E-book
11.03
drukowana A5
25.94
drukowana A5
Kolorowa
49.22
czy polskie wybrzeże ma swoich kosmitów

Bezpłatny fragment - czy polskie wybrzeże ma swoich kosmitów


Objętość:
64 str.
ISBN:
978-83-8455-238-4
E-book
za 11.03
drukowana A5
za 25.94
drukowana A5
Kolorowa
za 49.22

Wstęp

Jak w Polsce patrzy się na takie zjawiska

W Polsce temat zjawisk niewyjaśnionych od zawsze budził ambiwalentne reakcje.

Z jednej strony istnieje silna potrzeba racjonalnego tłumaczenia wszystkiego — często natychmiastowego i definitywnego.

Z drugiej strony, gdzieś pod powierzchnią, funkcjonuje cicha ciekawość.

W praktyce wygląda to prosto:

jeśli ktoś opowiada o czymś, czego nie da się łatwo wyjaśnić — najczęściej spotyka się z milczeniem albo szybkim sprowadzeniem sprawy do „błędu”, „refleksu światła” czy „złudzenia”.

Nie dlatego, że ludzie są głupi.

Tylko dlatego, że nie chcą wychodzić poza to, co bezpieczne.

A jednak — przypadki obserwacji niezidentyfikowanych obiektów, dziwnych świateł czy niewytłumaczalnych zjawisk były w Polsce notowane wielokrotnie.

Tyle że rzadko trafiają do głównego nurtu.

Zostają w rozmowach prywatnych.

Albo… w szufladach.

1.Początek historii — wszystko „na nie”

Wszystko zaczęło się w czasie, kiedy najmniej miałam na to siłę.

Pół roku po śmierci mojej mamy dostałam skierowanie do sanatorium. Byłam jeszcze głęboko w żałobie — zamknięta w sobie, wycofana, daleka od jakiejkolwiek potrzeby „resetu”, o którym wszyscy mówili. Lekarz jednak nalegał:

— Jedź. To ci dobrze zrobi.

Dziś patrzę na to inaczej.

Moja podróż na północ, ku bałtyckim brzegom, nie była tylko zwykłą wyprawą w poszukiwaniu spokoju po stracie Mamy. Była czymś znacznie trudniejszym — była konfrontacją z własnym lękiem, który zakorzenił się we mnie głęboko w 2017 roku. Starałam się odganiać jakiekolwiek myśli niepokojące i udawało się, ponieważ nie było analogii.


Wtedy, jadąc w stronę niemieckiego Spreewaldu, przeżyłam moment, który zmienia postrzeganie życia w ułamku sekundy. Pamiętam tę noc — bezsenną, pełną niewytłumaczalnego niepokoju, którego nie potrafiły uśpić żadne leki. Mimo zmęczenia, jako doświadczony kierowca, który przejechał tysiące kilometrów i wielokrotnie „okrążył kulę ziemską”, wierzyłam, że dam radę. Przecież to tylko trzysta kilka kilometrów…


Obudził mnie dźwięk szarpanego metalu. 130 kilometrów na godzinę i barierka autostrady, która stała się jedynym punktem oparcia dla mojego zasypiającego umysłu. Potem był już tylko taniec — odbicie od barierki, unik przed rowem i „kręciołek”. Samochód wirował wokół własnej osi, a czas stanął w miejscu. Miałam szczęście. Autostrada była pusta, a mój instynkt i błyskawiczny refleks pozwoliły mi wyjść z tego wiru żywą.


Pamiętam szok tak silny, że ratownicy nie mogli zmierzyć mi ciśnienia. Pamiętam strażaków, którzy robili ze swoich ciał parawan, by chronić moją intymność, gdy zablokowane ze stresu ciało odmawiało posłuszeństwa. I ten ból, który wyszedł dopiero później — fioletowy bark, stłuczona głowa, siniaki będące mapą tamtej katastrofy. Mój ukochany samochód terenowy, który mimo działającego silnika, stał się tylko poobijanym wspomnieniem mojej pewności siebie.

Przyszedł czas na analogię

Dlatego, gdy w 2026 roku znów siadałam za kierownicą, by jechać nad morze, w uszach wciąż brzmiał mi głos Mamy: „Może nie jedź, dziecko…”. Tym razem jednak pojechałam. Teraz byłam wyspana, silniejsza i gotowa, by zostawić ten lęk za sobą. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że na końcu tej drogi, w Ustce, czeka na mnie coś, co rzuci wyzwanie nie tylko mojemu lękowi, ale i całej mojej inżynierskiej wiedzy o świecie.


I tym razem po prostu pojechałam.

Wybrałam Ustkę — miejsce szczególne, wysunięte daleko w morze, z własnym mikroklimatem.


Moja podróż do Ustki, choć odbywała się w roku 2023, wciąż niosła w sobie echa tamtego wydarzenia sprzed lat. Jechałam w gęstym deszczu i narastającej ciemności. Kiedy nawigacja pokazywała jeszcze blisko 200 kilometrów do celu, inni kierowcy zaczęli mi mrugać światłami. W pierwszej chwili poczułam ukłucie paniki — tej instynktownej, którą zna każdy kierowca. Czy jadę na feldze? Czy coś się pali pod maską, a ja tego nie widzę?


Zjechałam na najbliższy postój. W deszczowej mgle, korzystając z odblasków na wilgotnej nawierzchni, odkryłam awarię: jedno światło nie działało. Jako inżynier wiedziałam, że w tych warunkach to niebezpieczne, ale wiedziałam też, że muszę jechać dalej. Zaczęłam „kombinować” — przełączać tryby, resetować system. Wyłączyłam silnik, odczekałam chwilę i po ponownym rozruchu, ku mojemu zdziwieniu, światła znów ożyły. To był pierwszy z wielu technicznych rebusów, jakie ta wyprawa miała mi zaserwować.


Droga od zachodu dłużyła się niemiłosiernie. Remonty, objazdy, walka o każdy kilometr na S6. Do Ustki dotarłam wyczerpana, szukając mojego celu na samym wschodnim


krańcu miasta. Znalazłam go w końcu — duży, niebieski budynek sanatoryjny, niemal wtopiony w las. Był styczeń, czas tuż po Sylwestrze. Powietrze wciąż drgało jeszcze echem świątecznego rozleniwienia, a sanatorium, choć nieprzeludnione, tętniło cichym życiem kuracjuszy.


Jako „polska emerytka”, a nie bogaczka, szybko musiałam rozwiązać sprawę płatnego parkingu. Znalazłam oświetlone miejsce przy ulicy, blisko wejścia na plażę, gdzie stały też inne auta. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to właśnie ten parking i to miejsce staną się punktem obserwacyjnym, który zmieni moje życie.


Tamtej nocy, mając swój pokój jednoosobowy i wierny laptop obok siebie, czułam spokój. Było sympatycznie, kolacja była dobra, ludzie uśmiechnięci… Ale to była tylko cisza przed czymś, czego żaden inżynierski umysł nie mógłby przewidzieć.

2.Mało ludzi w znanych uzdrowiskach

Ustka w styczniu, tuż po noworocznym zgiełku, zmienia swoje oblicze. To już nie jest ten gwarny kurort z pocztówek, wypełniony tłumem turystów. Miasto jakby zapadło w sen, oddychając rytmem nielicznych kuracjuszy i miejscowych, którzy jako jedyni zdawali się nie zważać na pogodę „pod psem”.


Spacerując głównymi ulicami, można w pełni docenić architekturę tego miejsca. Jedno uzdrowisko stoi tuż obok drugiego — to prawdziwa galeria stylu i tradycji. Wiele z nich kryje w sobie nowoczesne baseny i luksusowe kawiarnie, które w tym czasie świeciły pustkami, oferując spokój, o jakim w lecie można tylko pomarzyć. Szczególne wrażenie robi jedna z kawiarni, umieszczona w charakterystycznej wieży. To niezwykłe, obrotowe pomieszczenie pozwala delektować się kawą czy lodami, podczas gdy perspektywa za oknem powoli się zmienia. Z tej wysokości, niczym z lotniczego punktu obserwacyjnego, widać panoramę miasta i szare, mroźne morze, które o tej porze roku wydaje się niemal nieruchome.


Mimo tego piękna, nad Ustką wisiała ciężka, deszczowa aura. Mała liczba ludzi sprawiała, że architektura dominowała nad życiem społecznym. Czuło się, że to miasto czeka na coś więcej niż tylko kolejny turnus.


W tamtych dniach, mijając puste stoliki i zamknięte letnie kramy, nie przypuszczałam jeszcze, że ta melancholijna cisza zostanie wkrótce rozdarta przez potężny żywioł, który wyciągnie z głębin Bałtyku nie tylko bursztyn, ale i tajemnice, których mój umysł nie będzie w stanie zignorować.

Serce Ustki: Port, Latarnia i Przejście w Nieznane

Port w Ustce to nie jest zwykłe nabrzeże — to miejsce, gdzie historia styka się z surową siłą morza. Najbardziej charakterystycznym punktem jest Latarnia Morska z 1892 roku, zbudowana z czerwonej cegły. Ma w sobie coś z ducha dawnych technologii; jej ośmiokątna wieża przetrwała dziesięciolecia sztormów, wskazując drogę statkom wchodzącym do ujścia rzeki Słupi.


Prawdziwym inżynierskim majstersztykiem jest kładka obrotowa łącząca wschodnią część Ustki z zachodnią. To właśnie ten nowoczesny pomost, za którego przejście czasem pobierana jest opłata, pozwala szybko dostać się na drugą stronę portu. To przejście ma w sobie coś symbolicznego — po jednej stronie mamy tętniące życiem (nawet w styczniu) centrum, a po drugiej… tajemnicę.


Po zachodniej stronie, tuż za wydmami, kryją się zabytki, które idealnie pasują do tej opowieści o technologii i historii:

— Bateria Blüchera: To potężne, betonowe bunkry z lat 30. XX wieku. Niemcy zbudowali tam system fortyfikacji, który do dziś robi ogromne wrażenie. Labirynty podziemnych korytarzy i stanowiska dział przeciwlotniczych przypominają o militarnym przeznaczeniu tego terenu. To właśnie w tych okolicach testowano nowatorskie rozwiązania wojskowe, co dodaje okolicy aury tajemniczości.

— Dawna osada rybacka: Zachodnia strona jest bardziej surowa, leśna, niemal dzika w porównaniu do eleganckiego centrum.


Chociaż Bałtyk kojarzy się z bursztynem, w Ustce największym skarbem jest sama przestrzeń i to specyficzne, „naelektryzowane” powietrze. Port z jego pirsami wychodzącymi głęboko w morze to najlepsze miejsce obserwacyjne. Stojąc tam, przy wejściu do portu, człowiek czuje się mały wobec potęgi wody, ale jednocześnie nie może przestać analizować konstrukcji falochronów, które muszą przyjmować na siebie uderzenia ton wody podczas każdego sztormu.

3.Kilkudniowy sztorm o niesamowitej sile

Huk, który rozdarł noc

Pierwsza noc w Ustce nie przyniosła ukojenia, którego szukałam. Zamiast kojącego szumu fal, obudził mnie ryk. To nie był zwykły wiatr — to był huk, który wypełniał całą przestrzeń, dudnienie tak potężne, że w pierwszej chwili pomyślałam o manewrach wojskowych albo końcu świata. W korytarzach sanatorium zapanował chaos; ludzie wybiegali z pokojów z przerażeniem w oczach. Ci, którzy rzadko bywali nad morzem, nie rozumieli, że Bałtyk właśnie pokazywał swoją najbardziej niszczycielską twarz.

Rano cała Ustka huczała od plotek, a radio potwierdzało: to był sztorm, który nie zamierzał szybko odpuścić. Kiedy wraz z innymi kuracjuszami dotarłam do zejścia na plażę, oniemiałam. To, co zobaczyłam przy metalowych schodach, rzuciło wyzwanie mojej inżynierskiej logice.


Woda zabrała tysiące ton piachu, ale zrobiła to w sposób niewytłumaczalny. Tuż przy schodach, które teraz wisiały nad przepaścią, piasek był ścięty pionowo, na wysokość ponad metra. Wyglądało to tak, jakby gigantyczny nóż odciął plaster wybrzeża na długości kilometra w obie strony. Dlaczego epicentrum tego zjawiska wypadło dokładnie przy schodach? Dlaczego reszta plaży ocalała? Staliśmy tam w milczeniu, patrząc na ten nienaturalny, odsłonięty, nasiąknięty wodą fundament ziemi.

Dopiero trzeciego dnia, za namową nowo poznanej koleżanki, Romy, odważyłam się zejść na dół. Opatulone w puchowe kurtki i kaptury, walcząc z wiatrem, który wciąż nie pozwalał na swobodną rozmowę, postawiłyśmy pierwsze kroki na tym nowym, surowym brzegu.


Pułapka nienasyconego brzegu


Zejście na plażę z Romą, które miało być tylko krótkim spacerem „dla zdrowia”, o mało nie skończyło się tragedią. Bałtyk, choć pozornie spokojniejszy, zostawił po sobie zdradliwy grunt. Szłyśmy powoli, opatulone w kaptury, gdy nagle Roma zaczęła znikać. Piasek pod jej stopami przestał być twardym oparciem — zamienił się w gęstą, nienasyconą maź, która zaczęła wciągać ją w głąb.


Wpadłam w panikę, ale mój instynkt zadziałał błyskawicznie. Miałam na sobie te dziwne buty, hybrydę śniegowców z gumową podeszwą, które jakimś cudem trzymały się bardziej stabilnej łachy. Roma zapadała się coraz głębiej, a wokół nie było żywej duszy, która mogłaby nam pomóc. W zachodnim kierunku plaża wydawała się mniej zniszczona, ale tam, gdzie stałyśmy, natura stworzyła rodzaj „ruchomych piasków”.


Nie wiem, skąd wzięłam tę siłę. Ja, ledwo poruszająca się z powodu bólu kręgosłupa i sztywniejących stawów, zaczęłam ją szarpać z całych sił. Wyrywałam ją temu mokremu żywiołowi, aż w końcu Roma przewróciła się na twardszy fragment piachu. Byłyśmy obie przemoczone, woda wlała mi się do butów, zimno przeszywało do szpiku kości, ale strach przed tym, co mogło się stać, był silniejszy niż ból.


Uciekałyśmy stamtąd, „darłyśmy” w stronę bezpiecznego wejścia, czując, że ten brzeg stał się obcy i niebezpieczny. Dopiero w ciepłym pokoju, susząc ubrania, dotarło do nas, że po tym sztormie Ustka przestała być kurortem. Stała się terenem anomalii, gdzie nawet ziemia pod stopami próbuje pochłonąć człowieka. To wtedy zrozumiałam, że to „cięcie”piasku przy schodach nie było tylko efektem fal. To było coś znacznie bardziej złowrogiego.


Moim lękom o potęgę natury zaczął jednak towarzyszyć inny, bardzo przyziemny strach. Moje auto — jedyny łącznik z domem oddalonym o 500 kilometrów — zaczęło „chorować”. Na desce rozdzielczej zapaliła się kontrolka silnika. Dla kierowcy to sygnał alarmowy, który mrozi krew w żyłach bardziej niż styczniowy wiatr. Byłam sama, w obcym mieście, z autem, któremu przestałam ufać, w miejscu, gdzie nawet ziemia pod nogami została brutalnie odcięta od reszty świata.

Nie wiedziałam wtedy, że ta awaria, ten sztorm i to dziwne cięcie piasku to dopiero preludium do spotkania z technologią, przy której kontrolka silnika wydaje się dziecinną zabawką.

Śmiech przez łzy i pingpongowa terapia

Po naszej mrożącej krew w żyłach ucieczce z ruchomych piasków, morze stało się dla nas zakazaną strefą.


Ostrzeżenia personelu i nasze własne przemoczone buty wystarczyły — przez kolejne dni Bałtyk oglądałyśmy z daleka. Sztorm nie odpuszczał, a do deszczu dołączył gęsty śnieg, który szczelnie otulił Ustkę. Życie sanatoryjne przeniosło się do wnętrza niebieskiego gmachu.

Choć korytarze dudniły muzyką z dyskotek i zapraszały na potańcówki o piątej, ja trzymałam się z boku. Moja żałoba i inżynierski dystans do „dziecinnych” zabaw sprawiały, że gwar DJ-a nie był dla mnie. Jednak los, rękami mojej niezastąpionej Romy, przygotował dla mnie inną formę gimnastyki.


Znalazłyśmy pokój ze stołem do ping-ponga. Dla mnie to był powrót do korzeni, do czasów młodości w Brzegowie, gdy pod okiem słynnego trenera w szkółce Polonii Brzegowo trenowałam siatkówkę. Sport zawsze był w moim życiu, choć od lat 30. zmagałam się z niesprawnością lewej nogi i uciskiem na korzonki, który odebrał mi możliwość biegania. Ale ping-pong? To była moja woda na młyn. Przypomniały mi się urlopy z pierwszym mężem i godziny spędzone przy stole. Nie wiedziałam wtedy, że ta gra to najlepsza terapia na neuropatię i koordynację ruchową — dla mnie to była po prostu czysta radość.


Nasza gra z Romą stała się legendą sanatorium. Śmiałyśmy się tak głośno, że ludzie zaglądali do nas, sprawdzić, co wywołuje taką salwę radości. I wtedy nastąpił „finał”. Roma, goniąc za piłeczką, całym impetem wpadła na stół. Zdezelowany przez lata turnusów mebel poddał się prawom fizyki i po prostu się rozleciał. Stół zwalił się prosto na moją stopę, a Roma wylądowała na blacie.


Zamiast krzyku bólu, wybuchnęłyśmy jeszcze większym śmiechem — takim, od którego brakuje tchu. Skończyło się w gabinecie pielęgniarskim, na maściach i opatrunkach, ale to stłuczenie było warte każdej sekundy tej zabawy. Ten tydzień „zamknięcia” przez śnieg i sztorm, spędzony na grze i rozmowach, przygotował nas na to, co miało nadejść. Gdy niebo w końcu się oczyściło, a my wróciłyśmy na plażę, nie byłyśmy już tylko dwiema kuracjuszkami. Byłyśmy zespołem gotowym patrzeć tam, gdzie inni bali się podnieść wzrok.

4. Stabilizacja i cienie przeszłości

Kiedy Bałtyk w końcu odetchnął, a śnieg zaczął topnieć, nastał czas stabilizacji. Dla nas z Romą oznaczało to koniec „więzienia” w murach sanatorium i powrót na szlaki. Jednak Ustka, którą zaczęłyśmy teraz odkrywać na nowo, nie była już tylko sennym uzdrowiskiem. Zaczęłam dostrzegać w niej warstwy historii, które idealnie rezonowały z moją naturą i poszukiwaniem prawdy.


Ustka to nie tylko plaża; to miejsce o strategicznym znaczeniu, które od dekad przyciągało uwagę wojskowych i badaczy. To tutaj, na zachód od portu, wciąż czuć ducha Trzeciej Rzeszy. Niemcy nie bez powodu wybrali to miejsce na potężne fortyfikacje. Bateria Blüchera to tylko wierzchołek góry lodowej. Krążą legendy o podziemnych tunelach i testach nowych technologii, które miały zmienić bieg wojny. Niektórzy twierdzą, że to właśnie w rejonie poligonów między Ustką a Łebą testowano prototypy rakiet i urządzeń, które do dziś budzą kontrowersje wśród historyków techniki.


Spacerując wzdłuż brzegu, myślałam o tym, że ten region to polski „Trójkąt Bermudzki”. Historia Ustki to przecież także opowieści o niewyjaśnionych zjawiskach świetlnych nad morzem, które odnotowywano tu od lat. Czy to możliwe, że stare wojskowe instalacje, ukryte w lasach, wciąż emitują jakieś pole? A może to właśnie te specyficzne anomalie magnetyczne wybrzeża sprawiły, że to miejsce stało się punktem obserwacyjnym dla czegoś… spoza naszej ziemi?


Ta świadomość — że stąpamy po ziemi pełnej militarnych sekretów i niewyjaśnionej energii — sprawiła, że nasze spacery przestały być tylko rekreacją. Stały się misją. Każdy dziwny odblask na wodzie, każda nieregularność w chmurach nad horyzontem zaczynała układać się w logiczną, choć przerażającą całość.

Anomalie Bałtyckie: Podwodne Obiekty i Magnetyczne Zagadki

Moje poszukiwania doprowadziły mnie do informacji, które mrożą krew w żyłach. Ustka i okolice poligonu w Wicku Morskim to nie tylko miejsce ćwiczeń wojskowych. To obszar, na którym odnotowano istnienie niezwykłego pola elektromagnetycznego. Nie jest to zwykły magnetyzm ziemi — to anomalie, które potrafią zakłócać pracę urządzeń nawigacyjnych i radarów.


Najbardziej fascynujące (i przerażające) są jednak relacje tych, którzy na Bałtyku spędzili całe życie — usteckich rybaków. W starym doku remontowym, gdzie kutry przechodzą przeglądy, można usłyszeć historie, o których oficjalne kroniki milczą. Rybacy wielokrotnie meldowali o zjawiskach, które dziś nazywamy USO (Unidentified Submerged Objects). Opisywali obiekty, które z niewiarygodną prędkością wylatywały prosto z morskich głębin lub znikały pod falą bez najmniejszego rozbryzgu wody — jakby tafla morza nie stanowiła dla nich żadnej fizycznej przeszkody.


Te „znikające punkty” często towarzyszyły kutrom podczas nocnych połowów. Świadkowie mówili o błękitnych poświatach pod kadłubem i nagłym wyłączaniu się elektroniki na pokładzie. Jako technolog zadaję sobie pytanie: jaka energia jest w stanie tak manipulować gęstością ośrodka, by woda stawała się dla obiektu przepuszczalna? Czy te anomalie magnetyczne, o których wiemy, nie są przypadkiem skutkiem ubocznym działania jakiejś potężnej, podwodnej bazy lub technologii, którą my — ludzie — dopiero próbujemy zrozumieć?


Spacerując z Romą po Ustce, patrzyłam na ten stary dok i kutry z zupełnie nową świadomością. To nie były już tylko łodzie. To byli niemi świadkowie technologii, która bawi się naszymi prawami fizyki. I właśnie wtedy, w tym naelektryzowanym powietrzu, zaczęłam przygotowywać swój telefon z kamerką.


Szłam wzdłuż brzegów Słupi, mijając pordzewiałe kadłuby kutrów i potężną, stalową konstrukcję doku. To miejsce pachniało smarem, solą i starością. Patrzyłam na te mechanizmy z szacunkiem, ale i ze smutkiem — to była technologia poprzedniej epoki, powolna i niszczona przez korozję. Nie wiedziałam jeszcze, że kilka dni później, na moich własnych zdjęciach, zobaczę dowód na istnienie technologii, która nie zna rdzy ani ograniczeń mechaniki.

Dokumentacja zmarzniętymi dłońmi

Stabilizacja pogody była tylko pozorna. Choć sztorm przycichł, mróz i przeszywający wiatr wciąż przypominały, że to styczeń nad Bałtykiem. Mimo to, czułam wewnętrzny przymus, by zarejestrować to miejsce. Szłam od parkingu, mijając surową konstrukcję starego doku, filmując drogę w stronę mostu na Słupi i latarni morskiej.


Trzymanie telefonu w zdrętwiałych z zimna rękach było wyzwaniem. Wiatr szarpał ubraniem, a ja, krok po kroku, uwieczniałam ten portowy krajobraz. Mijając kapitanat, natknęłam się na przepiękne, maleńkie drewniane budyneczki — zabytki, które wyglądały jak wyjęte z innej epoki. Stały tam dumnie, kontrastując z nowoczesną potęgą stalowych kontenerowców, które majaczyły daleko na Redzie, czekając na swoją kolej.


Wtedy, patrząc przez obiektyw na te kutry, statki i stare nabrzeża, nie widziałam jeszcze nic nadzwyczajnego. Rejestrowałam codzienność portu: zapach ropy, krzyki mew i ciężką pracę marynarzy. Jednak to właśnie to „zwyczajne” nagranie stało się fundamentem mojej późniejszej analizy. Rejestrując drogę, nie szukałam sensacji — szukałam zrozumienia przestrzeni. Nie przypuszczałam, że ten film, okupiony moim zdrowiem i uporem, będzie tłem dla zjawisk, których nie da się wyjaśnić ani zabytkową architekturą, ani ruchem statków na horyzoncie.


Mój aparat był gotowy, a ja, choć przemarznięta, czułam, że ta dokumentacja jest mi potrzebna. Inżynier wewnątrz mnie kazał mi zbierać dane, zanim jeszcze wiedziałam, co dokładnie będę badać.

Flora hartowana solą i wiatrem

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 11.03
drukowana A5
za 25.94
drukowana A5
Kolorowa
za 49.22