E-book
4.1
drukowana A5
27.54
Czułe ramiona krzyża

Bezpłatny fragment - Czułe ramiona krzyża

Objętość:
169 str.
ISBN:
978-83-8245-737-7
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 27.54

nasze epoki

nie ma odruchów

które wiodłyby przez zapomniane

refleksy miast

nie ma palców nadających kształty

ukochanej twarzy

śmierć kwitnie na mogiłach

starość dotyka coraz liczniejsze

wschody słońca

bezwład kojarzy się

z niedojedzonym bezczasem

powstań z tych którzy nie do końca umarli

na złość

aby świt zaorał zmęczone

trajektorie światła

poczuj raz jeszcze to milczenie

które dzieli nasze milenia

byłaby z nich taka czuła układanka

już nie noc ale pełnowartościowy zmierzch

który przynosi zaginione

podróż w głąb (z myślą o E. Stachurze)

jest w tobie pewien ślad

bolesny jak niezamierzony dotyk

po powszednim świetle

jest w tobie noc

która nie boi się że powróci


dostrzegam w twoim śnie

żal za skończoną wodą

co wytryska spomiędzy żeber

jest w tobie świeżość księżyca

usiłującego dogonić deszcz

skąpany w ciernistych cieniach


z godziny na godzinę

ty i ja stajemy się coraz mniejsi

by zapobiec miłości

w piątym kącie wylegują się

pozbawione puenty sny


cała jaskrawość prześwietla urodzaj

ducha

jesteś by pomóc ułożyć układankę

modlitwę trudniejszą

od podróży w głąb

od wycieczki w odcienie światła

poblasku twardego jak zakupiona łza


wstań i zobacz

jak śmierć dobiera się nam do sumienia

Edward Stachura

proszę przyjdź z tobołkiem

pełnym ususzonych dziesięcioleci

w imię mojego krzywego ciała


wróć z ostatnią niespełnioną granicą

marzeniem ze złamanym językiem

dotknij moich nagich powiek


zostawiając odciski

podobne spowszedniałej kromce

w zębach trzymasz krzyż


sięgający najwyższych znamion gwiazd

choć śnię skrupulatnie i na złość

jątrzącym się ciemnościom


oczekiwanie wyrzyna się

u wezgłowia niczym mleczny ząb

czeka na ciebie cała moja jaskrawość


jak każdego świtu spodziewam się

plam twoich kroków na moim całunie

na przedeptanych powrotach

Edward Stachura II

wybiegam na rzęsiste doliny

nadludzkich snów zielonych rzek

rozrzucam linie papilarne

ciągnące się poprzez kąciki ust

pająki i inne człekokształtne


gdzieś pod mostkiem drzemie

dziwny ten świat co przewyższa nas

o jedno zerwane źdźbło

o haust powietrza u źródła


znów rozkładamy na krzyżu

skrzydła gotowi wzlecieć

z wystruganych rozdroży

zaciskamy w piąstkach źrenic

słowa jakich nikt już nie rozpoznaje


trzeba odrobinę cienia by nie spłoszyć

Boga z Jego czterokątną niemocą

Idealisty który nie dokończył człowieka

Edward Stachura III

jak pokonać myśli

z tych najczystszych niechybionych?

wskrzesić samotność wyrodną matkę?

niedokończona podróż

odbija się echem

o nasze nagie pięty włóczęgi

o niebieskie skrzydła


tak łatwo w tej sekundzie

stracić równowagę na przełęczy

trudno oderwać się od dna

na którym można powspominać

wyprzedane czasy


pulsuje w naszych piersiach

to słowo za którym każdy tęskni

powłóczyste potoki urojeń jak zwykle

brną na wznak


o liche świadectwo

naszych porywistych słońc

okiełznanych huraganów

horyzontów co zaplątały się

w wielokropki

Edward Stachura IV

powracasz choć nie znalazłeś świata

pośród zdradzonych dróg

mimo że u twoich stóp lunatyka

rozpościerają się łany cierni

podobne snom do jakich nie warto

się przyznawać

do bólu uwierzyć


jesteś na wyciągnięcie

aby zadać mi śmiertelną namiętność

dotykasz miękko mojego oddechu

rozbierasz ze wspomnień

skronie pozbywasz cytrynowych myśli


przebrana w wyjściową melancholię

w nieprzemakalną maskę

bawię się z tobą w śmierć bez skazy

bez zbędnych słów

podaruję ci swoją

opętana krzykliwym deszczem

tęsknotą której nie zastąpi życie


wierzę że podejdziesz dość blisko

bym mogła oswoić twój obłęd

Edward Stachura V

ciało przekreślone

zakrzywionym oddechem

bezkrwawym słońcem

uciekającym za powiekę

horyzontu


w dłoniach ukrywam

najcięższy lęk

tę słodką uporczywą pieszczotę

zostało mi po tobie lustro

pełne niedomówionych śmierci

źle założonych masek

zakrzywionym ku górze ust

błagających o wierny pocałunek


zostawiłeś mi jedynie noc

by była dachem dla moich nagich stóp

wymykających się przez okno

w sercu

pamięci co uschła bez cienia

Edward Stachura VI

białe moje serce

pomiędzy twoimi śnieżnymi palcami

w pieszczonych słowem duszach

pomiędzy ustami których nie uśpi

światło pocałunku

nie mieszka ktoś kto umiałby

mówić o prześnionych wędrówkach

lunatyka


dlaczego śmierć rozrzuciła nas

po przeciwnych epokach?

dlaczego podzieliła istnienia

które mogłyby być jednym sumieniem

całą jaskrawością?

choć odszedłeś kiedy ja nadeszłam

pod powiekami serca został ślad


w zamian mogę wyobrażać

zapach twojej skóry bym mogła oddychać

ciepło ramion by kołysało nagie życie

do zielonych snów niebieskich powiewów

bliskość by cię rozpoznać

pośród życzeń martwego tłumu

Edward Stachura VII

skąd zaczerpnąć przeszłości

by strzegła pilnie

zmysłowości naszych obopólnych wędrówek?

gdzie szukać jasności

by tuliła do snu zmierzch

z twarzy skalanych samotnością

idealną niepowtarzalną?

co począć z piętnem marzeń na ścieżkach

żłobionych łzami?

wciąż pytamy nasyceni

brakiem odpowiedzi


wstańmy z klęczek na które rzuciły nas

odrębne galaktyki

odwzajemnijmy spojrzenie samotnej nocy

nie warto poniżać się

gdy wiatr woła o pomoc


usłyszmy jego dotyk na białych ścieżkach

usłyszmy bezbarwny śpiew nagich stóp

wiecznie rozpostartych na bezdrożach

które giną pośród szelestu znojnych marzeń

Dla E. Stachury — Podzieliła nas noc

podzieliła nas noc

ciężka od spadających gwiazd

których smaku nie zdążyłeś poznać

stadem runęły

do progu


podzielił nas

przepełniony kielich

by obdarzyć obosieczną miłością

pamiątką po ranach

celnie zadanych


podzieliła nas strata uroczysko

i nadzieja

elementy niepasujące do układanki

z nieludzkich słów

niedopasowanych


podzielił nas mur światła

przez szpary

śmierć

upstrzona bliznami

po krzykach ofiar


podzieliła nas samotność

rozrzuciła zamierzonym przypadkiem

po meandrach zeschłych pieśni

w kolorze płomienia

i melancholii


podzieliło współczucie

by podarować kromkę osamotnienia

obłaskawić jadowite upiory

łaszące się do skłóconych półsnów


podzieliło nas czarno-białe szczęście

którego potrzeba zwiodła

na cudne manowce

czekające za rogiem

w sklepie spożywczym


tak

urodziliśmy się

z prywatnymi wszechświatami

z których nie ma ucieczki

pod postacią drzwi

zaopatrzonych w klamkę

gdzie nie ma okien z widokiem

na lepszą przeszłość

gdzieś tam w oddali

pod innym niebem


podobnie jak ty

cierpię na to samo życie

które odebrało nam zdolność

życia

Dla E. Stachury — Świeżo zebrane pory roku

a gdybyś się pojawił tak samo pięknie

jak ciebie nie ma?

gdybyś przyniósł niebieski dzban

świeżo zebranych pór roku?

nauczył kochać

pomaleńku nie pozostawiając śladów

na lustrze?


odnalazłam pragnienie

jakie chciałabym ci na zawsze wypożyczyć

cud aby wskrzeszał


nie bój się

wszystko co chciałabym pokochać

rozkwita w ogrodach

u podnóża

krynicy która zaspokaja

twoją wypielęgnowaną melancholię

obiecuje lepszą przeszłość

kiedy to miłość

chadzała jeszcze parami

Dla E. Stachury — Kiedy gwiazdy wschodzą

w tym pięknym dniu

kiedy gwiazdy wschodzą

z myślą o nas

chciałabym wręczyć ci samotność

której nie sposób kochać


podarować tęsknotę

nie czeka

na odwzajemnione

wspomnienia


napoić

szaroburym szczęściem

pocieszyć niewłaściwie zaadresowanym

listem

tak rześko tak swobodnie

wskrzesić powiew

który jest obustronnym oddechem


ofiarować ci

cierpienie żeby utulić do śmierci


uwolnić od życia ciążącego

ci kulą

u obu nóg


tak bardzo wiele chciałabym dla ciebie zrobić

kiedy ty wolisz

wciąż umierać

Dla E. Stachury — Człekokształtna miłość

I


powracasz by wskrzesić drogi

nakarmić

choć dzieli nas

urwisko między pustką a życiem


powracasz

utulić do koszmarnego snu

żebym nie zboczyła

z czasu

na który rzucił mnie nienasycony

epilog


powracasz by nasze ciasne skronie

uśmierzył jęk spadających gwiazd

bym zobaczyła

drugą twarz dwulicowego księżyca


powracasz by koszmary

stały się czułą kołysanką


aby życie porozrzucało nas

pośród cieni obolałych

i nieodwzajemnionych


II


tak

mój gwiaździsty

tylko ty umiałbyś

zaspokoić chciwy lecz mimo to

misterny bezczas

przytulić do swojej samotności

wsłuchanej w nadwerężone płyty

chodnika

wybiec na spotkanie cierpieniu

stworzyć Boga

na swoje podobieństwo

pomóc zapomnieć o tym

czego dzięki tobie nie zdołam zapomnieć

przyprowadzić

bezpańską gwiazdę

bym mogła sycić ją

letnią nocą


którą utracił pierworodny włóczęga

krew mknie

na oścież


III


na dnie pamięci

spoczywają płomienne pożegnania

milczenie tak przejaskrawione

wymyka spod murów


pod sercem

wyrasta krynica samotności

aby obłaskawić zatraconych

w człekokształtnej miłości

są jeszcze łzy które nietrudno

oddzielić od kropli deszczu


mój miły

jeśli pozostało mi

po tobie piękno

pomóż

odnaleźć zagubiony obłęd

bowiem jest wtedy

gdy duszę zdobią zmarszczki

których nie warto się wstydzić

Dla E. Stachury — Ucieczka przed mgłą

pogubiły się epoki

nie wiem która należała

do ciebie

utraciłam wiek niosący

modlitwę i strach przed tym co bliskie


nie wiem w którym roku jestem

wciąż pada deszcz

odległy zbuntowanym archipelagom


nie rozpoznaję miesiąca

co powoli

traci wierność

ucieka


nie mam pojęcia jaki dzień nadszedł

skoro usilnie przeszkadza

pokora i nienarodzona wiara


co z godziną? przepadła

by powrócić gdy świat

odwróci się do nas

plecami

i już nie będzie miłości by uwolniła

od nieprzyjemnych ciał

pokazała jak ławo umierać

w samotności

odnalazła zmysły

które pogubiliśmy uciekając

przed mgłą

Dla E. Stachury — Żeby nie spotkać Boga

potrafię usiąść blisko

umiem znaleźć się niedaleko

żeby nie spotkać Boga

udał się

na poranną wycieczkę

krajoznawczą


miły powróć bym poczuła

piękno nadaremnego życia

napotkała wiecznie głodne rękopisy


pragnę wznieść

katedrę ze światła

byśmy ukryli naszą miłość

co potknęła się


potrzebuję poczuć twoje serce

które choć zasnęło wciąż

bije w moim

posmakować powlekających

cienkich słów niech tuli

moją śmierć


marznę i marzę

żeby odległość co rozbiera

myśli do naga

była jedynie przejściem

ponad granicą samoistnego cudu


cudu co jest pieśnią o poranku

od początku skazaną

na ciszę

Dla E. Stachury — Na odwrocie księżyca

na odwrocie księżyca

spisujesz

łzy odmawiają posłuszeństwa


piszesz jątrząc ranę zieloną

aż do uśmiechu

pękła któraś z blizn


myśl o miłości przepadła

z niedokończonym dzieciństwem

chciałabym cię odnaleźć ale cóż

skoro słońce odwraca twarz

a tęsknota pęka na pół?


kocham rzęsistą melancholię

umieram nigdy nie napotkawszy snu

w oczach

umieram po cichu na złość


mój miły wierzę

kiedyś jeszcze się wyśpisz

i obudzisz

by uratować moją tęsknotę

Dla E. Stachury — Piękno piekła

przychodzę do ciebie

powolutku

bez skazy

aby twoje światło urodziło się

cieniem w moim spojrzeniu

na górną półkę

odstawiam przeszłość

pozostawiam uchyloną furtkę


płaczesz lecz nie widać

krwistoczerwonych kwiatów

twojej melancholii

szlochasz bo życie ukradło ci

szczęście

słoneczne łzy

by były puentą

następnego chorego na raka

poematu


ukradło miłość dla jakiej

nie chciałeś się narodzić

zerwałeś wszystkie gwiazdy

odszedłeś

na koniec upewniając się

że ten ktoś z lustra

już uwierzył w piękno piekła

Dla E. Stachury — Po drugiej stronie

jestem tu abyś ty mógł być tam

po drugiej stronie

skarlałego niepodobnego


twój ból karmił mój wstyd

nieodłączny

zebrany z ciernistych wygonów


aby prosić poranne mgły

o jedno wniebowzięcie

natychmiastowe wyznanie wiary


jestem tu by kolejna porażka

była twoją nagrodą

próbą przekroczenia

najtrudniejszej granicy


aby chwytać twoje blaski w sieci

moich żył

aby konały tam

na odwrocie kartki


poprosić twoją śmierć

o ostatniego papierosa

prawdziwe spojrzenie w lustro


jestem by usłyszeć szelest duszy

zakotwiczonej u wezgłowia

powiewającej na tutejszym wietrze


żeby wyolbrzymiona miłość

była mgłą kiedy droga

odmówi ci w końcu posłuszeństwa

Dla E. Stachury — Poza ramionami

jesteś choć trzeba się ukłonić

dostrzec ślad błękitny

na czerstwym naskórku poematu


zanim odejdziesz

z kolejnym ubogim oddechem

dźwigniesz z klęczek Boga


miłość nieadekwatna

do życiorysu jest o krok

poza czułymi ramionami krzyży


jestem spragniona zmarszczek

jakich przedawniona obecność

już nie dostrzega


przesycona jaskrawością

ścieżką wymykającą się

spoza miękkiego marginesu


płonącego białą krwią

co szuka ujścia

stale staje w oknie i woła


żeby mgła mi ciebie przywróciła

Dla E. Stachury — Odwrócić kartkę

niebieski ptak któremu wiatr

przetrącił skrzydła

od początku wiał

w oczy


wiedziałeś w jakim momencie

odwrócić kartkę

już przez kogoś zapisaną

bez marginesów


wiedziałeś kiedy spojrzeć

w zielone oczy śmierci

tak dobrze znane z widzenia


tuż obok jest Bóg

jego omnipotencja

i koślawe kościste kolana


wiem jednak że to pierwszy raz

kiedy twojej duszy zabrakło miejsca

w ciele

o trzy rozmiary zbyt małym

uciskającym na wysokości mostka

Dla E. Stachury — Kiedy przeminie

kiedy przeminie noc

śmierć ustąpi miejsca wyznaniom

spóźniły się

na wniebowstąpienie


przeminie dzień

zostanie kilka minut

do końca dzieciństwa

taktownego upadku


kiedy przeminą wiosenne deszcze

ostatnia łza użyźni glebę

przetrąconego poematu

a życie stanie ością


kiedy przeminą susze

wyschniętą ziemię języka

wskrzesisz melancholią

co wróciła w porę


przeminie zima

rozpuści się góra lodowa

stopnieje lód skuwający

niezapowiedziany


przeminie lato

schwytasz w macice dłoni

ciepły oddech jaskrawości

rozkoszny aż do bólu


będę twoją nocą

będę twoim dniem

twym wiosennym deszczem suszą

zimą czy latem

bylebyś dostrzegł mnie

na marginesie rękopisu

podobną do miłości

którą chciałabym ci obiecać

Dla E. Stachury — Pieśń zdartych ust

jest w nas noc

której nie schwytasz w sieć

przypadków i urojeń


jest w nas świt

którego nie nakarmisz

najbardziej dojrzałymi gwiazdami


jest w nas krzyk

nad nim trudno się zamyślić

by pokonać granicę


jest w nas milczenie

jakiego nie ukoisz pieśnią

zdartych ust

narowistych przejaśnień


jest w nas strach

co nigdy nie doczeka pokuty

bogobojnej i chciwej


jest w nas nadzieja

nie sposób zastąpić jej samotnością

nawet tą wynajętą


jest w nas Bóg

aby spełniał zachcianki

i przetrącał karki


jest w nas życie

które idzie dalej

chociaż amputowano mu lewą komorę

Dla E. Stachury — Usiłowałam nadać imię

usiłowałam nadać imię

twojej śmierci

jak naga żarówka


pragnęłam poczuć

na własnym piórze

oddech twojego wiersza


marzyłam by zgasła noc

księżyc potknął się

o własny cień


niestety twój duch

przestał się mieścić

w za ciasnym skafandrze ciała


tym razem wsiadłeś

do niewłaściwego pociągu

wykoleił się przed zamierzoną stacją

Dla E. Stachury — Wypatroszone słowa

mówimy tym samym językiem

obcym a jak podobnym

prawdzie gnuśniejącej


porozumiewamy milczeniem

które rozdziera krzyk wschodzących

pomału na przekór cienkiej

skórze


tobie także rozkazano

brnąć wbrew

wypatroszonym słowom

rozdeptanym stereotypom


i ciebie nauczono

znikać w tłumie kiedy

tak trudno przyznać się do bólu

do szczęścia i granicy


i tobie przykazano

nauczyć się żyć ze śmiercią

w nogach łóżka

tuż obok odrzuconej kołdry


jestem tutaj aby pilnować

twojego tłoczonego nowotworem serca

co tak ubogie

że od wieków chodzi

w tych samych wiernych butach

Dla M.

każde twoje słowo

na mojej duszy

pachnie światłem


list jak otwarta rana

którą pragnę pielęgnować

żeby kwitła

i dawała zakazane owoce


zanim wróciłeś do mnie

z przydługiej nocy

nie znałam smaku

twojego głosu


teraz jesteś cały

z samotności

by podsycać mój ciężar


jesteś abym obroniła mój świat

przed upadkiem z ósmego piętra


jesteś by wyjąć mi z dłoni

obosieczne pióro

a podzielić się zapachem

życia

boleśnie przedwczesny

wieczór boleśnie przedwczesny

obraził się na śmierć

za wszelką cenę


z okna widzę przemijających

z kretesem

bez prawa do uśmiechu


czekałam na noc

może pomyliły się jej

adresy albo zobowiązujące epoki


na głowę wtacza się mgła

świt pochłania ciebie

bez ceregieli czy wyrzutów


walczę z ironicznym światłem

które rozrzuca na sumieniu cienie

nieszczęśliwie zakochane


szukam cię pośród słów

minionego listu

ale chyba gdzieś przeminęły


biorę do ręki obosieczne pióro

zaznaczam kolejną ranę

w kolejce do zabliźnienia


gdzieś tam serce drobiazgowo

odlicza pozostałe sekundy

naprędce spisane na kolanie

czas boi się podejść

jesteś choć czas boi się podejść

nikt nie zna twojego adresu

przegrywasz walkę


przedostawszy się na drugą stronę

księżyca pielęgnujesz

tymczasowy pobyt


dbasz o gruboskórne spojrzenia

o zdarte grzbiety martwych wyrazów

potulnych za haust


przeciskam przez szparę

w powiece słońca

usiłuję nakarmić sobą kolejny wiek


ale wiatr wdarł się do gardła

pozostała jeszcze śmierć

jej pomarszczona twarz ze śladem łez


ta sama co wprosiła się do wieczności

przetrąciła kark Bogu

nauczyła zasypiać bez obaw

Dla E. Stachury — Czułe ramiona krzyża

pomóż mi wyswobodzić się

z czułych ramion krzyża

trochę uwiera mnie

ta korona


jasnoniebieska jest ziemia

pod stopami lunatyka

spragnionymi nierównych krętych dróg

zakątków nieba bezsennych


na przekór ptakom

rozmawiasz z chmurami

miła jest ci pamięć jezior i drzew

co służyły twojej włóczędze


choć nauczono cię brutalnie

języka ludzkiego

nikt nic nie rozumie

z twojego krzyku co obumiera

na krawędzi parapetu

Dla E. Stachury — Przeciąg

przeciąg pod powiekami

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 27.54