Prolog
Warszawa, rok osiemdziesiąty trzeci.
Godzina policyjna od dwudziestej drugiej. Chodniki puste, okna ciemne — nie dlatego, że ludzie śpią, ale dlatego, że jasne okno to obecność, a obecność w tamtym roku przyciąga uwagę. A uwagi lepiej nie przyciągać. Przy Placu Konstytucji stoją czołgi. Przy koksownikach żołnierze w ciemnych mundurach trzymają dłonie nad ogniem i patrzą przed siebie — oczy otwarte, twarze zamknięte, myśli schowane głęboko.
Siedzę na drewnianym krześle z zielonym siedziskiem przy krawężniku ulicy Juliana Bruna i nie wiem jeszcze, że zaraz się uniosę.
Krzesło jest zwykłe — takie do biurka albo przy stole podczas obiadu, przy którym wszyscy są razem i nikt jeszcze nigdzie nie odszedł. Siedzę na nim jak gdyby nigdy nic, z dłońmi opartymi na kolanach, i patrzę na latarnie świecące żółtawo wzdłuż pustej ulicy. Kałuże na asfalcie. Dym z komina gdzieś za blokami. Mężczyzna idący pod ścianą szybkim krokiem, z rękami w kieszeniach, wzrokiem przy ziemi — mija mnie w odległości dwóch metrów i nie podnosi oczu.
Wtedy czuję, że krzesło odrywa się od chodnika.
Nie gwałtownie. Cicho, powoli, jak coś co po prostu sobie postanowiło. Trzymam krawędź siedziska od dołu — odruchowo, jakbym wiedział że tak trzeba — i ulica Juliana Bruna zaczyna się oddalać. Latarnie są pode mną. Potem dachy. Potem cała ulica skurczyła się do szerokości wstążki między blokami i już jestem wysoko, nad miastem, w powietrzu które jest zimne i czyste w sposób którego w dzień tutaj nie ma.
Nikt nie patrzy w górę.
Kobieta wychodzi z bramy z siatką w ręce i idzie chodnikiem prosto pode mną. Zatrzymuje się, zagląda do siatki, coś sprawdza. Idzie dalej. Przy koksowniku żołnierz obraca się w moją stronę — przez sekundę myślę że mnie widzi, że zaraz coś powie, zaraz podniesie rękę. Ale jego wzrok przesuwa się przez moje miejsce w powietrzu bez zatrzymania, jak przez puste okno.
Nie jestem niewidzialny.
Po prostu nikt nie spodziewa się kogoś tam gdzie jestem.
Krzesło niesie mnie wzdłuż Puławskiej — samo wybiera kierunek, ja tylko trzymam krawędź i pozwalam. Torowisko tramwajowe pode mną, apteka z wyłączonym szyldem, dwaj mężczyźni stojący przy wejściu do klatki schodowej i rozmawiający ściszonym głosem. Jeden z nich patrzy w niebo — naprawdę patrzy, podnosi głowę i przez chwilę nasze spojrzenia mogłyby się spotkać. Ale on patrzy na chmury albo na gwiazdy albo na coś czego ja nie widzę, i po chwili wraca do rozmowy.
Plac Konstytucji.
Tutaj krzesło zwalnia i opada — nie spada, opada, z godnością — i staję na płytach chodnikowych przy fontannie z krzesłem pod pachą. Nie wiem kiedy wstałem, nie wiem kiedy krzesło z pojazdu stało się bagażem. Po prostu tak jest. Czołgi stoją nieruchomo po drugiej stronie placu. Koksowniki palą się przy wejściu do przejścia podziemnego. Jeden z żołnierzy — młody, twarz dziecka w za dużym hełmie — siedzi na stopniu z głową opartą o ścianę i może śpi, może po prostu nie chce już na nic patrzeć.
Rozumiem go.
Idę w stronę Pałacu Kultury.
Pod Pałacem jest inaczej — zimniej i z innego czasu, bo sen nie trzyma się jednej daty jeśli nie musi. Śnieg leży gruby przy krawężnikach. PKiN stoi nad wszystkim ogromny i kamienny i zupełnie niezainteresowany moją obecnością, co jest uczucie mi znajome.
Chwila i znowu lecę.
Nie wiem od którego kroku się uniosłem, po prostu w pewnym momencie Plac jest pode mną i koksowniki są pomarańczowymi punktami na ciemnym materiale miasta i wiem — tak jak się we śnie wie rzeczy bez dowodów — że mógłbym tak lecieć aż do rana. Że to nie jest coś co mi się przydarzyło. Że to jest coś co zawsze umiałem, tylko długo nie wiedziałem gdzie szukać.
Robi się zbyt szybko. Chwytam latarnię — mroźny metal pod palcami, rzeczywisty, twardy — zakręca mną, unosi jeszcze wyżej, i znowu jestem nad Placem Konstytucji ośnieżonym, z żołnierzami przy ogniu, z miastem zamkniętym w sobie jak człowiek który oduczył się mówić głośno.
Byłem tu wcześniej.
Będę tu jeszcze.
Inny sen nałożony na ten, jak dwie klisze razem:
Balkon siódmego piętra, inne osiedle, inny rok. Zapomniałem kluczy. Schodzę po gzymsach i parapetach, palce w szczelinach elewacji, spokojnie, bez pośpiechu — bo znam tę ścianę lepiej niż schody. Na dole kolega gra w piłkę na podwórku i woła coś w moją stronę bez podnoszenia głowy, jak do kogoś kto zawsze tędy wraca.
I działka dziadka, lato, upał, pszczoły przy ulu, osy przy gąsiorze z winem na stole. Unoszę się ponad drzewa owocowe — nisko, między czubkami śliw — i nabieramy prędkości i robi się zimno i chwytam latarnię i mroźny metal i Plac Konstytucji i koksowniki i —
Budzik. Siódma trzydzieści.
Leżałem chwilę z oczami otwartymi i czekałem aż cokolwiek wróci na swoje miejsce. Zimno metalu pod palcami zostało najdłużej. Zawsze zostawało najdłużej.
Wstałem. Zrobiłem kawę.
Śniło mi się, że lecę nad miastem na zwykłym drewnianym krześle z zielonym siedziskiem, jakby ktoś zapomniał powiedzieć grawitacji, że powinna działać.
Wtedy jeszcze myślałem, że to tylko sen.
ROZDZIAŁ 1 — Maska
Zanim powiem cokolwiek o niej, o liście, o tym co się stało i co się miało stać — muszę powiedzieć o masce.
Nie dlatego, że to ważne dla fabuły. Dlatego że bez tego nie zrozumiesz dlaczego człowiek, który dostaje wiadomość z przyszłości, reaguje tak jak reaguje. Dlaczego analizuje zamiast czuć. Dlaczego milczy zamiast mówić. Dlaczego przez lata żył obok własnego życia zamiast w nim.
Maska powstała na wycieczce kończącej ósmą klasę. Miałem czternaście lat i byłem nikim.
Nie mówię tego z użalaniem się — mówię to jako fakt, bo tak to wyglądało. Dwóch przyjaciół, może trzech. Reszta klasy wiedziała, że istnieję, ale ta wiedza nie miała dla nich żadnych konsekwencji. Byłem chłopakiem od którego nikt nic nie chciał i któremu nikt nic nie dawał i który nauczył się traktować tę symetrie jako normę. Ktoś powiedział kiedyś o mnie „straszny nudziarz i egoista” i nie pamiętam już kto, ale pamiętam, że zamiast się rozgniewać pomyślałem: może ma rację.
Na wycieczce, drugiego dnia, graliśmy w piłkę na boisku przy ośrodku. Grałem za mocno — zawsze grałem za mocno, bo to było jedyne miejsce gdzie pozwalałem sobie na całość. Kilku chłopaków z przeciwnej drużyny uznało że to powód do rozmowy. Na czele szedł Franek, który ćwiczył kiedyś w Legii i pamiętał o tym przy każdej okazji.
Wiedziałem, że dyplomacja nic nie da. Wiedziałem to zanim podeszli na trzy metry.
I wtedy — nie wiem skąd to przyszło, nie wiem czy to był plan czy tylko odruch człowieka który nie ma nic do stracenia — powiedziałem coś, czego nie planowałem powiedzieć. Powiedziałem, że nie mam ochoty go bić. Spokojnie. Jak ktoś komu naprawdę nie zależy.
To zdanie wkurzyło go bardziej niż cokolwiek innego mogłoby.
Bili się ze mną wszyscy trzej. Wyszedłem z tego lepiej niż powinienem był — bo gniew jest złym nauczycielem a strach jest lepszy, bo strach robi człowieka precyzyjnym. I po wszystkim stała wokół reszta klasy z pytaniami.
Gdzie się tego nauczyłeś. Co ćwiczysz. Mówię wam że on musi coś ćwiczyć.
I tu zacząłem kłamać.
Nie dlatego, że chciałem być kimś innym. Dlatego że przez sekundę poczułem jak to jest gdy ludzie patrzą na ciebie z czymś innym niż obojętnością — i to uczucie było tak nagłe i tak silne że nie umiałem go odpuścić. Wybrałem mało znany styl, coś egzotycznego, coś czego nikt nie mógł zweryfikować. Powiedziałem, że ćwiczę od jakiegoś czasu. Że mam już kolejny pas.
Kilkoro kiwnęło głowami. Kilkoro chciało sprawdzić.
Spróbuj rozwalić tę skrzynkę po warzywach.
Nie przewidziałem tego. Stałem chwilę i gorączkowo przypominałem sobie wszystko co kiedykolwiek czytałem albo oglądałem na filmach — jak się skupiają, gdzie uderzają, co krzyczą. Poprosiłem żeby się odsunęli. Powiedziałem, że potrzebuję miejsca i skupienia. I po chwili uderzyłem kantem dłoni w punkt centralny skrzynki.
Rozpadła się.
Szczęście, precyzja, sucha deska — nie wiem. Wiem że niemal krzyknąłem z bólu i że tego nie pokazałem. I że po tym wieczorze byłem kimś.
Maska działa tak: zakładasz ją raz, na chwilę, żeby przeżyć konkretny moment. A potem okazuje się że ją masz i że z nią jest łatwiej niż bez niej i że ludzie lubią tego kogoś pod maską bardziej niż ciebie prawdziwego. I zaczynasz w nią inwestować. Rozbudowujesz. Dokładasz szczegóły. Pilnujesz spójności.
W liceum byłem już kimś zupełnie innym. Nowe środowisko, te same opowieści — tylko jeszcze sprawniejsze, bo miałem rok praktyki. Pseudo-przyjaciele, imprezy, prywatki. Dusza towarzystwa — ten rodzaj duszy który potrafi rozśmieszyć każdego i nikomu nie powie nic prawdziwego o sobie.
Uwierzyłem w siebie-stworzonego tak bardzo, że zapomniałem czego nie lubię. Zapomniałem co mnie boli. Zapomniałem że pod spodem jest ktoś, kto przez chwilę siedział przy ścianie i liczył że może kiedyś ktoś przyjdzie i zapyta jak naprawdę.
Nikt nie pytał. Bo skonstruowany ja był o wiele ciekawszy niż prawdziwy ja i byłem dość inteligentny żeby o tym wiedzieć.
Był jeszcze okultyzm.
To nie był element maski — to było jedyne miejsce gdzie byłem prawdziwy, i właśnie dlatego przez długi czas o tym nie mówiłem. Amulety na szyi — nie jako ozdoba, nie jako poza, jako coś co czułem, że ma znaczenie nawet jeśli nie umiałem tego znaczenia nazwać. Książki o demonologii, o Wicca, o symbolice granicznej między tym co widzialne i tym co nie. Czytałem je tak jak inni czytają coś czego się trochę wstydzą — szybko, w pokoju, z okładką skierowaną do ściany.
Na jednej z sesji RPG — graliśmy u kolegi, nas pięciu przy stole, mistrz gry budował przygodę opartą na magii i okultyzmie — powiedziałem, że ktoś tu nie wie o czym mówi.
Zapadła cisza.
Wszyscy spojrzeli na mnie. Jeden z graczy zerknął na amulety na mojej szyi i coś do siebie mruknął. Zaczęli pytać.
I odpowiedziałem.
Nie skłamałem ani razu. Mówiłem o tym, co czytałem, co studiowałem, co czułem, że jest prawdziwe. A oni słuchali — naprawdę słuchali — i w pewnym momencie zorientowałem się, że uznają mnie za tajemniczego i skrytego. Że właśnie dlatego, że po raz pierwszy od lat mówiłem wprost, odbierają to jako kolejną warstwę zagadki.
Stałem się tajemniczy i skryty dokładnie wtedy gdy przestałem udawać.
Tego nie umiałem rozwiązać przez długi czas.
Potem była muzyka. Metal — ten ciężki, z ostrym basem i rytmem który mieszka w klatce piersiowej. Zmiana stylu: czerń, długie włosy, broda w zalążku, mało sympatyczne spojrzenie które było szczere — bo rzeczywiście patrzyłem na świat z rosnącym poczuciem że świat jest nie tak skonstruowany jak powinien być.
I była zmiana szkoły. Potem kolejna zmiana. A potem powrót do starej — i okazało się że wszystko co powiedziałem przez te lata zostało zapamiętane i użyte przeciwko mnie. Najbardziej niesamowite opowieści — te które chciałbym żeby były prawdą — brzmiały teraz jak dowody na to że jestem kimś, z kim lepiej nie.
Pseudo-przyjaciele odwrócili się. Znałem ten scenariusz — przerabiałem go w ósmej klasie, tylko nie sądziłem że będę przerabiał go jeszcze raz.
Wtedy odkryłem pisanie.
Nie jako terapię, nie jako sposób na cokolwiek — jako jedyne miejsce gdzie nie musiałem pilnować spójności wersji siebie. Wiersze, pierwsze. Potem opowiadania. Potem zarys powieści z universum Warhammera, kilkanaście stron, bohater który miał więcej odwagi ode mnie i płacił za nią cenę którą ja płaciłem za brak odwagi. Myślałem żeby to wydać. Na myśleniu się skończyło — bo nie wierzyłem że ktoś to przeczyta i pomyśli: tak, o mnie też.
Mam teraz dwadzieścia jeden lat.
Maska jest zdjęta — albo przynajmniej tak myślę. Prawdziwych przyjaciół kilku, może czterech. Studia przyrodnicze, drugi rok, wykłady z morfologii roślin i laborki które kończę mechanicznie bo myśl jest zawsze gdzieś indziej. Pokój z książkami przyrodniczymi obok dark fantasy, z notatkami z uczelni obok odręcznych map nieistniejących krain. Zeszyt w twardej czarnej okładce przy łóżku, w którym zaczynam wiersze i kończę po trzech linijkach bo czwarta wymagałaby powiedzenia czegoś, czego jeszcze nie umiem powiedzieć.
Amulety na biurku. Kilka na szyi gdy wychodzę.
Stoję przy ścianach na imprezach i obserwuję cudze życia z uwagą której nigdy nie kieruję na własne.
Pod spodem — pod tym wszystkim, pod latami maski i latami jej zdejmowania — jest ktoś, kto umie kochać za mocno i nie wierzy że może być dla kogoś naprawdę wystarczający. Ktoś, który przez lata pytał się czy kochają mnie, czy moją wersję — i nigdy nie był pewien odpowiedzi, bo nigdy nie dał nikomu szansy żeby odpowiedzieli na to pytanie.
Mam znajomych. Mam kilku z których mogę być dumny że są prawdziwi. Mam do nich coś do powiedzenia — o masce, o tym kim byłem zanim i kim się stałem. Nie wiem jeszcze czy się odważę.
Ale to już inna historia.
Ta zaczyna się kilka miesięcy później, u Wioli, na zwykłej imprezie w zwykły piątkowy wieczór, kiedy ktoś otworzył drzwi i do środka wszedł ktoś, kto niósł wokół siebie własny klimat jak własny ciężar.
Na razie jest jeszcze zwykły wtorek.
Na razie jeszcze nic się nie zaczęło.
ROZDZIAŁ 2 — Przypadkowe ogniwo
Wiola mieszkała przy Mokotowskiej w mieszkaniu, które było o jedno piętro za wysoko, żeby było wygodnie, i o dwa pokoje za małe jak na liczbę osób, które regularnie się w nim zbierały. Znałem ją od pierwszego roku — była w grupie laboratoryjnej, pilna, konkretna, przychodziła na zajęcia zawsze pięć minut przed czasem i siadała w pierwszym rzędzie nie dlatego, że chciała, żeby ją widziano, ale dlatego, że tak po prostu robiła wszystko — wprost, bez owijania w bawełnę.
Miała chłopaka. Marka. Imię może uciekło mi w szczegółach tamtego wieczoru, ale pamiętam go dobrze: przychodził po nią co drugi piątek z kwiatkiem, z taką regularnością, że zacząłem traktować go jak rodzaj kalendarza. Dobry chłopak. Spokojny, konkretny, wierny. Taki, który nie będzie sprawiał problemów i nie będzie też zapalał żadnych pożarów.
Wiola patrzyła na mnie czasem w sposób który był o jedną sekundę za długi. Nie robiła z tym nic — odkładała wzrok, wracała do notatek, rozmawiała o czymś innym. Rozumiałem to i nie rozumiałem jednocześnie, bo Wiola była kobietą która panowała nad sobą z precyzją której zazdrościłem, i ta jedna sekunda była jedynym miejscem gdzie ta precyzja gdzieś uciekała.
Nie mówiłem o tym głośno. Ona też nie.
Tamtego wieczoru było nas może dwanaście osób. Muzyka na poziomie przy którym można jeszcze rozmawiać, wino z kartonu krążące bez ceremonii, ktoś przyniósł ser który wszyscy chwalili i nikt nie jadł. Stałem przy oknie z kubkiem w dłoni i robiłem to co zwykle robiłem na imprezach — obserwowałem.
Drzwi do przedpokoju otworzyły się około dziesiątej.
Wiola weszła pierwsza, za nią Marek, a za nim — ktoś.
Długie jasne włosy, prosta sukienka, nic spektakularnego w tym co miała na sobie. Ale był w niej jakiś ciężar — nie w złym sensie, bardziej jak coś co nosi się kiedy ma się własne zdanie na temat każdej rzeczy w pokoju i nie zamierza się tym z nikim dzielić jeśli nie zapyta. Rozejrzała się raz, jeden spokojny obrót głowy, i usiadła na krześle przy oknie — nie tam gdzie było miejsce przy ludziach, tam gdzie było trochę z boku.
Wyjęła z torby długopis.
Wzięła serwetkę ze stolika.
I zaczęła rysować.
Wiola popatrzyła na nią przez chwilę — z czymś w twarzy co byłoby trudno nazwać jeśli się nie wiedziało jak na nią patrzeć. Nie troską. Nie dumą. Czymś bliższym temu jak patrzy się na rzeczy których się nie chce tknąć za mocno bo można je potłuc albo stracić. Potem odwróciła się i zobaczyła mnie.
Ta jedna sekunda.
Podeszła z kieliszkiem i powiedziała spokojnie: — Chodź, przedstawię cię.
— To jest Marieanna — powiedziała. — Jest u mnie w liceum. Marieanna, to jest Patryk, razem studiujemy.
Tyle z prezentacji. Wiola odeszła do kuchni z naturalnym spokojem kogoś kto zrobił to co miał zrobić i teraz zajmie się czymś innym. Nie patrzyła za siebie.
Marieanna spojrzała na mnie znad serwetki.
Oczy jasne, uważne, z tym rodzajem rezerwy który nie jest wrogością — jest tylko informacją że nie wystarczy przyjść, trzeba też mieć powód.
Powiedziałem coś głupiego o tym że rysunek na serwetce to nieekonomiczne podejście do materiałów. Byłem świadomy że to głupie już kiedy to mówiłem, ale alternatywa było milczenie, a milczenie w tamtej chwili czułem, że zamknęłoby jakieś drzwi zanim zdążyłbym przez nie przejść.
Roześmiała się. Nie z grzeczności — naprawdę, krótko, jakby ją to zaskoczyło i to zaskoczenie jej się spodobało.
— Mam więcej serwetek — powiedziała. — I dużo czasu.
Usiadłem.
Nie pamiętam jak długo rozmawialiśmy tamtego wieczoru. Zaczęliśmy od rysunku — zapytałem co to jest, powiedziała, że mapa miejsca które nie istnieje. Kiedy zapytałem dlaczego miejsca które nie istnieje, powiedziała, że miejsca które istnieją ma już w głowie i nie musi ich rysować.
Gdzieś w środku tej rozmowy przestałem słyszeć muzykę i resztę ludzi w pokoju. Nie znikli — przestali być ważni.
Ona mówiła o rysowaniu tak, jak ja myślałem o pisaniu — jako o jedynym miejscu, gdzie nie trzeba być spójnym z żadną wersją siebie. Powiedziałem jej o wierszach, których nikomu nie pokazuję. Nie wiem, dlaczego to powiedziałem — przez lata nie mówiłem o tym nikomu, nie dlatego, że się wstydziłem, ale dlatego, że to było zbyt wewnętrzne, żeby wystawiać na ocenę kogoś, kto może nie zrozumieć. Ale jej powiedziałem — i nie poczułem, że popełniłem błąd.
Ona powiedziała mi o szkicowniku który jest tylko dla niej. Czarny, twardy grzbiet. Że gdyby ktoś go otworzył bez pytania, zabrałby jej coś czego nie można oddać.
Rozumiałem to dosłownie.
Późno w nocy — Wiola zasypiała na kanapie obok Marka, który robił kawę, której nikt nie chciał — Marieanna powiedziała mi, że interesuje się Wicca.
Powiedziała to tak jak mówi się rzeczy przy których czeka się na reakcję. Nie na akceptację. Na to czy ktoś będzie wiedział co z tym zrobić.
Nie zmieniłem tematu.
Wyjąłem z szyi jeden z amuletów i położyłem na stoliku między nami. Mały, z wygrawerowanym symbolem którego większość ludzi bierze za ozdobę.
Patrzyła na niego chwilę. Potem na mnie.
— Skąd to masz.
— Od dawna. Jest taka formuła. Bardzo stara. Chodzi o to żeby widzieć to co już jest napisane, zanim się wydarzy.
Wzięła amulet do ręki. Obracała go, przesuwała palcem po liniach.
— To niebezpieczne — powiedziała w końcu. — Nie dlatego, że działa. Dlatego że człowiek który zaczyna szukać zapisów przeznaczenia zaczyna je widzieć wszędzie. I wtedy już nie wiadomo co jest prawdziwe a co sam sobie dopisał.
Zaśmiałem się.
— Brzmi jak problem człowieka który traktuje to poważnie.
Oddała mi amulet. Patrzyła na mnie przez chwilę z tym spokojnym, uważnym spojrzeniem.
— Tak — powiedziała. — Brzmi jak Twój problem.
Wiola odprowadzała nas do wyjścia i w przedpokoju, kiedy Marieanna szukała czegoś w torbie, stanęła obok mnie na sekundę bliżej, niż potrzeba, i powiedziała cicho, bardziej do ściany niż do mnie:
— Pilnuj jej.
Nie zapytałem co ma na myśli. Ton nie zostawiał miejsca na pytania.
Na klatce schodowej Marieanna wyjęła telefon — starą Nokię, taką na doładowania, z antenką i klawiszami, które pamiętały lepsze czasy — i podała mi go bez słowa. Wpisałem swój numer. Ona wpisała swój. Schowała telefon z powrotem do torby tak, jakby to była kwestia logistyczna, nie żaden moment.
Na ulicy zatrzymałem się przy bramie.
— Gdzie mieszkasz?
— Śródmieście. Przejdę się.
— Odprowadzę cię.
Nie powiedziała, że nie trzeba. Ruszyła i szedłem obok niej, w odległości, którą oboje uznaliśmy milcząco za właściwą — nie za daleko, nie za blisko. To była odległość między ludźmi, którzy nie znają się jeszcze na tyle, żeby wiedzieć, ile miejsca zajmują nawzajem.
Warszawa o tej porze była inna niż w dzień — spokojniejsza, bardziej swoja, z tym specyficznym dźwiękiem późnej nocy, kiedy miasto nie rozmawia, a tylko oddycha. Rozmawialiśmy o czymś — nie pamiętam o czym, i to jest ważne, bo pamiętam wszystko inne. Pamiętam, że jej kroki były pewne i że nie patrzyła pod nogi. Pamiętam, że raz prawie na siebie wpadliśmy na węższym chodniku i że odsunęła się — ona — a przez sekundę byliśmy bliżej niż przez cały wieczór u Wioli.
Przed jej klatką schodową stanęła i odwróciła się.
— Dzięki.
— Dobranoc.
Weszła. Drzwi zamknęły się za nią z metalicznym kliknięciem starego zamka.
Stałem chwilę na chodniku z rękami w kieszeniach i z poczuciem że właśnie przeszedłem obok czegoś — nie wiem jeszcze obok czego — i że to coś na mnie poczeka.
W domu leżałem na łóżku z oczami otwartymi na sufit i słuchałem miasta za oknem. Nie myślałem o niczym konkretnym — raczej siedziałem w tym co zostało po wieczorze jak w wodzie po kąpieli, ciepłej jeszcze, ale stygącej.
Kwadrans po pierwszej zawibrował telefon.
Nokia. Jeden sygnał, krótki.
napisałam ci adres tego miejsca z serwetki. gdybyś kiedyś chciał wiedzieć jak dojść
Czytałem to dwa razy. Odłożyłem telefon. Wziąłem go z powrotem.
Odpisałem po czterech minutach — bo tyle czasu zajęło mi udawanie przed sobą że się zastanawiam, chociaż odpowiedź była gotowa zanim skończyłem czytać.
chciałbym wiedzieć
Tamtego wieczoru jeszcze nie wiedziałem kilku rzeczy.
Że Wiola, która nas poznała z takim spokojem i tak naturalnie odeszła do kuchni, przez kilka godzin tamtego wieczoru siedziała na przeciwnym końcu pokoju i patrzyła na Marieannę w taki sam sposób, w jaki patrzyła na mnie — z tą jedną sekundą za długo. Że to, co robiła, kiedy nas przedstawiała, było jednocześnie gestem przyjaźni i gestem rezygnacji — że dawała komuś, komu zależy, to, czego sama nie mogła wziąć, bo Marek był konkretny i dobry, i wierny, i nie było powodu. Że żyła w czasie, kiedy nie było jeszcze słów na to, co czuła, i dlatego zamieniała to w troskę, w pilnowanie, w przedstawianie odpowiednim ludziom.
Że Marieanna wiedziała o tym wszystkim i nigdy tego nie powiedziała głośno — bo rozumiała że Wiola potrzebuje żeby to zostało tam gdzie jest, w tej jednej sekundzie, w tej cichej rezygnacji przy drzwiach.
I że ja, stojąc na chodniku z rękami w kieszeniach i z wciąż aktywnym ekranem Nokii w dłoni, byłem jedyną osobą na tym wieczorze, która tego wszystkiego nie widziała.
ROZDZIAŁ 3 — Wspólny język
Zanim o niej — chwila o tym co nosiłem na sobie, bo to ważne dla zrozumienia kim byłem kiedy ją poznałem.
Dwadzieścia amuletów. Nie wszystkie jednocześnie na szyi — część leżała na biurku w miseczce z kamykami, część była przypięta do plecaka, część nosiłem na zmianę zależnie od dnia i od tego co ten dzień miał w sobie. Śmieszne? Może. Ale każdy z nich miał historię i każda historia była powodem.
Był pentagram z posrebrzanego metalu — nie satanistyczny, bo pentagram sam w sobie nie ma nic wspólnego z diabłem, co musiałem tłumaczyć częściej, niż chciałem. Pięć punktów to pięć żywiołów: ziemia, woda, ogień, powietrze i piąty — duch, to, co nie ma nazwy w fizyce, ale ma ją w każdej tradycji, która przeżyła tysiąc lat. Był symbol Wenus — owal nad krzyżem, miedź, bo Wenus to miedź; tak zdecydowali alchemicy i miałem powody, żeby ufać im bardziej niż chemikom. Była hamsa, dłoń z okiem, kupiona na Bazarze Różyckiego od starszego mężczyzny, który powiedział, że pochodzi z Maroka, i który wyglądał na kogoś, kto wie, co sprzedaje. Był ojo de dios z czerwonej nici — zrobiony własnoręcznie, nierówny, ale własnoręczny znaczył tu więcej niż perfekcyjny. Były trzy runiczne wiązania na skórzanym rzemieniu: Algiz dla ochrony, Tiwaz dla kierunku, Pertho dla tego, co ukryte i czego nie da się zaplanować. Był ouroboros — wąż zjadający własny ogon, cynkowa odlewnia, kupiony na giełdzie staroci — symbol czasu, który nie ma początku ani końca, symbol wszystkiego, co wraca. Był Eye of Horus z egipskiego fajansowego paciorka, stary, może naprawdę stary, dostałem go od kolegi, który dostał go od kogoś, kto przywiózł go z Kairu, a łańcuch proweniencji był niepewny, ale patyna prawdziwa. Był krzyż ankh — życie, klucz do podziemi, ta forma krzyża, którą Kościół przejął i przepisał, ale która była starsza o tysiąc lat. Był czarny turmalin na miedzianym drucie — kamień, który wchłania, bierze na siebie, chroni przed czymś, co trudno nazwać inaczej niż złą energią; brzmi to banalnie, dopóki nie poczuje się różnicy między dniem, kiedy się go ma, a dniem, kiedy się go nie ma. Był labradoryt — szary kamień, który w odpowiednim świetle otwierał się niebiesko-zielono jak głębia morska, kamień przepowiedni i przejścia. Była triquetra, trójkąt celtycki, trzy połączone łuki bez początku i końca — trójca, która istniała, zanim ktokolwiek wymyślił chrześcijańską Trójcę. Był symbol Merkurego — dla myśli, dla słów, dla wszystkiego, co dzieje się między jednym umysłem a drugim. Był mały mosiężny dzwonek, który nie dzwonił, bo miał urwane serce — ale taki właśnie chciałem, bo dzwonek bez serca to głos, który nie dociera tam, gdzie powinien, i nosiłem go jako przypomnienie. Była figura Anubisa, mała, z czarnej żywicy, bo Anubis waży serca i wolałem mieć go blisko niż daleko. Był węzeł salomonowy na jedwabnym sznurku, splot bez końca, matematyczny dowód na istnienie nieskończoności w formie, którą można nosić na szyi. Był znak Saturna — wyrzeźbiony w ołowiu, bo Saturn to ołów, to czas, to starość i mądrość, i wszystko, co kosztuje. Był mały meteoryt na stalowym łańcuszku — kawałek żelaza, który przeleciał przez kosmos i skończył na giełdzie staroci przy Kole, i nosiłem go, bo coś, co przeżyło wejście w atmosferę, zasługuje na szacunek. Był sigil, który sam narysowałem i utwardziłem świecą — własny, nie z żadnej książki, z liter własnego imienia złożonych w symbol, który miał znaczyć jedno konkretne zdanie, którego nikomu nie powiem. I był ostatni — najstarszy, z kości, bez nazwy, bo nie umiałem go zidentyfikować, kupiony od kobiety na targowisku w Łodzi, która sprzedawała stare rzeczy z pudeł bez etykietek. Miał ryty, których nie znałem z żadnej tradycji, którą studiowałem. Nosiłem go najrzadziej. Czułem, że pracuje, nawet kiedy leży. Księgi też były.
Nie wszystkie zakazane w sensie kościelnym czy prawnym — w tamtych czasach w Polsce zakaz dotyczył innych rzeczy — ale zakazane w sensie który ma znaczenie: takie których się nie wystawia na widok, których się nie pożycza, przy których czuje się że dotykasz czegoś co ma swój własny ciężar niezależnie od tego czy wierzysz czy nie.
Była Arbatel de Magia Veterum — renesansowy podręcznik magii duchowej, o siedmiu olimpijskich duchach i ich sferach wpływu, drukowany w Bazylei w szesnastym wieku. Mój egzemplarz był kserokopią kserokopii przekładu i miał tak niską jakość druku, że niektóre strony czytałem z lupą. Były Clavicula Salomonis — Klucze Salomona, dwa tomy list zaklęć i pieczęci, pełne precyzyjnych instrukcji dla kogoś, kto chce rozmawiać z tym, co nie ma ciała. Była Picatrix w fragmentach — arabski podręcznik magii astralnej, synkretyczny do granic możliwości, miejscami czysto astronomiczny, a miejscami z przepisami, które brzmiały jak coś z innego wymiaru pojęcia „przepis”. Był Liber Juratus Honorii — Przysięgła Księga Honoriusza, średniowieczna, z systemem aniołów i rytuałów tak precyzyjnie skonstruowanym, że wyglądała bardziej na podręcznik inżynierski niż modlitewnik. I był jeden zeszyt własny — notatki z lat czytania, streszczenia, własne sigile, własne próby syntezy, zapisany w trzech językach, zależnie od tego, który w danym momencie miał lepsze słowo na to, co chciałem powiedzieć.
Zaklęcia przywiązania interesowały mnie czysto intelektualnie. Tak sobie przynajmniej mówiłem.
Mają swoją tradycję we wszystkich kulturach — od egipskich papirusów zaklęć miłosnych przez greckie tabliczki wiążące po średniowieczne amulety wiążące opisywane w kościelnych zakazach właśnie dlatego, że były w użyciu. Mechanizm zawsze podobny: wypowiadasz coś w przestrzeń, precyzujesz cel, wiążesz wolę słowem i gestem i wierzysz, że to słowo ląduje tam, gdzie powinno.
Jedno z tych zaklęć znalazłem w Picatrix, w rozdziale o Wenus i afektach sercowych, w przekładzie który ktoś zrobił odręcznie na marginesie i który był tak dokładny że musiał należeć do kogoś kto traktował to poważnie. Przepisałem je do swojego zeszytu. Przeczytałem kilka razy. Nie wypowiedziałem na głos — bo w każdej tradycji którą czytałem było to samo ostrzeżenie: zaklęcie przywiązania wiąże w obie strony, i nikt kto to robił z lekkim sercem nie był potem zadowolony z efektów.
Odłożyłem zeszyt.
Pomyślałem o Marieanniei.
Wziąłem zeszyt z powrotem.¹
Pierwsza wiadomość przyszła następnego dnia, o czternastej, kiedy siedziałem na wykładzie z ekologii i udawałem że notuję.
widziałam dziś psa który wyglądał jakby miał wszystkie odpowiedzi ale nie chciał ich mówić
Napisałem odpowiedź. Skasowałem. Napisałem inną. Skasowałem. Przy trzeciej wersji zorientowałem się że tracę czas na performowanie dowcipu i napisałem pierwsze co mi przyszło do głowy:
i co — próbowałaś go narysować?
próbuję. nie wychodzi. psy są trudniejsze od miejsc które nie istnieją
bo miejsca które nie istnieją nie poruszają się kiedy się je rysuje
Przez chwilę żadnej odpowiedzi. Potem:
to jest bardzo dobre zdanie. zapiszę je
Zamknąłem zeszyt z notatkami z ekologii. I tak nic z tego nie zapamiętam.
Przez kolejne trzy tygodnie rozmawialiśmy głównie w nocy.
Nie dlatego, że tak planowaliśmy — dlatego, że w nocy oboje byliśmy bardziej sobą. Za dnia jest się kimś konkretnym: studentem, córką, osobą która idzie do sklepu albo na uczelnię albo na autobus. W nocy te funkcje trochę opadają i zostaje coś bliżej środka.
Pisała z Nokii — krótkie wiadomości, bo Nokia nie była stworzona do długich, ale ona umiała zmieścić w stu sześćdziesięciu znakach więcej niż większość ludzi w akapicie. Pisała o rysunkach, o snach, o tym, że jest jedna ulica w jej dzielnicy, którą lubi, bo o tej porze jest zawsze pusta i można po niej chodzić, a nikt nie pyta dokąd. Pytała mnie o amulety — nie z niedowierzaniem, z ciekawością, która miała fundament, bo sama rozumiała, że niektóre rzeczy działają niezależnie od tego, czy mamy na nie terminologię.
Pewnej nocy napisała:
powiedz mi o tym zaklęciu z amuletów. tym do odczytywania zapisanego
Siedziałem przy biurku z otwartym zeszytem i przez chwilę miałem wrażenie że czas się lekko przesunął — że to pytanie i ta noc i ten zeszyt otwarty na właściwej stronie to nie przypadek, tylko coś co miało się zdarzyć w tej kolejności.
Napisałem jej długą odpowiedź. O tym jak każda tradycja magiczna zakłada że czas nie jest liniowy — że to co się stanie jest gdzieś już zapisane, a magia to tylko umiejętność czytania w tym zapisie zanim się wydarzy. Że amulety nie są talizmanami szczęścia dla naiwnych — są narzędziami skupiania uwagi na konkretnym rodzaju rzeczywistości. Że różnica między czarownicą a naukowcem jest mniejsza niż myślą obie strony, bo obie szukają tego samego: powtarzalnego sposobu na rozumienie świata.
Odpisała po dwóch minutach:
albo obie próbują kontrolować to czego się boją
Patrzyłem na ten SMS przez długą chwilę.
tak — napisałem w końcu. — i obie ponoszą porażkę w tym samym miejscu
gdzie?
tam gdzie coś jest silniejsze od systemu
Długa przerwa. Potem:
dobranoc Patryk
dobranoc
Zamknąłem telefon. Zeszyt zostawił otwarty. Litery zaklęcia w słabym świetle biurkowej lampki wyglądały jak coś żywego, jak coś co cierpliwie czeka aż ktoś zdecyduje się je wypowiedzieć.
Zamknąłem zeszyt.
Zgasiłem lampkę.
Leżałem w ciemności i czułem, że coś się już zaczęło — nie wiem kiedy, nie wiem na której wiadomości, może już tamtego wieczoru przy serwetce — i że nie mam narzędzi żeby to zatrzymać. I że nie jestem pewien czy chcę.
Pierwsze spotkanie sam na sam było o kawę w niedzielne południe, w kawiarni przy Nowym Świecie, przy stoliku przy oknie przez które widać było ludzi idących z torbami z targu. Przyniosła szkicownik — nie ten czarny, inny, brązowy, mniejszy — i przez godzinę rysowała fragmenty ulicy kiedy ja mówiłem, i przez godzinę ja słuchałem kiedy ona mówiła, i żadne z nas nie oglądało się na zegarek.
Kiedy wyszliśmy było ciemniej niż kiedy wchodziliśmy.
Szliśmy wolno w stronę metra i w pewnym momencie nasze ramiona dotknęły się przypadkowo na węższym odcinku chodnika i żadne z nas nie odsunęło się szybciej niż powinno.
Tyle.
Ale tyle wystarczyło.
¹ Kaphe kasita et kapheta — tu mihi plenitudo es, tu dilectio mea una. / Per ignem, per aquam, per noctem aeternam — affectus tuos in pectore meo claudo, claudo et sigillo, sigillo et vincio. / Mea es. Mea eris. Mea in aeternum manebis. / Ita dictum, ita factum. — zaklęcie przywiązania uczuciem; przekład fragmentaryczny, autor nieznany, kopia rękopiśmienna, datowanie niepewne. W tradycji magii ceremonialnej zaklęcia tego typu klasyfikowane są jako ligatura duplex — wiążące w równym stopniu tego, kto rzuca, i tego, na kogo jest rzucane. Przekłady i komentarze przestrzegają przed użyciem bez pełnego zrozumienia konsekwencji.
ROZDZIAŁ 4 — Próg
Przez następne tygodnie uczyłem się jej rytmu.
Nie dlatego, że planowałem — dlatego, że zacząłem ją zauważać i nie mogłem przestać. Że pisze późno, po dwudziestej drugiej, kiedy dom, w którym mieszkała z rodzicami, cichł i mogła być sobą bez pilnowania, która wersja siebie jest odpowiednia na tę porę. Że milknie na dwa dni po czymś, co ją dotknęło — nie znika, tylko odpowiada krócej, jednym słowem, jakby zbierała do siebie coś, co się rozsypało. Że kiedy jest naprawdę dobrze, pisze bez wielkich liter i wtedy wiadomości mają inny rytm, szybszy, jakby pisała tak, jak myśli, bez redakcji.
Nauczyłem się nie pytać co się stało w te dwa dni.
Nauczyłem się pisać coś małego, nieważnego, coś co mówi tylko tyle: jestem, nic nie muszę, możesz odpisać kiedy chcesz.
Odpisywała zawsze.
Widzieliśmy się dwa razy w tygodniu, czasem trzy. Kawiarnia przy Nowym Świecie stała się nasza — nie dlatego, że tak postanowiliśmy, ale dlatego, że zaczęliśmy mówić „ta nasza kawiarnia” i żadne z nas tego nie poprawiło. Przynosiła szkicowniki — zawsze ten brązowy, mniejszy, nigdy czarny — i rysowała, kiedy słuchała. Na początku myślałem, że to znaczy, że nie słucha, a potem zrozumiałem, że rysuje właśnie dlatego, że słucha; że ręka idzie za skupieniem jak wskazówka za mechanizmem.
Pokazała mi jednego popołudnia rysunek który robiła kiedy mówiłem o zaklęciu przywiązania. Oczekiwałem czegoś ilustracyjnego — symboli, liter, może twarzy. Narysowała dwa krzesła zwrócone do siebie, jedno z nich unosiło się kilka centymetrów nad ziemią.
Patrzyłem na to dłuższą chwilę.
— Skąd wiedziałaś o krześle — powiedziałem.
— O jakim krześle?
Pokręciłem głową. — Nic. Dobry rysunek.
Schowała szkicownik. Patrzyła na mnie przez chwilę z tym uważnym spojrzeniem które umiała mieć — nie nachalnym, nie wymuszającym — takim które po prostu zostaje i czeka.
Nie powiedziałem jej o śnie. Jeszcze nie.
Zapytała mnie o studniówkę w środę w nocy, SMS-em, po serii wiadomości o zupełnie czymś innym.
będzie u mnie studniówka w piątek za dwa tygodnie. chciałabym żebyś przyszedł
Przeczytałem to dwa razy. Nie dlatego, że nie rozumiałem — dlatego, że chciałem zapamiętać jak to jest czytać to pierwszy raz.
będę — odpisałem.
nie pytasz kiedy i gdzie
napiszesz mi
Krótka przerwa. Potem:
tak. napiszę ci
Studniówka była w hotelu w centrum, w sali z wysokimi oknami i parkietem który pamiętał lepsze czasy i był przez to bardziej elegancki niż nowy. Przyjechałem kwadrans wcześniej i stałem przed wejściem z rękami w kieszeniach i patrzyłem jak przyjeżdżają kolejne pary — chłopcy w garniturach za dużych albo za małych, dziewczyny w sukniach które były efektem miesięcy planowania i sekund odwagi. Byłem o dwa lata starszy od większości z nich i to dwa lata które w tym wieku znaczą coś — widziałem to w tym jak się poruszają, w tym napięciu kogoś kto wie że coś się kończy ale nie wie jeszcze że to co zaczyna jest inne niż wszystko przed.
Pamiętałem to uczucie. Nie tęskniłem za nim.
Przyjechała z koleżanką, bez pary — weszły razem, śmiejąc się z czegoś co zaczęło się jeszcze w taksówce. Miała na sobie ciemną sukienkę, prostą, bez ozdób które by ją zagłuszały. Włosy spięte z kilkoma kosmykami przy twarzy. Kiedy zobaczyła mnie przy wejściu coś w jej twarzy zmieniło się subtelnie — nie uśmiech, coś przed uśmiechem, coś co jest kiedy się widzi kogoś przy którym można odetchnąć.
— Przyszedłeś — powiedziała.
— Powiedziałem, że przyjdę.
Koleżanka za jej plecami patrzyła na mnie z oceniającą ciekawością właściwą siedemnastolatkom i zniknęła w środku z taktem który mnie zaskoczył.
Staliśmy przez chwilę przy wejściu, w tym hałasie nadchodzącej imprezy, w tym świetle które było za jasne na początek wieczoru.
— Gotowy? — zapytała.
Popatrzyłem na drzwi. Wysokie, podwójne, z salą pełną jej świata po drugiej stronie — jej klasy, jej nauczycieli, jej historii z lat które ja widziałem tylko z jej opowiadań.
Przez sekundę stałem i czułem to co człowiek czuje przed progiem którego nie można cofnąć. Nie strach — coś spokojniejszego i bardziej trwałego. Świadomość że wchodzi się w coś.
— Gotowy — powiedziałem.
Weszliśmy.
Jej świat był konkretny i ciepły i trochę głośny — tak jak świat ludzi którzy znają się od lat i nie muszą już niczego udowadniać, którzy mogą być po prostu. Wiedziałem, że jestem tu outsiderem i nie starałem się tego ukrywać bo ukrywanie tego byłoby gorsze. Kilkoro jej znajomych podeszło w ciągu pierwszej godziny, przedstawiała mnie spokojnie, bez tłumaczenia kim jestem i po co tu jestem — i w tym spokoju było coś co mi powiedziało więcej niż mogłoby powiedzieć wyjaśnienie.
Tańczyliśmy raz, przy wolniejszym kawałku, późno w nocy kiedy sala rzedła i muzyka zrobiła się mniej obowiązkowa. Nie byłem dobrym tancerzem i ona o tym wiedziała bo kilka razy korygowała moje nogi małym naciskiem stopy, bez słowa, bez śmiechu, po prostu — tak. Stałem bliżej niż przez cały poprzedni miesiąc i czułem ciepło przez materiał sukienki i zapach jej perfum który od tamtego wieczoru u Wioli zdążyłem już rozpoznawać zanim ją zobaczę.
Przy jej skroni były te kosmyki które wymknęły się ze spięcia.
Myślałem żeby je odsunąć.
Nie odsunąłem.
Były rzeczy które wiedziałem, że jeśli zrobię — cofnięcia nie będzie. I nie byłem jeszcze pewien czy jestem gotowy na brak cofnięcia, czy ona jest gotowa, czy ta gotowość to w ogóle właściwe słowo na to co między nami rosło od tygodni z taką spokojną nieuchronnością.
Odwiozłem ją taksówką — ona pierwsza, ja potem. Przed jej klatką, kiedy silnik taksówki chodził cicho za plecami, staliśmy przez chwilę na chodniku i Warszawa w nocy była cicha i własna.
— Dziękuję że przyszedłeś — powiedziała.
— Cieszę się że przyszedłem.
Patrzyła na mnie przez moment i w tym spojrzeniu było pytanie którego nie zadała. Może dlatego, że wiedziała że znam odpowiedź. Może dlatego, że nie była gotowa jej usłyszeć. Może dlatego, że niektóre pytania są ładniejsze kiedy zostają pytaniami.
Weszła.
Taksówka zawiozła mnie przez nocną Warszawę i patrzyłem przez okno na ulice i myślałem o tym co znaczy próg. Że jest się przed nim, z całą wiedzą o tym co jest po drugiej stronie i z całą niewiedzą jednocześnie, i że ta chwila — ta sekunda zawieszenia przed wejściem — jest jedyną chwilą kiedy jeszcze można wybrać inaczej.
Wiedziałem, że nie wybiorę inaczej.
Wiedziałem to od serwetki.
Tydzień później, w czwartkowe popołudnie, siedziałem w jej pokoju po raz pierwszy.
Nie stało się nic. Herbata, muzyka z magnetofonu — coś ciężkiego, gitarowego, banda której nazwy nie znałem — i jej szkicownik na kolanach i mój zeszyt na moich kolanach i cisza między nami tak gęsta i tak dobra że nie było żadnego powodu jej przerywać.
Na ścianie nad biurkiem miała przypięte kartki z rysunkami — fragmenty, szkice, rzeczy niedokończone. Na biurku karty tarota ułożone w rozłożony wachlarz. Przy oknie mała figurka z drewna której nie umiałem zidentyfikować.
Powiedziała kiedyś że dom mówi o człowieku więcej niż człowiek chce powiedzieć.
Jej pokój mówił: jestem gdzieś między tym co widzialne a tym co nie, i nie przepraszam za to.
To był pierwszy raz kiedy byłem w miejscu gdzie ktoś był bardziej sob niż ja sobą i zamiast czuć dyskomfort poczułem ulgę.
— Co rysujesz? — zapytałem w pewnym momencie.
Odwróciła szkicownik.
Niedokończona twarz. Mężczyzna, linia szczęki, zarys oczu — i nad nim zarys krzesła, jakby unosiło się kilka centymetrów powyżej.
Patrzyłem na to.
— Kiedy zaczęłaś rysować krzesła — powiedziałem spokojnie.
Wzruszyła ramionami. — Śni mi się czasem. Krzesło nad miastem. Ktoś na nim siedzi.
— Kto?
Wzięła szkicownik z powrotem. Patrzyła na rysunek przez chwilę.
— Nie wiem jeszcze — powiedziała. — Jeszcze mi twarzy nie narysował.
ROZDZIAŁ 5 — Wspólny mrok
Były rzeczy, które robiliśmy razem i które trudno opisać komuś z zewnątrz nie dlatego, że były skomplikowane, ale dlatego, że były bardzo proste, a ta prostota wymagała zaufania, którego się nie deklaruje — które się po prostu ma albo nie ma.
Siedzieliśmy na podłodze jej pokoju z kartami tarota między nami i ona nie wróżyła mi przyszłości, bo powiedziała na początku że tarota się nie używa do wróżenia tylko do rozmawiania z tym co człowiek już wie ale jeszcze nie powiedział sobie wprost. Tasowała powoli, pewnie, z tym skupieniem które miała kiedy robiła coś czego nikt jej nie uczył a ona wiedziała instynktownie. Kładła kartę i patrzyła na mnie zamiast na kartę.
— Co widzisz?
— Wisielca — powiedziałem. — Człowiek wiszący głową w dół.
— I co to znaczy?
— Że coś jest do góry nogami. Albo że ten człowiek sam wybrał żeby tak wisieć.
— A różnica między tymi dwoma?
Patrzyłem na kartę.
— W jednym jest ofiara — powiedziałem w końcu. — W drugim jest wybór.
Skinęła głową. Nie powiedziała, że dobrze ani że źle. Odłożyła kartę i wzięła następną.
Tak przez godzinę.
Nie dowiedziałem się nic czego nie wiedziałem. Ale powiedziałem na głos rzeczy których wcześniej nie powiedziałem nigdzie — i były w powietrzu między nami, między kartami a jej uważnymi oczami, i nie spadły i nie rozbiły się i nie zostały użyte przeciwko mnie.
To wystarczyło.
Czytała mi na głos.
Nie powieści — fragmenty, zdania które uznała za warte czytania na głos, bo — jak mówiła — niektóre zdania istnieją najpełniej kiedy ktoś je wypowiada, kiedy głos nadaje im tempo i ciężar którego zapis nie ma. Czytała Leśmiana kiedy było późno i cisza za oknem była gęsta. Czytała Szymborską kiedy coś ją dotknęło w ciągu dnia i nie chciała o tym mówić wprost. Raz przeczytała mi fragment z jakiejś książki o geometrii przestrzeni — jeden akapit, matematyczny, suchy — i kiedy skończyła powiedziała:
— Tu jest coś o nas.
Przeczytałem fragment jeszcze raz w myślach. Był o tym że dwa punkty wyznaczają prostą ale żaden z nich osobno nie wyznacza kierunku.
Nie odpowiedziałem.
Ona też już nic nie powiedziała.
Ale to zdanie leżało między nami przez resztę wieczoru jak coś co zostało powiedziane i co jest prawdą i co nie wymaga żadnego komentarza.
Sny.
Zaczęliśmy o nich rozmawiać przez SMS — ona pisała swoje, ja swoje, i okazało się że mamy kilka obrazów które wracają do obojga w różnych formach. Ona śniła o wodzie — o pomieszczeniu które stopniowo się napełnia, spokojnie, bez paniki, i ona stoi w nim i obserwuje jak poziom rośnie i zastanawia się w którym momencie trzeba zacząć płynąć. Ja śniłem o krześle — o tym że unoszę się nad miastem na zwykłym drewnianym krześle z zielonym siedziskiem, wysoko, i widzę wszystko i nie mogę wylądować.
— W moim śnie jest ruch — powiedziała. — Woda idzie ku mnie. W twoim ty jesteś nieruchomy a świat jest pod tobą.
— I co to znaczy?
— Że boisz się dotknąć ziemi bardziej niż ja boję się utonąć.
Siedziałem z tym przez chwilę.
— A ty? Boisz się utonąć?
— Nie — powiedziała spokojnie. — Boję się że woda przestanie rosnąć zanim zdążę zobaczyć co jest na dnie.