E-book
13.65
drukowana A5
49.95
drukowana A5
Kolorowa
75.89
Czworo zza krat

Bezpłatny fragment - Czworo zza krat


Objętość:
277 str.
ISBN:
978-83-8155-086-4
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 49.95
drukowana A5
Kolorowa
za 75.89

MOTTO

„Zachować w sobie dziecko jest największym

zwycięstwem w życiu człowieka”

Łukasz z Czajczy

Zameldował się zgodnie z obowiązującym regulaminem podając z uśmiechem wielką spracowaną dłoń. Podałem tylko końce palców obawiając o całość potrzebnej mi dłoni, lecz nie na wiele się zdało, myślałem, że zmiażdży mi kości. Zaproszony rozsiadł wygodnie w skrzypiącym fotelu — ledwo się w nim pomieścił — splatając wielkie dłonie na kolanach. Zauważyłem, że ma krótko obcięte paznokcie i czyste rozwichrzone włosy — w zakładzie przestrzegano czystośc — miał miły uśmiech, lecz nieobecne oczy. Uśmiech i oczy dziecka, które pozostało w swoim świecie marzeń, bajek i kolorowych snów, lecz Łukasz dawno przestał być dzieckiem. Jak wszyscy pensjonariusze w Igłach ubrany w czysty szary kombinezon i flanelową koszulę w kratę. Był już po śniadaniu, więc mieliśmy czas dla siebie do popołudniowych zajęć praktycznych, gdyż w Igłach terapią była praca, zajęcie goniło zajęcie nie było czasu na nudę i rozmyślania. Nauka i praca, i czasami przyjemności należące się najlepszym. Mniej zdolni skrzętnie zbierali punkty, lecz ciężko musieli na nie zapracować, aby w nagrodę pójść na pływalnię lub do kina. Łukasz zbierał drobne punkty za zachowanie i pracę nawet najcięższą, i najbrudniejszą do której zawsze był chętny zdając sobie sprawę, że wynikami w nauce nigdy nie osiągnie trzeciego stopnia i wymarzonej przepustki na pływalnię. W Igłach przebywał od roku czekając osiągnięcia pełnoletniości oraz kolejną sprawę, tym razem, przed sądem dla dorosłych. Przez okres pobytu w Igłach nikt go nie odwiedził.

— Nikt ciebie nie odwiedza? — spytałem — Przecież z twojej wioski to bardzo blisko.

— Brak zgody sądu — odpowiedział cicho. Ledwo go zrozumiałem.

— Na odwiedziny potrzebna zgoda sądu? — byłem zdziwiony — Przecież to dyrektor.

— Dyrektor wyraził zgodę, ale sprawa nie jest zakończona — wyjaśnił.

Nie był rozmowny. Długo trwało zanim rozgadał się swobodnie, o pracy na roli i zwierzętach, o czym mógł opowiadać godzinami. Wioska gdzie mieszkał była typową pegeerowską osadą z szeroką asfaltową drogą przepoławiającą ją na dwie nierówne części. Po lewej wysokie wieże suszarni, budynki kombinatu, po przeciwnej piętrowe domy pomalowane na beżowy kolor podobne do siebie i każdy taki sam, jak tysiące rozsianych po kraju pegeerowskich domów. Wzdłuż drogi niski parkan oddzielający zdeptane i zaniedbane trawniki porośnięte mleczajem i kurzym zielem. Za czworakami szereg solidnych, murowanych chlewów wypełnionych wiszącym smrodem tuczonych świń i obornika wyrzucanego przed chlew. Po czais urosły w wysokie sterty porośnięte zielskiem i mizernym kwieciem mleczaju. Pośrodku wioski wielki zbiornik — na wypadek pożaru — staw zarośniętyy po brzegach trzciną, olbrzymimi liśćmi łopianu i wszechobecnego chrzanu. Wokoło walają się skorodowane puszki, dziecinny rower bez kierownicy, pogięta beczka po oleju i dziurawe wiadra. Do stawu wrzucano niepotrzebne nikomu rupiecie. Nikt nie myślał o porządku. Fetor odpadów mieszał się ze smrodem zwierzęcych odchodów. Słychać krzyki kąpiących się dzieciaków zmieszany z trzepotem skrzydeł spłoszonych kaczek. Codzienność. Za ostatnimi domami wioski niewielki plac, strażacka remiza bez wieży, ale z syreną, vis a vis, parterowy sklepik GS z przybudówką. Za drzwiami sklepiku kilka beczek kiszonych ogórków i kapusty, na regałach ocet, musztarda pomieszane z proszkami do prania i spożywczymi artykułami. Na zapleczu skrzynki piwa, ekstra mocne, popularny Lech, EB i wódka, której nie mogło zabraknąć w żadnym z pegeerowskich sklepikach. Tutaj nikt nie zamawiał Żywca czy Tyskiego, ale chleb trzeba było zamawiać dzień wcześniej. Bywało, szczególnie zimą, że nie dowieźli z miasta leżącego prawie za miedzą.

Przed sklepikiem czekają nie wiadomo na co sterane pracą kobiety w kolorowych chustach spod których wymykają sią kosmyki byle, jak przyczesanych włosów. Na zakurzonych stopach popularne, rozdeptane wsuwki. Wygodne i praktyczne. Kilku wyrostków z pobliskiej wioski wpadło na piwo. Trzech na jednym motocyklu. Stara WSK ledwo dyszy i śmierdzi benzyną. Wioskowi nie lubili obcych, byli podejrzliwi i nieufni, szczególnie staruszkowie siedzący na solidnej ławce i palący buchające dymem ohydne w smaku skręty zwinięte z gazetowego papieru. Milczeli wodząc załzawionymi ślepiami za trójką wyrostków. Czekali nie wiedząc na co? Czasu mieli wiele. Czekali na coś, co odmieni ich szarą codzienność, marazm i beznadzieję, gdyż ich życie zatrzymało się w momencie wyjścia za bramę PGR-u gdy zawalił się ich świat w którym wszystko podane jak do stołu tylko siadać i brać. Nawet nie musieli myśleć. To były dobre czasy, gdy można było kraść, a okazji na każdym kroku, więc kradli wszystko; wysokoprocentową paszę dla świn, spuszczaną z baku ‘lewą’ benzynę do rozklekotanych syrenek i motocykli, złomowane opony i wszystko, co potrzebne.


Kobiety jazgotały, a tematów do gadania było zawsze mnóstwo, życie je z sobą niosło. Trzeba było o dzieciokach, a tych, co rok prorok, o chłopach, którym tylko narzekanie i tanie piwo po którym łeb ulatywał, jak pusty balon, ku niebu, gwiazdom i niespełnionym marzeniom.

O szarej codzienności, której nic nie jest w stanie odmienić. Na skraju wioski stary ponad stuletni park gdzie pachną miododajne lipy, a rozdartym przez burzę wnętrzem straszy guzowaty wiąz, a wysokie świerki ocieniają biały dworek gdzie urzędował kiedyś dyrektor pegeeru, pan i udzielny władca na włościach z szerokimi koligacjami trzymający wszystkich ‘za mordę’, budzący strach i nienawiść. Dzisiaj potrafił rozmawiać z ludźmi, nawet podaje rękę, gdy potrzebuje ludzi do roboty. Biznesmen. Pozostał w dworku wykupując go od syndyka wraz z całym gospodarstwem, sadem i kilku hektarami lasu. Wszedł w gotowe. W swoje. W oborach setka krów przeżuwała otręby, chlewy nie mogły pomieścić świń, więc przebudował dwa magazyny. Bogacił się, gdy innym ledwo wystarczało na chleb. Wygrani i przegrani nowych czasów i dobrej zmiany. Łukasz dostał u niego pracę w chlewni.


Wsłuchałem się w monotonną opowieść i także uciekłem we wspomnienia. Nie spostrzegłem, że znowu się zawiesił. Zbudziła mnie cisza.


— Chodziłem do szkoły. Wszyscy musieli — kontynuował beznamiętnie.

— Lubiłeś szkołę? — spytałem czysto retorycznie wiedząc, że trafiłem.

— Tutaj muszę — dodał wymijająco.

Do szkoły zawożono ich pomalowaną na zielony kolor przyczepą przebudowaną ze starego ‘Sana’ potocznie zwaną bajaderą albo bonanzą. Latem dzieci same wracały do domów. Do miasteczka tylko osiem kilometrów dobrej drogi z górki i pod górkę. Wzdłuż drogi owocowe drzewa w większości jabłonie i wiśnie. Drzewa z wyglądu były mizerne, karłowate jednak rodziły smaczne owoce nadające na soki i przeciery. Łukasz poprzestał na szóstej klasie. Szkoła bardziej mu śmierdziała, aniżeli oprzątane przez niego chlewy.

W międzyczasie ukończył kurs kombajnistów kosząc żyto i owies, pszenicę i jęczmień, aby jesienią przesiąść się na kombajn do zbioru ziemniaków i buraków.


Komendant chotniczej straży pożarnej organizował w remizie zabawy z urozmaiconym programem przeplatanym tańcem i mordobiciem, szczególnie, gdy na tańce przychodzili z innych wiosek. Niektóre potańcówki kończyły się ugodą do niektórych wzywano policję, często także pogotowie z nieodłączną Erką. Nie zawsze kończyło się na złamanych nosach. Lekarze mieli ręce pełne roboty, a policja zajęcie. Łukasz nie lubił tańcujących wieczorków. Życie dzielił pomiędzy chlewnię i rodzinny dom gdzie pięcioro młodszego rodzeństwa. Najmłodszego woził w inwalidzkim wózku. Kochał swego inaczej myślącego brata. Tylko on i matka rozumieli jego bełkotliwe, gulgoczące słowa. Łukasz potrafił być opiekuńczy i cierpliwy nawet wtedy, gdy setki razy wykonywał jedną i tą samą czynność. Zawsze robił to z uśmiechem. Bywały dni, gdy jechał z bratem daleko w pola pokazując odległy skłon horyzontu zamknięty ciemną szczotką lasu.

— Tam pod lasem kończą się pola. To wszystko moje. Kombajnem tam jadę. Musisz to zobaczyć, braciszku. Musisz zobaczyć, jak zbieram zboże z którego mama piecze chleb. Wiesz przecież, jak pachnie chleb?

Brat bełkotał, ślinił, trzęsły nim konwulsje, gestykulował kalekimi wykrzywionymi dłońmi, dając znaki, że rozumie starszego brata, lecz nie pojmował dlaczego świeci słońce, dlaczego w krzewach wyśpiewują ptaki, nie pojmował dlaczego brat wywozi go na pola gdzie koła ciężkiego wózka grzęzły w piachu i telepało nim na wszystkie strony. Wtedy, chociaż brat mocno opatulał go kocem, bolały go plecy i chude, wysuszone nogi pozbawione mięśni, a przynoszone od pól zapachy nie miały dla niego znaczenia. Na wykrzywionej grymasem twarzy wyczuwał tylko powiewy wiatru… potrzebne do oddychania powietrze. Rozróżniał uczucie zimna i ciepła starając zrzucić koc z kolan, lecz nie potrafił go uchwycić wychudłymi, niesprawnymi palcami. Bełkotał, aby zwrócić uwagę brata pochłoniętego własnymi myślami. Łukasz wpatrzony w płaskie zielone pola zapomniał o całym świecie. Lubił wyjazdy na odległe pola gdzie byli tylko we dwoje i wtedy opowiadał bratu o swoich marzeniach, ponieważ brat był jedyną osobą, która się nie śmiała, jakby rozumiejąc jego tęsknotę i ukochanie ziemi.


Ojciec Łukasza sterany pracą był poważnie chory, coś się w nim zerwało i pluł krwią. Do lekarza nie było czasu jechać, a każdy wyjazd kosztował. Sześcioro ich przecież i Czesiek dopełniający kielicha zgryzoty i troski. Matka także kwękała, lecz trzymała dzielnie nie pokazując dzieciom, że powoli ucieka z niej życie. Martwiła, co zrobią, gdy jej nie stanie i pozostaną pod opieką ojca. O najstarszego Łukasza nie musiała się martwić. Zawsze znajdzie pracę. Że nie skończył szkół? Nie każdy ma głowę do nauki i do książek. Żadnej w swoim krótkim życiu jeszcze nie przeczytał oprócz szkolnych lektur i to nie wszystkie. Najbardziej upodobał sobie „Siłaczkę”. Marzył o szklanych domach. Młodsze także niezbyt chętnie chodzą do szkół, no, może tylko Józek, który z całej piątki najbardziej się udał. Zdolności przeszły na niego chyba po chrzestnym wujku, policjancie z niedalekiego miasteczka i ciotce zajmującej się handlem. Od czasu chrztu najmłodszeo siostrzeńca nigdy nie przyjechali do Czajczy, chociaż Sławek miał samochód. Rozlatywała się rodzina wspólnota. Młodszy brat, stryj Łukasza od czasu do czasu napisał kilka słów na święta, lecz mieszkał daleko w Bieszczadach gdzie był nadleśniczym. Dobry był brat, chociaż młodszy. Dwaj starsi bracia wyjechali gdzieś na Saksy do roboty i słuch po nich zaginął. Franka ponoć widziano w Gdańsku. Jechał eleganckim samochodem na białych blachach, lecz nie zajechał do starszej siostry bo, po co? Patrzeć na biedę? Wysłuchiwać narzekania o kłopotach? Od własnych boli łeb, a jeszcze cudzymi się zajmować. Mogą wspomnieć o pieniądzach czego nie daj Boże! Dopiero byłby kłopot, więc każdy z braci omijał wioskę wielkim łukiem. Martwiła się o dzieci, ale najwięcej o chłopa ledwo ciągnącego kulasami, chociaż jeszcze nie skończył pięćdziesiątki. Za młodu się nie oszczędzał jeżdżąc motorem po polach w samym kombinezonie i koszuli, albo w każdą sobotę na ryby. Tylko słońce zaróżowiło niebo wyprowadzał motor. Chłop odszedł nagle, że nawet nie spostrzegła. Leżał cicho obok niej i nie miała sumienia go zbudzić, więc wyszła do kuchni gotować zacierki na mleku, które bardzo lubił. Łukasz był już wtedy w zakładzie w Igłach. Nie puścili go na pogrzeb. Ze śmiercią Władka zwaliły się na nią obowiązki, którym nie potrafiła podołać, dzieciaki uciekały spod ręki, Józek kończył praktykę w piekarni, ale z pozostałą dwójką skaranie Boskie. Nie stało Łukasza i żaden z rodzieńctwa nie chciał wychodzić z młodszym bratem na spacer. Wstydzili się kalekiego brata. Często dochodziło pomiędzy nimi do kłótni. Nie wystarczało czasu ażeby wszystkim się zajmować, a potrzebowała ich pomocy.

— To nie my go zrobili!

— Ludzie mówią, że we wódce żeśta go zrobili — wykrzyczeli jej w szeroko otwarte przerażone oczy.

— Nos tyż… we wódce. — dodawał najmłodszy — Dlatego my takie… popaprane.


Zbiła ich wtedy, połamała na nich drewnianą chochlę i wytłukła po gębach. Długo obnosili siniaki. Płakała żaląc się Panu Bogu, którego wielki obraz wisiał nad małżeńskim łóżkiem. Obok Najświętsza Panienka także łzawym okiem spoglądała na jej marny los. Płakały obydwie, jednak jej nikt nie potrafił pomóc, nawet Bóg. Bolały ją słowa obydwu synów, docierało do niej, że na świat przyszły kalekie, lecz co miała zrobić, gdy chłop nawalał się na nią noc w noc. Jurny był, potrzebował, więc dawała, bo jakże mogło być inaczej. Powinność małżeńską trzeba było spełnić — przykazywał ksiądz z miasteczka — inaczej kara Boża mogła ją spotkać. Sama także sobie nie odmawiała szczególnie, gdy „była wypita”. Dzieci? Kto zabraniał mieć dzieci? Wiele dzieci to żaden wstyd. Mało było takich we wiosce, jak ona? Ze trzy rodziny. Menclowa to nawet ósemki się dochowała. Chłopy, że miło patrzeć, zdrowe, wielkie i mocne, że mogli rozwalić każdą potańcówkę. Dwóch w wieku Łukasza siedzi przeszło rok w więzieniu, jeden za kradzieże, drugi za pobicie ze skutkiem śmiertelnym, ten na wolność zbyt szybko nie wyjdzie. Brak dzieci to dopiero wstyd, ot, choćby taka Jadźka od Kalembów chociaż trzeci rok po ślubie dzieci się nie dochowała i wszyscy wytykają ją paluchami. Wstydu nie ma — gadali — a może nie potrafiła chłopu dogodzić? Musiało być w wioskowym gadaniu wiele prawdy, bo nawet chłop od niej uciekł do innej, a Jadźki prawie we wiosce nie widać. Wieczorami wybywa z chałupy i jedzie do dalekiego Gdańska. Często tacy rożni zajeżdżają po nią samochodami. Wioskowe wszystko widzą i słyszą, chociażby nad wioską wisiała czarna noc.


Cóż może pomóc bicie? Może dzieciaki powiedziały to, czego wcześniej się domyślała, czego nawet lekarz czy ksiądz nie powiedział. To, co latami skrywała nawet przed sobą, własne dzieci wykrzyczały jej w twarz. Zaczęła unikać ludzi wychodząc z domu z samego rana, aby pojechać do miasteczka po zasiłek i sklepiku po mleko, i chleb. Na tyle jeszcze wystarczało. Bywało, dyrektor najmował ją czasami do pracy, wtedy mogła sobie pozwolić na więcej. Zamknęła się w swoim małym światku, z którego nie było wyjścia, chyba na cmentarz. Kwękała, lecz żyła. Musiała żyć i czekać na najstarszego do czasu, gdy wróci do domu. Wiedziała, że z jego powrotem wszystko odmieni się na lepsze. Może doczeka się wnuków, lecz jak długo przyjdzie jej czekać? Chyba nie doczeka.


Łukasz nie miał pojęcia co dzieje się w domu, nie otrzymywał listów pisanych niewprawną ręką, pełnych błędów i skreśleń. Nie czytał słów pełnych rozpaczy, żalu i tęsknoty. Listy trafiały do niego z powycinanym tekstem, którego nie powinien czytać. Chronili go, aby nie popełnił głupstwa. Dziwił się, ale nie zadawał pytań dlaczego Matka pisze tylko o miłych sprawach, a tych było tak mało, że nawet nie mieściły się na okrojonej kartce. Z matczynych listów wiedział co dzieje we wiosce. Wiedział, że dziedzic musiał na jego miejsce przyjąć do chlewni dwoje chłopaków. Uśmiechał się kpiąc ze słabeuszy, którzy nie potrafili sobie poradzić ze świniami i marzył o dniu, gdy znowu powróci do swojej chlewni.

— Modlę żeby szybko powrócić do domu.

— Chodzisz do kościoła? — spytałem.

— Mamy kaplicę. Wszyscy chodzą. Może nie wszyscy — uzupełnił z uśmiechem.

— Rozmyślasz o tym coś uczynił? — spytałem, a nie powinienem.

Milczał patrząc w zasłonięte kratami okno. Słońce wisiało już wysoko nad dachami schroniska na oknie siadł promień słońca, przeszedł przez listowie rosnącego obok drzewa, przez gęstą metalową siatkę zatańczył miriadami słońc na brudnej szybie. W służbowym pokoju pojaśniało.

— Nie chcę o tym wspominać. Mam dosyć. To było tak dawno i chcę zapomnieć.

Męczyli mnie kilka tygodni. Policja i psycholodzy. Codziennie ktoś inny pytał, o coś innego. Nic nie rozumiałem! Najgorszy był prokurator. Ten chciał nawet duszę ze mnie wydrzeć. Duszę. Czy człowiek ma duszę?

Zaskoczył mnie pytaniem na które nie byłem przygotowany i nie do mnie należało wyrokowanie, więc powróciłem wspomnieniem do smarkatych lat, gdy ściśnięci w zniszczonych szkolnych ławkach słuchaliśmy pierwszej w życiu lekcji religii. Ksiądz chylił się już do ziemi, przecież był stary i siwy jak należące do Michalaka gołębie hodowane na dachu naszej czynszówki. Ksiądz był ponad osiemdziesięcioletnim staruszkiem, lecz o głosie, jak jerychońskie trąby. Grzmiał, że było go słychać w całej szkole.

— Diabeł przyleci po waszą duszę, jak nie będziecie odmawiać pacierzy — krzyczał stary ksiądz katecheta stojąc przy szkolnej tablicy, — gdy nie będziecie chodzili na nabożeństwo… i macie słuchać Rodziców.


Ubrany w czarną podniszczoną, miejscami połataną sutannę bardziej przypominał nam diabła niż duchownego. Baliśmy się go na równi z diabłem i ogniem piekielnym, którymi nas straszył. Dusza? Może mamy duszę może jej wcale nie ma. Punkt widzenia i wiary. Kiedyś przed tysiącem lat było potrzebne, ażeby poprzez strach utrzymać katolicyzm i wiarę. Krystalizowały społeczeństwa, nowe narody ustalały granice podziałów, kościół rósł w siłę chcąc mieć swój udział w tworzeniu świata. Ich świata. Dla tych celów był potrzebny strach, niepewność i ciemnota. Dzisiaj mało kto wspomina o duszy, a może należałoby nie tylko wspominać, lecz krzyczeć. Zdewaluowały się pojęcia duszy i wiary wykorzystywanej do innych celów, szerzenia nienawiści i religijnych wojen. Zapomina się o Dekalogu i nauce Chrystusa. Cóż mogłem odpowiedzieć widząc wokoło brutalną przemoc, brak etycznych i moralnych zachowań nie byłem pewien czy człowiek może jeszcze posiadać duszę. Może mój staruszek ksiądz od religii byłby mu w stanie odpowiedzieć. Ja nie.


Sobota. Dzień, jak każdy rozpoczął się wcześnie, jak to w wiosce gdzie pracy po same łokcie. Zadbane tłuste krowy prowadzone przez psa szły wolno w stronę dalekich pastwisk kołysząc ciężkimi łbami. Należało przewietrzyć oborę, wyrzucić narosły od tygodnia gnój, aby bydlęta miały czysto i sucho, świnie przegonić z chlewni w ogrodzenie. Posadzkę wyczyścić strumie-niem wody, wymieść brud i wyłożyć słomą. Musiał się uwijać i zdążyć do południa. W soboty dostawał do pomocy kolegę. Zdzichu stawiał radio na belkowaniu, muzyka leciała na cały regulator, nie miał nic przeciwko, lubił muzykę, mógł jej słuchać godzinami, szczególnie akordeon i klarnet. Nigdy nie było za dużo. W domu nie mieli telewizora, stary Wawel już dawno poszedł na śmietnik. Z muzyką pracowało się raźniej, zasłuchani zapominali o czasie. Szło opornie, ale skończyli w południe. Świnie leżały ciasno jedna przy drugiej rozleniwione prażącym słońcem i nie chciały wrócić do chlewu, więc zmuszali je do wstania mocnymi kopniakami.

— Patrzej! Ta w plamy. Tam w kącie przy żerdkach. Dycht podobna do Kozłowej.

— Chrapie jeno gwizd się ruszo — naśmiewali.

— A tamta rozsiadła sa, jak dziedziczka. Też bebech mo obwisły.

— Kto? Dziedziczka?!

— Ni! Maciora — pokładali się ze śmiechu.

Dobrze było pracować we dwoje.


Potrzebowali trochę zabiegów i poganiania, aby świnie znalazły swoje miejsce w chlewie gdzie w korytach czekały już otręby zmieszane z zielonką. Po chwili słychać wesołe pochrząkiwanie. Dzień przeleciał im dzisiaj dziwnie szybko. Po pracy poszli pod prysznic, umyć ręce upaprane w oborniku, spłukali z siebie lepki zapach brudu i jałchy. Z łazienki wyszli wypucowani, czyści i pachnący. Zdzichu namawiał na tańce. Po jakie licho siedzieć w domu, gdy inni pójdą w tany, namawiał i namawiał, aż przepchał. Poszli. W remizie spokojnie jak dawno nie bywało. Pod ścianami rząd krzeseł z żywą wystawą wymalowanych dziewcząt w krótkich sukienkach i szortach. Gminna wystawa mody. Małolaty. Najmłodsze liczyły po trzynaście — piętnaście lat, jak na swój wiek były wysokie i fizycznie rozwinięte. Tych zawsze najwięcej. Większość z pobliskich wiosek. Ściągnęły do muzyki jak pszczoły do miodu. Przychodziły małymi grupkami bez chłopaków, których szybko znajdą. Kasia przyszła ubrana w krótkie spodenki i zieloną bluzeczkę zakrywającej ładne kształtne piersi. Miała miły uśmiech i długi kruczoczarny warkocz sięgający poza talię. Najładniejsza dziewczyna z ich wioski. Wielu chłopaków z okolicy starało się zasłużyć na jej względy, ale wioskowe dobrze pilnowali swoich dziewczyn. Czekała na Zdzicha. Na Łukasza nikt nie czekał. Stolik stał daleko od podwyższenia na którym muzykująca rodzina Kwiatków zarabiała na chleb. Grali z „kapelusza. Nikt nie znał nut, lecz na muzykowanie w remizie wystarczało. Miało być głośno, więc zaspakajali życzenia. Zabawa trwała na dobre gdy z dalekich Sinic przyjechała na motorach i rozklekotaną „Syrenką” cała zgraja Zająców, którzy, jak to zające zawsze jeździli gromadą. W gromadzie czuli się pewniej. Nie po to przyjechali szmat drogi, aby kogoś nie umoczyć. W remizie tłoczno i duszno, pod powałą wiszą sine kłęby papierosowego dymu, kwaśny zapach spoconych ciał zmieszany z wyziewami sfermentowanego piwa i przemyconej na zabawę wódki. Otworzono wszystkie okna, aby przewietrzyć. W szeroko otwartych drzwiach ogniomistrz Wróbel sprzedawał bilety wstępu po pięć złotych od łebka. Strażacy zbierali na nowy silnik do motopompy.


Było krótko po północy, gdy Zające zaczęli rozróbę. Zakotłowało przy drzwiach. Dziewczyny w krzyk. Bijatyka przeniosła się przed remizę i pomiędzy opłotki. W stronę remizy, jak do pożaru, biegną wioskowi. W łapach kije. Ogniomistrz Zaleski wywijał nawet strażacką siekierką, lecz kogo bić, gdy swój swego nie może rozróżnić, więc stanęli półkolem czekając, aż któregoś z obcych wyniesie poza krąg. Wtedy nadejdzie ich czas. W łeb i do stawu, aby wytrzeźweli i będzie spokój. Zawsze skutkowało. Bijatyka, jak zwykle bywa powstała z niczego. Poleciało szkło. Ktoś leży. Nad leżącym dwoje Zająców, najstarszy Krzychu z najmłodszym Markiem kopią ciężkimi, podkutymi buciorami w osłoniętą dłońmi głowę i miękkie podbrzusze. Kopany przestał krzyczeć. Jęczy. Wszędzie krew. Skołtunionym tłumem wypadli przed remizę i wtedy ktoś rozbił kamieniem wiszącą nad remizą lampę. Zapadła ciemność, że nie widać własnej dłoni. Zające włączyli w „Syrence światła. Po oczach. Biegnący nic nie widzą oślepieni ostrym światłem reflektorów, zasłaniają oczy, schylają szukając kamieni. Zadudniło po blaszanej karoseri. Gradem poleciały następne. Posypało rozbite szkło. Słychać warkot zapuszczanych silników. Zające stawiają oparte o drzewa motocykle, kopnięcie, jedno, drugie, albo na pych, skok na siodełko i gaz do dechy. Silniki wyją na wysokich obrotach. Smród benzyny i spalin. Zakurzyło na piaszczystym podjeździe.


Kapela w remizie już dawno przestała grać. Muzykanci nigdy nie brali udziału w bijatyce. Muzykantów stojących na scenie nikt nie ruszał. Niepisane prawo zakazywało rozstawiać muzykantów po kątach. Prawie nigdy się nie zdarzało, aby rzucona butelka lub połamane krzesło poleciało na scenę. Muzykanci patrzyli z podestu na kłębowisko walczących, strach podchodził im pod serce, może się zdarzyć, że któryś w amoku walki przyskoczy i do nich, więc Kwiatkowskich wyciągnął z futerału basetli krótką pałę — na wszelki słuczaj — trzymając za plecami, żeby nikt nie zauważył. Rozpadło się kłębowisko walczących podzieliło na części, któryś wywijał stłuczoną butelką straszącą ostrymi, jak brzytwa ostrzami. Kopnięcie w pierś rzuciło Zenka w kąt wprost na szczerbate szkło tnące mu twarz na strzępy. Błądzi dłońmi po zakrwawionej twarzy po okaleczonych niewidzących oczach. Kwiczy jak zarzynane prosię. Dwoje strażaków bierze go pod ręce wlecze na zewnątrz do pompy.


Wacek, młodszy ogniomistrz dzwoni po policję, łapy mu się trzęsą nie może trafić w tarczę, plącze cyfry… cały czas wykręca swój własny zajęty numer. Pierwsze przyjechało pogotowie, tuż za nimi dwa radiowozy policji z włączonym kogutem. W ruch poszły pały i zapanował spokój. Karola i Zenka, chyba stracił oko zabrało pogotowie. Do końca życia będzie obnosił blizny, jak medal zdobyty na polu walki. Karolowi złamali nos i nie mógł się doliczyć dwóch siekaczy. Miał spuchniętą gębę i podbite fioletem oczy, których prawie nie widać w powiększającej się opuchliźnie. Kilku poturbowanych pozlepiano na miejscu. Stefan z Balic dostał nożem w dłoń, ostrze gładko przecięło ścięgna, nie mógł poruszyć paluchami. Policja spisała protokół zabraniając komendantowi urządzać w remizie potańcówek. Nie pomogły zapewnienia, że następnym razem będzie spokojnie, przecież zbierają na pompę. Gmina biedna, a pompa potrzebna.


Policjanci znając Zająców z najgorszej strony, byli zdziwieni, że skończyło tylko na kilku obrażeniach, szykowali się do odjazdu.

— Z a b i l i.

— O, Jezu! Zabili!

Za remizą znaleźli najstarszego z Zająców. Leżał na wznak z szeroko otwartymi oczami w których trudno było się doszukać odznak życia, oraz opuszczonymi spodniami i zwisającym groteskowo penisem.

— Ktoś musiał go najść przy sikaniu — stwierdził plutonowy Grzybek.

— Człowiek jest wtedy bezbronny, jak dziecko — dodał któryś z policjantów.

— Inaczej potrafiłby się obronić — skomentował inny.

— No! Przecież Zając — dodali znając Zająców z nie najlepszej strony.

— Do sikania nie potrzebował ściągać spodni — spostrzegł jeden ze strażaków.

— No!

— Też racja…

Zając miał rozbitą głowę, policjanci znaleźli okrwawiony kamień, prawdopodobnie narzędzie zbrodni. Na obecnych padł strach. Pytania bez odpowiedzi. Domysły, podejrzenia i słowa pełne nietajonej satysfakcji, że ktoś ich nareszcie uspokoił. Trafił swój na swego, albo lepszego. Nie dopuszczali do siebie myśli, że uczynił, to ktoś z wioskowych.


W remizie rumor. Zdzich wypadł z Kasią przez boczne drzwi, Łukasz pozostał na sali nie biorąc udziału w ogólnej bijatyce. Ci, którzy go nie znali poczytywaliby, to za tchórzostwo, lecz inni po bliższej bolesnej styczności pojęli, że lepiej nie podchodzić mu pod łapy. Łukasz często popisywał się swoją siłą, gdy z uśmiechem na szerokiej twarzy, podnosił w jednej ręce worek pszenicy albo z okazji dożynek przeciągał przyczepę pełną usypanego ziarna. Znany był z tego, że nikomu nie wchodził w drogę, a zadziorne Zające obchodzili go wielkim łukiem. Kotłowisko walczących przewróciło stolik przy którym siedział, więc przeniósł pod ścianę obok znajomych dziewczyn. Siadł niedaleko szeroko otwartych drzwi i okna, przez które wpadał zapach zielonki suszonej w obrotowym piecu. Z niewysokiego komina suszarni ulatywały gorzko pachnące kłęby białej skondensowanej pary.

Za ścianą remizy słychać przytłumione podekscytowane głosy, uderzenie, krzyk, trzask łamanych gałęzi. Po chwili do remizy wpadła dziewczyna z rozbitym nosem tamując chusteczką cieknącą krew. W oczach przerażenie.

— Kryśke złapali — szepce cicho. Słyszą ją koleżanki i… Łukasz.

— Kto?

— Zające!

— Który?

— Ten starszy i ten mały.

Nie znała imion. Wyszła z Krysią z remizy nie podejrzewając złych zamiarów.

— Gdzie jedziemy? — spytała Ewa.

— Nie jedziemy do miasta? — spytały, gdy skręcili w stronę parku.

— Później zawieziemy was do domu — mruknął starszy.


Nie chciała iść, więc trzepnął otwartą dłonią w twarz, upadła w rosnące przy drodze krzewy. Kryskę znaną z tego, że zawsze była chętna chcieli powlec w stronę parku, lecz widząc padającą Ewę wyrwała się uciekając w stronę remizy. Starszy z Zająców dopadł ją po kilku krokach i popchnął otwartą dłonią w plecy. Zatoczyła się padając w wysoką, wilgotną trawę. Zając nawalił się na nią dławiąc jej krzyk wielką łapą, był podniecony jej oporem. Poprzednie dziewczyny były chętne i nigdy nie stawiały oporów. A ta!? Podniecił go jej opór, ślepia podbiegły krwią, trząsł się jak w febrze.

— Spierdalaj Marek! — krzyknął na młodszego brata — Spierdalaj. Już!

W młodszego, jakby piorun strzelił, zadudnił ciężkimi trepami po piaszczystej drodze i zniknął w ciemnościach stając za najbliższym drzewem ciekawy, co się wydarzy. Dziewczyna leżała cicho siąkając nosem po twarzy spływał tusz zmieszany z łzami, podciągnięta sukienka odsłaniała skrzyżowane nogi i mocno zaciśnięte uda. Nic więcej nie mogła uczynić mając świadomość tego, co ją czeka.

— Zając! Zostaw ją! — głos był stanowczy. Rozkazujący.

— Odwal się głupku. Chcesz poduczyć? Co? Nie potrafisz? — zakpił Zając poznając po głosie Łukasza — chcesz skorzystać? Masz okazje gupku.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 49.95
drukowana A5
Kolorowa
za 75.89