E-book
7.88
drukowana A5
44.48
Czwarty pokój

Bezpłatny fragment - Czwarty pokój


Objętość:
248 str.
ISBN:
978-83-8467-926-5
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 44.48

Rozdział 1. Za późno

Gdańsk, noc śmierci Roberta Kuleszy

Robert Kulesza zostawił telefon w szafce razem z portfelem i kluczykami. Kobieta za ladą wskazała rząd szafek.

— Siedemnaście. Odcisk jak zawsze.

— Pamiętam.

Uśmiechnęła się. Bywał tutaj wystarczająco często, żeby znać zasady. Przeszedł przez szatnię i zatrzymał się przed lustrem. Pięćdziesiąt lat było już widać, choć nie tak bardzo, jak się obawiał. Siłownia cztery razy w tygodniu robiła swoje. Koszula leżała dobrze, brzuch nadal nie wychodził nad pasek. Siwizna przy skroniach nawet mu służyła. Spojrzał na zegarek: kwadrans po jedenastej. Powinien był zostać w domu.

Myślał o tym godzinę wcześniej, zjeżdżając z obwodnicy, i pół godziny później, kiedy przez kilka minut siedział na parkingu, patrząc na dyskretnie oświetlony budynek dawnego pensjonatu. Przyjechał mimo wszystko.

W głównej sali grała niezbyt głośna muzyka. Przy barze siedziało kilka osób, inne rozmawiały na kanapach ustawionych pod ścianami. Kobieta w czarnej sukience przesunęła dłonią po ramieniu mężczyzny, który coś mówił jej do ucha. Dalej para całowała się bez pośpiechu, zupełnie obojętna na obecność pozostałych. Kulesza zamówił wodę.

Za jego plecami para z kanapy wstała niemal jednocześnie. Kobieta miała odkryte plecy i cienki pasek materiału biegnący przez kark; mężczyzna prowadził ją dłonią położoną nisko na talii. Przy schodach zatrzymała go, odwróciła się i pocałowała dłużej, już bez tej ostrożności, którą ludzie zachowywali w restauracjach. Nikt nie odwrócił głowy. Tutaj dyskrecja nie polegała na udawaniu, że nic się nie dzieje.

Przy drugiej sofie dwie pary siedziały blisko siebie. Jedna z kobiet opierała bose stopy o udo męża, podczas gdy jej partner rozmawiał z drugą. Co jakiś czas palce przesuwały się po karku, ramieniu albo nagim kolanie; gesty były spokojne, uzgodnione spojrzeniem, pozbawione pośpiechu. Robert znał ten rytm. Najpierw rozmowa, potem skrócenie dystansu, sprawdzenie reakcji, wreszcie decyzja, czy wieczór ma zostać przy barze, czy przenieść się za ciężkie drzwi.

Kiedyś właśnie to lubił: brak udawanej niewinności. Kobieta mogła patrzeć na innego mężczyznę, mąż mógł to widzieć, a jedno krótkie skinienie znaczyło więcej niż pół godziny rozmowy. Tego wieczoru wszystkie te gesty wydawały mu się jednak zbyt widoczne. Po raz pierwszy zamiast uczestników widział potencjalne kadry: twarz, profil, charakterystyczny zegarek, dłoń na cudzym biodrze. Rzeczy, które dla ludzi w sali były prywatne, dla kogoś z zewnątrz mogły stać się walutą.

Z bocznego korytarza wyszła kobieta w jedwabnym szlafroku narzuconym na bieliznę. Zatrzymała się przy barze, napiła wody z kieliszka partnera i bez słowa pocałowała kobietę stojącą obok niego. Pocałunek trwał długo, lecz nie miał w sobie demonstracji. Mężczyzna patrzył spokojnie, z dłonią opartą na biodrze żony. Dopiero kiedy obie się odsunęły, cała trójka ruszyła w stronę schodów.

Robert odwrócił wzrok. Dawniej podobne obrazy działały na niego jak obietnica wieczoru bez codziennych ról. Teraz widział przede wszystkim, jak łatwo intymność staje się rozpoznawalna: tatuaż przy łopatce, obrączka, twarz odbita w lustrze, czyjaś ręka obejmująca nie tę osobę, którą powinna według świata na zewnątrz.

— Tylko tyle? — zapytał barman.

— Prowadzę.

— Od kiedy ci to przeszkadza?

Robert spojrzał na niego.

— Od dzisiaj.

Barman wzruszył ramionami i postawił przed nim szklankę, z której Robert wypił połowę. Rozpoznawał większość twarzy, choć rzadko znał nazwiska.

Dawniej podobała mu się ta prostota. Nikt nie pytał, czym się zajmuje, ile zarabia, z kim robi interesy ani dlaczego żona nigdy z nim nie przychodzi. Ona znała przynajmniej część prawdy. Od kilku lat żyli według niewypowiedzianej reguły: omijali pytania, których odpowiedzi mogłyby zmienić ich życie. Robert przywykł do tego układu. Tego wieczoru po raz pierwszy zobaczył w nim błąd.

— Sam?

Odwrócił się. Blondynka, może trzydzieści pięć lat. Wysoka, szczupła, ubrana w prostą granatową sukienkę. Widział ją wcześniej, ale nie pamiętał gdzie.

— Na razie.

— To brzmi jak zaproszenie.

— Dzisiaj raczej nie.

Przyjrzała mu się uważniej.

— Wszystko dobrze?

— Doskonale.

— Źle kłamiesz.

— Za to dobrze płacę podatki.

Roześmiała się.

— To tutaj rzadsza przypadłość.

Kiedy odeszła, Robert odprowadził ją wzrokiem. Jeszcze niedawno poszedłby za nią, teraz jednak spojrzał na zegarek: jedenasta dwadzieścia trzy. Mężczyzna miał się spóźnić najwyżej dziesięć minut. Robert przeszedł do dalszej części klubu.

Za ciężkimi drzwiami muzyka była cichsza. Korytarz rozchodził się w dwie strony. Z jednego z pomieszczeń wyszła kobieta w lekkim szlafroku. Minęła go, poprawiając włosy. Chwilę później drzwi otworzyły się ponownie i pojawił się mężczyzna. Minęli się bez spojrzenia, a Robert poszedł dalej. Tej nocy przyjechał w innym celu.


O jedenastej trzydzieści osiem wrócił do baru.

— Był ktoś o mnie pytać?

Barman pokręcił głową. Robert zaklął pod nosem.

— Telefon?

— Znasz zasady.

— Potrzebuję go na minutę.

Barman spojrzał w stronę recepcji.

— Robert.

— Na minutę.

— Wyjdź do szatni.

Poszedł. Otworzył siedemnastkę, wyjął telefon. Trzy nieodebrane połączenia. Żadne od numeru, na który czekał. Jedna wiadomość. Bez podpisu. Przeczytał ją dwa razy. NIE SZUKAJ MNIE. WYJDŹ. Stał nieruchomo. Potem pojawiła się druga. ZA PÓŹNO. Robert podniósł głowę.

W szatni nikogo nie było. Schował telefon do kieszeni, zabrał kluczyki i wyszedł na korytarz. Przed drzwiami prowadzącymi na parking zawrócił do środka. Kilka miesięcy wcześniej uznałby całą historię za kiepski dowcip. Zdjęcia. Potem film. Później pierwsza wiadomość. Pięćdziesiąt tysięcy.

Zapłacił. Bał się nie tyle żony, ile pytań, które pojawiłyby się razem z materiałem. Po przelewie przyszło następne żądanie: tym razem zamiast pieniędzy chcieli nazwiska, oraz terminu spotkania. Następnym razem zapytali o Radeckiego. Wtedy Robert zrozumiał, że od początku chodziło o coś innego.

Przez kilka tygodni robił to, czego zawsze wymagał od swoich ludzi: sprawdzał wszystko po cichu, bez policji, Radeckiego i pozostałych. Tego wieczoru miał wreszcie dostać odpowiedź.

Nazwisko człowieka, który pojawiał się przy dwóch spółkach, firmie wykonującej kiedyś prace u Wiktora i jednym z podmiotów zainteresowanych gruntami na wybrzeżu. Za dużo zbiegów okoliczności. Robert przestał w nie wierzyć. Wrócił do bocznego korytarza. Na końcu paliło się słabe światło. Drzwi były uchylone. Zatrzymał się.

— Halo?

Cisza. Podszedł bliżej.

— To ja.

Drzwi poruszyły się lekko. Robert wsunął rękę do kieszeni. Telefon był tam, gdzie go zostawił. Zrobił jeszcze jeden krok.

Pierwszy krzyk usłyszano kilka minut po północy. Muzyka nadal grała.

Kobieta wybiegła na korytarz boso. Zatrzymała się przy wejściu do sali i przez chwilę nie potrafiła wydobyć głosu. Barman pierwszy zobaczył jej twarz.

— Co się stało?

Wskazała za siebie.

— Tam…

— Co?

— Człowiek.

Kilka osób odwróciło głowy. Barman wyszedł zza lady.

— Jaki człowiek?

Kobieta przełknęła ślinę.

— On chyba nie żyje.

Przez kilka sekund nikt się nie poruszył. Potem wszystko wydarzyło się naraz. Ktoś pobiegł w stronę korytarza. Ktoś inny zażądał telefonu. Mężczyzna przy kanapie zaczął szukać swojej żony. Jedna z kobiet powiedziała, że trzeba dzwonić po karetkę.

— I policję — odpowiedział ktoś.

To słowo zmieniło atmosferę szybciej niż wiadomość o śmierci. Policja. Kilka osób spojrzało w stronę szatni. Pierwszy mężczyzna ruszył do wyjścia. Za nim drugi.

— Proszę zostać! — krzyknęła recepcjonistka.

Nikt jej nie słuchał. Jedni wkładali buty, inni szukali kluczyków. Kobieta w czarnej sukience narzuciła płaszcz na ramiona i wybiegła bez pożegnania. Parking zaczął się opróżniać. Barman dotarł do bocznego pomieszczenia. Robert Kulesza leżał przy ścianie. Nie dotknął go. Cofnął się i wyjął telefon.

Na zewnątrz zapalały się kolejne światła samochodów. Wiktor Radecki odebrał po drugim sygnale. Spojrzał na zegarek stojący przy łóżku. 00:17.

— Tak?

Przez kilka sekund słuchał. Usiadł. Joanna poruszyła się obok.

— Co się stało?

Radecki milczał.

— Wiktor?

Odłożył telefon. Patrzył przed siebie.

— Robert nie żyje.

Joanna podniosła się na łokciu.

— Co?

— Znaleźli go w klubie.

— W jakim klubie?

Spojrzał na nią i nie musiał nic mówić, żeby zrozumiała. W sypialni było słychać tylko deszcz uderzający o szybę.

— Wypadek?

Radecki wstał z łóżka.

— Nie wiem.

Podszedł do okna. Na podjeździe jego domu nie było nikogo. Mimo to przez kilka sekund patrzył w ciemność. Tydzień wcześniej Robert siedział przy jego stole, wyraźnie bardziej zdenerwowany niż zwykle, i powiedział coś, co Wiktor zlekceważył. Teraz przypomniał sobie każde słowo. Musimy uważać na kobiety, które wpuszczamy. Joanna zapaliła lampkę.

— Wiktor?

Odwrócił się.

— Robert czegoś się bał.

— Czego?

Radecki długo nie odpowiadał.

— Tego musimy się dowiedzieć.


Nad ranem Wiktor wysłał Jerzemu Milewskiemu tylko jedną wiadomość: „Robert Kulesza nie żyje. Będę potrzebował rozmowy.” Prawnik przeczytał ją przed szóstą, ale nie zadzwonił od razu. Otworzył listę kontaktów, zatrzymał palec przy nazwisku „Maks Wolski”, po czym wygasił ekran. Na razie Wiktor potrzebował prawnika. Jeśli śmierć Roberta okaże się częścią czegoś większego, będzie potrzebował kogoś innego.

Rozdział 2. Droga do środka

Kilka tygodni wcześniej

Zanim Marta pomyślała o Karolinie, miała już problem z Leną. Po trzeciej wizycie u Radeckich Robert zaczął patrzeć na nią inaczej. Lena jeszcze tego nie zauważała. Marta już tak.

Za dużo pytała. Za często znajdowała się obok, kiedy mężczyźni zaczynali rozmawiać o interesach. Marta wiedziała, że dojście może się zaraz zamknąć, dlatego nie chciała opierać wszystkiego na jednej osobie. Najłatwiejszą drogą okazała się Magda.

Marta zapisała się do klubu fitness, do którego chodziła żona Roberta. Przez pierwsze dni ograniczała się do uprzejmego dzień dobry. Potem zaczęły ćwiczyć o podobnych godzinach. Magda zwykle przychodziła sama, odkładała słuchawki obok ręcznika i ćwiczyła z zaciśniętymi ustami, jakby złość pomagała jej bardziej niż muzyka. Marta wybrała moment świadomie.

— Mój mąż chyba mnie zdradza.

Magda spojrzała na nią w lustrze.

— „Chyba” to najgorsze słowo.

Marta nie wypytywała. Opowiedziała wymyśloną historię o późnych powrotach i kobiecie, której nazwiska rzekomo nie znała. Magda słuchała coraz uważniej.

— Rozwiodłabym się — powiedziała Marta. — Człowiek nie może całe życie sprawdzać, czy ktoś znowu robi z niego idiotkę.

Magda prychnęła.

— Łatwo powiedzieć.

— Łatwo nie. Ale mężczyźni szybko przyzwyczajają się, że wszystko im wolno, jeśli nikt nie stawia granicy.

Marta mówiła dokładnie to, co Magda chciała wtedy usłyszeć. Przez kolejne treningi wychodziły na jaw następne szczegóły. Najpierw Lena, mała blondynka, później inne kobiety, nieodbierane telefony i weekendy u Wiktora Radeckiego.

— Oni tam sobie urządzają orgie — powiedziała w końcu Magda. — Najczęściej co drugi weekend. Zaczynają w piątek, czasem siedzą do niedzieli.

— Byłaś tam?

— Raz. Wystarczyło.

Magda opowiedziała o basenie, starym skrzydle, ludziach znikających na jakiś czas i wracających, jakby nic się nie wydarzyło. Wspomniała też o modernizacji starego skrzydła sprzed kilku lat i ekipie, która miała wtedy swobodny dostęp do tej części domu. Marta zapamiętała przede wszystkim dwie rzeczy: rytm weekendów i dawną modernizację. W najbliższy piątek pojechała tam sama.

Zatrzymała SUV-a kilkaset metrów przed bramą, na skraju lasu, w miejscu, z którego przez gałęzie było widać fragment drogi prowadzącej do posesji. Wyłączyła światła i położyła telefon na kolanach.

Pierwszy samochód pojawił się kilka minut po dziewiętnastej. Marta zrobiła zdjęcie, a później sfotografowała dwa kolejne. Fotografowała samochody, tablice i ludzi, jeśli wysiadali w miejscu widocznym z drogi. Nie znała wszystkich, ale nazwiska można było ustalić później. Magda mówiła prawdę. Ruch wyglądał zbyt regularnie jak na zwykłą kolację znajomych. Przed dwudziestą trzecią zobaczyła mercedesa Roberta z Leną na miejscu pasażera. Marta zrobiła ostatnie dwa zdjęcia. Wystarczy.

Schowała telefon i ruszyła w stronę miasta. W głowie układała już raport: uczestnicy, częstotliwość spotkań, samochody, sposób wjazdu, możliwe zależności biznesowe, zagrożenia, szanse i potencjał. Do tego informacja o dawnej modernizacji starego skrzydła. Nie wiedziała jeszcze, co zleceniodawca zrobi z tą informacją, ale wiedziała, że będzie go interesowała.

Po kilku minutach zauważyła światła w lusterku. Samochód jechał daleko za nią. Na pierwszym zakręcie Marta zwolniła. Światła również zwolniły. Na następnym przyspieszyła. Tamten samochód został za nią.

Poczuła suchość w ustach. Leśna droga była wąska, miejscami rozbita przez ciężki sprzęt. Marta docisnęła gaz mocniej, niż powinna. SUV podskoczył na koleinie. Coś uderzyło pod podwoziem. Spojrzała w lusterko. Światła nadal tam były.

— Cholera.

Na kolejnym łuku prawe koło wpadło w głęboką dziurę. Samochód rzuciło w bok. Rozległ się trzask. Marta odbiła kierownicą, usłyszała szorowanie plastiku po ziemi i przez kilka sekund była pewna, że złapała gumę. Jechała dalej.

Kiedy wypadła na asfalt, tylny zderzak trzymał się tylko z jednej strony. Marta przyspieszyła. Osiemdziesiąt. Sto. Sto dwadzieścia. Dopiero przy pierwszych światłach zabudowań spojrzała ponownie w lusterko. Droga za nią była pusta.

Kilkaset metrów wcześniej, przy skrzyżowaniu leśnej drogi z asfaltową, stał czarny terenowy jeep. Zgasił światła, kiedy SUV Marty wyjechał na szosę. Dwóch mężczyzn obserwowało czerwone tylne lampy znikające w oddali. Jeep ruszył.

W przeciwną stronę. Marta dojechała do domu z urwanym zderzakiem i drżącymi rękami. Jeszcze tej nocy zgrała zdjęcia na komputer. Przez długi czas zastanawiała się, czy samochód naprawdę ją śledził, czy przestraszyła się własnej wyobraźni.


Następnego dnia zadzwoniła do zleceniodawcy.

— Mam materiał i wstępny raport.

— Co w nim jest?

— Ludzie, samochody, rytm spotkań, powiązania. Analiza zagrożeń, szans i potencjału. Jest też informacja o dawnej modernizacji starego skrzydła.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Modernizacja?

— Sprzed kilku lat. Magda pamięta ekipę, która wtedy miała dostęp do starego skrzydła.

Marta nie mówiła o podsłuchach ani kamerach. Nie była technikiem i nie wiedziała, czego zleceniodawca naprawdę szuka. Dostarczyła mu tylko informację, że podczas dawnej modernizacji obcy ludzie mieli swobodny dostęp do starego skrzydła.

— Proszę ustalić, czy po tamtej modernizacji coś jeszcze zmieniano w instalacjach albo zabudowie — powiedział.


Kilka dni później Marta wykorzystała Roberta, zanim zdążył zamknąć jej drzwi. Wspomniała mu o firmie, która mogłaby pomóc przy obsłudze części kontaktów i dokumentacji. Robert zadzwonił do Wiktora. Dwa dni później Marta piła kawę w posiadłości Radeckich. Joanna obserwowała ją od pierwszej minuty.

Marta obejrzała salon, korytarz i przejście w stronę starego skrzydła. Kilka razy wyjęła telefon. Jedno zdjęcie zrobiła przy oknie, drugie niby przypadkiem w korytarzu. Na trzecim było wejście do starej części domu i fragment zabudowy.

— Dużo pani fotografuje — zauważyła Joanna.

— Zawodowe skrzywienie. Później niczego nie pamiętam.

Joanna nie odpowiedziała. Kiedy Marta wyszła, powiedziała do Wiktora:

— Nie podoba mi się ta kobieta.

— Bo?

— Za mało patrzy na ludzi. Za dużo na dom.

Wiktor roześmiał się wtedy, lecz Joanna nie podzielała jego rozbawienia.


Zdjęcia tego samego wieczoru dostał zleceniodawca. Marta przekazała również to, co udało jej się ustalić o dawnej modernizacji i późniejszych zmianach w domu. Nie wiedziała, że nazwisko człowieka związanego z tamtą ekipą jej zleceniodawca znał znacznie lepiej, niż jej powiedział. W następnym tygodniu zadzwonił Robert.

— Marta, kończymy współpracę.

— Robert, zaczekaj. Jeśli coś nie zagrało, poprawię to.

— Po prostu nie chcę już waszych ludzi przy swoich sprawach.

Marta ścisnęła telefon mocniej.

— Daj mi jedną szansę. Mam kogoś zupełnie innego. Karolina. Języki, kontakty, żadnego wpychania nosa w twoje interesy. Może ci po prostu pomagać przy spotkaniach.

Robert milczał chwilę.

— Wyślij mi jej dane.

Tak Karolina dostała inną rolę. Marta przedstawiła Karolinie pracę przy Robercie jako możliwość wejścia do lepszego świata: spotkania, języki, kontakty, pomoc przy klientach. Karolina miała po prostu znaleźć się blisko niego, bez świadomości, że ktoś oczekuje informacji. Resztę Marta zamierzała robić sama.


Kilka dni później Marta wzięła Karolinę pod łokieć.

— Karolinko, moja droga, przejdźmy się.

Rozmowa była właściwie o niczym. Marta opowiadała o mieście, jakimś spotkaniu, restauracji, do której warto pójść. Karolina głównie słuchała. Sama obecność szefowej trochę ją peszyła.

Zatrzymały się dopiero przy gdańskim Żurawiu. Usiadły w jednej z knajpek przy nabrzeżu, a Marta zamówiła dwie kawy, nawet nie pytając Karoliny, czy pije kawę, a jeśli tak, to jaką.

— Kochanie, mam nadzieję, że będziesz się dobrze czuła w naszej firmie. Jesteś bardzo inteligentna, a ja lubię rozmawiać z inteligentnymi ludźmi. Poszerzają mi horyzonty.

Karolina uśmiechnęła się niepewnie.

— Dziękuję.

— Znasz języki. Pomyślałam o tobie od razu. Mam bardzo dobrego, dużego klienta. Zrobiłam mały wywiad i z tego, czego się dowiedziałam, jego żona nie jest szczególnie zainteresowana uczestniczeniem w życiu towarzyskim. A on musi się spotykać. Banki, ministerstwo, kontrahenci, kolacje. Wiesz, jak jest. Kobieta przy jego boku potrafi być dodatkowym filarem sukcesu.

Marta upiła kawę.

— A ładna i inteligentna kobieta to już właściwie cała ściana filarów.

Karolina parsknęła śmiechem.

— To musi być ktoś, kto nie spanikuje, kiedy ktoś odezwie się po niemiecku albo angielsku. Kto będzie potrafił porozmawiać, słuchać i zapewnić mu wsparcie. Na żonę najwyraźniej nie może liczyć.

Marta pochyliła się nad stolikiem.

— Swoją drogą, fajne z niego ciacho. Szkoda, że żonaty.

— Marta…

— Co? Jestem kobietą, oczy mam.

Karolina pokręciła głową, ale się uśmiechnęła.

— Jeśli byłabyś zainteresowana, pomyślałam właśnie o tobie. Dobre pieniądze właściwie za nic. Robert ma na imię.

— Co dokładnie miałabym robić?

— Pomagać mu przy spotkaniach. Języki, kontakty, dokumenty, pilnowanie nazwisk i terminów. Robert ma za dużo rzeczy naraz i potrzebuje kogoś, kto będzie obok i nie zgubi się przy pierwszej rozmowie po angielsku albo niemiecku. Tylko tyle.

Brzmiało to niemal banalnie. Karolina nie znalazła wtedy żadnego powodu, żeby powiedzieć „nie”.


Robert Kulesza podjechał pod klub nowym mercedesem. Rząd drogich samochodów błyszczał pod nocnymi lampami, ale jego auto i tak wyglądało tak, jakby dopiero wyjechało z salonu. Portier pojawił się przy samochodzie, zanim Robert zdążył obejść maskę. Otworzył drzwi od strony pasażera. Karolina wysiadła.

Mężczyzna był wysoki, bardzo mocno zbudowany, w czarnej koszuli dopasowanej do szerokich ramion. Karolina podziękowała mu i spojrzała odrobinę dłużej, niż wymagała uprzejmość. Kulesza zauważył.

— Już ci się podoba?

— Rozglądam się.

— Jeszcze nawet nie weszliśmy.

Uśmiechnęła się. Nikt nie trafiał tutaj przypadkiem. Każdy przyjeżdżał na zaproszenie, wcześniej zweryfikowany, a przed wjazdem na teren posesji ponownie sprawdzany przez ochronę. Przy wejściu Robert i Karolina podali nazwiska. Kulesza znał procedurę i traktował ją jak formalność. Dla niej wszystko było nowe.

Wnętrze w pierwszej chwili bardziej przypominało ekskluzywne spa niż klub, o którym jego goście woleli nie opowiadać znajomym. Było kilka niewielkich szatni podzielonych na kameralne boksy. Rzeczy zostawiało się w szafkach otwieranych odciskiem palca. Boksy pozwalały zachować trochę prywatności w pierwszych minutach.

Między nimi niemal bezszelestnie poruszały się młode hostessy. Podawały ręczniki, wskazywały drogę, odpowiadały na pytania. Były zawsze blisko, gdy ktoś ich potrzebował, i niemal niewidoczne, kiedy nie były potrzebne. Kulesza wskazał Karolinie szafkę.

— Tutaj zostawiasz rzeczy.

— Wszystkie?

Spojrzał na nią.

— Prawie.

Roześmiała się, trochę z rozbawienia, trochę z napięcia. Kilka minut później Robert miał ręcznik owinięty w pasie. Karolina swój podciągnęła wysoko, ponad piersi. Kulesza zatrzymał ją przy półce z ręcznikami.

— Weź żółty.

— Dlaczego?

— Bo jesteś pierwszy raz.

— A gdybym chciała niebieski?

— Najpierw zobacz, czy w ogóle ci się tutaj spodoba.

Spojrzała na niebieskie wykończenie jego ręcznika.

— Ty masz niebieski.

— Ja wiem, gdzie przyszedłem.

W jej oczach pojawiła się ciekawość. Źrenice rozszerzyły się, kiedy zaczął tłumaczyć znaczenie kolorów. Czerwony oznaczał dystans. Można było podejść, porozmawiać, wypić drinka, ale niczego więcej nie należało zakładać. Żółty zapraszał do rozmowy i flirtu, pozostawiając resztę otwartą. Niebieski sygnalizował największą gotowość do poznawania innych.

— I pamiętaj — powiedział Robert. — Kolor niczego za ciebie nie obiecuje. Jeśli czegoś nie chcesz, mówisz nie.

— A jeśli chcę?

— Też mówisz.

Przeszli dalej. Przy kolejnych drzwiach ponownie podali nazwiska. Dopiero wtedy obsługa wpuściła ich do głównej części.

W sali było ciepło. Część gości, ubranych podobnie jak oni, siedziała przy barze. Inni zajmowali półotwarte loże. Rozmawiali cicho, śmiali się, pili szampana. Na środku stał pusty podest z wysoką rurą do tańca. Z głośników płynęła spokojna muzyka. Karolina zwolniła.

Spodziewała się czegoś bardziej nachalnego. Tymczasem pierwsze wrażenie przypominało ekskluzywny bar, w którym z jakiegoś powodu prawie wszyscy siedzieli w ręcznikach.

— Stolik czwarty — powiedział Kulesza do hostessy.

Młoda kobieta zaprowadziła ich do loży. Byli tam już Radeccy, Bielscy, Wernerowie, Lemańscy oraz Marek Zawadzki. Karolina poczuła na sobie kilka spojrzeń, ale nie było w nich wrogości. Raczej zwyczajna ciekawość wobec nowej osoby przyprowadzonej przez starego znajomego. Robert wskazał ją dłonią.

— To jest Karolina. Poznajcie się.

Przywitała się kolejno ze wszystkimi.

— Karolina jest pierwszy raz — dodał Kulesza. — Nie wystraszcie jej.

Ktoś się roześmiał.

— Robert, ty ją przyprowadziłeś. To raczej ciebie powinna się bać.

Karolina również się uśmiechnęła. Jeden z mężczyzn spojrzał na żółte wykończenie jej ręcznika.

— Wiesz, co tutaj się będzie działo?

— Domyślam się.

— To dobrze. Resztę zobaczysz.

Po kilku minutach Robert zauważył znajomych przy sąsiednim stoliku.

— Zaraz wracam.

Odszedł, zostawiając Karolinę wśród ludzi, których poznała zaledwie chwilę wcześniej. Joanna Radecka siedziała naprzeciwko. Czerwona szminka kontrastowała z jasną skórą, paznokcie miała pomalowane ciemnym, bordowym lakierem. Długie włosy opadały swobodnie na ramiona. W jej zachowaniu nie było ani skrępowania, ani potrzeby udowadniania czegokolwiek. Przesunęła się bliżej Karoliny.

— Mogę cię o coś zapytać?

— Jasne.

Joanna nachyliła się lekko.

— Jesteś na tyle odważna, żeby zdjąć ręcznik?

Karolina przełknęła ślinę. Przychodząc tutaj, była przekonana, że pisze się na wiele. Dopiero teraz zrozumiała, że czym innym jest wyobrażać sobie ten wieczór w samochodzie obok Roberta, a czym innym siedzieć wśród obcych ludzi i usłyszeć pierwsze prawdziwe pytanie.

— Nie wiem.

Joanna uśmiechnęła się.

— No to patrz.

Skinęła w stronę barmana. Najwyraźniej nie musiała niczego tłumaczyć. Muzyka zwolniła. Wstała od stolika i ruszyła na środek sali. Chwyciła rurę jedną ręką, zahaczyła o nią nogą i wykonała płynny obrót. Ręcznik pozostał na miejscu. Przy następnym ruchu odchyliła ciało do tyłu i pozwoliła, żeby materiał zsunął się na podłogę. Pozwoliła mu odejść.

Rozrzuciła włosy ruchem głowy, obróciła się ponownie i podciągnęła wyżej. Jej ciało było smukłe i wytrenowane, ruchy pewne. Rozłożyła nogi w szerokim szpagacie, bardziej jak tancerka pokazująca sprawność niż kobieta próbująca kogokolwiek prowokować. Pierwsze brawa rozległy się przy barze, zaraz dołączyli pozostali.

Joanna wykonała jeszcze pół obrotu, zsunęła się na podłogę i podniosła ręcznik. Owinęła się nim bez pośpiechu i wróciła do stolika.

— Wiem, że to wymaga trochę treningu — powiedziała do Karoliny. — Ale pokażę ci coś łatwiejszego.

Przesunęła kieliszki i położyła się na plecach na szerokim blacie loży. Poluzowała ręcznik, sięgnęła po truskawkę i położyła ją sobie na pępku.

— No który? Kto będzie odważny?

Wiktor Radecki wychylił się od razu.

— Nie wygłupiaj się. Dobrze wiesz, że odważny jest tylko jeden.

Nachylił się nad żoną i zabrał truskawkę ustami. Joanna drgnęła, gdy połaskotał ją przy tym nosem, a potem wybuchnęła śmiechem. Siedząca obok kobieta parsknęła.

— Oni tak zawsze.

Joanna podniosła się, poprawiła ręcznik i usiadła Wiktorowi na kolanach. Objęła go za szyję, pocałowała krótko i sięgnęła po kieliszek szampana. Karolina nadal przyglądała się Joannie i pozostałym.

Towarzystwo przyjęło nagość Radeckiej bez zgorszenia i bez poczucia, że daje ona komukolwiek dodatkowe prawa. Jedni się śmiali, ktoś wrócił do rozmowy, para przy barze siedziała przytulona do siebie. Dopiero teraz Karolina zaczynała rozumieć, do jakiego miejsca przyprowadził ją Robert.

Klub pilnował również rzeczy znacznie mniej ekscytującej. Kto pił alkohol, nie wracał samochodem. Obsługa mogła zamówić transport do hotelu albo zapewnić kierowcę, który odwoził gościa jego własnym autem. Samochód można było zostawić na strzeżonym parkingu do rana. Robert wrócił do stolika z kieliszkiem w dłoni.

— I?

Karolina spojrzała na Joannę, potem na niego.

— Jeszcze nie uciekłam.


— To dobry początek.

Joanna uniosła kieliszek.

— Za pierwsze razy.

Karolina stuknęła swoim o jej szkło. Dla Roberta ten wieczór miał się później okazać początkiem znacznie poważniejszej historii. Michał Werner znał Wiktora od dawna. To między nimi zaczęła się kiedyś rozmowa, która później dała początek ich niewielkiemu towarzystwu.

— Michał, Aśka mi powiedziała, że podoba jej się twoja Ewka — zagadnął Wiktor.

Joanna storpedowała męża wzrokiem.

— Głupi. Ty naprawdę wszystko musisz wypaplać?

— Sama powiedziałaś, że jest fajna, ma śliczną buzię i bardzo ładne piersi.

Joanna wyglądała, jakby właśnie próbowała wypalić wzrokiem dziurę w klatce piersiowej męża. Michał roześmiał się.

— Ty, Asiu, też jesteś niczego sobie. Zgrabna, miła, inteligentna i masz w sobie coś, co mężczyzna pamięta długo. Przyprowadzę Ewę.

— Przyjedźcie w piątek na noc — zaproponował Wiktor. — Zostańcie na cały weekend. Poznamy się lepiej.

Michał znał go od lat, więc wszyscy roześmiali się z ostatniego zdania. Tamtego piątku alkoholu było trochę więcej niż zwykle. Szczególnie Joanna i Ewa potrzebowały na początku odrobiny odwagi. Zaczęło się od niewinnych żartów, łaskotek i głupiej gry w rozbierane karty. Później ktoś znalazł pustą butelkę po winie.

Kiedy Joanna zakręciła nią i szyjka wskazała Ewę, Michał obserwował żonę z zainteresowaniem. Ewa pocałowała Joannę i po chwili zamknęła oczy. To, co w niej drzemało, zwykle było schowane znacznie głębiej. Na zewnątrz pozostawała bardziej powściągliwa, czasem wręcz nieśmiała.

Tego wieczoru dobra atmosfera, ciekawość i wino zrobiły swoje. Michał zobaczył, jak Ewa powoli oswaja dotyk kogoś innego niż on.

Później los wskazał Joannę jemu, a Ewę Wiktorowi. Ewa reagowała inaczej na jego dłonie i pocałunki. Rozbierana zabawa sprawiła, że została bez górnej części ubrania, a Michał widział po niej, że skrępowanie zaczyna ustępować ciekawości. Ktoś zaproponował, żeby przygasić światło i zakręcić butelką jeszcze raz, tym razem bez kolejnych półśrodków. Reszta miała tylko patrzeć.

Najpierw Joanna wylosowała Wiktora. Po jej minie było widać, że liczyła na mniej oczywisty wynik, ale Wiktor nie zamierzał pozwolić jej spokojnie przejść do następnej rundy. Znał ciało żony jak własne. Ewa obserwowała jego dłonie poruszające się po Joannie z pewnością kogoś, kto zna każdy jej odruch.

Kiedy Wiktor ponownie zakręcił butelką i tym razem wypadło na Ewę, jej oddech przyspieszył. Spojrzała na Michała, potem na butelkę, wreszcie na Wiktora. Michał uśmiechnął się i mrugnął do niej. To wystarczyło.

Później role zmieniały się już naturalniej. Zniknęło pierwsze skrępowanie, a kiedy wszystkim zrobiło się za gorąco, przenieśli się do basenu. Leżeli później w ciepłej wodzie, opierając plecy o kamienny brzeg. Na powierzchni odbijało się przygaszone światło z salonu.

— I co? — zapytał Wiktor. — Nadal uważacie, że to był głupi pomysł?

Ewa popatrzyła na Michała.

— Nie wiem jeszcze, czy głupi. Na pewno nie taki, jak sobie wyobrażałam.

— A jak sobie wyobrażałaś? — zainteresowała się Joanna.

— Gorzej. Sztuczniej. Że rano wszyscy będziemy udawać, że nic się nie wydarzyło.

Joanna oparła głowę o brzeg basenu.

— To byłoby bez sensu. Jeśli mamy się czegoś wstydzić przed sobą, lepiej w ogóle tego nie robić.

Michał spojrzał na Ewę.

— Wszystko dobrze?

— Dobrze — odpowiedziała. — Tylko daj mi chwilę, żebym się przyzwyczaiła do tego, że naprawdę tu siedzę.

Roześmiali się. Później była sauna, kolejne żarty i rozmowy przeciągnięte prawie do rana. Tak powstał pierwszy rdzeń ich spotkań. Reszta dołączała później niemal spontanicznie.


Teraz Ewa malowała paznokcie z niemal nabożną miną.

— Gdzie się szykujemy? — zapytał Michał, zaglądając do pokoju.

— Na razie nigdzie. Ale moglibyśmy gdzieś wyjść.

— Weekend u Joanny?

— Może. Ale zobacz, co grają w piątek w kinie. Moglibyśmy najpierw pójść na film. Mam ochotę na coś lekkiego. Może komedię.

— Dobrze. Zajmę się tym.

Ewa obejrzała paznokcie i wyciągnęła dłoń w stronę męża.

— Panie Werner, proszę podziwiać. Ładne?

Michał popatrzył na jej palce, potem na nią. Wszystko, co robiła Ewa, wydawało mu się ładne. To, jak jeździła konno, jak biegała, jak malowała paznokcie, nawet sposób, w jaki mówiła. Za każdą z tych zwyczajnych czynności kryło się ciepło jego żony, którego po tylu latach nadal nie potrafił traktować jak czegoś oczywistego.


Joanna przymknęła oczy. Ciepło sauny działało na nią jak lekarstwo. Po całym dniu stresu, problemów i pracy pozwalało na chwilę o wszystkim zapomnieć.

Rozłożyła ręcznik na ławce i polała rozgrzane kamienie wodą. Para wypełniła pomieszczenie. Położyła się i przykryła piersi drugim ręcznikiem. Właśnie wtedy wszedł Wiktor. Przyniósł jej ulubione musujące wino i dwa kieliszki. Cwaniak — pomyślała Joanna. Próbuje się przypodobać.

Znali się od lat. Każdy fragment ciała, każdą zachciankę, każdą wadę charakteru. Tajemnica ich małżeństwa miała trzy punkty: wiedzieli o sobie wszystko, byli wobec siebie szczerzy i, co najważniejsze, nie byli tylko małżeństwem. Byli również przyjaciółmi.

Wiktor nalał wina i postawił kieliszek w zasięgu jej ręki. Nic nie powiedział. Usiadł przy jej nogach i przez chwilę patrzył gdzieś przed siebie. Potem, jakby zupełnie automatycznie, zaczął masować jej stopy. Nie musiała prosić. Tak już mieli.

Joanna rozluźniła się. Po chwili podwinęła nogi i zmieniła pozycję, układając głowę na jego kolanach. Ich ciała znały się tak dobrze, że czasem porozumiewały się szybciej niż oni sami.

Jedną dłonią Wiktor gładził jej włosy. Drugą przesunął po piersi, bez pośpiechu i bez żadnego planu. Joanna zamruczała cicho. Dotyk był dla nich czymś zwyczajnym, częścią wspólnego życia. On był częścią jej, ona częścią jego.

— Wiktor, gdzie pojedziemy w przyszłym roku na urlop?

— A gdzie byś chciała?

Delikatnie przełożył jej głowę na zwinięty ręcznik i ułożył się obok.

— Tylko nie Egipt. Bieszczady. Jak za dawnych lat. Tylko nie mów nikomu.

— Tylko ty i ja? Brzmi kusząco, ale wiesz… moje kolana.

— Dobrze. Załatwię.

Joanna spojrzała na niego.

— Mógłbyś wreszcie iść z tymi kolanami do lekarza. Poza tym chrapiesz i stękasz, kiedy próbujesz wstać. Jeśli dalej będziesz tak hałasował po nocach, pójdziesz spać do stajni ze swoimi końmi.

Zaśmiała się.

— Ale kto by wtedy tak masował takie ciało jak ja?

— Znalazłoby się kilku chętnych. Ale fakt, żaden nie robiłby tego bezinteresownie.

Wiktor uśmiechnął się, lecz zaraz spoważniał.

— Wiesz, mam już ponad pięćdziesiąt lat.

— Wiem. I widzę, jak próbujesz dorównać młodszym. Nic nikomu nie musisz już udowadniać. Zwolnij. Nie chcę zostać zbyt wcześnie wdową.

Wiktor pocałował ją w kolano, a potem niżej, po wewnętrznej stronie uda. Joanna przymknęła oczy.

— Wiktor…

— Tak?

— Jeśli teraz przerwiesz, zabiję cię — zamruczała cicho.

Rozdział 3. Truskawka

Kilka dni później, w posiadłości Radeckich, Karolina przyjechała z Kuleszą jako ostatnia. Robert zatrzymał mercedesa przed głównym wejściem. Karolina nie wysiadała od razu. Miejsce naprawdę ją urzekło.

Front posiadłości przypominał staropolski dworek, odnowiony z wyczuciem i ciepło oświetlony. W prawym skrzydle paliły się światła w wysokich oknach. Widać było ludzi przy długim stole. Lewa część budynku pozostawała przygaszona; za wielkimi szybami odbijała się tafla wody. Musiał być tam basen. Gdzieś z tyłu dobiegło rżenie konia. Karolina odwróciła głowę.

— Macie tu jeszcze stajnię?

— Wiktor ma. Chodź, czekają na nas.

Kulesza wysiadł i pociągnął ją za rękę w stronę wejścia. Po przekroczeniu progu Karolina zwolniła.

Duży salon łączył jadalnię z częścią wypoczynkową i salą bilardową. Przy długim stole siedziała część gości. Michał, Krzysztof i Marek rozmawiali przy stole bilardowym. Natalia z kieliszkiem wina obserwowała towarzystwo. Ewa jadła coś z małego talerza. Anna skubała winogrona. Joanna stała przy sprzęcie muzycznym. Nie urządzenie domu zaskoczyło Karolinę najbardziej.

W klubie wszyscy przestrzegali zasad miejsca. Tutaj zasady należały do nich. Było widać, że znają się od lat, a ich przyjaźń przekroczyła granicę zwykłych wspólnych kolacji. Nie musieli niczego sobie tłumaczyć. Joanna włączyła muzykę. Niski, nordycki motyw oparty na bębnach i głębokim kobiecym głosie wypełnił salon.

Sama była ubrana tylko umownie. Czarne szpilki, pończochy z pasem i przejrzysta czarna narzutka przypominająca halkę. Mężczyźni pozostawali w spodniach, ale bez koszul. Mimo tej swobody w pomieszczeniu nadal było coś eleganckiego. Joanna najwyraźniej postanowiła przerwać grę w bilard.

Przeszła przed mężczyznami powoli. Oparła się pośladkami o krawędź ciemnego drewna, a potem uniosła i usiadła na stole. Rozchyliła narzutkę i przesunęła się dalej na zielone sukno. Obcasy zatrzymały się przy krawędzi.

— Mężu, nalej mi czegoś.

Wiktor nalał szampana, podszedł z kieliszkiem do Joanny i stanął pomiędzy jej kolanami. Joanna uniosła się na łokciach i odebrała kieliszek.

— Zabawmy się.

Wiktor kiwnął głową i sięgnął po truskawki. Jedną podał jej do ust.

— To nagroda. Nie jedz jej. Masz zrobić wszystko, żeby jej nie rozgryźć, bez względu na to, co się będzie działo.

Joanna spojrzała na niego znad kieliszka. Jej źrenice rozszerzyły się.

— Połóż się.

Posłuchała. Wiktor położył drugą truskawkę pomiędzy jej piersiami, trzecią na pępku. Czwartą przez chwilę obracał w palcach.

— Teraz ostrożnie.

Ułożył ją niżej. Joanna drgnęła pod jego dotykiem. Wiktor odwrócił się do pozostałych.

— Gra grupowa. Zadanie jest proste: doprowadzić do tego, żeby osoba na stole rozgryzła truskawkę, którą trzyma w ustach. Do wyboru są trzy miejsca. Używać można tylko ust. Jeśli wytrzyma, wygrywa. Jeśli rozgryzie owoc, punkt dla próbującego. Kto chętny?

Natalia natychmiast podniosła rękę.

— Ja.

Paweł roześmiał się.

— Wiedziałem.

— A kto może próbować? — zapytała Ewa.

— Ktokolwiek. Płeć nie ma znaczenia — odpowiedział Wiktor. — Joanna wybiera.

— Ja trzecia — odezwała się Karolina od wejścia.

Kilka głów odwróciło się w jej stronę. Anna uniosła kieliszek.

— No, wreszcie jesteście. Chodź do nas, kochanie. Rozbierz się i czuj się swobodnie.

Miała na sobie przyciągającą wzrok koronkową bieliznę, oszczędną w formie, ale drogą i starannie dobraną. Krzysztof podszedł, dolał jej wina. Anna objęła jego ramię. Pocałował ją w usta, a ona szepnęła mu coś do ucha, cały czas spoglądając na Karolinę. Wiktor klasnął raz w dłonie.

— Kto zaczyna? Joanna wybiera.

Leżąca na stole Joanna wskazała Michała.

— Ty.

Michał podszedł. Wierzchem dłoni pogładził jej udo, potem pochylił się i pocałował skórę nad kolanem. Powoli przesuwał usta wyżej. Brzuch Joanny zadrżał, kiedy dotarł do pępka. Ominął truskawkę, poszedł dalej, po czym wrócił i zabrał owoc z jej ciała. Czerwony sok zostawił cienki ślad na skórze. Joanna oddychała coraz szybciej, ale truskawka w jej ustach pozostawała nietknięta. Michał spróbował jeszcze raz, zmieniając rytm i miejsce pocałunków. Joanna napięła uda, zacisnęła palce na krawędzi stołu i wytrzymała.

— Joanna wygrała — oznajmił Wiktor.

Usiadła gwałtownie, po czym zsunęła się ze stołu i przez chwilę stała pochylona, śmiejąc się i próbując złapać oddech.

— Jasna cholera. Szybko, coś zimnego, bo płonę.

Chwyciła kieliszek, wypiła spory łyk szampana i wreszcie zjadła swoją truskawkę.

— To było ekstra.

Natalia była wyraźnie rozgrzana zabawą. Bez dalszych zachęt zajęła miejsce na stole i ułożyła się wygodnie.

— Anka. Chodź do mnie.

— Oho — mruknął Michał. — Robi się ciekawie.

Joanna przytuliła się do niego jak kotka, jeszcze rozbawiona własną próbą. Tym razem Paweł układał truskawki na Natalii. Robił to z przesadną starannością, świadomie przedłużając moment.

— Bądź dzielna i daj nam zwycięstwo.

Natalia spojrzała na Annę.

— Twoja kolej.

Anna wstała. Szła spokojnie, kołysząc biodrami. Koronkowa halka bardziej podkreślała ciało, niż je zasłaniała. Na stopach miała wysokie buty z czerwonymi podeszwami. Podeszła do Natalii i przez chwilę patrzyła jej w twarz. Potem pochyliła się nad nią.

Pierwszy pocałunek położyła na ramieniu. Drugi bliżej szyi. Natalia uniosła ręce nad głowę. Anna przesuwała się ustami wzdłuż boku, omijając owoce i obserwując reakcję leżącej kobiety. Oddech Natalii stał się nierówny.

Anna zatrzymała się, uśmiechnęła, a potem zeszła pocałunkami niżej. Minęła truskawkę na pępku. Natalia wygięła plecy i po chwili sok z rozgryzionego owocu pojawił się w kąciku jej ust. Anna wyprostowała się.

— Wygrałam.

Zabrała truskawkę z pępka Natalii i zjadła ją.

— Chodź, kochanie. Zaopiekujemy się tobą.

Natalia usiadła. Jej oczy błyszczały. Kiedy przyszła kolej Karoliny, poczuła, że policzki zaczynają ją palić. Zostały jej tylko buty. Jeszcze nie przywykła do tego, jak naturalnie pozostali traktowali własną nagość. Teraz leżała na zielonym suknie z truskawką w ustach, świadoma każdego spojrzenia. Drugi owoc spoczywał na pępku. Trzeci umieszczono niżej.

Cholera, pomyślała. To jest niemożliwe.

— Kogo wybierasz? — zapytał Wiktor.

Karolina wskazała właśnie jego.

— Oho. Robi się ciekawie — powiedziała Joanna.

Usadowiła się po drugiej stronie stołu, podparła brodę dłońmi i obserwowała z nieskrywanym zainteresowaniem. Wiktor położył szeroką dłoń na kolanie Karoliny. Kontrast jego szorstkiej skóry z jej opalonym udem był niemal ostentacyjny. Nie zaczął od piersi ani od truskawki na pępku. Pierwszy pocałunek położył na podbrzuszu. Drugi nieco niżej. Karolina wciągnęła powietrze przez nos. Jego dłoń przesunęła jej kolano odrobinę dalej.

— Aha — skomentowała Joanna. — Zaraz będzie koniec.

Karolina próbowała utrzymać spokój. Oddychała szybko, walcząc z własną reakcją. Kolejny pocałunek sprawił, że wygięła plecy, ale owoc w ustach wciąż pozostawał cały.

Wiktor zatrzymał się na sekundę, jakby celowo dawał jej nadzieję. Potem spróbował jeszcze raz. Z ust Karoliny wyrwało się głębsze westchnienie. Wiktor wyprostował się z truskawką, którą zabrał z jej ciała. Przez moment wyglądało na to, że Karolina wytrzymała. Po chwili wszyscy zobaczyli czerwony sok w kąciku jej ust. Joanna roześmiała się.

— Wiktor to specjalista. Wybrałaś największego znawcę kobiecego ciała. Twój pech… albo szczęście.

Karolina usiadła i przegryzła resztę owocu. Joanna zeskoczyła ze swojego miejsca.

— Dobrze. Koniec zawodów. Czas na kolację. A później basen.

Wiktor podał Karolinie narzutkę leżącą na oparciu krzesła. Przyjęła ją, ale jeszcze jej nie założyła. Rozejrzała się po salonie. Robert stał kilka kroków dalej z kieliszkiem w dłoni i rozmawiał z Markiem, jakby podobne zabawy były tutaj równie zwyczajne jak partia bilardu. Karolina po raz pierwszy zrozumiała różnicę między klubem a tym domem. W klubie była gościem. Tutaj właśnie zaczynano sprawdzać, czy może zostać jedną z nich.


Po kolacji przenieśli się do basenu. Światło było tam łagodniejsze niż w salonie. Ciepła woda odbijała blask lamp ukrytych przy kamiennych ścianach, a przez wysokie okna widać było tylko ciemność ogrodu.

Joanna siedziała w jacuzzi z Pawłem i Natalią. Karolina obserwowała ich z drugiego końca basenu, zanurzona po ramiona i rozkoszująca się ciepłem.

Po przeciwnej stronie Anna rozmawiała z Krzysztofem i Markiem. Co chwilę wybuchała śmiechem. Ewa przytulała się do Michała. Ktoś wychodził po wino, ktoś wracał, ktoś znikał na kilka minut. Karolina przestała śledzić wszystkich. Fascynowała ją Joanna.

Dopiero teraz, kiedy Joanna siedziała odwrócona plecami, Karolina zobaczyła w całości tatuaż biegnący wzdłuż jej kręgosłupa aż do lędźwi. Ciemny wzór znikał pod wodą i pojawiał się ponownie, kiedy Joanna zmieniała pozycję. Nachyliła się do Natalii i szepnęła jej coś do ucha. Natalia spojrzała na Pawła, potem na Joannę, i kiwnęła głową.

Joanna przesunęła się bliżej Pawła. Objęła go ramionami, śmiejąc się z czegoś, czego Karolina nie słyszała. Natalia obserwowała ich bez napięcia. Przeciwnie, pogładziła Joannę po mokrych włosach, jakby między całą trójką istniało porozumienie starsze niż ten wieczór. Karolina patrzyła może odrobinę za długo. Widok zasłonił jej Wiktor. Pojawił się tuż obok i oparł przedramię o krawędź basenu.

— Podoba ci się?

Kiwnął głową w stronę jacuzzi. Karolina zagryzła wargę. Nie odpowiedziała. Wiktor podpłynął bliżej.

— A więc?

To krótkie pytanie mogło znaczyć wszystko albo nic. Dotknął jej policzka i odgarnął mokre włosy. Zbliżył się, ale zatrzymał, pozostawiając między nimi kilka centymetrów. Czekał.

Karolina oderwała dłonie od krawędzi basenu i sama skróciła dystans. Objęła go nogami w pasie. Wiktor uśmiechnął się dopiero wtedy. Karolina nie widziała, że w jacuzzi Joanna właśnie odwróciła głowę w ich stronę.

Radecka patrzyła przez moment na męża i Karolinę, po czym uśmiechnęła się. Pocałowała Natalię w policzek, jakby za coś jej dziękowała. Natalia przytuliła się do Pawła. Joanna sięgnęła po stojący na brzegu kieliszek i uniosła go w stronę Wiktora. Gest mógł oznaczać gratulacje, aprobatę albo zwyczajne: baw się dobrze. Wiktor odpowiedział jej krótkim skinieniem. Karolina zauważyła ten gest.

I wtedy po raz pierwszy naprawdę zrozumiała, że swoboda Radeckich nie polegała na braku zasad. Przeciwnie. Oni po prostu znali swoje zasady tak dobrze, że nie musieli ich sobie przypominać. Kilka minut później Karolina wyszła z wody.

Zrobiło jej się chłodno. Owinęła się szlafrokiem znalezionym na jednym z foteli i ruszyła korytarzem, szukając łazienki. Minęła salon. Muzyka nadal grała, ale tutaj docierała już tylko głucha linia basu.

Za następnymi drzwiami korytarz zmieniał charakter. Światło było słabsze, ściany grubsze, pod stopami zamiast kamienia pojawiło się stare drewno. Karolina zwolniła.

Po jednej stronie znajdowały się kolejne drzwi. Pierwsze były uchylone. Drugie zamknięte. Przy trzecich paliła się niewielka lampka. Czwarte nie miały żadnego oznaczenia. Podeszła bliżej.

— Zgubiłaś się?

Odwróciła się. Robert stał kilka metrów dalej. Ręcznik miał przewieszony przez ramię.

— Szukam łazienki.

— W drugą stronę.

Karolina wskazała nieoznaczone drzwi.

— A tam?

Kulesza spojrzał na nie, potem na nią.

— Tam nie idziesz pierwszego wieczoru.

— Dlaczego?

Robert zawahał się, jakby zastanawiał się, ile powiedzieć.

— Bo najpierw trzeba wiedzieć, czego się tam szuka.

Podszedł i położył jej dłoń na plecach.

— Chodź. Pokażę ci łazienkę.

Karolina pozwoliła się odprowadzić. Przed skrętem obejrzała się jeszcze raz. Czwarte drzwi pozostały zamknięte.


Paweł Lemański uwielbiał swoją żonę. Na tyle mocno, że zgodziłby się zrobić dla niej niemal wszystko. Czasami jednak trochę się jej bał. Tego, co znowu wymyśli, na jaki pomysł wpadnie i z czego później będą musieli się tłumaczyć.

Paweł był prostym w swoich potrzebach mężczyzną. Swobodę Natalii znosił dobrze głównie wtedy, kiedy oznaczała obecność innych kobiet, przy których również on mógł realizować własne fantazje. Znacznie gorzej radził sobie z sytuacjami, w których to Natalia realizowała własne. Jeszcze zanim stali się zamożnymi ludźmi, powiedziała mu kilka zdań, które zapamiętał na zawsze.

— Pawełku, jeśli będziesz próbował mnie ograniczać, osiągniesz dokładnie odwrotny efekt. Możesz zaakceptować mnie taką, jaka jestem, albo możesz nie zaakceptować i wtedy nasze drogi się rozejdą. Kocham cię, ale kocham również swoją wolność. Ty wybierasz. Możemy też zostać otwartą parą i za jakiś czas zapomnieć, co właściwie nas łączy poza dziećmi.

To w nim zostało. Był zwyczajnie, po ludzku zazdrosny. Grupa Wiktora i Joanny dawała mu rozwiązanie, które potrafił zaakceptować. Do dzisiaj pamiętał rozmowę z Natalią, której przez pół wieczoru nie wiedział, jak zacząć.

— Natalia, posłuchaj. Mam propozycję kompromisu.

Kompromis dał jej swobodę, której potrzebowała, ale zamknął ją w bezpiecznych granicach niewielkiej grupy ludzi, których znali i którym ufali.

Początki były trudne. Paweł czasem przetrwał je z zębami zaciśniętymi do bólu. Z czasem odkrył coś, czego się nie spodziewał: grono przyjaciół wprowadziło do ich małżeństwa stabilizację.

— Nad czym tak myślisz? — zapytała Natalia, poprawiając przed snem poduszkę.

— Nad tą nową dziewczyną. Karoliną.

— Karoliną… — powtórzyła jak echo. — Tak. Jest ładna i ma w sobie to coś. Podoba ci się?

— Eee…

Natalia roześmiała się.

— No pewnie, że ci się podoba. Jest ładna, zgrabna, otwarta, inteligentna. Gdybyś powiedział, że ci się nie podoba, musiałabym zaprowadzić cię do lekarza.

Paweł położył się i wsunął ręce pod głowę.

— Bardzo zabawne.

— Pawełku, mnie też się podoba, więc nie jesteś sam.

Zgasiła światło i ułożyła się przy nim, kładąc dłoń na jego piersi.

— Wiesz… nieważne, kto mi się podoba. Ważne, że wiem, gdzie mam wrócić.

Paweł nic nie odpowiedział. To było wszystko, co chciał od niej usłyszeć przez całe życie. Po chwili czuł już tylko ciężar jej dłoni na piersi i słyszał miarowy oddech żony przytulonej do jego boku.

Rozdział 4. Żądanie

Następnego dnia w Gdańsku Robert obudził się później niż zwykle. Karolina spała jeszcze w hotelu. Zostawił ją tam po powrocie z posiadłości i pojechał do siebie. Nie chciał tłumaczyć, dlaczego nie zostaje. Ona nie pytała. Telefon zawibrował, kiedy nalewał kawę.

Numer był obcy, a na ekranie pojawiło się zdjęcie. Przez kilka sekund nie rozumiał, na co patrzy. Potem rozpoznał wnętrze. Klub. Jeden z wieczorów sprzed kilku tygodni. On i kobieta, której imienia nie pamiętał już z taką pewnością jak wtedy. Drugie zdjęcie było gorsze przez kąt, z którego je zrobiono. Robert odstawił filiżankę. Pod fotografiami znajdowała się wiadomość. PIĘĆDZIESIĄT TYSIĘCY. INSTRUKCJA O DZIESIĄTEJ.

Przeczytał dwa razy. Pierwszą reakcją był śmiech. Krótki i pozbawiony rozbawienia. Pięćdziesiąt tysięcy stanowiło drobiazg wobec właściwego problemu: ktoś posiadał materiał, który miał pozostać prywatny. Sprawdził godzinę. 9:17. Zadzwonił do numeru.

Połączenie zostało natychmiast odrzucone. Spróbował ponownie. To samo. Najpierw chciał zadzwonić do Wiktora, potem do prawnika. Ostatecznie odłożył telefon. Jeżeli chodziło tylko o pieniądze, najłatwiej było zapłacić i zamknąć sprawę, zanim zrobi się z niej problem dla wszystkich. O dziesiątej przyszła druga wiadomość.

Instrukcja była krótka. Robert wykonał ją jeszcze tego samego dnia. Zachował wszystko dla siebie.


Wieczorem dostał jedno zdanie.

DZIĘKUJEMY ZA DYSKRECJĘ. Przez kilka następnych dni nic się nie wydarzyło. Robert uznał, że kupił sobie spokój.


Pięć dni później kolejna wiadomość przyszła podczas spotkania w firmie. Robert siedział przy stole z dyrektorem operacyjnym i dwoma ludźmi odpowiedzialnymi za transport, kiedy telefon zawibrował. ZERWIJ ROZMOWY Z FIRMĄ, KTÓRA OBSŁUGUJE DZIAŁKI BIELSKIEGO. Robert przeczytał i odłożył telefon ekranem do dołu.

— Coś pilnego? — zapytał dyrektor.

— Nie.

Kontynuował spotkanie, ale przestał słuchać. Po godzinie zamknął się w gabinecie i przeczytał wiadomość jeszcze raz. Nikt nie żądał pieniędzy. Zdjęcia też nie przysłano.

Było nazwisko człowieka prowadzącego rozmowy dotyczące terenu należącego do Krzysztofa Bielskiego. Tego nie można było znaleźć na stronie internetowej. Robert zadzwonił do Bielskiego.

— Krzysiek, kto poza tobą wie, z kim rozmawiacie o tych działkach?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Dlaczego pytasz?

— Pytam.

— Prawnik. Anna. Dwóch ludzi ode mnie. Może bank. Robert, o co chodzi?

Kulesza spojrzał przez okno gabinetu.

— O nic. Odezwę się.

Rozłączył się, zanim Bielski zdążył zadać następne pytanie. Pięćdziesiąt tysięcy przestało mu wyglądać na okup. Było testem. Ktoś sprawdził, czy wykona polecenie.


Tego samego wieczoru Karolina zadzwoniła około dziewiątej.

— Żyjesz?

— Podobno.

— Od wczoraj się nie odzywasz.

Robert spojrzał na telefon leżący obok laptopa.

— Miałem robotę.

— Jasne. A ja myślałam, że przestraszył cię własny dom rozpusty.

Uśmiechnął się mimo napięcia.

— To nie mój dom.

— Szkoda. Basen był niezły.

Rozmowa zeszła na rzeczy nieważne. Karolina zapytała o kolejne spotkanie, a Robert odpowiedział wymijająco. Kiedy się rozłączyła, otworzył zdjęcie otrzymane od szantażysty. Przybliżył pierwsze zdjęcie, a potem drugie.

Zamiast własnej sylwetki zaczął oglądać tło: drzwi, fragment ściany i odbicie w szybie, cokolwiek, co pozwoliłoby ustalić miejsce wykonania fotografii. Niczego takiego nie znalazł. Sięgnął po kalendarz i zaczął odtwarzać wieczór, z którego pochodził materiał.

Datę znał i potrafił odtworzyć listę ludzi. Przy nazwisku Karoliny zatrzymał długopis, przyjrzał się zapisowi i podkreślił go. Traktował ją jeszcze jako świeży element otoczenia, a nie podejrzaną. Po prostu była jedną z niewielu osób, które pojawiły się w ich otoczeniu niedawno. Obok napisał drugie słowo.

REMONT. Przypomniał sobie firmę, którą kilka lat wcześniej polecił Wiktorowi przy modernizacji starego skrzydła. Zamknął notes. Od otrzymania pierwszej wiadomości zawsze rozważał zapłatę. Teraz przestał. Chciał wiedzieć, kto do niego pisze.


Wrocław, osiem dni przed śmiercią Roberta Kuleszy

Maks Wolski zobaczył ją przez szybę kawiarni przy Rynku. Najpierw zwrócił uwagę na włosy. Ciemne, związane wysoko, odsłaniały twarz, którą pamiętał młodszą i bardziej bezczelną. Potem na sposób, w jaki siedziała. Bokiem do sali, z filiżanką przy dłoni i książką otwartą na stole. Nie patrzyła na ludzi, a jednak miała ich wszystkich w polu widzenia. Zatrzymał się.

Minęło siedem, może osiem lat. Wtedy była dziewczyną, która pojawiła się na obrzeżu sprawy prowadzonej przez jego zespół. Nie podejrzaną. Nie informatorką. Jedną z kobiet wynajmowanych przez ludzi, których nazwiska trafiały później do protokołów. Rozmawiał z nią dwa razy. Zapamiętał ją, bo przy drugim przesłuchaniu poprawiła jego kolegę.

— Jeśli chce pan wiedzieć, kto z kim przyszedł, proszę nie pytać, kto z kim wyszedł. To dwie różne rzeczy.

Miała wtedy może dwadzieścia lat. Teraz wyglądała dojrzalej, przede wszystkim spokojniej. Maks wszedł do środka. Nina podniosła wzrok, gdy był kilka kroków od stolika. Patrzyła bez reakcji. Potem zmrużyła oczy.

— Wolski?

— Dobra pamięć.

— Nie wszyscy policjanci zapadają w pamięć.

— Już nie policjant.

Zamknęła książkę.

— To gratulować czy współczuć?

— Zależy od dnia.

Wskazała krzesło naprzeciwko.

— Siadaj.

Zdjął kurtkę i usiadł. Kelnerka podeszła niemal od razu.

— Espresso.

— Nadal bez mleka?

— To też pamiętasz?

— Pamiętam ludzi. Przydatna wada.

Maks zerknął na książkę. Na okładce widniał tytuł poświęcony psychologii zachowań i relacji.

— Psychologia? — zapytał Maks.

— Od niedawna. Coraz bardziej mnie wciąga.

Kelnerka postawiła espresso. Maks uniósł wzrok.

— Jak długo byłaś w Dubaju?

— Sześć lat. Wróciłam w czerwcu. Na razie mieszkam we Wrocławiu.

— A czym się teraz zajmujesz?

— Nic.

— To musi być męczące.

Roześmiała się.

— Potwornie. Przez pierwszy miesiąc człowiek uważa, że wygrał życie. W drugim zaczyna przestawiać meble. W trzecim zapisuje się na studia.

— Studiujesz?

— Od października. Zaocznie.

Dotknęła palcem okładki książki.

— Psychologia. Chcę zrozumieć, dlaczego ludzie robią rzeczy, których sami później nie potrafią sobie wyjaśnić.

— Myślałem, że będziesz otwierać firmę.

— Ja też. Gabinet, kosmetyki, może import. Mam kilka pomysłów i żadnego, dla którego chciałoby mi się rano wstawać.

Maks wypił łyk kawy.

— Czyli wróciłaś z pieniędzmi.

Nina spojrzała na niego znad filiżanki.

— To pytanie byłego policjanta?

— Zwykła ciekawość.

— Wróciłam z wystarczającą ilością, żeby nie podejmować głupich decyzji z powodu czynszu.

— Rozsądnie.

— W Dubaju rozsądek jest tańszy niż jego brak.

Milcząc, obserwowali ludzi za szybą. Padało. Parasole przesuwały się przez Rynek, tramwaj zadzwonił gdzieś dalej.

— A ty? — zapytała. — Skoro już nie policja.

— Prywatnie.

— Detektyw?

— Czasem.

— Zdradzający mężowie?

— Nie.

— Szkoda. Byłbyś dobry.

— Dlaczego?

— Masz twarz człowieka, któremu ludzie nie chcą kłamać drugi raz.

Maks uśmiechnął się lekko.

— Głównie firmy. Wspólnicy. Pieniądze. Sprawy, których ktoś nie chce od razu zanosić na komisariat.

— Czyli ludzie nadal kłamią, tylko za większe pieniądze.

— Mniej więcej.

Nina odchyliła się na krześle. Miała na sobie dopasowane czarne spodnie, jasny sweter i wysokie buty. Żadnej biżuterii poza cienkim zegarkiem. Maks pamiętał ją z czasów, kiedy potrafiła wejść do hotelowego lobby i w kilka sekund zmienić sposób poruszania się tak, żeby wszyscy zauważyli jej obecność.

Maks pamiętał jednak coś ważniejszego niż jej dawny wygląd: Nina widziała układ sił w pokoju szybciej niż większość śledczych. Potrafiła zauważyć zmianę tonu, spojrzenie, zbyt długą pauzę. Teraz niczego nie demonstrowała. To zwróciło jego uwagę bardziej.

— Nadal patrzysz — powiedziała.

— Na co?

— Na ludzi tak, jakbyś miał potem pisać raport.

— Przyzwyczajenie.

— Ja też mam kilka.

— Z Dubaju?

— Z pracy.

Wytrzymała jego wzrok. Maks nie pytał. Wystarczył jeden gest.

— Dobrze ci tam było?

Nina obracała filiżankę między palcami.

— Dobrze mi płacili.

— Nie o to pytałem.

— Wiem.

Spojrzała przez szybę.

— Bywało bardzo dobrze. Bywało nudno. Poznałam ludzi, których w Polsce ogląda się w gazetach, i takich, o których nikt nigdy nie napisze. Nauczyłam się, że najbogatsi mężczyźni też potrafią przez pół godziny opowiadać o swoich dzieciach, a kobiety z diamentami za sto tysięcy potrafią płakać w toalecie przez faceta, który siedzi trzy stoliki dalej.

— Brzmi jak wykształcenie.

— Tylko bez dyplomu.

— Dlatego studia?

— Między innymi.

Uśmiechnęła się.

— Albo naprawdę się nudzę.

Telefon Maksa zawibrował na stole. Spojrzał na wyświetlacz i odrzucił połączenie z nieznanego numeru.

— Ważne?

— Gdyby było, zadzwoni drugi raz.

Nina wstała.

— Ja muszę iść.

— Dokąd?

— Mam spotkanie na uczelni. Zobaczyć plan, dokumenty, takie rzeczy. Normalne życie.

Założyła płaszcz. Maks wyjął z portfela wizytówkę.

— Weź.

Popatrzyła na kartonik.

— Mam cię śledzić?

— Gdybyś kiedyś przestała się nudzić.

— To mało konkretna oferta.

— Nie składam oferty.

Schowała wizytówkę do kieszeni.

— Jeszcze.

— Jeszcze?

— Nadal patrzysz jak policjant. Dajesz numer komuś, kogo nie widziałeś osiem lat. Musisz mieć powód.

— Może chciałem zostawić numer starej znajomej.

— Nie byliśmy znajomymi.

— Teraz wypiliśmy kawę.

Nina poprawiła kołnierz płaszcza.

— To rzeczywiście wszystko zmienia.

Ruszyła w stronę drzwi. Przy wyjściu odwróciła się.

— Maks.

— Tak?

— Gdybyś kiedyś naprawdę miał coś ciekawego, zadzwoń.

— Myślałem, że chcesz normalnego życia.

— Chcę.

Otworzyła drzwi.

— Ale niekoniecznie nudnego.

Wyszła na Rynek. Maks patrzył za nią jeszcze chwilę. Potem schował wizytownik do kieszeni i wrócił do swojego dnia.


Posiadłość Radeckich, siedem dni przed śmiercią Roberta Kuleszy

Wiktor Radecki nie lubił zebrań przy kolacji. Przy stole ludzie zbyt łatwo uciekali w żarty, wino i rozmowy o niczym. Tego wieczoru kazał podać kawę w bibliotece.

Było ich sześcioro. Radecki usiadł przy kominku. Naprzeciwko zajął miejsce Krzysztof Bielski, mąż Anny. Marek Zawadzki, mąż Doroty, stanął przy oknie. Ewa Werner trzymała filiżankę obiema dłońmi. Paweł Lemański, mąż Natalii, przeglądał coś w telefonie. Robert Kulesza chodził między regałami.

Joanna Radecka, Anna Bielska i Natalia Lemańska zostały w drugiej części domu. Każda inaczej funkcjonowała w tym świecie, więc Wiktor oddzielił rozmowę o szantażu od reszty wieczoru.

— Odłóż telefon, Paweł — powiedział Radecki.

Lemański spojrzał na ekran jeszcze raz.

— Natalia pyta, czy długo będziemy siedzieć.

— Powiedz, że nie wiem.

— To ją uspokoi.

Ewa uśmiechnęła się krótko.

— Nic tak nie uspokaja żony jak sześciu facetów zamykających się po kolacji w bibliotece.

— Pięciu — powiedziała. — Ja się nie liczę?

— Ty liczysz się za dwóch.

— W takim razie jest siedmiu.

Radecki poczekał, aż ucichną.

— Dostałem wiadomość.

Kulesza przestał chodzić. Bielski pierwszy spojrzał na gospodarza.

— Jaką?

Radecki wyjął z kieszeni kartkę i położył ją na niskim stoliku.

— Przyszła wczoraj na prywatny adres.

Zawadzki odsunął się od okna.

— Pokaż.

Na kartce był wydruk wiadomości. Radecki nie podał telefonu. Nie chciał, żeby ktokolwiek dotykał urządzenia, na którym znajdował się oryginał. Bielski przeczytał pierwszy. Potem Ewa. Lemański nachylił się nad jej ramieniem. Kulesza nie podszedł.

— Ile? — zapytał.

— Nie chcą pieniędzy.

To zainteresowało wszystkich bardziej niż kwota.

— To czego? — zapytała Ewa.

— Mam wycofać się ze spotkania w Sopocie w przyszły czwartek.

Bielski zmarszczył brwi.

— Z którego?

— Tego z Duńczykami.

Zapadła cisza. Nazwy projektu nie trzeba było wymieniać. Od miesięcy żyli nim wszyscy. Planowana inwestycja na Bałtyku oznaczała dla nich przede wszystkim jedno: wielkie pieniądze z gruntów, transportu i zaplecza dla offshore. Każde z nich kontrolowało fragment potrzebny pozostałym. Radecki miał nieruchomości i kapitał, Bielski grunty, Zawadzki i Kulesza logistykę, Ewa wykonawstwo, a Lemański finansowanie. Osobno byli zamożnymi przedsiębiorcami. Razem mogli wejść do gry o kontrakty, do której zwykle dopuszczano większych od nich.

— A jeśli pojedziesz? — zapytał Zawadzki.

Radecki przesunął wydruk w jego stronę.

— Wtedy dostaną to media, moja żona i kilka osób, których nazwiska uprzejmie wymienili.

Zawadzki przeczytał ostatnie zdanie.

— Co mają?

— Zdjęcia.

— Z klubu?

— Jedno na pewno.

— Jedno?

Radecki wstał i podszedł do biurka. Wyjął drugi wydruk. Na fotografii nie było twarzy w pełnym świetle. Wystarczało jednak, żeby rozpoznać miejsce i ludzi. Ewa obejrzała ją dłużej.

— To korytarz przy szatniach.

— Tak.

— Telefonów tam nie wolno wnosić.

— Wiem.

Lemański parsknął.

— Zakaz fotografowania. Potężna technologia zabezpieczeń.

— Paweł.

— Co? Ktoś zrobił zdjęcie w miejscu, w którym wszyscy wierzyliśmy, że nikt nie robi zdjęć.

Bielski spojrzał na Radeckiego.

— Joanna wie?

— O klubie? Tak.

— O wiadomości.

— Tak.

— I?

— Powiedziała, żebym przestał udawać, że chodzi o zdjęcie.

Ewa odstawiła filiżankę.

— Mądra kobieta.

Radecki milczał.

— Kto wiedział o spotkaniu z Duńczykami? — zapytał Zawadzki.

— Więcej ludzi, niż powinno.

— To nie jest odpowiedź.

— Kancelaria. Moi ludzie. Ich ludzie. Kilka osób po stronie projektu.

— Ministerstwo? — zapytał Lemański.

Bielski spojrzał na niego natychmiast.

— Zostaw ministerstwo.

— Niczego nie powiedziałem o Annie.

— Ale o niej pomyślałeś.

— Krzysiek, wszyscy pomyśleli.

Bielski wstał.

— Moja żona nie wynosi dokumentów.

— Usiądź — powiedział Radecki.

— Nie mów mi, żebym siadał.

— To mój dom. Mogę przynajmniej spróbować.

— Paweł ma rację tylko w jednym. Jeśli ktoś łączy nasze prywatne życie z tym projektem, musimy ustalić, skąd zna jedno i drugie.

Bielski usiadł.

— Klub — powiedział Zawadzki.

— Najłatwiejsze miejsce — przyznał Radecki.

Kulesza nadal stał przy regale. Radecki zauważył, że od kilku minut niczego nie powiedział.

— Robert?

— Co?

— Jesteś wyjątkowo cichy.

— Słucham.

— Znasz tam więcej ludzi niż my.

Kulesza spojrzał na pozostałych.

— Co chcesz usłyszeć?

— Czy ktoś mógł nas obserwować.

— Każdy mógł.

— To nie jest odpowiedź.

Robert podszedł do stolika.

— W klubie pojawia się kilkadziesiąt osób. Jedni przychodzą raz, inni od lat. Obsługa się zmienia. Goście też. Jeśli pytasz, czy ktoś mógł zobaczyć mnie, ciebie albo Marka, odpowiedź brzmi: oczywiście.

Zawadzki skrzyżował ręce.

— Ty jeszcze przyprowadzasz obce kobiety.

Zapadła cisza. Kulesza spojrzał na niego.

— Nie obce.

— Oczywiście. Znasz imiona.

— Magda nie przychodzi. Mamy swoje ustalenia.

— Twoje małżeństwo mnie nie interesuje. Interesuje mnie, kogo przywozisz tutaj.

Robert zesztywniał.

— Tutaj?

— Do Wiktora.

Radecki nie przerwał. Kulesza popatrzył na niego.

— Te kobiety były ze mną.

— I co o nich wiedziałeś? — zapytała Ewa.

— Wystarczająco.

— Nazwisko? Pracę? Z kim się spotykają poza tobą?

— Nie prowadzę naboru do ABW.

Lemański odłożył telefon.

— Może powinieneś.

Kulesza przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka.

— Jeśli chcecie zrobić ze mnie idiotę, możemy skończyć wcześniej.

— Nikt tego nie robi — powiedział Radecki. — Pytamy o dostęp.

— To pytaj też o ludzi, którzy zostają w domu.

— Masz kogoś konkretnego? — zapytał Zawadzki.

— Magdę. Moja żona nie przychodzi, ale wie, że przywożę tu inne kobiety.

— Sam ją podejrzewasz? — zapytała Ewa.

— Nie. Mówię tylko, że zna Wiktora, część nazwisk i wie o Karolinie. Jeśli szukamy źródła informacji, nie możemy udawać, że ludzie spoza tych spotkań niczego nie wiedzą.

— Skąd Magda wie o Karolinie? — zapytał Marek.

— Bo Karolina nie jest pierwszą kobietą, którą przywiozłem. Magda zna moje życie lepiej, niż chciałbym przyznać.

— To nadal nie znaczy, że komukolwiek coś powiedziała.

— Wiem.

— Robert — ostrzegł Radecki.

— Co Robert? Szukamy przecieku czy mamy uważać, kogo wolno sprawdzać?

Ewa weszła między nich. Nie dotknęła żadnego.

— Macie po pięćdziesiąt lat. Spróbujcie przez pięć minut zachowywać się tak, jakbyście dożyli ich świadomie.

Zawadzki cofnął się pierwszy. Kulesza wrócił do regału. Radecki spojrzał na każdego po kolei.

— Od tej chwili nikt nie przyprowadza tutaj osoby, której reszta nie zna.

Robert uniósł brwi.

— Czyli głosujemy nad moim życiem prywatnym?

— Nie. Nad moim domem.

— To powiedz wprost.

— Właśnie powiedziałem.

Kulesza milczał. Radecki sięgnął po wydruk wiadomości.

— Druga rzecz. Jeśli ktokolwiek z was dostał coś podobnego, mówi teraz.

Nikt się nie odezwał.

— Pytam ostatni raz.

Cisza. Ewa patrzyła na Lemańskiego. Lemański na stół. Bielski siedział nieruchomo. Zawadzki ponownie odwrócił się do okna. Robert Kulesza wsunął rękę do kieszeni spodni.

Poczuł telefon. Na ekranie, którego nie wyjął, czekała wiadomość otrzymana dwie godziny wcześniej. Treść pamiętał doskonale. Miał przekazać nazwisko człowieka, który prowadził rozmowy dotyczące gruntów przy planowanym zapleczu inwestycji. Termin mijał następnego dnia o dwunastej.

— Nikt? — zapytał Radecki.

Robert pierwszy pokręcił głową.

— Nie.

Radecki zebrał kartki.

— Dobrze. W takim razie zakładamy, że problem dotyczy mnie.

Kulesza chciał coś powiedzieć. Zatrzymał to dla siebie. Za ścianą ktoś się roześmiał. Kobiecy głos, potem drugi. Z biblioteki prowadził korytarz do starej części domu, przebudowanej kilka lat wcześniej. Dalej znajdowały się pokoje gościnne i dawna część gospodarcza. Robert patrzył w tamtą stronę.

— Wiktor.

Radecki zatrzymał się przy drzwiach.

— Tak?

Kulesza zawahał się.

— Musimy uważać na kobiety, które wpuszczamy.

Zawadzki prychnął.

— Teraz na to wpadłeś?

Robert nie spojrzał na niego. Patrzył na Radeckiego.

— Mówię poważnie.

— Ja też — odpowiedział Wiktor.

Kulesza skinął głową. Na tym skończyli.

Rozdział 5. Czwarty pokój

Podczas drugiej wizyty Karoliny w posiadłości Radeckich nie pytała już o basen ani o drogę do łazienki. Wiedziała, gdzie prowadzi korytarz starego skrzydła. Joanna znalazła ją przy jego wejściu.

— Nadal jesteś ciekawa?

Karolina spojrzała na nią.

— Nadal.

Joanna miała włosy spięte wysoko. Tatuaż, który Karolina zapamiętała z basenu, znikał pod czarną narzutką.

— To chodź.

Pierwsze trzy drzwi minęły bez zatrzymywania. Przy czwartych Joanna wyjęła klucz.

— Jedna rzecz, zanim wejdziesz. Tutaj maska nie oznacza zgody na wszystko. Każdy nadal decyduje o sobie.

— A po co maski, skoro wszyscy się znacie?

Joanna uśmiechnęła się.

— Bo czasem łatwiej jest nie wiedzieć.

Otworzyła drzwi. W środku panował półmrok. Nie było ostrego światła ani dekoracji kojarzących się z klubem. Ciemne drewno, ciężkie zasłony i kilka nisko osadzonych lamp sprawiały, że twarze ginęły w cieniu. Na środku stał okrągły stół osadzony na mechanizmie pozwalającym go obracać. Karolina zrobiła krok i wtedy zauważyła coś jeszcze. Z sufitu zwisała uprząż z szerokich pasów. Nie zapytała od razu.

Przy stole znajdowało się kilka osób w maskach. Jedyną osobą, którą można było rozpoznać bez zgadywania, była Natalia. Leżała na środku stołu, spokojna, świadoma spojrzeń. Pozostałych Karolina rozpoznawała po szczegółach.

Pierwszy mężczyzna miał szerokie plecy Wiktora. Znała je z basenu. Drugi musiał być Pawłem; zdradzały go włosy. Kobieta stojąca dalej przypominała Annę, szczególnie przez charakterystycznie spięte włosy. Ostatni mężczyzna był niższy, z ogoloną głową. Marek. Karolina nie miała jednak pewności. I chyba właśnie o to chodziło.

— Gramy w karty — odezwał się z półmroku głos Joanny.

Teraz Karolina wiedziała, kto prowadzi.

— Do końca talii. Kto siada do gry, zna zasady. I każdy może powiedzieć stop.

Joanna rozdała karty. Nie kładła ich na stole. Kolejne lądowały na brzuchu Natalii. Wiktor podniósł swoją. Potem Paweł, Anna i ostatni z mężczyzn. Najwyższą miał Paweł. Pokazał kartę, a ktoś obrócił okrągły stół. Natalia znalazła się przed nim.

Paweł pochylił się nad nią. Karolina widziała przede wszystkim dłonie Natalii zaciskające się na krawędzi i jej nagłą zmianę oddechu. Po chwili Joanna ponownie zebrała karty.

— Następne rozdanie.

Tym razem najwyższą kartę miała Anna. Stół obrócił się ponownie. Anna podeszła bliżej. Natalia uniosła głowę, jakby chciała coś powiedzieć, ale zamiast tego się uśmiechnęła. Karolina obserwowała ich zafascynowana.

Nie widziała dokładnie, co dzieje się po drugiej stronie stołu. Półmrok i ciała stojących osób zasłaniały więcej, niż pokazywały. Widziała natomiast reakcję Natalii: napięcie mięśni, przyspieszony oddech, palce zaciskające się na drewnie. Joanna znów rozdała. Wygrał Wiktor. Kiedy stół się obrócił, kilka kart zsunęło się z brzucha Natalii i spadło na podłogę. Joanna roześmiała się cicho.

— Karty zostaw. Jeszcze się przydadzą.

Karolina nie potrafiła oderwać wzroku. Maski sprawiały, że wszystko wyglądało inaczej niż przy basenie. Tam każdy wiedział, kto kogo dotyka, kto patrzy i kto się uśmiecha. Tutaj można było udawać, że nazwiska zostały za drzwiami. Po kolejnym rozdaniu Joanna podeszła do Karoliny.

— Podoba ci się?

Karolina została przy stole.

— Tak.

Jej wzrok powędrował ku uprzęży zwisającej z sufitu. Joanna zauważyła.

— A to?

— Inna gra.

— Jaka?

Joanna poprawiła maskę trzymaną w dłoni.

— Nie wszystko drugiego wieczoru.

Karolina spojrzała na nią pytająco.

— Może kiedyś? — dodała Joanna.

— Kto wie, na co się odważę.

— Wystarczy, że oni tego nie wiedzą.

Joanna położyła jej dłoń na ramieniu.

— Tutaj najciekawsze jest to, czego jeszcze o sobie nie wiesz.

Karolina przeniosła wzrok na zamaskowane sylwetki przy stole. W półmroku zostało jeszcze kilka rzeczy, których znaczenia nie rozumiała. Była przekonana, że poznała tajemnicę Czwartego Pokoju.

Nie przyszło jej do głowy, że jego najważniejsza tajemnica nie dotyczyła tego, co robili w środku. Dotyczyła tego, kto mógł ich zobaczyć.


Później tej samej nocy Karolina długo siedziała w jacuzzi. Ciepła woda uspokajała ciało, ale nie myśli. Basen Radeckich zdążył już pokazać jej, jak szybko w tym domu znikały granice, które gdzie indziej wydawały się oczywiste.

W końcu wyszła, owinęła się ręcznikiem i ruszyła do swojego pokoju. Przy wejściu do starego skrzydła zwolniła. Czwarte drzwi otworzyły się nagle. Anna stanęła w progu.

Karolina potrzebowała chwili, żeby ją rozpoznać. Makijaż miała rozmazany, włosy wilgotne przy skroniach, źrenice szerokie. Jedną dłonią trzymała ręcznik przy piersi, drugą oparła się o framugę. Nogi wyraźnie jej drżały.

Oddychała szybko. Wyglądała raczej jak ktoś, kto wrócił z miejsca, do którego wszedł z własnej woli i dopiero teraz próbował zrozumieć siłę przeżycia.

— Matko… — wyszeptała. — Nie mogę dojść do siebie. Ledwo chodzę.

Przetarła oczy i tylko bardziej rozmazała tusz.

— Muszę się czegoś napić.

Minęła Karolinę, podpierając się przez chwilę o ścianę, po czym ruszyła w stronę sali bilardowej. Karolina patrzyła za nią, aż w drzwiach Czwartego Pokoju pojawiła się Joanna.

Za plecami Joanny półmrok zasłaniał głębszą część pokoju. Po tym, w jakim stanie wyszła Anna, wcześniejsze szczegóły wyposażenia nabrały dla Karoliny zupełnie innego znaczenia. Gdzieś z wnętrza dobiegł śmiech Ewy. Joanna spojrzała na Karolinę i przymknęła drzwi.

— Jeśli kiedyś będziesz chciała sprawdzić, gdzie naprawdę jest twoja granica, przyjdź do mnie.

— A jeśli zmienię zdanie?

— Mówisz stop i wychodzisz. Zawsze. Ale nie wchodź tam tylko z ciekawości.

Joanna uśmiechnęła się lekko.

— Wejdź dopiero wtedy, kiedy sama będziesz tego chciała.

Drzwi zamknęły się cicho. Karolina została na korytarzu. Przez chwilę nie wiedziała, czy wrócić do pokoju, czy pójść za Anną i zapytać, co wydarzyło się za czwartymi drzwiami. Obraz drżących nóg Anny został z nią na długo. Kilka dni wcześniej Magda trzasnęła pokrywką i z impetem zamknęła szafkę.

Od dawna nie układało się w ich małżeństwie. Robert był zdobywcą. Myśliwym. Lubił ruch, ludzi, interesy i poczucie, że za następnymi drzwiami czeka coś nowego. Magda chciała zwyczajnie domu.

Była zazdrosna, a Robert prawie niczego jej nie tłumaczył. To tylko pogłębiało problem. Jej wyobraźnia, podsycana plotkami, potrafiła być bezlitosna. Magda oparła dłonie o blat. Łzy napłynęły jej do oczu. Otarła je wierzchem dłoni.

— Cholera. Co za pieprzony los.

Robert nie był dobrym mężem. Za to był dobrym kochankiem i właśnie to czasem bolało ją najbardziej. Wiedziała o grupie jego przyjaciół. Sama była u Radeckich tylko raz. To, co zobaczyła, wystarczyło.

Początek wieczoru wyglądał niewinnie. Kolacja, wino, żarty. Później atmosfera zrobiła się swobodniejsza. Joanna żartowała z Robertem, Ewa przekomarzała się z Wiktorem, a ten dotykał jej przy Michale z naturalnością, której Magda nie potrafiła zrozumieć. Najgorzej zapamiętała basen.

Robert podpłynął wtedy do Natalii i coś jej powiedział. Natalia spojrzała w stronę Magdy, pokręciła głową i odpowiedziała mu półgłosem. Robert odpłynął. Niby nic się nie wydarzyło. Wyobraźnia Magdy dopisała resztę. Ubrała się i zamówiła taksówkę. Robert próbował ją zatrzymać, ale nie chciała rozmawiać. Później jeździł do Radeckich sam.

To było jeszcze gorsze. Doszły plotki. Ktoś widział go w galerii z blondynką. Ktoś inny w samochodzie z młodą brunetką. Do tego dochodziły wieczory u Wiktora, kiedy Robert nie odbierał telefonu.

Wiktora znała od lat jako biznesowego znajomego męża. Nie przepadała za nim, ale jeszcze mniej rozumiała Joannę. Nie mieściło jej się w głowie, że można nie tylko tolerować takie spotkania we własnym domu, lecz także brać w nich udział.

Z czasem pojawił się alkohol. Nie codziennie. Najczęściej w te wieczory, kiedy Robert mówił, że jedzie do Wiktora, a potem przez kilka godzin nie odbierał.

Robert również przestał próbować. Kiedy widział, że Magda jest zła, schodził jej z drogi. Lena była dla niego pewnym pocieszeniem.

Miła, zgrabna blondynka, wyraźnie niższa od niego, pojawiła się jako asystentka językowa z firmy współpracującej z Martą. Była bystra, szybka i potrafiła wyłapać w rozmowie rzeczy, które innym umykały. Robert szybko zaczął ją doceniać. Była też znacznie bardziej otwarta niż Magda. Pierwszy raz zabrał ją do Radeckich trochę na próbę.

Joanna przeprowadziła z nimi cały swój rytuał pytań. Czy Robert jest pewien. Czy Lena wie, dokąd przyjechała. Czy nikt nie będzie jej do niczego namawiał. Czy rozumie, że jedno „nie” kończy temat. Joanna nie wyglądała na zachwyconą kolejną nową osobą, ale ostatecznie odpuściła. Lena wróciła jeszcze dwa razy.

Przyjechali poprzedniego wieczoru. Robert spojrzał na dwa nieodebrane połączenia od Magdy i odłożył telefon. Nie miał siły na kolejną kłótnię.

Teraz siedział w jacuzzi. Lena przez chwilę była wtulona w jego bok, lecz Paweł podpłynął bliżej i gestem zaprosił ją do pozostałych. Natalia pomachała do niej z drugiej strony. Lena zawahała się tylko na moment.

Po chwili Lena siedziała już obok Natalii. Początkowo speszona, później coraz swobodniejsza. Robert obserwował ją z rozbawieniem. Woda zasłaniała większość gestów, ale reakcje Leny mówiły wystarczająco dużo. Zaczerwieniła się, zagryzła wargę i przestała co chwilę sprawdzać, czy Robert na nią patrzy. Powinno go to bawić bardziej. Nie bawiło. Myślami wracał do dokumentu, który leżał na jego biurku.

Ktoś interesował się ich interesami i nie wyglądało to na urząd skarbowy ani zwykłą kontrolę konkurencji. Robert wykonał kilka telefonów, porozmawiał z ludźmi, którym ufał, i nadal nie wiedział, kto właściwie zadaje pytania. To niepokoiło go najbardziej.

Jeśli wiedziałeś, kto stoi po drugiej stronie, mogłeś się bronić, negocjować albo zejść mu z drogi. Gorzej, kiedy ktoś interesował się tobą, a ty nie potrafiłeś nawet ustalić jego nazwiska.

— Jesteś jakiś nieobecny — powiedział Wiktor, podpływając bliżej. — Mogę w czymś pomóc?

Robert obserwował wodę.

— Na razie nic szczególnego się nie dzieje. Tylko mam przeczucie, że będę miał problemy.

— Magda?

Robert prychnął.

— To też.

— A poza tym?

— W interesach coś mi nie pasuje.

Wiktor od razu spoważniał.

— Ma to przełożenie na nas?

— Jeszcze nie wiem. Zbieram materiały. Na razie kilka przypadkowych sygnałów. Może jestem przewrażliwiony.

— Ty?

— No właśnie.

Lena podpłynęła do nich i wcisnęła się pomiędzy obu mężczyzn.

— O czym rozmawiacie?

Wiktor już otwierał usta, ale po wymianie spojrzeń z Robertem zamilkł.

— O niczym ciekawym — powiedział Wiktor.

Lena uśmiechnęła się, ale Robert zauważył, że czekała na coś więcej. Nie pierwszy raz. Była u Radeckich może trzy razy i za każdym razem wcześniej czy później pojawiała się w pobliżu, kiedy rozmowa schodziła na interesy.

Robert nie wiedział jeszcze, czy była po prostu ciekawska. Wiedział tylko, że zaczęło mu to przeszkadzać. Tamtego wieczoru postanowił, że więcej jej nie zaprosi. Nie przypuszczał, jak szybko przestanie mieć znaczenie, kogo jeszcze zamierzał zapraszać.

Rozdział 6. Remont

Trzy dni później Robert zaczął od najprostszej rzeczy. Zadzwonił do człowieka, który trzy lata wcześniej prowadził modernizację starego skrzydła u Radeckiego.

Numer był nieaktywny. Spróbował znaleźć firmę. Strona internetowa jeszcze istniała, ale ostatnia aktualizacja pochodziła sprzed dwóch lat. Telefon w stopce milczał. Adres prowadził do biurowca, w którym pod tym samym numerem zarejestrowano kilkanaście spółek.

To nadal mogło nic nie znaczyć. Kulesza wiedział, jak wyglądają małe firmy wykonawcze. Powstają, biorą kilka kontraktów, znikają. Ludzie zmieniają telefony, siedziby i wspólników. Problem polegał na tym, że on sam polecił tę ekipę Wiktorowi. Przeszukał stare wiadomości. Po kilkunastu minutach znalazł nazwisko człowieka, który wtedy się z nim kontaktował. Igor Rylski.

Robert długo patrzył na ekran. Nazwisko nic mu nie mówiło. Jeszcze. Napisał je w notesie pod słowem REMONT. Potem zadzwonił do znajomego z branży zabezpieczeń.

— Potrzebuję sprawdzić człowieka.

— Jak bardzo?

— Na razie tak, żebym wiedział, czy istnieje.

— Nazwisko?

— Igor Rylski.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Skąd go masz?

Robert wyprostował się.

— Czyli istnieje.

— Istnieje. Oddzwonię.

Połączenie się zakończyło. Po raz pierwszy tego dnia irytację zastąpił niepokój.


Wieczorem tego samego dnia spotkał Karolinę w restauracji nad Motławą. Przyszła kilka minut wcześniej. Czarne włosy miała związane wysoko, na stole leżał telefon i kieliszek białego wina.

— Myślałam, że się rozmyśliłeś.

— Byłem zajęty.

— Ostatnio często jesteś.

Usiadł naprzeciwko. Rozmawiali przez kilka minut o niczym. Karolina opowiedziała o pracy, o znajomej, która chciała wyciągnąć ją na weekend do Sopotu. Robert słuchał i jednocześnie obserwował. Wcześniej trzymał takie rzeczy dla siebie. Teraz zwracał uwagę na każde zawahanie.

— Podobało ci się u Wiktora? — zapytał.

Karolina uśmiechnęła się.

— To pytanie ma drugie dno?

— Nie.

— Więc tak.

— Co najbardziej?

Przechyliła głowę.

— Że oni wszyscy zachowują się tam inaczej niż w klubie.

— Jak?

— Jak u siebie.

— Bo są u siebie.

— Nie wszyscy.

Robert podniósł wzrok.

— Co masz na myśli?

— Że w klubie każdy pilnuje zasad miejsca. U Wiktora oni pilnują siebie nawzajem.

To była trafna odpowiedź. Zbyt trafna, pomyślał, po czym natychmiast zirytował się na siebie.

— A stare skrzydło?

Karolina na sekundę przestała obracać kieliszek.

— Co z nim?

— Ciekawiło cię.

— Nadal ciekawi.

— Wchodziłaś tam jeszcze raz?

Uśmiechnęła się.

— Przesłuchujesz mnie?

— Pytam.

— Joanna mi pokazała.

Robert nie poruszył się.

— Co?

— Pokój.

— Który?

Karolina spojrzała mu prosto w oczy.

— Czwarty.

Przez chwilę Robert słyszał tylko brzęk sztućców przy sąsiednim stoliku.

— Sama cię tam zabrała?

— Tak.

— Kto był w środku?

Karolina odstawiła kieliszek.

— Robert.

— Kto?

— Nie wiem. Maski są chyba po to, żeby nie wiedzieć.

Powiedziała to spokojnie. Robert wiedział jednak, że część osób można było rozpoznać bez trudu. Po sylwetce, głosie, sposobie poruszania się.

— I co tam robiłaś?

— Patrzyłam.

— Tylko?

Jej twarz stwardniała.

— Jeśli chcesz mnie o coś oskarżyć, to zrób to normalnie.

Robert cofnął się na oparcie.

— Nie oskarżam.

— Od początku kolacji właśnie to robisz.

Milczał. Karolina sięgnęła po kieliszek, ale nie wypiła.

— Jeżeli boisz się, że opowiem komuś o waszych zabawach, to niepotrzebnie. Nie jestem nastolatką, której trzeba tłumaczyć dyskrecję.

— Nie o to chodzi.

— To o co?

Robert spojrzał na nią długo.

— Ktoś wie rzeczy, których wiedzieć nie powinien.

Zobaczył u niej coś, czego wcześniej nie potrafił nazwać. Zaskoczenie albo ostrożność.

— Jakie rzeczy?

— Na razie nieważne.

— Skoro nieważne, to po co mnie pytasz?

Milczał. Karolina dopiła wino.

— Jeśli przestaniesz traktować mnie jak podejrzaną, zadzwoń.

Wstała. Robert nie zatrzymał jej.


Następnego ranka telefon od znajomego przyszedł o siódmej czterdzieści.

— Rylski pracował kiedyś w ochronie korporacyjnej. Potem doradztwo, audyty bezpieczeństwa, sprawdzanie ludzi przed transakcjami. Tak oficjalnie.

— A nieoficjalnie?

— Nie mam jeszcze pewności.

— Co masz?

— Dwa lata temu pojawia się przy spółce NordVest Energy.

Robert zapisał nazwę.

— Co oni robią?

— Energia, infrastruktura, doradztwo inwestycyjne. Szeroko. Za szeroko.

— Offshore?

Po drugiej stronie zapanowała cisza.

— Skąd wiesz?

Robert przestał pisać.

— Odpowiedz.

— Tak. Są przy projektach offshore na Bałtyku. Nie jako główny inwestor. Raczej przez ludzi i spółki obsługujące przygotowanie inwestycji.

Kulesza poczuł chłód w karku.

— Podeślij mi wszystko.

— Robert.

— Co?

— Jeśli ten człowiek faktycznie robi dla nich to, co robił wcześniej, nie dzwoń do niego.

— Nie zamierzałem.

To było kłamstwo.


Tego samego dnia Kulesza pojechał do biura wcześniej niż zwykle. Na mapie zaznaczył działki Bielskiego, teren planowanego zaplecza portowego oraz kilka nieruchomości, o których rozmawiano w grupie od miesięcy. Potem otworzył stronę NordVest. Kilka nazwisk prowadziło w stronę ludzi obsługujących transakcje gruntowe i przygotowanie inwestycji dla NordVest.

Cała konstrukcja wciąż mu się wymykała, ale kierunek stawał się wyraźniejszy. Telefon zawibrował: „WIEMY, ŻE PYTASZ.” Robert znieruchomiał. Przyszło drugie ostrzeżenie: „PRZESTAŃ.” Tym razem bez zdjęć i bez instrukcji. Kulesza podszedł do okna. Na parkingu przed firmą stało kilka samochodów. Dwa należały do pracowników. Jeden do klienta.

Czwartego samochodu nie znał. Czarny sedan stał po drugiej stronie ulicy; po kilkunastu sekundach ruszył, zanim Robert zdołał zobaczyć kierowcę. Wyjął notes. Pod RYLSKI dopisał NORDVEST, niżej OBSERWACJA, a jeszcze KAROLINA? Znak zapytania zostawił. Dwa dni później Robert nie zadzwonił do Rylskiego.

Zamiast tego wrócił do dokumentów, które sam kiedyś przesłał Radeckiemu przy remoncie starego skrzydła. Projekty i faktury odłożył na bok. Interesowali go ludzie.

W jednej z wiadomości znalazł załącznik z harmonogramem wejść ekip. Nazwiska elektryków, stolarzy, instalatorów, ludzi od wentylacji. Kilkanaście osób przewinęło się przez budynek w ciągu trzech miesięcy. Lista pomijała Rylskiego. Był za to w korespondencji. „Koordynacja po stronie wykonawcy — I. Rylski”. Robert wydrukował wiadomość. Przeczytał kartkę jeszcze raz i zadzwonił do Wiktora.

— Jesteś sam?

— Jest Joanna. Co się dzieje?

— Potrzebuję cię bez Joanny.

Radecki zamilkł.

— Przyjedź.


Godzinę później, w posiadłości Radeckich, Wiktor czekał w gabinecie.

— Wyglądasz jak człowiek, który od tygodnia źle śpi.

— Bo źle śpię.

Robert położył wydruk na biurku.

— Pamiętasz remont starego skrzydła?

— Oczywiście.

— Ja poleciłem ekipę.

— I?

— Pamiętasz Rylskiego?

Wiktor przeczytał nazwisko.

— Nie.

— Był koordynatorem.

— Robert, przez ten dom przewinęło się wtedy pół województwa.

— Ten człowiek później pracował dla ludzi związanych z NordVest.

Radecki przestał przeglądać kartkę.

— NordVest?

— Offshore.

Wiktor podniósł wzrok. Robert wspomniał o wiadomości dotyczącej działek Bielskiego, przemilczał jednak pierwsze zdjęcia i pięćdziesiąt tysięcy.

— Kto ci to wysłał?

— Nie wiem.

— Od kiedy to masz?

— Od kilku dni.

— I dopiero teraz przyjeżdżasz?

— Najpierw chciałem sprawdzić, czy to przypadek.

— Jest?

— Coraz mniej.

Wiktor wstał.

— Co ma do tego remont?

Robert spojrzał w stronę drzwi gabinetu.

— Stare skrzydło było otwarte dla obcych ludzi przez kilka miesięcy.

— Trzy lata temu.

— Wiem.

— Chcesz powiedzieć, że ktoś wtedy coś zrobił?

— Chcę powiedzieć, że nie wiem, co zrobił.

Wiktor patrzył na niego długo.

— Czwarty Pokój?

Robert nie odpowiedział od razu.

— Sprawdź go.

— Co mam sprawdzić?

— Wszystko, co da się sprawdzić bez rozbierania domu. I nikomu o tym nie mów.

— Joannie też?

— Na razie nikomu.

Radecki nie wyglądał na zadowolonego.

— To mój dom.

— Tym bardziej powinieneś zaczekać.


Następnego dnia Wiktor zadzwonił do znajomego z komendy wojewódzkiej i opisał podejrzenie Roberta. Chciał sprawdzić stare skrzydło dyskretnie, bez uruchamiania oficjalnej procedury.

Technik mógł przyjechać dopiero po weekendzie. Robert nalegał, żeby do tego czasu niczego nie rozkręcać i nie alarmować firmy remontowej. Wiktor sam obejrzał Czwarty Pokój, korytarz i schowek techniczny za ścianą. Zabudowa wyglądała zwyczajnie; żadnego urządzenia nie zauważył.

— Poczekajmy na sprzęt i ludzi, którzy wiedzą, czego szukać — powiedział Robert.

Wiktor przyjął to bez przekonania. Wtedy przypuszczenie o ukrytej kamerze nadal było tylko jednym z kilku tropów.


Wieczorem Robert siedział w samochodzie przed swoim biurem, kiedy przyszła wiadomość od człowieka sprawdzającego Rylskiego. Było tylko zdjęcie. Rylski wychodził z hotelu w Sopocie. Fotografia miała kilka miesięcy. Obok niego szła kobieta. Robert powiększył obraz. Kobieta była kimś innym. Rysy twarzy i sylwetka wykluczały Karolinę. Pod zdjęciem znajdowało się krótkie wyjaśnienie.

„Kobieta używa nazwiska Marta Lewicka. Brak pewnego śladu zawodowego. Pojawia się przy wydarzeniach i ludziach z otoczenia NordVest.” Robert zapisał fotografię.

Po minucie dostał następną wiadomość. „Jest jeszcze coś. Rylski pytał o ciebie.” Robert zadzwonił.

— Kiedy?

— Wczoraj. Pytał człowieka z dawnej ochrony, czy nadal spotykasz się z tą samą grupą ludzi.

— Powiedział po co?

— Nie. Pytał też o klub.

Robert ścisnął telefon.

— Jaki klub?

— Nie podał nazwy.

Robert znał już to miejsce.


Następnego dnia Karolina nie odbierała. Robert zadzwonił trzy razy, a kiedy Karolina nie odebrała, wysłał wiadomość: „Musimy porozmawiać”. Odpowiedź nie nadeszła. Po południu pojechał do restauracji, w której spotkali się wcześniej. Kelnerka pamiętała Karolinę, ale nie wiedziała nic więcej.

Robert wrócił do samochodu. Na siedzeniu pasażera leżał notes z sześcioma hasłami: RYLSKI, NORDVEST, REMONT, KAROLINA?, DZIAŁKI B., KLUB. Osobno każde znaczyło niewiele; razem układały się w coś, czego Robert nie chciał jeszcze nazywać. Telefon zadzwonił. Wiktor.

— Robert.

Głos miał inny niż zwykle.

— Co?

— Przyjedź.

— Znalazłeś coś?

— Przyjedź.

Późnym popołudniem, w posiadłości Radeckich, Wiktor czekał w starym skrzydle. Joanna była wtedy poza domem. Drzwi Czwartego Pokoju stały otwarte.

Robert wszedł. Prywatny świat nagle zamienił się w miejsce, do którego ktoś mógł kiedyś uzyskać dostęp. Radecki oglądał ściany, sufit, zasłony, meble i wejście już inaczej.

— Co znalazłeś?

Wiktor podał mu stary segregator.

— Faktury z remontu. Jedna z firm pracowała w tym skrzydle. Później pojawiła się przy zleceniach związanych z NordVest.

Robert otworzył segregator.

— Nazwa?

Wiktor wskazał palcem. Robert znał ją. Widział ją wcześniej przy jednym z ludzi Rylskiego.

— To jeszcze niczego nie dowodzi — powiedział Wiktor.

— Nie.

— Ale?

— Ale przestaje mi się podobać liczba przypadków.

Radecki zamknął drzwi.

— Powiesz mi teraz, co naprawdę się dzieje?

Robert wyjął telefon. Zawahał się, po czym pokazał Wiktorowi pierwsze zdjęcie. Radecki spojrzał na nie i pobladł.

— Ile?

— Pięćdziesiąt.

— Zapłaciłeś?

— Tak.

— Idiota.

— Wiem.

— I potem przyszły działki?

— Tak.

Wiktor oddał telefon.

— Kto jeszcze wie?

— Nikt.

— Karolina?

— Nie wiem, gdzie jest.

— Co znaczy nie wiesz?

— Nie odbiera.

Wiktor przeszedł kilka kroków.

— Robert, jeśli ktoś wszedł przez remont, mógł mieć dostęp do całego starego skrzydła.

Kulesza spojrzał na niego. Jedno zdjęcie z klubu przestało być sednem sprawy. Robert zobaczył szerszy układ: stawką było coś większego niż on sam.

Jeżeli ktoś znał ich prywatne miejsca, ludzi, interesy i powiązania, mógł wybierać ofiary pojedynczo. Każdej pokazać inny fragment. Każdej zażądać czegoś innego.

— Musimy powiedzieć reszcie — powiedział Wiktor.

— Jeszcze nie.

— Dlaczego?

— Bo jeśli ktoś z nich już dostał wiadomość, może robić dokładnie to samo co ja.

— Czyli?

— Milczeć.

Robert wyjął z kieszeni kartkę i napisał jedno zdanie. Wiem, jak weszli do domu. Złożył ją na pół.

— Co robisz?

— Zostawiam sobie przypomnienie, żeby tym razem nie być idiotą.

Robert schował kartkę do notesu.

Rozdział 7. Nie wierzyć w przypadek

Dzień przed śmiercią Roberta Kuleszy Karolina odezwała się po południu.

Zamiast telefonu przysłała jedno zdanie. „Nie dzwoń więcej. Odezwę się, kiedy będę mogła.” Robert przeczytał wiadomość kilka razy. Brzmiała jak ostrzeżenie, więc mimo wszystko oddzwonił. Telefon był wyłączony. Przesłał numer znajomemu sprawdzającemu Rylskiego i pojechał do firmy. W środku znajdowały się trzy fotografie. Pierwsza przedstawiała wejście do posiadłości Radeckich. Druga — samochód Bielskiego.

Trzecia była zrobiona przy budynku administracji w Warszawie. Anna Bielska wychodziła z niego sama. Robert odwrócił ostatnie zdjęcie. Na odwrocie ktoś napisał długopisem:

„KAŻDY MA SWÓJ POKÓJ.” Kulesza usiadł. Teraz widział w zdjęciach element zaplanowanej operacji wymierzonej w ludzi związanych z grupą.

Ktoś dobierał nacisk osobno do każdego z nich: Wiktora przez inwestycję, Bielskiego przez ziemię, Annę przez urząd, jego przez logistykę i dostęp do grupy. Robert zaczął zakładać, że podobny mechanizm może obejmować również pozostałych.


Godzinę później znajomy oddzwonił.

— Numer Karoliny jest na cudze dane.

— Jak cudze?

— Formalnie należy do kobiety z Elbląga. Sześćdziesiąt trzy lata. Raczej nie twoja Karolina.

Robert zamknął oczy.

— Co jeszcze?

— Zdjęcie tej Marty, które ci wysłałem. Mam lepsze.

Robert otworzył fotografię, która pojawiła się na ekranie. Kobieta wychodząca z hotelu z Rylskim nadal nie była Karoliną, ale w tle stała druga, o czarnych włosach i podobnej sylwetce, której twarz widać było tylko częściowo. Robert powiększył zdjęcie.

— Nie mam pewności.

— Ja też nie. Ale hotel ma znaczenie.

— Dlaczego?

— NordVest wynajmował tam salę na zamknięte spotkanie inwestorów. Tego samego dnia.

Robert zapisał zdjęcie.

— Podeślij adres Rylskiego.

— Nie mam prywatnego.

— Biuro.

— Robert, mówiłem ci…

— Adres.

Dostał go po minucie.


Późnym popołudniem Robert pojechał pod biuro Rylskiego w Gdańsku. Mieściło się na drugim piętrze nowego budynku, którego szklana fasada odbijała Motławę. Na drzwiach nie było nazwiska Rylskiego. Była nazwa firmy doradczej. Robert nie wszedł. Przez czterdzieści minut siedział w kawiarni po drugiej stronie ulicy. O siedemnastej dwanaście z budynku wyszedł Igor Rylski.

Robert znał już jego twarz ze zdjęcia. Rylski nie wyglądał jak człowiek, którego należało się bać. Średniego wzrostu, ciemny płaszcz, skórzana teczka. Mógł być prawnikiem albo człowiekiem z banku.

Rylski podszedł do zaparkowanego samochodu, lecz przed otwarciem drzwi odwrócił głowę w stronę kawiarni. Robert siedział nieruchomo; z jego miejsca trudno było ocenić kierunek spojrzenia tamtego. Rylski odjechał. Telefon Kuleszy zawibrował. „ŁADNY WIDOK NA RZEKĘ.” Robert poczuł, jak napina mu się szczęka. Rylski wiedział. Albo ktoś stojący obok niego wiedział. Robert wyszedł z kawiarni dopiero po kilku minutach.


Wieczorem pojechał do Wiktora. Tym razem Joanna była w domu. Siedziała w salonie z książką, kiedy Robert wszedł.

— Panowie znowu mają tajemnice?

— Joanna — powiedział Wiktor.

Ton wystarczył. Odłożyła książkę.

— Dobrze. Ale kiedy wasze tajemnice zaczną dotyczyć mojego domu, chciałabym o tym wiedzieć.

— Już dotyczą.

Joanna nie wyszła. Robert pokazał im fotografie z koperty. Przy zdjęciu Anny Joanna przestała się uśmiechać.

— Ona wie?

— Nie.

— Krzysztof?

— Też nie.

Wiktor wziął zdjęcie bramy.

— To może zrobić każdy z drogi.

— Tak.

Robert pokazał napis na odwrocie. Joanna przeczytała go pierwsza.

— Każdy ma swój pokój — powtórzyła.

Popatrzyła w stronę starego skrzydła.

— To nie musi znaczyć Czwartego Pokoju — powiedział Wiktor.

— Wiem.

Robert wyjął notes.

— Rylski wie, że go sprawdzam. NordVest jest przy offshore. Ludzie związani z nimi mieli pośredni dostęp do remontu. Ktoś śledzi Annę. Karolina zniknęła. Jej telefon jest na fałszywe dane.

— I co zamierzasz? — zapytała Joanna.

— Spotkać się z człowiekiem, który może wiedzieć więcej.

— Z kim?

— Jeszcze nie wiem.

— Robert.

— Dostałem kontakt. Człowiek twierdzi, że zna Rylskiego i wie, po co interesują ich działki.

— Gdzie?

Robert zawahał się.

— W klubie.

Joanna zmarszczyła brwi.

— Kiedy?

— Jutro wieczorem.

Wiktor odłożył zdjęcie.

— Nie jedź sam.

— Jeśli zobaczy kogoś ze mną, nie przyjdzie.

— A jeśli to pułapka?

Robert schował notes.

— To przynajmniej będę wiedział, że jestem blisko.

Joanna wstała.

— To najgłupsza rzecz, jaką dzisiaj powiedziałeś.

— Możliwe.

— I pojedziesz?

— Tak.

Wiktor zaklął pod nosem. Robert ruszył do wyjścia, ale zatrzymał się przy drzwiach.

— Jeśli jutro zadzwonię i powiem, że musimy porozmawiać, nie odkładaj tego.

— O czym?

— O tym, po co im te działki. I jak weszli do domu.


Następnego dnia Robert przez wiele godzin nie odbierał telefonów. Przed wyjazdem do klubu włożył do koperty wydruki dotyczące Rylskiego, NordVest, remontu oraz zdjęcie kobiety z hotelu. Na pierwszej stronie napisał:

„Rylski. NordVest. Remont. KLUB. Karolina? Sprawdzić działki B.” Zawahał się.

Dopisał jeszcze jedno zdanie. „Jeśli coś mi się stanie, nie wierzyć w przypadek.” Kopertę schował w miejscu, do którego Wiktor potrafił później dotrzeć. Przed dwudziestą trzecią Robert Kulesza zaparkował przed klubem. Przyjechał sam. Bar, muzyka i ludzie zeszli na dalszy plan. Przyjechał po nazwisko. I był przekonany, że za godzinę będzie wiedział, kto stoi po drugiej stronie.

Rozdział 8. Puste krzesło

Posiadłość Radeckich, dzień po śmierci Roberta Kuleszy

Krzesło Roberta zostało puste. Nikt nie zaproponował, żeby je odsunąć. Radecki zauważył to dopiero, kiedy Joanna postawiła na stole dzbanek z kawą i bez słowa wyszła z biblioteki. Tydzień wcześniej siedzieli tutaj w szóstkę.

Teraz było ich pięcioro. Bielski przyszedł pierwszy, potem Ewa, a Lemański spóźnił się dziesięć minut. Zawadzki wszedł ostatni i od razu zapytał:

— Policja była u ciebie?

— Rano — odpowiedział Radecki.

— O co pytali?

— Skąd znałem Roberta. Kiedy ostatnio go widziałem. Czy wiedziałem, że bywał w klubie.

— Powiedziałeś?

— Prawdę.

Lemański podniósł głowę.

— Całą?

— Powiedziałem, że znałem klub i że Robert tam bywał.

— To nie jest cała prawda.

— Nie pytali o mój dom.

Ewa usiadła na brzegu fotela.

— Jeszcze.

Odpowiedziała cisza. Bielski wyglądał, jakby nie spał. Koszula była świeża, twarz nie.

— Co mówią o śmierci?

— Oficjalnie nic — powiedział Radecki. — Sekcja jeszcze nie jest zamknięta.

— A nieoficjalnie?

— Policjant, który ze mną rozmawiał, nie zachowywał się jak przy zawale.

Zawadzki odwrócił głowę.

— Czyli?

— Czyli nie wiem.

— Wiktor.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 44.48