E-book
16.38
drukowana A5
31.43
Cztery Żywioły, czyli autostopem dookoła Islandii

Bezpłatny fragment - Cztery Żywioły, czyli autostopem dookoła Islandii


Objętość:
109 str.
ISBN:
978-83-65236-17-3
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 31.43

Dla Adasia, który wprowadził mnie w świat autostopowej

przygody.

Od autora

Niniejsza książka powstała na podstawie codziennych zapisków, które prowadzone były podczas miesięcznej wyprawy autostopem po Islandii. Zawinięta w śpiwór, pod smaganym wiatrem namiotem, starannie zapisywałam spostrzeżenia, przemyślenia, które później posłużyły do stworzenia nieprzeciętnego przewodnika dla spragnionych przygody. Nie będzie o hotelach, restauracjach i biletach wstępu. Będzie za to o recepcie na niezapomnianą przygodę wśród dziewiczej przyrody Islandii. Będzie o wytworach natury, których nie spotkasz nigdzie indziej. O jej potędze, która uczy szacunku i pokory.

Trzymasz przed sobą książkę, która powstała z miłości do przyrody i konieczności podzielenia się obrazami, które pozostały w mojej głowie. Przecież takie wspomnienia nie mogą po prostu siedzieć uwięzione w szufladach pamięci. Każdy kto wybiera się na Islandię powinien przygotować psychikę, do tych niezwykłych obrazów, które go czekają. Z kolei ten, komu nie dane będzie wyruszyć w podróż, pozostają słowa przelane przeze mnie na kartkę papieru i nieco wyobraźni.

Zapraszam więc na przygodę, którą każdy z nas powinien popełnić choć raz w życiu.

Kilka słów o wyprawie

Po kilku autostopowych wojażach w te cieplejsze rejony Europy, przyszła pora na coś bardziej ekstremalnego. Tym razem wystawimy na próbę naszą cierpliwość łapiąc okazję na nieco rzadziej uczęszczanych, często nieutwardzonych drogach Islandii. Przetestujemy nasz namiot w ciężko przewidywalnych warunkach pogodowych. 6 maja stanęliśmy na płycie lotniska Londyn Luton, skąd poleciał samolot do podobno najbardziej fotogenicznego miejsca na Świecie.

1 miesiąc, 2 autostopowiczów i 4 żywioły do pokonania. Podczas wyprawy poznaliśmy siłę najpotężniejszych wodospadów Europy, wykąpaliśmy się w gorącej rzece, stanęliśmy na skraju dwóch ogromnych płyt tektonicznych jednocześnie i zostaliśmy dosłownie zmiażdżeni przez niespotykane wcześniej wiatry. Wszystko to z dobytkiem na plecach i wyciągniętym w górę kciukiem.

Plan wyprawy obejmował wstępnie około 2000 km. Okazało się jednak, że pokonaliśmy 3600km jadąc dookoła wyspy włącznie z często pomijanymi fiordami północno-zachodnimi. Jedynym środkiem transportu był autostop i siła własnych nóg. Dach nad głową w 99% stanowiło nasze podręczne M1.

Wyprawą tą chcieliśmy przekonać, że turystyka aktywna, to jedna z najlepszych form poznawania świata wraz z jego różnorodnością. Spotykając się często ze stwierdzeniem „Islandia? A co tam robić przez miesiąc?!”, pragniemy udowodnić jak bardzo opłaca się jechać w ten rejon, gdzie w zasięgu ręki spotyka się potęga 4 żywiołów.

Pogoń za wolnością

„Dlaczego nie wpisał Pan na listę wszystkich wodospadów wartych zobaczenia? — zapytała rosyjska profesor swojego konsultanta turystycznego. — Bo to tak, jakbym wpisał na listę „must see” każde drzewo w Rosji.

Rzeczywiście, wodospadów jest tu podobno więcej niż samych Islandczyków. Wyspa zadziwia na każdym kroku. Budzi wyobraźnię, porusza zmysły, zmusza do refleksji. Refleksji nad potęgą natury, siłą przyrody, przy której człowiek przestaje mieć większe znaczenie. Ta mała wyspa smagana wiatrami północy, to miejsce, gdzie stykają się cztery żywioły. Ogień tuż pod stopami, ziemia rozchodząca się niepostrzeżenie w dwóch przeciwległych kierunkach, z każdej strony tryskająca woda i powietrze. Nawet w tym momencie wiatr rzuca naszym namiotem w każdym kierunku, dając do zrozumienia, że jesteśmy tylko gośćmi na tym wciąż jeszcze dzikim terenie.

Nasza podróż wynika chyba z jakiejś zakotwiczonej w DNA pogoni za wolnością i koczowniczym trybem życia. Bo jak wytłumaczyć dobrowolne spędzanie miesiąca pod namiotem w temperaturach często bliskich zera stopni, bez bieżącej wody i tak ważnego dziś facebooka. Ktoś pewnie zarzuci, że to skąpstwo, że będąc na wakacjach nie odmawia się takich podstawowych udogodnień. Kiedy nas to właśnie bawi. Lubimy, czekając na nadjeżdżający samochód, spacerować wzdłuż niekończącej się ulicy, gdzie dookoła rozciąga się widok na ośnieżone szczyty. Wyjątkowo smakuje nam danie zjedzone prosto z ogniska, którego w domowych warunkach bym raczej nie zjadła doszukując się „żył”. Mama powtarzała, żeby nie rozmawiać z nieznajomymi. Kiedy to właśnie rozmowy z napotkanymi przypadkiem osobami poszerzają horyzonty, otwierają na świat, na inne kultury, uczą i bawią.

Podczas miesięcznej wyprawy na Islandię przemierzamy nie tylko kolejne kilometry jadąc wokół wyspy. Pokonujemy również miliony lat historii, która utworzyła ten skrawek ziemi. Zazwyczaj brutalna i bez litości. Wypiętrzyła część lądu z dna oceanu, żeby potem rozerwać go na pół. Naznaczona bliznami po burzliwej historii pełnej wybuchów i trzęsień. Smagana arktycznym wiatrem, pozbawiona lasów i urodzajnych gleb. Brzmi złowrogo? To na szczęście nie jedyna twarz Islandii. Łaskawy Golfsztrom łagodzi nieco klimat. Jest jak bon wygrany na loterii. Tego szczęścia nie miała chociażby północna Syberia, która przecież leży na tym samym równoleżniku, a na której słupki rtęci pokazują nawet jakieś paradoksalne -80˚C.

Islandia to także soczysta, wiosenna zieleń niekończących się łąk, na których pasą się beztrosko owce, majestatycznych gór poprzecinanych setkami potoków i powietrze tak czyste, że aż prosi się oddychać pełną piersią. Bez fabrycznych zanieczyszczeń, smogów i tym podobnych wytworów ludzkiej egzystencji.

Każda część Islandii ma coś do zaoferowania. I nie są to trzy przereklamowane atrakcje, przed którymi wejścia broni kasa biletowa. Każdy rejon to kolejne wrażenia zakotwiczone w pamięci długotrwałej. Wychodząc ze słusznego założenia, że skarby natury powinny być dostępne dla każdego, nie pobiera się opłat za wejście na lodowiec, czy możliwość podziwiania tworów geotermalnych wyglądem przypominających scenerie z filmu Science Fiction.

Ogień i lód turystycznego południa

Pierwsze godziny tuż po lądowaniu w Keflaviku są jakieś dziwne. Nieswojo czuje się człowiek z wielkiej metropolii, który właśnie znalazł się po środku niczego, w koło rozciągają się porośnięte mchem puste połacie, a wszystko co mu potrzebne do życia ma na plecach. Łatwo jest przynajmniej złapać pierwszego islandzkiego stopa. Zero zabudowań, o pobocze nie trudno. Po kilku minutach rozpoczyna się jedna z najlepszych autostopowych przygód w naszym życiu. Pełna zachwytu i ekscytacji. Pełna lekcji pokory i szacunku do natury. Pełna dobrych ludzi i pięknych gestów.

Jak się okazuje, pierwszy zatrzymany pojazd prowadzi profesor z Danii, który przyleciał do Islandii wraz z grupą naukowców, aby badać zmiany klimatu na wyspie. Moja geograficzna dociekliwość każe mi wytężyć mózg, przestawić myślenie na j. angielski i wypytać profesora co i jak. Okazuje się, że trawa o tej porze roku to wyjątkowo niepokojące zjawisko. Normalnie zieleń zalewa wyspę w czerwcu-lipcu. A tu skandal! Maj i trawa już urosła…

Nasza miesięczna wyprawa po Islandii zacząć się miała w Reykjaviku. Duński kierowca nie wjeżdża do samej stolicy. Wysiadamy więc pod miastem myśląc, że został nam krótki spacerek do przejścia. Niestety podczas każdej wyprawy zauważam u nas tendencje do niepotrzebnego „spacerowania” kilku ładnych kilometrów. Jak się okazuje do samego Reykjaviku mamy 10 km. Nieprzyzwyczajone plecy aż skrzypią pod naporem plecaków, a każdy przystanek autobusowy po drodze to nie tylko schron przed deszczem i wiatrem, ale i szansa na zbawienny odpoczynek. W końcu docieramy do samej stolicy Islandii. Miasto niestety nas nie powaliło. Oczywiście ma typowy północny charakter, ale my w głowie mamy już tylko te wszystkie cuda natury, które widzieliśmy na zdjęciach. Najbardziej charakterystyczna budowla — kościół Hallgrímskirkja zbudowany na wzór jednego z bazaltowych wodospadów, to rzeczywiście dość oryginalny projekt. Samo centrum to deptak z setkami sklepów z pamiątkami, swetrami z owczej wełny i pubami. Nam jednak niezbędny jest sklep ze sprzętem turystycznym. Trzeba coś jeść przez miesiąc, więc butla gazowa jest niezbędna. Żeby znaleźć pasujący nam sprzęt trzeba się trochę nalatać. Ja jako osoba, która nie rozchodziła butów przed wyjazdem i teraz nie może ruszać stopą, zostaję na ławce, a Adaś rusza w poszukiwaniu potrzebnego ekwipunku. I tak sobie siedzę, czytam książkę, obserwuje ruch uliczny i zapadający zmrok (wtedy myślałam jeszcze, że w nocy jest ciemno). I nagle podchodzi niczego sobie młodzieniec.


— Cześć, skąd jesteś? — pyta z zawadiackim uśmiechem.

— Cześć, z Polski — odpowiadam lekko zaskoczona.

— Chcesz iść ze mną do łóżka? — zadaje pytanie chłopak jakby pytał o drogę.

Wręcz odebrało mi mowę. Ta bezpośredniość była chyba celowa, żeby od razu zwalić dziewczynę z nóg.

— Sorry, jestem z Północy, musisz mnie zrozumieć.

Później miałam już wrażenie, że każdy chłopak z brodą przechodzi obok mnie z tą samą myślą. W końcu wszyscy oni są z Północy. Niezłe mi powitanie.


Po bezowocnych poszukiwaniach butli, przyszła pora na rozejrzenie się za noclegiem. W informacji turystycznej zakupujemy bilet wielkości naparstka (350 koron) z zamiarem wyjechania na wylotówkę w stronę wschodnią. Wyspę będziemy bowiem objeżdżać przeciwnie do wskazówek zegara. Niewielkie wzgórze wśród DRZEW wydaje się być idealnym miejsce. Dlaczego DRZEW? Bo to pierwszy z dwóch razy, kiedy widzieliśmy na Islandii coś w rodzaju mini lasku z „normalnymi drzewami”. Jest to zjawisko tak rzadkie, że już nieduże połacie lasu znajdują się pod ochroną. Na wyspie istnieje jeden większy obszar leśny. Hallormsstaður to park narodowy o powierzchni 740 ha. Gdyby nie wpływ człowieka, który w 872 roku przypłynął na porośniętą dziewiczym lasem liściastym Islandię, pewnie w większości spalibyśmy w namiocie skrytym pod drzewami. Niestety destrukcyjny wpływ istoty myślącej, zmienił nieodwracalnie środowisko Islandii.

Dzieląc się wrażeniami po pierwszym dniu wyprawy, zawinięci w śpiwory nawet niezauważany, że jest godzina 24, a w namiocie jakoś widno. Przecież zaczyna się pora roku, w której słońce nigdy nie kryje się całkowicie za horyzontem. Może w innym kraju byłoby to udręką. Bo jak się schować w parku za krzakiem, kiedy na dworze przez całą noc jest widno. Jednak na Islandii dozwolone jest rozstawianie namiotu, gdzie dusza zapragnie (za wyjątkiem prywatnych terenów). Nie mamy więc problemu z nakładaniem pasztetu na kanapkę, czy czytaniem książki do długich godzin nocnych. I tak kończy się pierwszy dzień na wyspie. Trzeba wypocząć, bo jutro rozpoczną się widoki jak ze snu. Tylko skąd będzie wiadomo, że człowiek już się obudził?


Podobno aż 60% turystów poprzestaje na zwiedzaniu tzw. Golden Circle. Idealne rozwiązanie dla turystów trzydniowych. Bez pośpiechu, wyposażeni w biały samochód z wypożyczalni. Teren jest tak bogaty w atrakcje, że i te trzy dni mogą być niebezpieczne dla ludzi o słabym sercu. Gdzie indziej zobaczymy wąwóz, który okazuje się miejscem styku dwóch najpotężniejszych płyt tektonicznych? Gdzie jeszcze sfotografujemy tryskającą na 30 metrów wodę, która następnie ląduje nam na głowę? Gdzie indziej możemy poczuć naprawdę intensywny zapach, który bynajmniej nie wynika z pozostawienia rozbitego jajka w lodówce na dwa miesiące.

Nam dodatkowo czas umila rosyjskie towarzystwo znad mongolskiej granicy. Rano złapani, nie pozbędą się nas do wieczora. Wpadli w autostopowe sidła. Na dodatek trasa ta sama.

Ile to ja się nasłuchałam na studiach o gejzerach, wybuchach i obszarach geotermalnych. Wyobraźnia galopowała za każdym razem. I niesamowite jest to, że na Islandii to wszystko jest w zasięgu ręki. W polsko-rosyjskim towarzystwie, przy celtyckich rytmach Dicka O’Brassa, ruszamy na podbój Golden Circle — Islandii w miniaturze.

Rejon geotermalny wokół Geysir jest w całości ogrodzony. Nie oznacza to jednak, że wejście jest płatne. Przewodnicy jedynie pilnują, aby nikt nie wchodził na teren, gdzie pod rozgrzaną ziemią aż wszystko syczy podgrzewane siłami natury do 100˚C. Pośrodku znajduje się niepozorne okrągłe jeziorko. To gejzer Strokkur, który co 10 minut wyrzuca wodę na około 25 metrów. Zbyt zachłanni na zdjęcie z bliska, kończą tak jak pewien turysta. Setki litrów rozgrzanej, śmierdzącej wody ląduje wprost na jego głowę i aparat. Ubaw może i niezły, ale współczuję małżonce zapachów w samochodzie.

Oprócz jeziora kraterowego Kerid, odwiedzamy też jeden z największych wodospadów. Tęcza przewieszona nad Gullfoss, wpadająca we wzburzoną głębię wodospadu, dodaje niesamowitego uroku scenerii. Ma się wrażenie, że przyroda specjalnie stworzyła idealnie pocztówkowy kadr do zdjęć.

— Adaś może rozbijemy tu naszego Fjordzika? — pytam zachłyśnięta pierwszymi wspaniałymi widokami.

— Hmm, w sumie czemu nie — odpowiada niepewnie Adam.

Pośrodku znajduje się niepozorne okrągłe jeziorko
Tęcza przewieszona nad Gullfoss, wpadająca we wzburzoną głębię wodospadu, dodaje niesamowitego uroku scenerii

Już prawie pożegnaliśmy się z naszymi rosyjskimi znajomymi, kiedy na horyzoncie dostrzegliśmy ośnieżone szczyty, a na twarzy dało się odczuć mroźny podmuch wiatru. Zmiana decyzji nie wymagała dużo czasu. Z powrotem wylądowaliśmy w przytulnym samochodzie, gdzie przy rosyjskich rytmach ruszyliśmy dalej.

Plan na dzisiejszą noc to miasto Selfoss. Najbardziej „ukryte” miejsce jakie udało nam się znaleźć, to zagłębienie terenu przy kościele. Z resztą, co za różnica. Według prawa możemy rozbić namiot dosłownie wszędzie. Potwierdza to nawet nasz kierowca. Nie zdziwiło go, kiedy pytamy o możliwość noclegu pod namiotem.

— You can camp here or here. Wherever you want — tłumaczy wskazując trawnik pod supermarketem, czy kawałek zieleni za bankiem.


Przed wyjazdem naczytaliśmy się o darmowej kawie w bankach, czy sklepach. Postanowiliśmy sprawdzić tą informację po chłodnej nocy przy kościele. Wchodzimy do banku wymienić pieniądze, a tu jak wół stoi ekspres, mleko, cukier, a w powietrzu unosi się delikatny aromat kawy. Nie omieszkaliśmy wzbogacić naszą dzisiejszą dietę w kofeinę. W nagrodę Adam zostawia obsłudze banku pustą butelkę, z której z kolei unosi się aromat zgniłych jaj. Nie pamiętam po co tą butelkę nosiliśmy ze sobą, ale zostawienie jej tuż przed nosem bankiera nie było celowe.

Im dalej na wschód, tym coraz ciekawiej. Widoki zza szyby przypominają nowozelandzkie sceny, które posłużyły jako tło do kręconego tam „Władcy Pierścieni”. Choć często to tło stawało się głównym bohaterem. Droga przez południową część wyspy już zawsze będzie mi się kojarzyła z Irakiem, Syrią i pakistańskim Nowym Jorkiem. A to za sprawą towarzyszy podróży, z którymi spędziliśmy cztery wspaniałe dni pełne wrażeń.

Nie trzeba było długo czekać aż brodaty, młody Irakijczyk zgarnie nas z ulicy, by razem odkrywać moc Islandii. Pierwszy przystanek, a już powoduje błysk w oku. Seljalandsfoss to wodospad, który pozwala obejść swoją wodną kurtynę dookoła. W przypadku islandzkiej pogody, bryza nie jest aż tak przyjemna. Mimo to, cieszymy się jak dzieci. Zresztą nie tylko my mamy radochę. Pewni chińscy turyści zażyczyli sobie bardziej wykwintnej rozrywki. Za wodną kurtyną stoi stolik, a na nim dwa kieliszki do wina. Uradowani turyści strzelają fotkami jak z kałacha. Cóż… czego nie robi się dla turystów.

Tak dla odmiany naszym kolejnym celem był wodospad. Pewnie po jakimś czasie przestanę o nich wspominać. Początkowo moja geograficzna wyobraźnia szalała przy każdym kolejnym wodospadzie. Po dwóch tygodniach kaskady wysokości Wodogrzmotów Mickiewicza wręcz śmieszyły. Skogafoss to początek (bądź koniec, jak kto woli) szlaku na Porsmork. Po wejściu na poziom rzeki, szlak ciągnie się wzdłuż kanionu wijącego się w kierunku interioru. Cała droga ma około 23 km. My pokonujemy rekreacyjne trzy kilometry. Niestety nie jesteśmy przygotowani na islandzką zimę w górach. Choć jak później się okaże, to islandzka zima dopadła nas.

Od tego momentu rozpoczyna się droga tak pełna niesamowitych zjawisk, że ciężko będzie ubrać to w słowa. Wzniesienia szpiczaste i te zaokrąglone, mieniące się zielenią góry i surowe ośnieżone szczyty. Wybrzeże oceanu z czarnym jak smoła piaskiem i złowrogie wybrzeża klifowe. Do tego jaskinie i bazaltowe słupy na plażach. Charakteru tajemniczości dodaje ukryty na nieskończenie szerokiej plaży wrak samolotu wojskowego Douglas Dakota z lat 70-tych. Niezwykle ciężki do zlokalizowania, wymagał od nas dużo cierpliwości i umiejętności pokonywania rzeki. Najłatwiej jest go zlokalizować przez GPS (63˚27’546’’N i 19˚21’887’’W). Tuż po zjechaniu z głównej drogi nr 1, około dwóch kilometrów za wodospadem Skogar postanowiliśmy zjechać białym hyundaiem w bezkres czarnego żwiru. Po trzech kilometrach jazdy po wyjeżdżonych śladach, powinno się ujrzeć na horyzoncie wrak Douglasa.

— Jak przejdziemy na drugą stronę? Ta rzeczka nie ma końca. — zadaje puszczone w przestrzeń pytanie.

Nasza orientacja jednak zawiodła, więc porzuciwszy samochód, niestrudzenie pokonujemy żwirowe pagórki i kolejne odnogi rzek, aby w końcu ujrzeć wrak. Smagany wiatrami północy stracił już przednią część kadłuba. Silnik pewnie skradli złomiarze tudzież kolekcjonerzy, a skrzydła wyrwało przy upadku. Mimo to samolot robi ogromne wrażenie. Dodatkowo zdobią go napisy w stylu „Tu byłem, Krzyś”. I żeby było ciekawiej, to właśnie polskich napisów jest najwięcej. Polska przejęła i tą atrakcję. Dobrze chociaż, że wrak nie wpadł w ręce kibiców. Już i tak w każdym kraju wiadomo jakie jest najpopularniejsze polskie słowo. Swoją drogą, zastanawiam się na co komu te podpisy na atrakcjach turystycznych. Rodzaj dowartościowania się? Przecież i tak nie wiem, kim jest owy Krzyś i nie pogratuluję mu, że dojechał tak daleko. Co jeszcze ciekawsze? Sama często tak robię…

Charakteru tajemniczości dodaje ukryty na nieskończenie szerokiej plaży wrak samolotu wojskowego Douglas Dakota z lat 70-tych

Do miasta Vik docieramy wieczorem. Rafiki (tak ochrzciliśmy kierowcę Irakijczyka) kieruje się w stronę swojego hotelu, a my z obietnicą podwózki kolejnego dnia, pod skarpę górującą nad miastem. Nocleg naprawdę przyjemny, gdyby nie wredne ptaki walczące o miejsce w dziurach nad naszymi głowami. Adasiowym zdaniem „wyglądam jak Ferdek i przysposobiłem się no snu”, zasypiamy więc z towarzyszącymi nam odgłosami dzikiego ptactwa.

Jak się rano okazało, nasza mała grupka powiększy się o kolejne dwie osoby. Najam — pakistański profesor historii z University of Colombia i Syryjka Amani. Wspólnie wyruszamy w kierunku, gdzie króluje Vatnajokull — nie tylko największy lodowiec Islandii, ale i całej Europy. Na horyzoncie rozciągają się białe od puchu szczyty, a drogę co i rusz przecinają rzeki z topniejących lodów. Z jednej strony sceneria jak z bezdroży Arizony, z drugiej jak z surowej Grenlandii. Niesamowita gra kontrastów, a po środku biały hyundai z piątką podróżnych z różnych stron świata.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 31.43