E-book
23.63
drukowana A5
73.84
Człowiek w Cywilizacji Tom III

Bezpłatny fragment - Człowiek w Cywilizacji Tom III


Objętość:
435 str.
ISBN:
978-83-8455-140-0
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 73.84

Rozdział I

Rozwój cywilizacji nigdy nie był prostą drogą. Czasem decydowało o nim sprzyjające położenie, czasem nieprzewidywalny kaprys losu, który jednych rzucał w bezlitosne pustkowia, a innym ofiarowywał ziemie rodzące bogactwa. Bohaterowie tej opowieści należeli do tych nielicznych szczęśliwców, którym przypadło w udziale miejsce niezwykłe — dolina zamknięta pomiędzy górami, dostępna jedynie przez trzy wąskie przełęcze. To nie był zwyczajny skrawek ziemi, lecz wnętrze dawnego wulkanu, który przed tysiącami lat dokonał swojego żywota, a później wystawił na powierzchnię wszystkie swoje skarby, niczym kupiec rozkładający towary na straganie. Czas zrobił swoje — przyroda rozpostarła się nad żyznymi ziemiami doliny i otuliła kamieniste zbocza miękką zielenią, jakby od wieków szykowała dla ludzi kolebkę do zamieszkania.

W takim schronieniu rozwój mógł postępować pełnym biegiem. Brakowało tu wrogów, którzy mogliby napaść i spalić dorobek pokoleń, brakowało wojowników z zewnątrz głodnych łupu i podbojów. Spokój dawał ludziom czas na myślenie i próby. Na wszelki wypadek uczono się jednak obrony — odkrywano nowe rodzaje broni, nowe sposoby walki, aby nigdy nie dać się zaskoczyć. Wulkaniczne wnętrze kryło bowiem minerały, które przypadkiem ujawniały swoje sekrety. A przypadek bywał w tej krainie łaskawy. Bo aby odkryć coś naprawdę, trzeba wiedzieć, czego się szuka. Nie znajdzie się węgla kamiennego, póki ktoś nie spróbuje rozpalić na nim ognia. Nie można odkryć sztuki przechowywania mięsa, póki codziennie przed legowiskiem pasą się stada zwierząt i wystarczy tylko dobrze wymierzyć rzut dzidą. Po co myśleć o zapasach, skoro głód nigdy nie nadchodzi?

Dopóki słońce bez przerwy daje ciepło, a jego moc zamienia się w bujne rośliny i syte zwierzęta, dopóty ludzie żyją prosto, nie dostrzegając, że świat wokół kryje więcej, niż trzeba do codziennego przetrwania. A jednak nawet tu nie było miejsca na lenistwo — zimy wymagały schronienia, a dni ciepłe — gromadzenia ziarna, ziół i mięsa.

Ich własna historia zaczęła się jednak nie od słońca i spokoju, lecz od przeciwności losu. Dlatego teraz żeglowali na trzech potężnych łodziach z żaglami ku morzu. Być może to właśnie dlatego lawa ich nie dosięgła. Trzy dni trwała ucieczka wśród płatków popiołu, które wirowały w powietrzu jak mroźny, duszny śnieg. Świat, który znali, pogrzebany został w mgnieniu oka — rodziny, przyjaciele, cała społeczność przepadła pod żarem i pyłem. To, że ocaleli, nie było wynikiem siły ani sprytu. Zadecydował ślepy los — nieprzewidywalny, kapryśny, a jednak łaskawy w ostatniej chwili.

Martwy krajobraz

Kiedy wreszcie przestały opadać płatki popiołu, zbliżyli się do brzegu rzeki. Krajobraz był niemal nie do poznania. Niebo pozostawało gęste i ciężkie, wciąż pełne zawieszonego pyłu i dymu. Światło słoneczne nie mogło przebić się przez tę warstwę — dzień przypominał wieczór, w którym panowała blada, mleczna szarość. Drobne ziarenka popiołu unosiły się jeszcze w powietrzu, powoli osiadając na ziemi. Roślinność, choć nie została całkiem pogrzebana, zaczynała słabnąć. Brak światła blokował wszelkie oznaki życia. Trawy więdły i żółkły, liście na drzewach stawały się matowe, a ich wzrost zamierał. Zwierzęta, które zdołały uciec poza bezpośredni obszar zagrożenia, szukały schronienia w lasach i dolinach, tam, gdzie popiół nie opadł tak gęsto.

Teraz problemem nie był już żar wulkanu, lecz brak słońca. Uczeni Herennius i Calen wiedzieli, że nadszedł czas gromadzenia zapasów i dalszej wędrówki, jak najdalej od miejsca zguby. Zwierzyna, otępiała, ospała i wychudzona, szukała resztek zieleni. Wszystkie mniejsze łodzie zapełniły się myśliwymi, którzy, po dotarciu do brzegu, ruszyli w ślad za stadami, by wyprzedzić drapieżców podążających tropem roślinożerców. Tym razem to ludzie mieli pierwszeństwo. Łodzie krążyły kilkakrotnie między brzegiem a żaglowcami, aż w końcu Sharwak uniósł rękę i rzekł:

— Dosyć tego. Czas ruszać dalej.

Łodzie wpłynęły w główny nurt rzeki, a ciemność połknęła wszelki ślad lądu. Brzegi zniknęły w mroku, a wraz z nimi poczucie bezpieczeństwa. Tylko jednostajny szum wody i ciche skrzypienie drewna przypominały, że wciąż suną ku morzu. Elvira i Ben stali na dziobie, z oczyma wpatrzonymi w nieprzeniknioną czerń, jakby każdy błysk mógł zwiastować ratunek albo zgubę. Wiedzieli, że ich ojciec, książę Ralven, otrzymał zadanie zająć wyspę u ujścia rzeki — i teraz każde drgnienie światła mogło być znakiem, że zbliżają się do celu.

Chłód przeszywał ich do szpiku kości. Pył wulkaniczny, wciąż unoszący się nad światem, odciął ciepło słońca i zamienił noc w lodowatą otchłań. Elvira szczękała zębami, gdy nagle dostrzegła migotanie w oddali.

— Coś widzę… — wyszeptała, a jej głos zadrżał nie tylko z zimna, lecz i z nadziei.

— Gdzie? Co? — Ben pochylił się ku niej, rozgorączkowany.

— Tam… tam! — wskazała drżącą dłonią.

Jeszcze przez moment oboje wpatrywali się w ciemność, aż nagle płomień rozbłysnął wyraźniej — to była pochodnia. W jednej chwili ich głosy wzniosły się ponad wodę, zlane w jeden okrzyk:

— Ląd przed nami! Pobudkaaa!

Łodzie zatrzęsły się od gwałtownych ruchów. Sternicy zerwali się, jakby porażeni ogniem.

— Do wioseł! Żagle zwinąć! — ryknął Themir, nie czekając na komendę kapitana.

Rzeka niosła ich prosto ku wyspie. Przy brzegu widoczność wciąż była mizerna, ale to, co zobaczyli, zaparło im dech. Obwałowania z wbitymi palami jarzyły się dziesiątkami pochodni. Cienie ludzi biegały po umocnieniach, krzyki mieszały się z rozkazami. Wyspa obudziła się w jednej chwili, jak czujny strażnik, który od lat nie zmrużył oka.

Na pokładzie zapadła cisza, przerywana jedynie oddechami i skrzypieniem łodzi — cisza gęsta od napięcia. Czy powitają ich jak braci, czy jak wrogów? Czy tę wyspę zajęła wyprawa Ralvena, czy obcy?


Ocalenie


Elvira i Ben trzymali się kurczowo dziobu, ich serca dudniły w piersi jak bębny wojenne. I wtedy, ponad wrzawą, usłyszeli głos, który znały najlepiej ze wszystkich — mocny, głęboki, a teraz drżący od emocji:

— Elvira! Ben!

To był Ralven.

Na brzegu, w blasku ognia, ich ojciec wyłonił się spośród strażników. Płomień pochodni tańczył na jego twarzy, rysując zmarszczki zmęczenia i cień ulgi. Dzieci wydały okrzyk radości i porzuciły wszelkie obawy. Ben pierwszy rzucił się ku krawędzi łodzi, Elvira tuż za nim. Gdy przybito do brzegu, a deska spoczęła na palisadzie, rzucili się ojcu w ramiona.

Ralven objął ich tak, jakby chciał zatrzymać w uścisku cały świat. Drżał, choć zawsze był dla nich ostoją.

— Jesteście… żywi… — wyszeptał, a jego głos załamał się po raz pierwszy od dnia, w którym wulkan pogrzebał ich dom. — A wasza matka? A Irelle?…

Zabrakło słów. Odpowiedzią był tylko płacz. W szlochu, wtuleni w siebie, trwali tak przez chwilę, aż Ben, jąkając się, wydusił z siebie: — Tylko my przeżyliśmy… bo akurat byliśmy wtedy na łodziach.

Nieco z boku, trzy kroki dalej, stał w milczeniu Krak. W tej chwili również dał się porwać rodzinnym emocjom i objął ich ramieniem.

Strażnicy milczeli, niosąc płomienie wokół. Pochyleni, jakby nie chcieli przeszkadzać tej chwili. Wyspa płonęła ogniem pochodni, ale prawdziwy ogień rozgorzał w sercach — odnalezionej rodziny, która pośród ciemności świata odnalazła siebie.

Nastał ogólny tumult — głosy mieszały się z płaczem i śmiechem, a ramiona obejmowały ramiona w gwałtownych, szczerych uściskach. Ludzie, którzy jeszcze wczoraj byli pewni, że są ostatnimi żywymi świadkami zagłady, nagle odkryli, że nie są sami. Wspólnota, która zdawała się na zawsze rozbita, odradzała się w tej chwili jak ogień wzniecony z tlącej się iskry.

Atherius w tłumie odnalazł dwóch dawnych towarzyszy — Herenniusa i Calena. Padli sobie w objęcia, długo nie potrafiąc wypowiedzieć ani słowa, jakby język nie nadążał za lawiną uczuć. To oni wskazali mu stojącego obok Sharvaka — przybysza z odległej Dwarki. Był wysoki, o oczach bystrych, w których tliła się zarazem mądrość i czujność wojownika. Mówili o nim z szacunkiem — jako o kimś, kto zna nie tylko sztukę walki, lecz i prawa rządzące światem.

— Król Eiren przebaczył nam za zasługi w wojnie obronnej — powiedział Calen z nagłą powagą, jakby bał się, że te słowa ulotnią się w powietrzu.

Atherius zamknął oczy i westchnął ciężko, wypuszczając powietrze jak człowiek, któremu wreszcie zdjęto z barków zbyt długo noszony ciężar. Przez chwilę stał nieruchomo, jakby pozwalał, by ulga przeniknęła całe jego ciało.

Świt w nowym świecie

Tymczasem nad wyspą rozjaśniał się dzień. Nie było jednak słońca, które znała pamięć — tylko ogromna, czerwonawa tarcza przebijająca się ponad zawiesinę sadzy i pyłu wulkanicznego. Blask ten, zamiast ciepła, niósł ze sobą niepokój — jak zapowiedź świata odmiennego od dawnego.

Na brzegu ludzie układali zapasy wyniesione z łodzi: pękate worki suszonych zbóż, wędzone ryby, dzbany wina, bukłaki pełne wody. Do tego dołączono zwierzynę upolowaną poprzedniego dnia podczas krótkiego postoju w zatoce — chudą, lecz w dużej ilości. Nie był to przypadek, lecz wynik wyprzedzenia drapieżników podążających tropem stad. Widok tych zapasów rozbudzał w sercach nadzieję i siłę, bo oto pojawiła się perspektywa uczty, pierwszej od wielu tygodni.

Wyspa budziła się wraz z nimi. Z obwałowań z wbitymi palami schodzili strażnicy z pochodniami, gasząc resztki ognia i zastępując go dymiącymi pękami mokrych liści, które miały odstraszyć owady. W oddali, pośród zwiędłych liści, migotały czerwone owoce — znak, że ziemia jeszcze żyje, choć jej płody nie mogły nakarmić przybyszy. Za trzcinami rosnącymi przy wyspie rozlegały się głosy młodzieńców usiłujących łowić ryby sieciami. Konkurowali z ptakami, które — oszołomione brakiem słońca — krążyły nisko, jakby szukały nowego rytmu dnia.

I kiedy radość spotkania przeplatała się z pierwszymi przygotowaniami do uczty, kiedy ludzie odreagowywali smutki, żal i strach, nagle ktoś zaproponował, by zebrali się na naradę. Nie było do tego wezwania ani trąb, ani strażników — samo życie wyznaczyło tę chwilę. Wspólnota wiedziała, że teraz, tu, w tym skrawku ziemi u ujścia rzeki, trzeba podjąć decyzje, które zadecydują o ich przyszłości.

Zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, głos zabrał Ralven.

— Mamy tu dwóch synów króla Eirena — rzekł powoli, rozglądając się po zebranych. — Ale dwóch królów nie może być. Zabieram głos, ponieważ jestem ich wujem i chcę dla nich, a także dla nas wszystkich, pomyślności. Zatem proponuję, by królewicze Caylen i Themir przedstawili swoje plany na przyszłość, a zgromadzeni na tej naradzie zdecydują, komu przypadnie władza. Czy Caylen i Themir się zgadzają? — Uniósł brew i dodał z lekkością, jakby chciał rozładować napięcie: — Bo przecież o władzę nie będziecie się pojedynkować tak jak ja niegdyś o rękę waszej ciotki.

Na te słowa kilku starszych wojowników uśmiechnęło się nieśmiało. Królewicze spojrzeli na siebie przez moment w milczeniu — tyle, ile potrzeba, by odsunąć dumę i pozostawić sam rozsądek. Potem, podając sobie dłonie, skinęli głowami na znak zgody.

Themir, bardziej śmiały z braci, wystąpił krok naprzód.

— Ratunkiem jest ucieczka — powiedział stanowczo. — Jak najdalej od wulkanu. Nie możemy już dłużej czekać, aż popiół i głód odbiorą nam resztki sił. Morze, choć groźne, jest teraz naszym sprzymierzeńcem. Popłyniemy jego drogą, wzdłuż północnych brzegów, aż znajdziemy ziemię, na której niebo będzie znów błękitne, a słońce nie będzie tylko wspomnieniem.

Jego głos nabierał mocy, jakby każde słowo rozniecało w zebranych nowy płomień nadziei.

— Nasze zapasy topnieją, a łodzie nie pomieszczą wszystkich. Dlatego wyprawę podzielimy na trzy części. Najpierw popłyną wojownicy z Sharvakiem na czele — ich zadaniem będzie znaleźć miejsce, gdzie można bezpiecznie wylądować i zbudować schronienie. Gdy wrócą, zabiorą następnych. Tak, krok po kroku, fala po fali, przeniesiemy nasz lud w nowe miejsce.

Zwrócił się teraz do rybaków i cieśli:

— W tym czasie, gdy pierwsza wyprawa będzie w drodze, musimy działać. Trzeba uzupełnić zapasy, a część lin przerobić na sieci. Zbudujemy nową łódź — rybacką, silną, zdolną znosić sztormy. Bo tylko w morzu zostało teraz pożywienie, tylko tam życie wciąż trwa. Jeśli morze nas nie przyjmie, nikt nas już nie uratuje.

Zamilkł, jakby pozwalając, by jego słowa zapadły w pamięć każdego obecnego.

Ralven skinął głową z uznaniem.

— Mówisz jak król, który widzi dalej niż własny strach — powiedział cicho. — Teraz, Caylenie, twoja kolej.

Caylen przez chwilę milczał. Wpatrywał się w brata, jakby chciał ważyć każde jego słowo, zanim sam zabierze głos. Wreszcie uniósł głowę.

— Themir ma rację — zaczął spokojnie — wulkan uczynił nas bezdomnymi, a ziemia, która nas karmiła, zamieniła się w popiół. Ale ucieczka nie jest rozwiązaniem, które przetrwa próbę czasu. Morze da nam schronienie tylko na chwilę, bo nikt nie żyje na falach. Dom nie rodzi się z ucieczki, lecz z korzeni.

Jego słowa rozbrzmiewały cicho, ale pewnie, jakby nie potrzebowały podniesionego tonu, by trafić do serc.

— Popiół, który teraz dławi nasz oddech, to nie tylko znak końca, lecz początek nowego życia. Ziemia się odrodzi, a my — jeśli potrafimy przetrwać — razem z nią. Musimy więc nie tylko odpłynąć, ale też wrócić. Naszym zadaniem jest znaleźć miejsce, gdzie przetrwamy najtrudniejszy czas, i przygotować powrót, gdy ziemia ojców znów stanie się żyzna. Nie możemy zostawić jej na zawsze, bo z nią zginie pamięć naszego rodu.

Zwrócił się do starszyzny, do ludzi, którzy pamiętali jeszcze króla Eirena:

— Nie chcę być królem wędrowców, lecz budowniczym nowego początku. Proponuję więc, aby część ludzi rzeczywiście popłynęła, jak mówi Themir — w poszukiwaniu miejsca bezpiecznego. Ale druga część, ci, którzy mają siłę i odwagę, niech zostanie. Zbudujemy schronienia z kamienia i gliny, zasiejemy ziarno, które przetrwało w skrzyniach. Jeśli bogowie nam sprzyjają, z popiołów wyrośnie nowa ziemia.

Na te słowa wśród zebranych rozległ się szmer. Jedni kiwali głowami z uznaniem, inni z niepokojem.

Ralven spojrzał na obydwu — jeden był jak ogień, drugi jak skała.

— Dwaj synowie jednego króla — powiedział powoli. — Jeden patrzy ku morzu, drugi ku ziemi. I może właśnie w tym tkwi nasza siła.

Zapanowała cisza. Na zewnątrz, w oddali, morze szemrało jak głos losu, który jeszcze nie wydał wyroku.

Głos pospólstwa

Zapanował gwar — nie ten radosny, a zarazem smutny, jaki towarzyszył spotkaniu po katastrofie, lecz pełen napięcia, pytań i półgłośnych sporów. Ludzie zbierali się w małe grupy, nie z rozmysłem, ale tak, jak stali obok siebie: wojownicy z wojownikami, rzemieślnicy z rzemieślnikami, kobiety z dziećmi przy barkach mężów, starcy podtrzymujący się wzajemnie. Każda z tych gromad tworzyła teraz własny krąg myśli i emocji, a nad wszystkimi unosił się cichy szmer, przypominający odgłos fal, które nie mogą znaleźć brzegu.

W jednej z grup Varen, kuzyn królewicza, uniósł głos:

— Gdzie on chce budować dom? — zapytał z goryczą, choć nikt nie miał wątpliwości, o kim mówi. — I siać zboże na popiele? Na ziemi, która jeszcze dymi? Przecież to szaleństwo!

Selina, stojąca obok, siostra Varena — kobieta o zmęczonych oczach i głosie, w którym brzmiało echo straty — skinęła głową.

— Właśnie… — odparła cicho. — Ziemia musi odpocząć, tak jak człowiek po chorobie. Teraz tam nie ma życia.

— Życia? — wtrącił Ben, najmłodszy z grupy, syn Ralvena, którego młodość dawała mu odwagę do prostych sądów. — Tam nie ma nawet ziemi! Khar-Nimury już nie istnieje — tam jest tylko krater i lawa. Gdybyśmy tam wrócili, nie znaleźlibyśmy nawet ścieżki, którą przyszliśmy na świat.

Słowa Bena zawisły w powietrzu jak ostateczny wyrok. Varen rozejrzał się po twarzach towarzyszy.

— Może nasze dzieci, albo ich dzieci, kiedyś tam powrócą — powiedział po chwili. — Ale my? Nie. My musimy iść dalej. Głosujemy za Themirem! — zakończył z pewnością w głosie, a jego słowa spotkały się z cichym pomrukiem aprobaty. — Niech Themir będzie nam królem.

Nieopodal, pod cieniem zwalonego pnia, toczyła się rozmowa o zupełnie innym tonie. Tu zgromadzili się już podstarzali mistrzowie — Arthenius, Calen, Herennius i Sharvak — ludzie, którzy widzieli więcej niż inni, bo ich oczy pamiętały zarówno triumfy, jak i klęski dawnych lat.

— Młodzi myślą o morzu jak o wybawieniu — odezwał się Herennius, wolno obracając w dłoniach kawałek drewna, jakby chciał z niego wyczytać przyszłość. — Ale morze jest kapryśne. Daje i odbiera w jednym oddechu.

— To prawda — przytaknął Calen — ale wulkan odebrał już wszystko. Tu nie ma czego bronić. Themir ma rację — trzeba szukać dalej, póki mamy siły. Themir królem — rzucił krótko.

Sharvak, dotąd milczący, uniósł głowę.

— A jednak — powiedział z namysłem — trzeba zachować pamięć. Ucieczka nie może być zapomnieniem. Bo naród, który zapomina, staje się jak rozbita łódź — płynie, dopóki fale nie rozerwą jej do końca.

Arthenius spojrzał na niego z uznaniem.

— Dlatego trzeba spisać wszystko, zanim odpłyniemy. Ralven ma rozum, skoro kazał wyznaczyć skrybę. Niech przyszli wiedzą, kim byliśmy i dokąd wyruszyliśmy.

Wśród prostego ludu toczyły się rozmowy mniej dostojne, ale nie mniej szczere. Kobiety mówiły o dzieciach, o wodzie, o tym, że ryby wciąż są tłuste, choć morze ma zapach siarki. Młodzi marzyli o nowych ziemiach, gdzie będą mogli zbudować chaty z trzciny, gdzie słońce nie będzie czerwone jak krew. Starcy wspominali dawne czasy, nie wierząc już, że ich nogi poniosą gdziekolwiek dalej.

Wreszcie Ralven, stojący na niewysokim kamieniu, uniósł rękę.

— Dość! — zawołał. — Zapiszcie wolę ludu. Skrybo, niech każde imię, które padło, zostanie spisane. Niech przyszłość sama osądzi, czy mieliśmy rację.

Wśród szmeru pióra i głosów zapisano wybór. Głosowanie wygrał Themir.

Caylen również zebrał część głosów — od tych, którzy bali się morza, albo wierzyli jeszcze, że ziemia ojców przyjmie ich z powrotem.

Ralven spojrzał na obydwu braci z dumą, w której kryło się jednak coś więcej niż radość. Wiedział, że decyzja ludu jest początkiem drogi, a nie jej końcem.

Nad wyspą przeszedł wiatr od morza — ciepły, słony, niosący zapach rozkładających się ciał zwierzyny i, zapewne, nie tylko zwierzyny. Ludzie milknęli powoli, jakby słuchali głosu świata, który właśnie przyjął ich wybór.

Wszyscy spojrzeli na Themira z uznaniem, gdy niespiesznie i dostojnie wszedł na kamień, na którym przed chwilą stał Ralven — najstarszy z rodu książęcego, choć nie królewskiego.

Themir przez chwilę milczał, jakby chciał dać ludowi czas, by oswoił się z własną decyzją. Patrzył na twarze zmęczone, lecz pełne wiary — na tych, którzy utracili dom, a mimo to potrafili jeszcze wybierać przyszłość. Dopiero wtedy uniósł rękę.

— Ludzie Khar-Nimury — powiedział spokojnie, ale tak, że każdy usłyszał jego głos. — Dziękuję wam za zaufanie. To nie jest wybór, który daje władzę. To wybór, który daje ciężar — i ja ten ciężar przyjmuję. Nie dla chwały, lecz dla życia nas wszystkich.

Zatrzymał wzrok na Ralvenie, potem na swoim bracie.

— Nie będę sam. Żaden król nie może być większy od tych, którzy go otaczają. Dlatego proszę, by przy mnie stanęli moi najbliżsi — rodzina, wszyscy książęcej krwi, pamiętający dni świetności i dni upadku.

Odwrócił się do Caylena i skinął głową.

— Mój brat Caylen — od dziś pierwszy spośród doradców, bo zna serce ludu i myśli odważnie, nawet wtedy, gdy wszyscy milczą. Wraz z nim niech zasiądą Ralven, Sharvak i Herennius, a także dwaj nasi dawni przyjaciele — mędrcy i wojownicy, którzy znają zarówno morze, jak i ziemię. Niech rada będzie lustrem, w którym zobaczę, co jest dobre, a co błędne, zanim zdecyduję.

Przez chwilę panowała cisza. Potem z tłumu uniósł się pomruk aprobaty, który przeszedł w coraz głośniejszy szept. Niektórzy zaczęli bić w dłonie, inni unosili ręce ku niebu, jakby chcieli, by ich wybór usłyszały duchy przodków.

Themir podniósł głowę ku zachmurzonemu niebu, na którym gasły resztki dnia.

— Zatem zaczynamy nowy rozdział — powiedział cicho. — Niech pamięć o dawnym królestwie prowadzi nas, ale nie więzi. Bo tam, gdzie płyniemy, ziemia dopiero czeka na imię.

I wtedy po raz pierwszy od wielu dni ktoś się uśmiechnął.

Rozdział II

Na brzegu, pomiędzy sitowiem, panował ruch, jakiego nie widziano tu od chwili wybuchu wulkanu — nie był to już chaos ucieczki, lecz porządek nadziei. Ludzie krzątali się w skupieniu, wiedząc, że każdy gest, każdy splot liny i każda beczka zapasów mogą zadecydować o przetrwaniu. Z łodzi zrzucano warstwy popiołu, który przykleił się do pokładów niczym wspomnienie dawnych dni. Każdy odgłos szczotki, każde szorowanie desek brzmiało jak rytm oczyszczenia — jakby wyprawa miała odciąć się od świata pogrążonego w ciemności.

Z części zapasowych lin, wyjętych ze skrzyń, młodzi rybacy pletli sieci — z początku nieporadnie, z chwilami zawahania, później coraz szybciej i pewniej. Starsi, doświadczeni w dawnych łowach, poprawiali ich węzły, milcząco ucząc, że każdy splot to obietnica życia. W powietrzu unosił się zapach wędzonego mięsa i ryb — ostatni dar ziemi i morza przed nieznanym. Worki i beczki znikały w ładowniach, a nad wszystkim unosił się cichy śpiew kobiet, które na resztkach cienkiej linki rybackiej wieszały amulety ochronne — niegdyś kupione w Khar-Nimurze na targu.

Na trzy największe łodzie załadowano zapasy, a wraz z nimi marzenia o nowym początku. Każda miała sześciu wioślarzy przy każdej burcie i żagle prawie nowe, bo i same łodzie były ledwie co zbudowane przed katastrofą. To był ich prawdziwy pierwszy rejs — pierwsza podróż w nieznane wspólnoty tych, którzy przetrwali. Na pokłady weszło po trzydziestu zbrojnych, wybranych spośród setki żołnierzy podarowanych niegdyś przez króla Eirena Ralvenowi — ludzi zahartowanych, uzbrojonych w najlepsze miecze, kusze i zbroje, jakie wyrabiano w Velkarze.

Ralven, którego szczęście stało się już legendą, stanął na dziobie pierwszej łodzi. Wiatr rozwiewał jego płaszcz, a w oczach odbijało się migotliwe światło wody. Obok niego stali Sharvak — dawny wojownik z Dwarki, wygnaniec o twardym spojrzeniu — oraz dwaj uczeni: Arthenius i Calen, mężowie rozumu, którzy niejedną opresję potrafili przekuć w zwycięstwo.

Na obwałowaniu przy palisadzie zebrał się niemal cały lud. Król Themir wyszedł naprzód, wsparty na włóczni, jakby chciał nią przytrzymać ostatni fragment świata, który wciąż należał do niego. Obok stał Caylen — brat, doradca, człowiek cichy, ale mądry — a za nimi kobiety, dzieci i starcy, których oczy mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa.

Gdy słońce, bladym kręgiem ledwie przebijające się przez zasłonę pyłu, wypełzło zza horyzontu, podniesiono kotwice. Łodzie zaskrzypiały ciężko, jakby odmawiały rozstania z ziemią, po czym powoli zaczęły się odsuwać od brzegu. Wiosła zanurzały się rytmicznie, rozbijając ciemną toń, a żagle, napęczniałe od wiatru, unosiły nadzieję ponad wodę.

— Wracajcie szybko! — rozległ się donośny głos Themira, a echo poniosło go aż ku falom. — Szczęśliwej drogi, synowie Khar-Nimuru!

Krzyk ten niósł się długo, aż zlał się z szumem morza. Na brzegu jeszcze przez chwilę ludzie unosiły dłonie, dopóki łodzie nie zamieniły się w trzy szare punkty na ciemnym tle nieba i wody. Wtedy zapadła cisza — taka, jakiej doświadczyć można tylko wtedy, gdy nadzieja miesza się ze strachem, a przyszłość z przeszłością.

Trzy łodzie sunęły ciężko po wodzie, jakby samą siłą woli utrzymywały się na powierzchni świata, który zwijał się w popiół.

Nie niosły doświadczonych żeglarzy — jedynym, który wiedział, jak prowadzić je przez obce fale, był Sharvak. A i on nie znał tego morza. Nie znał jego głębin, zdradliwych prądów ani kaprysów wiatru. Gwiazd nie było widać — niebo pozostawało ślepe, przesłonięte ciemną kopułą pyłu, która nieprzerwanie spływała z kierunku wschodniego, jakby sam wulkan tkał z niej zasłonę pomiędzy dawnym a nowym światem.

Sharvak

Płynęli tylko w dzień, trzymając się prawej strony — tam, gdzie w oddali rysował się zarys brzegu. To była ich jedyna pewność, niemy drogowskaz przypominający, że jeszcze istnieje ziemia. Brzeg był nierówny, poszarpany, miejscami skalisty, miejscami zniżający się w muliste zatoczki. Popiół, niesiony wiatrem, osiadał nawet na falach, tworząc na wodzie cienką, szarą powłokę. Czasem, gdy wiatr zmieniał kierunek, unosił się w powietrze i sypał w oczy jak drobny piasek pustyni.

Sharvak stał na dziobie, a za nim, w milczeniu, obserwowali go wszyscy. Ich spojrzenia były ciężkie, proszące, jakby każde ucho chciało usłyszeć od niego jedno słowo: „dopłyniemy.” Nie było wśród nich mędrców, nie było wodzów ani proroków — tylko ludzie, którzy musieli zaufać człowiekowi, co sam uczył się morza, nim ono zdołało go pożreć.

To spojrzenie — ta nieustanna, milcząca uwaga — było dla Sharvaka trudniejsze niż sam wiatr. Czuł je na plecach, w karku, w dłoniach, które ściskały poręcz. „Nieprzyjemne doświadczenie,” pomyślał, „ale nie odbierające ducha.” Wciągnął głęboko powietrze i podniósł głos:

— Żeglarze i wszyscy, słuchajcie! — huknął, aż echo odbiło się od skalistego brzegu. — Nie będziemy się bali wody, jeśli nauczymy się jej słuchać. Wiatr mamy z prawego boku, lekko od rufy. Żagiel główny ustawcie prawie płasko — dolna belka niech idzie na lewą burtę, wtedy żagiel wypełni się powietrzem. Żagiel trójkątny naciągnąć! Ma łapać wiatr, który minie główny!

Wioślarze, dotąd przy wiosłach, wybiegli na pokład i zaczęli naśladować jego ruchy — jedni niepewnie, inni z desperacką dokładnością. Liny skrzypiały, żagle łapały powietrze, a łodzie drgnęły, jakby odetchnęły nową siłą.

— Na noc nie schodzimy na ląd! — dodał Sharvak. — Morze teraz bezpieczniejsze niż brzegi. Sieci nie mogą próżnować — ryby to nasz los, nie ozdoba.

Ralven, stojący na rufie, przytaknął i dodał krótko, ale z mocą:

— Mam nadzieję, że wszystkie beczki zostaną zasolone, zanim dotrzemy na miejsce. Bez tego żaden rejs się nie skończy.

Woda wokół łodzi miała barwę ołowiu, a fale toczyły się leniwie, jakby same były zmęczone ciężarem świata. Po prawej stronie ciągnął się pas brzegu — coraz bardziej zamglony, jakby tonął w popiele. Z początku widać było jeszcze strome urwiska i połamane konary drzew, dalej już tylko cienie wzgórz.

Wreszcie, gdy ogarnęła zupełna ciemność, zniknęło wszystko: ziemia, niebo i horyzont.

— Zwijać żagle, opuścić kotwice! — krzyknął Sharvak.

Łodzie jednak nie zatrzymały się — wiatr pchał je nieustannie od brzegu.

— Do wioseł! — ryknął ponownie. — Płyniemy ku brzegowi z kotwicami w połowie uniesionymi — niech zaczepią o dno!

Wioślarze zmagali się z falami, które wiatr odpychał od lądu. Ich oddechy zlewały się z łoskotem wody. Gdy wreszcie stanęli, odetchnęli z ulgą, wyczerpani, lecz żywi.

Zostało tylko morze — zaklęta cisza, przerywana świstem wiatru wśród lin. Bez końca i początku, utuliła w śnie wszystkich oprócz straży.

To była pierwsza przespana noc w spokoju — od dnia, gdy wulkan wyrzucił ogień ku niebu.

Na mieliźnie

Poranek przyszedł bez zapowiedzi — jakby sam czas zawahał się, czy w ogóle ma prawo znów poruszyć świat. Gdy tylko na horyzoncie zamajaczył nikły cień lądu, straż poderwała wszystkich łoskotem małych, mosiężnych dzwonów. Dźwięk rozlał się po pokładach jak iskra, budząc znużonych i zziębniętych.

Zaspani ludzie podnosili głowy — jedni już z suszonym mięsem w dłoniach, inni z oczyma wciąż przymkniętymi.

Sharvak ukląkł przy dziobie, wychylając się w stronę lądu, jakby chciał ogarnąć wzrokiem wszystko naraz. Żuł twardy kęs, gdy jego uwagę przykuł przechył jednej z łodzi — tej, która była zakotwiczona najbliżej brzegu. Bok kadłuba ugiął się, jakby wciągany przez niewidzialną rękę.

— Podnosić kotwiceee! — wrzasnął. Krzyk przeszył poranek jak świst strzały.

W jednej chwili zapanował chaos. Wiosła klapały bezwolnie o wodę, czekając, co będzie dalej. Ale przechylona łódź nie drgnęła — jak zaklęta, trwała w miejscu, jakby trzymała się ziemi.

Sharvak już wiedział.

— Szalupy na wodę! Wszystkie! — ryknął. — Wyładować, co się da! Zapas po zapasie — nic nie zostawiać!

Powietrze przeszył zgrzyt drewna i brzęk łańcuchów. Woda zruszonego dna bulgotała przy burtach, gdy przeładowywano beczki, skrzynie i sieci.

— Wszyscy na szalupy, oprócz wioślarzy! — dodał po chwili, widząc, jak łódź próbuje się podnieść. — Napierać wiosłami od brzegu! Prędzej stanie prosto!

Wioślarze, spoceni i milczący, tym razem pomagali falom gonionym wiatrem od lądu. Drewno jęczało pod naporem wody.

Wtedy głos Ralvena przebił wrzawę — tubalny, zachrypnięty, lecz donośny jak dźwięk rogu:

— Szybciej! Wszystko z niej zrzucać!

Zrozumieli, że każda chwila zwłoki może kosztować życie. Tym razem się udało — bogowie pomogli, lecz nie Słońca, a Wiatru, gdy łódź drgnęła nagle, jakby wypuszczona z uścisku. Szarpnęła się w bok i powoli zaczęła unosić.

Odtąd nigdy już tak pewnie nie dopływali do brzegu. Wiedzieli, że wiatr przesuwa wodę na południe.

Ralven oparł dłonie o reling i wypuścił z siebie powietrze, które przez długą chwilę więzło mu w piersi.

— O mały włos od straty… a może i od klęski całej wyprawy — powiedział cicho, bardziej do siebie niż do innych.

Na pokładach nastała cisza. Ludzie patrzyli na siebie z pustym wzrokiem, w którym drżało coś pomiędzy ulgą a przerażeniem. Nad ich głowami niebo wciąż było szare, lecz na horyzoncie majaczył ląd — teraz już wyraźniejszy, jak obietnica, której nie wolno utracić po raz drugi.

Po posiłku z ryb usmażonych nie tylko w kuchni, ale i na warsztacie kowala, ruszyli w dalszą podróż z nową siłą.

Żeglując za dnia, a nocą odpoczywając, w podróży byli już ósmy dzień — tak stwierdził Atherius, a on się nie mylił. To było znane wszystkim. Młodzi rybacy mówili, że połowy stają się lepsze. Jednym z dowodów była dziwna ryba z długim pyskiem, przypominającym grot oszczepu. Krajobraz brzegów zmienił się — był łagodniejszy, a powietrze bardziej wilgotne.

Polowanie po polowaniu

Sharvak, gdy ledwie świt rozproszył mrok, zarządził uzupełnienie zapasów, a nawet ich powiększenie, jeśli tylko będzie to możliwe. Mgła spowijała brzeg jak mleczna zasłona — gęsta, chłodna, niosąca ze sobą zapach mułu i mokrej ziemi. O brzasku, gdy czerwone słońce nie przebiło się jeszcze przez ciężką kopułę chmur, dziewięć szalup odbiło od burty statku, rozcinając spokojną taflę północnej części Morze Kaspijskie. Wiosła zanurzały się bezgłośnie — jakby nawet woda nie chciała zdradzić ich obecności.

W szalupach panowała napięta cisza. Ludzie czuli zimno mgły, które wdzierało się pod kożuchy, i smak wilgoci na ustach. Oddychali płytko, nie z wysiłku, lecz z niecierpliwego oczekiwania. Niektórzy zaciskali dłonie na drzewcach oszczepów, inni poprawiali cięciwy łuków. W oczach nie było słów, tylko skupienie. W tej ciszy każdy myślał o tym samym — jeśli wrócą z pustymi rękami, kolejny dzień będzie trudniejszy niż poprzedni. Głód nie pyta o litość.

Szalupy sunęły w stronę trzcinowisk i gęstego sitowia, które falowało cicho w porannym wietrze. Tam, na granicy lądu i wody, gromadziło się ptactwo. Gęsi i kaczki siadały w trzcinach, nie spodziewając się zagrożenia. Z mgły wynurzały się kontury krętych korytarzy wodnych, ledwie widocznych. To były jedyne drogi, jakimi łowcy mogli się przedostać.

Na znak łodzie rozproszyły się wachlarzem, każda w swoją stronę, by odciąć ptakom drogę ucieczki. Słychać było tylko sapanie wioślarzy i chlupot wody pod wiosłami. W końcu rozległ się przeciągły gwizd — sygnał, że pora wypłoszyć ptactwo. Gęsi i kaczki poderwały się z trzcin z trzepotem skrzydeł, ale już wtedy pierwsze strzały przecięły powietrze. Gęsi spadały ciężko na wodę, a duże ryby, spłoszone hałasem, zdradzały swoje kryjówki. Oszczepy poszybowały za nimi — w stronę sumów i jesiotrów.

Powietrze wypełniły krzyki i trzepot skrzydeł. Z każdej łodzi zeskoczyło po dwóch, trzech ludzi w płytką wodę, brodząc po kolana, by zbierać zdobycz i wrzucać ją do worków lub prosto do szalupy. Mgła była sprzymierzeńcem — ptactwo nie widziało dobrze kierunku, w którym nadciągali ludzie, i zawracało chaotycznie, wpadając niemal w ich dłonie.

Na obrzeżach trzcin grupy łowców natrafiły też na stado dzikich kaczek gniazdujących na niskim lądzie. Polowanie przerodziło się w ciche oblężenie: jedni okrążali teren, inni podchodzili od wody. Kilka strzał, kilka rzutów oszczepów i nastała cisza — tylko ciężki oddech i chlupotanie wody pod nogami. Napięcie, które ściskało gardła, ustąpiło fali ulgi.

Zanim słońce wzniosło się ponad horyzont, dziewięć łodzi było już cięższych niż przy odpłynięciu. W workach leżały dziesiątki ptaków — kaczki, gęsi i czajki, niektóre wciąż ciepłe. Na dnie łodzi znajdowały się pierwsze złowione ryby, wzięte z płytkich zatoczek sieciami rozciągniętymi naprędce wzdłuż trzcin.

Droga powrotna była wolniejsza, ale spokojna. Mgła rozrzedzała się, a woda odbijała blade światło nieba. Na horyzoncie majaczyła sylwetka ich statku — schronienie i tymczasowy dom. W łodziach panowała inna cisza niż o świcie: ciężka, wilgotna, ale nasycona poczuciem zwycięstwa. Nie było krzyków ani śmiechu, tylko krótkie spojrzenia, które mówiły więcej niż słowa. Wiedzieli, że zapasy nie wystarczą na długo, ale każdy zdobyty kawałek mięsa był krokiem dalej od głodu i śmierci, która podążała za nimi od wschodu jak cień wulkanicznej katastrofy.

Zanim dotarli na pokład, już planowano kolejną wyprawę. W trzcinach zostało jeszcze wiele ptaków, a na stepach — większa zwierzyna. To miejsce, choć nie było domem, dawało im coś, czego od tygodni brakowało: poczucie, że przetrwanie jest możliwe.

Ralven, zachęcony udanym porannym polowaniem, patrzył na łupy z błyskiem w oku.

— Tu można żyć — powiedział cicho, jakby sam do siebie. — Zanim popłyniemy dalej… spróbujmy zapolować na coś większego. — Tym razem słowa wybrzmiały głośno.

Sharvak zmrużył oczy, zerkając w stronę trzcinowisk i stepów za nimi.

— Nie po to uciekaliśmy, by utknąć tutaj — powiedział z nutą niepokoju. Ale po chwili dodał: — Jeśli polowanie ma przyspieszyć naszą podróż, nie będę się sprzeciwiał.

Zrozumieli się bez słów. Nie tracąc czasu, wypłynęli z innymi — tym razem nie tylko po ptactwo.

Na łodziach zostali ci, którym powierzono oporządzenie porannych łowów. Z trzaskiem obdzierano ptaki z piór, porcjowano mięso i zasalano je w beczkach, już wcześniej opróżnionych. Część zdobyczy przeznaczono do upieczenia — ogniska rozpalą na brzegu, gdy myśliwi wrócą.

Blade słońce wznosiło się powoli za zasłoną pyłu ponad linię trzcin, rozpraszając poranną mgłę i odsłaniając ziemię, która jeszcze przed chwilą zdawała się snem. Woda lśniła bladym blaskiem, a ptactwo, spłoszone wcześniejszym łowem, skryło się głębiej w rozlewiskach. Za trzcinowiskiem ziemia wznosiła się łagodnie ku stepom. W pasie wilgotnych łąk i zarośli często pojawiały się dziki, jelenie i sarny. Wiedzieli o tym — tropy widziano już wcześniej na błotnistym brzegu. Gruby zwierz oznaczał zapasy na wiele dni.

Przed południem — przynajmniej tak im się zdawało — trzydziestoosobowa grupa zeszła z szalup na brzeg. Rozproszyli się na szerokim terenie, uzbrojeni w oszczepy z hartowanymi grotami, łuki i cięższe włócznie przeznaczone do dobicia rannego zwierzęcia. Przemieszczali się cicho wąskimi ścieżkami pozostawionymi przez zwierzynę, przez sitowie, gdzie woda przechodziła w podmokły grunt. Trawy sięgały im po pas, a powietrze pachniało wilgocią i ciepłą ziemią.

Pierwsze ślady znaleziono niedaleko — głębokie odciski racic w błocie, zbyt szerokie jak na sarnę. Dziki. Trop prowadził ku zagajnikowi olch i wierzb na łagodnym wzniesieniu. Polowanie na dzika nie przypominało strzelania do ptactwa — tu ranny zwierz był równie groźny jak człowiek z włócznią.

Podzieleni na kilkanaście grup, ruszyli zgodnie z planem: jedni mieli obejść stado od zawietrznej, inni zająć pozycje, by odciąć drogę ucieczki. Wiatr sprzyjał — niósł zapach w stronę ludzi. W zaroślach usłyszeli ciche chrumkanie i szelest. Stado żerowało, wykopując bulwy z wilgotnego gruntu.

Pierwszy łucznik wypuścił strzałę. Trafił dużego odyńca w bok. Zwierzę ryknęło, poderwało się i ruszyło wprost na ukrytych łowców. Wpadło w linię włóczni, które ugięły się pod jego ciężarem. Sharvak uskoczył w bok, a Ralven wbił grot pod łopatkę z chłodną precyzją człowieka, który już wiele razy walczył o życie. Odyńca powaliła dopiero trzecia włócznia — wbita od przodu przez Sharvaka w chwili, gdy bestia się rzucała.

Stado rozproszyło się w popłochu, ale udało się powalić jeszcze młodą lochę. Inne grupy również odniosły sukces — ich łupem padły sarny, nieco wychudłe, lecz w tych czasach każde mięso było cenne.

Na miejscu rozpoczęto oprawianie zwierzyny. Krew spuszczono do dołów, wnętrzności oddzielono, zabierając tylko mięso, tłuszcz i skóry. Głowę odyńca wbito na pal osadzony w ziemi — był to rytualny znak pomyślnego łowu i siły grupy. Mięso ułożono w szalupach na liściach i gałęziach, przykryto skórami. Na każdej łodzi jeden z myśliwych odganiał brzozową gałęzią roje owadów.

Gdy wrócili, słońce chyliło się ku zachodowi. Powietrze niosło zapach ciepłej, bagiennej wody i ziemi. Zapasy zdobyte w jeden dzień wystarczyły na wiele dni żeglugi i dla tych, których mieli jeszcze przywieźć. Lecz ważniejsze niż mięso było to, co czuli: że ten kraj — choć obcy i milczący — daje im szansę. Tu jeszcze można było polować i oddychać powietrzem wolnym od popiołu.

Na pokładzie powitały ich okrzyki. Wieczorem płomienie pochodni odbijały się w oczach ludzi, którzy po raz pierwszy od dawna czuli nie tylko zmęczenie i strach, ale też cień nadziei.

Nazajutrz ruszyli dalej w nieznane.

Tekst jest bardzo sugestywny i dobrze oddaje narastającą dramaturgię. Ma jednak kilka miejsc, które można dopracować stylistycznie i językowo, by był jeszcze bardziej płynny i literacko czysty. Poniżej masz poprawioną wersję z zachowaniem Twojego stylu narracji — usunąłem powtórzenia, wyrównałem składnię i doprecyzowałem niektóre sformułowania:

Wiatr przybrał lepszy kierunek, uderzając w żagle od rufy, aż główny maszt jęknął pod naporem płótna. Kadłub trzeszczał, jakby przypominał załodze, że drewno ma pamięć — pamięć burz i bitew. Calen przykucnął i ostrym nożem żłobił w deskach mapę miejsca, które niedawno odkryli — zatoki pełnej zwierzyny i ryb. To miało być ich tajne zaplecze, nim cała ludność wyspy zostanie przetransportowana na nowe ziemie.

Kilka dni spokojnej żeglugi minęło jak jedno przeciągłe westchnienie morza. Ale gdy woda nagle zmętniała, wszyscy zrozumieli, że coś się zmienia. Rzeka. Duża. Niosła ze sobą splot mułu, traw i słodki zapach lądu. Ralven zmrużył oczy, patrząc w rozmyty horyzont.

— Sternik… zbliż kurs do brzegu — powiedział cicho, jakby sam słyszał echo własnego niepokoju.

Zanim ktokolwiek zdążył zapytać dlaczego, na tle niskiego słońca zamajaczyły cienie. Najpierw ledwie dostrzegalne smugi, potem ostre kontury — kilkanaście czajek, smukłych jak szpice włóczni, kołysało się spokojnie przy jednej z odnóg delty. Załogi łowiły ryby, leniwie doglądały sieci, kilku ludzi spało w cieniu masztów. Obraz był senny i zwyczajny. Zbyt zwyczajny.

Statki uchodźców płynęły ciężko i dostojnie, z każdym uderzeniem wioseł rozcinając nurt jak toporem. Ich kadłuby nie były zbudowane do walki, lecz do przetrwania. Ale w oczach tubylców nie było litości. Kapitanowie małych łodzi nie potrzebowali rozkazów. To była ich ziemia. Ich woda. Ich reguły.

W jednej chwili sieci porzucono, ryby pozostały tam, gdzie spadły. Wiosła weszły w ruch — równo, cicho, jak w dobrze wyuczonym tańcu. Czajki ożyły. Trójkątne żagle napięły się, łapiąc każdy podmuch jak drapieżnik nozdrzem łapie zapach krwi. Z łagodnego pejzażu zrobiła się scena polowania. Polowania na grubego zwierza.

Na pierwszym statku rozległ się okrzyk straży:

— Na dziobie! Łódki od lądu! — Młody chłopak zeskoczył z relingu, a jego głos rozciął poranny szum jak klinga. Ralven podniósł głowę, a jego serce zacisnęło się jak pięść.

Drugi okręt, nieco bliżej środka nurtu, kołysał się ciężej. Tam sternik już zmienił kurs — prąd był sprzymierzeńcem, silniejszy niż wiosła. Ludzie zaczęli krążyć nerwowo po pokładzie, a ktoś krzyknął coś o skrzyniach i broni. Zbrojni natychmiast stanęli w gotowości. Kusznicy już celowali, choć jeszcze nie widzieli celu.

Na trzecim statku panowała cisza — był najdalej od brzegu. Starszy mężczyzna trzymał dłoń na czole, wpatrując się w wachlarz czajek, które rozwijały się na wodzie szerokim łukiem. Nie trzeba było znać ich języka — ten manewr znali wszyscy, którzy kiedykolwiek polowali. Zamknięcie drogi. Odcięcie. Polowanie.

Czajki sunęły niemal bezszelestnie. Na dziobach błyszczały haki, na rufach leżały tarcze, a w dłoniach ludzi połyskiwały groty włóczni. Każdy wiedział, że jeśli nie zatrzymają się teraz — nie zatrzymają się wcale.

— Przygotować kusze i łuki! — ryknął Ralven z dziobu pierwszego statku. Głos odbił się echem od tafli wody. Zbrojni, po trzydziestu na każdym statku, w pełnym rynsztunku ustawili się przy burtach, a wioślarze z całych sił starali się odbić w stronę otwartego morza.

— Trzymać kurs! — wrzasnął sternik drugiego statku, ale nikt już nie patrzył na wodę pod stępkami. Wszyscy wpatrywali się w ciemny łuk łodzi, który zacieśniał się jak pułapka.

W chwili, gdy czajki znalazły się w zasięgu wzroku bez mrużenia oczu, rozległ się pierwszy pomruk — bębny. Wolne, niskie uderzenia, które zdawały się bić w rytm serc. Potem krzyk — ostry, jednoczesny, niosący się daleko po delcie rzeki.

Ralven poczuł, jak coś ściska mu gardło. Wiedział, że to nie był zwykły atak jak na lądzie. To był sygnał. Początek.

— Przygotować się! — ryknął, chwytając za włócznię, gotów cisnąć nią w pierwszego, który wdarłby się na pokład. — Nie odwracać się, nie cofać!

Krew na wodzie

Wtedy pierwsza fala czajek przyspieszyła. Kadłuby przecięły wodę, rozbryzgując ją w powietrze jak dzikie zwierzęta. Wiosła pracowały w rytmie bębnów, a wachlarz łodzi zaczął się zamykać. Trzy statki znalazły się w potrzasku. W ich oczach nie było już znużenia ani zmęczenia żeglugą. Było tylko jedno — chłodna, drapieżna świadomość, że za chwilę wszystko się rozstrzygnie.

Morze i rzeka stały się areną. Czas przestał płynąć — zawisł w napięciu, tuż przed zderzeniem dwóch światów.

Gwizd bełtów przeszył powietrze jak tnący sznur. Kilku napastników runęło w wodę, inni cofnęli się w popłochu, kryjąc za burtami czajek. Szturm wyraźnie osłabł. Krzyk bitewny stłumił szum fal, a na pokładzie nastała chwila ciężkiego oddechu — jakby sama bitwa wahała się, czy warto dalej trwać. Fale rozbijały się o burtę, a napastnicy, widząc, że obrona nie pękła, zaczęli krążyć niepewnie na wodzie.

— Przygotować włócznie! — głos Ralvena był twardy jak cios kamienia. — Nie dopuścić nikogo na pokład!

Wioślarze z trudem utrzymywali kurs, a morska toń kipiała od piany rozbijanej dziobami łodzi. W słońcu błyszczały ostrza haków, a serca żołnierzy biły szybciej — czuło się to w powietrzu, ciężkim od potu i napięcia.

Pierwszy hak wbił się w reling z głuchym trzaskiem. Ralven nie czekał. Przełożył miecz w lewą rękę, porwał oszczep z rąk jednego z ludzi i z rozmachem cisnął nim w zbliżającą się sylwetkę wroga. Krzyk rozdarł powietrze, a napastnik runął w wodny wir.

— Do burt! — ryknął. — Zewrzeć szereg, jak w ataku z lasu w obronie królestwa!

Zbrojni ustawili się ramię w ramię, włócznie skierowane w dół tam, gdzie obcy próbowali wspinać się po linach. Krew mieszała się z wodą, rozpryskując się w rytmie ciosów. Wrogowie z furią napierali, lecz Ralven był wszędzie — na dziobie, przy burcie, na rufie — jakby sam wiatr niósł jego głos i stal.

Sharvak — mistrz walki wręcz — stał się legendą, gdy ostatni z atakujących, nie czekając na jego cios, wskoczył do wody, ratując życie. Bitwa zakończyła się śmiercią dwóch wojów i ranami nielicznych.

Wyprawa w poszukiwaniu nowych ziem do zasiedlenia zbierała doświadczenia — morze kojarzyło im się z kłopotami. Teraz żeglowali kolejne dni od ostatniej przeszkody, którą pokonali, choć nie bez strat. Wiatr niósł w sobie wilgoć i chłód, jakby zima czaiła się tuż za linią horyzontu, gotowa spaść na nich przedwcześnie. Nie byli ludźmi morza — przyszli z terenów górzystych, gdzie ziemia pachniała rudą żelaza, miedzi, srebra i cyny, a rzeki wypłukiwały złoto. Tam budowali swoje domy i kopalnie metali, tam uprawiali sady i winnice. Ziemia była żyzna i dobra pod zasiewy owsa i pszenicy.

Od ostatniego starcia minęło kilka dni. Cisza żeglugi była niepokojąca, bo przypominała im o stratach, które już ponieśli. Statki płynęły ciężko, a każdy oddech załogi mieszał się z twardym, słonym powietrzem. Ani gór, ani nawet łagodnych pagórków nie było widać. Tylko szare niebo i poszarpana linia wybrzeża w oddali. Choć było lato, chłód nie odpuszczał — słońce świeciło wysoko, lecz ciepło nie spływało na ziemię. Grube warstwy popiołu unosiły się w powietrzu niczym zasłona, odbierając dniu blask.

Kiedy na horyzoncie wreszcie zarysowały się wzgórza, nie były ani wysokie, ani szczególnie gościnne. Ale były. A to wystarczało, by wzrok ludzi wypełniła ulga. Ralven podjął decyzję, zanim ktokolwiek zapytał.

— Zwinąć żagle! — zawołał. — Spuszczać szalupy!

Czas na zimowy odpoczynek

Zanim okręty dotarły do piaszczystych mielizn, na pokładach zapanowało milczące napięcie. Kotwice opadały w wodę z tępym plaśnięciem. Wiosła zakołysały statki, utrzymując je w miejscu, a zdobyczna czajka wypłynęła ku brzegowi. Pierwszy stanął na lądzie zwiadowca — młody, szybki jak wiatr chłopak, którego zadaniem było upewnić się, że to miejsce nie skrywa niespodzianek. Za nim w szalupach ruszyła reszta: zbrojni ze swoim rynsztunkiem, Ralven, Arthenius, Calen i Sharvak. Na statkach pozostali jedynie sternicy i po dwóch wioślarzy.

Wzgórza były porośnięte niską trawą i krzakami. Ziemia twarda, ale nie martwa.

— Dalsza podróż oznacza ryzyko — zaczął Ralven, patrząc po zebranych. — Każdy dzień to mniej czasu przed zimą. Jeśli zostaniemy tu, mamy szansę zbudować prowizoryczne schronienia i przyjąć kolejnych z wyspy. Jeśli popłyniemy dalej, może znajdziemy lepszą ziemię… a może nie zdążymy wrócić po wszystkich.

Kiedy słońce zaczęło chować się w popielatej mgle, Ralven zwołał naradę.

Starszy z wojów, krępy Brogar, wsparł dłonie na kolanach i warknął:

— Te wzgórza nie dadzą nam schronienia przed mrozem. Nie ma tu kamienia, nie ma lasów. Tylko wiatr i piach. To nie miejsce dla naszych dzieci.

— Ale jest ziemia — odezwał się spokojnie Arthenius, uczony i twórca wielu wynalazków. — Ziemia, którą da się przekopać i obsiać. Woda do dalszej podróży jest blisko. Popiół z nieba to zły znak, ale też znak, że gdzieś dalej mogło się coś skończyć. Nie możemy gonić za marzeniem o idealnym miejscu. Potrzebujemy miejsca, które pozwoli przetrwać zimę.

Wreszcie powrócił zwiadowca.

— Co mamy przed sobą, chłopcze? — spokojnie zapytał Ralven.

W głosie młodego zwiadowcy słychać było ekscytację:

— Widziałem strumień. Niedaleko. Jest też dolina — niewielka, ale dobrze osłonięta od północnego wiatru. Jest tam mały brzozowy zagajnik i wierzby nad brzegiem, a na środku — jeziorko.

Ralven słuchał, nie przerywając. Czuł ciężar decyzji — nie takiej, którą można cofnąć.

— Wiem, że chcielibyście dotrzeć dalej — powiedział po chwili. — Ale czas jest naszym wrogiem. Nie morze, nie ludzie, nie głód. Czas.

— A jeśli zima przyjdzie wcześniej? — zapytał ktoś z tłumu.

— Wtedy przetrwają ci, którzy mają gdzie się schronić — odpowiedział cicho Ralven. — A reszta nie będzie miała już znaczenia.

Narada przeciągała się, ale powoli głosy „za” zaczęły przeważać nad tymi, którzy chcieli ryzykować dalszą żeglugę. W końcu zapadła decyzja. Ralven nakazał przygotować oddziały zwiadowców. Kilka zdobycznych czajek miało ruszyć wzdłuż brzegu — jedne na zachód, inne na wschód — by sprawdzić, co kryje się w okolicy i czy można tu bezpiecznie zakładać obozowisko.

Zanim noc zapadła na dobre, szalupami wyładowano wszystkie zapasy, narzędzia i broń. Ogniska rozświetliły brzeg. Statki spoczywały zakotwiczone jak zmęczone bestie, a ludzie po raz pierwszy od wielu tygodni nie czuli potrzeby trzymania w dłoni broni. Przynajmniej tej nocy. O straży jednak nie zapomniano. Wokół rozstawiono beczki, skrzynie i kusze gotowe do użycia. Na środku, na kamieniu znalezionym wśród traw, rozłożono mapę wyprawy. Płonąca pochodnia drżała na wietrze, rzucając cienie na twarze ludzi, którzy stali u jego boku od początku drogi.

— Oby do rana — mruknął Calen, kładąc się na boku i zaciągając koc do brody.

— Oby — odpowiedział Arthenius cicho, z głową opartą o zrolowany płaszcz.

Zmęczonym, obolałym ludziom noc minęła szybciej, niż by tego chcieli. Pierwsze brzaski świtu przyniosły ze sobą chłód, który wgryzał się w skórę jak nieproszony gość. Choć lato było w pełni, poranek bardziej przypominał jesień — mokrą, surową i nieprzyjazną. Mgła snuła się nisko, przykrywając wzgórza białą poświatą. Ogień w palenisku dawno wygasł, a z wilgotnych koców unosiła się para.

Ludzie kręcili się bez celu — rozciągali obolałe mięśnie, przeciągali się i prostowali nogi zesztywniałe od siedzenia w łodziach. Ktoś kichał, ktoś inny głośno ziewał. W tej sennej ospałości było coś, co irytowało Ralvena. Patrzył na ich powolne ruchy, na twarze jakby oderwane od rzeczywistości i poczuł w sobie znajome napięcie. Nie mieli luksusu czasu.

— Dość tego, mięczaki! — warknął w końcu, podchodząc do ogniska, gdzie ktoś właśnie rozdmuchiwał żar i dorzucał suche gałęzie oraz trawę. — Zbiórka przy ogniu, już!

W jego głosie nie było gniewu — była surowa konieczność. Na te słowa poruszyli się, jakby ktoś wbił im w plecy drąg. Wkrótce wszyscy siedzieli lub stali w półokręgu, skuleni w chłodzie, czekając na rozkazy.

Ralven powoli obszedł ogień, jakby zbierał w sobie ciężar słów. — Do zimy musimy przywieźć wszystkich. A to znaczy co najmniej dwie takie wyprawy jak ta. — Zatrzymał się, patrząc im po kolei w oczy. — Ale tym razem pójdzie szybciej. Szlak znamy, wiemy, gdzie omijać mielizny i zdradliwe zatoki. Wiemy też, gdzie możemy spodziewać się kłopotów. Wiemy, gdzie są łatwe zapasy mięsa do zdobycia.

— Jeśli wiatr nam sprzyja… — mruknął Brogar, poprawiając pas z toporem. — …i jeśli nie trafią na nas ci przeklęci z delty rzeki.

— Wiatr nie ma w tej sprawie nic do gadania — odparł Ralven twardo. — To my decydujemy, czy zdążymy. A Sharvak zdecyduje, jak daleko omijać wrogów. Dlatego nie tracimy czasu.

Kilku ludzi skinęło głowami. Arthenius, który dotąd siedział cicho, odezwał się spokojnie:

— Im szybciej popłyną, tym szybciej wrócą. Względna pogoda jest teraz naszym sprzymierzeńcem. Jeśli poczekamy tydzień, może się to zmienić.

Ralven wskazał na Sharvaka — podróżnika, wygnańca z Dwarki, wysokiego mistrza sztuk walki, wojownika, który przez całą drogę trzymał ludzi w ryzach.

— Sharwak poprowadzi wyprawę po pozostałych na wyspie. Potem następną — po zwierzęta i ich opiekunów. Kozy mleczne i kury popłyną razem z kobietami i dziećmi.

— Na razie kogutów może nie być — rzucił ktoś z tyłu.

Prawie wszyscy parsknęli śmiechem, ale Ralven bez uśmiechu mówił dalej:

— Zabieracie szalupy i jedną zdobyczną czajkę. Płyniecie prawie na pusto — tylko tyle zapasów, ile potrzeba, żeby wrócić.

— I ilu ludzi? — zapytał ktoś z tyłu.

— Po trzech wojów na łódź — odparł Ralven. — To wystarczy. Sternik i wioślarze też potrafią strzelać bełtami, więc jeśli coś się stanie, dacie radę się bronić.

— A jeśli natrafimy na tych, co już raz nas zaatakowali? — Brogar mówił nie z tchórzostwa, a z doświadczenia. — Wtedy trzy bełty na łódź to śmiech.

— Nie będziecie walczyć, tylko omijać skorych do bitki — przerwał mu Sharvak spokojnie, ale stanowczo. — Tym razem nie idziecie po chwałę. Płyniecie po ludzi.

W szeregach rozległy się ciche pomruki aprobaty. Wiedzieli, że to nie będzie wyprawa dla wojowników, tylko dla tych, którzy sprowadzają dom.

Ralven skinął głową do zwiadowcy — tego samego młodego chłopaka, który poprzedniego wieczoru przyniósł wieści o strumieniu i dolinie.

— A teraz, chłopcze — powiedział Ralven łagodniej. — Prowadź. Czas zobaczyć, gdzie będziemy zimować.

Zwiadowca ruszył pierwszy, z oszczepem w dłoni, z zapałem, którego brakowało zmęczonym dorosłym. Ludzie powstawali z ziemi, jeszcze ospali, ale już z wyraźnym celem w oczach. Mgła zaczęła się unosić z doliny, a światło dnia odsłaniało przed nimi nowy, nieznany skrawek ziemi. To tu miało się zdecydować, czy ich lud przetrwa zimę.

Po kilkunastu krokach Ralven stanął na wzgórzu, patrząc na rozciągające się morze i na okręty, już uwolnione z kotwic. Wiedział, że to nie koniec wędrówki — tylko pierwszy krok do zbudowania nowego domu.

Dolina była szeroka i cicha. Na jej dnie srebrzyła się wąska wstęga potoku, a na zboczach falowały powiędłe trawy. Gdy dotarli na miejsce, chłód wciąż wisiał w powietrzu — przenikliwy i wilgotny. Arthenius z Calenem nie zastanawiali się długo i pierwszym znalezionym patykiem zaczęli kreślić w piasku linie. Były to kwadraty narysowane obok siebie, tak wąsko, że po zbudowaniu dachu tylko jeden człowiek mógł przejść między nimi.

— Co to ma być? — głos księcia Ralvena zabrzmiał surowo, choć z nutą zainteresowania.

Calen podniósł wzrok, otrzepując dłonie. — Panie… tu będą jamy.

— Jamy? — Ralven zmarszczył brwi. — Ziemianki jak dla zwierzyny?

— Lepiej spać w jamie niż zamarznąć pod chmurką — odpowiedział spokojnie Calen. — Drzew niewiele, więc nie ma z czego postawić wież czy domów. Schronienie musi być szybkie i ciepłe. Ognisko też musi mieć czym się karmić, a opału tu niewiele.

— A twoje budowle zdążą powstać, zanim Sharvak wróci z ludźmi? — spytał książę z powątpiewaniem.

Calen milczał, a jego spojrzenie było odpowiedzią samo w sobie.

Ralven odwrócił się w stronę zebranych. — Ludzie Khar-Nimury! — ryknął donośnym głosem, który poniósł się echem po zboczach. — Od tej chwili Calen i Arthenius mówią wam, co robić. Słuchajcie ich tak, jakby to ja wam rozkazywał!

Wojownicy porzucili zbroje i pasy z bronią, stając się budowniczymi. Cieśle wzięli siekiery, kowale kilofy, a kusznicy uzbroili dłonie w łopaty i motyki. Praca zaczęła się natychmiast.

Ziemia w dolinie była wilgotna, lecz miękka, więc kopanie nie sprawiało wielkiego trudu. Ludzie zginali się w pół, zrzucając łopatami brunatne grudy ziemi, aż wkrótce jamy sięgały do pasa dorosłego mężczyzny. Arthenius chodził od jednej do drugiej, mierzył odległości i poprawiał kształt ścian. — Zaokrąglajcie rogi — powtarzał. — Zimą wiatr będzie tu świstał jak demon. Nie może się mieć na czym zatrzymać.

Po dwóch bokach każdej jamy wbijano pionowo słupy z okorowanych pni olchy, proste jak strzały. Ich wierzchołki połączono belkami, wiążąc mocno łykiem z kory wierzby. Tyczki układane po skosie opierały się o sam szczyt konstrukcji, tworząc szkielet dachu.

— Im gęściej, tym cieplej — mruczał Arthenius, sprawdzając naciąg wiązań. — I niech dach opada nisko, żeby śnieg nie nawiewał pod spód.

Na poprzeczne tyczki przywiązywano grube warstwy trzcin, układanych od dołu do góry niczym pancerz. Słońce zaczęło przebijać się zza zachodniego wzgórza, a jego krótkie, blade promienie złociły mokrą roślinność, która cicho parowała. Ściany uplatano świeżo ściętą wikliną, ciasno jak kosz, a potem wszyscy oblepiali je gliną. Ręce szybko brudziły się na szaro i brązowo, ale nikt nie narzekał.

Gdy pierwsze półziemianki były gotowe, Calen rozpalił w jednej z nich ogień. Kamienie wokół paleniska nagrzewały się powoli, a ciepło zaczęło rozlewać się po wnętrzu. Z drugiego końca ziemianki pozostawiono trójkątny otwór wentylacyjny — komin, którym leniwie unosił się dym, pozwalając przebywać w środku.

— To musi wystarczyć — powiedział Calen, prostując się i ocierając pot z czoła.

— Gdy spadnie śnieg i nasze domy zostaną nim otulone, wiatr nas nie tknie — dodał Arthenius, klepiąc belkę nośną, jakby głaskał konia przed bitwą.

Ralven przez chwilę przyglądał się konstrukcji, milcząc. Potem skinął głową. — Dobrze. To nie będzie pałac, ale przetrwamy tu zimę. A jak wrócą z resztą ludzi i zwierząt… zbudujemy coś większego.

Zimowisko

— Nie będziemy czekać — odezwał się Calen. — Budujemy dalej, chociaż my już mamy dach nad głową. Ale wolniej, bo połowa ludzi musi zacząć polować, robić zapasy na zimę i zwozić drewno na opał.

— Gdy Król przybędzie, musi mieć miejsce dla korony i całej swojej rodziny — dodał pospiesznie Ralven.

Dolina wypełniła się odgłosami pracy, stukotem narzędzi i śmiechem ludzi, którzy wreszcie poczuli, że budują coś swojego. Pierwsze półziemianki stały jak niemy znak — początek nowego miejsca, nowego domu.

Zanim przybył król Themir wraz z rodziną, dolina zdążyła się zmienić. Z surowego obozowiska wyrastało coś, co z daleka przypominało zalążek osady. Pośród prostych półziemianek wznosiła się jedna większa budowla — surowa i zagłębiona ziemi, ale jak na obecne warunki niemal okazała. Jej dach niczym się nie różnił od pozostałych, może jedynie rozmiarem i czterospadową konstrukcją, która czyniła ją bardziej wyniosłą.

Ściany zbudowano z polnych kamieni, zbieranych z trudem wśród pagórków i dolin. Kamień był tu skarbem — niełatwo było go znaleźć, a jeszcze trudniej zwieźć. Dlatego każdy myśliwy wracający z łowów miał obowiązek przytaszczyć przynajmniej jeden głaz, nawet jeśli ledwo mieścił go pod pachą. Zamiast szkła witrażowego, jak w Khar-Nimurze, w oknach połyskiwały cienkie błony z pęcherzy pławnych ryb, starannie naciągnięte i wysuszone na słońcu. Podłogę ułożono z płaskich kamieni, wybranych spośród tysięcy, które rzeka przez stulecia wygładzała, szorując piaskiem, a wiatr — jakby na złość wodzie — wraz z mrozem rzeźbił w nich ostre pory i pęknięcia. Nie było tu wapiennej zaprawy ani wulkanicznego popiołu — wszystko spajano jedynie gliną: raz tłustą i miękką, innym razem gorszą, bo taką akurat udało się wykopać.

Wokół osady powstawały wieże strażnicze, a przy nich obwałowania z wbitymi palami — budowane przez wojowników, którzy zamienili miecze na kilofy i siekiery. Nie wszyscy jednak mogli zostać budowniczymi. Część ruszyła na północ, w pagórkowaty step, gdzie ciągnęły się stada dzikich zwierząt — danieli, jeleni i stepowych koni. Nie była to jednak zwierzyna wypasiona — pył z wulkanu odgradzał słońce skutecznie, choć czasami dawał przyrodzie chwilę wytchnienia.

Poranek był jasny, choć chłodny. Mgła, która spowijała dolinę, została w dole jak cichy, biały płaszcz, a powyżej wzgórz ciągnęła się otwarta przestrzeń, rozświetlona bladym słońcem. Myśliwi ruszali w milczeniu, rozciągnięci w luźnym szyku, by nie spłoszyć zwierzyny. Trawy falowały, bijąc mokrymi kłosami po kolanach, a wiatr niósł z daleka zapach spalenizny. W oddali migotały języki ognia i połacie czarnej ziemi.

Stary wojownik, prowadzący grupę, zatrzymał się na grzbiecie pagórka i przykucnął. W oddali, przy zakolu potoku, pasło się stado jeleni. Dalej widoczny był dziki ruch ucieczki przed pożarem. Zwierzęta poruszały się niespiesznie, jakby wierzyły, że są tu same. Myśliwi rozdzielili się w ciszy — jedni obeszli teren od wschodu, inni od zachodu, by zamknąć zwierzynę w półokrąg.

Strzały z kusz świszczały cicho, ledwie słyszalne w wietrze. Dwa jelenie padły od razu, trzeci runął po chwili, próbując jeszcze skakać przez wysokie trawy. Reszta stada rozpierzchła się jak cienie. Jeden z wojów dał znak, by podbiec i dokończyć dzieła nożem, zanim ranna zwierzyna odzyska chęć życia i zdoła uciec zbyt daleko. Dla zajęcy znaleziono inną metodę. Zamiast bawić się w strzelanie, wykorzystano sieci rybackie rozwieszone na kołkach — i tak trzeba je było wysuszyć.

Nie było tu miejsca na trofea czy zbędne emocje — polowanie miało jeden cel: przetrwanie. Zwierzęta patroszono na miejscu, a mięso dzielono na porcje tak, aby było wygodnie nieść na żerdzi przełożonej przez ramię. Część natychmiast solono i pakowano w beczki przywiezione ze sobą, a część wędzono w wędzarni na środku osady, zbudowanej specjalnie do tego celu przez Calena. Dym i aromat olszynowych gałęzi były niezastąpione — wcześniej nikt nie znał tej metody, bo nie było takiej potrzeby.

Skóry oczyszczone solą znad morza starannie zwijano i zszywano w rulony — miały się jeszcze przydać. Każdy z myśliwych, oprócz mięsa, zabierał też kamień z okolic potoku. Wracali więc obładowani — jedną ręką niosąc mięso, drugą kamień, który miał stać się częścią królewskiej siedziby.

W dolinie, pod czujnym okiem Artheniusa, powstawały spiżarnie — kamienne, sklepione jak piwnice, ukryte w ziemi i przykryte darnią przyniesioną spod brzozowego zagajnika. Były rozproszone w różnych miejscach, tak by żadne jedno miejsce nie skrywało całego zapasu. W razie napaści lub nieszczęścia przetrwałaby choć część. Te piwnice pełniły też rolę schronienia przed wrogiem — były z kamienia i miały otwory strzelnicze dla kusz. Dlatego przechowywano w nich kusze, zapas bełtów oraz nadmiarowe uzbrojenie.

— Nie będzie to pałac — powiedział Calen, zrzucając na ziemię ciężki kamień i spoglądając na powstającą budowlę. — Ale król znajdzie tu dach nad głową. A my przetrwamy zimę.

Na horyzoncie step falował jak zielone morze, a powietrze pachniało dziczyzną, gliną i dymem z domowych palenisk. Każdy dzień zbliżał ich do chwili, w której dolina stanie się prawdziwym domem.

Młodzi wojownicy krzątali się w zakolu piaszczystego brzegu, stawiając sieci w chłodnej, przejrzystej wodzie. Każde miejsce oznaczali wbitą w dno żerdzią, jakby rysowali ciche granice swojego tymczasowego świata. Wiatr od północy chłostał ich policzki i targał żagle czajek, ale praca szła sprawnie — aż do chwili, gdy jeden z nich uniósł wzrok i zamarł.

Na dalekim horyzoncie, tam gdzie niebo stapiało się z wodą, pojawiły się trzy białe punkty. Początkowo ledwie widoczne, drżały w powietrzu jak miraż. Ale w miarę jak rosły, nabierały kształtu żagli. Już nikt nie myślał o połowie. Sieci porzucono, wiosła chwycono w dłonie, a czajki ruszyły w kierunku przybyszów, sunąc po wodzie jak mewy pchane północnym wiatrem.

To nie była zwykła podróż — pędzili jak dzieci w stronę matki, kierowani czymś starszym od rozsądku: tęsknotą i instynktem. Woda świstała przy burtach, a żagle łopotały wysoko. Ale gdy dystans gwałtownie się zmniejszył, serca zaczęły bić szybciej, ciężej.

Nagle łodzie zahamowały, jakby ktoś chwycił je za niewidzialne liny. Żagle opadły, a wojownicy wbili wiosła w wodę, zatrzymując się gwałtownie niczym dzikie ptaki lądujące na jeziorze. Na statkach po drugiej stronie błysnęły cięciwy — kusze uniosły się i wycelowały w ich stronę.

Przez krótką chwilę świat zastygł w ciszy. W oczach młodych wojów pojawiło się coś, czego dawno w nich nie było — niepewność. Strach, że mogą patrzeć nie na swoich, a na wrogów.

Podpływali ostrożnie, pojedynczo, powoli, bez żadnych gwałtownych gestów, jakby każdy ruch mógł przesądzić o ich losie. Kiedy wreszcie odległość zmalała na tyle, by niósł się głos, Sharvak uniósł dłonie do ust i krzyknął:

— Kto przed nami?!

Echo niosło jego słowa daleko nad wodą.

Z łodzi odpowiedział głos chrapliwy, ale znajomy:

— To my! Woje króla Themira! Teraz… rybacy.

Wojownicy na statkach zgromadzili się przy jednej burcie, jakby chcieli wychylić się ku czajkom. Statek przechylił się niebezpiecznie, aż sternik warknął:

— Rozproszyć się, to łódź, nie skała!

Śmiech, nerwowy, ale prawdziwy, rozluźnił napiętą ciszę. Statki powoli przesuwały się ku brzegowi. Z wody co chwilę wynurzały się długie tyczki mierzące głębokość, a żagle szeleściły jak skrzydła ptaków szykujących się do odpoczynku.

— Żagle w dół! — padła komenda.

— Zrzucić kotwicę!

Łańcuchy zabrzęczały, kotwice uderzyły w dno, a statki kołysały się łagodnie na fali. Wtedy dopiero młodzi wojownicy odetchnęli głęboko. Nie była to obca flota. To była ich krew. Ich ludzie. Ich nadzieja.

Liny zaskrzypiały, a łodzie zanurzyły się w wodzie z głośnym pluskiem. Nikt nie czekał na porządek. Kobiety z dziećmi przepychały się z tobołkami, służba ładowała skrzynie, pasterze podtrzymywali zwierzęta. W jednej szalupie znalazła się Elvira i Ben, trzy kobiety, kilkoro dzieci, kury upchnięte w wiklinowych koszach oraz koza, która beczała, jakby to ona chciała zostać dowódcą tej wyprawy.

W drugiej łodzi usiadł sam król Themir, a obok niego brat Caylen. Z przodu znów koza — ta, która dawała najwięcej mleka dla najmniejszych dzieci. Nikt już nie wiedział, czy zabrano także owce i krowy. Młodzież wcisnęła się na tył, mokra od fal, ale rozpromieniona. W trzeciej szalupie Arissa, Selina, Varen i Deryl starali się zapanować nad starszymi dziećmi, które zadawały pytania szybciej, niż wiatr mógł je ponieść.

To był chaos, ale chaos radosny — ten, który towarzyszy początkom czegoś nowego.

Szalupy podchodziły do brzegu jedna za drugą, a potem wracały po następny transport. Woda była chłodna, a piach wciągał stopy, ale nikt nie narzekał. Z brzegu dobiegły okrzyki powitalne — pierwsi osadnicy wybiegli, by pomóc przy wysiadaniu i przenoszeniu tobołów. Nad całością czuwał Sharvak, którego donośny głos przebijał się przez hałas jak dźwięk rogu bojowego.

— Po dobytek wracacie natychmiast! — krzyknął, wskazując na powracające łodzie.

— Niczego nie zostawić! Okręty muszą być gotowe do podróży już teraz.

Na wyspie pozostało jeszcze wiele: beczki z zapasami, worki z narzędziami, uprząż, owce i konie, które trzeba było sprowadzić. Jeszcze jeden rejs tam i z powrotem. — Załoga na statki! Odpływamy! — krzyczał raz po raz.

Król Themir nie skierował się jednak, jak oczekiwano, do przygotowanego dla niego domu. Wysiadł z łodzi spokojnym krokiem i stanął na środku osady, opierając dłonie na szerokim pasie. Spojrzał wokół, a jego oczy — zmęczone podróżą, lecz czujne — chłonęły każdy szczegół.

— Oprowadź mnie po osadzie, książę Ralvenie — powiedział miękko, choć w jego głosie brzmiała władza, której nikt nie ośmieliłby się zignorować.

Ralven skinął głową i ruszył przodem. Atherius, który już wcześniej odpowiadał za wiele z prac budowlanych, dołączył bez słowa. Szli szeroką ścieżką wydeptaną przez ostatnie tygodnie — ścieżką, która prowadziła w głąb doliny, między półziemiankami pokrytymi trzciną.

— Skromnie… — mruknął król, mijając pierwsze domostwa, z których buchał ciepły dym. — Ale solidnie.

— Schronienie przed zimą — odpowiedział Ralven. — Nic więcej nam teraz nie trzeba.

— A co z opałem? — spytał król, zerkając na ubogie stosy drewna przy wejściach.

— Zbieramy, ile się da — odpowiedział Atherius. — Część ludzi poluje, część rąbie w zagajnikach. Zapasów starczy na początek, ale jeśli zima będzie długa… — urwał, nie kończąc zdania.

— To nie będzie łatwa zima — powiedział Themir cicho, ale stanowczo.

Minęli plac, na którym wznosiła się większa budowla — kamienna, czterospadowa, z oknami z pęcherzy pławnych ryb. Król zatrzymał się i dotknął dłonią ściany. Kamień był chropowaty, zimny, ale solidny.

— Przynoszony przez myśliwych z daleka — dodał Ralven. — Każdy jeden głaz.

— Dobrze — skinął król. — Będzie trzymał ciepło lepiej niż glina.

Zza zakrętu wyłoniły się wieże strażnicze i obwałowania. Widać było świeże ślady łopat i kilofów. Strażnicy z kuszami spoglądali z góry na przybyszy, jakby nawet wśród swoich nie chcieli dawać się zaskoczyć.

— Czujność mi się podoba — powiedział Themir z cieniem uśmiechu. — Wroga najłatwiej zaprosić, gdy śpimy.

— W nocy mamy warty — dodał Atherius. — Dym z wulkanu czasem zasnuwa całe niebo. Człowiek nie wie wtedy, kto nadchodzi, ani skąd.

Przeszli jeszcze kawałek dalej, aż stanęli przy ukrytych spiżarniach — sklepieniach przysypanych ziemią i darnią, ledwie widocznych w trawie. Król przykucnął i przesunął dłonią po wilgotnej ziemi.

— Schowane, nie do spalenia, trudne do splądrowania — ocenił. — Przemyślane.

— Arthenius pilnował — odpowiedział Ralven, uśmiechając się z zadowolenia. — Wszystko rozproszone, żeby nie stracić wszystkiego naraz.

Themir wstał i spojrzał na dolinę — na ludzi rozładowujących dobytek, dzieci biegnące między domostwami, psy ujadające i kozy, które, ledwie przybyłe, już oskubowały wszystko wokół — jakby robiły porządek.

— Zbudowaliście zalążek domu — powiedział w końcu król. — Nie twierdzę, że jest piękny… ale będzie trwały.

Ralven skinął głową, a w jego oczach błysnął cień dumy. — Królu, ta kraina jest biedna, bardzo biedna w porównaniu do… — zamilkł.

— Nie patrzmy na pałace, ale na cel — dokończył król.

Król Themir uśmiechnął się lekko. — Pałace buduje się z kamienia, ale dom — z serc tych, którzy w nim zamieszkają.

Wokół szumiała trzcina, w oddali skrzeczały mewy, a osada oddychała jak żywy organizm. Pierwszy król stanął w jej środku i od tej chwili Themir został nazwany Themirem I. Dolina przestała być tylko obozowiskiem. Stała się stolicą w drodze do miejsca, którego szukali. Bo gdzie jest król — tam musi być stolica.

Przetrwanie i wiedza

Kończyło się lato. A właściwie — to, co kiedyś było latem. Teraz pory roku rozmyły się w jedną, chłodną, nieprzewidywalną szarość. Wulkan zmienił wszystko — niebo było cięższe niż dawniej, powietrze zimniejsze, a słońce stało się jedynie bladym cieniem przeszłości. Przybysze, zmęczeni podróżą i przygotowani na najgorsze, zajmowali chaty budowane według pomysłu Artheniusa. Wewnątrz panował półmrok i ciepło nagromadzone w kamieniach. Kury ospale grzebały w ziemi w poszukiwaniu przysmaków, a kaczki przysypiały w kącie pod trzcinowym dachem — jeszcze nie odkryły małego jeziora, które czekało na nie zaledwie kilkaset kroków od osady.

— Księżno Selino… — odezwała się stara kobieta, ta sama, która pamiętała dzieciństwo Seliny i jej braci. — Kury i kaczki nie mają kurnika. A tu taki chłód… jak u nas w środku zimy. Jajek nie będzie, a przecież twoi bracia je uwielbiają — dodała po chwili z zatroskanym westchnieniem.

Selina otuliła się szczelniej płaszczem i spojrzała na ptaki, które skuliły się pod ścianą chaty, chroniąc się przed zimnym wiatrem.

— Zajmiemy się tym, nie martw się — odpowiedziała łagodnie, choć w jej głosie pobrzmiewała determinacja.

Nazajutrz, gdy mgła jeszcze nie zdążyła opaść z doliny, Selina ruszyła na poszukiwania Calena. Wiedziała, że jeśli ktoś potrafi wymyślić coś, czego nikt inny by nie spróbował — to właśnie on. Calen, człowiek o łagodnych oczach i nieustannej potrzebie obserwowania świata, słynął nie z siły, lecz z pomysłowości.

Choć uchodził za mędrca, tym razem nie miał gotowej odpowiedzi. Zatrzymał się więc i przez kilka dni rozmawiał z każdym, kto mógł mieć choć cień wiedzy: z pasterzami, rybakami, kobietami, które pamiętały dawne zimy. Z samą Seliną. W końcu, po tygodniu rozważań, uśmiechnął się jak ktoś, kto dostrzegł właściwy trop.

— Zbudujemy kurnik, ale nie taki, jak dawniej — oznajmił spokojnie. — Nie wysoko, a w ziemi. Ziemia trzyma ciepło lepiej niż powietrze.

Budowniczowie wykopali więc dół — płytki, lecz wystarczający, by ptaki znalazły w nim schronienie przed wiatrem. Dach wykonano z grubych żerdzi, przykryto trzciną i darnią, nisko nad ziemią, aby zatrzymywał ciepło. Ale prawdziwą tajemnicą Calena była ziemia pod ptasimi nogami.

— Warstwy — tłumaczył Selinie, prowadząc ją po placu budowy. — Najpierw sucha trawa. Potem wióry. Znów trawa. I tak, warstwa po warstwie. Gdy wilgoć zacznie osiadać, ściółka zacznie tchnąć ciepłem. A kiedy nadejdzie mróz, ich własne odchody rozpoczną fermentację. Tak jak w jaskiniach nietoperzy. To ciepło wystarczy, by przetrwać zimę, bo tu paleniska nie da się zbudować.

Selina słuchała uważnie. Calen wskazał też na małe otwory wentylacyjne pod dachem.

— Muszą oddychać, ale nie marznąć. I nie wolno czyścić wszystkiego od razu. Warstwy trzeba dokładać, nie zabierać. To ich piec.

Kobiety przygotowały kosze na gniazda — z wikliny, wyściełane suchą trawą zbieraną przez wszystkich, oprócz elity królewskiej, dla żywienia zwierząt. Calen doradził, by ustawić je po środkowej, dzielącej ścianie — tam, gdzie ciepło będzie największe.

— A kaczki? — zapytała Selina.

— One wolą wodę, ale w zimie też potrzebują ciepła. Dla nich zrobimy miejsce z żerdzi, gałęzi i uschniętej bylicy, której nie brakuje przy samym jeziorze. Nie zamykaj ich na siłę. Same wrócą, gdy poczują mróz — odpowiedział spokojnie.

Gdy kurnik był gotowy, a trawa i wióry zaczęły parować lekkim ciepłem, stare kobiety pokiwały głowami z uznaniem. Kury, z początku nieufne, zaczęły zaglądać do środka, a kaczki powoli odkryły małe jezioro, w którym brodziły od rana do nocy — aż w końcu przyszła pora na sprawdzenie pobliskiej kryjówki, w której uwiły gniazda.

Selina spojrzała na Calena z wdzięcznością.

— Zimą będą jajka — powiedział z prostotą.

— A ludzie — dodała Selina cicho — będą mieli nadzieję.

W tej prostej budowli, zakopanej w ziemi, kryła się nie tylko praktyczność. To był pierwszy krok w stronę nowego życia — życia, w którym spryt i wiedza stawały się cenniejsze niż złoto.

Wyspa śmierci

Sharvak, stojąc na dziobie łodzi, widział, jak wyspa w delcie rzeki powoli wynurza się z szarej mgły. Jeszcze niedawno to miejsce miało stać się nowym początkiem — osadą, w której planowano rozszerzyć granice królestwa Khar-Nimury. Teraz stało się milczącym świadkiem końca. Gdy łodzie zbliżyły się do brzegu, mgła rozstąpiła się niczym kurtyna, odsłaniając widok, który ścisnął serce Sharvaka lodowatą dłonią.

W głębi wyspy w szałasach leżeli ludzie. Ci, którzy przeżyli, byli wychudzeni, poranieni i półprzytomni. W oczach mieli pustkę. Skóra przywarła im do kości jak stary pergamin. Poruszali się powoli, jakby każda czynność kosztowała ich resztki sił.

Herennius i kilkoro innych już odeszli. Ich ciała przykryto, chroniąc przed wronami. Nikt nie miał siły ich pogrzebać. Nawet śmierć tu nie miała ceremonii — tylko ciszę i zapach rozkładu.

Owce, które miały zapewnić przetrwanie, leżały martwe, rozrzucone po polanie, a nad nimi krążyły wrony, wydając ochrypłe krakanie. Potem zrywały się do lotu z wydziobanym okiem padłego zwierzęcia. To nie była zaraza. To było głodowe wyniszczenie. Zgniłe siano, zbyt wilgotne, by służyć za paszę, zatruło zwierzęta powoli i bezlitośnie.

Konie jeszcze próbowały utrzymać się na nogach, lecz większość stała chwiejnie — kości wystawały spod skóry, a oczy miały mętne i puste. Część już się przewróciła i nie wstanie nigdy więcej. Obok nich, nienaruszone, stały skrzynie z owsem. Bezużyteczne. Zwierzęta nie potrafiły ich otworzyć.

Ale najgorsze było morze. To, które miało karmić i chronić, teraz było martwe. Ryby zniknęły tak, jakby zmyła je niewidzialna ręka. Ludzie nie mogli już łowić, a zapasy skończyły się dawno. Głód był tu codziennością — niewidzialnym katem, który wydał wyrok na wszystkich.

Stąpał powoli, w milczeniu, mijając ciała ludzi i zwierząt. Czuł, jak łza spływa mu po policzku, gorąca i bezwiedna. Przed nim wznosił się stary kamień — ten sam, z którego niegdyś król Themir przemawiał, obiecując przyszłość i ratunek. Teraz kamień był tylko zimnym głazem pośrodku śmierci. Sharvak nie wszedł na niego. Usiadł u jego stóp, jak ktoś, kto nie ma już słów.

Załogi statków zebrały się wokół niego. Twarze mieli zmęczone, oczy puste. Wreszcie ktoś odezwał się cicho, jakby bojąc się złamać żałobną ciszę:

— I co teraz?

Sharvak uniósł głowę. W jego spojrzeniu nie było już wahania, tylko twarda decyzja.

— Zabieramy żywych. Pogrzebiemy zmarłych.

Wstał, spojrzał na kucharza.

— Gotuj rosół. Byle szybko. Po posiłku odpływamy. Po drodze odkarmimy tych, którym się uda przetrwać.

Jego głos był chropowaty, lecz stanowczy. Nie mówił dużo. Wiedział, że nie ma już miejsca na słowa.

— Dla Herenniusa… — urwał na moment, jakby musiał nabrać tchu — zbudujcie kopiec z wszystkich kamieni, jakie znajdziecie w pobliżu.

To było ostatnie, co powiedział. Potem, aż do chwili odpłynięcia, milczał. Patrzył tylko na tę wyspę — dawny symbol nadziei, który zamienił się w grób. Wiatr poruszał piórami wron, fale łagodnie uderzały o brzeg. Świat zdawał się przez chwilę pochylać w ciszy nad tą tragedią.

Kiedy łodzie odbiły od brzegu, Sharvak nie obejrzał się za siebie. Wiedział, że nie wróci tu nigdy więcej.

Ostatni rejs ewakuacyjny dobiegał końca. Na pokładzie panowała cisza — nie ta zwykła, po pracy, ale ciężka, zawieszona między oddechami. Po drodze padły jeszcze dwa konie, lecz z ludzi nikt nie zginął. Gdy łodzie wpłynęły do zatoczki, którą już od drugiego rejsu nazywano „Zakątkiem Zapasów”, czuć było ulgę wymieszaną z bólem. Zapach świeżo pieczonego mięsa niósł się nisko nad ziemią, obiecując chwilowe ukojenie. Nic tak nie dodaje otuchy jak pełny brzuch i ciepło ognia po dniach wypełnionych głodem i śmiercią. To był ostatni przystanek w drodze do celu. To miejsce zostanie zapamiętane — ratowało zawsze przed niechybnym głodem.

Dalsza droga trwała nieco dłużej. Wiatr był słabszy, jakby odpoczywał przed nowym zadaniem, jakie postawi przed nim zima. Gdy wreszcie rejs dobiegł końca, wszyscy odetchnęli z ulgą. Przybyłym bez zwłoki pomagali najlepiej zadomowieni w obcej krainie ich rodacy.

— Pozostały do wyładunku tylko konie — stwierdził Sharvak, odpowiedzialny za ostatni rejs.

Kiedy dźwig pokładowy opuścił konie na wodę, zwierzęta bez wahania ruszyły ku brzegowi. Każde płynęło obok swojego jeźdźca — jak dawniej, w lepszych czasach. Woda była lodowata, przeszywała do kości, lecz nie było innej drogi. Na brzegu czekali już ludzie z derkami i wiechciami suchej trawy. Osuszali konie, jakby troszcząc się o najcenniejszych towarzyszy. Nikt nie pomyślał o stajni — więc pierwszej nocy konie zamieszkały w półziemiankach razem z ludźmi, jak członkowie rodziny. Wiedzieli wszyscy, że bez nich nie przetrwają zimy na tych rozległych stepach.

Kilka dni później stanęła pierwsza stajnia. Wkopana w ziemię, solidna, z grubą ściółką z wiór okorowanych żerdzi i suchych chwastów bylicy. Pomysł był Artheniusa, rozkaz króla Themira, a wykonanie szybkie i zgodne. Postawiono ją niedaleko jeziora, by łatwo było poić konie. Praca uspokajała, ale nie koiła serc — wieść o tym, co zastano na wyspie, wisiała nad obozem jak dym z ognisk.

Tego wieczoru zebrali się wszyscy, którzy wrócili z ostatniego rejsu. Siedzieli wokół ognia, oświetleni drgającym blaskiem płomieni. Twarze mieli zmęczone, oczy przygaszone. Ktoś zaczął opowiadać, bez upiększeń i zbędnych słów.

— Leżeli tam, jakby tylko zasnęli — powiedział cicho jeden z marynarzy. — Herennius był między nimi. Spokojny… ale już po drugiej stronie.

Atrhenius siedział z boku, skulony, z dłonią opartą o kolano. Na jego twarzy nie było łez, tylko milczenie. Calen z początku nie zareagował. Tylko patrzył w ogień, jakby próbował tam odnaleźć odpowiedź, której nikt nie mógł udzielić.

— On miał zawsze jakieś wyjście z kłopotów… dla siebie nie znalazł pomysłu — wyszeptał w końcu. — Zawsze… — urwał, a ogień odbił się w jego oczach jak w starym szkle.

Atrhenius skinął głową, zacisnął pięści. — Nie zasłużył na taki koniec — powiedział ochrypłym głosem. — Powinien być tu, z nami.

Sharvak siedział naprzeciwko, w milczeniu. W końcu powiedział spokojnie, bez patosu:

— Był tam do końca. Nie uciekł. Trwał. Takiego go zapamiętamy.

Długo nikt nie mówił nic. Wiatr zaszeleścił w suchych trawach, a iskry z ogniska wzbiły się ku ciemnemu niebu.

— Postawiliśmy mu kopiec — dodał cicho Sharvak. — Na tamtej wyspie.

Atrhenius skinął głową. — Nie mur, nie dom… a kopiec pamięci — wyszeptał sam do siebie.

Ogień dogasał, lecz tej nocy żaden z nich nie czuł głodu ani chłodu. Wraz z Herenniusem zgasła iskra, której nic nie przywróci — a jednak żar pamięci tlił się w każdym z nich, jak ogień, który nie pozwala nocy całkiem wygasnąć.

Zima zbliżała się szybciej niż zwykle. Każdego ranka trawy pokrywał szron, a wiatr, ostry jak nóż, łamał zamarznięte źdźbła i miotał nimi w twarze ludzi, jakby sam był posłańcem nieuchronności. Nikt nie miał już wątpliwości — to wina wulkanu. Niebo od tygodni nie miało prawdziwego koloru, a światło dnia przypominało szary oddech zimy, która dopiero nabierała mocy.

W osadzie panował pozorny spokój. Ludzie krzątali się przy zajęciach, jakby kurczowo trzymali się codzienności, by zagłuszyć rosnący lęk. Tylko Sharvak — wygnaniec, podróżnik i wojownik z Dwarki — nie potrafił udawać. Jego czujne oczy co chwilę spoglądały ku zatoczce, gdzie w lekkiej mgle majaczyły sylwetki zakotwiczonych okrętów. Wiedział, że gdy woda zamarznie, lód rozszarpie ich burty jak suchą korę. A wyciągnięcie statków na brzeg było niemożliwe — między wodą a lądem ciągnęła się szeroka, grząska płycizna.

Tego wieczoru Sharvak stanął przed Themirem.

— Panie, musimy działać teraz — powiedział cicho, ale stanowczo. — Zanim morze zamknie nas w pułapce. Żal mi okrętów i pracy szkutników… większość z nich już nie żyje — dodał po chwili.

Król słuchał w milczeniu. W głębi duszy przeczuwał, że ten moment nadejdzie. Od tygodni prowadził długie rozmowy z rodziną, a zwłaszcza z bratem, Caylenem. Dyskutowali o zimie, zapasach i ludziach — ale nie o statkach, które dotąd były ich jedyną drogą ratunku. Gdy Sharvak wypowiedział te słowa, Themir nie musiał się zastanawiać. Decyzja dojrzewała w nim już od dawna.

— Ogłoś naradę — powiedział cicho. — Jutro, przy ognisku.

Gdy został sam, młody król długo patrzył w ciemność za oknem. Chłód wdzierał się w kamienne ściany, a wiatr świszczał między belkami dachu jak zły omen. Wiedział, że jutro będzie musiał przemówić do ludzi nie tylko jako władca, lecz także jako ktoś, kto potrafi dać im wiarę w przetrwanie.

Rozpalił małe ognisko w palenisku komnaty, by w cieple zebrać myśli. Przypomniał sobie, jak jego ojciec przemawiał — nie donośnie, ale tak, że każdy czuł ciężar i prawdę słów. Themir nie był jeszcze doświadczonym władcą, lecz wiedział, że siła nie tkwi w wieku, a w odwadze, z jaką staje się naprzeciw nieszczęściu.

Następnego dnia pod wieczór ubrał prostą tunikę z grubej wełny, bez insygniów władzy. Nie chciał wyglądać jak król zza murów — chciał być jednym z nich, człowiekiem, który również czuje chłód i strach. Na poręczy krzesła leżała jego stara peleryna, jeszcze z czasów, gdy był księciem. Narzucił ją na ramiona i zapiął spinkę.

— Ludzie muszą zobaczyć, że nie stoję ponad nimi, jak ktoś, kogo nie dosięgnęło nieszczęście — wyszeptał do siebie.

Wyszedł z komnaty i spojrzał w kierunku obozu. Już widać było, jak strażnicy rozpalają ogniska, przygotowując miejsce narady. Za chwilę, nim zapadnie nocna czerń, zgromadzą się tam wszyscy — myśliwi, rzemieślnicy, kobiety, starcy i żołnierze. Wszyscy, którzy chcą przetrwać.

Themir westchnął głęboko. Wiedział, że nadchodzące dni będą próbą dla jego władzy — i dla ich wiary w przyszłość. Ale tej nocy był gotów.

Udało nam się przeżyć — stwierdził Themir w pierwszych słowach, unosząc wzrok znad ogniska. — Dziękuję wszystkim za wysiłek. Wspieram was wszystkich w żalu. Moi rodzice też zginęli, pochłonięci przez wulkan.

Mówił spokojnie, ale w jego głosie drżała z trudem tłumiona złość i ból. Płomienie odbijały się w jego oczach, jakby wciąż widział w nich tamten ogień, który spalił ich dawny świat. — Jedno jest pewne — ciągnął dalej, z każdym słowem coraz mocniej — idziemy jak najdalej. Znajdziemy ziemię podobną do tej, którą musieliśmy opuścić. Nie chcemy zdziczeć. Nie chcemy być nomadami. Nie chcemy wracać do jaskiń. Ale to wszystko nam grozi, jeśli się podzielimy.

Sharvak martwi się o okręty… ja martwię się o wszystkich.

Gdy wypowiedział ostatnie zdanie, uniósł ramię i wskazał na zachód. — Na wiosnę ruszamy dalej! — wykrzyknął mocnym głosem. Echo odbiło się od zbocza wzgórza, jakby sama ziemia przyjęła jego słowa.

— Teraz posilcie się… i radźcie, co dalej — dodał już ciszej i usiadł.

Przez chwilę było słychać tylko trzask płonących polan i szum wiatru. Zgromadzeni wokół ognia jedli w milczeniu, każdy zatopiony we własnych myślach. Kiedy głód został zaspokojony, rozmowy ustały, a spojrzenia — jak zawsze w chwilach, gdy trzeba było podjąć decyzję — zwróciły się ku Artheniusowi i Calenowi. Przelotnie padło też na Sharvaka, który nerwowo przesuwał dłonią po krawędzi swego miecza, jakby sam nie był pewien, czy bronić swojej racji, czy słuchać.

Cisza gęstniała, aż zaczęła ciążyć na barkach obecnych. Każdy wiedział, że w końcu ktoś musi przemówić. I jak zawsze padło na Artheniusa.

Wstał powoli, jakby ciężar tej chwili był większy niż ból zmęczonych nóg. Potarł dłonią czoło, a potem chwycił się za głowę. — Cóż mam radzić… — odezwał się wreszcie, a jego głos był cichy, ale słyszalny dla wszystkich. — Nie wszystkim to się spodoba. Na pewno Sharvak nie będzie zadowolony.

— Drogi Artheniusie… — Sharvak poderwał się z ziemi, by po chwili znów opaść, jakby ciężar domysłu przygniótł go z powrotem. — Jak to? Co zamierzasz?

Po obozie przeszedł szmer. Kilka kobiet ścisnęło dzieci bliżej siebie. Mężczyźni wymieniali niespokojne spojrzenia. Niektórzy zaczęli szeptać, inni przysunęli się bliżej ognia, jakby jego ciepło miało ich ochronić przed nadchodzącą decyzją.

W oczach Sharvaka pojawił się gniew — nie ten wybuchowy, lecz ten ciężki, narastający powoli jak sztorm na horyzoncie. Wszyscy domyślali się, co Arthenius chce powiedzieć. Porzucenie okrętów… Okrętów, które były ich jedynym łącznikiem z dawnym życiem. Z bezpiecznym brzegiem, który już nie istniał.

Arthenius spojrzał po zebranych. Wiedział, że teraz nie mówi tylko o drewnie i żaglach — mówił o pamięci, o przeszłości i o tym, czy odważą się ją zostawić za sobą.

— Ale… — odezwał się ponownie Arthenius, tym razem ciszej, spokojniej, jakby chciał rozładować napięcie — posłuchajcie mnie do końca. Na okrętach mamy warsztat kowala i cieśli okrętowego. Łodzie to dobry materiał na zrobienie wozów — spojrzał po zebranych i zniżył głos jeszcze bardziej. — One mogą nas ponieść dalej… tylko inaczej. Nie po wodzie.

W powietrzu zawisła cisza, którą przeciął nagle zduszony krzyk Sharvaka:

— Jak to?! — Jego twarz pobladła, a oczy rozszerzyły się jak u kogoś, kto właśnie traci część własnego życia. Wstał gwałtownie, lecz nie podszedł do Artheniusa — tylko stał, jakby ziemia nagle stała się obca pod jego stopami.

W tej samej chwili, niemal jakby wcześniej się porozumieli, brat króla Caylen oraz kuzyni Ben, Krak, Varen i Deryl poderwali się z ziemi jednym ruchem. Ich postawa była pewna, zdecydowana.

— Popieramy Artheniusa — zabrzmiał mocny głos Caylena.

— On ma rację — dodał wuj króla, Ralven, prostując się dumnie i rzucając spojrzenie, które nie pozostawiało miejsca na sprzeciw. Jego głos był jak uderzenie młota o kowadło — ciężki, pewny, kończący dyskusję, zanim ta na dobre się rozpaliła.

Sharvak wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby. To była dla niego zdrada starego świata — ich świata, budowanego na żaglach i masztach. Ale większość zgromadzonych poczuła coś innego: ulgę. Po raz pierwszy od wielu dni przed nimi zaczęła zarysowywać się droga. Nowa, ale prawdziwa.

Themir, dotąd milczący, uniósł dłoń i powoli wstał. Spojrzał po twarzach ludzi, jakby chciał zapamiętać ich wszystkich w tej jednej chwili — zmęczonych, osmalonych dymem, ale wciąż gotowych trwać.

— Z okrętami nie mamy co zrobić — powiedział głęboko, spokojnie. — I tak rozpadną się w lodzie. Na południe nie popłyniemy wszyscy naraz. A jeśli się podzielimy… to już na zawsze.

Słowa te zawisły nad zgromadzonymi jak miecz, ale w nich nie było groźby — tylko prawda, której nikt nie chciał wcześniej wypowiedzieć głośno.

— Do wiosny mamy czas — kontynuował, a jego głos nabrał siły. — A jeśli zostaną nam deski, to i drzwi do naszych chat będą szczelne. To nie strata… to początek. Początek, który zbudujemy razem. To rzekłem — i nie zmienię zdania.

Na te słowa obóz zatrząsnął się od okrzyków. Ludzie wstali, podnieśli ręce, wykrzykiwali imię króla i Themira, a ich głosy niosły się daleko w mrok nocy. W blasku ognia na ich twarzach widać było coś, czego dawno już w nich nie było — iskrę nadziei.

Tylko Sharvak pozostał w cieniu, z pochyloną głową. W jego oczach odbijały się ognie i wspomnienia dawnych żagli. Wiedział, że musi się zgodzić… i choć bolało go to jak rana, nie protestował. Tamtej nocy jego świat dobiegł końca, lecz świat wszystkich innych dopiero zaczynał się na nowo.

Wtedy król podszedł powoli i dostojnie. Położył dłoń na jego ramieniu. Sharvak zamarł, lecz gdy spojrzał w twarz władcy, odetchnął z ulgą. Themir dotknął następnie łokcia jego drugiej ręki i rzekł spokojnie: Przyjdź do mnie jutro. Mam dla ciebie specjalne zadanie.

Zamiana

Wszystkim było żal okrętów, które niczym skrzydlaci towarzysze ocaliły ich od zagłady i poniosły ku nowej ziemi. Każda łódź miała swoją historię — była świadkiem nocnych przepraw, ludzkich szeptów i ciszy śmierci. Teraz jednak rozsądek musiał przeważyć nad tęsknotą. Morze, które niegdyś dawało im schronienie, tej zimy mogło stać się ich wrogiem.

Zanim nastały prawdziwe mrozy, w obozie zawrzało jak w ulu. Powstały pierwsze warsztaty — kołodzieja, cieśli i bednarza. Belki i deski z pokładów oraz burt stały się wozami i beczkami, a stalowe okucia z okrętów przekształcono w obręcze kół, obejmy, zawiasy i klamry. Żagle przerobiono na opończe i worki. Nawet ciężkie kotwice żeliwne znalazły nowe przeznaczenie — z dodatkiem węgla i po mozolnym kuciu zamieniały się w osie wozów. Nie było to jednak łatwe. Wyprawy po węgiel drzewny trwały długo, wiodąc przez zamarzające moczary i bezkresne pustkowia.

Okolica była niegościnna. Niskie, zdziczałe krzewy ledwie broniły się przed wiatrem, a drzewa rosły rzadko, samotne — niczym strażnicy ginącego lasu. Gdy wojowie wyruszali po drewno, czynili to w ciszy, małymi grupami, jak tropiciele. Ogrzane powietrze z ich ust osiadało na brodach w postaci szronu, a śnieg skrzypiał pod stopami jak zdradziecki szpieg.

Aby nie pozostawiać śladów, które mogłyby zdradzić ich obecność, paleniska zakopywano głęboko pod śniegiem. Pilnowano, by dym nie unosił się ku niebu. Odciski butów zacierano gałęziami, a drewno łupano daleko od obozu, owiniętymi w szmaty obuchami siekier, by echo uderzeń nie niosło się po pustkowiu.

Choć ziemia wokół zdawała się pusta, czasem w oddali pojawiał się nikły dym z obcego ogniska lub błysk poruszającej się sylwetki. To byli myśliwi z innych plemion — cisi, ostrożni i czujni jak oni. Książę Ralven wydał jasny rozkaz, potwierdzony przez króla Themira: nie ujawniać się.

I tak nocami, w zamieciach i ciszy, ludzie Themira przemieszczali się przez dziką ziemię jak cienie. Przygotowania do dalszej drogi trwały, a każdy z tych wozów był nie tylko środkiem przetrwania — był też znakiem nadziei i zapowiedzią wędrówki, która miała nadejść wraz z wiosną.

W tamtym czasie nie tylko warsztaty rzemieślników miały znaczenie. Równie istotna była misja, którą król powierzył Sharvakowi — człowiekowi, który w młodości poznał smak żelaza i potu, a jego dłonie znały ciężar miecza i siłę ciosu gołych pięści.

Zebrał wszystkich młodych — chłopców i dziewczęta — potomków znanych rodów i tych, którzy mieli w sobie ogień. Przyszli synowie i córki Astherniusa i Herenniusa, przyszła też jedyna córka Sharvaka, która dopiero niedawno poznała prawdę o swoim pochodzeniu. Przybyli kuzyni króla i jego młodszy brat. Nie było jednak prostego ludu — ci woleli z daleka przyglądać się, jak dzieci możnych tarzają się w błocie.

Nie mieli kamiennej areny ani krytego placu, jak ten, na którym Sharvak trenował w Dwarce pod okiem dawnych mistrzów. Ich placem była twarda ziemia nad zamarzniętym jeziorem i kilka pali wbitych w śnieg. Na początku młodzież więcej mówiła niż działała. Patrzyli z góry na dzieci pasterzy i budowniczych, sądząc, że sam tytuł ich rodów wystarczy, by stali się wojownikami. Sharvak milczał, lecz w jego oczach tlił się ten sam ogień, który niegdyś widzieli w nim jego nauczyciele.

Drugiego dnia stanął przed nimi i ryknął:

— Wszyscy za mną! Biegiem! Ostatni ma wartę!

Nie spodziewali się, że mistrz pobiegnie jak wilk — lekko, równym rytmem, aż śnieg pryskał spod stóp. Kto zostawał w tyle, czuł w płucach ogień i ciężar wstydu. Wkrótce codzienny bieg wokół jeziora stał się rytuałem. Ciała nabierały siły, a dumne twarze powoli traciły swój dworski chłód. Coraz więcej młodych — nawet tych z chat prostego ludu — zaczynało dołączać, niby przypadkiem wciągani w wir biegu przez Sharvaka, który udawał, że nie dostrzega ich nieśmiałości. Nie pytał — działał.

Plac ćwiczeń rósł wraz z nimi. Wzniesiono dużą drewnianą chatę, a jej ubite klepisko dzielnie znosiło ciężar dziesiątek bosych stóp. Nie było tam paleniska, a jednak pot spływał po karkach — i to nawet po tych, którzy jeszcze niedawno z trudem dźwigali własną dumę. Mistrz Sharvak nie odpuszczał nikomu. Upadek był częścią lekcji, ból — drogą, a pokora — początkiem siły.

Gdy zima osiągnęła półmetek, król zapragnął zobaczyć swoich przyszłych wojowników. Zebrano wszystkich na placu. Mróz szczypał w policzki, a para z ust tworzyła białe smugi. Sharvak skinął głową i na środek wyszli: królewski brat — Caylen — oraz syn pasterza, chudy chłopak z oczami twardymi jak zmarznięta ziemia.

Na znak mistrza ruszyli na siebie. Caylen, pewny swej siły, uderzył pierwszy — szerokim zamachem, jakby walczył z cieniem. Pasterz uskoczył w bok, cicho jak lis. Cios przeciął powietrze, a królewski brat stracił równowagę. Zanim zdążył się obrócić, chłopak napiął się jak łuk i z całą siłą wbił bark w jego bok. Śnieg buchnął spod stóp, a król patrzył uważnie.

Zaczęła się walka na poważnie. Ciosy spadały jak młoty, a każdy oddech zamieniał się w parę. Sharvak krążył wokół nich jak cień, nie mówiąc ani słowa. Gdy Caylen padł na kolano, a chłopak go powalił, mistrz uniósł dłoń.

— Dość.

Walczący stanęli naprzeciwko siebie, ukłonili się mistrzowi i królowi, po czym — z lekkim uśmiechem — podali sobie ręce. W oczach młodego pasterza płonął ogień, który Sharvak dobrze znał. Nie był to ogień dumy — to była czysta wola przetrwania.

Król patrzył w milczeniu. I choć jego brat przegrał, wiedział, że właśnie w tym błocie, pośród potu i bólu, rodzi się prawdziwa siła królestwa.

Sharvak podszedł do króla, skłonił się głęboko i rzekł:

— Do wiosny będą tacy, których nikt nie pokona. Ale i będą inni… bo siła nie rodzi się tylko w mięśniach — rodzi się w głowie.

Prawo natury

Zmiany w przyrodzie nabrały tempa po wybuchu wulkanu. Ziemia jakby zamarła, a niebo od miesięcy przypominało ołów — ciężkie, sine, pozbawione słońca. Polowania stawały się coraz bardziej bezowocne, a głód zaglądał w oczy nawet tym, którzy jeszcze niedawno uchodzili za zamożnych. W tymczasowej osadzie rosła liczba kobiet oczekujących dzieci — jakby sama natura, ślepa i nieubłagana, próbowała zrównoważyć nadchodzącą stratę.

Tak było od zawsze. Gdy czasy stają się ciężkie, zwłaszcza wśród najsłabszych rodzi się więcej dzieci. Słabszych musi być więcej — tak każe równowaga. Wilków zawsze jest mniej niż zajęcy, tygrysów mniej niż saren. Silni są nieliczni, lecz to ich kły i pazury rządzą — reszta ginie lub przetrwa dzięki przypadkowi.

Plemiona wędrujące przez zamarznięte równiny coraz dalej za zwierzyną w końcu dostrzegły, że nie tylko wulkan jest winien. To obcy polowali na ich dawnych ziemiach — szybciej, sprawniej, skuteczniej. A gdy chodziło o głód, nie mogło być mowy o ugodzie.

Wybrali noc, gdy wichura rozdzierała ciemność, a śnieg zamieniał świat w białą, bezgłośną otchłań. Straże były czujne, lecz burza dławiła każdy odgłos, a zimno wbijało się w ciało jak ostrze. Nawet psy, zwykle pierwsze do alarmu, siedziały skulone z pyskami przywartymi do zlodowaciałej ziemi. Atak nadszedł cicho. Strażnicy padli na wieżach jak ścięte drzewa — bez krzyku, bez szansy na ostrzeżenie.

Chwilę później pierwsze chaty płonęły. Płomienie, rozszarpane wichrem, rwały się w górę, barwiąc śnieg krwistym światłem. Krzyki odbijały się od ścian i niosły echem przez plac jak koszmar, który dopiero się zaczynał. Ktoś potknął się na oblodzonym progu i zniknął w płomieniach, ktoś inny biegł z dzieckiem na rękach, ślizgając się w rozdeptanym śniegu.

— Do piwnic! — wrzasnął ktoś, choć głos ginął w zawiei.

Kobiety i dzieci rzuciły się ku kamiennym zejściom ukrytym pod grubymi warstwami śniegu i drewna. To były jedyne miejsca, których ogień nie mógł dosięgnąć. W mroku słychać było szlochy, stłumione krzyki, uderzenia pięści w drewniane zasuwy. Ktoś próbował zamknąć właz, podczas gdy inni jeszcze schodzili — w panice, bez porządku, z łomotem stóp i spazmatycznym oddechem.

Na powierzchni wciąż trwała rzeź. Cienie napastników przemykały między chatami, ciche i szybkie jak wilki na tropie. Wichura niosła dym i iskry, które niknęły w ciemności, jakby niebo samo chciało wchłonąć ten chaos.

Dla wielu tej nocy czas rozpadł się na dwa światy: ciemność pod ziemią, gdzie drżały oddechy i bicie serc, oraz ogień nad nimi — krzykliwy, dziki i niepowstrzymany.

Zaskoczenie jednak nie trwało długo. Poddani króla Themira byli zjednoczeni jak jeden organizm. Wojowie, dobiegając do placu, w biegu dobywali mieczy i szykowali kusze. Nie rzucali się w pojedyncze starcia — formowali szyki, broniąc głównej chaty, w której przebywał król. Wojownicy, szkoleni przez Sharvaka od jesieni, poruszali się jak dobrze naoliwiony mechanizm — w małych grupach, cicho i skutecznie. Od tej chwili już nikt z obrońców nie poległ w walce.

Uciekających napastników dopadały bełty kusz, zanim zniknęli w ciemności. Ogień, który sami rozpalili, obrócił się przeciwko nim — oświetlał ich sylwetki jak znaki do celowania.

Ranek był cichy i ciężki jak popiół. Kilkanaście starszych osób, zbyt słabych, by uciec lub walczyć, zginęło w ogniu — niektórzy dobici przez wroga. Ralven został ranny, choć z uporem twierdził, że to tylko draśnięcie. Irelle i Elvira, jego córki, czuwały przy nim na zmianę, nie spuszczając wzroku z jego twarzy.

Zwiad

Podmuchy ciepłego wiatru od południa niosły zapach topniejącego śniegu. — Podmuchy od południa… — mruknął Themir, półgłosem, ni to do siebie, ni to do Sharvaka, z którym właśnie ruszył na krótką przechadzkę wzdłuż zamarzniętego jeszcze brzegu.

— Tak, panie — odparł Sharvak, mrużąc oczy w stronę zamglonego horyzontu. — Czas nam ruszać w drogę, zanim śnieg ustąpi i wozy utopią się w błocie. Potrzebujemy bezpiecznej drogi dla karawany. Powinienem wyznaczyć trzy zwiady, które będą zmieniać się w marszu. Jedna grupa odpocznie, gdy druga będzie przeczesywać teren. Trzecia — na wypadek niespodzianek.

— Zrób tak. — Głos Themira był spokojny, ale stanowczy. — Zanim ruszymy, chcę mieć drogę znaną na dwa dni marszu. — Odwrócił się i ruszył w stronę stojących wozów, nie czekając na potwierdzenie.

Sharvak nie tracił czasu. Kiedy jego uczniowie kończyli bieg wokół jeziora, uniósł dłoń. Ruch był prosty, ale wystarczył — zatrzymali się natychmiast i stanęli w równym szeregu. Stopy rozstawione w półrozkroku, dłonie splecione z tyłu. Milczeli.

— Król życzy sobie mieć trzy grupy zwiadowcze — oznajmił Sharvak, przechadzając się powoli przed szeregiem jak wilk przed swoją watahą. — Od dziś to, czego się nauczyliście, musi wam wystarczyć. Wiem, że wielu z was niewiele jeszcze potrafi… reszty nauczy was droga. Niedługo wyruszamy.

Zawiesił głos, a potem skinął głową. — Dowódcami zwiadu będą: Varen, Deryl i Ben. Wystąpcie trzy kroki naprzód.

Trzej młodzi mężczyźni zrobili krok w przód. Śnieg skrzypnął pod ich stopami, a reszta szeregu nawet nie drgnęła.

— Każdy z was dobierze sobie po trzech ochotników. Nikt nie pójdzie z przymusu. — Sharvak mówił spokojnie, ale jego spojrzenie było twarde jak lód. — Od tej chwili każdy z was musi wiedzieć o każdym, gdzie jest i co robi. Zawsze. To jest żelazna zasada.

Cisza zawisła ciężko, jak przed burzą. Każdy z młodych wiedział, że to nie był zwykły wybór — to była granica, za którą kończyły się ćwiczenia, a zaczynało prawdziwe życie. W oczach niektórych błyszczała determinacja, w innych — niepokój.

Varen, najstarszy z trójki, zrobił krok w bok i wskazał pierwszego chłopaka. Ten ruszył bez wahania, dumny, że został wybrany jako pierwszy. Za nim podeszło dwóch kolejnych. Deryl długo patrzył po twarzach, aż wreszcie skinął na smukłą dziewczynę z nożem przy pasie — była szybka i zwinna, choć brakowało jej doświadczenia. Ben, najmłodszy z dowódców, wyciągnął rękę do jednego z synów pasterzy — ten przez chwilę się zawahał, ale ruszył, przyciągnięty spojrzeniami towarzyszy.

Z każdym kolejnym krokiem napięcie malało, ale rosło coś innego — poczucie, że oto wybrano tych, którzy pierwsi staną na drodze nieznanego. Grupy były gotowe.

— A teraz powiem wam coś ważnego — zbroi nie ubierzecie. Noże, łuki, krótkie miecze i własne ręce muszą wam wystarczyć. Waszą tarczą będzie ukrycie i oddech towarzysza.

Sharvak patrzył na nich w milczeniu, a w jego oczach błyszczało coś między dumą a surowością. Wiedział, że nie wszyscy wrócą z tej drogi, ale nie mógł im tego powiedzieć.

— Jutro o świcie ruszacie — rzekł w końcu. — A dziś… niech każdy z was zapamięta twarz tego, kto idzie obok. Bo od tego może zależeć, czy wrócicie.

Wiatr od południa znów poruszył śnieg, sypiąc go po butach stojących w szeregu zwiadowców. Dla wielu z nich to był pierwszy krok w dorosłość.

W ciszy, która zapadła, słychać było tylko daleki trzask lodu i podmuch wiatru od południa. Zwiad miał wyruszyć niebawem — a od ich czujności zależało życie całej karawany.

Północny brzeg Morza Kaspijskiego krył w sobie surowość, której nie łagodziło nawet blade słońce przebijające się przez mleczne chmury i szary popiół. Zwiadowcy ruszyli na zachód bladym świtem, kiedy ziemia była jeszcze zamarznięta na tyle, by nie grzęznąć w błocie, a niebawem szykowały się pierwsze, leniwe krople roztopów. Wiedzieli, że czas pracuje przeciwko nim. Kończono załadunek kolumny ciężkich wozów — z towarem, stalowymi narzędziami i wiedzą stuleci, młodymi kobietami oczekującymi potomstwa, starymi ludźmi i całym życiem, które miało przemieścić się przez te dzikie ziemie. Ich zadaniem nie było tylko znaleźć ścieżkę. Mieli otworzyć drogę.

Jechało ich czterech. Dobrze wyszkoleni, milczący, obleczeni w grube opończe podszyte baranim futrem, na pasach krótkie miecze i zakrzywione noże — broń nie tyle pokazową, co praktyczną, przetestowaną odkąd sięgała pamięć Khar-Nimuryw. Każdy z nich znał wagę zwiadu. To nie była wyprawa bojowa — tu liczył się słuch, wzrok i chłodna rozwaga.

Początkowo teren był łagodny: twarda, zmarznięta równina, gdzieniegdzie przetykana kępami suchych traw i niskich krzewów. Ale zwiadowcy wiedzieli, że im dalej na północ i zachód, tym więcej wzniesień, mniej mokradeł i jarów — a ciężkie wozy, które miały iść ich śladem, nie mogły być utopione.

Książę Varen, nazywany Wilkiem, dowodzący zwiadem, jechał przodem. Jego koń stąpał ostrożnie, a on sam patrzył na grunt nie tylko oczami — czuł go całym ciałem. Znał zapach ziemi, która zaczyna mięknąć. Był przyzwyczajony do odległych widoków, bo był synem Mirana i Saelii z Białego Zamku, który kiedyś górował nad łanami zbóż i sadami. Wiedział, że droga, która dziś wydaje się przejezdna, za dwa dni może zamienić się w grzęzawisko. Dlatego co kilka staj Wilk zsiadał, wbijał grot włóczni w grunt i słuchał dźwięku. Twarda ziemia dźwięczała jak kamień. Miękka — szeptała o kłopotach.

Na jednym z wzniesień zwiadowcy zatrzymali się. Przed nimi rozciągał się krajobraz pocięty jarami i dolinkami, w których topniały resztki śniegu. Woda, jeszcze nie wezbrana, tworzyła leniwe strugi. Dla wozów to mogła być zguba — z pozoru twardy grunt potrafił się zapadać nagle, bez ostrzeżenia.

— Tamtędy nie przejdą — mruknął jeden z młodszych zwiadowców, wskazując dolinę.

Wilk skinął głową. — Musimy znaleźć grzbiet. Ziemię suchą wiatrem, nie błoto.

Ruszyli więc w górę, szukając naturalnych pasów suchej ziemi — miejsc, gdzie wiatr i deszcz przez lata zdmuchiwały to, co miękkie. Droga miała być nie tylko przejezdna, ale też możliwa do obrony, gdyby ktoś ich śledził. Bo zwiadowcy wiedzieli też, że takie karawany są łakomym kąskiem.

W połowie dnia natknęli się na pierwsze ślady — obcych. W błotnistym zagłębieniu pozostały odciski butów i psich łap. Ktoś tu był zaledwie dzień wcześniej. Trop prowadził w kierunku, w którym chcieli iść. Wilk przykucnął i dotknął ziemi. Była bardziej sucha od tej pozostawionej z tyłu. Zwiadowcy spojrzeli po sobie — każdy wiedział, że dalsza droga to nie tylko kwestia terenu.

Od tej chwili poruszali się ostrożniej. Dwóch z nich zsiadło z koni, zostawiając wodze w rękach pozostałych, i szło pieszo z przodu, badając grunt i okolice. Dwóch podążało nieco z tyłu z końmi, które zapachem lub parsknięciem mogły zdradzić obecność ludzi. Mgła, która zaczęła unosić się z ziemi w popołudniowym chłodzie, tłumiła dźwięki i rozmywała kontury. Zwiadowcy nie lubili mgły — była dobra do ukrycia się, ale równie dobra dla tych, którzy mogli czaić się w cieniu.

Na skraju niewielkiego zagajnika znaleźli coś więcej niż tropy: ślady po ognisku, płetwy suszonej ryby, resztki skóry wędzonej słoniny — nie wyglądało to na przypadkowych wędrowców. Ktoś szukał drogi, tak samo jak oni.

Varen nie potrzebował wydawać rozkazów. Zwiadowcy rozproszyli się jak cienie, wtapiając się w teren — każdy z nich dokładnie wiedział, gdzie stanąć i jak słuchać. Ich siłą nie była liczba, ale cisza. Gdyby przyszło do starcia, nie sięgaliby po łuki — ich noże były bardziej skuteczne. W zwarciu ich ruchy były szybkie i śmiertelnie celne.

Noc zbliżała się niepostrzeżenie. Ostatnie promienie słońca rozlewały się po równinie jak rdzawy dym. Zwiadowcy znaleźli suche wzniesienie, które mogło stać się pierwszym punktem na nowym szlaku. Z tej wysokości widać było dalej na zachód — pas łagodnych wzgórz, które mogły poprowadzić kolumnę suchą stopą przez najgorszy czas roztopów.

Wilk rozejrzał się po towarzyszach. Wiedzieli, że droga nie będzie łatwa, ale możliwa do przebycia. A to w zwiadzie znaczyło więcej niż gładkie ścieżki. Ich śladem podążała grupa zwiadowcza Deryla.

— Tędy — powiedział Varen cicho. — Wozy przejdą.

Gdy tylko połączyły się dwa zwiady, Deryl po krótkim odpoczynku przejął zadanie Varena, który mógł po powrocie swoimi śladami poprowadzić wszystkich z królem Themirem na czele.

W ich świecie nie było fanfar ani braw. Tylko ciche decyzje i zimna ziemia pod stopami. A gdy karawana ruszy za kilka dni ich śladem, nikt nie będzie wiedział, ile nocy i mil kosztowało to jedno wskazanie ręką.

Na obcej ziemi

Zwiadowcy nie szczędzili trudu. Każdy ślad, każdy znak inny niż dzika przyroda musiał zostać sprawdzony, bo w tej krainie nic nie było oczywiste ani pewne. Zbliżał się środek lata, lecz słońce nie miało w sobie tej siły, jaką pamiętali sprzed wybuchu wulkanu — blade, rozlane jak rozżarzony kamień pod grubą zasłoną pyłu, tylko na krótkie chwile przebijało się przez niebo. Powietrze stało się cięższe i wilgotniejsze, a ciepłe podmuchy od południa przynosiły zapach gnijących zarośli i rozmiękłej ziemi. Z każdym dniem ziemia wysychała coraz bardziej, odsłaniając brunatne ścieżki, którymi niegdyś spływała woda. Te ślady dawnych strużek miały jeden kierunek — południowy.

Krajobraz wyglądał jak kraina, która pamiętała lepsze czasy, ale teraz trwała w zawieszeniu. Niskie krzewy już zrzucały liście, choć to nie była jesień, a duszne lato. Pojedyncze, uparte źdźbła traw próbowały przebić się przez szary osad, jakby zapomniały, że tu nie rządzi już żyzna pora roku. Ziemia była miejscami twarda jak wypalona glina, miejscami miękka, nasiąknięta wodą, która nie zdążyła wsiąknąć w popękane podłoże. Strumienie płynęły wolno, leniwie, i tylko co jakiś czas wiatr targał ich powierzchnią, unosząc zapach rozgrzanej wilgoci i popiołu.

To właśnie zmiana zwiadowców, w której był Ben, miała to niezwykłe szczęście. Kiedy silniejszy wiatr z południa nagle zepchnął tumany pyłu, horyzont na moment przejaśniał. Wtedy, w tej jednej ulotnej chwili, ukazał się ciemny kontur — surowy, ostry, wyrastający ponad falujące powietrze. Nie był to cień chmur. Kształt miał w sobie coś trwałego, głęboko zapisanego w pamięci każdego, kto kiedykolwiek widział góry.

Wieczorem, podczas zazębionego zwiadu z Varenem, siedzieli przy niewielkim ognisku w jarze, w którym ciepło odbijało się od kamieni jak w studni. Powietrze było duszne, ale przynajmniej wiatr z południa przyniósł więcej światła niż przez ostatnie tygodnie. Ben siedział długo w milczeniu, wpatrzony w trzaskające w ogniu gałęzie. W końcu odezwał się cicho, niemal jak ktoś, kto boi się, że wypowiedziane słowa zniszczą kruche wspomnienie:

— Wiesz co… chyba widziałem coś. Góry. Taki kształt jak z dzieciństwa.

Varen uniósł głowę, zmrużył oczy i prychnął krótko.

— Góry? Tu słońca ledwo widać, a ty góry widzisz — odburknął pół żartem, pół poważnie.

— Ale widziałem. Przez chwilę… gdy wiatr był mocniejszy, od południa — upierał się Ben. W jego głosie nie było przesady, tylko nieśmiała pewność kogoś, kto wie, że to, co ujrzał, mogło zmienić wszystko.

Varen zamilkł. Wiedział, że Ben nie był człowiekiem, który ulegał złudzeniom.

— Dobrze, Ben. Jutro sprawdzę tę twoją nowinę. A ty wrócisz i przyprowadzisz maruderów z Themirem na czele — powiedział w końcu spokojnie, jak ktoś, kto nie musi podnosić głosu, by jego słowa miały wagę.

Noc była ciężka od ciepła. W powietrzu unosił się zapach wilgotnej ziemi i popiołu, a owady, które powróciły wraz z latem, bzyczały jednostajnie. Nad horyzontem, w mętnym świetle, majaczył cień, który mógł być wszystkim — snem, złudzeniem albo początkiem drogi do nowej ziemi. Widziałem stary ślad. Leo, który siedział nieco na uboczu, nagle uniósł głowę.

Varen wczesnym rankiem gdy tylko się obudził spojrzał na południe. Nic nowego jednak nie dostrzegł. Jednak jak powiedział że sprawdzi to sprawdzi. Właśnie rozcierał czerwone jagody derenia aby zrobić gorący poranny napój dla wszystkich, gdy tuż za sobą ujrzał dwóch swoich zwiadowców niosących dużego ptaka.

Książę Varen — patrz co mamy… To nie jest co, to duża kura — duża kura — odezwał się drugi, a nieśli go jeden za łapy a drugi za szyję w której tkwiła strzała. Varen popatrzył, cofnął się myślami do lat szkolnych. To się nazywa drooop — powiedział przeciągle. Skoro go razem upolowaliście to teraz razem go upieczecie — ognisko gotowe, a teraz bierzcie kubki z napojem w nagrodę — na zdrowie!

To była uczta w porównaniu do minionego losu. Gdy tylko konie się nakarmiły i napoiły, a zapasy z dropia spoczęły w sakwach ruszyli dalej, tym razem w stronę gór.

Zwiadowcy jechali powoli, pozwalając koniom stąpać miękko po wyschniętej, sprasowanej przez wiatr ścieżce. Powietrze było gęste od zapachu lata — ziołowego, słodkiego, przesiąkniętego pyłem, który unosił się w wąskich smugach za każdym krokiem zwierząt. Na północ otwierała się szeroka przestrzeń łagodnych pagórków, a na południu — w oddali — ciemniała linia gór, jakby stanowiła granicę innego świata.

— Leo, spójrz przed siebie, a nie pod końskie kopyta — odezwał się Varen, mrużąc oczy. — Ben miał rację. To jednak góry.

— Racja to jedno, a obserwacja z bliska to drugie — odparł Urs, zerkając na horyzont. — Tak uczył nas Sharvak.

Varen uśmiechnął się pod nosem, lecz nic nie odpowiedział. Reszta także zamilkła, nie dając się dłużej otumaniać widokiem przyrody. Wiedzieli, że piękno potrafi być zdradliwe — rozpraszało uwagę, a to była rzecz, na którą zwiadowcy nie mogli sobie pozwolić.

W powietrzu unosiło się brzęczenie owadów. Nad łąkami krążyły jaskółki, wycinając skrzydłami szybkie łuki, a wysoko, nad linią drzew, nieruchomo zawisł orzeł — czujny, polujący z wysokości. Czasem z zarośli wyskakiwał zając albo spłoszony dzik, a echo jego tupotu niosło się chwilę w ciepłym powietrzu, po czym gasło w gęstwinie.

Varen co chwilę podnosił dłoń, dając znak do zatrzymania.

— Uwaga — rzucał krótko. To jedno słowo wystarczało, by każdy z ludzi zastygł w bezruchu.

Zwiadowcy widzieli wszystko. W tym zawodzie oczy były bronią równie ważną jak miecz.

Dalej, w stronę południa, pas traw przechodził w rozproszone zadrzewienia. Pojedyncze dęby o rozłożystych koronach rzucały szerokie plamy cienia, a ich konary porastały pnącza i zielony mech. Gdy wjeżdżali w ten półcień, temperatura spadała, a powietrze gęstniało od zapachu mokrej ziemi i żywicy. To miejsce mogło posłużyć za schronienie dla ludzi i zwierząt przed palącym słońcem południa.

Rzeka

Zza pagórka dobiegł cichy szmer rzeki. Była spokojna i szeroka, z brzegami porośniętymi trzciną i wierzbami. Woda lśniła jak cyna świeżo wylana w formy, a nad jej powierzchnią unosiły się lekkie chmury ważek.

Liv zsiadł z konia, przykucnął i zanurzył dłoń w chłodnym nurcie. Woda była czysta, przejrzysta i niosła zapach topniejącego śniegu z dalekich gór.

— Książę Varen — odezwał się po chwili — to dobre miejsce na postój. Woda, pasza, cień… wszystko, czego potrzebujemy.

Varen spojrzał na niego z ukosa.

— Dobre, powiadasz… tylko kto ci kazał zsiadać z konia? — rzucił sucho. — Może już wam nie jestem potrzebny, co?

Liv poczerwieniał, ale wytrzymał spojrzenie dowódcy.

— Nie, książę. Po prostu… chciałem się upewnić.

— W porządku — mruknął Varen bardziej do siebie niż do reszty. Potem dodał głośniej: — Sprawdzić teren w górę i w dół rzeki. Po obu stronach. I uważnie.

Tym razem nie musieli polować. Rozpalili ognisko, a Varen wyjął z sakwy dwie garście derenia, które roztarł na płaskim kamieniu obmytym przez rzekę. Zalał wszystko wodą i, jak poprzedniego dnia, podał każdemu po łyku cierpkiego, orzeźwiającego napoju.

Leo, który siedział nieco na uboczu, nagle uniósł głowę.

— Widziałem stary ślad — powiedział. — Złamana gałązka wierzby, niedaleko stąd, wzdłuż brzegu.

Varen spojrzał na niego uważnie.

— Stary, mówisz? I kiedy zamierzałeś nam to powiedzieć? — w jego głosie pobrzmiewała złość, bardziej z troski niż z gniewu.

Leo przełknął ślinę.

— Nie wyglądało świeżo, panie. Myślałem, że to tylko wiatr albo zwierzyna…

Varen podszedł bliżej.

— Jak wysoko była złamana? — spytał spokojniej.

— Około ludzkiej piersi. Gałąź skręcona, nie urwana. — Leo zawahał się, po czym dodał: — Tak nie łamie wiatr.

Zapadła cisza. Jedynie woda szemrała w kamieniach, a z oddali dało się słyszeć trzepot skrzydeł. Varen w końcu skinął głową.

— Dobrze. Od teraz czujność podwójna. W pobliżu są ludzie — powiedział cicho, ale z tą spokojną pewnością, która nie wymagała podniesionego głosu. — I zakryć ognisko.

Varen krótkim gestem wskazał na Ursa i Liva.

— Ty w górę rzeki, ty w dół. Leo zostaje przy ognisku. Niech konie się napoją, ale bez hałasu. I pamiętajcie — żadnego naśladowania ptaków. Wracajcie od razu.

Zwiadowcy rozdzielili się bez słowa. Woda szemrała cicho, jakby chciała zagłuszyć dźwięki ich kroków. Słońce zniżało się nad pagórami, wdzierając się między konary drzew długimi smugami światła. Ciepło ustępowało miejsca wieczornemu chłodowi, ale ziemia wciąż oddychała gorącem dnia.

Liv przesuwał się wzdłuż brzegu, stawiając stopy na mokrym piachu, gdzie odciski szybko znikały. W powietrzu unosił się zapach mięty wodnej i słodkiej zgnilizny roślin. Co jakiś czas zatrzymywał się i nasłuchiwał. Przez moment wydawało mu się, że słyszy rytmiczne skrzypienie — może wóz, a może tylko żaba w trzcinach. W końcu przykucnął. Na brzegu, przy korzeniu wierzby, dostrzegł coś, co nie pasowało do otoczenia — drobny, wypłowiały sznurek wplątany w trawę.

W tym samym czasie Urs posuwał się w przeciwnym kierunku. Rzeka w tym miejscu zwężała się, a nurt przyspieszał, spadając po kamieniach. Wśród nich coś mignęło — kawałek drewna, równy i gładko obrobiony, jakiego przyroda nie tworzy. Urs schylił się i podniósł fragment. Na jego powierzchni widniały drobne nacięcia, jakby ktoś próbował strugać nożem, a potem porzucił.

Wrócili niemal równocześnie. Varen siedział na kamieniu, pochylony nad dogasającym ogniskiem. Spojrzał na nich, nie pytając, czy coś znaleźli — wiedział to po ich twarzach.

— I co? — rzucił tylko.

Liv położył przed nim sznurek.

— Plecionka. Woda go nie zrobiła.

Urs dorzucił drewno.

— Ktoś to strugał. Ślady świeże, gładkie. Nie starsze niż tydzień.

Varen wziął kawałek do ręki i przesunął po nim kciukiem.

— Wyschnięte drewno… wierzbowe. Miękkie, wygina się… — zamilkł na chwilę. — Nie nasi — to pewne — dorzucił po chwili w zamyśleniu.

Zerknął na horyzont, gdzie góry majaczyły w ciepłej mgiełce.

— W takim razie jesteśmy na czyjejś ziemi. I oni już wiedzą, że ktoś tu jest.

Leo uniósł głowę znad koni.

— Myślisz, że to zwiad jak nasz?

— Nie wiem — odparł Varen. — Ale jeśli tak, to mają przewagę. Ziemia jest ich.

Zapadła cisza. Słychać było tylko ciche kapanie wody z gałęzi i trzask pękającego drewna w ognisku. Wtedy Liv odezwał się znów, niepewnie, jakby ważył każde słowo:

— Książę… jeśli to ludzie, to może szukają tego samego co my.

Varen spojrzał na niego dłużej niż zwykle.

— Może. Ale w takim razie nie jesteśmy już zwiadem. Jesteśmy zwierzyną.

Wstał powoli, otrzepał dłonie i spojrzał na twarze ludzi.

— Odtąd nie ma odpoczynku. Ruszamy o świcie. I żadnego dymu, żadnych śladów. Jeżeli tu są, muszą myśleć, że przeszliśmy dalej.

Wiatr od południa znów poruszył trawy, przynosząc zapach popiołu i ciepłego deszczu, który gdzieś daleko padał w górach. Rzeka szumiała spokojnie, jakby nic się nie zmieniło — ale w oczach zwiadowców już nie było spokoju.

Wkrótce dotarła druga grupa zwiadowców. Podwójne straże stanęły na czujce, wyczekując poranka w napięciu, nasłuchując najmniejszego szmeru i wypatrując ruchu w mroku.

Obcy

Świt przyszedł cicho, jakby wstydził się przerwać sen ziemi. Z mgły zalegającej między kępami jałowców i suchych traw sączyła się wilgoć, a w powietrzu unosił się słodkawy zapach dojrzewających owoców derenia i dzikiej mięty. Było lato, jego pełnia — czas, gdy ziemia oddychała powoli po długim, suchym upale dnia, a każdy podmuch niósł ciężar pyłu i zapowiedź burzy, która mogła nadejść wieczorem.

Tym razem skład zwiadu został wzmocniony. Wyruszyli jeszcze przed brzaskiem. Światło dopiero przecierało się przez zroszone trawy, gdy Ben, idący w parze z Varenem, dostrzegł coś, co nie pasowało do rytmu przyrody — delikatny ślad w miękkiej ziemi: odcisk stopy zbyt lekki, by należał do zwierzęcia, zbyt niepewny, by zostawił go doświadczony człowiek. Varen skinął tylko głową, a jego dłoń odruchowo spoczęła na rękojeści noża.

Przemknęli pośród niskich zarośli, bez słowa, jak cienie. Ścieżka prowadziła między oszlifowanymi głazami, potem schodziła ku wyschniętemu strumieniowi, w którym zalegał brunatny popiół sprzed miesięcy, gdy wulkan wstrząsnął niebem. Tam, w półmroku pod zwisającą gałęzią głogu, coś drgnęło.

Varen zatrzymał Bena gestem dłoni. Obaj przykucnęli. Chłopak, który czaił się przy kamieniu, nie miał jeszcze w sobie czujności myśliwego — jego ruch był zbyt gwałtowny, oddech zbyt szybki. Gdy próbował wymknąć się w bok, Ben jednym susem dopadł go i powalił w trawy. Krótkie szarpnięcie, stłumiony krzyk — i już leżał nieruchomo, przyciśnięty do ziemi.

— Spokojnie, chłopcze — syknął Varen, klękając obok. — Nie chcemy twojej krwi. Kim jesteś i co tu robisz?

Varen przykucnął niżej, żeby być na wysokości jego twarzy. Jego ruchy były powolne, spokojne — jak u człowieka, który dobrze wie, że brutalność może zburzyć kruche porozumienie, zanim jeszcze się narodzi.

— Spokojnie… — powiedział cicho, kładąc dłoń płasko na ziemi, jakby chciał uziemić emocje.

Chłopak nie odpowiedział. Dyszał, patrząc raz na Varena, raz na Bena, który wciąż przyciskał go do ziemi.

Varen wyciągnął dwa palce i wskazał na jego pierś.

— Ty… — potem na siebie. — Ja.

Chłopak zmrużył oczy. Jego oddech przyspieszył.

— Góra… — wyszeptał słowo, którego Varen nie rozumiał, ale wychwycił miękki akcent i napięcie w głosie.

Zwiadowca wyciągnął w dłoń mały kawałek suszonego mięsa i położył go przed nim, nie podając — oferta, nie rozkaz. Chłopak drgnął, ale nie odwrócił wzroku. W jego oczach pojawiło się coś innego niż strach — czujność.

— Dom? — Varen wypowiedział słowo powoli, jakby sam je smakował, rysując przy tym palcem na wilgotnej ziemi prostą linię — drogę. Potem narysował mały okrąg na jej końcu i spojrzał pytająco.

Chłopak wahał się, potem uniósł rękę i wskazał na północ, w stronę wzgórz ginących w porannej mgle. Powtórzył swoje:

— Góra… Góra…

Varen skinął głową. Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko śpiewem świerszczy i szelestem traw.

Ben poluzował uścisk. Chłopak nie uciekał. Powoli usiadł, trzymając dłonie na kolanach, jak ktoś, kto nie wie jeszcze, czy jest więźniem, czy gościem.

Varen wskazał na jego torbę.

— Jedzenie? — spytał, ale raczej po to, by zobaczyć jego reakcję niż uzyskać odpowiedź.

Młody myśliwy kiwnął głową, otworzył torbę i ostrożnie pokazał zawartość — suszone owoce, kawałek mięsa i prosty łuk. Jego ruchy były spokojne, bez gwałtu, jakby sam próbował pokazać, że nie stanowi zagrożenia.

Varen w odpowiedzi położył dłoń na sercu, potem na ziemi i znów na sercu — prosty znak, że nie przyszedł z zamiarem krwi.

Chłopak odetchnął głęboko. W jego oczach pojawiła się ostrożna iskra zrozumienia. Zapadła cisza. Młody drżał nie z chłodu, lecz ze strachu. Miał na sobie skórzaną tunikę, zbyt dużą jak na jego posturę, i torbę z suchymi owocami, kawałkiem suszonego mięsa oraz cienkim łukiem o prostym rzemieniu. Nie wyglądał na wojownika — raczej na kogoś, kogo wysłano z przymusu lub pchnęła tu młodzieńcza ciekawość.

— Jestem… z północnych wzgórz — wyszeptał, unikając spojrzeń. — Polowałem… tylko polowałem…

Zbitka niezrozumiałych słów popłynęła natychmiast, a potem znów nastała cisza.

— Gdzie twój dom? — zapytał Varen, kreśląc linię ze strzałką i ognisko na piasku.

Przyglądał mu się długo, w milczeniu. W tle szumiał wiatr, poruszając suche źdźbła traw, a słońce zaczynało wspinać się ponad mgłę i pył, zalewając równinę złotym światłem.

Chłopak spojrzał w górę. W jego oczach, mimo strachu, błysnęła ulga.

— Góry — powiedział, wskazując ręką i powtarzając gest. — Widziałem je, zanim wiatr przegnał pył. Wysokie, ciemne… jak cień.

Musieli zaryzykować. Grupa Varena w starym składzie ruszyła za młodym myśliwym, a Ben ze swoimi zwiadowcami czuwał w oddali, gotowy w każdej chwili do ucieczki w stronę karawany wygnańców lub do wsparcia Varena.

W południe ścieżki, którymi stąpali, stawały się coraz wyraźniejsze. Varen wiedział, że zbliżają się do siedzib ludzkich. Spojrzenie młodego myśliwego i Varena przecięło ciszę. Słowa chłopca potwierdzały to, co Ben widział wczoraj o zmierzchu. Teraz musiało dojść do spotkania obcych. Po raz pierwszy od wielu, wielu dni w sercach zwiadowców zapłonęła iskra — nadziei i niepokoju.

Rozdział III

Na widok obcych osada tubylców wyległa na spotkanie. Nie mieli się czego obawiać — przybyszy było czterech, a przy nich zagubiony myśliwy bez trofeów, teraz zgarbiony, jakby przytłoczony ciężarem wstydu. Stanęli na środku placu. W oczach ludzi widać było ostrożność, ale nie strach — raczej ciekawość zmieszaną z dumą tych, którzy od wieków żyją z wiatrem i słońcem, na ziemi nieprzyjaznej, a jednak własnej.

Okrągłe namioty z końskich skór lub grubego filcu z owczej wełny stały w kilku półkolach. W środkowej części górował największy — namiot wodza, tak duży, że wewnątrz znajdował się plac i miejsce wspólnego ognia, przeznaczone do obrad i rytuałów. Wokół namiotów kłębiły się konie, kozy i owce w zagrodach, a dzieci biegały boso po suchym piasku, z włosami rozrzuconymi przez wiatr.

Wtedy do młodego myśliwego podbiegła trójka najbliżej bawiących się dzieci i przywarła do jego nóg. Reakcja czujnych matek była natychmiastowa — jedne chwytały swoje dzieci za rękę, inne za kołnierz koszuli i chowały je za siebie.

Wreszcie leniwie wyszedł wódz. Był mężczyzną o ciężkim spojrzeniu, z włosami splecionymi w długi warkocz i kożuchem zarzuconym na ramiona mimo ciepła. Jego ruch był spokojny, pełen pewności. Gdy zbliżył się, uniósł rękę w geście powitania — otwartą, bez broni — i powiódł przybyszów za sobą do namiotu.

Rytuał

Wewnątrz panował półmrok. W centrum płonął ogień, a nad nim wisiał szeroki kocioł, z którego unosił się tłusty, mleczny zapach. Kobieta w długim, barwnym płaszczu mieszała zawartość drewnianą chochlą, a wódz usiadł na niskim siedzisku pokrytym skórami. Wskazał przybyszom miejsca naprzeciw.

Rozmowa zaczęła się gestami. Varen uniósł dłonie w otwartym geście pokoju, potem wskazał na chłopaka i lekko pochylił głowę. Wódz spojrzał na młodego myśliwego, po czym wydał z siebie krótki, twardy dźwięk — jakby rozkaz, który w jego języku brzmiał ostrzej niż słowa. Chłopak natychmiast zbliżył się do niego, przyklęknął i położył rękę na ziemi.

Varen nie wiedział, czy to kara, czy rytuał. Milczał. Wiedział tylko, że każde słowo mogłoby zburzyć kruche porozumienie.

Wódz sięgnął po dzban z ciemnego rogu i napełnił cztery miski mlecznym płynem. Zapach był ostry, kwaśny, z nutą czegoś, co przypominało sfermentowane owoce. Wskazał im, by pili.

Ben pierwszy uniósł miskę. Powąchał ostrożnie, po czym upił łyk. Twarz mu drgnęła — nie ze wstrętu, raczej z zaskoczenia. Napój był chłodny, pienisty, lekko musujący, z gorzkawym posmakiem. Wódz patrzył uważnie, a gdy Ben skinął z uznaniem, w namiocie rozległ się pomruk aprobaty.

— Kumys — powiedział wódz powoli, jakby uczył dziecko. Potem uniósł własną miskę i pociągnął długi łyk.

Varen powtórzył ostrożnie:

— Kumys.

Wódz uśmiechnął się po raz pierwszy. Jego twarz rozjaśniła się, a w oczach błysnęło coś, co mogło być sympatią. Wskazał na Varena, potem na siebie i uderzył się pięścią w pierś.

— Torgan — wymówił wyraźnie, po czym dotknął dłonią serca.

Varen powtórzył gest. — Varen.

Przez chwilę w namiocie panowała cisza. Tylko ogień strzelał iskrami, a kobieta podała im po misce gęstej strawy z mięsem i ziarnami. Była tłusta, ciężka, pachniała dymem i mlekiem.

Zwiadowcy jedli powoli, nie wiedząc, czy to posiłek, czy ceremonia. Wódz mówił coś, gestykulując szeroko — raz wskazywał na północ, raz na zachód, a jego dłonie kreśliły w powietrzu linie przypominające góry i rzeki. Varen starał się zrozumieć sens. Gdy Torgan wskazał ich kierunek i uniósł dwa palce, Varen odczytał to po swojemu: pozwolenie na dalszą drogę — lub ostrzeżenie, że dwie noce, nie więcej, mogą tu zostać.

Wieczór przyniósł spokój. Na zewnątrz śpiewano, dzieci biegały wokół ognia, a kumys krążył w kolejnych czarach. Varen siedział w milczeniu, wsłuchując się w język, którego nie rozumiał, ale który zaczynał brzmieć znajomo jak rytm ziemi — miękki, urywany, pełen oddechu wiatru i szumu stepu.

Wtedy pojął, że nie przyszli tu po drogę, lecz po zrozumienie — że dalej mogą iść nie jako obcy, lecz ci, którzy przeszli przez ogień i zostali przyjęci przez ziemię.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 73.84