Zanim pierwszy człowiek wbił lemiesz w tę ziemię, las już tu był – nienasycona, świadoma tkanka globu, oddychająca w rytm ruchów tektonicznych. Starzy bogowie, o których imionach zapomniały nawet najstarsze kamienie, wyryli na tym terenie pakt: ziemia za krew. Kiedy pierwsi osadnicy budowali tu swoje domostwa, gleba nie stawiała oporu – ona się otwierała, jak usta gotowe do przyjęcia posiłku. Każdy fundament w tej wsi stanął na kościach tych, którzy nie rozumieli, że są tu tylko dzierżawcami czasu. Las nie był tłem; był sędzią, katem i ostatecznym grobem.
Silnik starego autobusu zgasł z chrapliwym, metalicznym kaszlem, który wstrząsnął karoserią i zębam Ewy. Drgania przeniosły się na szybę, o którą opierała czoło, rezonując w jej czaszce tępym bólem. Przez brudne szkło świat na zewnątrz wydawał się rozmyty, jakby ktoś narysował go węglem na mokrym papierze. Listopad w tej części kraju nie był porą roku; był stanem rozkładu. Szarość nieba zlewała się z błotem na poboczach, a jedyną granicę świata wyznaczała ściana lasu – ciemna, nieprzenikniona, trwająca w bezruchu, który wydawał się nienaturalny.
– Koniec trasy – mruknął kierowca.
Głos miał chropowaty, jakby od lat nie używał go do niczego poza kłótniami z silnikiem. Nawet nie odwrócił głowy. W lusterku wstecznym Ewa widziała tylko jego oczy – małe, wodniste i dziwnie nieruchome. Unikały jej spojrzenia, jakby kontakt wzrokowy z kimś, kto wysiada w tym miejscu, był złą wróżbą.
Ewa wstała, poprawiając ciężką, wełnianą pelerynę. Materiał był gruby, szorstki i miał odcień tak intensywnej czerwieni, że w jałowym krajobrazie przystanku wydawał się błędem w rzeczywistości. Kiedy wysiadła, jej buty natychmiast zapadły się w lepkim, czarnym błocie. Autobus nie czekał. Drzwi zatrzasnęły się z sykiem, a maszyna odjechała, zostawiając za sobą chmurę spalin, która powoli mieszała się z gęstą, wilgotną mgłą.
Cisza, która zapadła, była inna niż ta w mieście. Nie była brakiem hałasu; była obecnością czegoś, co wstrzymało oddech.
Ewa rozejrzała się. Przystanek był jedynie betonową wiatą pokrytą łuszczącą się farbą i wulgarnymi napisami, które czas zdążył już częściowo zetrzeć. Kilkanaście metrów dalej zaczynały się pierwsze zabudowania osady. Domy przysiadały nisko przy ziemi, jakby bały się wychylić ponad linię płotów. Okna, małe i brudne, przypominały oczy kogoś, kto widział zbyt wiele i postanowił milczeć.
Ruszyła w stronę wsi, czując na plecach ciężar swojego plecaka i wzrok, którego nie potrafiła zlokalizować. Każdy krok po żwirowej drodze wywoływał głośny chrzęst. Miała wrażenie, że cała osada nasłuchuje tego dźwięku.
Mijała gospodarstwa, które wyglądały na wymarłe, choć z kominów leniwie snuł się bury dym. Na jednym z podwórek zobaczyła psa. Wielki, płowy kundel siedział nieruchomo przy budzie. Nie szczekał. Nie warczał. Po prostu patrzył na nią, a jego ślepia zdawały się nienaturalnie jasne w szarości popołudnia. Ewa naciągnęła mocniej kaptur peleryny. Czerwień materiału zdawała się pulsować w rytm jej przyspieszonego tętna.
Dom matki stał na samym końcu, tam gdzie droga traciła resztki żwiru i przechodziła w miękką, leśną ściółkę. Budynek był ciemny, niemal czarny od wilgoci. Dzikie wino oplotło ściany tak gęsto, że dom wyglądał, jakby został pochwycony w sieć żył. Ewa pchnęła furtkę. Zawiasy wydały piskliwy, przeciągły jęk, który poniósł się echem w stronę ściany lasu.
Wtedy to poczuła. Pierwszy raz.
To nie był dźwięk, lecz wibracja. Jakby las, oddalony o zaledwie kilkanaście metrów od progu domu, wydał z siebie niskie, gardłowe pomrukiwanie. Ewa zamarła z ręką na klamce. Spojrzała w stronę drzew. Sosny stały rzędem, wysokie i proste, ich korony ginęły we mgle. Między pniami panował absolutny mrok, nawet teraz, w środku dnia.
– Nie patrz tam – szepnęła do siebie, powtarzając słowa, które matka mawiała jej przed laty. – Las nie lubi, gdy się na niego patrzy.
Weszła do środka. Wnętrze powitało ją zapachem stęchlizny, kurzu i czegoś jeszcze – słodkawej woni suszonych ziół, która zawsze kojarzyła jej się z chorobą. Nie zapaliła światła. Blask popołudnia wpadający przez małe okna wystarczył, by zobaczyć, że nic się nie zmieniło. Na stole w kuchni wciąż stała szklanka z niedopitą herbatą. Pleśń na jej dnie utworzyła gruby, zielony kożuch.
Ewa rzuciła plecak na podłogę. W ciszy domu słyszała własny oddech. Był zbyt głośny. Zbyt żywy.
Podeszła do okna wychodzącego na tyły ogrodu. Za niskim, sypiącym się murkiem zaczynał się bór. Wydawało jej się, że drzewa są bliżej niż wtedy, gdy była dzieckiem. Jakby przez te piętnaście lat podpełzły o kilka metrów w stronę fundamentów.
Nagle usłyszała stukot. Jedno, wyraźne uderzenie w szybę.
Zamarła. Na szkle, na wysokości jej twarzy, pojawiła się mokra smuga. Jakby coś miękkiego i brudnego przesunęło się po powierzchni. Nie było widać żadnego ptaka, żadnej gałęzi, która mogłaby sięgnąć okna. Tylko ten ślad – ciemny, ziemisty odcisk, który powoli spływał po szybie jak łza.
Ewa cofnęła się o krok, czując, jak dłonie jej drżą. Serce waliło jej w piersi tak mocno, że czuła puls w skroniach. „To tylko wiatr”, pomyślała, choć wiedziała, że powietrze na zewnątrz jest nieruchome. „To tylko stara szyba”.
Zaczęło zmierzchać. W tym miejscu noc nie nadchodziła powoli; zapadała nagle, jak ciężka kurtyna. Ewa wiedziała, że musi rozpalić w piecu, jeśli nie chce zamarznąć, ale strach przed wyjściem do drwalni był paraliżujący.
Usiadła przy stole, wciąż w czerwonej pelerynie. Nie potrafiła jej zdjąć. Czuła, że dopóki ma ją na sobie, jest w jakiś sposób oddzielona od tego domu, od tej wsi, od tego lasu. Czerwień była jej jedyną obroną, choć nie rozumiała jeszcze dlaczego.
Gdzieś w głębi domu, na piętrze, skrzypnęła deska. Potem kolejna.
To nie był dźwięk osiadającego budynku. To był rytmiczny, powolny odgłos kroków. Kogoś, kto nie spieszył się, bo wiedział, że ofiara nie ma dokąd uciec.
Ewa chwyciła kuchenny nóż leżący na blacie. Ostrze było zardzewiałe, ale ciężkie. Wpatrywała się w ciemny otwór korytarza prowadzący do schodów.
– Kto tam jest? – zawołała. Jej głos brzmiał pusto, niemal żałośnie.
Cisza. A potem, z góry, dobiegł szept. Nie był to głos człowieka. Brzmiał jak tarcie suchych liści o siebie, jak łamanie chrustu pod ciężkim butem.
– Ewunia...
Krew odpłynęła jej z twarzy. Tylko matka tak do niej mówiła. Ale matka leżała tydzień pod ziemią, na małym cmentarzu przy kościele, który Ewa ominęła szerokim łukiem.
– Ewunia, zdejmij płaszcz... Las jest głodny...
Ewa zacisnęła palce na rękojeści noża tak mocno, że zbielały jej kłykcie. Nie pójdzie na górę. Nie dzisiaj. Nie jutro. Musi przetrwać do rana, a potem wsiądzie w pierwszy autobus i zniknie.
Ale wiedziała, że kłamie sama siebie. Autobus przyjeżdżał tu tylko raz dziennie. I właśnie odjechał.
Nagle światło zgasło całkowicie. Nie to, które zapaliła, bo nie odważyła się sięgnąć do włącznika, ale resztka szarości za oknem. Dom pogrążył się w absolutnej czerni. Ewa słyszała tylko bicie swojego serca i... drapanie.
Coś drapało w drzwi wejściowe. Niskie, miarowe pociągnięcia pazurami o drewno.
Drap. Drap. Drap.
A potem głos starego Leona, dobiegający jakby z oddali, z jej własnej pamięci: „Czerwień przyciąga wilka, dziecko. Czerwień to krew, której las nie zapomina”.
Ewa osunęła się na podłogę, kuląc się w swojej czerwonej pelerynie. Czuła, jak chłód piwnicy przenika przez deski, a dom wokół niej zaczyna oddychać. Razem z lasem. W jednym, potwornym rytmie.
Światło poranka było brudne, pozbawione ciepła, jakby słońce z trudem przebijało się przez warstwę popiołu. Ewa ocknęła się na podłodze w kuchni, zdrętwiała, owinięta w czerwoną pelerynę jak w kokon. Nóż wciąż leżał przy jej dłoni, ale jego chłód wydawał się teraz śmieszny, niemal dziecinny wobec ogromu ciszy, która wypełniała dom.
Wstała powoli, czując każdy kręg swojego kręgosłupa. Dom milczał. Nie było słychać kroków na piętrze, nie było szeptów. Czy to był sen? Czy zmęczenie i trauma po śmierci matki otworzyły w jej głowie drzwi, których nigdy nie powinna była dotykać?
Podeszła do drzwi wejściowych. Jej dłoń zawisła nad zasuwą. Bała się, że jeśli ją odsunie, nie znajdzie niczego, a to byłoby gorsze niż znalezienie potwora. Brak dowodów oznaczałby, że traci zmysły.
Szarpnęła za metalowy rygiel. Drzwi otworzyły się z oporem.
Wyszła na ganek. Powietrze pachniało wilgotną glebą i czymś gorzkim, jak palone liście dębu. Spojrzała na drewnianą powierzchnię drzwi.
Były tam.
Trzy długie, głębokie bruzdy, wycięte w twardym drewnie na wysokości jej piersi. Nie zrobiło ich zwierzę. Ślady były zbyt regularne, zbyt celowe. Wewnątrz nacięć wciąż tkwiły drobinki ciemnej ziemi. Na progu leżała grudka błota, której nie było tu wczoraj.
Ewa poczuła, jak żołądek zaciska jej się w supeł. Cofnęła się, ale jej wzrok powędrował w stronę okna kuchennego. Smuga na szybie, którą widziała wieczorem, teraz, w pełnym świetle, wyglądała inaczej. To nie był przypadkowy zaciek. To był wyraźny odcisk dłoni, ale o palcach, które miały o jeden staw za dużo.
– To niemożliwe – szepnęła, a jej głos brzmiał płasko w martwym powietrzu poranka.
Musiała wyjść. Musiała zobaczyć ludzi. Musiała usłyszeć cokolwiek, co nie było szeptem w jej własnej głowie.
Zabrała plecak, upewniła się, że ma portfel, i narzuciła pelerynę. Czerwień materiału w świetle dnia wydawała się jeszcze bardziej agresywna. Czuła, jakby niosła na ramionach płonącą pochodnię.
Droga do centrum wsi była pusta. Mgła podniosła się nieco wyżej, odsłaniając szkielety płotów i zardzewiałe dachy gospodarstw. Gdy mijała dom starego Leona, zobaczyła go przy płocie. Nie rąbał drewna. Stał nieruchomo, oparty o zmurszałe sztachety, i patrzył prosto na nią.
Nie pozdrowił jej. Gdy Ewa zbliżyła się, Leon uniósł dłoń i powoli, dwoma palcami, dotknął swojego czoła, a potem piersi. Gest przypominał znak krzyża, ale wykonany był odwróconą dłonią.
– Wróciła – mruknął pod nosem, wystarczająco głośno, by słyszała. – Czerwona wróciła do pustego gniazda.
– Panie Leonie... – zaczęła, zatrzymując się. – Ktoś był w nocy pod moimi drzwiami. Widział pan kogoś?
Starzec zaśmiał się chrapliwie, odsłaniając nieliczne, żółte zęby.
– Ktoś? Tu nie ma „kogoś”, dziewczyno. Tu jest tylko Las. A Las nie chodzi na nogach, które dałoby się policzyć. Nie powinnaś była otwierać skrzyni. Nie powinnaś była jej wkładać.
Odwrócił się plecami i ruszył w stronę swojego domu, utykając na jedną nogę. Ewa stała przez chwilę, patrząc za nim, czując narastający gniew zmieszany z bezradnością.
Ruszyła dalej, w stronę sklepu.
Gdy tylko pchnęła drzwi, nad którymi zadźwięczał mały, pęknięty dzwonek, rozmowy wewnątrz urwały się natychmiast. Pod ścianą stały dwie starsze kobiety w chustach, trzymając siatki z zakupami. Na środku, przy ladzie, stał listonosz w wysłużonym mundurze.
Wszyscy patrzyli na nią. A właściwie – na jej płaszcz.
Ewa czuła, jak ich wzrok przesuwa się po karmazynowej wełnie, jakby badali ostrość noża. Kobiety odsunęły się o krok, robiąc jej przejście, jakby kontakt z jej ubraniem mógł być zaraźliwy.
Klara, młoda dziewczyna, którą Ewa widziała poprzedniego dnia, stała za ladą. Była bledsza niż zwykle. Jej dłonie drżały, gdy układała puszki z konserwami.
– Dzień dobry – powiedziała Ewa, starając się, by jej głos brzmiał normalnie.
Nikt nie odpowiedział. Listonosz poprawił torbę na ramieniu, rzucił na ladę kilka monet i wyszedł szybkim krokiem, omijając Ewę szerokim łukiem. Dzwonek u drzwi zadźwięczał ostrzegawczo.
– Poproszę chleb. I kawę – powiedziała Ewa do Klary.
Dziewczyna skinęła głową, nie podnosząc wzroku. Kiedy podawała chleb, ich palce na moment się zetknęły. Klara cofnęła rękę, jakby oparzyła się o rozżarzony węgiel.
– Pani matka... – zaczęła Klara szeptem, tak cichym, że ledwo słyszalnym pod szumem starej lodówki. – Pani matka zawsze mówiła, że pani nie wróci. Obiecała to.
– Komu obiecała? – zapytała Ewa, pochylając się nad ladą.
Klara spojrzała jej w oczy. W jej źrenicach Ewa zobaczyła coś, co zmroziło jej krew. To nie był strach przed intruzem. To była litość. Taka, jaką czuje się wobec kogoś, kto został już skazany, ale jeszcze o tym nie wie.
– Im – odpowiedziała Klara, wskazując ruchem głowy w stronę okna, za którym majaczyła ciemna linia drzew. – Obiecała, że krew się urwie na niej. Że łańcuch pęknie.
– O czym ty mówisz? Jaki łańcuch?
W tym momencie jedna ze starszych kobiet, ta o twarzy pooranej bruzdami jak stara kora, odezwała się ostrym, skrzekliwym głosem:
– Nie męcz dziewczyny, Ewo. Wiesz dobrze, po co tu jesteś. Wyglądasz tak samo jak Maria dwadzieścia lat temu. Ten sam kolor. Ten sam głód w oczach. Tylko czekasz, aż Las cię zawoła.
– Ja nic nie wiem! – krzyknęła Ewa, tracąc panowanie nad sobą. – Przyjechałam tylko sprzedać dom!
Kobieta splunęła na podłogę.
– Domu nie sprzedasz. Dom należy do ziemi. A ziemia należy do nich. Lepiej idź do kościoła, póki jeszcze słyszysz dzwony. Bo niedługo będziesz słyszeć tylko szept.
Ewa chwyciła zakupy i wypadła ze sklepu. Zimne powietrze uderzyło ją w twarz, ale nie przyniosło ulgi. Czuła, jak czerwień jej peleryny parzy ją w plecy.
W połowie drogi do domu zatrzymała się.
Pamięć. Nagle, jak błyskawica, uderzył w nią obraz z dzieciństwa. Mała dziewczynka, może sześcioletnia, stoi boso na skraju lasu. Jest jesień, dokładnie taka jak teraz. Matka stoi za nią, trzymając dłonie na jej ramionach. Jej uścisk jest tak silny, że boli.
„Powtarzaj, Ewo”, mówi matka. Jej głos jest zimny, pozbawiony emocji. „Powtarzaj: moje ciało jest bramą, moja krew jest kluczem. Niech to, co śpi, zostanie nakarmione”.
Ewa potrząsnęła głową, próbując odgonić wspomnienie. Nigdy tego nie pamiętała. To nie mogło być prawdziwe. To była tylko fantazja wywołana przez stres i brednie wieśniaków.
Spojrzała na swoje dłonie. Były brudne. Pod paznokciami miała czarną, wilgotną ziemię. Dokładnie taką samą, jaką widziała w nacięciach na swoich drzwiach.
Kiedy to zrobiła? Kiedy dotykała ziemi?
Nie pamiętała.
Woda w kranie zakrztusiła się, wyrzucając z siebie serię metalicznych stukotów, zanim splunęła rdzawą, gęstą cieczą. Ewa stała nad emaliowanym zlewem, wpatrując się w strumień, który przypominał krew rozcieńczoną błotem. Zamoczyła dłonie. Chciała zmyć tę czarną, tłustą ziemię, która wgryzła się pod jej paznokcie, ale im mocniej szorowała skórę szorstką kostką szarego mydła, tym bardziej brud wydawał się wykwitać od środka.