie używała — dodał Kowalski. — Dziennikarka z podcastem nagrywa na sprzęcie za kilka tysięcy albo na telefonie. Ten został kupiony po to, żeby tutaj leżeć.

Podszedł prokurator Tomasz Biel, w płaszczu i bez parasola, z twarzą człowieka, który już policzył, ile telefonów odbierze przed południem.

— Panie nadkomisarzu, mam dzwonić po rzecznika czy po CBŚP?

— Jeszcze nie wiem. Na pewno nie po technika od rutyny.

— Co pan widzi?

— Że ktoś ją zabił gdzie indziej, przywiózł, posadził i poprawił jej włosy. — Kowalski zdjął rękawiczki. — I zostawił rekwizyt, żeby pierwszy dziennikarz na miejscu miał gotowy tytuł.

Biel chwilę milczał.

— Fan? Stalker? Ktoś, kto słuchał jej podcastu i się zapętlił?

— Taki zadusiłby ją w mieszkaniu i uciekł. Albo zostawiłby list na trzy strony. Nie niósłby jej przez pół miasta i nie zapinał guzików równo pod szyję. — Wskazał śmietnik. — Tutaj wszystko jest zrobione czysto. Ten dyktafon to jedyny element, który czysty nie jest. Właśnie dlatego tu jest.

Zarzycka zapisała dwa zdania i podniosła głowę.

— Mieszkanie ma na Woli. Sprawdzałam w systemie: od sierpnia dwa razy zgłaszała, że ktoś próbował wejść na jej konta.

— Przyjęto?

— Przyjęto i umorzono. Standard.

Za bramą zatrzymał się samochód, potem drugi. Kowalski usłyszał trzask drzwi i głos, który znał z wieczornych serwisów. Spojrzał na zegarek: szósta dwadzieścia dwie.

— Ewa, kto zgłosił?

— Pani Zofia Marzec, parter, lewa klatka. Siedemdziesiąt cztery lata.

— Dzwoniła na sto dwanaście o piątej czterdzieści dwie. — Kowalski patrzył na bramę, w której stanął już operator z kamerą na ramieniu i reporterka poprawiająca mikrofon. — Technicy przyjechali o szóstej pięć, my o szóstej dziesięć. Jak oni znaleźli się tutaj czterdzieści minut po zgłoszeniu, z kamerą, przez pół Warszawy, przy porannym ruchu?

Zarzycka odwróciła się powoli w stronę bramy.

— Ktoś im powiedział wcześniej.

— Albo wiedział wcześniej. — Kowalski ruszył w stronę mundurowych, odpinając po drodze telefon od paska. — Zamknąć bramę. Nikt nie wchodzi, nawet z błogosławieństwem rzecznika. I chcę listę wszystkich, którzy wiedzieli o tym zgłoszeniu przed szóstą. Wszystkich, Ewa. Łącznie z nami.

2. Materiał na pierwsze wydanie

O dziewiątej dwadzieścia materiał był już w sieci. Kowalski oglądał go na telefonie w pokoju na Nowolipiu, stojąc, z kubkiem herbaty, której zapomniał wypić. Reporterka mówiła do kamery z Targowej, bo na podwórko jej nie wpuszczono, w tle przechodziła zaspana Praga. Pasek u dołu ekranu układał się w dwa zdania: „Zamordowana autorka głośnego podcastu”. „Sprawca zostawił przy ciele nagranie”.

O dyktafonie wiedziało jedenaście osób. Kowalski liczył je dwa razy, raz na kartce, raz w głowie. Ekipa techniczna, dwóch mundurowych, lekarz, Zarzycka, on, Biel, dyżurny i kierowca z prosektorium. Nikt z tej listy nie miał powodu dzwonić do telewizji przed szóstą trzydzieści.

— Czyli przeciek — powiedziała Zarzycka, siadając na brzegu biurka. — Albo ktoś z naszych dorabia, albo redakcja miała to wcześniej niż my.

— Jeśli miała wcześniej, to nie przeciek, tylko plan. — Kowalski odłożył telefon ekranem w dół. — Dyktafon był dla nich. Nie dla nas.

Drzwi otworzyły się bez pukania. Inspektor Krzysztof Łaniecki, naczelnik, wszedł z teczką pod pachą, jakby miał zaraz wyjść, i stanął pośrodku pokoju, nie zdejmując płaszcza.

— Dzwonili z komendy głównej, dzwonił rzecznik, dzwonił redaktor naczelny jednego portalu, którego nazwy nie powtórzę, bo mi ciśnienie skacze. — Spojrzał na tablicę, na której wisiały na razie trzy zdjęcia z miejsca. — Co mogę powiedzieć na konferencji o trzynastej?

— Że prowadzimy czynności.

— Zbyszek, oni mają więcej ode mnie.

— Właśnie dlatego nic więcej. — Kowalski podszedł do tablicy i postukał palcem w zdjęcie dyktafonu. — Ten przedmiot został zostawiony po to, żeby o tej sprawie mówiło się jako o zabójstwie z fascynacji. Jak to powtórzymy, będziemy pracować dla sprawcy za darmo.

Łaniecki patrzył na niego dłuższą chwilę.

— Masz coś, co trzyma się kupy?

— Mam trzy rzeczy. — Kowalski podniósł palec. — Ciało przeniesione, prawdopodobnie z samochodu dostawczego, bo nie ma śladów ciągnięcia ani na butach, ani na płaszczu. Drugie: kamera przy sklepie na Stalowej złapała o trzeciej dwanaście biały furgon, który wjechał tyłem w bramę i stał cztery minuty. Tablice już sprawdzone, pochodzą z caddy’ego skradzionego trzy tygodnie temu w Radomiu. Trzecie: dyktafon jest nowy, bez odcisków, bez opakowania, a numer seryjny prowadzi do partii sprzedanej w sierpniu do sklepu w Łodzi.

— Łódź — powtórzył Łaniecki.

— Łódź.

Naczelnik odwrócił się do okna. Kowalski znał go dwadzieścia lat i wiedział, że to nie jest namysł nad sprawą, tylko nad tym, komu trzeba będzie o niej meldować.

— Prokurator chce wątek osobisty — powiedział Łaniecki w stronę szyby. — Były partner, zazdrość, znajomy ze środowiska. Ma w tym rację o tyle, że najwięcej kobiet w tym kraju ginie z rąk kogoś, kogo znały.

— I właśnie dlatego ktoś tak to ustawił. Statystyka pracuje po jego stronie.

— To zdanie zostaw dla siebie, nie dla prokuratora. — Łaniecki ruszył do drzwi, ale zatrzymał się w progu. — Masz dwóch ludzi więcej do piątku. Potem zobaczymy, bo mamy jeszcze dwie sprawy z Woli i jedną z Mokotowa.

Drzwi zamknęły się cicho.

— Dwóch ludzi — powiedziała Zarzycka. — Przy czymś, do czego trzeba będzie pewnie dwudziestu.

Kowalski usiadł wreszcie i przysunął sobie wydruk z monitoringu. Furgon wjeżdżał tyłem, pewnie, bez poprawiania kierownicy, jakby kierowca znał to podwórko albo przećwiczył manewr wcześniej. Numer boczny zamazany taśmą. Na postoju nikt nie wysiadł od strony ulicy, czyli wychodzili od strony bramy, poza kadrem.

— Ewa, ile zajmuje posadzenie zwłok pod ścianą, wyrównanie płaszcza i poprawienie włosów?

— Minutę, może dwie.

— A oni stali cztery. Czyli robili to spokojnie i mieli kogoś, kto patrzył na ulicę. — Zakreślił czas na wydruku. — To nie jest człowiek, który ją nienawidził. To są ludzie, którzy odrobili pracę domową i dostali za to pieniądze.

Zarzycka wzięła kurtkę z oparcia.

— Mieszkanie na Woli?

— Najpierw prosektorium. Chcę usłyszeć od Zych, czym ją uduszono, zanim pojedziemy oglądać jej biurko. — Kowalski wstał i dopiero wtedy zauważył wystygłą herbatę. — I jeszcze jedno. Chcę listę wszystkich, którzy w ostatnim półroczu składali na nią zawiadomienia, skargi albo pozwy. Dziennikarka, która robi program o zaginionych kobietach, zawsze komuś działa na nerwy. Pytanie, komu aż tak, żeby wynająć furgon i dwóch ludzi.

3. Oczki i Wolska

Doktor Hanna Zych pracowała w zakładzie przy Oczki od dwudziestu lat i miała zwyczaj mówić o zmarłych per „pacjentka”, co u kogoś innego brzmiałoby jak poza, a u niej było po prostu nawykiem.

— Pętla, nie ręce — powiedziała, odsuwając lampę. — Linka o średnicy około czterech milimetrów, prawdopodobnie poliamidowa, z twardym rdzeniem. Bruzda pojedyncza, zamknięta z tyłu, przebieg równy, bez pięter.

— Co to znaczy w praktyce? — zapytała Zarzycka.

— Że nie było drugiego podejścia. Przy zabójstwach z emocji bruzda jest podwójna albo potrójna, bo sprawca poprawia, puszcza, chwyta jeszcze raz. Tutaj jedno założenie, pełen docisk, do końca.

Kowalski stał z rękami w kieszeniach płaszcza.

— Broniła się?

— Właściwie nie. Pod paznokciami czysto, na przedramionach dwa niewielkie zasinienia, pasujące raczej do przytrzymania niż do szarpaniny. — Zych podała mu kartkę. — I to jest ciekawsze niż wszystko inne. Wstępne badanie krwi: midazolam. Dawka niska, uspokajająca, nie usypiająca do końca.

— Czyli najpierw ją podano.

— Czyli ktoś przez jakiś czas miał ją pod kontrolą, zanim umarła. To nie jest sprzęt z apteki za rogiem. Midazolam idzie przez szpitale i karetki, w obrocie zamkniętym.

— Godzina zgonu? — zapytał Kowalski.

— Między dwudziestą drugą a północą. Ciało leżało potem kilka godzin w miejscu suchym i chłodnym, poziomo, na prawym boku. Z płaszcza zdjęłam włókna syntetyczne, szare, krótkie, typowe dla wykładziny przestrzeni ładunkowej.

— Czyli zabita gdzieś, przewożona i wystawiona nad ranem.

— Tak to czytam. — Zych zdjęła rękawiczki. — Zbyszek, jedna rzecz poza protokołem. Przez te lata widziałam tu trzech ludzi uduszonych w ten sposób. Dwóch w dwa tysiące drugim i jednego w dwa tysiące czwartym. Wszyscy trzej mieli długie akta.

Na Wolskiej mieszkanie było na czwartym piętrze, w bloku z dwa tysiące dziesiątego, z windą, która pachniała płynem do paneli. Technicy pracowali od godziny. Kowalski stanął w przedpokoju i nie wszedł głębiej, dopóki nie zobaczył całości.

Porządek. Buty w rzędzie, kurtki na wieszaku, w kuchni jeden kubek na suszarce. Na ścianie pokoju panele akustyczne, statyw mikrofonowy, interfejs dźwiękowy z odpiętym kablem USB. Puste miejsce na biurku, w kurzu wyraźny prostokąt.

— Laptopa nie ma — potwierdził technik. — Telefonu nie ma. W szufladzie była kieszeń na dyski, też pusta. Zostały kable i zasilacz.

— Drzwi?

— Bez śladów. Zamek klasy C, nienaruszony.

— Czyli miała przy sobie klucze, a oni mieli ją. — Kowalski przeszedł wzdłuż regału. — Ewa, popatrz na książki.

Zarzycka podeszła bliżej. Tomy stały równo, grzbiet w grzbiet, ale na półce widać było jaśniejsze paski kurzu przesunięte o centymetr w lewo.

— Przeglądali i odstawiali — powiedziała. — Starannie.

— Złodziej by zrzucił wszystko na podłogę. Oni wiedzieli, czego szukają, i nie chcieli, żebyśmy od razu zauważyli, że szukali. — Kowalski kucnął przy dolnej półce. — A skoro zabrali sprzęt, to znaczy, że na sprzęcie coś było.

W kuchni, pod magnesem z Zakopanego, wisiała kartka w kratkę wyrwana z notesu. Osiem imion i nazwisk, pisanych ręcznie, w dwóch kolumnach. Przy trzech były daty, przy dwóch znak zapytania. Na dole, drukowanymi literami: PRZYSTAŃ.

— Oksana Tkaczuk, Switłana Harasym, Kinga Mazur — czytała Zarzycka. — Daria Wasiuk, dalej nazwiska gruzińskie albo mołdawskie, nie jestem pewna. I jeszcze dwa.

— Sprawdź każde w systemie. Zaginięcia, pobyty, wnioski o kartę pobytu, wszystko.

— A Przystań?

— Przystań to albo osiedle, albo knajpa, albo organizacja. — Kowalski zrobił zdjęcie kartki i wyprostował się. — Przy czymś takim stawiałbym na organizację.

4. Odcinek trzydziesty siódmy

Marta Sikorska montowała „Zimny ślad” od pierwszego odcinka. Mieszkała na Grochowie, w oficynie, a swoje studio urządziła w pokoju bez okna, z materacem akustycznym przybitym do drzwi. Otworzyła dopiero po tym, jak Zarzycka przyłożyła legitymację do wizjera, i jeszcze przez chwilę trzymała łańcuch.

— Przepraszam — powiedziała. — Od rana dzwonią numery, których nie znam.

Miała dwadzieścia dziewięć lat i wyglądała, jakby nie spała od doby. Na stole stały dwa monitory, zewnętrzny dysk i kubek po zupie instant.

— Kiedy rozmawiała pani z Agatą ostatni raz? — zapytał Kowalski.

— Wczoraj o siedemnastej dwadzieścia. Pisała, że wraca z Pragi, że ma „dwa dokumenty, które wszystko spinają” i że wieczorem wrzuci mi surówkę do odcinka trzydziestego siódmego.

— Wrzuciła?

— Nie. — Marta usiadła i splotła dłonie. — Czekałam do dwudziestej trzeciej, potem napisałam i nie odpisała. Rano zobaczyłam w internecie zdjęcie tej bramy.

Zarzycka wyjęła notes.

— O czym był trzydziesty siódmy?

— O fundacji. — Marta spojrzała na Kowalskiego, jakby sprawdzała, czy nazwa coś mu powie. — O Fundacji Przystań. Oficjalnie pomoc migrantkom: kursy językowe, mieszkania przejściowe, pośrednictwo pracy. Agata zbierała to od czerwca.

— Co w tym było nie tak? — zapytał Kowalski.

— Liczby. — Marta obróciła monitor. — Przystań dostała w trzy lata dziewięć milionów: granty europejskie, dotacja z urzędu miasta, dwa konkursy wojewódzkie. Z tego ponad połowa poszła na usługi zewnętrzne. Szkolenia, doradztwo, „opracowanie metodologii”. Zawsze do tych samych pięciu spółek. Cztery mają siedziby pod jednym adresem w Łodzi, w biurze wirtualnym.

— Kto to sprawdzał poza Agatą?

— Nikt. Pisała do trzech redakcji i nikt tego nie chciał, bo to nudne. Fundacja, faktury, tabelki. — Marta przetarła oczy. — Dopiero jak znalazła kobiety, zaczęło się robić groźnie.

— Kobiety z kartki w kuchni?

— Osiem nazwisk. — Skinęła głową. — Wszystkie przeszły przez Przystań, wszystkie dostały przez nią pracę albo mieszkanie. Trzy wróciły do domu i można z nimi pogadać. Dwie nie żyją, jedna w Łodzi, jedna pod Poznaniem, obie oficjalnie przedawkowanie. Trzy zniknęły.

Zarzycka podniosła wzrok.

— Zgłoszone?

— Jedna. Oksana Tkaczuk, zgłoszona przez siostrę w sierpniu, w Warszawie. Dostała odpowiedź, że osoba dorosła ma prawo wyjechać. — Marta zacisnęła usta. — Agata nagrała z Oksaną trzy godziny rozmowy w lipcu. Oksana opowiedziała, jak trafiła do mieszkania w Łodzi, gdzie zabrano jej paszport, i jak przez rok oddawała dwie trzecie pensji „na zakwaterowanie”. Uciekła w czerwcu.

— Gdzie jest teraz?

— Nie wiem. Przestała odbierać dwudziestego ósmego września.

Kowalski zapisał datę i podkreślił ją dwa razy.

— Ma pani kopie materiałów?

— Mam do dziesiątego października. — Marta odpięła dysk i położyła go na stole, ale nie puściła. — Potem Agata przestała wrzucać mi wszystko. Mówiła, że im mniej u mnie leży, tym spokojniej będę spała.

— Czyli ostatnie trzy tygodnie były tylko u niej.

— Tak. Razem z nazwiskiem człowieka, który jej to przynosił.

— Wiedziała pani, kto to?

— Nie. Mówiła na niego „księgowy”. Spotykali się w Łodzi, raz w Poznaniu. — Marta wreszcie przesunęła dysk w stronę Kowalskiego. — Jest jeszcze jedna rzecz. W notatkach do odcinka miała linijkę, której nie rozumiałam. „Zapytać K.Ł., czy wie. Jeśli wie, to koniec tematu”.

Zarzycka nie podniosła głowy znad notesu, ale jej długopis się zatrzymał. Kowalski poczuł, jak ta sekunda się rozciąga, i odpowiedział normalnym głosem.

— Inicjały bez kontekstu nic nie znaczą. W Warszawie jest kilkuset ludzi z takimi.

— Właśnie dlatego jej nie zapytałam — powiedziała Marta.

Przy drzwiach odwróciła się jeszcze.

— Panie komisarzu, od trzech dni pod moją klatką stoi szary passat. Dwaj faceci, nie wysiadają. Myślałam, że to paranoja po tym wszystkim.

— Numer?

— Zapisałam.

Kowalski wziął kartkę, spojrzał na nią i schował do kieszeni, nie komentując. Numer zaczynał się od liter rejestracji łódzkiej.

5. Teczka

Film wszedł na kanał „Teczka” o dwudziestej pierwszej, czterdzieści minut materiału, czterysta tysięcy wyświetleń do północy. Kuba Zarembski mówił do kamery w wynajętym studiu z neonem na ścianie, spokojnie, bez krzyku, i to działało lepiej niż krzyk.

W ósmej minucie pokazał zdjęcie z podwórka. Nie kadr z telewizji zza taśmy, tylko fotografię zrobioną z półtora metra, z numerkiem technika przy prawej dłoni zmarłej.

Kowalski zatrzymał odtwarzanie i siedział przez chwilę bez ruchu w pustym pokoju na Nowolipiu.

Takie zdjęcie istniało w trzech miejscach: na karcie aparatu technika, w systemie i w aktach przekazanych prokuraturze. Nigdzie indziej.

W dwunastej minucie Zarembski podał nazwisko. Michał Serafin, trzydzieści cztery lata, były partner Agaty Nowak, rozstali się w marcu. Padła nazwa firmy, w której pracował, i ulica, przy której mieszkał. Komentarze pod filmem w ciągu godziny ustaliły resztę.

O siódmej rano Serafin miał wybite dwie szyby w passacie i napis na drzwiach klatki. O ósmej siedział naprzeciwko Kowalskiego, z rękami na stole, i powtarzał w kółko jedno zdanie:

— Ja byłem w Gdańsku.

Był w Gdańsku. Hotel przy Długich Ogrodach, karta magnetyczna otwierała drzwi o dwudziestej drugiej czternaście i potem dopiero o szóstej dwadzieścia. Telefon logował się do masztu przy Chmielnej przez całą noc. Monitoring z lobby pokazywał go o wpół do dwunastej przy automacie z wodą. Zarzycka zebrała to w cztery godziny.

— Mam go wypuścić i ogłosić, że jest czysty? — zapytała.

— Wypuść. Ogłaszać nie będziemy nic. — Kowalski patrzył przez okno na parking. — Jeśli powiemy, że on odpada, to przez trzy dni będą szukać następnego, kogo im wskażą. A wskażą.

Zarembskiego zaprosili na szesnastą. Przyszedł z prawnikiem i z kamerą, kamerę musiał zostawić na portierni. Miał dwadzieścia siedem lat, dobry płaszcz i pewność siebie kogoś, kto trzeci rok z rzędu rośnie w zasięgach.

— Skąd zdjęcie? — zapytał Kowalski.

— Źródło.

— Panie Jakubie, to zdjęcie jest z akt postępowania. Jego ujawnienie to przestępstwo.

— Moje nie. — Zarembski rozłożył ręce. — Dostałem na Signalu, od numeru, który już nie istnieje. Zweryfikowałem, że scena się zgadza z tym, co pokazała telewizja, i opublikowałem. Robię to, co wy powinniście robić szybciej.

— Co jeszcze przyszło z tym zdjęciem?

Prawnik położył dłoń na stole, ale Zarembski odpowiedział sam.

— Nazwisko Serafina. Adres. I zdanie, że „policja go kryje, bo jego ojciec ma układy”.

Kowalski odchylił się na krześle.

— Jego ojciec jest emerytowanym nauczycielem w Siedlcach.

Zarembski milczał trzy sekundy i to było jedyne, co Kowalski chciał z tego spotkania wynieść.

— Panie Jakubie, ktoś panu podrzucił gotowy materiał w nocy po zabójstwie. Ze zdjęciem z akt i z nazwiskiem niewinnego człowieka. Niech pan przez chwilę pomyśli, komu zależało, żeby pana kanał przez tydzień mówił o zazdrosnym byłym.

— A o czym powinien mówić?

— O tym nie będziemy rozmawiać.

Po wyjściu Zarembskiego do pokoju wszedł prokurator Biel, bez pukania, z plikiem papierów.

— Mam wniosek o zabezpieczenie korespondencji Serafina i opinię, że wątek osobisty jest priorytetowy.

— Serafin odpada, ma twarde alibi.

— Wiem. — Biel położył papiery na biurku. — Ale na mnie też naciskają, a wniosek o fundację, który mi pan przysłał, obejmuje trzy konkursy grantowe i dwóch urzędników miejskich. Rozumie pan, co to oznacza dla tego postępowania?

— Oznacza, że ktoś się zdenerwuje.

— Oznacza, że będę musiał to uzasadnić lepiej niż przeciętnie. — Biel spojrzał na niego spokojnie. — Niech mi pan da coś, co nie jest intuicją. Jeden dokument.

Kowalski wyjął z szuflady folię z dyktafonem.

— Numer seryjny prowadzi do sklepu w Łodzi. Zapłacono gotówką dwunastego sierpnia. Kamera w sklepie nagrywa i kasuje po trzydziestu dniach, ale kasa fiskalna ma raport. O tej samej godzinie, z tego samego terminala, ktoś kupił drugie urządzenie identyczne.

Biel zmarszczył brwi.

— Dwa?

— Dwa. — Kowalski odłożył folię. — Jeden leżał w kieszeni Agaty Nowak. Drugi nadal gdzieś jest.

6. Kto tu rządzi

Praga-Północ ma tę właściwość, że wszyscy wiedzą wszystko i nikt nie powie nic, dopóki nie zrozumie, kto pyta i po co.

Kowalski przepracował tam dwadzieścia sześć lat i wiedział, że to nie jest kwestia niechęci do policji, tylko kalkulacji: człowiek, który coś powie, mieszka tutaj dalej, a policjant wraca do siebie na Bemowo.

Czynności na posesji przy Stalowej prowadzili przez cztery dni.

Dwudziestu dziewięciu lokatorów, z czego dwunastu powyżej siedemdziesiątego roku życia, dwóch z zakazem zbliżania się do byłych żon i jeden z nadzorem kuratora.

Nikt nic nie widział.

Pani Zofia Marzec, która zadzwoniła na sto dwanaście, powtórzyła swoje zeznania trzy razy i za każdym razem identycznie: wyszła z psem o piątej trzydzieści pięć, zobaczyła, zadzwoniła, czekała przy bramie.

Mężczyzna z drugiego piętra, lewa klatka, powiedział, że o trzeciej słyszał samochód, i natychmiast dodał, że „tu zawsze ktoś jeździ”.

Kobieta z parteru, prawa klatka, powiedziała, że nic nie słyszała, i powiedziała to tak szybko, że Zarzycka zapisała w notesie znak zapytania.

Trzeciego dnia Kowalski poszedł do sklepu przy Stalowej, tego z kamerą, kupił dwie bułki i kawę z automatu i został tam dwadzieścia minut, rozmawiając z właścicielem o cenach prądu.

Dopiero przy wyjściu zapytał:

— Panie Darku, kto dzisiaj trzyma te podwórka? Bo za moich czasów to był Rysiek z Brzeskiej.

Właściciel sklepu spojrzał na niego spod oka.

— Rysiek nie żyje od ośmiu lat.

— Wiem. Byłem na pogrzebie.

Mężczyzna przetarł ladę ścierką, chociaż lada była czysta.

— Nikt nie trzyma, panie Zbyszku. Teraz to są deweloperzy i firmy sprzątające. — Odłożył ścierkę. — Ale jak ktoś chce na jakimś podwórku coś zrobić w nocy, to pyta chłopaków od Dawida, bo oni mają szyfry do większości bram, bo robią śmietniki.

— Firma sprzątająca?

— Firma od wywozu gabarytów. Dwa auta, pięciu chłopaków, wszyscy stąd.

Kowalski kupił jeszcze paczkę papierosów, których nie palił od dwunastu lat, i pojechał na adres, który wyciągnął z rejestru w czterdzieści minut.

Dawid Gonczar, trzydzieści trzy lata, dwie sprawy o posiadanie, jedna umorzona, prowadził firmę z dwoma transporterami i wynajmował halę przy Kawęczyńskiej.

Nie był podejrzany o nic i Kowalski od początku traktował go jak świadka, co Gonczar wyczuł w pierwszej minucie.

— Nic nie wiem o żadnym trupie.

— Wiem, że pan nie wie. Pytam o szyfry do bram.

Gonczar zapalił.

— Mam do czterdziestu może. Legalnie, od administracji, bo wjeżdżamy po gabaryty.

— Czy w ostatnim miesiącu ktoś pana pytał o szyfr do bramy przy Stalowej?

Mężczyzna nie odpowiedział od razu i to było wszystko, czego Kowalski potrzebował.

— Panie Dawidzie, ja nie przyjechałem po to, żeby zrobić panu problem. Przyjechałem, bo w tej bramie posadzono ciało kobiety, a ten, kto to zrobił, znał kod i wiedział, że na podwórku nie ma kamery.

Gonczar strzepnął popiół.

— Trzy tygodnie temu dzwonił facet. Powiedział, że jest z firmy, która robi inwentaryzację śmietników dla miasta, i pytał, do których podwórek na Szmulowiźnie mamy dostęp.

— Dał nazwisko?

— Dał jakieś. Nie zapamiętałem. Mówił ładnie, jak z korporacji.

— Numer został?

— W telefonie mam wszystko od roku. — Gonczar wyjął aparat. — Ale panie komisarzu, jak ja panu to dam, to pan mnie wciągnie w akta.

— Wciągnę. Będzie pan świadkiem. — Kowalski patrzył mu w oczy. — I powiem panu uczciwie: jeśli ten numer do czegoś doprowadzi, to pana obrońca za rok będzie pana pytał, dlaczego pan to oddał. Odpowie pan: bo przyszedł policjant i powiedział, o co chodzi.

Numer prowadził do prepaidu aktywowanego w Łodzi w sierpniu.

Był to ten sam numer, który trzy tygodnie później zadzwoni do redakcji o piątej pięćdziesiąt sześć.

7. Siwy

Henryk Bartosiak, dla wszystkich Siwy, prowadził w Ząbkach myjnię i komis z czterema samochodami na placu. Miał sześćdziesiąt osiem lat, dwa wyroki odsiedziane w całości i rozrusznik serca. W latach dziewięćdziesiątych jeździł po Wołominie z ludźmi, których nazwiska Kowalski uczył się na szkoleniach.

Siedzieli w kantorku, przy kaloryferze, nad herbatą w szklankach.

— Przyjeżdżasz do mnie raz na dwa lata — powiedział Siwy. — I nigdy po samochód.

— Dziennikarka z Pragi.

— Oglądałem. — Siwy podrapał się po karku. — Ładnie ją posadzili.

— Co to znaczy „ładnie”?

— To znaczy, że nie spieszyli się. Jak ktoś się spieszy, to zostawia ją tam, gdzie upadła. A jak ma czas, to znaczy, że miał miejsce, miał auto i miał kogoś na czujce. — Napił się herbaty. — Linka?

— Skąd wiesz?

— Z twojej miny, chłopie. Gdyby ją zastrzelili, siedziałbyś teraz z balistyką, nie u mnie.

Kowalski nie zaprzeczył.

— Kto dzisiaj tak pracuje?

— Dzisiaj nikt tak nie pracuje dla zasady. — Siwy postawił szklankę. — Za moich czasów duszenie było tanie i ciche. Jak chciałeś pokazać swoim, że to kara, a nie przypadek, robiłeś to tak, żeby wszyscy w branży wiedzieli, co się stało, a dziennikarze żeby mieli co pisać o zazdrości. Dwie wiadomości, jedna sprawa.

— A kto płaci dzisiaj za takie dwie wiadomości?

Siwy długo patrzył na plac przez brudną szybę.

— Zbyszek, ja mam rozrusznik i wnuczkę w trzeciej klasie.

— Nie pytam o nazwiska. Pytam o kształt.

Stary pokiwał głową, jakby to rozróżnienie uznał za uczciwe.

— Kształt jest taki, że nas już nie ma. Chłopaki, co przeżyli, albo siedzą, albo robią coś takiego jak ja. — Wskazał na komis. — A pieniądze poszły tam, gdzie nikt nikogo nie bije po twarzy. Teraz jest spółka, fundacja, konkurs ofert, faktura za szkolenie. Siedzi przy tym prawnik, siedzi księgowy, siedzi radny. A jak trzeba kogoś przycisnąć, to wynajmują chłopaków, którzy nie są z żadnej grupy, tylko z Łodzi albo z zagranicy, na jedno zlecenie.

— Kobiety?

— Kobiety to osobny interes i brzydki. — Siwy skrzywił się. — Za moich czasów to było z marginesu. Teraz to idzie przez papiery. Mieszkanie, umowa, agencja pracy, wszystko legalne, a dziewczyna nie ma paszportu i nie wie, do kogo pójść.

— Dlaczego nikt ich nie szuka?

— I to jest właśnie twoje pytanie, nie moje. — Siwy postukał palcem w blat. — Zaginęła cudzoziemka, zgłoszenie idzie do komisariatu, ktoś wpisuje „wyjazd dobrowolny”, sprawa gaśnie. Raz to lenistwo. Dwa razy lenistwo. Przy ósmym razie ktoś tego pilnuje.

Kowalski odstawił szklankę.

— Mówi ci coś nazwa Przystań?

— Nie. — Siwy odpowiedział za szybko, a potem westchnął i poprawił się. — Słyszałem o niej raz. Latem, na pogrzebie Zdzicha z Rembertowa. Chłopak, którego pamiętam z dziewięćdziesiątego siódmego, powiedział przy stole, że „robi teraz w fundacji, w ochronie obiektów”. Śmiał się z tego. Mówił, że najlepsza robota w życiu, bo pensja z dotacji.

— Nazwisko?

— Mówili na niego Rudy. Z Łodzi. — Siwy wstał, co znaczyło, że rozmowa się kończy. — Zbyszek, jeszcze jedno, bo byłeś przyzwoity wobec mojej rodziny w dwa tysiące drugim i tyle ci się ode mnie należy. Jak przy takiej sprawie dziennikarka ginie dzień po tym, jak dostała papiery, to znaczy, że ktoś wiedział o papierach wcześniej niż ona je wydrukowała.

— To znaczy, że mieli ją na podsłuchu.

— To znaczy, że mieli kogoś, kto wie, co się dzieje. — Siwy otworzył drzwi kantorka i zimne powietrze weszło do środka. — U was. Nie u niej.

8. Czwartek, szósta rano

Księgowego znaleźli w środę po południu i okazało się, że to księgowa.

Na dysku od Marty Sikorskiej leżały skany czterech umów z adnotacjami na marginesie, pisanymi ołówkiem, drobnym pismem z charakterystycznym przekreślonym „ł”. To samo pismo Zarzycka znalazła w sprawozdaniach Fundacji Przystań złożonych do rejestru. Grażyna Olech, pięćdziesiąt cztery lata, główna księgowa fundacji od sześciu lat, zameldowana w Łodzi na Bałutach.

— Dzwonimy? — zapytała Zarzycka.

— Nie. Jedziemy. — Kowalski już wkładał płaszcz. — Jak zadzwonimy, zdąży się wystraszyć albo zdąży zadzwonić do kogoś innego.

Biel podpisał postanowienia o przeszukaniu biura fundacji przy Puławskiej i magazynu pod Swarzędzem, do którego prowadziły trzy faktury za „obsługę logistyczną”. Godzina rozpoczęcia: czwartek, szósta rano. Dokumenty poszły do systemu o szesnastej czterdzieści w środę.

Do Łodzi dojechali o dwudziestej. Blok przy Łagiewnickiej, trzecie piętro, drzwi z nową klamką. Sąsiadka z naprzeciwka otworzyła po drugim dzwonku.

— Pani Grażyna wyjechała — powiedziała, trzymając się framugi. — Wczoraj wieczorem. Syn przyjechał dużym autem, znosili rzeczy.

— Mówiła dokąd?

— Że do siostry, na dłużej. — Kobieta zawahała się. — Panie władzo, ona płakała na klatce. Pytałam, co się stało, powiedziała, że nic, że zmęczenie.

Mieszkanie było puste w połowie. Zostały meble, zniknęły papiery, komputer i kot.

O szóstej rano weszli do biura przy Puławskiej. Czterysta metrów na drugim piętrze, logo na szkle, w recepcji sucha monstera i zapach świeżej farby.

Szafy były otwarte i puste. W serwerowni stały dwa regały z pociętymi kablami i jedną stacją roboczą, z której wyjęto dysk. W kuchni stał kosz pełen kubków, w koszu na dokumenty nic. Niszczarka przy drzwiach była ciepła, a worek pod nią zdjęty.

— Pracowali całą noc — powiedziała Zarzycka.

— Pracowali od wczoraj po południu. — Kowalski przeszedł wzdłuż pustych biurek. — Farba jest świeża. Ktoś kazał zamalować coś na ścianie w dniu, w którym podpisano nam postanowienie.

Pod Swarzędzem było gorzej. Hala stała otworem, w środku pusto, na betonie prostokąty po regałach i trzy zużyte materace zepchnięte pod ścianę. W kącie leżała damska klapka, rozmiar trzydzieści siedem, i karton po mleku z datą sprzed dwóch dni.

Technicy pracowali tam do wieczora. Znaleźli osiemnaście różnych profili DNA i żadnej nazwy firmy.

Kowalski wrócił do Warszawy przed dwudziestą pierwszą i usiadł w pokoju, nie zapalając górnego światła.

Postanowienie poszło do systemu o szesnastej czterdzieści. Dostęp do niego miał on, Zarzycka, Biel, dwie osoby z sekretariatu prokuratury, naczelnik i dyżurny analityk. Siedem osób. Hala pod Swarzędzem została opróżniona tej samej nocy, a do opróżnienia hali potrzeba kilku ludzi, samochodu i co najmniej kilku godzin.

Zarzycka weszła z dwiema kawami z automatu i postawiła jedną przed nim.

— Portiernia przekazała to o siedemnastej — powiedziała, kładąc obok szarą kopertę w foliowym worku. — Zostawione bez nadawcy. Adresowane do pana, imiennie.

W kopercie leżał dyktafon. Ten sam model, ta sama partia, numer seryjny o jeden wyższy od tego z kieszeni Agaty Nowak.

Kowalski założył rękawiczki i wcisnął odtwarzanie.

Najpierw szum pomieszczenia i stukanie naczyń, jakby nagrywano w kawiarni. Potem głos Agaty, cichy, bardzo blisko mikrofonu:

— …to znaczy, że ktoś u nas to przykrywa od środka. Wie pani, kto?

I głos kobiety, starszej, zmęczonej, z łódzkim zaciąganiem:

— Wiem tyle, że jak w zeszłym roku poszła kontrola, to zatrzymali ją w dwa dni. Dwa dni, pani Agato. Taki telefon nie przychodzi z urzędu.

— Skąd przychodzi?

Przerwa. Szelest. Kobieta odpowiedziała ciszej, tak że słychać było tylko trzy słowa:

— …pan komendant wie.

Nagranie urwało się w połowie następnego zdania. Czterdzieści jeden sekund.

Kowalski odtworzył je jeszcze raz, potem trzeci. Zarzycka stała przy oknie, trzymając kubek obiema rękami.

— Komendantów w tym kraju jest kilkuset — powiedziała.

— W tej sprawie liczy się trzech, może czterech.

— Oni nam to przysłali celowo.

— Oczywiście, że celowo. — Kowalski wyjął baterie i włożył dyktafon do worka. — Chcą, żebym zaczął patrzeć na swoich zamiast na nich. A jeśli przestanę patrzeć na swoich, to jutro będą wiedzieli o każdym moim wniosku pół dnia wcześniej, tak jak wiedzieli dzisiaj.

Schował worek do szuflady i przekręcił kluczyk.

— Ewa, od jutra nic nie idzie do systemu przed czynnością. Postanowienia noszę w kieszeni. Rozmowy prowadzimy poza komendą. Jeśli ktoś zapyta, pracujemy nad wątkiem osobistym i czekamy na opinię biegłego.

— A naprawdę?

— A naprawdę jedziemy do Łodzi po panią Olech. — Wstał i zgasił lampkę. — Zanim znajdzie ją ktoś inny.

AKT DRUGI

9. Zgierz, dom za płotem z blachy

Siostra Grażyny Olech mieszkała w Zgierzu, przy ulicy, która kończyła się torami. Dom z lat siedemdziesiątych, płot z blachy trapezowej, w oknie kuchennym zasłona odsunięta na dwa palce.

Kowalski nie podjechał pod bramę. Zaparkowali trzy przecznice dalej, przy sklepie, i poszli pieszo. Zarzycka niosła reklamówkę, żeby wyglądać jak ktoś, kto wraca z zakupami.

— Jeśli ją obserwują, to zobaczą nas i tak — powiedziała.

— Zobaczą dwoje ludzi idących ulicą. Nie zobaczą radiowozu pod płotem i pięciu ludzi w kamizelkach. To jest różnica między „policja ją znalazła” a „policja ją przywiozła”.

Otworzyła siostra, pięćdziesiąt kilka lat, w swetrze narzuconym na fartuch. Na widok legitymacji nie zapytała o nic. Cofnęła się i zawołała w głąb domu jedno imię.

Grażyna Olech siedziała w kuchni, przy stole przykrytym ceratą, z rękami wokół kubka. Kot leżał na krześle obok. Wyglądała na kogoś, kto od trzech dni nie wychodzi z tego pomieszczenia.

— Wiedziałam, że ktoś przyjedzie — powiedziała. — Nie wiedziałam, kto pierwszy.

Kowalski usiadł naprzeciwko, nie zdejmując płaszcza, i położył na ceracie kartkę z ośmioma nazwiskami.

— To pismo Agaty Nowak. Pani ją znała.

Olech patrzyła na kartkę długo, zanim przytaknęła.

— Spotkałyśmy się siedem razy. Pierwszy raz w czerwcu, w kawiarni przy Piotrkowskiej. Ona mi powiedziała, że widziała sprawozdania i że albo jestem bardzo głupia, albo bardzo odważna, bo podpisałam coś, czego nie da się obronić. — Olech uniosła wzrok. — Byłam głupia przez cztery lata. Odważna zaczęłam być w zeszłym roku.

— Co się zmieniło?

— Kontrola. — Wypiła łyk herbaty. — W marcu zeszłego roku przyszła kontrola z urzędu marszałkowskiego. Normalna, zapowiedziana, w sprawie rozliczenia grantu. Przygotowałam dokumenty, bo wiedziałam, że pewne faktury nie mają pokrycia. Myślałam: wreszcie. Ktoś to zobaczy i ja powiem, co wiem.

— I?

— I po dwóch dniach kontrola została odwołana. Nie zakończona, tylko odwołana. Pani, która przyjechała, zadzwoniła do mnie sama, prywatnie, i powiedziała, że dostała polecenie zamknięcia sprawy, bo „jest postępowanie w innym trybie”. Żadnego postępowania nie było.

Zarzycka pisała w notesie, nie podnosząc głowy.

— Komu pani o tym powiedziała?

— Prezesce. Iwonie Rzepeckiej. — Olech skrzywiła się. — Ona wtedy powiedziała zdanie, którego nie zapomnę: „Grażynko, my mamy przyjaciół, którzy pilnują, żeby dobre rzeczy się nie zatrzymywały”.

Kowalski oparł łokcie na stole.

— Pani Grażyno, chcę to usłyszeć w kolejności. Jak wyglądał mechanizm?

Kobieta odstawiła kubek i przez chwilę układała sobie coś w głowie.

— Fundacja wygrywa konkurs i dostaje pieniądze w transzach. Z każdej transzy część idzie na rzeczy prawdziwe: czynsz, dwie etatowe panie, kursy polskiego, które naprawdę się odbywają. To jest fasada, którą można pokazać. Reszta idzie na usługi zewnętrzne do pięciu spółek.

— Te z Łodzi.

— Cztery z Łodzi, jedna z Poznania. Formalnie robią szkolenia, superwizje, „ewaluacje metodologiczne”. Ja wystawiam przelew na podstawie faktury i protokołu odbioru. Protokół podpisuje prezeska i ekspert zewnętrzny.

— Kto jest ekspertem?

— Zawsze ktoś inny. Zawsze ktoś, kto ma tytuł i nie ma czasu. Dostaje tysiąc złotych za podpis. — Olech wzruszyła ramionami. — Większość z nich nigdy nie widziała żadnego szkolenia.

— A gdzie te pieniądze idą dalej?

— Spółki wypłacają gotówkę i opłacają podwykonawców, którzy nie istnieją. Jedna ze spółek, Medialis, przez dwa lata przelewała co miesiąc od osiemdziesięciu do stu dwudziestu tysięcy do kancelarii prawnej za „obsługę korporacyjną”. Kancelaria należy do mecenasa Dominika Wasilewskiego, który jednocześnie jest w radzie fundacji. — Spojrzała na Kowalskiego. — To nie jest ukryte. To jest w KRS. Nikt nie czyta.

— Ile w sumie?

— Przez trzy lata przez te spółki przeszło około pięciu i pół miliona z dziewięciu. Z tego około dwóch milionów wróciło gotówką.

Zarzycka przestała pisać.

— A kobiety?

Olech milczała dłuższą chwilę. Kot zeskoczył z krzesła i wyszedł do przedpokoju.

— Kobiety to jest druga strona tej samej fundacji — powiedziała w końcu. — Mieszkania przejściowe są prawdziwe. Umowy z agencjami pracy są prawdziwe. Tylko że dziewczyna, która przyjeżdża z Ukrainy albo z Mołdawii, podpisuje umowę, w której ma potrącenia za zakwaterowanie, transport, kurs językowy i „opiekę koordynatora”. Po potrąceniach zostaje jej czterysta złotych. Paszport zostaje u koordynatora, bo „trzeba złożyć wniosek o kartę pobytu”.

— I ten koordynator to kto?

— Mariusz Redzik. — Olech wymówiła nazwisko wyraźnie, jakby przez ostatnie miesiące ćwiczyła, żeby je wypowiedzieć. — W fundacji figuruje jako specjalista do spraw bezpieczeństwa obiektów. Rudowłosy, krótko ostrzyżony. Mówią na niego Rudy.

Kowalski wyjął telefon i pokazał jej zdjęcie z kartoteki. Olech przytaknęła bez wahania.

— On. Przyjeżdżał do biura raz w miesiącu i brał listę mieszkań. Zawsze wesoły, zawsze z ciastkami dla sekretariatu.

— Pani Grażyno — Kowalski mówił teraz wolno — czy pani wie, co się stało z Oksaną Tkaczuk?

Kobieta ścisnęła kubek mocniej.

— Wiem, że uciekła w czerwcu. Wiem, że w sierpniu Redzik pytał w biurze o jej akta i że ja mu powiedziałam, że ich nie ma, chociaż leżały w szafie. — Łzy nie poszły jej po twarzy, zatrzymały się w oczach. — I wiem, że we wrześniu Rzepecka kazała zutylizować teczki wszystkich osób, które „zakończyły uczestnictwo w projekcie”. Osiemdziesiąt sześć teczek.

— Zutylizowała pani?

— Dwadzieścia. — Olech wstała, podeszła do kredensu i wyjęła z dolnej szuflady grubą kopertę w szarym papierze, owiniętą gumką recepturką. — Reszta jest tutaj. Sześćdziesiąt sześć teczek, skany na pendrivie. Chciałam to dać Agacie w zeszły wtorek. Nie zdążyłyśmy się spotkać.

Położyła kopertę na ceracie i cofnęła rękę, jakby ta koperta parzyła.

— Panie komisarzu, ja mam syna i dwie wnuczki. Jeśli pan to weźmie, to proszę mi powiedzieć uczciwie jedną rzecz: ile osób w pana policji dowie się, że to ja?

Kowalski patrzył na nią przez chwilę, zanim odpowiedział.

— Dzisiaj: dwie. Ja i pani podkomisarz. Prokurator dowie się jutro, bo bez niego nie mogę zrobić nic. Nie powiem pani, że będzie bezpiecznie, bo nie wiem. Powiem pani, co zrobię: nie wpiszę pani adresu do żadnego systemu, a pani dzisiaj stąd wyjedzie w inne miejsce, które pani sama wybierze i którego ja nie będę znał.

Olech przełknęła ślinę.

— To tak się teraz pracuje?

— W tej sprawie tak.

10. Kolektor

Nadkomisarz Radosław Pietrzak z CBŚP zaproponował spotkanie w kawiarni na Mokotowie, co samo w sobie było informacją. Ludzie z Centralnego Biura nie zapraszają do kawiarni, kiedy chcą współpracować. Zapraszają, kiedy chcą coś powiedzieć poza protokołem.

Był o dziesięć lat młodszy od Kowalskiego, w swetrze, z kubkiem czegoś z mlekiem i cynamonem.

— Przystań — powiedział bez wstępu. — Od czternastu miesięcy.

Kowalski odstawił kawę.

— Czyli wiedzieliście.

— Wiedzieliśmy o przepływach. Sprawa nazywa się „Kolektor” i dotyczy sześciu podmiotów, z których fundacja jest trzecia pod względem obrotu. Mamy materiał kontrolny z dwóch spółek, mamy bilingi i mamy jednego człowieka w środku. — Pietrzak obracał kubek na spodku. — Panie nadkomisarzu, w czwartek pan wszedł do biura przy Puławskiej i w ciągu dwunastu godzin trzy numery, które obserwowaliśmy przez rok, przestały istnieć.

— Zarzuca mi pan, że spaliłem wam operację.

— Stwierdzam fakt. I mówię, że pan tego nie spalił, tylko pana postanowienie przeszło przez system, który jest dziurawy, i oni je przeczytali przed panem. — Pietrzak spojrzał mu w oczy. — My wiemy o tym od roku. Dlatego nasza sprawa nie ma żadnego dokumentu w KSIP i dlatego nie zgłosiliśmy się do pana sami.

— Macie przeciek u siebie?

— Mamy podejrzenie, że przeciek jest nie u nas i nie u pana, tylko wyżej, na poziomie, gdzie i jedno, i drugie widać.

Kowalski długo milczał.

— Komendant.

— Nie powiedziałem tego słowa.

— Ja powiedziałem. — Kowalski wyjął z kieszeni kopertę i położył na stole zdjęcie Redzika. — Mariusz Redzik, rocznik siedemdziesiąt osiem, Łódź. W fundacji na etacie jako specjalista do spraw bezpieczeństwa.

Pietrzak nawet nie spojrzał na fotografię.

— Redzik jest nasz.

— Słucham?

— Redzik jest w kontakcie operacyjnym z naszym funkcjonariuszem od lutego. Dostarczył nam sześć nagrań z rozmów z Wasilewskim i jedną rozmowę, w której prezeska opowiada o konkursie ustawionym w urzędzie miasta. — Pietrzak powiedział to spokojnie, jak się podaje godzinę. — Nie może go pan zatrzymać.

Kowalski poczuł, jak krew uderza mu w kark, i odczekał dwie sekundy, zanim się odezwał.

— Ten człowiek zabiera dziewczynom paszporty.

— Ten człowiek daje nam dostęp do struktury, która wyprała trzydzieści milionów.

— Oksana Tkaczuk zniknęła dwudziestego ósmego września. — Kowalski oparł się o stół. — Trzy tygodnie później zginęła dziennikarka, która z nią rozmawiała. Pytam pana wprost: czy wasz informator był tej nocy w Warszawie?

Pietrzak odstawił kubek i po raz pierwszy odpowiedział nie od razu.

— Nie wiem.

— To jest złe miejsce na „nie wiem”.

— Wiem, że jest złe. — Pietrzak przesunął po stole złożoną kartkę. — To jest numer, pod którym będę odbierał o każdej porze. A to jest moja prośba, nie polecenie: niech pan przez dziesięć dni nie dotyka Redzika i Wasilewskiego. Dziesięć dni. W tym czasie dostanie pan ode mnie wszystko, co mamy o przepływach, i jeśli pana księgowa powie to samo co nasze dokumenty, pójdziemy do prokuratora razem, z materiałem, którego nikt nie zamiecie.

— A jeśli w ciągu tych dziesięciu dni zginie następna osoba?

— To będzie na mnie — powiedział Pietrzak. — I wtedy pan mi to powie w twarz.

Wrócili do komendy osobno. Zarzycka czekała w samochodzie na parkingu, z laptopem na kolanach.

— Siedemdziesiąt trzy nazwiska z teczek pani Olech — powiedziała, kiedy zatrzasnął drzwi. — Sprawdziłam pierwsze dwadzieścia w systemie. Jedenaście osób nie figuruje nigdzie po dacie zakończenia umowy. Żadnego meldunku, żadnego wniosku o kartę pobytu, żadnego wyjazdu odnotowanego przez Straż Graniczną.

— Jedenaście z dwudziestu.

— Tak. — Zarzycka zamknęła laptop. — Zbyszek, jeśli ta proporcja się utrzyma, to mówimy o trzydziestu kilku kobietach.

Kowalski patrzył przez szybę na mokry asfalt.

— Jedziemy pod Poznań. Dzisiaj. Bez wniosku, bez postanowienia, bez wpisu w książce wyjazdów.

— Na jakiej podstawie?

— Na podstawie rozmowy z ludźmi, którzy pracują legalnie w agencji pracy i którzy mają prawo z nami porozmawiać, jeśli zechcą. — Przekręcił kluczyk. — To jest wszystko, na co nas dzisiaj stać. I to jest więcej niż nic.

11. LogiFlex

Agencja pracy tymczasowej LogiFlex zajmowała parter budynku przy drodze wylotowej ze Swarzędza, między myjnią bezdotykową a hurtownią opon. Na szybie wisiały ogłoszenia w czterech językach: polskim, ukraińskim, rumuńskim i gruzińskim. Stawka: dwadzieścia osiem złotych za godzinę. Zakwaterowanie: zapewnione.

Kowalski nie wszedł do środka. Usiedli z Zarzycką w barze naprzeciwko, przy oknie, i patrzyli, jak o piętnastej czterdzieści pod budynek podjeżdża biały bus, z którego wysiada czternaście osób, w większości kobiety.

— Zmiana z magazynu — powiedziała Zarzycka. — Zobacz, kto wychodzi ostatni.

Z busa wysiadł mężczyzna w czarnej kurtce, z listą w ręce, i odhaczał nazwiska, kiedy wchodziły do budynku.

— Odbiera im identyfikatory — zauważył Kowalski. — Rano wyda z powrotem.

Czekali do siedemnastej. Dwie kobiety wyszły potem razem, ze sklepową reklamówką, i poszły piechotą w stronę osiedla. Kowalski dogonił je przy przejściu, trzymając legitymację tak, żeby było ją widać z bliska, ale nie z daleka.

— Policja z Warszawy. Nie z imigracyjnej, nie z inspekcji. Chcemy porozmawiać o jednej kobiecie.

Młodsza natychmiast przyspieszyła kroku. Starsza, może czterdziestoletnia, zatrzymała się.

— Jak się nazywa ta kobieta?

— Oksana Tkaczuk.

Kobieta spojrzała w stronę budynku agencji, potem na Zarzycką.

— Daria — powiedziała. — Daria Wasiuk. Tak się nazywam, bo i tak pan to sprawdzi.

Usiedli w barze, w którym pół godziny wcześniej Kowalski pił herbatę. Daria nie zdjęła kurtki.

— Oksana była w naszym mieszkaniu w Łodzi przez rok — zaczęła. — Osiem osób, trzy pokoje. Potrącali nam czterysta pięćdziesiąt od każdej za to mieszkanie, czyli trzy i pół tysiąca za mieszkanie, które kosztuje tysiąc osiemset. To wiem, bo sąsiad wynajmuje takie samo.

— Kto potrącał?

— Agencja. Na papierze wszystko było w umowie. Ja umiem czytać po polsku, podpisałam świadomie i to jest moja wina. — Powiedziała to twardo, jakby ktoś ją już kiedyś o to oskarżył. — Ale w umowie nie było tego, że koordynator weźmie paszport.

— Mariusz Redzik?

Daria nie odpowiedziała od razu.

— Dla nas był „pan Mariusz”. Przywoził jedzenie, jak ktoś zachorował. Raz zawiózł Switłanę do szpitala i zapłacił za badania. — Obracała kubek w dłoniach. — I ten sam człowiek stał w drzwiach, kiedy jedna dziewczyna powiedziała, że chce odejść. Nie uderzył jej. Tylko powiedział spokojnie, że wie, gdzie jej matka mieszka w Czerniowcach, i że to miłe miasto.

Zarzycka pisała szybko.

— Co się stało z Oksaną?

— W czerwcu uciekła. Pojechała do Warszawy, do dziennikarki. — Daria podniosła wzrok. — To nie był przypadek. Oksana szukała kogoś od marca. Pisała na grupach, pytała. Znalazła tę panią i powiedziała nam, że ona to nagra i że wtedy wszyscy zobaczą.

— A we wrześniu?

— We wrześniu Oksana zadzwoniła do mnie ostatni raz, dwudziestego siódmego wieczorem. Mówiła, że jest w Warszawie, że ma spotkanie „z kimś ważnym, kto może pomóc oficjalnie”. — Daria zamilkła na chwilę. — Pytałam, z kim. Powiedziała: „z policjantem”.

Kowalski poczuł chłód między łopatkami.

— Powiedziała, z jakim? Z którego miasta, z jakiej jednostki?

— Nie. Powiedziała tylko, że to jest ktoś, kogo poleciła jej pani Agata. I że się boi, ale że to ostatni krok.

— Dwudziestego siódmego. A dwudziestego ósmego przestała odbierać.

Daria skinęła głową.

— Dzwoniłam przez cztery dni. Potem telefon był wyłączony na stałe.

Zarzycka odłożyła długopis.

— Pani Dario, czy pani zgłosiła to na policję?

Kobieta spojrzała na nią z czymś, co nie było ani złością, ani ironią, raczej zmęczeniem.

— Poszłam na komisariat w Łodzi trzeciego października. Pan dyżurny spisał dwa zdania i zapytał, czy Oksana ma kartę pobytu. Powiedziałam, że paszport ma koordynator. Wtedy zapytał, czy ona pracowała legalnie. — Daria wzruszyła ramionami. — Rozmowa skończyła się tym, że to ja tłumaczyłam się przez dwadzieścia minut. Wyszłam i nie wróciłam.

— Spisał pani dane?

— Spisał. Imię, nazwisko, numer telefonu.

Kowalski i Zarzycka spojrzeli na siebie jednocześnie.

— Pani Dario — powiedział wolno Kowalski — czy po tej wizycie ktoś z agencji z panią rozmawiał?

Kobieta odstawiła kubek bardzo ostrożnie, jakby nagle bała się hałasu.

— Po trzech dniach przyszedł pan Mariusz. Przywiózł pralkę do mieszkania, bo starej nie dało się naprawić. — Przełknęła ślinę. — I powiedział przy wszystkich, że słyszał, że ktoś z nas chodził na policję, i że to dobrze, bo policja jest od pomagania. Powiedział to z uśmiechem. Od tamtej pory nikt u nas nie mówi o Oksanie.

Kowalski wyszedł na parking i stał przez chwilę w deszczu, bez kurtki, patrząc na szyld LogiFlex.

Zarzycka stanęła obok.

— Komisariat w Łodzi, trzeci października — powiedziała. — Zgłoszenie od Darii Wasiuk. Jeśli było spisane, to jest w systemie.

— Jeśli nie zostało skasowane.

— A jeśli zostało, to kasował je ktoś, kto ma dostęp i powód. — Zarzycka zapięła kurtkę pod szyję. — Zbyszek, ja to sprawdzę. Ale nie ze swojego konta.

Kowalski spojrzał na nią.

— Nie. Sprawdzisz ze swojego, na moje polecenie, wpisane do notatki służbowej, którą napiszę dzisiaj i podpiszę datą i godziną. — Ruszył do samochodu. — Od tego momentu wszystko, co robimy, ma być tak czyste, żeby za pół roku nikt nie mógł nam zarzucić ani jednego skrótu. Oni będą szukać na nas haka wcześniej niż my na nich.

12. Rejestr

Zgłoszenie Darii Wasiuk istniało.

Zarzycka znalazła je o jedenastej rano, w rejestrze czynności komisariatu Łódź-Bałuty, pod datą trzeciego października. Notatka urzędowa, siedem linijek: zgłaszająca podaje, że obywatelka Ukrainy Oksana Tkaczuk nie kontaktuje się od 28.09, zgłaszająca nie jest osobą najbliższą, pouczono o trybie zgłoszenia zaginięcia.

Pod notatką widniała adnotacja z dnia szóstego października: „czynności zakończono, brak podstaw do wszczęcia poszukiwań — osoba dorosła, brak okoliczności wskazujących na przestępstwo”.

Adnotację wprowadzono z konta sierżanta sztabowego Pawła Gajdy o godzinie dwudziestej drugiej czternaście.

— Gajda tego dnia skończył służbę o osiemnastej — powiedziała Zarzycka, odwracając ekran. — Mam grafik. O dwudziestej drugiej czternaście nie było go w budynku.

Kowalski pochylił się nad monitorem.

— Czyli ktoś wszedł na jego konto.

— Albo on dał komuś hasło. W komisariatach to nie jest rzadkość, ludzie zostawiają sobie loginy, żeby domknąć papiery za kogoś.

— To jest różnica między karygodnym bałaganem a przestępstwem. — Kowalski wyprostował się. — Chcę wiedzieć, z jakiego terminala.

Odpowiedź przyszła po trzech godzinach, z wydziału teleinformatyki, w formie, która nie dawała się zinterpretować na dwa sposoby. Adnotacja została wprowadzona z komputera w pokoju czterysta dwanaście Komendy Wojewódzkiej w Łodzi. Pokój należał do wydziału analizy kryminalnej.

Zarzycka odczytała to na głos i zamilkła.

— To nie jest komisariat — powiedziała po chwili. — To jest piętro wyżej.

— I ktoś, kto ma prawo tam siedzieć o dwudziestej drugiej i nikomu nie tłumaczyć się, co robi. — Kowalski wziął płaszcz. — Nie ruszamy tego. Jeszcze nie. Jeśli dzisiaj zapytamy teleinformatykę w Łodzi o logi dostępu, to jutro ta osoba będzie wiedziała, że ją szukamy.

— To co robimy?

— Zapisujemy, podpisujemy i chowamy. — Kowalski spojrzał na nią. — I czekamy, aż zrobi to jeszcze raz.

Wieczorem, kiedy wyjeżdżał z parkingu, szary passat stał przy ogrodzeniu po drugiej stronie ulicy. Ten sam numer co spod klatki Marty Sikorskiej. Kowalski przejechał dwieście metrów, zawrócił na rondzie i zatrzymał się dokładnie obok, szyba w szybę.

Kierowca był młody, może trzydziestoletni, z kubkiem kawy w uchwycie. Pasażera nie było.

Kowalski opuścił szybę i czekał. Po trzech sekundach tamten też opuścił.

— Dobry wieczór — powiedział Kowalski. — Nadkomisarz Kowalski, Komenda Stołeczna. Pan tu od dwóch godzin.

— Czekam na znajomego.

— Dwa dni temu czekał pan na znajomego na Grochowie, przy Mińskiej. — Kowalski podał mu swoją wizytówkę przez okno. — Niech pan przekaże temu, kto panu płaci, że to jest moja wizytówka, i że on może do mnie zadzwonić. A pan niech pomyśli, czy chce dalej jeździć po mieście samochodem, którego numer mam zapisany w trzech notatkach służbowych.

Kierowca wziął wizytówkę. Nie powiedział nic. Po minucie odjechał w stronę Powązkowskiej.

Kowalski zanotował godzinę i wrócił do domu na Bemowie, do mieszkania, w którym od czterech lat mieszkał sam. Zrobił jajecznicę, zjadł ją przy kuchennym blacie i zadzwonił do córki. Marta odebrała po trzecim sygnale, w tle grał Kraków i jakieś radio.

— Tata? Wszystko dobrze?

— Dobrze. Chciałem zapytać, czy wy z Jankiem nadal planujecie przyjechać na Wszystkich Świętych.

— Planujemy. A co?

Kowalski oparł się o blat.

— Przełóżcie na grudzień.

Cisza w słuchawce trwała chwilę.

— Tato, co się dzieje?

— Mam sprawę, przy której lepiej, żeby przez miesiąc pod moim blokiem nie stał samochód na krakowskich numerach. — Powiedział to normalnym głosem, bo wiedział, że jeśli spróbuje to ubrać w żart, córka to usłyszy. — To nie jest panika. To jest ostrożność, która nic nie kosztuje.

— Ty mi mówisz prawdę?

— Mówię ci tyle prawdy, ile mogę, i tyle wystarczy do grudnia.

Marta westchnęła.

— Dobrze. Ale zadzwonisz w niedzielę.

— Zadzwonię.

Rano w sekretariacie leżała kartka z prośbą o kontakt. Inspektor Łaniecki chciał go widzieć o dziewiątej.

Naczelnik stał przy oknie i tym razem nie miał płaszcza, co znaczyło, że rozmowa potrwa dłużej niż trzy minuty.

— Dostałem pismo z prokuratury okręgowej — zaczął bez wstępu. — Pytają, dlaczego w sprawie zabójstwa dziennikarki prowadzimy czynności dotyczące rozliczeń dotacji z urzędu marszałkowskiego w Łodzi.

— Bo ofiara zbierała materiał o tych rozliczeniach i zginęła dzień po tym, jak dostała dokumenty.

— Ja to wiem. — Łaniecki odwrócił się. — Ale pismo przyszło nie z wydziału, który prowadzi tę sprawę. Przyszło z góry, przez biuro, z adnotacją „do pilnego wyjaśnienia”. Rozumiesz różnicę?

— Rozumiem. Ktoś ma kolegę.

— Ktoś ma kolegę, a ja mam odpowiedzieć na piśmie w ciągu siedmiu dni. — Naczelnik usiadł ciężko. — Zbyszek, powiedz mi szczerze. Ty kogo w tej chwili podejrzewasz?

Kowalski przez chwilę nie odpowiadał. Patrzył na człowieka, którego znał od dwudziestu lat, z którym stał nad ośmioma ciałami i z którym w dwa tysiące siódmym pił wódkę po pogrzebie wspólnego kolegi, i próbował w jego twarzy znaleźć cokolwiek poza zmęczeniem.

— Podejrzewam grupę, która obsługuje fundację i dwie agencje pracy, i która ma u nas kogoś, kto czyta dokumenty szybciej niż ja — powiedział w końcu. — Nie wiem, kto to jest. Wiem, że siedzi albo w Łodzi, albo tutaj.

Łaniecki skinął głową powoli.

— Jeśli to jest ktoś od nas, to chcę go dostać pierwszy.

— Wiem.

— Nie jestem pewien, czy wiesz. — Naczelnik spojrzał na niego. — Ja mam trzy lata do emerytury i nie zamierzam ich spędzić, tłumacząc się przed komisją, dlaczego w moim wydziale ktoś sprzedawał postanowienia. Masz moje wsparcie, dopóki robisz to porządnie. Jak zrobisz jeden skrót, zostaniesz z tym sam.

Wychodząc, Kowalski zatrzymał się w progu.

— Krzysiek, jedno pytanie. Czy ty w ostatnim roku rozmawiałeś z kimkolwiek o Fundacji Przystań, zanim ja ci o niej powiedziałem?

Łaniecki podniósł głowę.

— Nie.

— Na pewno?

— Zbyszek, ty mnie w tej chwili przesłuchujesz w moim gabinecie.

— Tak — powiedział Kowalski. — Przepraszam. I odpowiedź mi wystarczy.

Zamknął za sobą drzwi i przez pięć sekund stał na korytarzu, próbując zdecydować, czy uwierzył.

13. Drugie źródło

Zarembski zadzwonił w sobotę o siódmej rano, z numeru, którego Kowalski nie znał.

— Muszę się z panem spotkać. Nie w komendzie.

— Co się stało?

— Dostałem drugą paczkę.

Spotkali się w parku na Polu Mokotowskim, przy bramce, bo Zarembski uparł się, żeby to było miejsce otwarte. Wyglądał gorzej niż przed tygodniem: nieogolony, w kurtce narzuconej na bluzę.

— Przyszło w czwartek w nocy — powiedział, podając telefon. — Ten sam kanał, nowy numer. Materiał o Serafinie, że on rzekomo ma długi u ludzi z Pragi i że zlecił zabójstwo. Z fakturami, z wyciągiem, wszystko ładnie poskładane.

Kowalski przewinął zdjęcia.

— Wyciąg jest sfałszowany. Numer rachunku ma zły format, dwie cyfry za mało.

— Wiem. — Zarembski zabrał telefon. — Sprawdziłem, bo po naszej rozmowie sprawdzam już wszystko. I dlatego tu jestem. Panie komisarzu, ja mam na kanale sto osiemdziesiąt tysięcy ludzi, którzy czekają na ciąg dalszy, i dostaję gotowe ciągi dalsze co trzy dni. Ktoś mnie karmi.

— Od kiedy?

— Od pierwszego materiału. — Zarembski przełknął ślinę. — W środę dostałem jeszcze jedną wiadomość. Bez materiału. Jedno zdanie: „Dobrze idzie. Następny odcinek o byłym chłopaku i jego długach, w poniedziałek”.

— To jest polecenie.

— To jest polecenie — przyznał. — I wie pan, co jest najgorsze? Że ja przez dwa dni zastanawiałem się, czy je wykonać. Bo to by było osiemset tysięcy wyświetleń.

Kowalski spojrzał na niego z boku.

— Czemu pan nie wykonał?

— Bo w czwartek pod moim blokiem stanął samochód i stoi do dzisiaj. — Zarembski zaśmiał się krótko, bez wesołości. — Dopóki mnie karmili, byłem im potrzebny. Jak przestałem publikować, zaczęli mnie pilnować. To znaczy, że nie jestem dziennikarzem, tylko narzędziem, które właśnie zaczęło się psuć.

— Co pan ode mnie chce?

— Chcę oddać telefon, na który to przychodziło, i chcę, żeby pan to zabezpieczył protokolarnie. — Zarembski wyjął z kieszeni drugie urządzenie, starszy model, i położył je na ławce między nimi. — I chcę wiedzieć jedną rzecz: czy ja przez te trzy tygodnie pomagałem komuś zabić czas, żeby wywieźć ludzi z magazynu.

Kowalski patrzył na telefon.

— Tak — powiedział. — W czwartek rano weszliśmy do hali pod Swarzędzem. Była pusta od kilkunastu godzin. Przez trzy tygodnie cała uwaga tego kraju była skierowana na niewinnego faceta z Gdańska. Pan na tym zarobił, oni na tym wygrali czas.

Zarembski długo patrzył w ziemię.

— Co mam teraz zrobić?

— Opublikować sprostowanie bez sensacji, własnym głosem. Nie o policji, nie o spisku, tylko: że materiał o Serafinie powstał na podstawie dokumentów przekazanych anonimowo, że część z nich jest sfałszowana i że pan przeprasza konkretnego człowieka. — Kowalski wstał. — I nic więcej. Żadnych nowych tropów, żadnych aluzji, że pan coś wie. Jeśli pan puści sugestię, że zbliża się pan do prawdy, to oni uznają, że pan się zbliża.

— A jeśli to będzie koniec mojego kanału?

— To będzie początek czegoś, co się panu kiedyś przyda. — Kowalski wziął telefon w rękawiczce i włożył do koperty. — Nazywa się reputacja. Pan teraz zapłaci za nią dziesięć razy więcej, niż kosztowałaby, gdyby pan ją kupił na początku.

W poniedziałek na kanale „Teczka” ukazał się film na jedenaście minut, bez neonu, nagrany telefonem. Zarembski powiedział w nim dokładnie to, co trzeba było powiedzieć, i nic ponadto. Stracił w tydzień czterdzieści tysięcy subskrypcji.

W środę rano Zarzycka położyła przed Kowalskim wydruk z analizy telefonu.

— Numer, z którego przychodziły paczki, logował się w trzech lokalizacjach — powiedziała. — Dwie w Łodzi. Trzecia w Warszawie, maszt przy Puławskiej, zasięg obejmuje kilkanaście budynków.

— W tym biuro fundacji.

— W tym biuro fundacji i jeszcze jedna rzecz, która mi się nie podoba. — Zarzycka położyła palec na mapie. — W tym samym sektorze jest budynek, w którym mieści się kancelaria mecenasa Wasilewskiego. Siódme piętro.

Kowalski patrzył na mapę i liczył dni. Pietrzak prosił o dziesięć. Minęło sześć.

14. Oksana

Weronika Stec prowadziła w Poznaniu stowarzyszenie, które zajmowało dwa pokoje nad piekarnią i miało roczny budżet mniejszy niż jedna faktura Fundacji Przystań za „opracowanie metodologii”. Zadzwoniła sama, w czwartek, po tym jak Zarzycka trzeci raz zostawiła wiadomość na sekretarce.

— Jest u mnie od trzech tygodni — powiedziała bez wstępu. — Nie powiem gdzie, dopóki nie zobaczę panów legitymacji i dopóki ona nie zgodzi się na spotkanie.

Oksana Tkaczuk zgodziła się w sobotę.

Mieszkanie było na Wildzie, na parterze, z zakratowanym oknem na podwórko. Oksana miała dwadzieścia cztery lata, ostrzyżone krótko włosy i sposób siedzenia, który Kowalski znał z innych spraw: plecy prosto, obie dłonie na kolanach, oczy na drzwiach.

Zaczął od rzeczy, którą uważał za najważniejszą.

— Pani Oksano, nie będę pani dzisiaj przesłuchiwał. To nie jest czynność procesowa. Jeśli pani powie, że mam wyjść, wyjdę i nie wrócę bez pani zgody.

Dziewczyna spojrzała na Weronikę, potem na niego.

— Pani Agata mówiła to samo. — Jej polski był dobry, z twardym akcentem. — I ja wtedy uwierzyłam.

— Wiem, co się stało z panią Agatą.

— Przeze mnie.

— Nie. — Kowalski powiedział to spokojnie. — Przez ludzi, którzy ją zabili. Pani jest jedyną osobą w tym pokoju, która nie zrobiła nic złego.

Oksana milczała przez chwilę, a potem zaczęła mówić, i mówiła przez dwie godziny prawie bez przerwy.

O Czerniowcach i ogłoszeniu o pracy w sortowni. O podpisanej umowie i o tym, że przez pierwsze trzy miesiące wszystko było jak w ogłoszeniu. O dniu, kiedy pan Mariusz powiedział, że zbiera paszporty do wniosków o karty pobytu, i o tym, że karty przyszły do czterech osób z ośmiu, a paszporty do nikogo. O dwunastu godzinach dziennie i o czterystu złotych na rękę. O dziewczynie z Mołdawii, która po pół roku poszła z koordynatorem „do innej pracy, lepiej płatnej, wieczorami” i wróciła po tygodniu inna.

I wreszcie o czerwcu.

— Uciekłam w nocy, pociągiem, bez paszportu. Pani Agata czekała na mnie na dworcu w Warszawie. Dała mi pieniądze i miejsce u koleżanki. Nagrywałyśmy trzy razy. — Oksana splotła palce. — Ona chciała, żebym poszła na policję. Ja się bałam. Mówiłam: nie mam dokumentów, oni mnie wyślą. Ona powiedziała, że zna kogoś, kto to poprowadzi tak, że nikt mnie nie wyśle.

Kowalski poczuł, że to jest ten moment, i nie przyspieszył.

— Kiedy to było?

— We wrześniu. Dwudziestego piątego mi powiedziała, że umówiła spotkanie. Że to jest policjant, ale nie ze zwykłego komisariatu, tylko „ktoś, kto zajmuje się takimi sprawami od dawna”.

— Była na tym spotkaniu z panią?

— Nie. — Oksana pokręciła głową. — To była moja wina. Ona chciała przyjechać, a ja powiedziałam, że sama. Bałam się, że jak nas zobaczą razem, to będzie wyglądać jak zasadzka.

— Gdzie i kiedy?

— Dwudziesty ósmy września, rano. Parking przy Dworcu Zachodnim, od strony Tunelowej.

Zarzycka pisała w milczeniu.

— Niech pani opowie wszystko, co pani pamięta — poprosił Kowalski. — Nawet rzeczy, które wydają się bez znaczenia.

Oksana zamknęła na chwilę oczy.

— Przyjechał ciemnym autem, osobowym, nie radiowozem. Wysiadł, pokazał mi legitymację, trzymał ją blisko, mogłam przeczytać. Była prawdziwa, z orłem, ze zdjęciem. Nazwiska nie zapamiętałam, bo patrzyłam na zdjęcie i porównywałam z twarzą.

— Jak wyglądał?

— Pięćdziesiąt lat może. Szpakowaty, włosy krótkie, zaczesane na bok. Wysoki, szczupły. Okulary w cienkich oprawkach, bez obwódki na dole. — Mówiła powoli, jakby odczytywała z obrazu. — Na prawej ręce sygnet, złoty, kwadratowy. I kurtka taka sportowa, granatowa, z logo na piersi, małym, biała góra.

— Co mówił?

— Mówił dobrze. Spokojnie. Powiedział, że zna sprawę, że ja jestem bardzo ważnym świadkiem i że musimy jechać do jednostki, gdzie mnie przesłuchają, ale najpierw oddam telefon, bo „procedura”. — Oksana otworzyła oczy. — Dałam mu telefon. I to był moment, w którym zrozumiałam.

— Dlaczego?

— Bo on nie wyłączył telefonu i nie włożył do torby. Wyjął kartę i złamał ją w palcach. Przy mnie. — Przełknęła ślinę. — Policjant tak nie robi. Policjant by to zapisał, włożył do koperty. On to zniszczył, jakby sprzątał.

Kowalski nie poruszył się.

— Co pani zrobiła?

— Powiedziałam, że muszę do toalety na dworcu, że dwie minuty. On powiedział, żebym poszła, i że będzie czekał w aucie. — Oksana uśmiechnęła się bez radości. — Poszłam przez dworzec, wyszłam drugim wyjściem, wsiadłam w autobus do Poznania bez biletu. Płakałam całą drogę, bo byłam pewna, że tracę jedyną szansę.

— Nie traciła pani. Uratowała pani sobie życie.

— Pani Agata żyła jeszcze trzy tygodnie — powiedziała Oksana cicho. — Ja nie zadzwoniłam do niej z nowego numeru, bo bałam się, że oni mają jej telefon. Gdybym zadzwoniła, może by uciekła.

Zarzycka podniosła głowę.

— Pani Oksano, czy ten człowiek odebrał przy pani telefon? Czy ktoś do niego dzwonił?

— Tak. — Dziewczyna skinęła głową. — Zanim pokazał legitymację, odebrał i powiedział dwa zdania. I ten ktoś po drugiej stronie mówił głośno, słyszałam jedno słowo.

— Jakie?

— Imię. — Oksana spojrzała na nich. — „Darek”. Tamten powiedział: „Darek, jesteś już?”.

W samochodzie, w drodze powrotnej, przez pierwsze dwadzieścia kilometrów nikt się nie odezwał.

— Pokój czterysta dwanaście — powiedziała w końcu Zarzycka. — Wydział analizy kryminalnej, Komenda Wojewódzka w Łodzi. Mam sprawdzić obsadę?

— Nie z systemu kadrowego. — Kowalski patrzył na drogę. — Z gazety zakładowej, z podziękowań na stronie komendy, ze zdjęć z akademii. Chcę zobaczyć twarze, zanim ktokolwiek zobaczy nasze zapytanie.

Znalazła go po dwóch godzinach, w galerii zdjęć z obchodów Święta Policji sprzed trzech lat. Trzeci rząd, w mundurze wyjściowym: komisarz Dariusz Kępa, ekspert wydziału analizy kryminalnej. Szpakowaty, szczupły, okulary bez obwódki.

Na prawej dłoni, opartej o oparcie krzesła, widać było sygnet.

15. Notatka służbowa

Kowalski nie zrobił nic przez czterdzieści osiem godzin i to była najtrudniejsza decyzja w całej sprawie.

Nie wystąpił o bilingi Kępy, nie zapytał o jego służbowy samochód, nie sprawdził, kiedy był na urlopie. Każda z tych czynności zostawiała ślad w systemie, do którego Kępa miał dostęp zawodowo. Zamiast tego pojechał do Łodzi prywatnym samochodem, zaparkował naprzeciwko komendy o siódmej rano i siedział tam do dziewiątej, patrząc, kto wchodzi.

Kępa przyjechał o siódmej pięćdziesiąt, ciemnoszarym passatem — nie tym spod bloku Marty Sikorskiej, ale tego samego modelu i koloru. Wysiadł, poprawił teczkę i wszedł do budynku ruchem człowieka, który robi to od dwudziestu lat.

Wieczorem Kowalski napisał notatkę służbową. Zrobił to tak, jak sam kazał Zarzyckiej robić wszystko: dokładnie, z datami, z numerami, z opisem źródła informacji i z zastrzeżeniem, że rozpoznanie wizerunku przez świadka nie zostało jeszcze przeprowadzone procesowo. Nazwiska Oksany Tkaczuk nie wpisał. Napisał: „świadek A, kobieta, obywatelstwo ukraińskie, miejsce pobytu znane prowadzącemu”.

Notatkę zarejestrował w kancelarii tajnej i przekazał bezpośrednio prokuratorowi Bielowi do rąk własnych, bez systemu, za pokwitowaniem.

Biel przeczytał ją dwa razy.

— Jeśli to jest prawda, to mamy funkcjonariusza, który uprowadza świadka w biały dzień.

— Mamy funkcjonariusza, którego rysopis pasuje do człowieka, który podjechał po świadka i zniszczył jej kartę SIM. — Kowalski stał przy oknie. — Reszta to są poszlaki: adnotacja w rejestrze wprowadzona z jego pokoju, imię usłyszane w rozmowie telefonicznej, sygnet. Przed sądem to jest nic.

— A co z tym jest coś?

— Okazanie wizerunku przeprowadzone prawidłowo, z udziałem obrońcy, w warunkach, w których świadek jest bezpieczny. — Kowalski odwrócił się. — I co najmniej jeden dowód rzeczowy łączący go z Redzikiem albo z Wasilewskim.

Biel włożył notatkę do sejfu i zamknął na klucz.

— Daję panu tydzień, zanim będę musiał zawiadomić Biuro Spraw Wewnętrznych. Dłużej nie mogę, bo sam przestanę być czysty.

W piątek o czwartej czterdzieści rano zadzwonił telefon.

Dyżurny z Poznania mówił tym tonem, po którym poznaje się złe wiadomości, zanim padnie treść.

— Panie nadkomisarzu, mamy podpalenie w Swarzędzu. Dom wielorodzinny, kwatera pracownicza. Ogień wyszedł z klatki, podłożono na parterze. Ewakuowano jedenaście osób, dwie w szpitalu.

Kowalski siedział już na łóżku.

— Nazwiska.

— Jedna z poszkodowanych to obywatelka Ukrainy, Daria Wasiuk, trzydzieści dziewięć lat. Zatrucie dymem, stan stabilny.

Zamknął oczy na sekundę.

— Kto wie, że ja o nią pytam?

— Słucham?

— Nic. Jadę.

Daria leżała w szpitalu w Poznaniu, przytomna, z maską tlenową zsuniętą pod brodę. Na widok Kowalskiego odwróciła głowę do ściany.

— Pani Dario.

— Niech pan idzie.

— Pani Dario, ja…

— Przyszedł pan do mnie w czwartek. — Powiedziała to do ściany, głosem zdartym od dymu. — W piątek wieczorem ktoś patrzył pod naszymi oknami. A dzisiaj rano palił się mój dom. Niech pan sam policzy, ile dni to trwało.

Kowalski stał przy łóżku i nie miał nic, co mogłoby zabrzmieć inaczej niż tłumaczenie.

— Ma pani rację — powiedział w końcu. — To wyszło ode mnie. Nie wiem jeszcze, w którym miejscu, ale wyszło. I ja to pani naprawię w jedyny sposób, w jaki potrafię: znajdę to miejsce i zamknę je.

Daria odwróciła głowę.

— Dlaczego pan to mówi?

— Bo gdybym powiedział, że to przypadek, to by pani wiedziała, że kłamię, i nigdy więcej by pani ze mną nie rozmawiała.

W samochodzie na szpitalnym parkingu Kowalski rozłożył na kolanach kartkę i wypisał wszystkich, którzy wiedzieli o rozmowie z Darią Wasiuk.

Zarzycka. On sam. Prokurator Biel, od wtorku. Pietrzak z CBŚP, bo Kowalski powiedział mu o rozmowie przez telefon w środę, żeby zachować lojalność.

I notatka służbowa z czwartku — ta, którą napisał, żeby wszystko było czyste. Zarejestrowana w sekretariacie wydziału przed przekazaniem do kancelarii tajnej. Z pieczątką, numerem i wpisem w dzienniku korespondencji, do którego dostęp miało jedenaście osób w budynku.

Kowalski patrzył na tę ostatnią linijkę bardzo długo.

Potem wyjął telefon i zadzwonił do Zarzyckiej.

— Ewa. Od dzisiaj nie piszemy nic, czego nie musimy napisać. Jeśli coś musi być na papierze, pisze to jedna osoba, odręcznie, w jednym egzemplarzu, i ten egzemplarz nie wychodzi z sejfu prokuratora.

— A sprawozdawczość?

— Sprawozdawczość będzie opisywała wątek osobisty, oględziny i opinie biegłych. — Przekręcił kluczyk. — Przez następne dwa tygodnie ta sprawa oficjalnie stoi w miejscu.

16. Dwa tysiące czwarty

Kowalski wyciągnął stare akta w niedzielę, kiedy w komendzie nie było nikogo poza dyżurnym.

Archiwum pachniało kurzem i wilgotnym kartonem. Tom czwarty sprawy, którą prowadził w dwa tysiące czwartym, leżał tam, gdzie powinien, z nalepką i sygnaturą. Sprawa dotyczyła przemytu papierosów przez wschodnią granicę i skończyła się czterema aktami oskarżenia, z czego dwa upadły.

Kowalski znalazł to na stronie sto dziewięćdziesiątej siódmej.

Notatka z czynności operacyjnych, jego własny podpis, data: siedemnastego marca dwa tysiące czwartego roku. Treść: informacje uzyskane od osobowego źródła informacji o pseudonimie „Rudy”, dotyczące miejsca przeładunku towaru w okolicach Zgierza.

Pod spodem, w rubryce danych osobowych źródła, wpisane jego własnym pismem: Mariusz Redzik, ur. 1978.

Siedział z tym przez dwadzieścia minut.

Pamiętał go teraz dokładnie. Dwudziestosześcioletni chłopak z Bałut, zatrzymany przy transporcie, przestraszony, z dzieckiem w drodze i wyrokiem w zawieszeniu. Kowalski zaproponował mu współpracę, bo tak się wtedy pracowało, i Redzik przez półtora roku dawał informacje dobre i uczciwe. W dwa tysiące szóstym kontakt wygasł, bo chłopak wyjechał do Holandii.

Zarzycka przyszła po dwóch godzinach, wezwana jednym zdaniem przez telefon. Kowalski podał jej tom bez komentarza i czekał, aż doczyta.

— Twoje źródło — powiedziała.

— Moje źródło sprzed dwudziestu dwóch lat.

— Zbyszek, rozumiesz, jak to będzie wyglądało?

— Rozumiem lepiej niż ty, bo ja już to kiedyś widziałem z drugiej strony. — Kowalski zamknął tom. — Jak Redzik zostanie zatrzymany, jego obrońca w pierwszym tygodniu wyciągnie, że prowadzący sprawę nadkomisarz był kiedyś jego oficerem prowadzącym. Potem pójdzie wniosek o wyłączenie mnie z postępowania, potem skarga, potem artykuł w portalu, że policja ucisza dawnego konfidenta.

— Więc co robimy?

— To, co trzeba było zrobić w pierwszym dniu, gdybym wiedział. — Wstał i wziął tom pod pachę. — Idę z tym do Biela jutro rano i składam wniosek o wyłączenie mnie z czynności dotyczących Redzika. Nie z całej sprawy. Z czynności wobec niego.

Zarzycka patrzyła na niego z niedowierzaniem.

— Sam się ograniczasz.

— Sam się ograniczam dzisiaj, żeby za pół roku ktoś inny mi tego nie zrobił w gorszym momencie. — Kowalski ruszył do drzwi. — Ewa, zapamiętaj sobie jedną rzecz na resztę służby: w takich sprawach przegrywa się nie na dowodach, tylko na proceduralnych drobiazgach, które przeciwnik znajdzie wcześniej niż ty.

Biel przyjął wniosek bez entuzjazmu i z wyraźną ulgą.

— Dobrze pan zrobił — powiedział, podpisując. — Czynności wobec Redzika przejmie Zarzycka pod moim bezpośrednim nadzorem. Pan prowadzi resztę.

— Chcę jeszcze jednego. — Kowalski położył na biurku drugą kartkę. — Chcę, żeby to poszło do akt razem z wnioskiem. Opis mojego kontaktu z Redzikiem w latach dwa tysiące cztery i pięć, wszystko, co pamiętam, łącznie z tym, co nie świadczy o mnie dobrze.

Biel przeczytał kartkę i podniósł brwi.

— Pisze pan tutaj, że w dwa tysiące piątym umorzył pan wobec niego sprawę o pobicie.

— Umorzyłem, bo pokrzywdzony wycofał zeznania, a ja nie naciskałem, bo Redzik był mi wtedy potrzebny. — Kowalski patrzył prosto na prokuratora. — To jest dokładnie ten rodzaj decyzji, z którego po dwudziestu latach wyrasta człowiek, który odbiera dziewczynom paszporty. Niech to będzie w aktach.

17. Mecenas

Dominik Wasilewski przyszedł na przesłuchanie dobrowolnie, dwa dni po tym, jak wezwanie wysłano listem poleconym, i przyniósł ze sobą teczkę, z której wyjął dokumenty w kolejności, w jakiej spodziewał się pytań.

Miał czterdzieści sześć lat, garnitur bez połysku i sposób mówienia człowieka, który prowadzi szkolenia z wystąpień publicznych.

— Zanim zaczniemy — powiedział — chciałbym złożyć do protokołu, że jestem w radzie Fundacji Przystań społecznie, bez wynagrodzenia, od dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku, i że moja kancelaria świadczy na jej rzecz usługi na podstawie umowy, którą zaraz państwu przekażę.

— Przekaże pan też umowy ze spółkami Medialis, Vertigo Consulting i Prosperis? — zapytał Kowalski.

Wasilewski uśmiechnął się leciutko.

— Oczywiście. Trzy segregatory czekają w sekretariacie, przywiozłem je dzisiaj. Panie nadkomisarzu, ja nie zamierzam niczego przed państwem chować. Zamierzam natomiast zwrócić uwagę, że prowadzenie obsługi prawnej podmiotów, które współpracują z organizacją pozarządową, nie jest przestępstwem.

— A wystawianie faktur za szkolenia, których nie było?

— Gdyby takie faktury istniały, odpowiedzialność ponosiłby ten, kto je wystawił, i ten, kto podpisał protokół odbioru. — Wasilewski rozłożył ręce. — Ja nie wystawiam faktur za szkolenia i nie podpisuję protokołów. Proszę sprawdzić. Znajdą tam państwo nazwiska ekspertów zewnętrznych i nazwisko pani prezes.

Zarzycka przesunęła po stole wydruk.

— Dwa miliony trzysta tysięcy w ciągu dwóch lat z rachunku spółki Medialis na rachunek pańskiej kancelarii. Tytuł: obsługa korporacyjna.

— Zgadza się.

— Na czym ta obsługa polegała?

— Na dyżurach prawnych, opiniowaniu umów, reprezentacji w dwóch sporach i na bieżącym doradztwie. — Wasilewski wyjął kolejny plik. — Mam rejestr czynności z datami i godzinami. Prowadzę go, bo rozliczam się godzinowo.

Kowalski wziął rejestr i przerzucił kilka stron. Był prowadzony dokładnie. Zbyt dokładnie, jak na kancelarię, która ma czterech prawników i trzysta spraw.

— Panie mecenasie, zna pan Mariusza Redzika?

— Znam. Pracownik fundacji, odpowiada za bezpieczeństwo lokali. Spotykaliśmy się na posiedzeniach rady, bo referował kwestie techniczne.

— A wie pan, że ten pracownik przechowuje paszporty uczestniczek projektu?

Wasilewski odłożył długopis i po raz pierwszy zrobił pauzę.

— Nie wiem tego. Gdyby to była prawda, byłoby to rażące naruszenie i poinformowałbym o tym radę.

— Czyli pan się tym zajmie?

— Panie nadkomisarzu — Wasilewski mówił teraz wolniej, ważąc każde słowo — ja jestem prawnikiem, który dostał wezwanie w sprawie zabójstwa dziennikarki. Zamierzam odpowiedzieć na wszystkie pytania dotyczące mojej pracy. Nie zamierzam prowadzić w państwa imieniu wewnętrznego śledztwa w organizacji, której jestem członkiem.

— Czy znał pan Agatę Nowak?

— Nie osobiście. Fundacja otrzymała od niej trzy wnioski o informację publiczną i jeden ciąg pytań mailowych. Odpowiadałem na nie ja, w imieniu zarządu. Kopie są w segregatorze.

— Co pan o niej wtedy myślał?

Wasilewski rozważył to pytanie dłużej, niż Kowalski się spodziewał.

— Myślałem, że jest uparta i że dobrze liczy. — Spojrzał mu w oczy. — I że prędzej czy później trafi na coś, co popsuje kilku ludziom bardzo wygodne życie. Nie ucieszyłem się, kiedy przeczytałem, co się stało. Niech pan to wpisze do protokołu, bo to jest prawda.

Po przesłuchaniu Zarzycka odprowadziła go do wyjścia i wróciła po czterech minutach.

— On nam nic nie dał — powiedziała.

— Dał nam jedną rzecz. — Kowalski wertował rejestr czynności. — Patrz na daty.

— Co z nimi?

— Przez dwa lata prowadzi rejestr godzinowy, co do kwadransa, z nazwami spraw. A w trzech miejscach są dni opisane wyłącznie jako „narada wewnętrzna, bez klienta”. — Kowalski zaznaczył je paznokciem. — Siedemnasty marca. Drugi lipca. I dwudziesty ósmy września.

Zarzycka pochyliła się nad kartką.

— Dwudziesty ósmy września to dzień, w którym Kępa podjechał po Oksanę.

— A siedemnasty marca to dzień, w którym odwołano kontrolę w fundacji. — Kowalski zamknął rejestr. — Nie wiem, co było drugiego lipca. Ale wiem, że człowiek, który rozlicza się co do kwadransa, trzy razy w ciągu dwóch lat zapisał sobie cały dzień jako pusty. Ludzie nie kłamią w rejestrze, który sami prowadzą. Oni po prostu nie wpisują pewnych rzeczy.

Wieczorem zadzwonił Pietrzak.

— Dziesięć dni minęło — powiedział. — Jestem gotowy. Jutro o ósmej, u prokuratora okręgowego, z całym materiałem. Ale muszę pana o czymś uprzedzić, zanim pan tam wejdzie.

— Słucham.

— Nasz informator nie odezwał się od pięciu dni. — W głosie Pietrzaka nie było już żadnej pewności siebie. — Redzik zniknął.

18. Narada

Prokuratura Okręgowa w Warszawie, pokój dwieście sześć, wtorek, ósma rano. Przy stole siedmioro ludzi i dwie teczki, które do tej pory nie leżały obok siebie.

Prokurator okręgowy Andrzej Matyjasik słuchał czterdzieści minut, nie przerywając, a potem zadał jedno pytanie.

— Czy ktoś przy tym stole ma dowód, że zabójstwo Agaty Nowak i sprawa „Kolektor” to jedno postępowanie, czy mamy dwie sprawy, które się o siebie ocierają?

Pietrzak rozłożył na stole schemat przepływów, trzy strony formatu A3.

— Mam dowód na połączenie trzech podmiotów i fundacji. Nie mam dowodu na zabójstwo.

— A pan? — Matyjasik spojrzał na Kowalskiego.

— Mam dyktafon z kieszeni ofiary i drugi, kupiony w tym samym sklepie, w tej samej transakcji, dostarczony mi do komendy z nagraniem rozmowy ofiary z księgową fundacji. — Kowalski mówił bez papierów. — Mam świadka, Grażynę Olech, która potwierdza mechanizm i jest gotowa zeznawać. Mam świadka, obywatelkę Ukrainy, która dwudziestego ósmego września miała spotkanie z człowiekiem podającym się za policjanta, zorganizowane przez ofiarę, i która ucieka od tego dnia. Mam włókna z przestrzeni ładunkowej, midazolam i sposób duszenia, który biegła wiąże z trzema sprawami z początku wieku.

— I co to razem znaczy?

— To znaczy, że dziennikarka zginęła dlatego, że zbliżyła się do tych przepływów. — Kowalski położył dłoń na schemacie Pietrzaka. — I że jedyną drogą do jej zabójców są pieniądze, bo ludzie, którzy ją udusili, zostali wynajęci i już ich w Polsce nie ma.

Matyjasik zdjął okulary.

— Panowie, mówimy o postępowaniu, w którym pojawia się czynny funkcjonariusz z komendy wojewódzkiej. Chcę to usłyszeć wprost: na czym dzisiaj stoi podejrzenie wobec komisarza Kępy?

Zarzycka otworzyła teczkę.

— Adnotacja kasująca zgłoszenie zaginięcia Oksany Tkaczuk wprowadzona z jego pokoju, o godzinie, o której właściciel konta był poza budynkiem. Rysopis zgodny z opisem świadka, łącznie ze szczegółem, którego nie da się zgadnąć: sygnetem na prawej dłoni. Imię usłyszane przez świadka w rozmowie telefonicznej. I jego służbowy przebieg: od dwa tysiące siedemnastego pracuje w wydziale, który analizuje przestępczość gospodarczą w regionie łódzkim, czyli zawodowo czyta materiały o tych samych spółkach.

— To jest materiał na obserwację, nie na zarzuty — powiedział Matyjasik.

— Dlatego prosimy o obserwację — odparł Kowalski. — I o jedno postanowienie, którego nie wpiszemy do żadnego systemu.

Prokurator okręgowy popatrzył po zebranych i w końcu przysunął sobie bloczek.

— Dobrze. Łączę postępowania. Nadzór bierze prokurator Biel przy mojej asyście, bo chcę mieć na tym własne nazwisko, a nie podpis kogoś, komu można przez telefon zepsuć dzień. — Pisał, mówiąc. — Obserwacja Kępy przez CBŚP, nie przez policję łódzką ani stołeczną. Materiał papierowy, jeden egzemplarz, w moim sejfie. Do akt jawnych idzie wątek osobisty i czynności techniczne.

— Jeszcze jedno — powiedział Kowalski. — Chciałbym, żeby w aktach jawnych pojawił się mój wniosek o wyłączenie z czynności wobec Mariusza Redzika wraz z uzasadnieniem.

Matyjasik uniósł wzrok.

— Pan chce, żeby to było widoczne?

— Chcę, żeby to było widoczne dzisiaj, kiedy jeszcze mogę to pokazać jako własną decyzję. Za dwa miesiące ktoś pokaże to jako mój ukrywany konflikt interesów.

Prokurator dopisał linijkę i podkreślił ją dwa razy.

— Pan ma w tej sprawie najwięcej do stracenia ze wszystkich tutaj.

— Wiem.

Po naradzie Pietrzak dogonił go na schodach.

— Dziękuję za to, że nie powiedział pan, że Redzik był pana źródłem, przy sześciu osobach.

Kowalski zatrzymał się.

— Powiedziałem to prokuratorowi na piśmie trzy dni temu. Jest w aktach. Pan się dowiedział przed chwilą, bo pan nie czyta akt, tylko swoje bilingi.

Pietrzak przyjął to bez obrazy.

— Myśli pan, że Redzik żyje?

— Myślę, że człowiek, który przez osiem miesięcy nagrywał swoich pracodawców, jest dla nich większym problemem niż dziennikarka. — Kowalski ruszył w dół. — I myślę, że oni wiedzą o jego nagraniach tyle samo co pan.

19. Bałuty

Mieszkanie Redzika było na trzecim piętrze kamienicy przy Wojska Polskiego, nad punktem z chemią gospodarczą. Otworzyła kobieta po czterdziestce, w dresie, z telefonem w ręce i małym psem, który zaczął ujadać na widok legitymacji.

Zarzycka prowadziła rozmowę, bo Kowalski był wyłączony z czynności wobec Redzika i stał w progu, nic nie mówiąc.

— Pani Katarzyna Redzik?

— Byłam. Rozwiedliśmy się dwa lata temu, ale nazwiska nie zmieniałam. — Kobieta wpuściła je do przedpokoju bez entuzjazmu. — Mariusza nie ma.

— Od kiedy?

— Od środy. Przyjechał we wtorek wieczorem, spał tutaj, bo on czasem nocuje w pokoju córki, jak Zuzia jest u babci. Rano wyszedł i nie wrócił.

— Zabrał coś?

Katarzyna Redzik zawahała się i to wahanie trwało o sekundę za długo.

— Zabrał torbę z szafy.

— Jaką torbę?

— Taką sportową, czarną. Trzymał ją na górnej półce i mówił, żeby jej nie ruszać.

Zarzycka zapisała.

— Zajrzała pani kiedyś do środka?

— Raz. — Kobieta zacisnęła usta. — W zeszłym roku. Były w niej pieniądze i dwa telefony.

— Ile pieniędzy?

— Nie liczyłam. Dużo. Banknoty w banderolach, jakby z banku.

Weszły do pokoju. Mieszkanie było skromne, posprzątane, z fotografią dziewczynki na komodzie i kalendarzem ściennym, na którym zaznaczono weekendy opieki nad dzieckiem.

— Pani Katarzyno — Zarzycka usiadła na brzegu fotela — czy Mariusz mówił pani kiedykolwiek, czym się zajmuje w fundacji?

— Mówił, że pilnuje mieszkań i wozi ludzi. Że to dobra praca, bo etat i ubezpieczenie. — Kobieta wzruszyła ramionami. — Przez trzy lata przynosił więcej, niż zarabia się z etatu. Pytałam raz. Powiedział, że dorabia na ochronie imprez, i więcej nie pytałam, bo alimenty płacił co do dnia i Zuzia miała, co chciała.

— A w ostatnich miesiącach?

— W ostatnich miesiącach zrobił się dziwny. — Odstawiła telefon ekranem w dół. — Przestał spać. Przyjeżdżał o drugiej w nocy, siedział w kuchni przy zgaszonym świetle. We wrześniu powiedział mi coś, co mnie wystraszyło.

— Co?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 53.08