E-book
34.13
drukowana A5
59.52
Czerwone Piwonie

Bezpłatny fragment - Czerwone Piwonie

Rozum i skrucha to zawsze dwie rzeczy, które zjawiają się zawsze zbyt późno.


Objętość:
187 str.
ISBN:
978-83-8155-675-0
E-book
za 34.13
drukowana A5
za 59.52

I

,, By zapragnąć przyjaźni nie potrzebujesz wiele czasu, lecz sama przyjaźń jest owocem, który dojrzewa powoli””

Kawaler nie powinien mieć upadłość do swoich zachcianek wymijająco traktować tego co powinien na swój wiek. Choć uparty siedzący w nauce pod przymusem a patrząc z perspektywy na innych wolał wyjścia i przelotne romanse co potwierdzało różnicę od brata, który trzymał się żony, która go zawojowała całkowicie. Matthew nie patrzył na to na to tak jak Daniel co sprowadzało się czasem nie lada dyskusją a ucinali to żartując sobie z kobiet budząc nie smak siostry. Podejrzliwe spojrzenia gasił urokliwym uśmiechem, który działał na wszystkie. Widząc co jakiś czas z inną coraz to bardziej nawet można by powiedzieć nie reagującą na jego gorsze wady jak u każdego występujące a sam pozwalał sobie pozwalał na większe popicie alkoholu trzymając się na nogach popalając cygara ojca.

Podczas jednej z rozmów stwierdzenie uszło mimo chodem u matki na co odparła z zrozumiałym gestem matki.

— Może byś przestał chociaż mi wyciągać zamiast wypalać jedno po drugim ukrywając się przy otwartym oknie aby zasłonić zapach skoro nim przenikasz od początku jak zaczynasz?

— Tak, zasmakowały mi zwłaszcza te a brandy już traci smak przy tytoniu. Na coś się w końcu się umiera a nie żyje wiecznie.

— Za młody jesteś aby myśleć o tym i odłóż to chociaż na czas kolacji jeśli siostra cię zaprosiła.

— No niech będzie, ale proszę o te dwa i resztę zachowaj.- wziął w kieszonkę schowaną wewnątrz ubrania.

Spojrzał na na pozostałe zostawione i nie do końca zadowolony schował do szuflady na klucz następnie chowając w kieszenie grafitowego surduta.

Ruchem ręki pokazał drzwi, wiedząc ile nie lubią czekać zmusił się na przymilny choć chytry uśmiech na twarz i ruszył przed siebie przez co uderzył się Matthew nosem o drzwi.

Po czterech latach dobiegając trzydziestki siostra miała wobec niego zamiary tak niecne chcąc podstawić mu którąś z dziewczyn debiutujących i będących w towarzystwie tak długo aby zainteresowały go choć po trochu. Zapraszając do siebie na tydzień razem z matką Melindę Boyd choć nie aż tak urodziwą jak to ktoś zauważył do tej unikała kontaktów z większością nachalnymi mężczyznami. Była jednak bystra co różniło ją od kokieteryjnej siostry działającej na przekór matce a w zadowoleniu ojca, co twierdził, że jeśli coś chce to weźmie sobie sama odbijającą od siebie pewnością siebie w przeciwieństwie do Melindy co wolała skromniejsze i mniej szalone eskapady od Violett. Impulsywność i temperament Violett były widoczne od razu a mężczyźni od razu ulegali. U Melindy oczy pokazywały osobę ciekawą świata ale postawa została spokojniejsza i mniej otwarta pokazująca skromniej skrywane pragnienia wyrwania się z spod reprymendy etykiety wyglądając poza przyjęcia nawet te uprzejmościowe na zaproszenie znajomych ojca. Właściwie zaproszenie od strony znajomej.

W drodze do dworku pod cierniami kiedy Melinda spokojnie wyglądała za okno w powozie jej matka pytała za jakiś czas.

— Pamiętasz, o czym mówiłam w domu? Musisz to zapamiętać, szkoda że Violett nie jedzie. Pokazałaby ci jak flirtuje i kokietuje jeśli masz kiedykolwiek wyjść za mąż.

— Do czego potrzebna mi siostra skoro to rozmowa między dwoma lub więcej osób.

— Nie do końca taka to rozmowa.- zwróciła uwagę Moira na co zareagowała Melinda wpuszczając i wypuszczając na wiatr.

— Różnica to uwiedzenie osób nie pożądanych jak i pożądanych według własnych lub innych przekonań.-odparła spokojnie Mel gniotąc chusteczkę.

Z opanowaniem zniosła gromiące spojrzenia matki i czekała aż dłużący dojazd na miejsce będzie szybszy niż wolniejszy.

Poza słuchaniem Moiry chociaż nie do końca słuchała myślała o zaczerpnięciu świeżego powietrza i rozsznurowania ściskające się z głodu i ciasnoty brzucha. Strój choć wymagał gorsetu był zbyt ciasno ściągnięty i nie dopasowany do samego ubioru. Na życzenie wcisnęła się w okropną staromodną suknię co miała poprawki widoczne i bardziej wisiała na niej niż na wieszaku. Poprawki jeszcze bardziej obrzydły wygląd niż poprzednio. Nienaturalnie jak na lalce, chociaż lalki mają ładniejsze, pomyślała poprawiając nie zbyt dobrze zszyty materiał. Będzie wyglądała gorzej niż sierota, żałowała dając się w to wcisnąć. Mijając bramę rozejrzała się, spod ciemnych i ponurych murów wyrastały kwiaty wspinając się w przesmykach wyrobionych przez czas przechodząc na drugą stronę. Ze środka można było słyszeć gwar rozmów i śmiechy dzieci podczas zabaw. Przywitane przez Lilianę jako panią domu przestały z Martą rywalizować o to miejsce podczas gdy Artur zajął uwagę dzieci od drzwi frontowych. Na ścianie gdzie surowo wyglądający obraz dały cieplejszy odcień kwiaty z ogrodu.

— Witamy na miejscu. Jak minęła podróż? — powiedziała serdecznie Liliana widząc speszenie Melindy i nieskrywany zachwyt Moiry.

— Dobrze, Violett mówiła o remoncie i ogrodzie.

— Tak, odnowiono tyle pomieszczeń ile się dało a ogród to wykonanie pod okiem teścia. Nie jesteś zbyt podobna do siostry.

— Istotnie, dziękuję za zaproszenie.-przemówiła wtedy Moira.

— Proszę dalej. Jane zaprowadzi do pokoi żebyście mogły odświeżyć.

— Dziękujemy.-odpowiedziała Mel wtrącając się w słowo matce czując się bardziej swojo w towarzystwie pani domu zauważając mężczyznę z dzieckiem na ręku.

— Proszę potem zejść, pokaże gdzie jest wyjście na ogród. Z pewnością się spodobał jak wjeżdżałyście w te ostatnie tygodnie sierpnia. Wcześniej zakwitły jesienne kwiaty.

— Żona jak zawsze ma rację.- przyznał z lekką ironią Artur witając się z przybyłymi gośćmi.

— Jak to zostać? Melinda musi wrócić do domu. Ja zostanę.-odparła Moira.

Zszokowani spojrzeli na siebie słowami Moiry kiedy odsunęła troszkę na bok córkę.

— Prosimy aby obie panie zostały. Nie poślę do domu pani córki samej.-zabrał głos Artur nie sprzeciwiającym się tonem.

— Violett by zastąpiła siostrę.-odparła nie ustępliwie Moira.

— Jak równie dobrze by było towarzystwo panny Boyd. — odparł Matthew oparty o framugę.

Zacięta mina matki wobec tego była potwierdzeniem, że stawia w świetle młodszą niż starszą w przekonaniu domowników.

— Proszę zaprowadzić panią Boyd i pannę Boyd do pokoi.-odrzekła Liliana tonem wskazującym, że jej matka nie ma dyskutować. — Następnie podać herbatę do pokoju pani Boyd.

— Co to było? — spytał Artur kiedy odeszły za zakręt schodów.

— Młodsza jest ważniejsza i bystrzejsza niż skromność i nie zupełnie skrywany spokój starszej.

— To już zauważyłem. Mam zając jej matkę abyś mogła porozmawiać z Melindą?

— Jeśli zdecyduje się a bodaj żeby tak było aby została w pokoju będzie równie dobrze. Zrobić to możesz nieco później. Pójdę zobaczyć do Melindy.

Chwilę później zapukała w drzwi do pokoju gości gdzie Mel miała tymczasowo pokój.

— Przepraszam ale pomyślałam, że nie wzięłaś sukni na przebranie i przyniosłam trzy swoje.

— Nie trzeba.-odparła Mel.

— Nie się wymądrzać ale ta wygląda strasznie.

— Wiem.-uśmiechnęła się Melinda- Pomysł Violett z przerabianiem sukien nie wypalił.

— To może chociaż ci rozluźnimy gorset? Jest za ciasno spętany, widać jak odcina się gdzie najbardziej luźny materiał.

Zawstydzona Mel wbiła wzrok w podłogę ze wstydu.

— Nie mogę tego przyjąć.-przyznała się.

— Jak uważasz ale ich i tak nie ubiorę, przed też byłam taka szczuplutka.

— No dobrze, matka …

— Ma ostatni pokój w korytarzu a ty na początku.-potwierdziła Lilia.

— To pomożesz? — spytała śmiało Melinda- Gorset i tak jest za ciasno.

— Za chwilę będziesz inaczej wyglądać.-odparła kłopotliwie spoglądając na zapięcie z tyłu.

Tak jak powiedziała, Mel lepiej się czuła mając dopasowaną do siebie niż splątaną na różne sposoby.

— I jak? — spytała Lilia.

— Lepiej i mogę oddychać.-odpowiedziała Melinda-Dziękuje.

— To czyj to był kufer?

— Matki, był plan abym wracała kiedy przyjedzie tutaj.

— To raczej niemożliwe, zostaniesz troszkę dłużej.

— Widzę, że twój mąż rozmawia z Moirą.

— To nie twoja matka?

— Macocha i druga żona ojca, którą poznał po dziesięciu miesiącach żałoby kiedy byłam mała.

— Lubisz grać na fortepianie?

— Tak, chociaż …

— To wpierw zjesz coś na ząb a potem ci pokaże ci drogę jak wyjść na ogród. Nie musisz pytać o pozwolenie zanadto. A siostra?

— Córka ojca, pięć lat młodsza. Jak na szesnastolatkę za dużo jej pozwalają za szybko weszła w towarzystwo.

— Może i jestem zbyt ciekawska ale za dużo się słyszy. Lepiej spytać o fakty.

— Rozumiem. Plotki za dużo głoszą.

— Nie będę więcej pytać.

— Dobrze znasz Felicity i Aidana?”

— Dosyć, dużo opowiadała o was.

— I jak efekt?

— Inny niż czasem się wydaje.-odparł Liliana.

Widząc którym korytarzem idzie się na ogród, zostawiła Mel samą i poszła sprawdzić co w ogrodzie podczas gdy Moira rozmawiała z jej mężem pod altaną.

Wieczorem kładąc małego do snu Artur zaczął opowiadać o Moirze.

— Nie wygląda na jej matkę a zanadto się przewyższa osobą ponad męża i starszą córkę, rozmowa o modzie mi nie służy.

— Doprawdy? To wygląda na macochę ale czy to tak naprawdę jest tak to nie wiemy dokładnie.

— To dobrze trafiłem.-odparł śmiejąc się z poirytowanej miny żony.

— Dlatego zaprosiłem Melindę, po ostatnim razie z Violett było za głośno w towarzystwie a żeby to nieco uspokoiło to musi ktoś się pojawić od państwa Boyd.

— Niezły plan. Ale zachowanie Moiry wobec Melindy jest dziwne a bez niej nie potrafi opanować sytuacji.

— Skąd ten wniosek? — spytała zamyślona Lilia.

— Opowiadała pewną sytuację i domyśliłem się, że opanowanie nie jest dobrą stroną Moiry a plotkować lubi za bardzo i sama by mogła rozprowadzić pewne sprawy jak i ukryć aby zakryć. -spostrzegł Artur-Więcej o innych niż o sobie.

Zgodziła się z mężem nie mówiąc głośno nic więcej. Następnego dnia z rana wyrwana ze snu przez uporczywe pukanie Melinda otworzyła drzwi. Zaskoczona zobaczyła Jane ze spuszczoną głową.

— Co się stało?

— Pani matka kazała posłać po panią, mnie wyrzuciła z pokoju oburzona.

Szybko ubrała porannik i poszła do Moiry.

— Masz przeprosić tę dziewczynę i to zaraz, Moira.-rozkazała Melinda sprzeciwiając się pomocy przy ubieraniu.-Jesteśmy w gościach więc powstrzymuj swój język i zachowanie.

Zaskoczona sprzeciwem kazała jej sobie pomóc ale nie doczekała pomocy. Jane zrobiła to co należało i odeszła pod reprymendą panny Boyd.

— To tylko służące.-skwitowała przeglądając się w lustrze.

— Dlatego u nas nie ma zbytnio rąk do pomocy przez twoje wygórowane ego. Ja służącą nie jestem nawet w domu.

Okręciła się i wyszła zadowolona zostawiając naburmuszoną macochę. Czując się lżej o to co zrobiła patrzyła na ogród ranem i z uśmiechem wróciła do łóżka.

Szelest wierzby poruszonej przez wiatr powoli budził zaspaną, świeże powietrze w pokoju sprawiało wrażenie nęcącej nuty połączenia kwiatów i powietrza. A ptaki siedzące na drzewach śpiewały. Schodząc nieco później nie przejmowała się macochą i przywitała się z Lilianą i Arturem.

— Dzień Dobry.

— Dzień dobry, jak się spało? Coś zaszło nad ranem? — spytała ostrożnie Lilia.

— Dobrze, drobne nieporozumienie.-odparła Melinda.

— W jadalni jest nakrycie poszykowane.-poinformowała ją.

— Też wolę później zjeść śniadanie, potowarzyszę młodej damie.-odrzekł Henry.

Po śniadaniu miło spędzonym na rozmowie z ojcem Artura lektura na świeżym powietrzu pod altaną była rzadką rozrywką. Wygodne siedzenie z lekko podniesionymi nogami na niewielkiej podpórce dały lepsze oparcie i zaczytana nie zauważyła jak druga osoba obok popija herbatę.

— Nie przepraszaj, ciekawa musi być skoro cię wciągnęła tak bardzo. -odparła Lilia widząc zmieszanie.

— Tak, jak długo tu jesteście popijając herbatę?

— Od krótkiej chwili.-odpowiedział Artur.

— Nie zauważyłam kiedy treść mnie wciągnęła.

— Liliana nie lubi tej książki.

— Jest mało interesująca, uwagę przyciągają dzieci, obowiązki i ty kiedy masz chwile.

— Oczywiście, damy dzieci dziadkom na jakiś czas. Matthew będzie tutaj a twoja matka pojechała do miasteczka i wróci o szóstej.

— Korzystaj z czasu. Zawsze cię woła?

— Tak, ale jest macochą tak podejrzewam; jakbym była prawą ręką chociaż służby do pomocy nie brakuje.

— Ale odchodzą poprzez obcięcie pensji. Pisałaś w liście o braku.

— Brak rąk dla Moiry to ręce nasze. Został tylko lokaj ojca co nie zwraca uwagi na nią a ojciec znosi to z anielską cierpliwością płacąc rachunki co tydzień.

— Cierpliwość zapewne ma ale co się stało z twoją matką jeśli nie chcesz mówić nie mów.

— Sama dokładnie nie wiem. Wiadomo mi tyle, że spotkało się po żałobie a według innych tej żałoby nie było więc nie wiem, która wersja jest odpowiedniejsza.

— Za dużo ludzi się zainteresowała.-stwierdziła Lilia.

Mając dla siebie całe popołudnie wykorzystała na zajęcia czując luz nie będąc wołana do najmniejszego elementu.

Tymczasem w domu Violet uciekła na cały wieczór poza miasto nie wracając na noc.

Nad ranem będąc w progu spotkała zagniewanego sir Richarda Boyda. Wtedy pierwszy raz widziała złość u ojca. Od wejścia zaproszona do salonu.

— Co masz na swoje usprawiedliwienie? — zaczął bez owijania.

— Nie mam nic, matka była w gościach i to ona dała mi zgodę.

— Zdanie ojca aż tak się nie liczy jak zdanie matki. Za swój rachunek ostatni z wczoraj zapłaciłem twoim kieszonkowym.

— Oszalałeś teraz? -krzyknęła zszokowana Violet.

— Nie, wystarczy spojrzeć na Moirę i tak jesteście na językach. Jeszcze bez przyzwoitki i za godzinę jesteś uporządkowana i przy stole.- powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Przy obiedzie bez zbędnej uprzejmości wyrażała się śmiało mając na uwadze osobą na czele stołu. Strojem raczej skromniejszym wolała ujść za Melindę chociaż nie równała się z nią pod względem zachowania.

Na wieczór Moira wręcz nie dała się zagłuszyć pod względem nowych wiadomości co Liliana przyjęła z udawaną życzliwością kryjąc rozczarowanie wcześniejszym wieczorem.

Matthias uciekł na taras czując jakby ktoś się z niego śmiał kiedy Moira zwróciła mu uwagę na plotki. Od razu zapalając cygaro nie zwrócił uwagi na obecność Melindy obserwującej ogród podczas zmierzchu. Przyglądając się z boku zauważył, że ma więcej spokoju w sobie niż wtedy kiedy przyjechała chociaż miała ochotę wybuchnąć.

Wyjazd się kończył jutro a to oznaczało powrót do domu i zamieszania z Violet.

— Melinda, pamiętaj o moich szkatułkach. Tam będzie naszyjnik pasujący na przyjęcie siostry.

— Dla kogo konkretnie?

— Dla Violet. Ty masz po Antoninie, swojej matce.

— Matce? Antoninie? Kto to jest?

Więcej się nie odezwała, rozczarowana postanowiła, że bardziej spakuje siebie Moira niż ona siebie. Do końca kolacji unikała rozmów sztywno wyprostowana szła obok Moiry nie zdradzając ani słowa kiedy o coś była pytana.

Zaskoczeni wiadomością o znajomości imienia jej matki nazajutrz pożegnali je na schodach.

W domu cisza między ojcem a siostrą zdziwiła obie. Za co sąsiedzi mieli następne nowości na językach przez paplaninę Moiry uznając właściwie zachowanie Violet za szaleństwo jak u Moiry a nie męża co diametralnie ich różniło.

Richard widząc kolejne rachunki uciął wydatki żonie skąpiąc bardziej niż na początku. Zrozumienie od strony Melindy było lepsze niż pretensje żony i fochy Violet.

W Irlandii w niewielkiej wiosce Antonina krzątała się w niewielkim domu. Sąsiadka pomagała jej dając po części pieniądze za swoje utrzymanie.

— Słuchaj, jak znalazłaś się z Anglii w Irlandii skoro miałaś małą córkę i nagle zniknęła?

— Ja ją oddałam mężowi niedoszłemu po namowach kobiety, która chciała mieć bardziej pieniądze.

— To nie mogłaś zostać?

— Byłam … Właściwie ojciec zbankrutował i byliśmy zakochani z Richardem ale Moira, po urodzeniu córki dała mi na utrzymanie na wsi aż córka podrośnie i zostawię ją pod drzwiami a ona to wytłumaczy.

— Ty rozumiesz co zrobiłaś? — odparła oburzona.

— Tak, zostawiłam córkę i Richard ożenił się z biedniejsza ode mnie kobietą niż skredytowanego normalnego człowieka z jego klasy.-odpowiedziała z przykrością czując ukłucie w sercu.

— Wracaj tam. Masz na podróż tyle ile trzeba.-odparła ze zrozumieniem wiedząc jak boli rozstanie z powodu różnicy poglądów.

— Nie znam adresu a Amelka mnie nie pozna i nie pamięta.

— Kiedy pozna prawdę, a pewnie rozsądna z niej dziewczyna jeśli podobna do ciebie.

— Jak znajdę jeśli Moira zmieniła imię?

— Są inne sposoby, może go zobaczysz po dwudziestu czy piętnastu latach.-przypuszczenie Franceski zabrzmiało dziwnie.

— Zapomniał już mnie a ona miała pięć lat.

— Mężczyzna tak łatwo nie zapomina z byle powodu.

— A ty kogo?

— Innym razem opowiem.-odpowiedziała wymijająco Fran.

II

,, Nie śpieszy się ten, kto chce osiągnąć cel i swoje pragnienia spełnić”

Późnym popołudniem kiedy już słońce zaszło za horyzont Franceska przyglądała się zniszczonej rękawiczce i kilkoma wiadomościami od Franciszka. Wyjęła kartkę papieru i pióro, zaczęła pisać od początku gdy spotkała Franciszka.

„„Takie jak dzisiaj późne popołudnie na chodniku idący w pośpiechu młody mężczyzna wyprzedził zahaczając o łokieć i depcząc tyle co świeżo kupione buty. Szybkie spojrzenie i szybkie przepraszam na moment nie wiedziało się czy powiedzieć co on sobie wyobraża lub czy musiał być tak roztargniony, że się mu śpieszyło. Szczupły i dość przystojny by wzbudzić zainteresowanie okazał się znajomym. Przypadkowe spotkania w dzień sprawiały wrażenie, że jest miły i rozmowny a ludzi sobie zjednywał mając dobrą opinię.

Na przyjęciu gdy się miało pierwszy debiut i poznawało towarzystwo choć jeden lub paru nie wyglądało na napuszonych dandysów co wyglądem zdradzało modowe nowości przy skromniejszych frakach z grafitowej lub atłasowej czerni co równie dobrze wyglądało. Bardziej przystępnie niż rzucające się ubiory innych panów na sali. Wraz ze mną pozostałe debiutantki miały chociaż nie końca dobrane kolorystycznie stroje co by pasowały do nich. Prawie luźne bufki przy ramionach nie do końca były na miejscu a trzymanie postawy było jak połknięcie kija od miotły.

Jak na początek przebywania widziało się różnice między swoim środowiskiem a dandysami na przekór. Pierwsze rozmowy powoli zamieniały się we flirty a wieczór lżejszym przeżyciem od lekkiego zdenerwowania na początku. W czasie rozmowy zdradzał się przyjacielski stosunek do ludzi mieszający się ze zrozumienie.

Następne dni upływały spokojne póki się nie zauważyło jak inna niczym wąż uwieszona na ramieniu była obok; w rozmowie się wtrącała jakby chciała za każdym razem dopowiedzieć swoje zdanie.

Owijała lub on owijał sobie wokół palca co wreszcie dusiło tych dwoje wzajemnie. Z czasem z wyczuciem i radami matki się odchodziło kiedy przyszedł moment na to. Po trzech miesiącach zaproszona nas na obiad, na brak zainteresowania się nie narzekało od strony kawalerów. Ta, którą nazwałyśmy purpurową żmiją niby wybrała sobie cel ale było ich dwóch nie do końca podobnych do siebie.

Po trzech kolejnych miesiącach dostaliśmy wiadomość od babki z Irlandii do której co roku wyjeżdżaliśmy. Na miejscu okazało się jednak, że zmarła a list wysłano po dwóch tygodniach od jej śmierci. Nic nie wiedząc patrzyli na nas dziwnie a różne rozgłoski wynikały z nieznajomości nas.

Po tygodniu pobytu okazało się celowym działaniem sąsiada. Co dzień przychodził i pytał jak się czuje uchylając kapelusz w wyśmiewanym geście przez niego samego. Wynikło to z rozmowy z sąsiadem za płotu.

— A co u naszej sąsiadki?

— Mieszka, mało rozmawia. Chyba nie chcę za dużo zdradzać dla ciekawskich.

— A tyś nie chciał aby przyjechali więc może miałeś swój cel w powiększeniu podwórka?

— A może gdyby przekonanie tej staruszki nie były tak mozolne.-odparł kwaśno.

— Nie była straszna a bardzo zaradna i nie potrzebowała tyle pomocy co ty dałeś a budowniczy z ciebie marny.

— Miała dużo a niewiele sobie radziła.

— Jak poważniej się pochorowała to skakałeś jak oparzony.

— A co u Alfreda? — szybko zmienił temat.

— A coś ostatnio mówił.-zauważył Elijah.

— Mówiłem co miałem na języku, nie spodziewał się kto, że tak zareaguje.

— Mściwość to ty masz w sobie i teraz jeszcze przejąć dom czy podwórze?

— A to zobaczymy czy narzeczony młodej podniesie te zbutwiałe wiaty.

— Prędzej twoje są upadłe niż te co stoją u sąsiadki. Budowniczy z ciebie żaden.

Nie zadowolony z uwagi przyjrzał się dokładnie własnej a mając wciąż nie dosyt chciał mieć więcej co było uporządkowane i dobrze wykarmione.

Obserwując z dnia na dzień robił pod kopki aby wyglądało, że robi to kto inny. Młoda równie wyczulona z niepokojem obserwowała co się dzieje.

Gdy przyjechał do niej z wizyta napuścił psa z czego wstyd dziewczynie było. Choć poszczuty wszedł w ostatniej chwili w progi widząc palącą ze wstydu Franceskę.

— Ojciec dał adres, więc chciałem sprawdzić? — zauważył czającego się w oknie Vincentego.- Rozumiem, że są podsłuchy. Jeszcze trochę zapewne pani zostanie.

— Podejrzewam, że podkopki i dziury w płocie również jego sprawka.-powiedziała ściszonym głosem na co Vincent wychylił się bardziej.

Kiwnął głową rozumiejąc o co chodzi, tylko bardziej wychylił okno a sąsiad dostał w nos chcąc więcej usłyszeć i widzieć. Następnego dnia Alfred Zobaczywszy zadarty nos zaśmiał się po nosem, chociaż tyle dostał od młodej, pomyślał.

— Wracając do rozmowy co tu robisz, Franciszek?

— Nie jestem Franc.-oznajmił Damian.

— To kim jesteś skoro jesteś podobny?

— Jego brat nie bliźniak, Damian.

Stanęła osłupiała z wrażenia puszczając na podłogę kubek z mlekiem.

Po następnym miesiącu dokuczania zrezygnował z domu obok i z obolałą kostką wyjechał biorąc swoje rzeczy zostawiając resztę sąsiadowi sycząc jak zbłaźnił się wpadając w dziurę przez siebie wykopana oraz upadając na twarz.

Po czterech miesiącach wezwany listownie wrócił do domu a potem już się nie pojawił. Franceska wtedy przyjęła pod dach Antoninę, załamaną i zalana łzami długo czekała aż towarzyszka choć powie co się stało albo najmniejszą informacje o sobie. Dopiero po dwudziestu latach powiedziała że miała dziecko i je zostawiła. A Vincent, sąsiad obok co mieszkał wrócił do żony od której uciekł uprzykrzając czasami własną osobą. Zostawił po sobie historyjkę jak wpadł do własnej dziury wykopanej nie uważając jak stąpa. Odłożyła pióro i kartkę zwinęła dołączając do listów.

Co do Antoniny Fran nie wtrącała się w to było, ustaliły zasadę, że nie wracają do tego co było.

Pewnej wiosny po zupełnych roztopach i zarwaniu się dachu w domu w urządzonej wiacie służące za lokum Franceska z nostalgią szyła firankę zasłaniającą okno przed ciekawskimi i pośpiewywała piosenkę cichutko. Gdy zaczynała od nowa Antonina wyszła na zewnątrz, wystraszyła się na widok nieznajomego. Liczący około czterdziestki spoglądał spokojnie.

— Chciał pan wystraszyć? Kim pan jest?

— A pani? Nie wiedziałem, że Franceska ma lokatorkę.

— Antonia? Co ty tam robisz? — zawołała z głębi Fran.

— Zaraz przyjdę. Znasz tego pana?

— Tak, był tutaj krótko.-odparła Fran chłodno.

— Dzień dobry, myślałaś, że może zapomnę adres.

— Owszem. Co ty robisz?

— Widziałem dom, za dnia udało by się to naprawić..

— Nie odpowiedziałeś.- odezwała się niecierpliwie.

— Nie dostałaś listu ani powiadomienia? To nie za dobrze.

— O co chodzi? — spojrzała lodowato obrzucając go zimnym spojrzeniem.

— O śmierć twoich rodziców.

— Tutaj aż tak często nie przychodzą listy.

— Dwa late temu, zanim twój ojciec zmarł spłacił dom i zebrane długi.- krótko i rzeczowo wyjaśnił.

— Nieszczęście, pewnie huczało, że zabrakło tam córki.-wskazała mu krzesło.

— Odkupiłem go od niego, myślałem, że wrócisz jak dostaniesz powiadomienie. Teraz tak łatwo nie oddam ci go.

— Antonia, może jednak wrócisz tam i znajdziesz córkę? Znasz … -uciszyła jej sprzeciw- może Richarda Boyda?

— Wyprowadził się z miasta a Amelia?

— Jej córka.

— Ma córki ale ona mają Melinda i Violet.

— Zmieniła Amelię na Melindę.-pomyślała.

Zaskoczony, że zobaczył odbicie Melindy w Antoninie zmyliło Damiana.

— Pozwolicie, że spytam ale skąd takie podobieństwo? Czyżby Melinda nie była córką Moiry?

— Innym razem się dowiesz.-przerwała Fran- Skoro zauważyłeś w jakim stanie jest dom to musi być przebudowany od nowa.

— Czas zmienić zasadę jeśli ten pan …

— Jestem Damian.-wtrącił się nieznacznie.

— Przyjechał tutaj. I tak zacznie wyjaśnienie się co od czego się zaczęło.

Franceska przyjęła tę propozycję z wahaniem, nie miała ochoty na wspominanie kiedy część ludzi już zapomniała albo zmieniła miejsce zamieszkania. To jak było i jest tam gdzie mieszkała chciałaby sprawdzić pod warunkiem, że odbudują dom jej babki.

— Zawsze zostawiasz sobie furtkę otwartą chociaż nie cofniesz tego co ma być.-powiedział Damian widząc, że Antonina ani Fran nie odezwą się do niego po imieniu niż per pan, licząc na szybszy powrót.

— Jeśli dom będzie odbudowany a wtedy może powrót o którym myślisz będzie możliwy.-odparła chłodno.

Po dwóch dniach zaaklimatyzowania się w wiacie aby nie przeszkadzać lokatorkom wzięli się za odbudowę domu, jedynie spełniając warunek Fran może uda się nakłonić do wyjazdu. Każdy z trójki miał własny cel w tym, Fran chciałaby wrócić tam gdzie babka jej zostawiła miejsce; Antonina zobaczyć córkę po kilku latach; Damian zostawić Fran dom na skraju miasta i się ożenić jeśli go zechce.

Dach zawalony okazał się większą szkodą niszcząc w znacznej części ściany i okna. Po rozebraniu znaczna część domu była do niczego a dach miał spróchniałe belki, które nie wytrzymały by dłużej niż do następnej zimy. Na ognisko posłużyły przy szykowaniu posiłków, prace szły dość szybko a przeciągające się tygodnie niecierpliwiły Damiana, przy stawianiu pieca co robił to pierwszy raz z kimś kto wiedział jak wyglądało dziwnie ale nikt nie rzucił uwagi w trakcie tylko się przyglądały po cichu.

Gotowy od zewnątrz i kończąc wewnątrz dodał zasłony na naoliwionych zawiasach; tylko wzmianki o powrocie wskazywały na nie tutejszego a cicho puszczające w nie pamięć w pewnym momencie Damian chwycił Fran i potrząsł nią mówiąc w twarz:,, Nawet jeśli chcesz zostać nie masz wyboru wyjazdu stąd i możesz już tu nie wrócić.””

Zaskoczona reakcją hardo patrzyła na niego co ujął za nadmierną kontrolę nad samą sobą Fran. Nic nie mówiąc wyrwanie się z uścisku było mało możliwe więc gdy się odsunął wyszła na padający deszcz.

— Więc nie odpuścisz jej wyjazdu to musi ci bardzo zależeć na innym celu niż tylko by oddać dom.-zauważyła Antonia.

Spojrzał na Antoninę, widząc, że rozszyfrowały go prawie do końca zachował większą czujność.

— Owszem a ty spotkasz się z córką, którą zapewne zostawiłaś pod naciskiem. Jeśli wciąż będziecie się opierać to sam spakuje was aż do dotarcia na miejsce będę pilnować.

— Niech ci będzie ale i tak chce zobaczyć córkę bez twojego nadzoru podczas wyjazdu.

— A Franceska jeszcze wiele dowie się w trakcie.-dopowiedział na koniec widząc Fran w drzwiach.

III

Ucieczka to nie rozwiązanie, ale daje trochę czasu Przynajmniej by dowiedzieć się, przed czym uciekamy…

Po zostawieniu i wyjściu z bagażami w tym momencie wolałyby wrócić ryzykując spotkanie z Moirą i Franciszkiem z którym nie kontaktowała się od kilku lat. Powrót do przeszłości powodowały obawy zniechęcające im bliżej celu podróży było. Wiadomości jakie przychodziły były przechowywane przez gospodynie, panią Kopertyn a cały plik listów uchowany pod schodami. Tylko korespondencja rodziców nie wysłana do córki podczas pobytu w innym miejscu dana w trakcie była lekturą dla Franceski.

W tym samym czasie Melinda, Violet i Richard bez Moiry wymawiając się bólem głowy wybrali do miasta właściwie jego skraj na zaproszenie sąsiadów Damiana. Przejeżdżający powóz pod dom na skraju zaskoczył Franceskę, dom był zachowany w dobrym stanie. Sąsiedzi przyjmujący gości byli zadziwieni jakby zobaczyli ducha nie osobę. Oniemiali na widok Franceski nie wyglądała jakby mieszkała na wsi, jakby wracała z długiej podróży. Zanim zniknęły za drzwiami Richard spostrzegł znajomą twarz ale nie był pewien czy to ta osoba.

Przy herbacie nic nie mówili o przyjezdnych jak tylko przygłuszając o różnych plotkach i nowinkach wliczając codzienność.

W domu obok Franceska poznawała na nowo dom odkąd mając siedemnaście wyjechała.

— Nic nie zmienione, oprócz pokoi.- poinformował ją Damian.

— Zostawiłeś panie, w ogrodzie wiele kwiatów od tamtego czasu w tym piwonie. Kto się zajmuje ogrodem i domem?

— Pani Kopertyn.

— Jaki miałeś cel kupując dom w zapisie? -spytała bezpośrednio zbijając go z stropu.

— Uwikłanie w podstęp kuzynki po przyjeździe tutaj a żebyś pani wróciła wcześniej byłby w całości twój.

— Co takiego uwiła?

— Zamataczyła aż byłem domniemanym kochankiem, co efektem był i tak życzono jej ślub z Baronem przez rodziców. Nie wytrzymała i rzuciła się z okna na ulicę po trzech miesiącach. A Baron ożenił się ponownie mając szczęście w nieszczęściu.

— Skąd ten portret? -zmieniła temat rozmowy wskazując na obraz.

— Był na poddaszu. Może kiedyś wisiał tutaj.

— Ciekawe czy pod jest podpis? — dźwignęła lekko szukając małej kartki.

— Tego nie wiedziałem.

— Moja babka, Franceska po której dostałam imię.- powiedziała widząc zapisane dane.

— Tak się zająłeś aż wyciągnąłeś nawet z poddasza. A gdzie pani Kopertyn?

— Przychodzi o dziewiątej razem z Emmą.

— Pokojówka?

— Tak, zajmuje się pokojami.

— Tobą również? Żartuje.

— To nie było śmieszne.-odparł niecierpliwie-Nie obrażaj tej dziewczyny. Ja miałem pokojowego.

— Dlaczego nie masz żony? — pytała prosto z mostu.

— Nie trafiła się taka, którą bym chciał. A jak chciałem to ona mnie nie chciała.

— To was nie zniechęca wręcz zachęca do zdobywania raczej. Ponadto twoja kuzynka miała plan jak zaskarbić męża a zwłaszcza domniemanego kochanka? -spojrzała z pół przymkięntych powiek.

— Ale szybko łączysz fakty z humorem oportunisty.

— Dla każdego potwora znajdziesz adoratora.- rzuciła krótki uśmiech.

— Ani razu nie byłem kochankiem. Ty tylko były jej kłamstwa.

— Zapewnienia nic nie dają.-odparła chłodno.

— Nie wierzysz mi. Nie dziwię się jeśli tak długo cię tutaj nie było a mężczyzna co cię tu przywiózł próbuje ciebie tu zostawić na dobre.

— To nic pewnego, nie łudź się lepiej.

— A nadzieja?

— Umiera ostatnia. Gdybym cię chciała i tak bym zdobyła po trupach.

— Sarkazm na mile bije. Skończysz z tym przesłuchaniem przeskakując z tematu na temat?

— Wole wybadać grunt z kim do czynienia a nie mówienie jaki ma się cel jest dobrym wyjściem.

— Chcesz faktycznego powodu?

— Owszem.- słuchała nie tracąc czujności.

— Wtedy byłaś młoda a dla zapewnienia twojego posagu namówiłem twoich rodziców aby przepisali na mnie…

— Jednocześnie licząc, że ciebie zechce na męża. Kontynuuj.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 34.13
drukowana A5
za 59.52