E-book
10.97
drukowana A5
36.25
Czerwona Wstążka

Bezpłatny fragment - Czerwona Wstążka


Objętość:
275 str.
ISBN:
978-83-8126-434-1
E-book
za 10.97
drukowana A5
za 36.25

Dla moich Rodziców

ROZDZIAŁ 1
Za bramą

Eileen brnęła przez zaspy z typową dla siebie determinacją. Śnieg padał nieprzerwanie od dwóch dni, co dla przedzierającej się przez las dziewczyny było katastrofą.

„Nie mogę teraz zawrócić, to wcale nie jest tak daleko” — myślała z niepokojem, patrząc na swoje przemoknięte buty.

Bardziej jednak bała się drogi powrotnej. Wiedziała, że będzie się już ściemniać, a wtedy prawdopodobnie zgubi się w gęstwinie tak samo wyglądających krzaków i drzew. Ślady jej stóp już dawno będą zasypane, nie mogła więc liczyć na to, że wróci po nich bezpiecznie do domu. Przez chwilę przeszła ją myśl, że może państwo Mongrainowie zaproponują jej odwóz, nie pozwolą iść samej przez las, kiedy będzie już całkiem ciemno. Jednak szybko wróciła na ziemię, słysząc w głowie głos swojego ojca: „Nie rozśmieszaj mnie dziecko. To są zamożni ludzie, nie podwożą służby, to tak nie działa”.

Szła więc dalej, modląc się w duchu, aby nie odmrozić sobie stóp, bowiem jej obuwie było już mocno znoszone i całe przemoknięte. Kiedy w końcu w oddali zobaczyła słabe światło stróżówki, zebrała resztki sił i podbiegła do drzwi. Zapukała z całej siły, rozglądając się przy okazji dookoła. Wysoki mur oddzielał las od prywatnych terenów państwa Mongrainów. Naturalnie las poza murem również do nich należał, jednak widocznie bardzo zależało im, aby chronić swoją prywatność przed niepożądanymi gośćmi.

Drzwi otwarły się z głośnym skrzypnięciem i na progu stanął wysoki mężczyzna z siwym zarostem i niedbale zawiniętym szalikiem wokół szyi. Jego półdługie włosy sterczały we wszystkie strony, a małe oczy zwęziły się, jakby starał się dostrzec, kim jest przybysz.

— Nazwisko? — zapytał bez zbędnej uprzejmości.

— Eileen Coil — odpowiedziała cicho, drżąc z zimna.

— Muszę sprawdzić na liście. Niech tu zaczeka. — Mężczyzna odwrócił się i wszedł do chaty.

Przez uchylone drzwi dziewczyna zobaczyła rozpalony kominek, od którego nie mogła oderwać wzroku. Przytulne ciepło zachęcało, by wejść do środka. Zdobyła się więc na odwagę i nieśmiało zapytała:

— Przepraszam, czy ja mogłabym… Jak będzie pan sprawdzał… Jest mi tak strasznie zimno… Tylko na chwilkę.

Mężczyzna niechętnie uchylił drzwi nieco szerzej.

— Niech wejdzie.

Ciepło ogarnęło ją z każdej strony. Poczuła się tak błogo i przyjemnie, że miała ochotę usiąść i po prostu tam zostać. To nic, że człowiek ten nie był ani grzeczny, ani sympatyczny, a w stróżówce, delikatnie mówiąc, panował chaos. Brudne naczynia, resztki jedzenia na stole, a do tego niepościelone łóżko, na którym leżał pies. Pewnie w zamyśle właściciela miał być psem obronnym i alarmować, gdy ktoś niepożądany zbliża się do bramy. On jednak na widok Eileen tylko dźwignął łeb, beztrosko pomachał ogonem i wrócił do swojej drzemki. Najgorszy jednak w tym wszystkim był odór stęchlizny, który przesiąknął wszystkie meble i sprzęty znajdujące się w chacie. A także jej mieszkańców.

— Głupia lista, nie wiem, po co to komu. Szczerze mówiąc, i tak nie wierzyłem, że którakolwiek z was tu przyjdzie, dlatego za bardzo się tym świstkiem papieru nie przejąłem i teraz nie pamiętam, gdzie go rzuciłem… Tu nie ma… To nie to… — mruczał do siebie pod nosem mężczyzna. — Jest! Mów mi, dziecko, jak się nazywasz, bo już zdążyłem zapomnieć…

— Coil, Eileen — powtórzyła nieco zniecierpliwiona dziewczyna.

— Jesteś tu, faktycznie. Możesz więc przejść. Chodźmy. — Ponaglił ją.

Wyszli na zewnątrz, gdzie zamieć ponownie uderzyła w nich z całą siłą. Eileen miała ochotę zawrócić. Droga przez zaspy była straszna, bała się, że nie zdąży przed zmrokiem. Do tego ten człowiek zrobił na niej już na wstępie niemiłe wrażenie. Może to, co mówią ludzie z miasta, jest prawdą? Może ta rodzina rzeczywiście jest dziwna i niesympatyczna, skoro już przy bramie goście spotykają się z tak chłodnym przyjęciem?

— Zamelduj mi się, jak będziesz wracać.

— Po co? — zapytała niezbyt grzecznie.

— Żebym miał pewność, że sobie stąd poszłaś — odparł równie niemiło stróż.

Minął ją i przekręcił klucz w mosiężnej bramie. Skrzypnięcie rozdarło ciszę panującą w lesie. Eileen miała wrażenie, że wchodzi do więzienia, że zostawia za sobą beztroski, bezpieczny świat. Jej obawy rosły z minuty na minutę. Zawahała się. Odwróciła głowę i spojrzała na niego.

— Do zobaczenia — powiedziała.

Zrobiła to tylko dlatego, że liczyła na to, iż mężczyzna pozwoli jej się chwilę ogrzać, kiedy będzie wracała.

*

Szła szeroką, zaśnieżoną drogą, wzdłuż której rosły wysokie drzewa. Trudno jej było stwierdzić, jaki to gatunek. W tej chwili nawet jej to nie interesowało. Jej uwagę przykuła samotna latarnia, która nocą pewnie dawała nadzieję, że dom jest już blisko. Jak latarnia morska sygnalizowała prawidłowy kurs. Idź w stronę światła. Tam jest dobrze, tam będzie ciepło. Po chwili zobaczyła kolejną, potem następną. Minęła zakręt i nagle jej oczom ukazała się posiadłość państwa Mongrainów.

Na ten widok Eileen przystanęła. Droga przyprowadziła ją od strony północnej budynku, który wyglądał nieco niesymetrycznie. Na tyle, na ile była w stanie ocenić, przypominał kształtem literę L. Stanęła przed krótkim, murowanym mostem, pod którym płynęła fosa — woda w niej była teraz całkowicie zamarznięta. Podchodziła pod same mury pałacu, natomiast po prawej stronie mostu wpadała do ogromnego jeziora, również pokrytego lodem.

Przechodząc przez most, minęła na wpół zasypaną śniegiem rzeźbę, zapewne któregoś ze świętych, ponieważ udało jej się dostrzec krzyż trzymany przez postać w prawej ręce. Zdobny kamienny murek biegł wzdłuż podjazdu, tworząc piękny taras, na którego środku, tuż na wprost drzwi wejściowych, znajdowało się zejście do jeziora. Dziewczyna spojrzała w górę i poczuła, jak jej serce przyspiesza. Doliczyła się czterech wież, z czego największa była usytuowana po stronie południowej pałacu. Wszystkie z nich miały liczne zdobienia, rzeźby oraz różnorodną elewację. Orły, głowy dzików i wilków oraz gryfy zdobiły najwyższe stopnie wież i dachu. Poniżej można było dopatrzeć się podobizn rycerzy, niewiast, natomiast szczególną uwagę Eileen przykuł krasnolud, na którego plecach opierała się wnęka okienna. Pałac był mieszaniną stylów: neogotyku, klasycyzmu francuskiego oraz bardzo popularnego w obecnym czasie angielskiego stylu Tudorów. Wyglądał zjawiskowo.

Eileen podeszła bliżej podjazdu i głównego wejścia. Odwróciła się i zrozumiała już, czemu nazywano go „pałacem na wodzie”. Zamarznięta tafla rozciągała się poza zasięg jej wzroku. Nie mogła dostrzec ani jej początku, ani końca. Śnieg sypał zbyt gęsto. Wejście główne znajdowało się pod trzykondygnacyjnym portykiem. Jednakże nie mogła tędy wejść, wiedziała, że musi znaleźć wejście dla służby. Napisano to wyraźnie w liście, który dostała. Było to dość niezwykłe, ponieważ spodziewała się rozmowy z panią domu, a co za tym idzie — jako zaproszony gość powinna zostać wpuszczona wejściem frontowym.

Rozejrzała się i po prawej stronie zobaczyła wąską ścieżkę prowadzącą za budynek. Intuicyjnie skierowała się w tę stronę i był to dobry wybór, tam właśnie bowiem znajdowało się wejście dla służby. Zadzwoniła, modląc się, aby jak najszybciej wpuszczono ją do środka. Chwilę trwało, nim drzwi powoli się otworzyły.

— Kto tam? — Eileen zobaczyła niską, pulchną kobietę z czepkiem na głowie i brudnym fartuchem obwiązanym w pasie. Od razu przyszło jej do głowy, że to pewnie kucharka.

— Nazywam się Eileen Coil, przyszłam w sprawie pracy. Byłam na dzisiaj umówiona.

— Wejdź, dziecko, tylko szybko, bo śniegu mi naniesiesz. Zaczekaj tu. — Kobieta zamknęła drzwi i zniknęła w korytarzu.

W pomieszczeniu panował półmrok, w domu było dziwnie cicho. Starsza pani pojawiła się po chwili i powiedziała:

— Chodź ze mną.

Eileen posłusznie udała się za tą dziwną kobietą. Miała pewne obawy po spotkaniu ze stróżem, jednak ta osoba sprawiała wrażenie zupełnie neutralnej, wręcz nijakiej. Jakby myślami błądziła daleko, a nowo przybyła dziewczyna nie interesowała jej wcale. Kobieta zapukała do drzwi, przed którymi stanęły, i powiedziała ze dwa słowa do kogoś wewnątrz pokoju.

— Możesz wejść — mruknęła, po czym odeszła, nie obdarzywszy Eileen nawet jednym spojrzeniem.

— Zapraszam. — Dziewczyna usłyszała niski kobiecy głos.

Weszła do schludnego, skromnie urządzonego pokoju. Surowy — to słowo pasowało do niego najbardziej. Surowy i zimny. Jakby nikt w nim nie mieszkał, jakby był tylko pokojem gościnnym. Były tam łóżko, szafa oraz stół, na którym leżało kilka kopert, a koło niego stały dwa krzesła. Za stołem siedziała kobieta, która swoim wyglądem idealnie pasowała do całego wnętrza. Mysi kolor włosów zlewał się z szafą, a bladość cery idealnie korespondowała z bielą ścian. Eileen przemknęło przez myśl, że kobieta ta nigdy nie widziała słońca na oczy. Miała pociągłą twarz, a jej wąskie usta sprawiały, że wyglądała na zawziętą. Włosy miała upięte w kok, a czarną, prostą suknię — zapiętą pod samą szyję. Jedynie oczy były niebieskie, jak morze w słoneczny dzień. Nie pasowały do niej, jakby je komuś ukradła.

— Nazywam się Rosamund Brent i zarządzam służbą. Proszę usiąść. — Kobieta wskazała jej krzesło.

— Eileen Coil — przedstawiła się niepewnie dziewczyna.

— Wiem — odpowiedziała oschle pan Brent. — Przyszłaś w sprawie pracy pokojówki, zgadza się?

— Tak, proszę pani.

— Pisałaś, że pracowałaś już kiedyś na tym stanowisku.

Eileen wzięła głęboki oddech, chciała wypaść jak najlepiej.

— Tak, proszę pani. Parę lat temu pracowałam w pewnym domu, wprawdzie nie tak wielkim jak ten, ale wiem, na czym polega praca pokojówki. Od dziecka pomagam też w moim rodzinnym domu, więc żadne prace, zarówno przy domostwie, jak i jego obejściu, nie są mi obce.

— Dlaczego już tam nie pracujesz?

— Proszę wybaczyć, ale nie wiem, czy mi wypada…

Kobieta spojrzała na nią chłodno.

— Nie interesują mnie sprawy twoich byłych pracodawców. Chcę tylko wiedzieć, czy zwolniłaś się sama, czy to ciebie zwolniono.

— Mnie zwolniono. Właściwie to większość służby wtedy zwolniono… — Eileen nie była pewna, czy przyznanie, że jej poprzedni pracodawcy popadli w tarapaty finansowe, nie będzie nietaktem.

— Mieszkasz z rodziną? — Gospodyni niespodziewanie zmieniła temat.

— Tak, proszę pani, z rodzicami.

— Masz rodzeństwo?

— Nie, proszę pani, jestem tylko ja, dlatego obowiązków mam bardzo dużo i staram się jak najbardziej odciążyć rodziców.

— A kto im będzie pomagał, jeśli ty dostaniesz pracę tutaj?

Eileen przygryzła wargę, nie była przygotowana na takie pytanie. Po chwili ciszy zaczęła niepewnie:

— Potrzebujemy pieniędzy, proszę pani… Dlatego muszę pracować. W naszym miasteczku nie ma zbyt wiele do roboty. Ojciec pracuje jako stolarz, matka jest krawcową, ja też się trochę uczyłam szycia…

— Więc dlaczego nie poszłaś w ślady matki? — przerwała jej nagle kobieta.

— Chciałam, ale tak jak już powiedziałam, nie ma zbyt wiele pracy. Mój ojciec bardzo się ucieszył, kiedy przeczytał list od państwa.

Nastąpiła chwila milczenia, podczas której Rosamund wyglądała, jakby analizowała każde słowo, jakie ma zamiar wypowiedzieć.

— Masz małe doświadczenie. Do tego nie masz żadnych referencji. To nie świadczy o tobie dobrze — powiedziała powoli, na co Eileen zrobiło się gorąco.

— Wiem, jak to wygląda, ale proszę mi wierzyć, niczego złego nigdy nie zrobiłam. Pracowałam najlepiej, jak potrafiłam. Pani była ze mnie zadowolona.

— Więc dlaczego nie dała ci referencji? — ciągnęła ten temat kobieta.

Dziewczyna zawahała się. Nie chciała bowiem powiedzieć, że jej poprzednia pracodawczyni popadła w obłęd z powodu długów swojego męża i z dnia na dzień zwolniła większość służby, bez podawania powodu i bez referencji. Spuściła więc wzrok, nerwowo skubiąc skórki wokół paznokci. Pani Brent przewróciła oczami, dając tym samym znak, że się poddaje.

— Widzę, że dyskrecja jest twoją mocną stroną. To dobrze — podsumowała. — W tym domu jest wiele roboty. Będziesz pracowała od zmierzchu do świtu…

— Ja nie mam nic przeciwko temu! — wtrąciła entuzjastycznie Eileen.

— Zasada numer jeden: nie przerywaj, kiedy ktoś do ciebie mówi. — Rosamund zmierzyła ją chłodnym wzrokiem.

— Przepraszam — odpowiedziała speszona.

— Zasada numer dwa: nigdy nie odzywaj się pierwsza. Niedopuszczalne jest, abyś zabierała głos nieproszona. Zasada numer trzy, myślę, że jasna, ale warta przypomnienia: masz być dyskretna. Nie ma nic gorszego niż plotkująca pokojówka. Za nieprzestrzeganie tej zasady zostaniesz natychmiastowo zwolniona, w tej kwestii nie ma dyskusji. Wszystko, co usłyszysz bądź zobaczysz, zostaw dla siebie, wymaż z pamięci, zapomnij. Zasada numer cztery: nie rzucaj się w oczy. Dobra służąca to taka, której nie widać, pomimo że stoi obok. Masz pracować szybko i cicho. Zasada numer pięć: bądź punktualna. Kiedy zadzwoni dzwonek w którymś z pokoi, masz dwie minuty, aby być pod właściwymi drzwiami. Zasada numer sześć: wykonuj moje polecenia. Bezpośrednio będziesz podlegać mnie. To ja zdecyduję, czy należy ci się dzień wolny lub chwila odpoczynku. Ze mną się nie dyskutuje, zapamiętaj to sobie. Zasada numer siedem: masz być zawsze czysta i schludna. W innym przypadku nie wpuszczę cię do pokoi, a co za tym idzie — zostaniesz zwolniona. Rozumiem, że masz swój własny strój?

— Oczywiście — odpowiedziała śpiesznie dziewczyna. Rosamund skinęła głową, po czym kontynuowała:

— Zasada numer osiem: wykonujesz wszystkie polecenia państwa. Bez dyskusji. Nie musisz ich konsultować ze mną, jednak po ich wykonaniu masz mnie o tym informować. Zasada numer dziewięć: pomagasz w kuchni. Pani Oberly czasem będzie zlecała ci niektóre zadania, przygotowanie produktów do posiłków, zaparzenie herbaty i tym podobne. Zasada numer dziesięć: nie zadajesz pytań, nie zastanawiasz się ani nad sensownością poleceń, ani nad ich moralnością. Wykonujesz, co ci kazano. Czy coś jest niezrozumiałe? To twoja jedyna okazja do zadawania pytań.

Eileen siedziała jak zahipnotyzowana. Miała ich tyle w głowie, że nie wiedziała, od którego zacząć, jednocześnie odnosiła wrażenie, że nie będą mile widziane. Poczuła ucisk na skroniach i zaczęło ją mdlić. Uznała jednak, że jeśli nie zada żadnego pytania, będzie to oznaczało, że nie słuchała. Wybrała w końcu jedną kwestię, której nie do końca rozumiała:

— Nad moralnością? Czy to znaczy, że mam wykonywać… niemoralne zadania?

Rosamund uśmiechnęła się lekko. Był to ironiczny uśmieszek, który pokazywał jej wyższość.

— Nie zlecę ci niczego, co byłoby niezgodne z prawem lub moralnie potępiane. Chodzi mi bardziej o drobnostki. W tak wielkim domu jest wiele marnotrawstwa. Z moralnego punktu widzenia powinniśmy resztki jedzenia oddawać ubogim, my je wyrzucamy lub palimy.

— Czy będę mogła takie resztki czasem zanosić rodzicom? Jeśli mają zostać wyrzucone…

— Nie praktykujemy takich zwyczajów — ucięła szybko jej pytanie pani Brent, mierząc dziewczynę wzrokiem. Jej jasne oczy były piękne i zimne zarazem.

Tymczasem Eileen zdobyła się na poruszenie innej kwestii:

— Powiedziała pani, że muszę zarówno usługiwać domownikom, jak i pomagać w kuchni oraz wykonywać inne rzeczy w domu. Na jakim więc stanowisku będę zatrudniona?

— Pokojówka, służąca, pokojowa… — wymieniła. — W tym domu służba musi być wszechstronna.

— Czyli poza mną oraz panią, która mnie wpuściła, nie ma nikogo do pomocy?

— Jest jeszcze jedna dziewczyna, posługaczka. Pomaga głównie w kuchni, staram się jej nie wpuszczać na górę. — W głosie pani Brent Eileen wyczuła pogardę. — Było kilka dziewcząt umówionych na rozmowę, ale niestety dotarłaś tylko ty. Widocznie ty jako jedyna byłaś na tyle zdeterminowana, aby przedrzeć się przez tę zamieć. — Eileen wyczuła, że pani Brent miała w myślach słowo „zdesperowana”, jednakże postanowiła odwołać się do determinacji, co brzmiało bardziej pozytywnie. — Tak więc musisz wykonywać każdą robotę, jaką ci zlecę — podsumowała gospodyni.

— Czy to oznacza, że chce mnie pani zatrudnić? — zapytała niepewnie dziewczyna.

— Na to wygląda, jeśli oczywiście odpowiadają ci moje warunki.

— No tak… warunki. — Eileen zmieszała się, co nie uszło uwadze gospodyni.

— Proponuję dwadzieścia funtów i dziesięć szylingów rocznie — powiedziała i od razu wyczytała z twarzy dziewczyny, że nie tego się spodziewała. Nie czekając więc na jej pytanie, od razu wytłumaczyła: — Twoje doświadczenie jest bardzo małe, do tego miałaś kilka lat przerwy, podczas których pracowałaś głównie w domu. Czy uważasz moją ofertę za niesprawiedliwą? — Stanowczość jej głosu sugerowała tylko jedną odpowiedź.

— Ależ nie. Zgadzam się na pani warunki.

— Cieszę się.

Tymi dwoma słowami pani Brent zakończyła rozmowę i wstała od stołu. Eileen również się podniosła.

— Zaczniesz od poniedziałku. Przynieś ze sobą tylko niezbędne rzeczy, nie mamy tutaj nawyku zagracania pokoi zbędnymi bibelotami.

„Doprawdy?” — pomyślała ironicznie Eileen, omiatając raz jeszcze wzrokiem pokój pani Brent.

— Proszę za mną do wyjścia. — Rosamund ruszyła pierwsza, a klucze przyczepione do jej sukni pobrzękiwały w rytm jej kroków.

Jeszcze raz przeszły przez ciasny, cichy korytarz, mijając po drodze kuchnię, w której uwijała się pulchna kucharka. Nawet ich nie zauważyła, pochłonięta swoimi myślami.

— Do zobaczenia, dziękuję za rozmowę. — Eileen siliła się na uśmiech.

— W poniedziałek z samego rana staw się do pani Oberly, w razie gdyby mnie jeszcze nie było w kuchni. Przyjemnego powrotu — powiedziała nieco złośliwie i otworzyła drzwi, przez które wdarł się do środka mroźny wiatr, niosący ze sobą puszysty śnieg.

Eileen na ten widok poczuła straszne zmęczenie. Miała ochotę już tam pozostać, zacząć pracę, jak gdyby nigdy nic, tylko niech nie każą jej brnąć w tym śniegu przez las. Do tego zaczynało się ściemniać.

„Nie ma co czekać. Im prędzej ruszysz, tym szybciej znajdziesz się w domu, w ciepłym łóżku” — dodała sama sobie otuchy, po czym ruszyła przed siebie.

*

Po mniej więcej dziesięciu minutach marszu w głębokim śniegu zobaczyła światło stróżówki.

„Nareszcie! Ciepła przystań” — pomyślała i przyspieszyła kroku.

Kiedy znalazła się przy bramie, była kompletnie przemoknięta i zziębnięta. Śnieg sypał gęsto, osiadał jej na rzęsach i wpadał do oczu. Resztkami sił dotarła do wejścia i rozpaczliwie chwyciła za klamkę, jednak niemile się rozczarowała. Brama była zamknięta. No tak! Przecież ten człowiek otwierał ją kluczem. Dlatego powiedział, że ma się zameldować przy powrocie. Tylko jak? Wprawdzie stróżówka przylegała do bramy, ale na stronę posiadłości wychodził jedynie mur. Okna i drzwi znajdowały się po drugiej stronie. Mogłaby spróbować wołać, jednak wyjący wśród drzew wiatr na pewno by ją zagłuszył. Rozejrzała się rozpaczliwie dookoła i zobaczyła na ścianie chatki mosiężny dzwonek. A więc to jest ten sposób! Złapała za sznurek i pociągnęła z całych sił. Wśród gęstwiny nagich drzew i zawodzenia wiatru rozległ się taki hałas, że aż leniwy pies stróża zaczął szczekać. Po chwili zobaczyła mężczyznę wychodzącego z budynku z pękiem kluczy w ręce. Usłyszała głośny zgrzyt zamka i już była wolna.

— Szybko się panienka uwinęła. Jeszcze nawet nie jest całkiem ciemno. — Stróż z powrotem przekręcił klucz w zamku.

— Czy ja mogłabym… na chwilę tylko wejść… ogrzać się trochę? Nie czuję stóp.

Ociągając się, mężczyzna otworzył drzwi swojego skromnego domu. Eileen wpadła do środka, gdzie została powitana przez spokojnego już psa. Nie wiedziała za bardzo, co powinna powiedzieć. Dziwnie było tak stać bez słowa.

— Nie boi się pan tutaj sam mieszkać? — zadała pierwsze pytanie, jakie przyszło jej do głowy.

— Eeee… — Mężczyzna machnął ręką. — A co mnie tutaj może spotkać? Lis? Dzik?

Dziewczyna spojrzała na niego zdziwiona.

— Ale nie brakuje panu ludzi? Nie ma pan się nawet do kogo odezwać.

— Mam tutaj tego, o! — powiedział i wskazał ręką na psa. — Z nim to ja sobie rozmawiam cały czas, wdzięczny słuchacz. Ludzi mi nie brakuje, wręcz przeciwnie — cieszę się, że mam z nimi minimalny kontakt. Ludzie są podli, kłamliwi i chciwi. Nie tęsknię za nimi.

— Przykro mi, że pan tak uważa. Cóż… Niestety będzie miał pan jednego człowieka więcej do oglądania. Dostałam pracę w domu państwa Mongrainów.

Mężczyzna, nic nie mówiąc, odwrócił się w kierunku kominka i zaczął rozcierać zmarznięte ręce. Eileen nie rozumiała, dlaczego tak nagle zamilknął. Ciągnęła więc dalej:

— Ale proszę się nie martwić, ja naprawdę nie zamierzam się panu narzucać. Swoją drogą, mam nadzieję, że na razie nie będę zbyt często musiała opuszczać posiadłości. Ta pogoda jest okropna i droga przez las jest niezwykle męcząca.

— Dlaczego chcesz u nich pracować? — zapytał nieoczekiwanie.

— Bo chciałabym pomóc rodzicom, muszę mieć jakiś dochód.

— Mało to roboty w mieście?

— Bardzo mało. Ledwo wiążemy koniec z końcem. Cieszę się, że udało mi się dostać tę pracę. Mam nadzieję, że będę zadowolona. Pan jest?

— Że co? — zapytał, jakby nie zrozumiał pytania.

— Czy jest pan zadowolony z pracy u państwa Mongrainów? Dobrze pana traktują? Płacą na czas?

Mężczyzna nieoczekiwanie odszedł od kominka i skierował się w stronę drzwi.

— Najwyższa pora, abyś już sobie poszła. Ogrzałaś się, a do miasta nie jest aż tak daleko. Za niecałą godzinę będziesz pewnie w domu.

Otworzył drzwi, unikając jej wzroku. Eileen niepewnie ruszyła do wyjścia, nieszczęśliwa, że znowu musi brnąć w zaspach, do tego po ciemku. Przeliczyła się z czasem. Następnym razem już to sobie lepiej rozplanuje. Byle tylko dotrzeć do domu.

— Dziękuję panu za możliwość ogrzania się, panie…

— Abbott. Isaac.

— Panie Abbott. I do zobaczenia w poniedziałek. — Dziewczyna wyszła z domu i skierowała się zasypaną drogą w stronę ciemnego lasu.

Isaac nie był zbyt pobożny. Modlił się okazjonalnie, zwykle żegnał się, gdy dochodziły go jakieś złe wieści. Przystosował się do życia w samotności i nie przepadał za ludźmi. Tej dziewczyny też najchętniej nie wpuściłby za próg swojego domu, nie chciał jej jednak mieć na sumieniu, jeśli zamarzłaby gdzieś po drodze. Teraz stał i patrzył za nią, jak odważnie brnie przez zamieć, i w głowie miał tylko jedną myśl: „Dlaczego ja to robię?”. Przeżegnawszy się, wszedł do domu i zamknął drzwi na klucz.

ROZDZIAŁ 2
Przygotowania

— Boże jedyny, dziecko! Nareszcie jesteś! — Matka Eileen już od godziny stała w oknie pełna złych obaw. — Czekaliśmy z ojcem na ciebie wystraszeni, że coś ci się po drodze stało.

— Nie było to łatwe. Sama się bałam. Mogłam wyjść wcześniej. Na przyszłość będę już wiedziała. A gdzie tata?

— Ach, zawołał go przed chwilą stary Bennett, krzesło mu się złamało czy jakoś tak. Wiesz, że ten stary pijak bełkocze tak, że trudno go zrozumieć, więc ojciec poszedł z nim. Ale zaraz… — Nagle wróciła matce przytomność umysłu. — Co to znaczy „na przyszłość”? Czyżbyś dostała tę pracę? — Oczy pani Coil zrobiły się jeszcze większe i jeszcze bardziej wypełnione nadzieją.

— Tak, mamo, na to wygląda.

Padły sobie w ramiona, szczęśliwe, że los się wreszcie do nich uśmiechnął.

— Zaczynam od poniedziałku. Muszę się przygotować, spakować. Pewnie rzadko będę bywała w domu… — Na tę myśl Eileen nieco posmutniała.

— Kochanie, nie będziesz przecież na końcu świata. Było nie było, to wciąż ta sama okolica, nie jest wcale tak daleko.

— Tak, wiem. Mam jednak pewne obawy… — Dziewczyna nie wiedziała, czy powinna mówić matce o tym, jak złe wrażenie wywarły na niej rozmowy z panią Brent i stróżem oraz ogólna atmosfera panująca w tej dziwnej posiadłości. Matka patrzyła na nią w napięciu, nieco zaniepokojona. — Mam obawy, że będę tęsknić za wami — dokończyła i uśmiechnęła się lekko.

— My też będziemy za tobą tęsknić, córeczko, ale przecież będziesz dostawała jakieś wolne dni, prawda? W porządnych domach służba dostaje wolne.

— Na pewno nie w pierwszym miesiącu, podobno jest tam dużo pracy, a ja chciałabym się wykazać.

— To zrozumiałe. Niczym się nie martw, na pewno będą z ciebie zadowoleni, a jeśli będziesz tam nieszczęśliwa, to przecież nikt cię na siłę nie zatrzyma. Wtedy wracaj do domu, jakoś sobie poradzimy.

Na matkę zawsze mogła liczyć. Wiedziała, że jej ojciec nie podszedłby do tego tematu tak lekko, on kazałby jej tam zostać, nawet jeśli byłaby niezadowolona. Przecież praca w takim domu to wyróżnienie. Będzie mógł się we wsi pochwalić. Do tego będą mieli dodatkowy pieniądz, a tego im brakowało najbardziej. Miała świadomość, że jeśli podejmie pracę u Mongrainów, to powrotu do domu już nie będzie.

— Zrobię ci herbaty. — Pani Coil postawiła czajnik na ogniu.

Eileen przyjrzała jej się uważnie. Zgarbione plecy, siwiejące włosy, do tego taka chuda. Dotarło do niej, że matka robi się coraz starsza. Jeszcze parę lat i będzie miała trudności z wykonywaniem niektórych czynności w domu. Co wtedy? Kto jej pomoże, kiedy ona będzie mieszkała daleko? Dziewczyna coraz bardziej zatapiała się w swoich czarnych wizjach. Do tego doszły jeszcze bolesne wspomnienia. Matka posiwiała już wiele lat temu, kiedy wydarzyła się ta straszna tragedia. Tragedia, z którą jej rodzina nie potrafi sobie poradzić do dzisiaj. Może dlatego ojciec traktował Eileen tak oschle, na dystans? Miał pretensje, obwiniał ją. Ona to wyczuwała. Gdyby można było cofnąć czas, to czy zachowałaby się inaczej? Poczuła, że ciężko jej się oddycha. Działo się tak za każdym razem, kiedy przypominała sobie tamto wydarzenie. Jakby nagle ktoś położył jej na klatce piersiowej ogromny głaz. Odgoniła od siebie szybko te ponure myśli i biorąc głęboki oddech, postanowiła skupić się na chwili obecnej. Matka podała jej kubek gorącej herbaty.

— Dziękuję, mamo. Ja się już chyba położę, jestem strasznie zmęczona. Kiedy wróci tata, powiedz mu, że dostałam tę pracę, dobrze?

— Ależ oczywiście, kochanie. On się bardzo ucieszy. Połóż się faktycznie, bo się jeszcze pochorujesz. Wygrzej się porządnie.

Eileen z ulgą zamknęła za sobą drzwi swojego pokoju. Obrazy z przeszłości znowu ją dopadły. Mały braciszek ufnie wyciągający do niej rączki. Wszyscy go tak bardzo kochali. Ojciec był taki dumny. A potem nadszedł ten dzień — dzień, w którym zawalił się ich cały świat. Eileen czuła, że ją obwiniają — i tak jak matka z czasem wybaczyła córce, tak ojciec nigdy do końca nie potrafił jej tego zapomnieć. Ani tym bardziej przebaczyć.

„Byle do poniedziałku” — myślała, kładąc się na łóżku.

Sama nie wiedziała dlaczego, ale bała się dziś zgasić światło i pozostać w ciemnościach. Postanowiła więc spać przy zapalonej lampie.

*

Kolejne dni spędzała na przygotowaniach. Jej matka pochwaliła się wszystkim sąsiadom, że jej córka dostała tak dobrą pracę, w posiadłości rodziny Mongrainów, u znamienitego rodu. Tego zaszczytu dostąpili tylko nieliczni. Właściwie to nikt nie wiedział, ile dokładnie służby pracuje w pałacu. Ludzie rozpowiadali między sobą plotki, że jest tam tylko jeden lokaj, inni mówili, że jeszcze jest kucharka, bo przecież kucharka zawsze musi być. Eileen wiedziała już, że jest pani Brent i kucharka Oberly, stróż i dziewczyna, która pomaga w kuchni. Reszty miała dowiedzieć się wkrótce. Obiecała, że gdy tylko będzie mogła odwiedzić rodziców, opowie wszystko ze szczegółami.

Matka uszyła jej nowy fartuch. Eileen sama nie wiedziała, skąd wzięła na to materiał. Trochę kupiła, trochę zebrała z resztek i oto wyszedł całkiem ładny, czysty fartuch, w którym dumnie mogła rozpocząć pracę w tym zupełnie dla niej nowym świecie. Bawełniany czepek wyprała ze trzy razy, aby za bardzo nie odróżniał się od nowego fartucha.

Strój pokojówki do tanich nie należał. Eileen udało się na niego zapracować już dawno temu, kiedy rozpoczynała swoją pierwszą pracę. Niedługo się nią jednak nacieszyła i strój trafił do szafy, gdzie czekał cierpliwie na swoją drugą szansę.

W niedzielne popołudnie spotkała się jeszcze ze swoją przyjaciółką Katie. Rozmawiały o nowej pracy Eileen, o tym, że nie będą się już widywać i że będą pisać do siebie długie listy. Katie miała dokładnie opowiadać o życiu w miasteczku, a Eileen obiecała zdradzić, co kryje się za wielkim murem odgradzającym posiadłość od reszty świata i jacy ludzie tam mieszkają. Katie wręcz piszczała z podekscytowania.

— Strasznie ci zazdroszczę — mówiła.

— Miałam nieco szczęścia, ale też sporo odwagi, aby przebyć sama las w taką pogodę.

— Też bym dała radę, dla mnie to nic nadzwyczajnego — stwierdziła lekko nadąsana Katie. — Gdybym tylko wiedziała, że w pałacu szukają kogoś do pracy… — Spojrzała z wyrzutem na przyjaciółkę.

— Wiesz, że państwo Mongrainowie sami rozesłali listy do wybranych osób. — Eileen przypominała sobie okoliczności zatrudnienia w pałacu. — Mój ojciec wykonywał kiedyś dla nich jakieś prace. W liście podkreślili, że byli bardzo zadowoleni z jego usług, a teraz proszą o polecenie kogoś zaufanego do pracy na stanowisko pokojówki. Z tego, co powiedziano mi w pałacu, było kilka dziewcząt umówionych na rozmowę. Widocznie więc wysłali listy również do innych sprawdzonych osób. — Eileen spojrzała na zawiedzioną minę przyjaciółki. — Przykro mi, że nie było ogłoszenia w prasie i że nie mogłyśmy pójść tam razem — skłamała.

— Wydaje mi się jednak, że mogłaś mi o tym powiedzieć. Skoro prosili o polecenie zaufanych osób, równie dobrze twój ojciec mógł polecić i mnie. Zna mnie przecież od dziecka — powiedziała z wyrzutem.

Eileen zmieszała się nieco. Nie wiedziała, jak wybrnąć z tej sytuacji. Ojciec od razu stwierdził, że trzeba trzymać gębę na kłódkę i nie wolno rozpowiadać o tym nikomu w mieście, bo nie wiadomo, kto jeszcze dostał taki list i ile dziewcząt się zgłosi do tej pracy. Oczywiste było, że każda jedna osoba to dodatkowa konkurencja. Próbował nawet w miasteczku podpytywać znajomych, którzy też mieli córki, czy może słyszeli o jakiejś ofercie pracy dla młodych dziewcząt. Oni jednak kręcili przecząco głowami.

„Cwane lisy, nawet jeśli który dostał list, to nikt się przyznać nie chce” — pomyślał i doszedł do wniosku, że lepiej tego tematu nie drążyć.

Pan Coil opowiadał Eileen o tym, jak to kiedyś był w pałacu, ale to było bardzo dawno temu — upłynęło prawie trzydzieści lat. Pamiętał to jednak tak dobrze, jakby od tego czasu minęła zaledwie chwila. Naprawiał ogromny kredens, w którym zepsuły się drzwiczki. Nie zobaczył wtedy nikogo z domowników, poza starym lokajem, który wskazał mu mebel do naprawy. On pamiętał tę wizytę z wiadomych względów, dla niego było to coś niecodziennego. Czy oni byli w stanie pamiętać jego? Prostego stolarza, który był u nich zaledwie raz, i to właściwie na moment?

Było to nieco zastanawiające, jednak w poczuciu pewności siebie uznał, że jest tak dobry w swoim fachu, że musieli go zapamiętać. Drzwiczki naprawił w mgnieniu oka. Może nie była to typowa stolarska robota, ale obiecano mu wtedy sowitą zapłatę, dlatego się przyłożył.

Eileen zastanowiła się chwilę, co powiedzieć przyjaciółce, po czym zaczęła powoli:

— Katie, wiesz przecież, że u nas jest bardzo ciężko z pieniędzmi. Bardzo mi na tej pracy zależało, chociaż mojemu ojcu chyba bardziej. Modliliśmy się o taką szansę jak ta. Bardzo się bałam, że będzie duża konkurencja… — Widząc jednak, że nie przekona tym przyjaciółki, szybko dodała: — Poza tym chorowałam wtedy i właściwie nie wychodziłam z łóżka. Nie miałam nawet, jak z tobą o tym porozmawiać — skłamała, po raz kolejny bez mrugnięcia okiem.

Katie zasępiła się przez moment, jakby rozważała, czy wierzyć przyjaciółce, czy też nie.

— Słyszałam, że oni są dziwni — zmieniła nieoczekiwanie temat.

— Państwo Mongrainowie?

— No a o kim cały czas rozmawiamy? — Katie przysunęła się bliżej swojej przyjaciółki i zniżyła głos, pomimo że wokoło nie było nikogo, kto mógłby je usłyszeć. — Pomyśl, nikt ich nigdy nie widział. Siedzą w tej swojej twierdzy za murem, nie wychodzą do ludzi. Kto tak potrafi żyć? Ja bym nie dała rady. A może oni w ogóle nie istnieją?

— Nie gadaj bzdur. — Eileen wstała z ławki. — Jakby nie istnieli, to kto opłacałby służbę, co?

— Może oni są służbą, rozumiesz? Służba nie istnieje, a kiedy ktoś musi się tam zjawić, to sami udają służbę. — W głowie Katie zaczęły rodzić się coraz to nowe pomysły. Z podniecenia na jej bladej twarzy wykwitły rumieńce.

— Boże, Katie, powinnaś pisać opowieści do gazet! Dla znudzonych panien, w których życiu nic się nie dzieje. — Dziewczyna przewróciła oczami.

— Śmiej się, śmiej. Być może faktycznie napiszę kiedyś książkę. Będą to losy Eileen, która weszła do pałacu i już z niego nie wróciła! — Katie zaczęła przedrzeźniać przyjaciółkę.

— Rób, co chcesz, życzę ci powodzenia. W końcu twoja wybujała wyobraźnia na coś by się przydała. Wracam do domu. Uważaj na siebie, moja droga, i do zobaczenia wkrótce. — Eileen ucałowała koleżankę i skierowała swe kroki w stronę domu.

— Jak będą potrzebowali kogoś jeszcze do pomocy, to powiedz im o mnie! — krzyknęła Katie.

— Oczywiście, kochana! — odpowiedziała jej, z pełną świadomością, że jest to kolejne kłamstwo.

ROZDZIAŁ 3
Pan domu

Nadszedł upragniony poniedziałek i Eileen ruszyła w ponowną drogę przez zaspy, żegnana przez wzruszoną matkę i zadowolonego ojca. Ubrana w długą, czarną suknię czuła się znacznie pewniej i poważniej. Na wierzch zarzuciła swój znoszony płaszcz, oraz otuliła się szczelnie ciepłym szalem.

Nigdy nie była zbyt piękna. Pewnie dlatego nie udało jej się wyjść za mąż. Miała już swoje lata i pogodziła się ze swoim losem. Jej rodzice chyba też. Brązowe włosy, niesforna grzywka, którą zazwyczaj ciężko było ułożyć, szare oczy, długi, lekko zadarty nos, do tego kilka piegów. Nie była brzydka, raczej przeciętna. Do tego zwykle się nie odzywała. W efekcie to jej koleżanki przykuwały uwagę miejscowych chłopców, a ona pozostawała gdzieś w cieniu. Ona i Katie. Być może dlatego się zaprzyjaźniły. W końcu dzieliły ten sam los.

W domu nigdy się nie przelewało, więc cała jej garderoba też była skromna. Ponadto surowe wychowanie wprowadzone przez ojca zrobiło z niej osobę raczej skrytą i małomówną, chociaż w myślach dawała upust wszystkim swoim emocjom. Cała nagromadzona złość, smutek, żal, strach, a czasami radość zostawały w jej wnętrzu. Była mistrzynią ukrywania prawdziwych uczuć, rzadko pozwalała sobie na momenty totalnej szczerości ze światem. Teraz również udawała — udawała szczęśliwą i zadowoloną, głównie po to, aby nie dostarczać matce dodatkowych zmartwień, aby nie widziała ona, jak bardzo jej córka się boi, stresuje i tęskni, chociaż wciąż jeszcze stała w progu rodzinnego domu.

Nie było sensu przedłużać tego momentu, a i w pałacu pewnie nie będą tolerowali jej spóźnialstwa. Nie chciała podpadać pani Brent już pierwszego dnia. Chwyciła więc torbę do ręki i ruszyła w swoją podróż życia, pełna obaw i nadziei.

Po mniej więcej godzinie marszu dotarła do stróżówki. Na myśl o spotkaniu ze starym Abbottem robiło jej się niedobrze, ale wiedziała, że jest to nieuniknione. W końcu to on miał klucz i decydował o tym, kto ma prawo wejść, a kto nie. Zapukała więc do drzwi, które momentalnie się otworzyły, jakby mężczyzna czekał tuż za nimi z ręką na klamce.

— Dzień dobry — powiedziała Eileen.

— Ach, to ty — odpowiedział szorstko. — Dobry jak dobry, bywały lepsze. — Mężczyzna odwrócił się, by zabrać klucze ze stołu.

— Coś się stało? — zapytała Eileen, chociaż wcale jej to nie interesowało. Chciała być po prostu uprzejma.

— Jakieś opryszki kręciły się tu w nocy. Zniszczyli mi drzwi w szopie za domem. Pewnie szukali jedzenia. Na szczęście zapasy trzymam w domu w małej spiżarce.

— Więc to w zasadzie szczęście w nieszczęściu — podsumowała dziewczyna.

Stary Abbott rzucił jej oburzone spojrzenie.

— Mówiłem przecież, że mam zniszczone drzwi od szopy. Cały dzień je będę musiał pewnie naprawiać.

— No tak, to jest… problem. — Eileen chciała sobie już po prostu pójść. Nie miała ochoty nawet na ogrzanie się w jego domu, tak jak ostatnim razem. Dziś nie miała tyle cierpliwości, aby znosić jego humory, i nie było jej aż tak zimno. Śniegu było nadal dużo, lecz chwilowo nie sypał, więc szło się w miarę znośnie. Poza tym chciała zrobić dobre wrażenie w pałacu i przybyć jak najwcześniej.

Brama otwarła się z głośnym skrzypnięciem i chwilę później Eileen była po drugiej stronie muru.

— Do zobaczenia, zapewne niebawem, panie Abbott! — krzyknęła i skierowała się w stronę posiadłości.

*

Tego dnia rezydencja rodziny Mongrainów sprawiała zupełnie inne wrażenie niż jeszcze parę dni temu, kiedy szalała śnieżyca i zapadał zmrok. Teraz było tu jasno, cicho i biało. Eileen ruszyła w stronę kamiennego mostu i na chwilę zatrzymała się na nim. Było tam naprawdę pięknie. Teraz mogła dostrzec więcej szczegółów pałacu: małe okrągłe wieżyczki, ozdobny gzyms, strzeliste okna oraz pnące się po ścianach gałązki, jak przypuszczała, bluszczu. Eileen nigdy wcześniej nie widziała tak okazałej budowli. Gdy spojrzała w górę, zobaczyła, że jest obserwowana przez wyrzeźbione w kamieniu stworzenia. Było w nich coś niepokojącego. Mimo to dziewczyna czuła ogromne podekscytowanie na myśl, że będzie mieszkać w tak pięknym miejscu.

Skierowała szybko swe kroki w stronę wejścia dla służby. Drzwi otwarła jej pani Oberly.

— No, nareszcie jesteś. Wchodź, dziecko — ponagliła ją. — Ja to bym cię najchętniej wzięła do kuchni, ale znając życie, pewnie pani Brent ma dla ciebie inne zadania.

— Owszem, mam. — Z ciemnego korytarza wyłoniła się nagle szczupła postać w czarnej sukni. — Witamy w White Lake Manor.

„White Lake Manor” — powtórzyła w myślach Eileen. „Nie miałam pojęcia, że tak się nazywa”.

Białe jezioro. Jakże ta nazwa pasowała do krajobrazu wokół posiadłości, zwłaszcza teraz, zimą.

Pani Brent skinęła na nową pracownicę, aby ta udała się za nią. Weszły po stromych schodach, aż na trzecie piętro, jeśli Eileen udało się dobrze policzyć. Było to poddasze, gdzie znajdowały się kwatery dla służby. Gdy dotarły do końca korytarza, gospodyni otwarła ostatnie drzwi po prawej stronie i dziewczynie ukazał się jej nowy pokój.

Był skromny, tak jak się tego spodziewała. Znajdowały się w nim łóżko, mała szafa, stolik, krzesło oraz miednica, obok której był dzban. Na stole stała świeca. Okno w dachu dawało nikłe światło. Na bielonych ścianach nie było żadnego obrazka. Zimno przeszyło ją na wskroś. Eileen podziękowała w myślach matce za spakowanie jej grubego szala i dodatkowych rękawiczek. Rozejrzała się po tym nieprzyjemnym pomieszczeniu, a jej wzrok przykuł średniej wielkości kosz stojący pod przeciwległą ścianą.

— To jest twój pokój — poinformowała ją pani Brent. — Rozpakuj się i przebierz, jeśli nie zrobiłaś tego w domu, masz na to dwadzieścia minut, potem zejdź na dół do kuchni. Będę tam na ciebie czekać i powiem, co jest dziś do zrobienia.

Odwróciła się i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Eileen zachciało się płakać. W jednej sekundzie tak okrutnie zatęskniła za rodzicami, że ból ten był niemal odczuwalny fizycznie. Tęskniła za swoim łóżkiem i ciepłem w kominku, za kubkiem gorącej herbaty podanej jej przez matkę, a nawet za surowym spojrzeniem szarych oczu ojca. To wszystko było jej znane, kochane, swojskie. Tutaj była obca, wszystko dookoła było obce i zimne. Postanowiła jednak wziąć się w garść i nie poddawać czarnym myślom.

„Opanuj się. Nie masz dwunastu lat, żeby siedzieć i płakać za mamą. Początki zawsze bywają trudne. Z czasem będzie przecież lepiej” — dodawała sobie otuchy, rozkładając swój skromny dobytek.

Miała zaledwie kilka osobistych rzeczy: szczoteczkę do zębów, grzebień, bieliznę, ciepły szal, rękawiczki oraz spinki do włosów. Postanowiła się pospieszyć i zejść szybciej niż za dwadzieścia minut. Potraktowała to jako pierwszy test. Chciała go zdać celująco. Założyła szybko swój nowy, wykrochmalony fartuch. Miał białe, obszyte falbanami szelki, które krzyżowały się na plecach, dół natomiast był prosty. Na włosy nałożyła czepek, pod który schowała swój misternie ułożony kok. Już miała opuścić pokój, kiedy tajemniczy kosz ponownie przyciągnął jej uwagę. Podeszła i spojrzała do środka.

Było tam kilka kobiecych ubrań, niedbale wrzuconych do środka, ręcznik, szczotka do włosów i parę listów. Eileen bardzo się zdziwiła tym odkryciem, jednak w mig uświadomiła sobie, że traci swój cenny czas. Prawie zbiegła ze stromych schodów, zaledwie po siedmiu minutach od wyjścia Rosamund z pokoju.

Wpadła do kuchni z wypiekami na policzkach. Gospodyni spojrzała na nią surowo. W jej oczach dało się zauważyć raczej dezaprobatę niż podziw, że uwinęła się tak szybko.

— Siadaj. — Wskazała jej krzesło. — Mam nadzieję, że jesteś pojętna, gdyż informacji do zapamiętania jest bardzo wiele. Przedstawię ci służbę oraz domowników, powiem, gdzie znajdują się poszczególne pokoje, czym masz się zająć w pierwszej kolejności oraz gdzie nie powinno cię być, nigdy. — Ostatnie słowo wymówiła z naciskiem.

— Dobrze, proszę pani. — Eileen poczuła dziwne podekscytowanie. Miała dowiedzieć się czegoś o członkach tej tajemniczej rodziny. A więc istnieją naprawdę. Katie i rodzice będą tacy zazdrośni, kiedy im to wszystko opisze.

— Zacznijmy od nas tu na dole. Najważniejsza jestem ja. — Rosamund wyprostowała się na krześle dla podkreślenia swojej pozycji. — Zarządzam całą służbą. Jednak tu, w kuchni, dowodzi pani Oberly. — Wskazała ręką na pulchną kucharkę, która się nawet nie odwróciła, zajęta swoją pracą. — Pani Oberly ma do pomocy naszą posługaczkę Laurę. Przed chwilą wysłałam ją do miasta po sprawunki, ponieważ zimą dostawcy do nas nie docierają. Zwykle załatwia to Abbott, on ma dziś jednak inne rzeczy do zrobienia. No i nasz lokaj Tom Davis, który wykonuje również obowiązki pokojowego. Zwykle pomaga panu Gilbertowi lub usługuje w jadalni, podając posiłki. Przejdźmy do domowników. — Eileen czekała na to z niecierpliwością. — Jeśli chodzi o rodzinę Mongrainów, naturalnie jest lord Edward, nestor rodu i właściciel rezydencji. Mieszka w pokojach na pierwszym piętrze, w południowym skrzydle, często przebywa na dole w bibliotece. Najstarszy syn lorda, Gilbert, może czasem potrzebować twojej pomocy. Jego pokój znajduje się na parterze, na prawo od biblioteki, korytarzem w lewo, drugie drzwi. — Eileen poczuła zaintrygowanie. Przecież wcześniej Rosamund napomknęła, że lokaj też musi mu pomagać. — Lady Cornelia, starsza z córek, oraz jej małżonek, pan Maximilian Gordon, zajmują pokoje w północnej części domu, zaraz przy schodach — kontynuowała. — Pani Cornelia korzysta również z buduaru, znajdującego się w korytarzu za pokojem pana Gilberta. Nie życzy sobie, aby ktokolwiek tam wchodził, zwłaszcza pokojówka. Czy to jasne?

— Naturalnie — odpowiedziała nieco zaskoczona dziewczyna.

— Jej mąż natomiast bywa często w pokoju myśliwskim na piętrze, w prawym rogu południowego skrzydła. Panowie mają zwyczaj spotykania się tam wieczorami po kolacji. W związku z tym, że jest to typowo męskie pomieszczenie, również nie chcę cię tam widzieć. Kolejnym domownikiem jest pan Patrick, młodszy syn państwa, który zajmuje pokój w środkowej części domu, z oknami wychodzącymi na ogród. Młodsza córka państwa, lady Adrienne, mieszka zaraz obok pokoju pana Patricka. Zwykle prosi o podanie herbaty w oranżerii, gdzie lubi czytać. — Gospodyni wzięła głęboki oddech, po czym mówiła dalej: — Jeśli chodzi o pomieszczenia na dole, to ja jestem za nie odpowiedzialna. Naturalnie nie możesz wchodzić do piwniczki z alkoholem ani do spiżarni. Chyba że za moim przyzwoleniem. Masz również zakaz wchodzenia do mojego pokoju, chyba że sama cię do niego zaproszę. Myć możesz się w naszej pralni na dole. Oczywiście kiedy pranie już będzie skończone. Każde wyjście z domu, nawet jeśli będzie dotyczyło jedynie podwórza czy ogrodu, zgłaszasz mnie. Czy coś jest niejasne? — zapytała.

Dla Eileen nic nie było jasne poza faktem, że lord Edward lubi spędzać czas w bibliotece. Reszty naturalnie nie zapamiętała, jednak wyczuła, że nie powinna się do tego przyznawać, gdyż kobieta i tak by jej tego nie powtórzyła.

— Wszystko zrozumiałam — odpowiedziała.

— W tym domu obowiązki służby są wszechstronne — kontynuowała kobieta. — Ponieważ jest nas zaledwie kilkoro, a posiadłość, jak widzisz, jest ogromna. Wykonujemy więc różne prace, dlatego nie marudź, jeśli będę kazała ci wykonywać zadania posługaczki.

— Czy państwo rozważają zatrudnienie dodatkowej służby? — zapytała nieco bezczelnie Eileen, czego natychmiast pożałowała widząc surowy wyraz twarzy Rosamund.

— Moja droga, to już niestety nie są te czasy, kiedy domy takie jak ten tętniły życiem gromady pokojówek, lokajów, pokojowych oraz podkuchennych. Musimy więc sobie jakoś radzić. Jeśli uważasz, że nie podołasz wszystkim obowiązkom, zawsze możesz zrezygnować. Nie lubię wysłuchiwać narzekań, więc jeżeli zamierzasz to robić, to przestań lub odejdź.

— Nie, nie chodziło mi o to! — próbowała się tłumaczyć. — Po prostu wydawało mi się, że zamożni państwo zawsze lubią mieć wokół siebie dużo służby…

— Masz rację, wydawało ci się. — Pani Brent wyglądała na poirytowaną. — Dobrze ci radzę, zapomnij o wszystkim, czego się naczytałaś czy nasłuchałaś w tym swoim miasteczku. Ta rodzina jest wyjątkowa, a więc i życie tu jest wyjątkowe. Jeżeli będziesz się dobrze sprawować, zasłużysz sobie na ich uznanie. Ja służę tej rodzinie od wielu lat, jestem im lojalna. Lady Mongrain bardzo mnie ceniła, teraz jestem lojalna wobec jej męża…

— Oraz dzieci — wtrąciła niezbyt grzecznie Eileen.

— Tak: oraz dzieci — powtórzyła twardo pani Brent, lecz dziewczyna dostrzegła w jej tonie nutkę zawahania. — A teraz idź do biblioteki i rozpal w kominku. Lord Edward pewnie niedługo się tam zjawi, tak że lepiej, aby było ciepło. Potrafisz rozpalać ogień?

— Oczywiście, proszę pani — odpowiedziała.

— No to do dzieła. Kiedy skończysz, wróć tu, do kuchni, powiem ci, co dalej.

— Mam jeszcze jedno pytanie — wtrąciła szybko dziewczyna, obawiając się, że gospodyni jej przerwie. — W moim pokoju znajduje się kosz z czyimiś osobistymi rzeczami. Chciałam o tym poinformować na wypadek, gdyby ktoś zapomniał go zabrać.

— Nikt niczego nie zapomniał. Te rzeczy należą do twojej poprzedniczki — odpowiedziała spokojnie kobieta.

— Dlaczego więc nie zabrała ich ze sobą?

— Ponieważ była tchórzliwą i słabą istotą, która pewnego dnia po prostu uciekła.

Eileen poczuła, że robi jej się sucho w gardle.

— Uciekła? Dlaczego? — wyrwało jej się i natychmiast pożałowała tego pytania. Pani Brent jednak nie wydawała się na nią zła. Patrzyła na trzaskający w kominku ogień.

— Też chciałabym wiedzieć — odpowiedziała. — Nie każdy jest w stanie sprostać obowiązkom w tak wielkim domu i nie każdy ma do tego charakter. Nie każdy też ma na tyle siły i odwagi, aby stawić czoła swojemu pracodawcy i szczerze powiedzieć, że się poddaje. — Kobieta spojrzała chłodno na Eileen i dodała: — Na co ty jeszcze czekasz, dziewczyno?

*

Eileen wiedziała wprawdzie, jak rozpalić ogień, ale nie miała bladego pojęcia, gdzie jest biblioteka i którędy do niej trafić. Wyszła z kuchni na korytarz i skierowała się w prawo. Na końcu znajdowały się schody. Weszła na górę i jednym pchnięciem otworzyła drzwi, które dzieliły te dwa jakże różne światy.

Jej oczom ukazał się przestrzenny hol. Wszystko było tak piękne, że niemalże przestała z wrażenia oddychać. Wysokie sklepienia, marmurowa posadzka, obrazy na ścianach, szkarłatny dywan biegnący od drzwi wejściowych w stronę zdobionych mahoniowych schodów, które prowadziły na piętro. Na prawo od drzwi był korytarz, który wyznaczały kolumny łączące się w strzeliste sklepienia. Takie same zaobserwowała na piętrze, wzdłuż którego ciągnął się kamienny murek tworzący balkon. Eileen przyszło do głowy jedno słowo, którym opisałaby to niezwykłe wnętrze: przepych.

Obrazy wiszące na ścianach przedstawiały zapewne nieżyjących już członków rodziny. Podeszła bliżej do jednego z nich i spostrzegła grubą warstwę kurzu osadzoną na ramie. Jej wzrok powędrował w dół, na stojący pod ścianą stolik, na którym w doniczce rósł na wpół uschnięty kwiatek. Spostrzegła również plamy na dywanie i pomyślała, że dom jest zaniedbany. Były to zapewne efekty niewystarczająco licznej służby. Im uważniej się przyglądała, tym więcej wychwytywała zaniedbań. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało przepięknie, wystarczyło jednak przyjrzeć się nieco dokładniej, aby zobaczyć, że pałac niszczał.

Przejechała palcem po zakurzonym stoliku, gdy nagle usłyszała za swoimi plecami wyraźne kaszlnięcie:

— Zgubiłaś się? — Zza jednej z kolumn wyszedł wysoki, ciemnowłosy, elegancko ubrany mężczyzna. Przez prawą rękę przewieszony miał biały ręcznik, w lewej trzymał pustą tacę. Eileen domyśliła się, że to lokaj, o którym wspominała Rosamund.

— Właściwie to jeszcze nie, ale zaraz pewnie tak się stanie — odpowiedziała nieco zmieszana.

— To ty jesteś tą nową pokojówką, tak? — zapytał mężczyzna, podchodząc bliżej.

— Nazywam się Eileen i mam być czymś w rodzaju pokojówki, pokojowej oraz podkuchennej — wyjaśniła, siląc się na uśmiech.

— Rozumiem. Tom Davis. Jestem kimś w rodzaju lokaja, pokojowego i kierowcy od czasu do czasu. — Uśmiechnął się do niej szeroko, pokazując szereg białych zębów. — Myślę, że zostaniemy przyjaciółmi, Eileen. Uwierz mi, to ci wyjdzie na dobre.

— Słucham? — zapytała. Tom złapał ją za łokieć i podprowadził bliżej ściany, po czym zaczął mówić ściszonym głosem:

— Uwierz mi, ten dom to jest siedlisko dziwadeł. Począwszy od samej góry, a na dole skończywszy. Czasem mam wrażenie, że zwariuję. Uważaj na to, co komu mówisz, z kim rozmawiasz, nie dyskutuj z Brent ani z Oberly. Wykonuj ich polecenia. Uważaj też na tę małą plotkarę Laurę.

— Rozumiem, że ty dziwadłem nie jesteś? — zapytała nieco ironicznie.

— Oczywiście, że nie! To samo zakładam, jeśli chodzi o ciebie. — Tom mrugnął do niej porozumiewawczo. — Spotkamy się pewnie na dole, teraz zmykaj, bo Brent ci złoi skórę.

— Zaczekaj. — Eileen złapała go za rękaw. — Powiedz mi, proszę, gdzie tutaj jest biblioteka? Mam tam rozpalić ogień, ale kompletnie nie mam pojęcia, gdzie jestem.

Tom spojrzał na nią zdziwiony i uśmiechnął się szeroko.

— Dziewczyno, dlaczego nie zapytałaś o to Brent?

Eileen pomyślała, że Rosamund zapewne celowo nie poinformowała jej, gdzie jakie pomieszczenie się znajduje, a ona sama była zbyt przejęta, aby o to zapytać.

— Nie wiem… — zaczęła zmieszana. — Wyleciało mi z głowy. To znaczy… zależy mi, aby się wykazać. Jak tylko dostałam polecenie, ruszyłam przed siebie, dopiero potem zorientowałam się, że powinnam była zapytać.

Tom słuchał jej tłumaczeń z coraz większym rozbawieniem. W końcu wziął głęboki wdech i powiedział:

— Dobrze, nie tłumacz się już, bo brzmi to okrutnie śmiesznie. Masz szczęście, biblioteka jest za tymi drzwiami. Będziesz potrafiła wrócić? — zapytał żartobliwie.

Eileen ofuknęła go oburzona i ruszyła w stronę wielkich, dwuskrzydłowych drzwi. Nie było jej do śmiechu, czuła się upokorzona. Poza tym pomyślała, że i tak już straciła sporo czasu na rozmowę z tym przemądrzałym mężczyzną. Mimo wszystko jednak było jej raźniej, że jest w tym domu chociaż jedna osoba, która normalnie z nią rozmawia, bo zarówno pani Oberly, jak i pani Brent nie wykazywały ani odrobiny sympatii. Tom stał jeszcze chwilę i spoglądał za nią, kiedy wchodziła do biblioteki, po czym skierował swoje kroki w stronę kuchni.

*

Eileen zawsze lubiła czytać, niestety w jej rodzinnym domu nie było wiele książek. Nie było też czasu na luksus, jakim jest czytanie. Praca od rana do wieczora sprawiała, że dziewczyna padała wyczerpana na łóżko, rzadko mając siły, aby jeszcze sięgnąć po książkę. Jednak w niedziele, kiedy nie musiała pracować, zwykle wymykała się z domu w jakieś odludne, spokojne miejsce i czytała. Kiedy przeczytała już wszystkie książki z domu, czyli całe cztery, wymieniała się z koleżankami. Ale prawdziwą skarbnicą okazała się plebania, gdzie ksiądz proboszcz chętnie dzielił się swoim księgozbiorem. Wprawdzie były to głównie książki religijne oraz żywoty świętych, lecz znalazła tam też kilka perełek.

Kiedy więc otworzyła drzwi i znalazła się w największym pomieszczeniu, jakie w życiu widziała, ponownie poczuła się jak we śnie. Biblioteka była ogromna, piętrowa, z wielkim oknem, które dawało sporo światła i uprzyjemniało czytelnikowi spędzany tam czas. Za oknem znajdował się bowiem rozległy ogród, teraz kompletnie przykryty śniegiem. Eileen miała ochotę sięgnąć po którąś z książek, rozłożyć się na szezlongu, który stał obok okna, i zatopić w lekturze, zapominając o wszelkich troskach i obowiązkach.

Przywołała się jednak do porządku i podeszła do kominka. Był tak wysoki jak ona, mogłaby bez problemu cała się w nim zmieścić. W jego rzeźbionych zagłębieniach wisiały misternie utkane pajęczyny, które usunęła trzymaną w ręce szmatką. Uklękła i zaczęła sprzątać niedopalone resztki drewna. Faktycznie było tam zimno i lektura w takiej temperaturze nie dałaby nikomu przyjemności. Kiedy przyjdzie tu lord Edward, a potem pewnie Tom z gorącą herbatą, wtedy zrobi się naprawdę przytulnie.

„Tak chyba wygląda raj” — pomyślała, nie zwracając uwagi na wszechobecny kurz i niską temperaturę.

Po raz pierwszy przeszło jej przez myśl, że mogłaby tak żyć. Jak pani na włościach, nie jak zwykła sprzątaczka, która musi walczyć o każdy dzień, martwić się o dom rodzinny, drżeć ze strachu przed panią Brent i brudzić ręce, rozpalając ogień. Była przyzwyczajona do ciężkiej pracy i godziła się z tym, nigdy nie marudziła, nie miała też żadnych oczekiwań, nie znała bowiem innego życia. Teraz, kiedy w nie wkroczyła i zobaczyła, jak żyją inni, jak może być pięknie i beztrosko, zapragnęła tego też dla siebie.

— Marzenia ściętej głowy — westchnęła cicho, patrząc na tańczący w kominku ogień.

Wstała z kolan i już miała wyjść, gdy jej wzrok padł na obraz nad kominkiem. Przepiękna kobieta w zielonej sukni, siedząc w wygodnym fotelu, trzymała w ręce książkę. Spoglądała gdzieś przed siebie poważnym, trochę zamyślonym wzrokiem. W jednym z rogów złotej ramy również zwisała pajęczyna, było to jednak dla dziewczyny zbyt wysoko, aby mogła jej dosięgnąć.

Kiedy tak podziwiała ten piękny obraz, usłyszała skrzypnięcie otwieranych drzwi. Powolnym krokiem wszedł do środka starszy pan. Był niewysoki, lekko zgarbiony, miał na sobie garnitur, a jego siwe włosy były starannie ułożone. Eileen wystraszyła się, powinno jej tu już dawno nie być, za długo to wszystko trwało. Najpierw rozmowa z Tomem, teraz ociąganie się w bibliotece. Chciała dygnąć i uciec jak najprędzej, jednak w tej chwili starszy mężczyzna potknął się i pewnie by upadł, gdyby Eileen nie rzuciła się z pomocą i nie złapała go w ostatnim momencie. Nie wiedziała, czy powinna go dotykać, bała się, co by powiedziała pani Brent, widząc ją w takiej sytuacji. To jej pierwszy dzień i już zaliczyła kolejną gafę.

— Dziękuję, moja droga. — Starszy pan nie wydawał się rozgniewany faktem, że tak bardzo się do niego zbliżyła. — Ten parkiet jest coraz bardziej nierówny. Wiek robi swoje, zarówno w przypadku ludzi, jak i parkietów, nie sądzisz?

Uśmiechnęła się lekko i odpowiedziała nieco onieśmielona:

— Nigdy wcześniej nie chodziłam po parkiecie.

Mężczyzna zaśmiał się szczerze, niestety w tej samej chwili złapał go atak kaszlu. Eileen podprowadziła go w stronę szezlonga i pomogła usiąść.

— Nigdy cię tu wcześniej nie widziałem — zauważył. — Jak się nazywasz?

— Eileen.

— Od kiedy u nas jesteś?

— Rozpoczęłam pracę dzisiejszego poranka, proszę pana. — Dziewczyna była świadoma, że w tej chwili powinna już być na dole, jednak byłoby niegrzecznie uciec przed panem domu. Po jego wieku wywnioskowała bowiem, że to właśnie jest lord Edward Mongrain.

— Jestem właścicielem tego majątku — potwierdził jej przypuszczenia. — Jak ci się tu podoba?

— Pałac jest przepiękny. Jednak czuję się jeszcze trochę zagubiona. Trudno mi się w nim odnaleźć — odpowiedziała zgodnie z prawdą.

— Oj tak, nietrudno się tu zgubić. Z czasem jednak na pewno do wszystkiego się przyzwyczaisz i poznasz każdy istotny zakątek.

Mówienie sprawiało mu trudność, gdyż znów złapał go kaszel. Eileen postanowiła wykorzystać ten moment.

— Poproszę lokaja, aby podał panu herbatę.

— Będę wdzięczny.

Skłoniła się lekko i szybko udała się w stronę wyjścia. Jeszcze raz rzuciła okiem na portret nad kominkiem. Była coraz bardziej ciekawa, kim jest dama z obrazu.

— To moja żona — odezwał się niespodziewanie lord Mongrain. — Widziałem, jak przyglądałaś się temu obrazowi.

— Proszę mi wybaczyć, po prostu jest piękna. — Eileen poczuła, że oblewa ją rumieniec.

— Była. Nie żyje od przeszło jedenastu lat — powiedział smutno.

— Bardzo mi przykro. — Dziewczyna nieco się zmieszała, nie miała ochoty na kontynuowanie tej rozmowy. — Poproszę o herbatę dla pana.

Już miała rękę na klamce, kiedy lord Edward ponownie się odezwał:

— Oni ze mną już nie rozmawiają, unikają mnie — powiedział jakby do siebie.

Eileen odwróciła się i spojrzała na niego. Miał nieobecny wzrok.

— Jakby wyczuwali, że śmierć dotrzymuje mi kroku, podąża za mną w ciągu dnia i czuwa przy moim łóżku w nocy. Boją się jej, nie potrafią mi spojrzeć w oczy, bo widzą, jak niewiele czasu mi pozostało. Tęsknię za moimi dziećmi, Eileen. Dlaczego one już ze mną nie rozmawiają? — Zauważyła, że zaszkliły mu się oczy.

Jej takie zwierzenia przychodziły z trudem. Nie miała też łatwości w nawiązywaniu kontaktu z ludźmi ani w prowadzeniu intymnych rozmów. Uważała, że każdy ma swoje zmartwienia i opowiadanie o nich innym ludziom, zwłaszcza obcym, nie ma sensu. Jednak patrząc na tego staruszka, który — wydawałoby się — miał wszystko, o czym ona mogła jedynie marzyć, zobaczyła człowieka tak nieszczęśliwego i samotnego, że zrobiło jej się go strasznie żal. Wzięła więc koc z fotela, podeszła do niego i przykryła go.

— Ja chętnie z panem porozmawiam, jeśli tylko będę mogła, i nie widzę tu żadnej śmierci, proszę być spokojnym. — Dziewczyna uśmiechnęła się lekko. On odwzajemnił ten uśmiech.

— Teraz muszę już iść, bo w tej chwili śmierć czai się bliżej mnie niż pana. Pani Brent na pewno jest wściekła — spróbowała zażartować, na co mężczyzna ponownie się uśmiechnął.

— Idź, dziecko, idź. Powiedz, że ja cię zatrzymałem. Mimo wszystko wciąż jestem żywy, a ten dom ciągle należy do mnie.

*

— Miałaś rozpalić ogień, a nie go wynaleźć. — Rosamund robiła listę zakupów przy stole w kuchni i, jak to było do przewidzenia, nie wydawała się zadowolona. Nawet się nie odwróciła, żeby spojrzeć na Eileen.

— Przepraszam, miałam drobne problemy, pałac jest dla mnie jak labirynt — zaczęła się tłumaczyć dziewczyna.

— A czy ty potrafisz myśleć logicznie? Jeśli ktoś każe ci dokądś iść, a ty nie znasz drogi, to co robisz? Ruszasz się przed siebie czy najpierw zasięgasz informacji? — zapytała ironicznie gospodyni.

Dziewczyna zagryzła wargi. Nie znosiła, kiedy z niej kpiono. Wiedziała, że nie ma szans z tą kobietą i musi znosić jej upokorzenia.

— Przepraszam, jestem jeszcze trochę zestresowana.

— To nie bądź. Twoje przeprosiny mnie nie interesują. Interesuje mnie twoja praca. Panienka Adrienne jest w jadalni, czeka na śniadanie. Tom pomaga się ubrać panu Gilbertowi, więc nie ma czasu na obsłużenie jej. Po przeciwnej stronie wyjścia z kuchni, zaraz obok schodów znajdują się dwuskrzydłowe drzwi. To jest właśnie jadalnia. Czy coś jest niejasne?

— Zrozumiałam. — Eileen złapała tacę wepchniętą jej w ręce przez kucharkę i z pełnym skupieniem weszła po schodach na górę.

Tym razem nie miała żadnych trudności z trafieniem pod właściwe drzwi. Poczuła, że ogarnia ją lekki stres. Uświadomiła sobie, że kompletnie nie wie, jak zachować się przy panience Adrienne, jak się do niej zwracać, z której strony podać tacę. Nigdy tego nie robiła, nie miała żadnego doświadczenia. Pierwszy raz przeszło jej przez myśl, że decyzja o podjęciu pracy w tym domu była zbyt pochopna. Uznała jednak, że teraz nie ma sensu zastanawiać się nad tym. Będzie, co ma być. Wzięła więc głęboki oddech i pewnie weszła do środka.

Stojąc przy drzwiach, dygnęła lekko, jednak kobieta nawet na nią nie spojrzała. Przeglądała gazetę i była tym całkowicie pochłonięta. Eileen postawiła więc tacę na kredensie za plecami Adrienne. Nalała herbaty do filiżanki i postawiła ją na stole tak, aby kobieta mogła swobodnie po nią sięgnąć. Wróciła do tacy i zaczęła wykładać wszystkie przysmaki. Wtedy też poczuła skurcz żołądka. Uświadomiła sobie, że nic jeszcze tego dnia nie jadła. W domu nie potrafiła niczego przełknąć ze stresu i emocji, potem, kiedy już przybyła do pałacu, nie miała odwagi zapytać o śniadanie.

Gdy kładła talerz na stole, niespodziewanie zaburczało jej w brzuchu. Wtedy kobieta podniosła wzrok i spojrzała na nią z mieszaniną odrazy i dezaprobaty. Eileen poczerwieniała ze wstydu.

— Przepraszam — wyszeptała.

— Ktoś ty? — zapytała Adrienne.

Miała ciemną oprawę oczu oraz tak samo ciemne włosy, upięte niezdarnie w luźny kok. Kilka falujących pukli okalało jej twarz, dodając dziewczęcego uroku. Sukienka w kolorze jasnej zieleni, niemal wpadającej w żółć, dodatkowo podkreślała jej urodę. Była piękna, choć według Eileen zbyt chuda.

— Nazywam się Eileen, jestem nową służącą.

— Kto cię zatrudnił?

— Pani Brent — odpowiedziała pospiesznie.

— Czy poza nią ktoś inny z tobą rozmawiał?

— Nie, proszę pani.

— Tak myślałam. Ta kobieta robi, co jej się podoba. Chwilami mam wrażenie, że to ona jest tu panią domu, a my jesteśmy jej podporządkowani — powiedziała nieco zirytowana. Eileen nie wiedziała, jak się do tych słów odnieść, więc tylko zapytała:

— Czy życzy sobie panienka czegoś jeszcze?

— Pracowałaś już kiedyś w takim domu? — Adrienne nie zamierzała zakończyć tej rozmowy tak szybko, jak pragnęła tego służąca.

— Tak, parę lat temu.

— Jak długo?

— Kilka miesięcy. Wiem, że to niewiele, ale ja się bardzo szybko uczę i jestem pewna, że sobie poradzę. — Eileen poczuła, że jest zmuszona się tłumaczyć, czego nie znosiła robić.

— Wobec tego naucz się teraz szybko, że talerzyk do pieczywa powinien znaleźć się po lewej stronie. — Kobieta sama skorygowała błędne ułożenie. — Nie rozumiem, co jej się stało — mówiła bardziej do siebie niż do dziewczyny. — Nie wierzę, że Brent zatrudniłaby kogoś bez doświadczenia. Skoro już się tak rządzi, to mogłaby to chociaż robić z głową.

— Czy to wszystko, panienko? — Eileen starała się zachować zimną krew, lecz w środku cała się gotowała.

— Życzyłabym sobie również, abyś panowała nad swoim burczeniem w brzuchu podczas obsługiwania nas. Nie lubię, kiedy służba narzuca się ze swoją obecnością. Jest to bardzo irytujące…

— Zamknij się wreszcie.

Eileen odwróciła głowę w stronę drzwi, skąd dobiegły te słowa. Zobaczyła w nich młodego mężczyznę na wózku inwalidzkim, który w bezpardonowy sposób zwrócił się do kobiety. Podjechał do stołu i nie patrząc na służącą, poprosił o kawę.

— Jak możesz tak do mnie mówić? — zapytała oburzona Adrienne.

— A w jaki sposób ty mówisz do tej dziewczyny?

— To tylko służąca, mam do tego prawo, jeśli ona nie potrafi poradzić sobie ze swoimi podstawowymi obowiązkami — powiedziała buńczucznie.

— Wiesz, po czym poznaje się klasę człowieka? — zapytał. — Po tym, w jaki sposób odnosi się do tych niżej od siebie — odpowiedział, nim zdążyła cokolwiek rzec. — I owszem, ona jest służącą, a ty jesteś panią, ale klasy nie masz za grosz. Wobec tego daruj sobie takie komentarze, bo zwyczajnie mi za ciebie wstyd — skończył swoją wypowiedź, podnosząc gazetę na wysokość oczu tak, że cały się nią zasłonił, dając kobiecie do zrozumienia, że dyskusja została zakończona.

Adrienne poczuła się bardzo dotknięta, ale nie miała ochoty na dalsze upokarzanie się w obecności służącej. Wstała więc od stołu, ze złością rzucając serwetę na podłogę, i wyszła.

— Moja siostra miewa gorsze dni, wtedy plecie, co jej ślina na język przyniesie. Nie można tego brać do siebie. — Podniósł głowę znad talerza i uśmiechnął się do dziewczyny. — Nazywam się Gilbert Mongrain i jestem panem tego domu. Ty zapewne jesteś nową służącą, tak?

— Tak. Mam na imię Eileen.

— Cieszę się, że jesteś z nami. Bardzo potrzebowaliśmy dodatkowych rąk do pracy, a jest jej sporo, nie zamierzam tego ukrywać.

Gilbert wydawał się całkiem sympatyczny w porównaniu ze swoją siostrą. Miał brązowe, starannie zaczesane na bok włosy, jasne oczy i dołeczki w policzkach, kiedy się uśmiechał. Ubrany w ciemny garnitur wyglądał bardzo przystojnie. Tylko ten wózek… Co musiało się stać, że młody mężczyzna jeździ na wózku? Mogła się jedynie domyślać i miała nadzieję, że kiedyś uda jej się tego dowiedzieć. Zastanawiało ją też, dlaczego nazwał się panem domu. Zaledwie przed chwilą poznała przecież lorda Edwarda i on powiedział o sobie to samo.

— Podoba ci się tu? — ciągnął rozmowę, nakładając sobie pieczywo na talerzyk, który tak skrupulatnie ustawiła jego siostra.

— Tak, proszę pana. Pałac jest cudowny.

Pomimo że Gilbert sprawiał sympatyczne wrażenie, Eileen stresowała się w jego obecności i chciała już sobie pójść.

— Przyniosę czyste nakrycia, może zejdzie ktoś jeszcze — zaproponowała.

— To raczej nie będzie konieczne — odrzekł. — Cornelia i Max dostali już śniadanie do pokoju, a Patrick zwykle śpi do południa. Leniwiec jeden. Ojciec jest już zapewne w bibliotece, gdzie Tom przyniósł mu herbatę.

— Tak. Spotkałam go tam, kiedy rozpalałam w kominku.

— A więc poznałaś już prawie wszystkich domowników. Poza tą trójcą. Ich życie ogranicza się głównie do siedzenia w swoich pokojach. Chociaż przyznam, że jestem nieco niesprawiedliwy. Przecież Max uwielbia przesiadywać w pokoju myśliwskim, gdzie ucieka przed żoną, udając, że pisze. — Gilbert machnął ręką z rezygnacją. — Po co ja ci to mówię…

Eileen pomyślała, że mieszkańcy tego domu mają dziwną potrzebę rozmowy. Być może było to spowodowane faktem, że była tu nowa i stanowiła pewnego rodzaju atrakcję, a może po prostu odosobnienie, w którym żyli, nie było dla nich łatwe i odczuwali brak towarzystwa. Jak długo można wieść takie życie i nie zwariować?

— Pan wybaczy, muszę zejść do kuchni. — Dziewczyna zabrała tacę z kredensu i dygnęła przed nim lekko.

— Cieszę się, że tu jesteś, Eileen. Mam nadzieję, że jeszcze sobie porozmawiamy.

Przez ułamek sekundy zobaczyła w jego oczach coś niepokojącego, nie potrafiła tego określić. Był dla niej miły i starał się, aby czuła się dobrze w jego towarzystwie. Być może to te oczy koloru nieba zwiastującego nadejście sztormu. Szary błękit — tak by je określiła. Nie wiedziała, że sztorm faktycznie się zbliża.

ROZDZIAŁ 4
Kłótnia

Główny posiłek podawany był o godzinie dwudziestej. Eileen pomagała pani Oberly w kuchni. Ukradkiem spoglądała na posługaczkę Laurę. Zastanawiała się, czy znajdzie w niej bratnią duszę, aczkolwiek z góry założyła, że raczej nie. Laura była prostą dziewczyną, żeby nie powiedzieć prostaczką. Cały czas miała na twarzy głupi, szyderczy uśmiech. Patrzyła na innych z ironią, jakby była kimś lepszym, jakby wiedziała o rzeczach, o których inni nie mieli pojęcia. Jej rzadkie, tłuste włosy wystawały spod poszarzałego czepka. Fartuch natomiast pocerowany był w kilku miejscach, ale mimo to czysty. Eileen domyśliła się, że dziewczyna sama z siebie go nie uprała, została pewnie zmuszona przez Rosamund. Swoją drogą, Eileen dziwiła się, dlaczego pani Brent trzyma w pałacu kogoś takiego. W miasteczku było mnóstwo dziewcząt chętnych do pracy, do tego schludnych i czystych. Cóż, ten dom rządził się swoimi prawami. Służba robiła, co chciała, domownicy podobnie. Jedni na drugich nie zwracali chyba zbytniej uwagi.

— Eileen, pomożesz dziś Tomowi przy kolacji — powiedziała gospodyni.

— Mam razem z nim podawać? — zdziwiła się dziewczyna.

— Tak jak słyszałaś. Masz się postarać — odparła beznamiętnym tonem Rosamund.

Eileen spojrzała na Toma, który opierał się o kredens i zajadał w najlepsze jeszcze ciepły kawałek ciasta. Kucharka go bardzo lubiła, a co za tym szło, częstowała co lepszymi kawałkami, które miały pojawić się na stole państwa. Mężczyzna mrugnął do niej, co było najwidoczniej jego nawykiem, po czym z szerokim uśmiechem powiedział:

— Robi się coraz ciekawiej.

— Zamknij się, Tom — wycedziła przez zaciśnięte zęby Laura. Była wściekła, bo liczyła na to, że to ona będzie pomagać przy stole. Jednak po raz kolejny została pominięta, mimo że w domu służyła już od paru lat.

— Licz się ze słowami! Ktoś taki jak ty nie będzie mi rozkazywał — odrzekł szorstko.

— Za to ja rozkazuję wam obojgu zakończyć tę bzdurną wymianę zdań i zabrać się do roboty — skomentowała Rosamund. — Tom, zacznij zanosić pierwsze danie na stół, nim domownicy zejdą do jadalni. Eileen, idź z nim i patrz uważnie, co i jak układa. To będzie twój sprawdzian.

Dziewczyna spojrzała na Toma, który, zadowolony, ponownie puścił do niej oczko.

„Co za buc. Że też akurat od niego mam się uczyć. Coraz mniej mi się to podoba” — myślała, udając się za mężczyzną po schodach na górę.

*

Rodzina spożywała pierwsze danie w ciszy. Robili to niespiesznie. Mimo pozornego spokoju czuć było napiętą atmosferę. Tom wszedł pierwszy, niosąc półmisek z mięsem, Eileen szła za nim. Podszedł do lorda Edwarda i obsłużył go, podczas gdy ona trzymała sosjerkę, gotowa, aby polać mięso. Korzystając z okazji, starała się dyskretnie przyjrzeć każdemu po kolei. Lorda Edwarda już znała, podobnie jak Gilberta, obok którego siedziała Adrienne, z taką samą nadąsaną miną, jaką miała rano. Jedyną zmianą był jej strój. Teraz ubrana była w ciemnozieloną suknię, a włosy miała starannie upięte w kok. Po jej lewej stronie z kolei siedział młody chłopak. Domyśliła się, że to pewnie młodszy syn państwa Mongrainów — Patrick. Miał nieco dłuższe, zaczesane do tyłu włosy, ciemne, niemal proste brwi i długie rzęsy. Naprzeciwko nich natomiast siedziała para — Cornelia i Max. Cornelia była podobna do siostry. Miała tak samo jak ona ciemne włosy spięte w kok, a na czoło opadała jej krótka grzywka. Do tego ciemne oczy i lekko zadarty mały nos. Tylko twarz miała bardziej pociągłą niż Adrienne. Wyglądała też dużo poważniej niż siostra. Jej mąż był bardzo przystojny, dobrze zbudowany, ze starannie ułożonymi czarnymi włosami oraz gładko ogoloną skórą. Kiedy Eileen przechodziła obok niego, wyczuła mocną woń wody kolońskiej. Widać było, że Max lubił o siebie dbać.

W końcu ciszę przerwała Adrienne:

— Poznaliście już naszą nową służącą?

— Kogo? — zapytała nieprzytomnie Cornelia.

— Stoi za twoimi plecami.

Kobieta odwróciła się i spojrzała na Eileen obojętnym wzrokiem.

— Co w tym dziwnego? Mamy stanowczo za mało służby. Nowa osoba usprawni pracę.

— Ja nie jestem pewna, czy usprawni. Rosamund upadła chyba na głowę! Przyjęła dziewczynę, która nigdy nie pracowała w takim domu. I pewnie nawet tego z nikim nie skonsultowała.

— Pani Brent ma nasze całkowite zaufanie, wobec tego twoje złośliwe komentarze są zbędne –odezwał się Gilbert.

— No tak, przecież nikt tak jak ona nie zna się na służbie — prychnęła pogardliwie Adrienne. — Widać to na każdym kroku: tępa posługaczka, lokaj laluś i uciekinierka.

Nie zauważyła, że stojący za jej plecami Tom poczerwieniał ze złości. Eileen czuła, że w tej chwili najchętniej wylałby kobiecie sos na głowę.

— Twoim zdaniem ty się znasz lepiej na służbie? Nie masz o tym bladego pojęcia. — Gilbert mówił stanowczo, aczkolwiek spokojnie. — Siedzisz całymi dniami w oranżerii i nie robisz nic, w ogóle się nie interesujesz funkcjonowaniem naszego domu. Masz to szczęście, że nie musisz sobie zaprzątać tym głowy, natomiast dla nas największym szczęściem będzie, kiedy wydamy cię w końcu za mąż i się ciebie stąd pozbędziemy.

— Gilbercie! — Cornelia była oburzona jego słowami, widząc zszokowaną twarz siostry. — Jak możesz?

— No tak, zapomniałem, że panna nie zawsze opuszcza rodzinny dom po zamążpójściu. — Jej brat skierował ironiczne spojrzenie w stronę Maxa, który przestał jeść i odłożył serwetę na stół.

— Ja już chyba podziękuję, straciłem apetyt. — Wzburzony mężczyzna wstał od stołu, odsuwając krzesło tak gwałtownie, że Eileen ledwo udało się uchylić i uniknąć popchnięcia.

— No tak, ucieczka to twoja metoda na wszystko. — Gilbert z uśmiechem podniósł kieliszek do ust.

Max zatrzymał się nagle i odwrócił, po czym wycedził przez zęby:

— Skoro mowa o małżeństwie, to powiedz, proszę, kiedy poznamy twoją szczęśliwą wybrankę? — Mężczyzna zaczął się powoli zbliżać do stołu. — Ach, no tak, zapomniałem, że przecież pomimo twojej pozycji i pałacu, który odziedziczysz, i tak żadna panna się tobą nie zainteresuje. — Max uśmiechnął się i spojrzał z satysfakcją na wózek inwalidzki Gilberta.

Eileen czuła się niezręcznie. Stanęła przy kredensie, jak najdalej od stołu, na ile było to możliwe, i patrzyła, jak domownicy wykrzykiwali sobie po kolei wszystkie żale. Spojrzała ukradkiem na Toma, który stał wyprostowany i wyglądał, jakby w ogóle nie oddychał. Widziała, że wciąż był wściekły. Czuła, że tak samo jak ona ma ochotę rzucić wszystkim i wyjść. Stali jednak, czekając na dalsze polecenia. Ona z pochyloną głową, modląc się w duchu, aby jak najszybciej wrócić do kuchni.

Nagle usłyszała odgłos tłuczonego szkła, co spowodowało, że natychmiast podniosła wzrok. To Gilbert rzucił w Maxa swoim kieliszkiem. Nie trafił i szkło rozbiło się o posadzkę. Wino było wszędzie. Oblało stół i prysnęło na siedzące przy nim osoby. Cornelia złapała za serwetkę i zaczęła wycierać swoją niebieską suknię. Max stał nadal niewzruszony, a jego uśmiech był jeszcze szerszy niż wcześniej. W tym momencie do Eileen dotarło, że oni doskonale znają swoje słabe punkty i z premedytacją je wykorzystują.

— Czy wyście wszyscy powariowali?! — rozległ się donośny głos lorda Edwarda, który resztkami sił dźwignął się z krzesła, ciężko dysząc. — Jest mi za was wszystkich wstyd! Zachowujecie się jak banda niewychowanych dzikusów! Mam was wszystkich dosyć! Dosyć! — Pan domu w tej samej chwili złapał się za serce i opadł na krzesło. Patrick natychmiast znalazł się przy nim.

— Tato! Dobrze się czujesz?

Lord Edward nadal ciężko oddychał. Widać było, że ta sytuacja kosztowała go wszystkie siły, jakie mu jeszcze pozostały.

— Tom, szybko, podaj wodę — zwrócił się do lokaja Patrick.

— Nie chcę wody, chcę już iść do pokoju. — Staruszek odepchnął rękę syna. — To wszystko moja wina…

— Tato, co ty mówisz? — zapytała zaniepokojona Cornelia.

— Boli mnie strasznie, że wy się tak bardzo nienawidzicie. Dlaczego? — mówił już nieco spokojniej, lecz nadal ciężko oddychając.

— To nie tak — odpowiedziała mu. — My po prostu jesteśmy trochę zmęczeni swoim towarzystwem. Żyjemy w ciągłej izolacji…

— A czy to ja was izoluję? — zapytał, lecz nie dostał odpowiedzi.

Nie chcieli mu sprawiać przykrości, jednak w głębi duszy każde z nich go o to obwiniało. To on po śmierci ich matki odciął się kompletnie od ludzi, zaszył w pałacu, a oni, będąc jedynie dziećmi, musieli mu się podporządkować. Czuli się jak jego zakładnicy, byli jednak zbyt młodzi, aby mu się przeciwstawić.

— Chodzi o to, że żadne z nas nie ma śmiałości, aby bywać w towarzystwie. Wiesz przecież, jakie plotki krążą o nas i pałacu. Ludzie się nas boją — mówiła Cornelia, ważąc każde słowo.

W jadalni słychać było jedynie trzaskający w kominku ogień. Nikt nie chciał zaczynać tego tematu. Eileen sama słyszała różne plotki na temat rodziny Mongrainów, jednak były to dla niej bardziej miejskie legendy niż fakty. Ludzie lubią wyolbrzymiać. W tym przypadku było tak samo, tyle że z drugiej strony. Dziewczyna dostrzegła, że jej pracodawcy sami przejaskrawiają swój negatywny wizerunek zamiast pokazać ludziom, że jest inaczej.

— Tym bardziej powinniście być dla siebie życzliwsi — podsumował rozmowę lord Edward i przy pomocy syna podniósł się z krzesła.

— Ojcze… — Gilbert chciał zabrać głos, jednak Edward powstrzymał go ruchem ręki.

— Nie mam już nic więcej do powiedzenia. Jest mi wstyd — rzekł, po czym zniknął za drzwiami jadalni, prowadzony przez młodszego syna.

*

— Zadowoleni?! — huknęła Cornelia. — A wy co tak stoicie? Zbierać mi to szkło!

Eileen i Tom faktycznie ciągle stali w bezruchu. Na słowa Cornelii rzucili się jednak oboje do sprzątania, zdziwieni jej szorstkim tonem. Tom zbierał kawałki szkła, a Eileen wycierała plamy po winie.

— To się nie może powtórzyć przy ojcu — powiedziała Adrienne, odkładając serwetkę na stół.

— Naturalnie, ale kiedy go nie ma w pobliżu, to możemy sobie nadal skakać do oczu, prawda?

Max spojrzał wymownie na Gilberta, który odsunął swój wózek od stołu i podjechał do niego.

— Dobrze wiesz, co o tobie myślę, Max. Zacznij się zachowywać uczciwie, a tak samo będziesz traktowany.

— Jestem uczciwy! To, że nie mam tyle pieniędzy co wy, nie czyni ze mnie krętacza i złodzieja!

— Max czuł, że znowu zaczyna tracić panowanie nad sobą.

— Nikt nie nazywa cię złodziejem. Zacznij się zachowywać uczciwie w stosunku do mojej siostry.

— Gilbercie, nie posuwasz się przypadkiem za daleko? — Cornelia wstała od stołu i stanęła koło męża.

— Kocham twoją siostrę, nie ożeniłem się z nią dla jej pieniędzy. To ty i tak dziedziczysz wszystko. — Max był bardzo zdenerwowany. — Poprosiliśmy o możliwość mieszkania tu przez jakiś czas, ale gwarantuję ci, że jak tylko zarobię na dom, więcej nas nie zobaczysz.

Na te słowa Gilbert prychnął z pogardą.

— No tak! Przecież ty jesteś pisarzem. Przy okazji powiedz, jak twoja powieść. Kiedy mogę się spodziewać egzemplarza z autografem?

— Mój autograf możesz dostać w każdej chwili w postaci podbitego oka, bo przysięgam, że kiedyś nie wytrzymam! — krzyknął Max i wyszedł z jadalni.

— Dlaczego to robisz? — zapytała z rezygnacją Cornelia. Widać było, że wykończyła ją ta dyskusja. — Dlaczego tak bardzo pragniesz mnie unieszczęśliwić? — Jej głos zaczął się łamać.

Gilbert patrzył na nią przez chwilę, po czym powiedział:

— A dlaczego tylko ja mam być nieszczęśliwy?

*

Tom z wypiekami na twarzy opowiadał w kuchni o zajściu, do którego doszło w jadalni. Pani Oberly trzymała cały czas rękę na otwartych z wrażenia ustach, Laura podobnie, tymczasem Rosamund siedziała niewzruszona. Ciężko było rozpoznać u niej jakiekolwiek emocje. W końcu odezwała się stanowczo:

— Eileen, zanieś lordowi herbatę i sprawdź, jak się czuje. Mam nadzieję, że jest już spokojny.

— Już idę — odpowiedziała, po czym zabrała tacę i skierowała się na górę.

Miała głęboką nadzieję, że z lordem będzie wszystko w porządku i że nie będzie u niego żadnego z jego dzieci. Zaczynała się ich bać. Myślała, że Gilbert jest sympatyczny, tymczasem okazał się tak samo nieobliczalny jak Adrienne. Max też nie należał do uległych ludzi. Cornelia natomiast wydawała się chodzącą bombą. Niby opanowana, jednak dało się wyczuć, że w każdej chwili może wybuchnąć. Najmniej potrafiła powiedzieć o Patricku. Właściwie prawie się nie odzywał, z nikim się też nie pokłócił.

Zapukała delikatnie do drzwi swojego chlebodawcy i niepewnie weszła do środka. Siedział w fotelu przy oknie, spoglądając nieobecnym wzrokiem na sypiący śnieg. Skłoniła się lekko i odezwała:

— Proszę wybaczyć, przyniosłam herbatę. — Podeszła do stolika obok fotela, na którym siedział.

— Dziękuję — odpowiedział, nadal patrząc w okno.

— Czy życzy pan sobie czegoś jeszcze?

Zwrócił ku niej swoje jasne oczy.

— Czy mieszkając z rodzicami, byłaś szczęśliwa?

— Chyba tak… Tak — odpowiedziała z wahaniem.

— Domyślam się, że często było wam ciężko pod względem finansowym, prawda?

— Bywało ciężko, ale dawaliśmy sobie radę.

— No właśnie. I byliście szczęśliwi, nie mając nic. My jesteśmy nieszczęśliwi, mając wszystko.

Dziewczyna poczuła się nieco urażona, słysząc te słowa. Stwierdzenie, że nie mieli nic, było dla niej krzywdzące. Owszem, nie przelewało im się, ale mieli dach nad głową. Nigdy nie przymierali też głodem. Pomyślała jednak, że staruszek nie chciał jej urazić. Nawet nie zauważył, jak zacisnęła zęby. Kontynuował więc swój monolog:

— Moje dzieci się nienawidzą, a ja nienawidzę sam siebie, bo nie wychowałem ich lepiej. I przez co to wszystko? Przez pieniądze? Przez ten pałac? Czy przez to, że po śmierci żony więziłem je w tym domu, bojąc się, że stracę któreś z nich, tak jak straciłem Catherine? Teraz jedno na drugie spogląda jak na wroga. Moja żona inaczej pokierowałaby ich życiem, była mądra. Czuła, że tak będzie. Dlatego stało się to, co się stało.

Eileen stwierdziła, że staruszek zaczyna mówić od rzeczy. Nie lubiła, kiedy ludzie zaczynali dzielić się z nią intymnymi sprawami. Czuła się wtedy niezręcznie. Nie potrafiła też pocieszać.

— Jest pan zmęczony — zaczęła ostrożnie. — Porozmawiamy jutro rano. Po nocy zawsze przychodzi dzień i wszystko wydaje się mniej straszne niż wieczorem — rzuciła banalnie, sama ganiąc się w myślach.

Polubiła go. Wydawał się jedynym serdecznym członkiem tej dziwnej rodziny. Czuła, że może mieć w nim oparcie. Jednocześnie było jej go szkoda, nie potrafiła jednak pocieszyć go w żaden sensowny sposób.

— Pomóż mi, proszę, wstać.

Eileen złapała go pod ramię i poprowadziła w stronę łóżka. Filiżankę z herbatą postawiła na nocnym stoliku.

— Dziękuję, moja droga. Masz rację, rano będzie wszystko wyglądało inaczej. Zobaczymy się w bibliotece, ja będę spokojniejszy, a ty powiesz: „A nie mówiłam?”. — Mężczyzna silił się na uśmiech.

— Tak będzie — przyznała mu rację, po czym zabrała tacę ze stolika i skierowała się w stronę drzwi. — Dobranoc — pożegnała się.

— Dobranoc, dziecko. Do jutra — odparł słabo.

Eileen zamknęła drzwi jego pokoju i ukryła twarz w dłoniach. Było jej źle. Nie dość, że pierwszy dzień okazał się koszmarem, tęsknota za domem rozrywała jej serce, to jeszcze lord Edward i jego smutek dodatkowo ją pogrążały w rozpaczy. Wytarła nos fartuchem, rozmyślając: „Uspokój się, idź spać, a jutro będzie lepiej. Zawsze tak jest. Wieczory są ciężkie, a poranki zawsze dodają nowej energii. Wszystko będzie dobrze. Nie zaczęłaś zbyt szczęśliwie, a Brent jest straszna, ale lord Edward nie pozwoli cię skrzywdzić, bo jest dla ciebie dobry, więc weź się w garść”.

Otarła łzy i poszła w stronę kuchni. Miała nadzieję, że nikt nie zauważy jej zaczerwienionych oczu. Nie wiedziała tylko, że najgorsze dopiero miało przyjść, a jej jedyny sojusznik odejdzie z jej życia tak samo po cichu, jak się w nim pojawił dziś rano, przestąpiwszy ostrożnie próg biblioteki.

Lord Edward zmarł w nocy we śnie.

ROZDZIAŁ 5
Kroki

Wydawało się, że przez następnych kilka dni w pałacu było jeszcze ciszej niż zwykle. Przygotowaniami do pogrzebu naturalnie zajęła się Rosamund. Reszta służby wykonywała swoje codzienne obowiązki, jednak nie widzieli w tym szczególnego celu, domownicy bowiem zaszyli się w swoich pokojach. Prosili tylko o skromne posiłki, ewentualnie herbatę.

Eileen zastanawiała się, czy jest sens rozpalać ogień w bibliotece, gdzie i tak nikt nie wchodzi. Było jej trudno tam wejść. Sama zdziwiła się tym faktem. Znała lorda zaledwie jeden dzień, a mimo to jego śmierć poruszyła ją. Przecież jeszcze parę godzin wcześniej pocieszała samą siebie, że wszystko będzie dobrze, ponieważ pan domu jest jej przychylny. Z ciężkim sercem wróciła do ulubionego pomieszczenia lorda i rozpaliła ogień, starając się robić przy tym jak najmniej hałasu. Życie musiało toczyć się dalej.

Na pogrzebie nie było nikogo poza mieszkańcami pałacu. Jedyna siostra lorda, Charlott, mieszkała we Francji. Niestety zły stan zdrowia oraz warunki pogodowe nie pozwoliły jej na tak odległą podróż. W domu głośno komentowano, że ciotka z powodu złej kondycji miała prawo odmówić uczestnictwa w pogrzebie, ale jej dzieci powinny były przyjechać. Widocznie jednak nie zależało im na utrzymywaniu poprawnych stosunków z rodziną. Niektórym domownikom przeszło przez myśl, że nawet ich krewni boją się spotkania z nimi. A więc na pogrzebie zjawił się jedynie ksiądz z miasteczka, na którego widok Eileen bardzo się ucieszyła. Poprosiła, aby przekazał jej rodzicom list. Napisała go szybko na kolanie w kuchni.

List ten był jednym wielkim kłamstwem, ale nie mogła przecież napisać rodzicom, że jest nieszczęśliwa. Matka by tego nie przeżyła. Napisała więc, że jest zadowolona, że wszyscy dobrze ją traktują, że jada wyśmienicie. Nadmieniła, że pani Oberly jest bardzo dobrą kucharką, jednak podkreśliła też, że nie tak dobrą jak mama. Opisała, jak piękne wnętrza są w pałacu i jaka wielka jest biblioteka. Na koniec napisała, że lord Edward zmarł i że dziś odbywa się jego pogrzeb. Uspokoiła jednak rodziców stwierdzeniem, że pan Gilbert jest równie uprzejmy jak jego ojciec. Wprawdzie co do tego miała spore wątpliwości, jednak nie mogła o nich pisać. Poczuła się znacznie lepiej, kiedy wręczyła księdzu list. Jakby kamień spadł jej z serca. Martwiła się o rodziców i wiedziała, że tych kilka słów ich uspokoi i ucieszy.

Ceremonia odbyła się w przypałacowej kaplicy. Było to bardzo skromne miejsce w porównaniu z resztą pałacu, jednak miało swój urok. Eileen stwierdziła, że będzie tam częściej zaglądać. Po mszy krótki kondukt żałobny udał się na rodzinny cmentarz, znajdujący się w dalszej części parku, na małym wzgórzu otoczonym niskim płotem. Było tam zaledwie kilka grobów, między innymi grób Catherine Mongrain. Pomimo głębokiej warstwy śniegu leżały na nim świeże kwiaty. Powóz z trumną ledwo przejechał przez zaspy, choć Abbott starał się, w miarę swoich możliwości, odśnieżyć drogę. Z tego też powodu Gilbert nie uczestniczył w nabożeństwie na cmentarzu. Nie lada wyczynem było także wykopanie dołu w zmarzniętej ziemi. Eileen słyszała, że Abbottowi pomagał Tom, ku swojemu wielkiemu niezadowoleniu. Po skończonej ceremonii wszyscy udali się w stronę pałacu, a ksiądz został zaproszony na poczęstunek. Było widać, że przyjął to z ulgą, tak samo bowiem jak pozostali żałobnicy przemarzł na kość.

— Hej, Abbott, kiedy pan skończy, jest pan proszony o podejście do domu — zwrócił się do mężczyzny Patrick, gdy ten zabrał się za zakopywanie trumny. — Mój brat chciałby porozmawiać z całą służbą.

— Oczywiście, proszę pana. — Widać było, że wcale nie ma ochoty na przebywanie wśród tych ludzi dłużej, niż to konieczne, ale polecenie to polecenie.

W obecności księdza zachowywali się nienagannie. Zwracali się do siebie uprzejmie i cały czas wspominali ojca. To, czego dokonał, jakim był człowiekiem i jak bardzo go kochali. Na szczęście farsa nie trwała długo, ksiądz bowiem chciał dotrzeć na plebanię przed zmierzchem. Wypił więc gorącą herbatę i ruszył w drogę powrotną. Kiedy tylko opuścił salon, Gilbert powiedział:

— Zostańcie. Mam coś do powiedzenia. Tom, zawołaj proszę całą służbę.

— O co znowu chodzi? — zapytał poirytowany tym poleceniem Max.

— To nie zajmie długo, nie martw się.

Po chwili do salonu weszła cała służba: jako pierwsza pani Brent, za nią pani Oberly, Eileen, posługaczka Laura, za nią zaś panowie: Tom i Isaac.

— Cieszę się, że jesteście tutaj wszyscy — rozpoczął Gilbert. — Wiem, że większości z was nie jest to na rękę, ale teraz to ja jestem panem White Lake. Oczekuję od was wszystkich posłuszeństwa i lojalności. Od dzisiaj to ja ustalam zasady. Pamiętajcie również, że żyjecie na mój koszt, a to, że pozwalam wam tu mieszkać, jest moją dobrą wolą oraz wyciągnięciem ręki w waszą stronę. To ja wam płacę — zwrócił się do służby — więc to ja wymagam. Czy to jest jasne?

Nagle spokojny dotąd Patrick wstał z kanapy i zaczął klaskać.

— Jakże to łaskawe z twojej strony, drogi bracie, że pozwalasz nam tu mieszkać. Dobitniej nie mogłeś nam dać do zrozumienia, że jesteśmy pasożytami, które żerują na twoim majątku, i że najlepiej byłoby, abyśmy się stąd wynieśli. Z drugiej strony, czego ja się spodziewałem? Dyplomacja nigdy nie była twoją mocną stroną. — Mężczyzna sięgnął do stolika i zapalił cygaro. — Może i jesteś panem White Lake, ale każdemu z nas należy się jakaś część spadku. Pamiętaj o tym — powiedział, zaciągając się głęboko. — Nie wiem jak wy, ale mnie wystarczy na dziś. Idę się położyć — oświadczył Patrick i skierował swe kroki w stronę drzwi.

Max też miał dosyć upokorzeń.

— My również idziemy do siebie. Chodź, Cornelio. — Podał jej rękę. Kobieta wstała i posłusznie wyszła za mężem.

Gilbert wydawał się lekko zdenerwowany, jednak do końca próbował trzymać fason. Zwrócił się więc do służby:

— Możecie odejść. Wszelkie wątpliwości i pytania kierujcie do pani Brent, a ona będzie wyjaśniać je ze mną.

Cała służba, ukłoniwszy się, zaczęła po kolei opuszczać salon. Gilbert spojrzał na Adrienne, która stała zwrócona twarzą do okna. W ręce trzymała kieliszek wina.

— Ty nic nie powiesz? Od ciebie spodziewałem się najostrzejszego komentarza.

Adrienne odwróciła się i odłożyła kieliszek na stół.

— Cóż mogę powiedzieć… — Kobieta podeszła do niego i nachyliła się tak, że mógł zobaczyć błysk w jej ciemnych oczach, po czym wyszeptała: — Umarł król, niech żyje król.

*

— Musimy się wyprowadzić. — Max chodził w kółko po pokoju, rozważając różne opcje.

— I gdzie pójdziemy? — Cornelia siedziała przy biurku i odpisywała na listy kondolencyjne swojego kuzynostwa z Francji.

— Nie wiem… Nie wiem, ale ja tu nie zostanę. Nie będzie mnie więcej upokarzał, rozumiesz? — Max był bardzo wzburzony.

— Uspokój się. — Cornelia odłożyła pióro i spojrzała na męża.

— Jak mam być spokojny? — zapytał wściekły, po czym spojrzał na żonę i nieco łagodniej powiedział: — Cornelio, przysięgam ci, zawsze byłem uczciwy wobec ciebie, nigdy nie chodziło mi o pieniądze, a on mi zarzuca kłamstwo, obraża mnie! Żałosny inwalida! — krzyknął i uderzył pięścią w drzwi.

— Uspokój się — powtórzyła spokojnie jego żona. — Gilbert to tylko mała przeszkoda na naszej drodze do szczęścia.

— Jak to mała przeszkoda? — zapytał z kpiną w głosie.

— Pozbędziemy się go — powiedziała i ponownie zabrała się za odpisywanie, podczas gdy on stał i patrzył na nią kompletnie zdezorientowany.

— Teraz powinno nastąpić jakieś wyjaśnienie… — Nie doczekawszy się odpowiedzi, Max podszedł i szarpnął żonę za ramię. Odwróciła się w jego stronę. — Niby jak chcesz się go pozbyć?

— Boże, Max, rusz głową! Spójrz na siebie. Jesteś wysoki, dobrze zbudowany, a on jeździ na wózku. Nie jest żadnym problemem upozorowanie wypadku. Mam ci podsunąć kilka sposobów?

— Chcesz, żebym go zabił? Na litość boską, Cornelio! — Max złapał się za głowę, nie dowierzając temu, co właśnie usłyszał. — Nie znoszę tego chama, ale nie jestem mordercą. Poza tym to twój brat!

— Mów ciszej — powiedziała beznamiętnym tonem kobieta. — Jest taki sam jak ojciec, obłąkany. Tak samo jak on będzie nas izolował od świata, bo w ten sposób ma nas wszystkich pod kontrolą. Nas i spadek, który nam się należy. Ja chcę to zmienić Max. Chcę mieć dziecko i normalny dom, bez kłótni, wyzwisk i strachu przed innymi ludźmi. Jedyną przeszkodą, która stoi mi na drodze, jest mój brat.

— Możemy to wszystko mieć z dala od tego miejsca. Wyjedźmy — przekonywał ją.

— I dokąd pójdziemy? Do twojej wiecznie niezadowolonej matki? Czy zaprowadzisz mnie do jakiejś nory, gdzie będziesz się spełniał literacko, razem ze swoimi kolegami pisarzami, trwoniąc mój spadek? Jedyną naszą opcją jest White Lake. Usuniemy Gilberta i sami będziemy tu zarządzać.

Maximilian patrzył na swoją żonę z niedowierzaniem. Zawsze była spokojna i opanowana, chłodna i beznamiętna, co z czasem zaczęło mu wręcz w ich wzajemnej relacji przeszkadzać. Zawsze uważał Cornelię za osobę słabą, taką, która nie ma swojego zdania lub zwyczajnie boi się je wypowiedzieć. Teraz jednak beznamiętnym tonem mówi mu, aby zabił swojego szwagra, jej brata. Ot tak, po prostu.

— Kochanie, zapominasz o drobnym fakcie. Są jeszcze Patrick i Adrienne. Oni nam na to nie pozwolą, a Patrick z automatu odziedziczy i pałac, i tytuł.

— Patricka w pałacu trzymał jedynie ojciec. Zobaczysz, nie minie miesiąc, a już go tu nie będzie. Co do Adrienne — to faktycznie może być problem. To oczywiste, że ona ma depresję. Do tego wprost nie może znieść faktu, że ja wyszłam za mąż, a ona tu tkwi, nie mając żadnych szans na poznanie kogoś w swoim wieku. Poza tym jest przebiegła. Założę się, że już knuje, jak zjednać sobie Gilberta i przejąć nad nim kontrolę. Znajdzie w nim sojusznika, który tak samo jak ona nie jest w stanie opuścić tego miejsca i zacząć z kimś normalne życie. On jest przywiązany do wózka, ją natomiast wiąże paniczny strach przed światem. Jeśli jednak pozbędziemy się jego, ona stanie się kompletnie bezbronna.

— To jest absurdalne. — Max opadł zrezygnowany i zmęczony na fotel.

— Absurdem jest, że to ja muszę zapewnić byt mojemu mężowi, a on zamiast przyjąć z wdzięcznością fakt, że ma zaradną żonę, biadoli jak niezadowolona dziewucha — powiedziała zirytowana Cornelia, po czym wróciła do pisania listu.

Nie widziała szoku wymalowanego na twarzy Maxa. Po raz pierwszy w życiu kompletnie nie wiedział, co odpowiedzieć.

*

Eileen przebrała się w koszulę nocną, zmówiła niedbale modlitwę przy swoim łóżku i szybko wskoczyła pod kołdrę. Na strychu było naprawdę zimno, dlatego skupienie się na pacierzu nie było łatwe. Spała w pończochach, dodatkowo otulona wełnianym szalem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.97
drukowana A5
za 36.25