Prolog
Zmiana króla nie obyła się bez echa. Xarlez musiał wysłuchać, naprawdę wielu skarg…
— Nie zamierzam kłaniać się komuś takiemu! — Sperman wykrzyczał. — Zrobili mi… Niewyobrażalne rzeczy, a ty! TY PUŚCIŁEŚ ICH WOLNO!
— Spermanie, twoja kastracja nie jest moim interesem. — Xarlez chwycił się za głowę.
Generał jednak nie poddawał się.
— Szanowałem, nie! WIELBIŁEM twojego ojca, a ty? Jesteś marną imitacją króla! — Generał nie mógł już trzymać języka za zębami. — Zabiją Cię, poddani Cię po prostu zabiją…
— Skąd taka pewność? — Xarlez uśmiechnął się.
— Wszyscy słyszeli opowieści o Błękitnym Feniksie, naprawdę myślisz że zapomnimy o tym co zrobiłeś?
— Co według Ciebie zrobiłem Spermanie? — Spoważniał.
— Zabiłeś ich, cały swój ród! Jesteś bratobójcą, zabiłeś nawet własnego ojca… To tutaj nie przejdzie. — Sperman pomimo swojej kastracji, stał twardo przy swoim.
— Ale kto zabije MNIE? — Xarlez wstał z tronu. — Kto zabije tego okropnego, Błękitnego Feniksa o którym mówisz? Kto stanie oko w oko z zabójcą demonów!? Słyszałeś jakieś pseudo legendy i…
— Słyszałem dość!
— Gówno słyszałeś! Zabijałem demony, gdy wy dusiliście się pod Hardańskim butem, gdy głosiliście modły o łaskę do obcego króla!
— I gdzie Cię to zaprowadziło? — Sperman zripostował.
Sperman zmierzył wzrokiem protezy nóg Xarleza, uśmiechając się lekko, wyraz jego twarzy łączył jakimś cudem pogardę i to politowanie, jak tłumaczycie dziecku coś oczywistego.
— Znasz kogoś, kto przeżył walkę z królem demonów? Kogokolwiek! Kto wrócił z Hardanu z tarczą, a nie na tarczy!? — Xarlez wściekł się już do reszty.
Pochodnie sali tronowej zapłonęły błękitnym płomieniem, protezy Xarleza rozżarzyły się prawie do białości. Płaszcz który nosił — niby ognioodporny — nie zniósł takiego ciepła, ciężki, śmierdzący jak śmierć dym wydobywał się spod niego.
Już po chwili, salę tronową spowiła ciemność oświetlona jedynie błękitnymi płomieniami pochodni. Sperman nie czuł, że stoi przed królem, głową państwa, młodym mędrcem… Stał przed Błękitnym Feniksem. Próbował ułożyć jakieś zdanie, powiedzieć cokolwiek, ale nie mógł. Bał się, po prostu się bał. Zamknął oczy, nie chciał patrzeć na to co go spotka.
Gdy nagle, drzwi sali tronowej otworzyły się z impetem.
— Tu się nie da oddychać! — Ksera wrzasnęła.
Królowa przemieniła swoją lewą dłoń w nietoperze skrzydzło, po czym machnęła nim tak mocno, że świeże powietrze prawie całkowicie wykurzyło dym z sali. W dodatku Sperman prawie się przewrócił, tak silny był podmuch. Gdy dym opadł i widoczność zdecydowanie się poprawiła, Sperman resztkami odwagi spojrzał przed Siebie. Xarlez siedział na tronie, wciąż naburmuszony, ale zdecydowanie mniej morderczy niż przed chwilą.
— Królowo. — Ukłonił się lekko.
— Kastracie. — Również się ukłoniła.
Po tych słowach Sperman wybiegł z sali tronowej. Ksera obejrzała się za nim.
— Drzwi! — Upomniała go.
Sperman cofnął się i zamknął drzwi. Zanim Xarlez się nawet obejrzał, Ksera wskoczyła już na tron, a właściwie na jego kolana. Usiadła bokiem na jego kolanach i przeciągnęła się niczym kot po długiej drzemce.
— Zimno mi. — Stwierdziła.
— Może nie chodź na boso po kamiennej podłodze? — Xarlez zaproponował.
Jej strój był wystrojony jak na audiencję — ciężki jedwab, srebrne zdobienia, kabaretki napięte na udach. Tylko stopy pozostały bose, zadbane aż do przesady, paznokcie lśniły czerwienią w błękitnym świetle.
— Myślałam że je lubisz. — Odpowiedziała zmieszana.
Xarlez nic nie odpowiedział, powstrzymał jedynie parsknięcie śmiechem. Ksera na to tylko skuliła nogi, przykładając kolana do samej klatki piersiowej, siadając na jednym z podłokietników tronu. Patrzyła mu w oczy, poczuł się tak jakby cały świat na chwilę zniknął.
— Moja królowa…
Rozdział I — Nowa przygoda
Jeźdźcy nie przejęli się napiętą atmosferą w Arsonii — dla nich to był nowy początek. Camil zawiesił swoją działalność jako generał, odebrał pokaźną emeryturę wojskową i postanowił, że nadszedł czas na coś innego, bez niepotrzebnych dram i ryzyka… Dokładnie dlatego nie zamierzał wracać do domu, do którego był spóźniony jakieś 3 lata.
Jeźdźcy nie rozmawiali o polityce ani wojnie. W głowach mieli tylko jedno: opuścić Arsonię i ruszyć ku nieznanemu. Po kilku przystankach, między innymi we Frostanie, Udali się wkońcu do Hardanu — krainy demonów, prastarego królestwa, które władało ponad połową znanego im świata. Gdy udali się na rynek zebrać zapasy, coś niepokojącego (i niesamowicie zabawnego) obiło im się o uszy…
NyaKi szukał składników do bardzo istotnej mikstury, biegał od stoiska do stoiska, przeglądał przeróżne odczynniki, rzadkie kwiaty, magiczne kamienie. Lecz w końcu znalazł. Dziarsko podszedł do stoiska, wyjął z kieszeni kilka złotych monet z emerytury wojskowej Camila i wreszcie mógł zakupić najważniejszy składnik.
— Ten bimber poproszę. — Wskazał na butelkę.
Ważną miksturą o której była mowa był oczywiście znany Hardański drink “bimber śmierci”, polegał on na tym, że mieszało się pół na pół bimber z kawiorem. Smakowało ohydnie, ale było bardzo drogie, więc Hardańczycy oczywiście zrobili z tego swój narodowy napój.
Gdy robili mniej istotne zakupy, jak broń, jedzenie czy mapy, w końcu natrafiła na nich ta niepokojąca, kująca w najgłębsze zakamarki umysłu plotka. Dwóch podejrzanych typków minęło Q-chana i Rexodiasa, gdy Ci przymierzali pancerze ze smoczej skóry.
— To on? — Jeden z głosów wyszeptał niesamowicie cicho, Rexodias ledwo to usłyszał, gdyby nie lata praktyki? Ominąłby ten szept.
— TAK! TO ON! — Drugi głos powiedział minimalnie głośniej.
I nagle jak na sygnał! Trzech typa rzuciło się na Rexodiasa, dwóch chwyciło go za ręce, a trzeci przyłożył do jego tyłka wielki słoik. Czwarty chciał kopnąć go w brzuch, lecz Q-chan powstrzymał go.
— Musimy je zdobyć! — Syknął jeden z zamachowców.
— O chuj wam chodzi panowie? — Rexodias zapytał kulturalnie.
— Bąk. — Odpowiedział poważnie.
— Co? — Przywódca Jeźdźców zdziwił się.
— Bąk. — Q-chan powtórzył.
— Co ja robię ze swoim życiem… — Rexodias wymamrotał do Siebie.
Nim zdążył się nad tym zastanowić, wybuchła dzika walka, Rexodias chwycił za miecz i ruszył do ataku, zaraz zanim oczywiście Q-chan w formie Biesa. Atakujących łącznie było naprawdę niewielu, może około raptem czterdziestu chłopa poukrywanych w zakątkach ryneczku.
Niepokoiła (i niezmiernie bawiła jednocześnie) ich tylko jedna rzecz: dziwna legenda o bąkach Rexodiasa, która obijała im się o uszy co jakiś czas. Nikt nie wiedział, czy wymyślił ją psychofan, zboczeniec, czy może ktoś po prostu bardzo znudzony. Tak czy inaczej, mieli to gdzieś.
Walka nie była krótka, nikt normalny nie zdążyłby nawet napisać jej opisu — TAK KRÓTKA BYŁA. Ruszyli więc dalej, Rexodias wycierał swój miecz o szaty losowych żebraków, bo nie mógł przecież marnować przeznaczonych do tego szmat które dopiero kupił.
— Płyniemy do Hardanu tak? — NyaKi spytał.
— Ta, będzie fajnie. — Rexodias odpowiedział. — Wracamy na stare śmieci.
— Ostatnim razem jak tam byłem to siłą wcielono mnie do armii. — Koci Wojak zripostował.
— Ostatnim razem nie byłeś jeszcze Jeźdźcem Spierdolenia. Nikt Cię nawet nie ruszy.
Pogaduszki przerwał fakt, że nie mieli łodzi. Której by jednak potrzebowali, Arsonię i Hardan dzielił pokaźny ocean. NyaKi już wyjął piórko, miał właśnie zacząć pisać, lecz Camil wyrwał mu je z dłoni.
— Nic nie będziesz czarować, uczciwie kupimy okręt. — Stwierdził. — Stać nas.
Camil był dumny ze swojej wojskowej emerytury. Podszedł do pierwszego handlarza jakiego napotkał.
— Odwal się pan, ja tu tylko ziemniaki sprzedaję! — Jeźdźcy usłyszeli po chwili.
Camil nieco przygaszony podszedł do drugiego handlarza, który tym razem rzeczywiście zajmował się sprzedażą okrętów i innych łódek. Bezceremonialnie rzucił swój mieszek ze złotem na stół i wskazał na największy okręt jaki mieli. Był to emerytowany niszczyciel, łatany dziesiątki razy, lecz wciąż wyglądał majestatycznie. Mężczyzna w średnim wieku zaśmiał się, gdy zobaczył ile Camil oferuje mu złota. Camil zdał Sobie sprawę, że jednak są biedni. Z podkulonym ogonem oddał NyaKiemu pióro.
NyaKi wyczarował przepiękny statek, po czym Rexodias zdzielił go za złe nazewnictwo.
— Okręt. O-K-R-Ę-T! — zaznaczył kulturalnie.
Podczas gdy Camil i NyaKi szykowali OKRĘT do wypłynięcia, Rexodias i Q-chan nie mogli przestać wspominać Wielkiej Wojny, te bitwy, akcja. Pierwszy raz od dawna musieli się tak NAPRAWDĘ postarać, było to dla nich wręcz egzotyczne przeżycie.
Jednak, nie każdemu podobały się takie wspominki, NyaKi nie wspominał zbyt dobrze bycia prawie przeciętym na pół przez zdradzieckiego Madrinowca, no ale mówi się trudno, każdemu się czasem zdarza… A przynajmniej taką miał nadzieję. W Camilu dalej jednak siedziała ostatnia bitwa…
— Byliście przyjaciółmi. — Camil zagadał.
— Do czego dążysz? — Koci Wojak próbował zwęszyć podstęp.
— Widziałeś co odjebał, my też nie jesteśmy święci, ale to? To przesada. — Powiedział takim tonem jakby sam podważał własne myśli.
NyaKi zamilkł na chwilę. Wyjął z kieszeni płaszcza fiolkę demonitu.
— Wiesz co musieliśmy zrobić by to osiągnąć? — wymamrotał po chwili. — Sukces wymaga poświęceń.
— Nie o to mi chodzi. — Camil zatrzymał go. — Chodzi o sam fakt, czy to naprawdę zwycięstwo? Zabił setki jak nie tysiące swoich!
— Bo Ty patrzysz na tą jedną bitwę. — NyaKi westchnął. — Nie chodziło o zwycięstwo, chodzi o spokój. Żaden Frostańczyk nawet nie tknie Arsońskiej granicy kijem, uczciwe, kalkulowane zwycięstwo by nikogo nie odstraszyło.
— Racja, nie myślałem o tym w taki sposób, chyba za bardzo wziąłem do Siebie tą bitwę. — przetarł zmęczone oczy.
NyaKi poklepał go po ramieniu i użył pióra by rozwinąć żagle okrętu.
— NYAKI IDIOTO! KOTWICA! — Q-chan wydarł się z drugiego końca okrętu.
Kotwica pędzącego okrętu owinęła się wokół pali podtrzymujących port. Napędzany wiatrem i magią okręt nawet nie zawahał się, wyrwał pale zawalając pokaźną część portu. Rexodias tylko podszedł do niego i Camila z kubkami kawy, dał jeden Camilowi i razem sączyli kawę patrząc na powstałą za nimi destrukcję.
— Musimy pozbyć się dowodów. — Stwierdził po chwili. — Q-chan!
Bez sekundy zawahania berserker przemienił się w smoka i ruszył w stronę portu topiąc go do reszty, podpalił też stojące tam okręty, aby żaden mściwy marynarz ani co gorsza rybak nie ruszył za nimi.
— Mogliśmy się cofnąć i zapłacić za szkody. — Camil wtrącił po chwili.
— Teraz to mówisz? — Rexodias parsknął śmiechem opluwając się kawą.
Gorący wywar oblał całą jego klatkę piersiową, brudząc płaszcz i koszulę.
— Wypierze się. — NyaKi machnął ręką.
— Jakie pranie? Patrz.
Rexodias przycisnął palec wskazujący do swojego czoło, po kilku sekundach plama po prostu zniknęła.
— Jak to zrobiłeś!? — Camil był w szoku.
— Miałem w nią wyjebane. — Odpowiedział krótko.
Po skończonej robocie Q-chan w formie smoka dogonił pędzący okręt Jeźdźców. Przybrał ludzką postać i usiadł na burcie obok swoich towarzyszy.
— Dlaczego jesteś nagi? — NyaKi spytał.
— Dopiero przybrałem ludzką postać, daj mi spokój. — Q-chan zbył go.
— NIGDY wcześniej nie pozbawiało Cię to ubrań. — Camil wtrącił się.
— Nie mogę być nagi? Tylko nas czterech na otwartym morzu… okej to dziwnie brzmi. idę się ubrać.
— CAMIL PATRZ! Chałwa! — NyaKi krzyknął.
Camil bez zastanowienia obrócił się o 180 stopni uderzając Q-chana swoimi fałdami. Bezsilny berserker wpadł do wody.
— Za co to? — Rexodias parsknął śmiechem.
NyaKi nie odpowiedział, nie był wstanie opanować śmiechu. Q-chan wspiął się na pokład i bez słowa udał się do swojej kajuty z syreną pod pachą.
— Wrzuć ją do wody! — Rexodias zarządał.
— Nie możemy jej zjeść? — Był zawiedziony.
Q-chan wskazał na jej soczysty rybi ogon, podczas gdy ta próbowała zaczarować go swoimi pieśniami.
— No tylko patrzcie.
Q-chan ściskał i ugniatał pokryty łuskami ogon eksponując go w stronę przyjaciół.
— Okej, czy tylko ja widzę jakie to zboczone!? — Rexodias oburzył się.
— Syreniego dupska nigdy nie widziałeś? Mają pyszne ogony. — Camil bronił go.
— Okej, ale wciąż, jest to conajmniej niesmaczne, NyaKi, może ty mnie poprzesz!?
— Dobra, bo się kurwa popłaczesz. — Q przewrócił oczami.
Wyrzucił syrenę do wody, ale ta zamiast uciec ku wolności spadła na taflę wody jak naleśnik i unosiła się bezwładnie.
— Chyba się udusiła. — NyaKi zaznaczył.
— Dlatego przestała się wierzgać… — Q-chan podrapał się po głowie.
Zapadła chwila ciszy, nie wiedzieli czy wypada się śmiać, co prawda Q-chan planował zjeść jej ogon, ale i tak było im jej szkoda.
— Chcecie się napić? — Q zaproponował.
— Jak się ubierzesz to możemy chlać przez całą drogę. — NyaKi niezręcznie poklepał go po plecach. — Masz tu kość?
NyaKi ścisnął jeden z mięśni pleców.
— To mięśnie, też kiedyś będziesz miał maluszku. — Powiedział ironicznie ciągnąc go za policzek jak babuszka.
— Dobry pomysł, ale coś by się zjadło nie? Jestem już taki głodny… — Rexodias lamentował. — żałuję że tak Cię cisnąłem o tą syrenę.
Jeźdźcy uczciwie podzielili się obowiązkami, Camil wypakował bagaże spomiędzy swoich fałd, w tym stół, dwie ławki i 17 mini lodóweczek na alkohol.
NyaKi użył wcześniej kupionych wywarów by stworzyć matematycznie poprawny alkohol. Maksimum procentów z minimalnym posmakiem alkoholu. Jego rekordem była ciecz o smaku krystalicznej wody mającej 80% alkoholu. Niestety użył metanolu więc prawie zginęli pijąc go, ale był z Siebie dumny. Chciał to powtórzyć z możliwym do konsumpcji alkoholem.
Q-chan zanurkował po coś do jedzenia, mieli zapasy, ale nikt nie pogardzi czym świeżym. Natrafił na kilka syren, chyba wściekłe siostry jego poprzedniej ofiary goniły ich okręt, ale je olał. Był to zbyt kontrowersyjny posiłek. W końcu napotkał niedźwiedzio-lisa wodnego, którego nazwa była niezwykle myląca iż był to gatunek rekina. Casualowo chwycił go za skrzela i wyrzucił na pokład.
Oczywiście mógł uprzedzić, że rzuca rekinem, ale widok NyaKiego uciekającego przed krwiożerczą rybą był zdecydowanie zabawniejszy.
Rexodias wziął się za najważniejsze, było to niedoceniane, lecz niezwykle odpowiedzialne zadanie. Przygotował idealne jajka, boczek i cebulkę na jajecznicę następnego ranka. Ważył każde jajko, liczył wagę swoich przyjaciół i korzystając ze skomplikowanych wzorów liczył ile jajek powinni zjeść by wyleczyć kaca, ale też nie naruszyć zmęczonego melanżem żołądka. Była to jedna z niewielu rzeczy na które nie miał kompletnie wywalone i było to widać!
Gdy słońce zaczęło zachodzić, zasiedli do stołu, NyaKi szybkim wpisem zwinął żagle, nie sprzyjało to ich podróży, lecz poruszanie się podczas popijawy nie skończyłoby się najlepiej. Camil wyciągnął swój zestaw zielarski i przygotował drink ze swojej ojczyzny, nazywał go „dżager mistrzem”, nie wyjaśnił dlaczego.
Dumny z Siebie Q-chan podał do stołu upolowanego przez Siebie rekina. W normalnych warunkach w życiu by go nawet nie tknęli… Ale Q-chan miał po prostu talent, dar do gotowania. Jego zapach był nie do opisania, lecz żal byłoby nie spróbować: pachniał jednocześnie kuchnią domową poczciwej babuszki i egzotycznością zagranicznych kuchni. Przytłaczał, lecz zapraszał jednocześnie.
Zachwyt daniem przerwał jednak Camil.
— Gdzie Rexodias? — Spytał zniecierpliwiony.
Przyzwyczaili się już do jego spóźnialstwa i nie stawiało ono zazwyczaj większych przeszkód, lecz Camil nie mógł ignorować tego gdy miał przed Sobą tak pyszną potrawę. Nie mogli zacząć bez niego, nie wypadało. NyaKi nie chciał buntu na pokładzie pierwszego dnia, więc szybko zbiegł na dolny pokład po Rexodiasa. Zastał go w jego kajucie, wyczerpanego, leżącego pod setkami kartek pełnymi obliczeń.
— Udało mi się… — Wykrztusił z Siebie resztkami sił.
Wyciągnął rękę do NyaKiego, Koci Wojak pomógł mu wstać, ledwo podniósł przywódcę. Nie przez brak siły, po prostu był tak wiotki i rozlany po podłodze ze zmęczenia.
— Co się udało? — NyaKi w końcu zapytał.
— Jajecznica… przepis… będzie idealna… — Tylko pojedyncze słowa były jakkolwiek zrozumiałe.
Rexodias ledwo człapał po schodach, NyaKi musiał go praktycznie wnosić. Jednak udało im się przysiąść do Camila i Q-chana.
Berseker natychmiast zdzielił Rexodiasa.
— Czy Ty choć raz! RAZ! Możesz przyjść na popijawę pełny sił!? Znowu masz kaca!?
NyaKi stanął w jego obronie.
— Przygotował przepis na jajecznicę która uleczy kaca. — Powiedział twardo. — To bohater.
Camil nie przejął się, wziął swój kubek kawy, gęstej, składającej się z tak dużej ilości kawy że miała konsystencję budyniu. Przyłożył ją do nosa Rexodiasa, zapach był tak intensywny, że natychmiast obudził przywódcę Jeźdźców.
— Pijmy. — Zarządził.
— Kto polewa pierwszy? — Zapytał niewinnie Q-chan.
— Skoro tak Ci się śpieszy… — Rexodias uśmiechnął się lekko. — Polej…
— Ej ej! Ty zarządziłeś picie! — Q-chan bronił się.
— Nie powiedziałem że w tej sekundzie, mamy całą noc. — Rexodias wzruszył ramionami, niby nie wzruszony.
Q-chan czuł że przegrywa tą dyskusję. Musiał użyć jedynego znanego mu argumentu — przemocy. Natychmiast przemienił się w biesa i skoczył na Rexodiasa. Przywódca nie mógł pozwolić by uszkodził ułożenie zastawionego stołu, zniszczył by jedzenie i rozbił wszystkie butelki alkoholu. Pstryknięciem palca odbił szarżującego Biesa na drugi koniec okrętu. Uderzył w rufę z takim impetem, że prawie poleciał razem z nią do wody.
— To nie jest tego warte Q! — Próbował go uspokoić.
Ten jednak nie słuchał, przemienił się w magicznego rekina którego upolował wcześniej i wskoczył do wody. Po kilku sekundach z prędkością dźwięku wyskoczył z wody z drugiej strony okrętu. Wydawało się, że wygra pojedynek, nie było opcji że nie trafi Rexodiasa. Ku zaskoczeniu wszystkich przeleciał przez niego tak jakby w ogóle go nie było.
— Nie trafisz mnie. — Objaśniał go.
Q-chan dalej próbował, jednak nie mógł go nawet tknąć w żaden sposób.
— Jak!? — Q-chan wydarł się głosem pełnym desperacji.
— Chcę się tylko z wami napić. Tylko to mnie obchodzi w tym momencie, nawet nie wiesz jak bardzo mam wyjebane w naszą walkę. — Rexodias wyjaśnił.
Q-chan był bezsilny, nie mógł nic zrobić. Rexodias był po prostu zbyt potężny, nikt nie był w stanie do końca i jednoznacznie wyjaśnić magii Rexodiasa, lecz roboczo nazwał to „zajebistością”. jedną z jego kluczowych zdolności było ignorowanie każdego ataku, o ile nie postrzegał atakującego jako zagrożenie, nawet jako istniejącej osoby. Szanował Q-chana ponad życie, więc czuł lekki dotyk, lecz nie dawał oznak tego by wjechać mu na psychę.
— Dobra uspokójcie się, polałem. — NyaKi uratował sytuację.
Początkowo zadowolony Rexodias usiadł do stołu, lecz od razu prawie spadł z krzesła przerażony.
— Co Ty odjebałeś? — Wygęgał po chwili.
NyaKi nie użył kieliszków. Nalał wódkę do szklanek, pod sam czubek. Nie chodziło tu nawet o napięcie powierzchniowe, że wódka lekko wystawała ponad szklankę, wódka przypominała bardziej gałkę lodów, idealna sfera wystawała ponad kubek niczym bańka mydlana.
— Pozwoliłeś mu polewać!? — Q-chan był w szoku. — Camil, życie Ci niemile?
Camil nie wzruszony podniósł kieliszek.
— Chcieliście pić. — Uśmiechnął się.
— Ty… ZAPLANOWAŁEŚ TO! — Rexodias syknął przez zęby.
— Kazałeś mi czekać z jedzeniem, mogłem umrzeć z głodu, albo co gorsza schudnąć. Czekaliśmy latami by zjeść tego rekina.
— Czekaliście parę minut! — Bronił się.
Camil jednak nie zamierzał ustąpić, uśmiechnął się i podniósł szklankę jeszcze wyżej.
— Zdrówko! — Powiedział życzliwie, choć z nutką grozy.
Szklanka była tak ciężka, że NyaKi musiał chwycić ją obiema rękami. W każdej były skompresowane 3 litry alkoholu. Musiał zapisać dziesiątki linijek swoim piórem, by rzucić tak potężny czar by to polać.
Q-chan i Rexodias spojrzeli po Sobie, wiedzieli że to ich wina. Nie byli nawet źli, zasłużyli.
Jeźdźcy wlewalo w Siebie alkohol, Rexodias i Q-chan zalewali się kolejnymi dekompresującymi się litrami, żegnali się powoli z życiem, podczas gdy Camil po prostu zjadł szklankę i wypluł ją pustą po chwili, a NyaKi po wyrzuceniu z Siebie całego powietrza połknął jej zawartość na jeden raz.
— Masz zdecydowanie głębokie gardło jak na faceta. — Camil poklepał NyaKiego po plecach.
Ze łzami w oczach, Q-chan i Rexodias próbowali chwycić za popitę lub zagryzkę, lecz nie mogli się nawet ruszyć.
— Ja poleję następnego… — Q-chan poddał się.
— HA! — Rexodias ryknął. — Wygrałem!
Nagły ruch spowodował zastrzyk alkoholowy, Rexodias padł po swoim okrzyku jak kłoda, kompletnie pijany.
— Nie… tu nie ma zwycięzców… — Wyszeptał Q-chan ocierając łzę.
Rozdział II — kac, pająk i loch
Jeźdźcy obudzili się na plaży, okręt zastali w strzępkach.
— Co się stało? Zwinąłem żagle… — NyaKi przecierał zmęczone światłem oczy.
— Wybaczcie, zdjąłem koszulkę do spania i moje fałdy zadziałały jak żagiel… — Camil przyznał wstydliwie.
Q-chan również próbował coś powiedzieć, lecz jego wysuszone przez odwodnienie usta nie chciały współpracować.
Ku zaskoczeniu wszystkich, Rexodias wstał jako pierwszy, wyszedł właśnie z wraku i zrozpaczony padł na kolana.
— Jajecznica! Skradziona! — Bił pięściami w piach.
Z wraku prowadziły ślady ogromnego stworzenia, coś jak kurze łapki, ale mięsiste, potężne. Oczy NyaKiego błysnęły z ekscytacji.
— Wiem gdzie jesteśmy! — Krzyknął.
Pozostali jeźdźcy chwycili się za uszy. Kac był po prostu zbyt silny, ale musimy odzyskać jajecznicę. Ruszyli śladem bestii.
— Jesteśmy w kraterze czasowym. — NyaKi zaczął wyjaśniać.
— Co to znaczy? — Q-chan spytał.
— Nie miałeś lekcji historii? — Camil zgasił go.
— Nie jestem nerdem jak wy. — Szczycił się. — Niepotrzebna mi ta wiedza.
— Nie masz tej wiedzy, bo byłeś kurwa w elfickim więzieniu od podstawówki. — Rexodias parsknął śmiechem.
— To tylko szczegół. — Q-chan również się zaśmiał.
— Magowie czasu robili tu jakiś rytuał, ale się nie udało i przywrócili do życia faunę i florę sprzed milionów lat. — NyaKi powiedział w skrócie.
Q-chan zgubił się na słowie „fauna”, ale i tak przytaknął, doceniając objaśnienie. Bardzo łatwo doszli do wniosku, że któreś z antycznych zwierząt przygarnęło ich jajecznicę, musieli ją odzyskać lub chociaż się zemścić. NyaKi zawsze marzył by się tu znaleźć i było to widać.
— Mieszkałeś całe życie w Hardanie i nigdy tu nie byłeś? — Rexodias zdziwił się.
— Hardan ma powierzchnię kontynentu, wiesz jak ciężko czasem dostać się z jednego miejsca w drugie? — NyaKi zripostował.
— W sumie racja, zapomniałem jak krótkie masz nóżki. — Powstrzymywał śmiech.
— Pierdol się. — NyaKi odpyskował naburmuszony.
Q-chan nagle zatrzymał wszystkich gestem dłoni, natychmiast zamilkli.
— Słyszycie te agonalne krzyki w oddali? — Spytał.
— Burczy mi w brzuchu. — Camil szepnął zawstydzony.
Rexodias padł na ziemię, nie mógł powstrzymać śmiechu. Był zbyt skacowany by z tym walczyć, jednak był to zły pomysł. W ułamku sekundy gigantyczny pająk otworzył klapę złożoną z pajęczyn i ziemi i wciągnął Rexodiasa do swojej nory.
— Okej, miło było go znać! — NyaKi podniósł ręce i obrócił się na pięcie.
Camil chwycił go za kaptur płaszcza i przyciągnął go do Siebie.
— Schodzimy tam. — Q-chan zarządził.
Wywalił drzwiczki do kryjówki z kopa i wskoczył do tunelu. Zaraz za nim, Camil wrzucił NyaKiego, po czym sam wskoczył. Camil niestety zatkał tunel i nie mógł spaść zbyt nisko.
— Wciągnij mnie! — Camil krzyknął.
Q-chan przemienił się w biesa i chwycił Camila za dłoń, po czym przeciągnął go przez cały tunel doszczętnie go zawalając wyjście.
— Świetnie, utknęliśmy tu z tym pająkiem… jeeeej… — NyaKi wymamrotał nerwowo.
— Nie narzekaj. — Camil stwierdził krótko.
— Ale…
— Nie narzekaj.
— Camil!
— Nie narzekaj!
W tym momencie pająk chwycił Camila od tyłu i wciągnął go do innego tunelu.
— Próbowałem go ostrzec. — NyaKi wzruszył ramionami.
— Fair. — Q-chan przytaknął.
Jedynym źródłem światła były małe, zielone i na pewno strasznie radioaktywne kamyczki w ścianach tunelu, NyaKi więc wyczarował im pochodnie. Szli przez długie tunele, mijając czasami kokony, lub na wpół strawione zawinięte w sieć ofiary. Q-chan wyjął swój najmniejszy miecz ze swojego worka na broń. W rękach NyaKiego był to praktycznie miecz dwuręczny, ale i tak mu go dał, musiał się czymś obronić.
— Dzięki. — NyaKi uśmiechnął się lekko.
— Luz, słuchaj, walczyliśmy z gorszymi rzeczami. Gdyby nie miał kaca, to Rexodias by go sam zabił. — Q uspokajał go. — Nie masz się czym martwić.
Szli przez wykopane przez pająka tunele i po czasie zauważyli, że zielonych kamyczków było coraz więcej i więcej, a czasem towarzyszyły im również zdobione kamienne cegły.
— Tunel łączy się z jakimiś ruinami. — Q-chan łączył kropki.
— Wyjmij mi tą cegłę ze ściany. — NyaKi wskazał na cel.
Q-chan jednym ruchem wyrwał zdobiony kawał kamienia. NyaKi wyczyścił go lekko i uważnie oglądał zdobieniami. Nie znał znaczenia tych symboli, lecz był pewien że chodziło o magię. Gdy trzymał cegłę dwiema rękami, czuł jak jego magia krąży przez symbole z jednej dłoni do drugiej.
— To część ogromnego mechanizmu. — Myślał głośno.
— Co robił? — Q-chan ciągnął.
— Coś z przepływem magii i to ogromnym patrząc na rozmiar tuneli, powinniśmy niedługo dojść do jakiegoś skrzyżowania tuneli, możliwe że chodzi o wiesz, skupienie dużej ilości energii w jednym miejscu.
— Albo rozprowadzenie magii, żeby coś nie jebło. — Q-chan zaproponował swoją teorię.
— Tak, to ma sens. — NyaKi podjarał się.
— Najwidoczniej jednak jebło. — Q-chan zaśmiał się
Teoria Kociego Wojaka wkrótce się sprawdziła, rzeczywiście trafili na rozdroże. Była to ogromna hala w kształcie koła. Od sali prowadziło jeszcze 7 tuneli, wszystkie pokryte w całości pajęczynami. Jedynie tunel którym przyszli był jakkolwiek możliwy do przejścia.
— Rozdzielamy się? — Q zaproponował.
— Wal się. — NyaKi prawie że pisnął oburzony.
Na dźwięk jego jakże męskiego pisku jedna z gór pajęczyn zaczęła się ruszać, NyaKi natychmiast wbił w nią swój miecz. Ten jednak odbił się jak piłka kauczukowa. Q-chan chwycił za pajęczynę i zerwał z nią z uwięzionego stworzenia. Był to Camil.
— Wiedziałem, wszędzie bym poznał tą sprężystą fałdkę! — Q-chan krzyknął zadowolony.
— Czy ty mnie dźgnąłeś!? — Camil wydarł się.
— Wystraszyłeś mnie! — NyaKi tłumaczył.
NyaKi rzucił się w ramiona Camila tonąc w jego fałdach.
— I jak ja mam się gniewać na takiego idiotę. — Camil rozczulił się.
Wspólnie przeszukiwali kolejne kokony w poszukiwaniu Rexodiasa.
— Wiecie jak jedzą pająki? Wstrzykują wam jad by wasze wnętrzności się rozpuściły i mogły je wypić. — NyaKi dramatyzował, stresując samego Siebie.
— Zajebiste. — Q-chan przytaknął. — Muszę się w niego przemienić. Czy pająki mają szpik?
— Właśnie, przemienisz się w niego bez szpiku? — Camil podłapał temat.
— Może ta miękka tkanka w środku liczy się jako szpik? — NyaKi zgadywał. — One mają jakby szkielet na zewnątrz.
— Albo może musisz pomemłać chitynę w ustach? — Camil zgadywał dalej.
Przemyślenia przerwał im jeden z kokonów, nie był pełen lekko zgniłego mięsa jak pozostałe, tym razem była w środku skrzynia zamknięta na 3 spusty. Camil wcisnął ją między fałdy i szedł dalej. Gdy skończyły się kokony na wokół hali, przeszli na sam środek. Dokładnie wyczyścili znajdujący się na środku filar pokryty zegarami i magicznymi runami.
— To świątynia magów czasu. — Stwierdził NyaKi.
Koci Wojak oglądał i dotykał filar ekscytując się starożytną magią. Camil modlił się, by nie dotknął go w zły sposób, no i oczywiście wykrakał. Przejechał palcami po wciąż aktywnej runie i dawka jego nieskończonej magicznej energii przeleciała przez cały mechanizm. Runy i zdobienia zaświeciły się różowo-czerwonym światłem, energia mknęła po całej hali i tunelach wypalając pajęczyny i kokony po drodze. Z jednego z tuneli wydobył się tupot pajęczych nóg.
— wywabiłeś go, dobra robota. — Camil uśmiechnął się.
Pająk chciał się na nich rzucić, lecz przewrócił się i padł na ziemię wyczerpany. Jego pancerz robił się miękki i przeźroczysty.
— Mmm żelki — Q-chan parsknął śmiechem.
— Młodnieje, jest jak po wylince. — NyaKi tłumaczył.
Nim zdążyli przeanalizować co się dokładnie stało, dzieciak ze zdecydowanie za dużym dla Siebie mieczem wskoczył na plecy pająka zabijając go jednym uderzeniem. Korzystając z okazji, Q-chan przemienił się w biesa i zaczął jeść ciało pająka.
— Co ty tu robisz malutki? — NyaKi uklęknął.
— O co Ci chodzi, NyaKi? — Dzieciak odpowiedział.
— Czekaj! — Camil ryknął śmiechem. — To Rexodias!
Rexodias spojrzał na swoje zdecydowanie za małe dłonie. Zamilkł na chwilę.
— Tunel Cię odmłodził, po tym jak przeszła przez niego moja magia. — NyaKi tłumaczył.
— Cofaj to! — zarządał.
— Daj mi chwilę, zaraz zmienimy runy, na jakieś bardziej nowoczesne i znowu odpalę tunele. — Uspokajał go.
Mały Rexodias się uspokoił, wierzył NyaKiemu. Przecież osoba która jest mu jak brat nigdy by go nie okłamała, prawda? BŁĄD. NyaKi nie miał pojęcia jak to zrobić. Tak czy siak, wziął się za pisanie. Zmieniał runy, lecz opisywał je dość na opak, liczył że jak napisze że chce runy postarzające, to takowe po prostu dostanie. Jednak nic się nie stało. Musiał być konkretny, magia pióra nie sięgała po wiedzę której NyaKi po prostu nie miał.
— Myślisz że wszystkie tunele robią to samo? Może któryś postarza? — Camil próbował pomóc.
— Wszystkie runy są identyczne. — NyaKi objaśnił.
— NyaKi, myślisz że jakiś mag czasu tu umarł? — Q-chan spytał.
— Możliwe, z tego co widzę to nieźle tu coś jebło.
— Znajdźmy zwłoki i je… odmłodzimy? — Q-chan zaproponował.
Pomysł ten był głupi, nie etyczny i w 100% diaboliczny. Lecz mógłby być wykonalny, więc spróbowali tak czy siak. W postaci pająka Q-chan przeszukał dokładnie tunele, po kilku godzinach wrócił ze zwłokami ubranymi w stare szaty z zegarem wyszytym na klacie.
— Mag czasu jak się patrzy. — Camil potwierdził.
Wrzucili zwłoki do jednego z tuneli, po czym NyaKi znów uruchomił antyczną maszynerię. Z każdą sekundą runy robiły się coraz bardziej niestabilne, magiczne iskry muskały jeźdźców jak elektryczne bicze.
Q-chan przybrał formę smoka i osłonił przyjaciół skrzydłami. Iskry raniły je coraz bardziej, lecz wciąż stał twardo jak żywa tarcza.
Po kilkunastu minutach usłyszeli z tuneli krzyk. NyaKi natychmiast przerwał przepływ energii.
W miejscu zwłok stał teraz mężczyzna w średnim wieku w pięknych białych szatach. Jeźdźcy nie zdążyli nawet nic powiedzieć. Poruszając się w czasie i przestrzeni mag czasu dał każdemu z nich po pysku z drewnianej laski. Darł się na nich nieznanym im językiem, NyaKi w końcu podniósł małego Rexodiasa i przystawił go magowi czasu do twarzy. Zrozumiał od razu, zaśmiał się i pstryknął palcami. W ciągu kilku sekund Rexodias dorósł do odpowiedniego wieku.
Mag czasu w końcu rozejrzał się po ruinach. Pozostałości pajęczych sieci, zwłoki ludzi i zwierząt, zawalone tunele. Nie był smutny, nie był nawet zły. Był zawiedziony. Wtedy Jeźdźcy zrozumieli. Ci magowie chcieli osiągnąć coś wielkiego, a oni właśnie wskrzesili jednego z nich i pokazali mu że się nie udało.
Q-chan chciał poklepać maga po ramieniu, lecz ten wyrwał mu sztylet który miał przywiązany u pasa i poderżnął Sobie gardło.
— Nie zamierzam o tym nigdy w życiu rozmawiać… — Q-chan wymamrotał.
— zgoda… — NyaKi, Camil i Rexodias powiedzieli wspólnie.
Rozdział III — Jajecznica i skarb
Trauma nie powstrzymała Jeźdźców, ruszyli dalej za śladami złodziejaszka. Byli teraz parę godzin do tyłu, ale przynajmniej kac nie był już tak zabójczy. Wciąż istniał, więc warto było odzyskać jajecznicę, lecz chociaż pozwalał im trzeźwo myśleć…. Chwilami.
— Czy ta jajecznica jest naprawdę taka dobra? — Zmęczony Camil narzekał.
— Nie chodzi o smak, ona leczy kaca, będzie idealna. — Rexodias zapewniał.
— Skąd wiesz, że jej po prostu nie zjadł? — Camil ciągnął dalej.
— Zamknąłem ją w sejfie. — objaśnił.
Camil spojrzał na niego wzrokiem pełnym niedowierzania. Był zawiedziony i dumny jednocześnie. Nie rozumiał jakie procesy myślowe zaszły w jego głowie, ale postanowił je po prostu zaakceptować.
Q-chan jako świetny łowca pilnował szlaku, ślady urywały się chwilami przez strumienie wody, lub inne przeszkody, ale nie był to ogromny problem. Z czasem ślady były coraz świeższe, powoli doganiali złodziejską bestię.
Szli przez gąszcza pełne nienazwanych roślin, między nogami biegały im zdecydowanie za duże stawonogi, ale nie przejmowali się tym. Oprócz NyaKiego, NyaKi bardzo przejmował się istotami które mają więcej niż 4 nogi.
— Nie boję się, po prostu nie rozumiem po co im tyle nóg. Moje zaufanie kończy się na czterech nogach. — Tłumaczył.
— Nie boisz się? — Q-chan spytał. — To chodź, daj buziaczka kociaku.
Q-chan przemienił się w pająka i przystawił swe chelicery do twarzy kociego wojaka. Spodziewali się, że NyaKi co najwyżej krzyknie, lub padnie jak kłoda ze strachu. A ten ku zaskoczeniu wszystkich wbił mu w łeb miecz który Q-chan dał mu wcześniej. Berserker natychmiast przybrał ludzką postać. Był w czystym szoku.
— Kurwa mać… żartowałem… — Wymamrotał zmęczony.
— Nie rozumiesz, nie chodziło o pająka, NyaKi po prostu nie jest taki łatwy. — Camil dogryzał mu.
Rexodias nagle wciągnął powietrze nosem tak mocno, że prawie wyrwał okoliczny krzak z korzeniami.
— Czuję boczek! — Wrzasnął.
Zaczął biec, a Jeźdźcy bez zadawania zbędnych pytań, ruszyli za nim. Natrafili w końcu na polanę, na której środku znajdowało się ogromne gniazdo. Było to gniazdo złodziejaszka, leżał obok niego lekko wgnieciony, lecz wciąż zamknięty sejf.
— Rozpalcie ogień, ja otworzę sejf. — Rexodias rozkazał.
Nie próżnowali, Camil wyciągnął spod swoich fałdek patelnię, NyaKi przewrócił za pomocą magi pobliskie drzewo i pociął je na idealne kawałki, a Q-chan przybrał formę smoka i podpalił je.
Dumny z Siebie Rexodias wrzucił boczek na patelnię, pozostało czekać na uzdrawiającą jajecznicę. Jednak nie mogło pójść przecież zbyt łatwo, zapach smażonego boczku prędko zwabił złodzieja z powrotem do swojej zdobyczy.
Koci Wojak piszczał jak mała dziewczynka, nie wierzył w to co widzi. Ich sejf z jajecznicą skradł prawdziwy, wielki jak dwa powody tyranozaur. Przerośnięty kurczak mierzył Jeźdźców wzrokiem, oni za to nie ruszali się, licząc że nie będzie ich widział jeśli się nie poruszą. Nie dlatego że się go boją, po prostu NyaKi zabiłby wszystkich wokół a potem samego Siebie, jeśli zabiliby taki okaz.
— Q… Q! — Camil wydał z Siebie głośniejszy szept. — Pogadaj z nim.
— Nie wiem jak gadać z tyranozaurem! — Oburzył się. — Nauczyłem się tylko krów i koni!
— To prawie jak koń, Rexodias zachęcał go.
Gdy stali tak w napięciu, boczek zaczął się przypalać. Rexodias musiał coś zrobić, lekko potrząsnął patelnią, przewracając go. Ten nagły ruch nie spodobał się bestii. Ruszyła do ataku.
Q-chan przemienił się w biesa i chwycił zwierzę za pysk tak, by nie mogło nikogo ugryźć. NyaKi zaczął coś pisać, pisał pisał i pisał, a skacowany Q-chan tracił już siły. Koci Wojak wyczarował klatkę, drzewa już zaczęły się wyginać, lecz Q-chan stracił chwyt i spanikował. Popchnął bestię w stronę klatki! Gałęzie przebiły jego ciało na wylot serwując mu powolną i bolesną śmierć.
NyaKi upadł na kolana… I TAK WYDARŁ PUCHĘ! Jego przyjaciele padli na ziemię, Camil próbował otoczyć go swoimi fałdami, by zatrzymać dźwięk, lecz częstotliwość była tak potężna, że zaczęła wypalać jego tłuszcz.
Rexodias ruszył w stronę gniazda, nagle wyjął z niego okrągły obiekt i rzucił nim w NyaKiego. Ogromne jajo tyranozaura upadło idealnie na jego kolana.
— Możesz go adoptować! Tylko zamknij mordę! — Wykrzyczał, wręcz błagając.
NyaKi zamilkł natychmiast. Zadowoleni Jeźdźcy usiedli do posiłku, Rexodias podał im idealną jajecznicę. Była tłusta, lecz nie za tłusta, szczypiorek, cebula i zioła dały jej idealną świeżość, a jajko było tak gładkie, że czuli że jedzą kawałek chmury… a mięso? Czuli się tak, jakby boczek zabijał ich kaca, serwując brutalną i szybką śmierć.
— Dalej jestem głodny. — Camil stwierdził.
Niby ufali Camilowi, ale w praktyce trochę bali się że ich zje, więc Q-chan zaimprowizował i zaczął smażyć martwego tyranozaura na rożnie. Wiedzieli że potrwa to dłuższą chwilę, więc Koci Wojak zbudował im małą, przytulną chatkę.
Rexodias cieszył się wolnością od kaca, życie znów nabrało sensu.
— Właśnie! — Camil wystrzelił.
Po tych słowach wyjął spomiędzy fałdek skrzynię którą znaleźli w ruinach magów czasu. Miała ona trzy kłódki, pewnie musieliby znaleźć pozostałe ruiny i spróbować odnaleźć klucze… lub kopnąć skrzynię niesamowicie mocno, jak Rexodias. Stare zamki pękły natychmiast. Otworzyli skrzynię, był w niej kryształ nasycony nieznaną im magią.
— Magiczny chłam. — Rexodias westchnął. — Po to ryzykowaliśmy życie?
— Może się przydać, nie widziałem nigdy takiego klejnotu. — NyaKi pocieszał go. — To może być prawdziwa perełka!
— Dobra nerdzie, baw się. — Rexodias chwycił za kryształ i rzucił nim do NyaKiego.
Zajęty trzymaniem jajka NyaKi nie złapał artefaktu, kryształ rozbił się na czole biednego maga. Teatralnie padł na ziemię, wciąż trzymając jajo.
— Chciałeś go zabić!? — Q-chan parsknął śmiechem.
— Hm… — Camil zastanawiał się. — Czy to nie dziwne, że kryształ nie wybuchł ani ni—
Rozdział IV — Międzyczas
Camil wykrakał… Potężna magiczna eksplozja pozbawiła wszystkich przytomności. Obudzili się w ciemnym pokoju oświetlonym kilkoma różnokolorowymi kryształkami.
— Nie. Rzucaj. PODEJRZANYMI ARTEFAKTAMI! — Q-chan wydarł się na Rexodiasa.
— Naprawdę mi przykro…
— Nie jest Ci przykro. — Camil przerwał mu.
— Tak masz rację. — Zaśmiał się. — Przynajmniej ten dzień nie będzie nudny.
— Nikt nie narzekał na nudę! — NyaKi wtrącił się. — Moje… MOJE JAJKO!
NyaKi spanikował, zaczął przeszukiwać cały pokój rozwalając i przewracając wszystko na swojej drodze. W tym Camila, ku zaskoczeniu wszystkich podniósł go jedną ręką i wywalił na drugi koniec sali NyaKi serio kochał to jajko…
— Dobra! — Q-chan stracił cierpliwość. — Jak się ogarniesz, to pomożemy Ci go szukać, spokojnie.
NyaKi natychmiast rozpromienił się jak słońce. Czasem naprawdę niewiele trzeba by poprawić komuś humor…
— Nya! — wydobył z siebie dźwięk, który zapewne miał być radosnym okrzykiem.
— Błagam, nie rób tak więcej… — jęknął Rexodias, trzymając się za uszy.
— Zasłużyłeś! — Odpowiedział — Nya! Nya! Nya!
Camil zdzielił go fałdą.
— Przesadziłem… — NyaKi zaakceptował reprymendę.
Pozostało im ruszyć w drogę po tajemniczym miejscu, przez jedyne drzwi w zasięgu wzroku. Szybko dotarli do rozgałęzienia — cztery tunele, jakby stworzone specjalnie dla nich. Było czuć pułapki na kilometr, ale nikt nie zamierzał się cofać — no bo gdzie?
Rozdzielili się. Fałda Camila oświetlała mu drogę. Rexodias oświetlał horyzont swoją aurą czystej zajebistości. Q-chan przybrał formę nietoperzo-podobnej istoty i korzystał z echolokacji. NyaKi po prostu wyczarował sobie pochodnię, nie miał nastroju na coś fikuśnego.
— Powodzenia — rzucił Rexodias z lekkim uśmiechem.
Camil wszedł w prosty, ciemny tunel. Co jakiś czas coś na niego spadało, pełzało mu pod stopami albo cicho szeleściło. Typowy dzień w Podlasynii, bał się tylko że z tej codzienności wyłoni się jego matka…
No i znowu Sobie wykrakał. Wysoki, choć donośny głos jego matki przebił jego bębenki niczym sztylety:
— Spóźniłeś się Camil!
Camil zaczął biec, przerażony iluzją własnej matki.
— Twój obiad czeka na Ciebie od trzech lat!
Nawet nie patrzył, machał fałdami próbując się bronić.
— Od półtorej roku boję się wejść do jadalni, bo na twoim talerzu wyrosła jakaś nowa cywilizacja!
Krzyk Camila rozpostarł się po wszystkich tunelach.
Tunel Rexodiasa wypełniały brudne, pęknięte lustra. Im dalej szedł, tym mniej zajebiście wyglądało jego odbicie. Nie przejął się, kto normalny by się tym przejął, był aż zawiedziony że tunel uznał, że mógłby go tym urazić. JEGO!? Że niby ma wielkie ego, niedoczekanie… chociaż może trochę się przejął….
Q-chan używał echolokacji. I to by było na tyle — nic go nie zatrzymywało, nie widział przeszkód, nie widział też sensu.
NyaKi szedł swoim tunelem bardzo powoli.
— Tu nie będzie pająków… tu nie będzie pająków… — powtarzał jak zaklęcie, w które sam chciał uwierzyć.
Brak pajęczyn, pułapek i krwiożerczych stworzeń wcale go nie uspokajał. Wręcz przeciwnie — dziwna zwyczajność tunelu jeszcze bardziej go dołowała.
Każdy z nich miał ograniczone zapasy, ale szli dalej, godzinami, każdy swoją prostą linią. Mimo różnic w tempie, cała czwórka niemal równocześnie dotarła do osobnych, ogromnych, okrągłych komnat. Na środku każdej znajdowała się niewielka skrzyneczka. Otworzyli je bez większego zastanowienia, nie po to szli tyle czasu by nie wziąć nagrody.
Skrzynka Camila zawierała szklaną kulę, w której odtwarzały się wizje jego przyszłych porażek jako dowódcy. Oglądał je z uwagą, licząc, że jeśli zrozumie swoje błędy z wyprzedzeniem, uda mu się ich uniknąć.
W skrzynce Rexodiasa znajdowała się rama obrazu. Było na nim sześć osób, jednak wszystko było strasznie nieczytelne, brudne lub po prostu wydrapane. Jedyną widoczną osobą był młody Rexodias. Przyglądał się swojej podobiźnie z zawodem, jakby liczył że się poprawi.
Skrzynka Q więziła krzyki jego ojca. Znów musiał słuchać bezsensowne, lecz krzywdzące zarzuty, że jest za słaby, że jako osoba nie tkająca płomieni będzie bezużyteczny. Wściekły zniszczył kuferek, lecz głosy nie ustały od razu — stawały się jedynie coraz bardziej rozmyte, na końcu błagając o litość.
NyaKi patrzył z przerażeniem na swoją skrzyneczkę. Była w niej tylko kartka z napisem: „Spójrz w górę”.
Zamarł. Wiedział, co go czeka. Po chwili wyczarował jaśniejsze światło i uniósł je ku sufitowi. Setki pajęczych oczu zaświeciły w odpowiedzi. Ogromne, włochate pająki zaczęły schodzić z góry. Koci Wojak szybko postawił pole ochronne, tuż zanim pierwsze stwory zaczęły spadać. Uderzały w barierę, niezdolne do przebicia jej, ale sama ich obecność była wystarczająco obrzydliwa.
W tym samym czasie szklana kula Camila przestała grać, głosy w komnacie Q ucichły, a Rexodias przebił swoją podobiznę sztyletem.
W ścianach ich komnat otworzyły się przejścia. Wszyscy ruszyli dalej — wszyscy oprócz NyaKiego, który siedział skulony pod swoim polem ochronnym, otoczony przez pełzające po barierze pajęczaki.
Kilka minut później trójka Jeźdźców dotarła do wspólnej sali. Ze zdumieniem… zobaczyli samych siebie. Iluzoryczne kopie prowadziły rozmowy, dzieląc się wrażeniami. Były kompletnie niegroźne, w założeniu miały doprowadzić Jeźdźców do szaleństwa, ale Q-chan przemienił się w Biesa i wystraszył podszywające się pod nich byty na tyle, że rozpłynęły się w powietrzu.
Ciszę przerwał zgrzyt. Drzwi, z których powinien wyjść NyaKi, wciąż były zamknięte.
— Wystarczy — mruknął Rexodias i kopniakiem wywarzył wejście.
Z jego ciała wystrzeliła fala światła — blask zajebistości, tak intensywny, że spalił pająki żywcem.
— O bogowie… — NyaKi rozryczał się.
— Wystarczy Rexodias. — Zaśmiał się.
Z całej siły rzucił się braciom w ramiona.
— Uratowaliście mnieee! — wysmarkał się prosto w rękaw Q.
— Myślałem, że to ja miałem ciężko… — mruknął Q pod nosem.
Rexodias zerknął na kolejne drzwi. — Tym razem idziemy razem.
— Chodź, histeryku. — Q podniósł jeszcze szlochającego NyaKiego pod pachę.
W nowym korytarzu potwory pojawiały się co chwilę… ale żaden nie przetrwał więcej niż kilka sekund. Q rozgniatał je tak szybko, że nawet nie zdążyli wymyślić im nazw. Największym zagrożeniem okazała się… Chałwa.
Na środku drogi leżała tona słodkiej, kuszącej chałwy. Camil z trudem był powstrzymywany przez braci, którzy trzymali go za ręce, nogi, a nawet za pas. Ale wyrwał się. I zjadł. Całą. Ściany zadrżały, zmieniając tunel w ciasne pomieszczenie. Camil stanął pośrodku…
— Chałwa… ch — chaaaa… — zaczął bełkotać, a chwilę później… Zalała ich katastrofa.
Wymioty Camila rozprysły się z siłą wodospadu. Dźwięk, który wydobył się z jego gardła, ogłuszył pozostałych Jeźdźców. Tonęli.
— Wolałem pająki! — krzyknął NyaKi, próbując zaczerpnąć oddech.
Rexodias, pogodzony z losem, westchnął głęboko, po czym… puścił bąka. Tak potężnego, że rozerwał ściany pomieszczenia na strzępy.
— Myślałem, że to będzie epicka przygoda… jak bardzo się myliłem. — Rexodias patrzył w przestrzeń z pustym wzrokiem.
— Jedz chałwę, mówili… — mamrotał Camil, ocierając twarz. — Będzie fajnie, mówili…
— NIKT CI TEGO NIE POWIEDZIAŁ!!! — wrzasnęli pozostali Jeźdźcy.
Z wymiocin sięgających niemal po kolana… wytoczyli się dalej.
Ledwo otrzepali się z chałwowej brei, a już zostali postawieni przed kolejnym wyzwaniem. Stanęli w ogromnej, okrągłej sali, oświetlonej przez zawieszone w powietrzu, migające runiczne latarnie. Na samym środku pomieszczenia, na podwyższeniu przypominającym piramidę, spoczywała niepozorna szklana buteleczka.
Była mała. Idealnie przezroczysta. Była na niej mała naklejka z niezwykle żarówiastym, neonowym napisem.
„LEK NA WSZYSTKO” — głosił napis, odbijający się echem w ich mózgach. Bo był napisany we wszystkich znanych im językach, nawet tych wymarłych.
— No przecież to pułapka — powiedział Rexodias.
— Na sto procent — przytaknął Q.
— Ale… może warto? — zasugerował Camil.
— Warto — odparli wszyscy równocześnie.