E-book
10.92
drukowana A5
36.25
Czerwona Wstążka

Bezpłatny fragment - Czerwona Wstążka


Objętość:
275 str.
ISBN:
978-83-8126-434-1
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 36.25

Dla moich Rodziców

ROZDZIAŁ 1
Za bramą

Eileen brnęła przez zaspy z typową dla siebie determinacją. Śnieg padał nieprzerwanie od dwóch dni, co dla przedzierającej się przez las dziewczyny było katastrofą.

„Nie mogę teraz zawrócić, to wcale nie jest tak daleko” — myślała z niepokojem, patrząc na swoje przemoknięte buty.

Bardziej jednak bała się drogi powrotnej. Wiedziała, że będzie się już ściemniać, a wtedy prawdopodobnie zgubi się w gęstwinie tak samo wyglądających krzaków i drzew. Ślady jej stóp już dawno będą zasypane, nie mogła więc liczyć na to, że wróci po nich bezpiecznie do domu. Przez chwilę przeszła ją myśl, że może państwo Mongrainowie zaproponują jej odwóz, nie pozwolą iść samej przez las, kiedy będzie już całkiem ciemno. Jednak szybko wróciła na ziemię, słysząc w głowie głos swojego ojca: „Nie rozśmieszaj mnie dziecko. To są zamożni ludzie, nie podwożą służby, to tak nie działa”.

Szła więc dalej, modląc się w duchu, aby nie odmrozić sobie stóp, bowiem jej obuwie było już mocno znoszone i całe przemoknięte. Kiedy w końcu w oddali zobaczyła słabe światło stróżówki, zebrała resztki sił i podbiegła do drzwi. Zapukała z całej siły, rozglądając się przy okazji dookoła. Wysoki mur oddzielał las od prywatnych terenów państwa Mongrainów. Naturalnie las poza murem również do nich należał, jednak widocznie bardzo zależało im, aby chronić swoją prywatność przed niepożądanymi gośćmi.

Drzwi otwarły się z głośnym skrzypnięciem i na progu stanął wysoki mężczyzna z siwym zarostem i niedbale zawiniętym szalikiem wokół szyi. Jego półdługie włosy sterczały we wszystkie strony, a małe oczy zwęziły się, jakby starał się dostrzec, kim jest przybysz.

— Nazwisko? — zapytał bez zbędnej uprzejmości.

— Eileen Coil — odpowiedziała cicho, drżąc z zimna.

— Muszę sprawdzić na liście. Niech tu zaczeka. — Mężczyzna odwrócił się i wszedł do chaty.

Przez uchylone drzwi dziewczyna zobaczyła rozpalony kominek, od którego nie mogła oderwać wzroku. Przytulne ciepło zachęcało, by wejść do środka. Zdobyła się więc na odwagę i nieśmiało zapytała:

— Przepraszam, czy ja mogłabym… Jak będzie pan sprawdzał… Jest mi tak strasznie zimno… Tylko na chwilkę.

Mężczyzna niechętnie uchylił drzwi nieco szerzej.

— Niech wejdzie.

Ciepło ogarnęło ją z każdej strony. Poczuła się tak błogo i przyjemnie, że miała ochotę usiąść i po prostu tam zostać. To nic, że człowiek ten nie był ani grzeczny, ani sympatyczny, a w stróżówce, delikatnie mówiąc, panował chaos. Brudne naczynia, resztki jedzenia na stole, a do tego niepościelone łóżko, na którym leżał pies. Pewnie w zamyśle właściciela miał być psem obronnym i alarmować, gdy ktoś niepożądany zbliża się do bramy. On jednak na widok Eileen tylko dźwignął łeb, beztrosko pomachał ogonem i wrócił do swojej drzemki. Najgorszy jednak w tym wszystkim był odór stęchlizny, który przesiąknął wszystkie meble i sprzęty znajdujące się w chacie. A także jej mieszkańców.

— Głupia lista, nie wiem, po co to komu. Szczerze mówiąc, i tak nie wierzyłem, że którakolwiek z was tu przyjdzie, dlatego za bardzo się tym świstkiem papieru nie przejąłem i teraz nie pamiętam, gdzie go rzuciłem… Tu nie ma… To nie to… — mruczał do siebie pod nosem mężczyzna. — Jest! Mów mi, dziecko, jak się nazywasz, bo już zdążyłem zapomnieć…

— Coil, Eileen — powtórzyła nieco zniecierpliwiona dziewczyna.

— Jesteś tu, faktycznie. Możesz więc przejść. Chodźmy. — Ponaglił ją.

Wyszli na zewnątrz, gdzie zamieć ponownie uderzyła w nich z całą siłą. Eileen miała ochotę zawrócić. Droga przez zaspy była straszna, bała się, że nie zdąży przed zmrokiem. Do tego ten człowiek zrobił na niej już na wstępie niemiłe wrażenie. Może to, co mówią ludzie z miasta, jest prawdą? Może ta rodzina rzeczywiście jest dziwna i niesympatyczna, skoro już przy bramie goście spotykają się z tak chłodnym przyjęciem?

— Zamelduj mi się, jak będziesz wracać.

— Po co? — zapytała niezbyt grzecznie.

— Żebym miał pewność, że sobie stąd poszłaś — odparł równie niemiło stróż.

Minął ją i przekręcił klucz w mosiężnej bramie. Skrzypnięcie rozdarło ciszę panującą w lesie. Eileen miała wrażenie, że wchodzi do więzienia, że zostawia za sobą beztroski, bezpieczny świat. Jej obawy rosły z minuty na minutę. Zawahała się. Odwróciła głowę i spojrzała na niego.

— Do zobaczenia — powiedziała.

Zrobiła to tylko dlatego, że liczyła na to, iż mężczyzna pozwoli jej się chwilę ogrzać, kiedy będzie wracała.

*

Szła szeroką, zaśnieżoną drogą, wzdłuż której rosły wysokie drzewa. Trudno jej było stwierdzić, jaki to gatunek. W tej chwili nawet jej to nie interesowało. Jej uwagę przykuła samotna latarnia, która nocą pewnie dawała nadzieję, że dom jest już blisko. Jak latarnia morska sygnalizowała prawidłowy kurs. Idź w stronę światła. Tam jest dobrze, tam będzie ciepło. Po chwili zobaczyła kolejną, potem następną. Minęła zakręt i nagle jej oczom ukazała się posiadłość państwa Mongrainów.

Na ten widok Eileen przystanęła. Droga przyprowadziła ją od strony północnej budynku, który wyglądał nieco niesymetrycznie. Na tyle, na ile była w stanie ocenić, przypominał kształtem literę L. Stanęła przed krótkim, murowanym mostem, pod którym płynęła fosa — woda w niej była teraz całkowicie zamarznięta. Podchodziła pod same mury pałacu, natomiast po prawej stronie mostu wpadała do ogromnego jeziora, również pokrytego lodem.

Przechodząc przez most, minęła na wpół zasypaną śniegiem rzeźbę, zapewne któregoś ze świętych, ponieważ udało jej się dostrzec krzyż trzymany przez postać w prawej ręce. Zdobny kamienny murek biegł wzdłuż podjazdu, tworząc piękny taras, na którego środku, tuż na wprost drzwi wejściowych, znajdowało się zejście do jeziora. Dziewczyna spojrzała w górę i poczuła, jak jej serce przyspiesza. Doliczyła się czterech wież, z czego największa była usytuowana po stronie południowej pałacu. Wszystkie z nich miały liczne zdobienia, rzeźby oraz różnorodną elewację. Orły, głowy dzików i wilków oraz gryfy zdobiły najwyższe stopnie wież i dachu. Poniżej można było dopatrzeć się podobizn rycerzy, niewiast, natomiast szczególną uwagę Eileen przykuł krasnolud, na którego plecach opierała się wnęka okienna. Pałac był mieszaniną stylów: neogotyku, klasycyzmu francuskiego oraz bardzo popularnego w obecnym czasie angielskiego stylu Tudorów. Wyglądał zjawiskowo.

Eileen podeszła bliżej podjazdu i głównego wejścia. Odwróciła się i zrozumiała już, czemu nazywano go „pałacem na wodzie”. Zamarznięta tafla rozciągała się poza zasięg jej wzroku. Nie mogła dostrzec ani jej początku, ani końca. Śnieg sypał zbyt gęsto. Wejście główne znajdowało się pod trzykondygnacyjnym portykiem. Jednakże nie mogła tędy wejść, wiedziała, że musi znaleźć wejście dla służby. Napisano to wyraźnie w liście, który dostała. Było to dość niezwykłe, ponieważ spodziewała się rozmowy z panią domu, a co za tym idzie — jako zaproszony gość powinna zostać wpuszczona wejściem frontowym.

Rozejrzała się i po prawej stronie zobaczyła wąską ścieżkę prowadzącą za budynek. Intuicyjnie skierowała się w tę stronę i był to dobry wybór, tam właśnie bowiem znajdowało się wejście dla służby. Zadzwoniła, modląc się, aby jak najszybciej wpuszczono ją do środka. Chwilę trwało, nim drzwi powoli się otworzyły.

— Kto tam? — Eileen zobaczyła niską, pulchną kobietę z czepkiem na głowie i brudnym fartuchem obwiązanym w pasie. Od razu przyszło jej do głowy, że to pewnie kucharka.

— Nazywam się Eileen Coil, przyszłam w sprawie pracy. Byłam na dzisiaj umówiona.

— Wejdź, dziecko, tylko szybko, bo śniegu mi naniesiesz. Zaczekaj tu. — Kobieta zamknęła drzwi i zniknęła w korytarzu.

W pomieszczeniu panował półmrok, w domu było dziwnie cicho. Starsza pani pojawiła się po chwili i powiedziała:

— Chodź ze mną.

Eileen posłusznie udała się za tą dziwną kobietą. Miała pewne obawy po spotkaniu ze stróżem, jednak ta osoba sprawiała wrażenie zupełnie neutralnej, wręcz nijakiej. Jakby myślami błądziła daleko, a nowo przybyła dziewczyna nie interesowała jej wcale. Kobieta zapukała do drzwi, przed którymi stanęły, i powiedziała ze dwa słowa do kogoś wewnątrz pokoju.

— Możesz wejść — mruknęła, po czym odeszła, nie obdarzywszy Eileen nawet jednym spojrzeniem.

— Zapraszam. — Dziewczyna usłyszała niski kobiecy głos.

Weszła do schludnego, skromnie urządzonego pokoju. Surowy — to słowo pasowało do niego najbardziej. Surowy i zimny. Jakby nikt w nim nie mieszkał, jakby był tylko pokojem gościnnym. Były tam łóżko, szafa oraz stół, na którym leżało kilka kopert, a koło niego stały dwa krzesła. Za stołem siedziała kobieta, która swoim wyglądem idealnie pasowała do całego wnętrza. Mysi kolor włosów zlewał się z szafą, a bladość cery idealnie korespondowała z bielą ścian. Eileen przemknęło przez myśl, że kobieta ta nigdy nie widziała słońca na oczy. Miała pociągłą twarz, a jej wąskie usta sprawiały, że wyglądała na zawziętą. Włosy miała upięte w kok, a czarną, prostą suknię — zapiętą pod samą szyję. Jedynie oczy były niebieskie, jak morze w słoneczny dzień. Nie pasowały do niej, jakby je komuś ukradła.

— Nazywam się Rosamund Brent i zarządzam służbą. Proszę usiąść. — Kobieta wskazała jej krzesło.

— Eileen Coil — przedstawiła się niepewnie dziewczyna.

— Wiem — odpowiedziała oschle pan Brent. — Przyszłaś w sprawie pracy pokojówki, zgadza się?

— Tak, proszę pani.

— Pisałaś, że pracowałaś już kiedyś na tym stanowisku.

Eileen wzięła głęboki oddech, chciała wypaść jak najlepiej.

— Tak, proszę pani. Parę lat temu pracowałam w pewnym domu, wprawdzie nie tak wielkim jak ten, ale wiem, na czym polega praca pokojówki. Od dziecka pomagam też w moim rodzinnym domu, więc żadne prace, zarówno przy domostwie, jak i jego obejściu, nie są mi obce.

— Dlaczego już tam nie pracujesz?

— Proszę wybaczyć, ale nie wiem, czy mi wypada…

Kobieta spojrzała na nią chłodno.

— Nie interesują mnie sprawy twoich byłych pracodawców. Chcę tylko wiedzieć, czy zwolniłaś się sama, czy to ciebie zwolniono.

— Mnie zwolniono. Właściwie to większość służby wtedy zwolniono… — Eileen nie była pewna, czy przyznanie, że jej poprzedni pracodawcy popadli w tarapaty finansowe, nie będzie nietaktem.

— Mieszkasz z rodziną? — Gospodyni niespodziewanie zmieniła temat.

— Tak, proszę pani, z rodzicami.

— Masz rodzeństwo?

— Nie, proszę pani, jestem tylko ja, dlatego obowiązków mam bardzo dużo i staram się jak najbardziej odciążyć rodziców.

— A kto im będzie pomagał, jeśli ty dostaniesz pracę tutaj?

Eileen przygryzła wargę, nie była przygotowana na takie pytanie. Po chwili ciszy zaczęła niepewnie:

— Potrzebujemy pieniędzy, proszę pani… Dlatego muszę pracować. W naszym miasteczku nie ma zbyt wiele do roboty. Ojciec pracuje jako stolarz, matka jest krawcową, ja też się trochę uczyłam szycia…

— Więc dlaczego nie poszłaś w ślady matki? — przerwała jej nagle kobieta.

— Chciałam, ale tak jak już powiedziałam, nie ma zbyt wiele pracy. Mój ojciec bardzo się ucieszył, kiedy przeczytał list od państwa.

Nastąpiła chwila milczenia, podczas której Rosamund wyglądała, jakby analizowała każde słowo, jakie ma zamiar wypowiedzieć.

— Masz małe doświadczenie. Do tego nie masz żadnych referencji. To nie świadczy o tobie dobrze — powiedziała powoli, na co Eileen zrobiło się gorąco.

— Wiem, jak to wygląda, ale proszę mi wierzyć, niczego złego nigdy nie zrobiłam. Pracowałam najlepiej, jak potrafiłam. Pani była ze mnie zadowolona.

— Więc dlaczego nie dała ci referencji? — ciągnęła ten temat kobieta.

Dziewczyna zawahała się. Nie chciała bowiem powiedzieć, że jej poprzednia pracodawczyni popadła w obłęd z powodu długów swojego męża i z dnia na dzień zwolniła większość służby, bez podawania powodu i bez referencji. Spuściła więc wzrok, nerwowo skubiąc skórki wokół paznokci. Pani Brent przewróciła oczami, dając tym samym znak, że się poddaje.

— Widzę, że dyskrecja jest twoją mocną stroną. To dobrze — podsumowała. — W tym domu jest wiele roboty. Będziesz pracowała od zmierzchu do świtu…

— Ja nie mam nic przeciwko temu! — wtrąciła entuzjastycznie Eileen.

— Zasada numer jeden: nie przerywaj, kiedy ktoś do ciebie mówi. — Rosamund zmierzyła ją chłodnym wzrokiem.

— Przepraszam — odpowiedziała speszona.

— Zasada numer dwa: nigdy nie odzywaj się pierwsza. Niedopuszczalne jest, abyś zabierała głos nieproszona. Zasada numer trzy, myślę, że jasna, ale warta przypomnienia: masz być dyskretna. Nie ma nic gorszego niż plotkująca pokojówka. Za nieprzestrzeganie tej zasady zostaniesz natychmiastowo zwolniona, w tej kwestii nie ma dyskusji. Wszystko, co usłyszysz bądź zobaczysz, zostaw dla siebie, wymaż z pamięci, zapomnij. Zasada numer cztery: nie rzucaj się w oczy. Dobra służąca to taka, której nie widać, pomimo że stoi obok. Masz pracować szybko i cicho. Zasada numer pięć: bądź punktualna. Kiedy zadzwoni dzwonek w którymś z pokoi, masz dwie minuty, aby być pod właściwymi drzwiami. Zasada numer sześć: wykonuj moje polecenia. Bezpośrednio będziesz podlegać mnie. To ja zdecyduję, czy należy ci się dzień wolny lub chwila odpoczynku. Ze mną się nie dyskutuje, zapamiętaj to sobie. Zasada numer siedem: masz być zawsze czysta i schludna. W innym przypadku nie wpuszczę cię do pokoi, a co za tym idzie — zostaniesz zwolniona. Rozumiem, że masz swój własny strój?

— Oczywiście — odpowiedziała śpiesznie dziewczyna. Rosamund skinęła głową, po czym kontynuowała:

— Zasada numer osiem: wykonujesz wszystkie polecenia państwa. Bez dyskusji. Nie musisz ich konsultować ze mną, jednak po ich wykonaniu masz mnie o tym informować. Zasada numer dziewięć: pomagasz w kuchni. Pani Oberly czasem będzie zlecała ci niektóre zadania, przygotowanie produktów do posiłków, zaparzenie herbaty i tym podobne. Zasada numer dziesięć: nie zadajesz pytań, nie zastanawiasz się ani nad sensownością poleceń, ani nad ich moralnością. Wykonujesz, co ci kazano. Czy coś jest niezrozumiałe? To twoja jedyna okazja do zadawania pytań.

Eileen siedziała jak zahipnotyzowana. Miała ich tyle w głowie, że nie wiedziała, od którego zacząć, jednocześnie odnosiła wrażenie, że nie będą mile widziane. Poczuła ucisk na skroniach i zaczęło ją mdlić. Uznała jednak, że jeśli nie zada żadnego pytania, będzie to oznaczało, że nie słuchała. Wybrała w końcu jedną kwestię, której nie do końca rozumiała:

— Nad moralnością? Czy to znaczy, że mam wykonywać… niemoralne zadania?

Rosamund uśmiechnęła się lekko. Był to ironiczny uśmieszek, który pokazywał jej wyższość.

— Nie zlecę ci niczego, co byłoby niezgodne z prawem lub moralnie potępiane. Chodzi mi bardziej o drobnostki. W tak wielkim domu jest wiele marnotrawstwa. Z moralnego punktu widzenia powinniśmy resztki jedzenia oddawać ubogim, my je wyrzucamy lub palimy.

— Czy będę mogła takie resztki czasem zanosić rodzicom? Jeśli mają zostać wyrzucone…

— Nie praktykujemy takich zwyczajów — ucięła szybko jej pytanie pani Brent, mierząc dziewczynę wzrokiem. Jej jasne oczy były piękne i zimne zarazem.

Tymczasem Eileen zdobyła się na poruszenie innej kwestii:

— Powiedziała pani, że muszę zarówno usługiwać domownikom, jak i pomagać w kuchni oraz wykonywać inne rzeczy w domu. Na jakim więc stanowisku będę zatrudniona?

— Pokojówka, służąca, pokojowa… — wymieniła. — W tym domu służba musi być wszechstronna.

— Czyli poza mną oraz panią, która mnie wpuściła, nie ma nikogo do pomocy?

— Jest jeszcze jedna dziewczyna, posługaczka. Pomaga głównie w kuchni, staram się jej nie wpuszczać na górę. — W głosie pani Brent Eileen wyczuła pogardę. — Było kilka dziewcząt umówionych na rozmowę, ale niestety dotarłaś tylko ty. Widocznie ty jako jedyna byłaś na tyle zdeterminowana, aby przedrzeć się przez tę zamieć. — Eileen wyczuła, że pani Brent miała w myślach słowo „zdesperowana”, jednakże postanowiła odwołać się do determinacji, co brzmiało bardziej pozytywnie. — Tak więc musisz wykonywać każdą robotę, jaką ci zlecę — podsumowała gospodyni.

— Czy to oznacza, że chce mnie pani zatrudnić? — zapytała niepewnie dziewczyna.

— Na to wygląda, jeśli oczywiście odpowiadają ci moje warunki.

— No tak… warunki. — Eileen zmieszała się, co nie uszło uwadze gospodyni.

— Proponuję dwadzieścia funtów i dziesięć szylingów rocznie — powiedziała i od razu wyczytała z twarzy dziewczyny, że nie tego się spodziewała. Nie czekając więc na jej pytanie, od razu wytłumaczyła: — Twoje doświadczenie jest bardzo małe, do tego miałaś kilka lat przerwy, podczas których pracowałaś głównie w domu. Czy uważasz moją ofertę za niesprawiedliwą? — Stanowczość jej głosu sugerowała tylko jedną odpowiedź.

— Ależ nie. Zgadzam się na pani warunki.

— Cieszę się.

Tymi dwoma słowami pani Brent zakończyła rozmowę i wstała od stołu. Eileen również się podniosła.

— Zaczniesz od poniedziałku. Przynieś ze sobą tylko niezbędne rzeczy, nie mamy tutaj nawyku zagracania pokoi zbędnymi bibelotami.

„Doprawdy?” — pomyślała ironicznie Eileen, omiatając raz jeszcze wzrokiem pokój pani Brent.

— Proszę za mną do wyjścia. — Rosamund ruszyła pierwsza, a klucze przyczepione do jej sukni pobrzękiwały w rytm jej kroków.

Jeszcze raz przeszły przez ciasny, cichy korytarz, mijając po drodze kuchnię, w której uwijała się pulchna kucharka. Nawet ich nie zauważyła, pochłonięta swoimi myślami.

— Do zobaczenia, dziękuję za rozmowę. — Eileen siliła się na uśmiech.

— W poniedziałek z samego rana staw się do pani Oberly, w razie gdyby mnie jeszcze nie było w kuchni. Przyjemnego powrotu — powiedziała nieco złośliwie i otworzyła drzwi, przez które wdarł się do środka mroźny wiatr, niosący ze sobą puszysty śnieg.

Eileen na ten widok poczuła straszne zmęczenie. Miała ochotę już tam pozostać, zacząć pracę, jak gdyby nigdy nic, tylko niech nie każą jej brnąć w tym śniegu przez las. Do tego zaczynało się ściemniać.

„Nie ma co czekać. Im prędzej ruszysz, tym szybciej znajdziesz się w domu, w ciepłym łóżku” — dodała sama sobie otuchy, po czym ruszyła przed siebie.

*

Po mniej więcej dziesięciu minutach marszu w głębokim śniegu zobaczyła światło stróżówki.

„Nareszcie! Ciepła przystań” — pomyślała i przyspieszyła kroku.

Kiedy znalazła się przy bramie, była kompletnie przemoknięta i zziębnięta. Śnieg sypał gęsto, osiadał jej na rzęsach i wpadał do oczu. Resztkami sił dotarła do wejścia i rozpaczliwie chwyciła za klamkę, jednak niemile się rozczarowała. Brama była zamknięta. No tak! Przecież ten człowiek otwierał ją kluczem. Dlatego powiedział, że ma się zameldować przy powrocie. Tylko jak? Wprawdzie stróżówka przylegała do bramy, ale na stronę posiadłości wychodził jedynie mur. Okna i drzwi znajdowały się po drugiej stronie. Mogłaby spróbować wołać, jednak wyjący wśród drzew wiatr na pewno by ją zagłuszył. Rozejrzała się rozpaczliwie dookoła i zobaczyła na ścianie chatki mosiężny dzwonek. A więc to jest ten sposób! Złapała za sznurek i pociągnęła z całych sił. Wśród gęstwiny nagich drzew i zawodzenia wiatru rozległ się taki hałas, że aż leniwy pies stróża zaczął szczekać. Po chwili zobaczyła mężczyznę wychodzącego z budynku z pękiem kluczy w ręce. Usłyszała głośny zgrzyt zamka i już była wolna.

— Szybko się panienka uwinęła. Jeszcze nawet nie jest całkiem ciemno. — Stróż z powrotem przekręcił klucz w zamku.

— Czy ja mogłabym… na chwilę tylko wejść… ogrzać się trochę? Nie czuję stóp.

Ociągając się, mężczyzna otworzył drzwi swojego skromnego domu. Eileen wpadła do środka, gdzie została powitana przez spokojnego już psa. Nie wiedziała za bardzo, co powinna powiedzieć. Dziwnie było tak stać bez słowa.

— Nie boi się pan tutaj sam mieszkać? — zadała pierwsze pytanie, jakie przyszło jej do głowy.

— Eeee… — Mężczyzna machnął ręką. — A co mnie tutaj może spotkać? Lis? Dzik?

Dziewczyna spojrzała na niego zdziwiona.

— Ale nie brakuje panu ludzi? Nie ma pan się nawet do kogo odezwać.

— Mam tutaj tego, o! — powiedział i wskazał ręką na psa. — Z nim to ja sobie rozmawiam cały czas, wdzięczny słuchacz. Ludzi mi nie brakuje, wręcz przeciwnie — cieszę się, że mam z nimi minimalny kontakt. Ludzie są podli, kłamliwi i chciwi. Nie tęsknię za nimi.

— Przykro mi, że pan tak uważa. Cóż… Niestety będzie miał pan jednego człowieka więcej do oglądania. Dostałam pracę w domu państwa Mongrainów.

Mężczyzna, nic nie mówiąc, odwrócił się w kierunku kominka i zaczął rozcierać zmarznięte ręce. Eileen nie rozumiała, dlaczego tak nagle zamilknął. Ciągnęła więc dalej:

— Ale proszę się nie martwić, ja naprawdę nie zamierzam się panu narzucać. Swoją drogą, mam nadzieję, że na razie nie będę zbyt często musiała opuszczać posiadłości. Ta pogoda jest okropna i droga przez las jest niezwykle męcząca.

— Dlaczego chcesz u nich pracować? — zapytał nieoczekiwanie.

— Bo chciałabym pomóc rodzicom, muszę mieć jakiś dochód.

— Mało to roboty w mieście?

— Bardzo mało. Ledwo wiążemy koniec z końcem. Cieszę się, że udało mi się dostać tę pracę. Mam nadzieję, że będę zadowolona. Pan jest?

— Że co? — zapytał, jakby nie zrozumiał pytania.

— Czy jest pan zadowolony z pracy u państwa Mongrainów? Dobrze pana traktują? Płacą na czas?

Mężczyzna nieoczekiwanie odszedł od kominka i skierował się w stronę drzwi.

— Najwyższa pora, abyś już sobie poszła. Ogrzałaś się, a do miasta nie jest aż tak daleko. Za niecałą godzinę będziesz pewnie w domu.

Otworzył drzwi, unikając jej wzroku. Eileen niepewnie ruszyła do wyjścia, nieszczęśliwa, że znowu musi brnąć w zaspach, do tego po ciemku. Przeliczyła się z czasem. Następnym razem już to sobie lepiej rozplanuje. Byle tylko dotrzeć do domu.

— Dziękuję panu za możliwość ogrzania się, panie…

— Abbott. Isaac.

— Panie Abbott. I do zobaczenia w poniedziałek. — Dziewczyna wyszła z domu i skierowała się zasypaną drogą w stronę ciemnego lasu.

Isaac nie był zbyt pobożny. Modlił się okazjonalnie, zwykle żegnał się, gdy dochodziły go jakieś złe wieści. Przystosował się do życia w samotności i nie przepadał za ludźmi. Tej dziewczyny też najchętniej nie wpuściłby za próg swojego domu, nie chciał jej jednak mieć na sumieniu, jeśli zamarzłaby gdzieś po drodze. Teraz stał i patrzył za nią, jak odważnie brnie przez zamieć, i w głowie miał tylko jedną myśl: „Dlaczego ja to robię?”. Przeżegnawszy się, wszedł do domu i zamknął drzwi na klucz.

ROZDZIAŁ 2
Przygotowania

— Boże jedyny, dziecko! Nareszcie jesteś! — Matka Eileen już od godziny stała w oknie pełna złych obaw. — Czekaliśmy z ojcem na ciebie wystraszeni, że coś ci się po drodze stało.

— Nie było to łatwe. Sama się bałam. Mogłam wyjść wcześniej. Na przyszłość będę już wiedziała. A gdzie tata?

— Ach, zawołał go przed chwilą stary Bennett, krzesło mu się złamało czy jakoś tak. Wiesz, że ten stary pijak bełkocze tak, że trudno go zrozumieć, więc ojciec poszedł z nim. Ale zaraz… — Nagle wróciła matce przytomność umysłu. — Co to znaczy „na przyszłość”? Czyżbyś dostała tę pracę? — Oczy pani Coil zrobiły się jeszcze większe i jeszcze bardziej wypełnione nadzieją.

— Tak, mamo, na to wygląda.

Padły sobie w ramiona, szczęśliwe, że los się wreszcie do nich uśmiechnął.

— Zaczynam od poniedziałku. Muszę się przygotować, spakować. Pewnie rzadko będę bywała w domu… — Na tę myśl Eileen nieco posmutniała.

— Kochanie, nie będziesz przecież na końcu świata. Było nie było, to wciąż ta sama okolica, nie jest wcale tak daleko.

— Tak, wiem. Mam jednak pewne obawy… — Dziewczyna nie wiedziała, czy powinna mówić matce o tym, jak złe wrażenie wywarły na niej rozmowy z panią Brent i stróżem oraz ogólna atmosfera panująca w tej dziwnej posiadłości. Matka patrzyła na nią w napięciu, nieco zaniepokojona. — Mam obawy, że będę tęsknić za wami — dokończyła i uśmiechnęła się lekko.

— My też będziemy za tobą tęsknić, córeczko, ale przecież będziesz dostawała jakieś wolne dni, prawda? W porządnych domach służba dostaje wolne.

— Na pewno nie w pierwszym miesiącu, podobno jest tam dużo pracy, a ja chciałabym się wykazać.

— To zrozumiałe. Niczym się nie martw, na pewno będą z ciebie zadowoleni, a jeśli będziesz tam nieszczęśliwa, to przecież nikt cię na siłę nie zatrzyma. Wtedy wracaj do domu, jakoś sobie poradzimy.

Na matkę zawsze mogła liczyć. Wiedziała, że jej ojciec nie podszedłby do tego tematu tak lekko, on kazałby jej tam zostać, nawet jeśli byłaby niezadowolona. Przecież praca w takim domu to wyróżnienie. Będzie mógł się we wsi pochwalić. Do tego będą mieli dodatkowy pieniądz, a tego im brakowało najbardziej. Miała świadomość, że jeśli podejmie pracę u Mongrainów, to powrotu do domu już nie będzie.

— Zrobię ci herbaty. — Pani Coil postawiła czajnik na ogniu.

Eileen przyjrzała jej się uważnie. Zgarbione plecy, siwiejące włosy, do tego taka chuda. Dotarło do niej, że matka robi się coraz starsza. Jeszcze parę lat i będzie miała trudności z wykonywaniem niektórych czynności w domu. Co wtedy? Kto jej pomoże, kiedy ona będzie mieszkała daleko? Dziewczyna coraz bardziej zatapiała się w swoich czarnych wizjach. Do tego doszły jeszcze bolesne wspomnienia. Matka posiwiała już wiele lat temu, kiedy wydarzyła się ta straszna tragedia. Tragedia, z którą jej rodzina nie potrafi sobie poradzić do dzisiaj. Może dlatego ojciec traktował Eileen tak oschle, na dystans? Miał pretensje, obwiniał ją. Ona to wyczuwała. Gdyby można było cofnąć czas, to czy zachowałaby się inaczej? Poczuła, że ciężko jej się oddycha. Działo się tak za każdym razem, kiedy przypominała sobie tamto wydarzenie. Jakby nagle ktoś położył jej na klatce piersiowej ogromny głaz. Odgoniła od siebie szybko te ponure myśli i biorąc głęboki oddech, postanowiła skupić się na chwili obecnej. Matka podała jej kubek gorącej herbaty.

— Dziękuję, mamo. Ja się już chyba położę, jestem strasznie zmęczona. Kiedy wróci tata, powiedz mu, że dostałam tę pracę, dobrze?

— Ależ oczywiście, kochanie. On się bardzo ucieszy. Połóż się faktycznie, bo się jeszcze pochorujesz. Wygrzej się porządnie.

Eileen z ulgą zamknęła za sobą drzwi swojego pokoju. Obrazy z przeszłości znowu ją dopadły. Mały braciszek ufnie wyciągający do niej rączki. Wszyscy go tak bardzo kochali. Ojciec był taki dumny. A potem nadszedł ten dzień — dzień, w którym zawalił się ich cały świat. Eileen czuła, że ją obwiniają — i tak jak matka z czasem wybaczyła córce, tak ojciec nigdy do końca nie potrafił jej tego zapomnieć. Ani tym bardziej przebaczyć.

„Byle do poniedziałku” — myślała, kładąc się na łóżku.

Sama nie wiedziała dlaczego, ale bała się dziś zgasić światło i pozostać w ciemnościach. Postanowiła więc spać przy zapalonej lampie.

*

Kolejne dni spędzała na przygotowaniach. Jej matka pochwaliła się wszystkim sąsiadom, że jej córka dostała tak dobrą pracę, w posiadłości rodziny Mongrainów, u znamienitego rodu. Tego zaszczytu dostąpili tylko nieliczni. Właściwie to nikt nie wiedział, ile dokładnie służby pracuje w pałacu. Ludzie rozpowiadali między sobą plotki, że jest tam tylko jeden lokaj, inni mówili, że jeszcze jest kucharka, bo przecież kucharka zawsze musi być. Eileen wiedziała już, że jest pani Brent i kucharka Oberly, stróż i dziewczyna, która pomaga w kuchni. Reszty miała dowiedzieć się wkrótce. Obiecała, że gdy tylko będzie mogła odwiedzić rodziców, opowie wszystko ze szczegółami.

Matka uszyła jej nowy fartuch. Eileen sama nie wiedziała, skąd wzięła na to materiał. Trochę kupiła, trochę zebrała z resztek i oto wyszedł całkiem ładny, czysty fartuch, w którym dumnie mogła rozpocząć pracę w tym zupełnie dla niej nowym świecie. Bawełniany czepek wyprała ze trzy razy, aby za bardzo nie odróżniał się od nowego fartucha.

Strój pokojówki do tanich nie należał. Eileen udało się na niego zapracować już dawno temu, kiedy rozpoczynała swoją pierwszą pracę. Niedługo się nią jednak nacieszyła i strój trafił do szafy, gdzie czekał cierpliwie na swoją drugą szansę.

W niedzielne popołudnie spotkała się jeszcze ze swoją przyjaciółką Katie. Rozmawiały o nowej pracy Eileen, o tym, że nie będą się już widywać i że będą pisać do siebie długie listy. Katie miała dokładnie opowiadać o życiu w miasteczku, a Eileen obiecała zdradzić, co kryje się za wielkim murem odgradzającym posiadłość od reszty świata i jacy ludzie tam mieszkają. Katie wręcz piszczała z podekscytowania.

— Strasznie ci zazdroszczę — mówiła.

— Miałam nieco szczęścia, ale też sporo odwagi, aby przebyć sama las w taką pogodę.

— Też bym dała radę, dla mnie to nic nadzwyczajnego — stwierdziła lekko nadąsana Katie. — Gdybym tylko wiedziała, że w pałacu szukają kogoś do pracy… — Spojrzała z wyrzutem na przyjaciółkę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 36.25