E-book
4.27
drukowana A5
23.17
CZAS SERCA

Bezpłatny fragment - CZAS SERCA

Objętość:
143 str.
ISBN:
978-83-8104-780-7
E-book
za 4.27
drukowana A5
za 23.17

Czas serca

Nie zawsze były piękniejsze od innych. Nie zawsze były bardzo młode. I rzadko odznaczały się szczególnymi zaletami duszy, serca i umysłu. Mimo to zajęły ważne lub nawet bardzo ważne miejsce w historii. Czasem, a może znacznie częściej niż czasem, to właśnie one odgrywały w naszych ludzkich dziejach większą rolę niż mężczyźni, którzy je kochali i którzy zaletami ducha i umysłu znacznie je przewyższali. I o tych kobietach, niekiedy mało znanych, a tak „ważących” dla losów swoich kochanków i mężów, a pośrednio także losach kraju, czy wielu krajów będą te opowiadania.

I będą też historie kochanych przez kobiety mężczyzn. O których wprawdzie wiemy bardzo dużo, jeśli chodzi o ich zasługi wojenne, polityczne czy artystyczne, ale stosunkowo niewiele o ich życiu uczuciowym. A zwłaszcza o miłości, jaką byli darzeni przez kobiety. Tym kobietom niekiedy zawdzięczali swoją wojenną, polityczną czy artystyczną sławę. Albo inaczej — bez których zapewne nigdy nie zostali by tym, kim zostali. Także w naszej wdzięcznej pamięci.

KOCHAM CIĘ BOLEJ NIŹLI KRÓLESTWO
czyli
Elżbieta Granowska i Władysław Jagiełło

W katedrze wawelskiej wśród wielu królewskich nagrobków wyróżnia się swoja niezwyczajną urodą sarkofag wykonany z białego marmuru. Alabastrowa rzeźba młodziutkiej kobiety przypomina bajkową Śpiącą Królewnę. U jej stóp zawsze leżą świeże kwiaty.

Pierwsze położono ponad siedemset lat temu, 19 lipca 1399 roku, w dniu pogrzebu królowej Jadwigi Andegaweńskiej. Od tamtej pory składane są nieustannie. Nie tylko przez wiernych modlących się w krakowskiej katedrze. Nie tylko przez turystów zafascynowanych nieprzemijającym urokiem tej kobiety. Także przez możnych i wielkich tego świata. Wiązanki kładli u grobu Jadwigi monarchowie, prezydenci i premierzy niemal wszystkich krajów świata. Także Karol Wojtyła, najpierw jako biskup Krakowa, a później papież Jan Paweł II.

Niewielu było w historii świata władców, którzy cieszyliby się jednocześnie pochlebną opinią historyków, miłością poddanych, wierną i serdeczną pamięcią narodu, którym rządzili oraz najwyższym uznaniem Kościoła. Jadwidze dane były wszystkie te zaszczyty i dowody uznania. Już za życia jej osoba otaczana była legendą. Potem, przez kolejne wieki, trwał i umacniał się kult królowej, aby pod koniec XX wieku doprowadzić do jej beatyfikacji.

Zasłużyła sobie i na miłość ludzką, i na wyniesienie na ołtarze.

Nie tylko dlatego, że — cytując biskupa Stanisława ze Skarbimierza — była ozdobą Królestwa Polskiego, ostoją ładu państwowego, klejnotem niezwykłym, ukojeniem wdów, pocieszycielką nędzarzy, ucieczką pokrzywdzonych, wspomożeniem uciśnionych, świadectwem i osłoną prawa Bożego. Także dlatego, czy przede wszystkim dlatego, że dzięki niej miało miejsce wydarzenie najdonioślejsze, najbardziej przełomowe w dziejach Północy.

Adam Mickiewicz w „Literaturze słowiańskiej” napisał: Przyjmując Wielkiego Księcia Jadwiga pozyskała ogromne kraje dla chrześcijaństwa, a ów mocarz, ostatni i najgroźniejszy władca pogański poddając się kościołowi pociągnął za sobą całą Północ, a Polska nie tylko rozszerzyła swe dzierżawy, ale mogła odzyskać tysiące swej młodzi uprowadzonej przez pogan i więzionej w nieprzebytych puszczach litewskich (…) Książęta litewscy, potężniejsi od kniaziów moskiewskich, pewnie by wywrócili ich władzę; wtenczas Polska stałaby się ich łupem, a nawet Europie groziłoby wielkie niebezpieczeństwo. A tak wpływ Polski wziął górę nad wpływem Moskwy. Cywilizacja polska, osłaniana przez książąt litewskich, ogarnęła cały wielki obszar oddzielający ziemię nadwiślańskie od naddnieprzańskich; na tym obszarze połączyły się dwa rozdzielone narody słowiańskie.

Aby możliwe było owo najdonioślejsze, najbardziej przełomowe w naszych dziejach wydarzenie, młodziutka Jadwiga musiała zadać gwałt swojemu sercu i powiedzieć tak mężczyźnie, którego nie kochała i nigdy nie zdołała pokochać.

Jagiełło był od niej starszy o lat dwadzieścia, nie był fizycznie pociągający i sięgał jej wzrostem co najwyżej do ramienia. Był też całkowicie jej obcy pod względem psychicznym.

Ona wychowała się w wyrafinowanej kulturze Zachodu. Była starannie wykształcona, lubiła intelektualne rozrywki: literaturę, muzykę, dyskusje o sztuce.

On wyrósł na potężnym i bogatym, ale wschodnioeuropejskim dworze. Był świetnie przygotowany do sprawowania władzy, ale nie zadbano o jego ogładę umysłową i intelektualną. Poza litewskim i ruskim nie znał żadnego języka, nawet „obowiązkowej” dla sfer wyższych łaciny. Gorzej — nie potrafił nawet czytać i pisać. Jego ulubioną i praktycznie jedyną rozrywką były polowania.

Miał niezwykły instynkt polityczny, potrafił sprawnie rządzić i był genialnym strategiem, ale w codziennym pożyciu atrakcyjny z pewnością nie był.

W każdym razie nie dla tej kobiety.

Jadwiga musiała pokonać naturalny w jej sytuacji strach oraz wstręt psychiczny i fizyczny. Jej matrymonialne fiat było na pewno większą i bardziej bolesną ofiarą niż składana na placu boju danina krwi.

Skupiając się na ofierze i poświęceniu Jadwigi zapomina się jednak niemal zupełnie o uczuciach Jagiełły, po chrześcijańsku zwanym Władysławem.

A jeśli się nawet pamięta, to pomija lub bagatelizuje jego wyrzeczenia i poświęcenia. Ukazuje się jedynie korzyści, jakie stały się jego udziałem po zaślubieniu Jadwigi.

To prawda, że wraz z polską koroną Władysław Jagiełło otrzymał przeogromną wprost władzą nad dwoma wielkimi krajami, zjednoczonymi sojuszem politycznym. To prawda, że otrzymał za żonę kobietę słynną na cały świat z urody, czaru i inteligencji. A w latach dojrzałych — także wielkiej mądrości. Prawda, że z czasem zyskał w Jadwidze najbardziej lojalnego i roztropnego doradcę przy podejmowaniu politycznych decyzji. A także bardzo zręcznego mediatora w konfliktach ze swym kapryśnym sojusznikiem, Wielkim Księciem Witoldem. Oraz największym i najgroźniejszym przeciwnikiem — Zakonem Krzyżackim.

Ale prawdą jest również, że ta śliczna kobieta przez kilka pierwszych lat małżeństwa odmawiała mu wstępu do swej sypialni, okazując mu na wszelkie sposoby niechęć i odrazę. Rzadko przywołuje się znamienną scenę, kiedy Jadwiga, zbesztana podczas spowiedzi za nie wywiązywanie się z małżeńskich obowiązków, zawrzała tak wielkim gniewem, że przewróciła konfesjonał wraz z siedzącym w nim kapłanem.

W rok po ślubie doszło do innego skandalicznego incydentu. Zamkowa plotka głosiła, że na jednej z uczt wydawanych przez Jadwigę, pojawił się jej ex-narzeczony, książę Wilhelm Habsburg. Książę wystąpił w przebraniu, tańcował z królową, a po kolacji miał się z nią spotkać. I to sam na sam!

Mąż królowej, wbrew porzekadłu, nie był ostatnim, który dowiedział się o zdradzie swej żony. Obecny na owej biesiadzie rycerz Gniewosz z Dalewic zawiadomił Władysława Jagiełłę, co dzieje się pod bokiem majestatu. A Władysław Jagiełło urządził Jadwidze iście karczemną awanturę, bulwersującą nie tylko Kraków, ale i kraj cały. Jednocześnie do Jadwigi zaczęły docierać wieści o mężowskiej niewierności.

Obopólny gniew sprawił, że — jak pisze Szajnocha — Jadwiga obracała się do męża ze wzgardą i unikała go.

Racja stanu wymagała jednak, aby położyć kres dąsom królewskiej pary. Królestwo potrzebowało następcy tronu. Unikanie się przekreślało szansę na utrwalenie dynastii.

Zdołano więc przekonać zwaśnionych małżonków o konieczności pogodzenia się. W imię nadrzędnych interesów.

Jadwiga zgodziła się publicznie, przed kościelnym ołtarzem i powołując na świętą Ewangelię przysiąc, że dochowała mężowi wierności. Potem pozwała Gniewosza przed sąd. Sąd oczyścił królową z zarzutów, a oszczercę z Dalewic skazał na wysoką grzywnę i „odszczekanie” pomówienia. „Odszczekanie” w sensie całkiem dosłownym. Rycerz musiał wejść pod stół i zaszczekać, mówiąc przy tym, że łgał jak pies.

Od Władysława albo nie wymagano, albo też król nie chciał lub nie mógł oczyścić się w taki sam sposób z zarzutów, jakie jemu stawiano. Ani niczego nie przysięgał, ani nikt niczego na temat jego zdrad nie odszczekiwał. Mimo to doszło do oficjalnego pojednania małżonków. Stosunki między Jadwigą i Jagiełłą nie stały się wprawdzie bardziej serdeczne, ale przynajmniej poprawne. Nie na tyle jednak, aby kraj mógł cieszyć Jagiełłowym potomstwem i upragnionym dziedzicem tronu.

Nie wiemy, czy Władysław rzeczywiście uwierzył w niewinność swej żony. Nie wiemy, czy on sam był jej wierny. W każdym razie w roku 1387 po raz pierwszy pojawia się wzmianka o jakiejś kobiecie w życiu monarchy. I na wiele lat pozostała jedyną informacją dotyczącą tego tematu.

W chwili poślubienia Jadwigi Andegaweńskiej Władysław Jagiełło miał około 35 lat. Był więc o przynajmniej dwadzieścia lat starszy od swej lat oblubienicy, ale nie był stary. Był mężczyzną w sile wieku, pełnym witalności, silnym, zdrowym, energicznym. Miał wielkie ambicje, dalekosiężne plany i kilka dziesiątków lat życia przed sobą na ich zrealizowanie.

Nie był Adonisem. Ale rycerz Zawisza Czerwony z Oleśnicy, wysłany przez Jadwigę w celu dyskretnych, ale możliwie dokładnych oględzin jej przyszłego małżonka raportował, że Jagiełło jest foremnie zbudowany i wyglądem nie różni się od innych chrześcijańskich rycerzy. Zawisza dobrze wiedział, a właściwie — dobrze widział, co mówi. Jagiełło, domyśliwszy się celu jego misji, zaprosił go bowiem do łaźni i wspólnej kąpieli.

Władysław, choć nie był przystojny, nie był jednak szpetny. No i miał rzadką w jego czasach zaletę — wielkie zamiłowanie do czystości. Codziennie korzystał z kąpieli.

Nie był też, czego Jadwiga bardzo się obawiała, prostakiem. Daleko mu było do jej wykształcenia, poziomu wiadomości i umiejętności, a także towarzyskiego obycia, ale potrafił zachować się dwornie, nie bywał ordynarny, ani brutalny. Nie miał zbyt błyskotliwego umysłu i nie brylował w rozmowach, ale miał za to zdolność rozumienia, co jest najważniejsze dla kraju, wybitne zdolności organizacyjne i przywódcze. Był bardzo skryty, nieufny, podejrzliwy, ale zarazem wytrwały w realizacji swych zamierzeń, stanowczy i zdolny do racjonalnego i skutecznego politycznego działania.

W Jadwidze te jego przymioty nie wzbudzały jednak cieplejszych uczuć. Tęskniła za urokliwym Wilhelmem, który w przeciwieństwie do jej małżonka, politykiem był żadnym, ale za to potrafił prawić wyszukane komplementy, grywał na lutni, deklamował wiersze i pięknie tańczył. No i zapewne był bardziej od Jagiełły wyrafinowanym zalotnikiem i kochankiem.

U innych kobiet Jagiełło miał całkiem spore wzięcie.

Nie jest ani możliwe, ani prawdopodobne, aby przed ślubem z Jadwigą nie miał przynajmniej jednej, zapewne wielu kobiet. Abu nie kochał i nie był kochany. Nie pozostawał w przelotnych i trwalszych miłosnych związkach

Żadne źródła nie podają informacji o litewskiej żonie lub kochance (kochankach) Jagiełły. Ale trudno sobie wyobrazić, aby człowiek pełniący najważniejszą rolę w Wielkim Księstwie był do trzydziestego piątego roku życia kawalerem. Być może więc wtedy, kiedy udawał się do Krakowa, pozostawiał w Wilnie kobietę, z którą dzielił wcześniej życie. Być może zostawiał w Wilnie także swoje serce.

Nikt go o to jednak nie pytał. A on sam nigdy o tym nie wspominał.

Przez pierwsze lata swego małżeństwa z Jadwigą musiał boleśnie odczuwać jej niechęć i afronty, których mu nie szczędziła. Jego męska ambicja musiała być wiele razy bardzo boleśnie zraniona. Być może to odtrącenie przez żonę powodowało, że rzadko przebywał na Wawelu. Bardzo rzadko też zabierał Jadwigę, udając się w podróż lub na polowania.

Właściwie — król i królowa prowadzili dwa całkowicie odrębne dwory i dwa całkowicie odrębne życia. Ich spotkania były i rzadkie krótkotrwałe. Skrupulatni kronikarze wyliczyli, że w niektórych latach małżonkowie spędzili ze sobą co najwyżej kilkadziesiąt dni w roku. A bywało, że przestawali z sobą jeszcze rzadziej.

Wspomnieliśmy, że Jagiełło niemal nieustannie podróżował. Były to w większości — nazwijmy je dzisiejszym określeniem — podróże służbowe. Ale bywały także podróże dla przyjemności. Król odwiedzał polskich i litewskich wielmożów. Bardzo często i bardzo długo — jak napomknęliśmy — polował.

Czy te samotne wyjazdy poza Wawel nie były zarazem próbą ucieczki z miejsca, w którym czuł się odtrącony przez kobietę? I od niej samej? Czy w czasie wielomiesięcznej rozłąki z niechętna mu żoną nie szukał pociechy w ramionach innej? Innych?

Po kilku latach małżeństwa stosunki w królewskim stadle najpierw trochę, a potem znacznie się polepszyły. Jadwiga wydoroślała i zaczęła doceniać wszystkie, a przynajmniej wszystkie polityczne talenty męża. I zaczęła go wspierać w jego poczynaniach, w jego imieniu podejmowała się trudnych mediacji. Najwyraźniej zrozumiała też znaczenie, jakie ma dla przetrwania polsko litewskiego sojuszu trwałość dynastii.

Po dwunastu latach małżeństwa zawiadomiła męża, że spodziewa się dziecka. Napisała do niego, że „Bóg zdjął z niej hańbę bezpotomności”. Ale nie było to zasługa jedynie Boga. Także zgody Jadwigi na intymne kontakty z mężem.

Jeżeli w związku tych dwojga, pod każdym względem niedobranych ludzi, istniał okres względnej harmonii, to były to miesiące, kiedy Jadwiga nosiła w łonie dziedzica tronu. A zarazem ostatnie miesiące jej życia.

Władysław, dowiedziawszy się, że zostanie ojcem, szalał ze szczęścia. Pragnął przychylić Jadwidze nieba. Obdarzał ją kosztownymi prezentami, chciał jej komnatę obić złotogłowiem, wszystkich monarchów Europy, a nawet samego papieża Bonifacego zawiadamiał o Wielkim Wydarzeniu i zapraszał na Wawel, gdzie miały odbyć się uroczystości związane z chrztem dziedzica tronu. Jadwiga przyjmowała objawy serdeczności męża z właściwą sobie rezerwą, ale na pewno znacznie łaskawiej i uprzejmiej niż niegdyś.

Śmierć maleńkiej królewny, Elżbiety Bonifacji, i to już w cztery dni po urodzeniu, i prawie jednoczesna śmierć jej matki zdawały się przekreślać sens poprzednich trzynastu lat oraz wzajemnych ofiar i wyrzeczeń. Królowa Jadwiga, jako prawnuczka Władysława Łokietka, legitymizowała prawo małżonka do polskiego tronu. W żyłach ich dzieci płynęłaby wszak piastowska krew. Owdowiały Jagiełło czuł się na polskim tronie o wiele mniej pewnie.

Przewidując to Jadwiga przed śmiercią i w jej przeczuciu wskazała osobę swojej następczyni przy boku Władysława. Nową królową Polski miała zostać inna prawnuczka Łokietka, a więc także Piastówna, Anna Cyllejska.

Dla dobiegającego już pięćdziesiątki Jagiełły małżeństwo to stało się polityczną koniecznością. W dodatku, zważywszy na potrzebę posiadania potomstwa, pilną koniecznością. Tymczasem król wyraźnie grymasił.

Kandydatka na nową żonę nie należała do piękności. Przeciwnie — była wyjątkowo szpetna. Tyle, że uroda nie miała żadnego znaczenia przy zawieraniu monarszych związków. Poza tym Jagiełło miał za sobą przykre doświadczenia z pożycia z piękną kobieta. Tak więc brak kobiecych wdzięków raczej nie stanowił głównej przyczyny jego oporów wobec poślubienia Anny. Przyczyną, ale to wyjaśniło się dopiero po piętnastu latach, była najprawdopodobniej miłość króla do innej kobiety.

Jej postać i imię przewijają się nieustannie od momentu pojawienia się Jagiełły na Wawelu. Żaden jednak z obserwatorów dworskiego życia przez ponad dwadzieścia lat jego panowania nie zanotował w kronikach jakichkolwiek oznak przywiązania i namiętności, jaka łączyła i połączyła tych dwoje ludzi.

W dniu 15 lutego 1386 roku., kiedy w Katedrze Wawelskiej polewano Wielkiego Księcia chrzcielną wodą święconą, nadając mu imię Władysława, najważniejszą asystentką ceremonii była Jadwiga z Melsztyńskich Pilecka. Tę najmożniejszą i najbardziej poważaną damę Królestwa wybrano bowiem na matkę chrzestną polskiego monarchy.

Jadwiga Pilecka miała córkę-jedynaczkę, Elżbietę. Elżbieta poprzez sakrament Jagiełłowego chrztu stawała się jego kanoniczną siostrą. Wchodziła więc niejako do całej jego — i to najbliższej — rodziny.

Pileccy byli ze wszech miar godni zaszczytu, jaki im przypadł w udziale. Otton z Pilczy był człowiekiem bajecznie bogatym i niezmiernie wpływowym. Przez wiele lat pełnił funkcję jednego z najbliższych i najbardziej zaufanych powierników i doradców króla Kazimierza Wielkiego. Z kolei brat jego żony, Jadwigi, sławny rycerz Spytko z Melsztyna, przyczynił się do osadzenia na polskim tronie Ludwika Węgierskiego, a następnie jego córki, Jadwigi. To on towarzyszył przyszłej królowej w jej podróży z Budy na Wawel.

Spytko z Melszytyna to także główny — używając współczesnego języka — architekt polsko-litewskiego sojuszu. Za swoje zasługi otrzymał od Ludwika Andegaweńskiego, a potem od królowej Jadwigi i króla Władysława Jagiełły najwyższe zaszczyty i stanowiska w państwie: starosty i wojewody krakowskiego, a także nadwornego marszałka dworu.

Już samo urodzenie w takiej rodzinie dawało niezmiernie wysoką i uprzywilejowaną pozycję a także dostęp do obydwojga monarchów w niemal nieograniczonym zakresie. Trudno sobie wyobrazić, by nie tylko Spytko, ale i Elżbieta Pilecka z tych możliwości nie korzystali.

Kroniki podają dwie różniące się aż o lat osiem daty jej przyjścia na świat: rok 1872 oraz 1380. Ta druga wersja wydaje się jednak mało prawdopodobna. Jeśli więc przyjąć za bardziej wiarygodną pierwszą z wymienionych dat, to wówczas Elżbieta Pilecka byłaby rówieśniczką królowej Jadwigi. Być może należała nawet do jej fraucymeru. A jeśli nie, to i tak musiała doskonale znać większość dworek otaczających młodziutką monarchinię. Pochodziły przecież, tak jak ona, z najmożniejszych rodów królestwa, powiązanych ze sobą najrozmaitszymi interesami i koligacjami. Na pewno zaś znała najbliższą Jadwidze dwórkę, Węgierkę Elżbietę Bebekównę.

Elżbieta Bebek przybyła do Polski wraz z orszakiem Jadwigi Andegaweńskiej. Młodziutka, urodziwa i pełna temperamentu Węgierka bardzo szybko zwróciła na siebie uwagę Spytka z Melsztyna. Polski rycerz cierpliwie odczekał, aż doszła do lat, a następnie ją poślubił. Ślub Spytka i panny Bebekówny odbył się w kilka tygodni po zaślubinach pary królewskiej. A swoją okazałością i wystawnością niemalże dorównywał tamtej ceremonii. Nic w tym dziwnego zważywszy na majętność pana młodego powiększoną dodatkowo o przebogate wiano jego wybranki.

Poślubiwszy Spytka, Elżbieta Bebekówna stała się wujenką swej rówieśnicy i imienniczki, Elżbiety Pileckiej.

Był jeszcze jeden związek łączący bardzo blisko Elżbietę Pilecką z dworem wawelskim i królem. Jej serdeczną przyjaciółką była rodzona siostra Jagiełły, Aleksandra, żona księcia Ziemowita Mazowieckiego. Panie niezmiernie często odwiedzały się w swoich dobrach i bardzo lubiły spędzać czas w swoim towarzystwie. Elżbieta musiała więc wiele razy spotykać Władysława podczas składanych Aleksandrze wizyt. Król był bowiem ogromnie przywiązany do siostry i podczas podróży po kraju niemal zawsze odwiedzał ją w jej zamkach. Spotykali się też w siedzibach wspólnych krewniaków i znajomych. A więc zapewne i w licznych (i wspaniałych) dworach należących do Elżbiety.

Gdyby nawet nie istniały te wszystkie rodzinne i towarzyskie koneksje pomiędzy królem i Elżbietą Pilecką, Jagiełło i tak nie jeden raz musiałby słyszeć o tej kobiecie. Bo z urzędu nader często przychodziło mu zajmować się i jej osobą, i jej sprawami.

Życie tej kobiety pełne było niesłychanych i sensacyjnych wydarzeń. Swoim współczesnym Elżbieta dostarczała przez dziesiątki lat nie lada materiału do snucia fantastycznych opowieści i najrozmaitszych domysłów i plotek.

Jako panna uchodziła za najlepszą partię w Polsce. O jej rękę ubiegały się tłumy konkurentów. I choć matka pilnowała tego skarbu jak oka w głowie, Elżbietę udało się jednak wykraść z rodzinnego zamku w Łańcucie. Raptu dokonał rycerz z Moraw, Wyszl Czambor. Pozostanie na zawsze tajemnicą, czy ów desperat dokonał rzeczywistego porwania, czy nastąpiło ono za cichym przyzwoleniem branki.

Czambor wywiózł Elżbietę poza granicę Polski i tam ją poślubił. To znaczy — twierdził, że ją poślubił. Nie ma żadnych dowodów na zawarcie tego małżeństwa. Jeśli jednak przyjąć, że jakiś duchowny rzeczywiście połączył stułą ręce tych dwojga, to ani polski kościół katolicki, ani polska władza świecka — ergo królewska — nie uznali ważności tego związku.

Elżbieta niedługo przebywała na Morawach. Wkrótce pojawił się w zamku Czambora inny jej wielbiciel, rycerz Jańczyk z Hińczy i odbił porwaną pannę (mężatkę?). Mimo pogoni zdołał ją dowieźć do Krakowa. I tam, tym razem oficjalnie, za wiedzą matki Elżbiety, jej wuja Spytka z Melsztyna oraz samego monarchy również wziął z nią ślub.

Czambor wciąż jednak nie rezygnował ze swojej cennej zdobyczy. Przybył do Krakowa, aby odebrać swoją własność. Hińczycki nie stanął z nim jednak w rycerskie szranki; nie wyzwał Czambora na Sąd Boży. Postąpił znacznie mniej honorowo, ale za to o wiele bardziej pragmatycznie. Zamordował rywala, gdy ten wychodził z krakowskiej łaźni.

Była to więc dosłownie gardłowa sprawa. I jako taka musiała trafić przed oblicze najwyższego sędziego, czyli króla Władysława Jagiełły.

Elżbieta była najważniejszym świadkiem podczas owego procesu. Nie wiemy jednak, w jaki sposób przedstawiła swoją wersję wydarzeń. Czy powiedziała prawdę i tylko prawdę? Czy mogła ją ujawnić nie narażając swojego dobrego imienia? Kogo broniła? Własnej reputacji? Czambora? Jańczyka? Zapewne tego ostatniego, ponieważ popełnione przez niego zabójstwo zostało usprawiedliwione wyższymi racjami, a on uwolniony od kary.

Nie wiadomo, czy związek Elżbiety i Jańczyka z Hińczy był szczęśliwy. Wiadomo, że był krótkotrwały. Drugi mąż Elżbiety z Pileckich- Czamborowej-Hińczyckiej zmarł w bardzo tajemniczych okolicznościach po kilku zaledwie latach pożycia z Elżbietą. Młodziutka, ale już dwukrotna wdowa stała się jeszcze bardziej łakomą partią niż w czasach swego panieństwa. Jańczyk pozostawił bowiem po sobie pokaźną schedę.

Elżbieta jako mężatka (i to dwukrotna) była już pod każdym względem panią swojej woli. Nikt jej nie mógł narzucać kolejnego męża. Mogła — jeśliby zechciała — pójść nawet za głosem serca. Aż dziw, że tego nie zrobiła. Decyzję o swoim dalszym losie pozostawiła w rekach wuja, Spytka z Melsztyna. Zapewne doskonale wiedziała, że nie dokona on wyboru jej nowego męża bez wiedzy i rady monarchy. Tak naprawdę zawierzyła Władysławowi Jagielle.

Zdawać by się mogło, że mając tak nieograniczone możliwości wyboru, marszałek królewskiego dworu i sam monarcha zdecydują się na kandydata godnego pozycji społecznej i majętności Elżbiety. Tymczasem stało się coś przedziwnego. Nowy pretendent do ręki Elżbiety, Wincenty Granowski był wprawdzie spowinowacony z Melsztyńskimi, ale należał raczej do ich ubogich krewnych. Nie piastował też żadnych wysokich stanowisk. Nie cieszył się względami swej przyszłej żony. Ani żadnymi szczególnymi przymiotami ciała, duszy i umysłu. Należałoby więc zapytać, dlaczego temu hołyszowi dostał się — i to za pośrednictwem najwyższych dostojników państwa — najlepiej oprawny klejnot Królestwa? Nasuwa się przypuszczenie, że pan Wincenty miał pełnić jedynie rolę alibi dla kogoś, kto naprawdę zawładnął (lub pragnął zawładnąć) sercem i osobą Elżbiety, ale poślubić jej nie mógł.

Elżbieta zapewne rozumiała złożoność własnej sytuacji. I pewnie dlatego powiedziała „tak” mężczyźnie, który nie wzbudzał w niej żadnych ciepłych uczuć. Natomiast król miał do tego człowieka dziwną i niczym nie uzasadnioną słabość. Albo może należało by rzec — miał wielką słabość do pani Granowskiej, a jej mąż jedynie potrafił wyzyskać królewskie uczucia do swojej małżonki.

Jak wspomnieliśmy Wincenty Granowski był życiową miernotą. Jeśli czymś się odznaczył, to jedynie niepospolitym pieniactwem i niebywałą rozrzutnością. Od początku małżeństwa darł koty ze swoją teściową i dwukrotnie napadał na jej dobra. Był to akt nie byle jakiej arogancji zważywszy, że Jadwiga Pilecka, jako matka chrzestna monarchy zajmowała na dworze wawelskim drugą po królowej Jadwidze pozycję wśród polskich dam. I była niejako „królowa matką”.

Granowskiemu nie dość było burd z teściową i sąsiadami, nie wystarczało mu trwonienie pieniędzy żony i zaciąganie horrendalnych długów. Wincenty Granowski pozwał przed sąd króla. Pretekstem był zamek w Śremie, do którego obaj panowie rościli sobie prawa. Granowski proces wygrał, ale — co zadziwia najbardziej — król nie chował do niego z tego powodu urazy.

Mimo braku jakichkolwiek zasług oraz kwalifikacji do pełnienia ważnych państwowych funkcji i misji, Granowski wciąż je otrzymywał. W 1410 roku Jagiełło wysłał go jako jednego z członków swojej delegacji (czyli „najwyższego szczebla”) do Pragi Czeskiej, gdzie król Wacław miał rozsądzić polsko-krzyżacki spór. Jagiełło mianował też męża Elżbiety kasztelanem nakielskim. A po bitwie pod Grunwaldem — dowódcą Torunia.

W tym miejscu należy Granowskiemu oddać sprawiedliwość. W czasie decydującej rozprawy z Zakonem, wsparł króla własną, dowodzoną przez siebie chorągwią. Także syn Elżbiety z jej poprzedniego małżeństwa, Janusz Hińczycki przywiódł na pole bitwy swój rycerski zastęp. Można domniemywać, że prywatne wojsko i męża, i syna opłacane było z kiesy ich żony i matki. Ale chrobrość, jaka się w walce odznaczyli, była wyłącznie ich zasługą.

Pobyt w Toruniu okazał się dla świeżo mianowanego dowódcy miasta, Wincentego Granowskiego, fatalny w skutkach. W nigdy niewyjaśnionych okolicznościach został otruty. I zmarł. A Elżbieta została wdową po raz trzeci. Tym razem jednak już nikt jej do zamążpójścia nie namawiał, a i ona sama się do tego nie kwapiła. Choć, obiektywnie, nic nie stało temu na przeszkodzie. W 1410 roku miała lat trzydzieści. Nie uchodziła za kobietę pierwszej młodości, ale z pewnością było bardzo wielu mężczyzn — i młodszych, i jej rówieśnych, i starszych — którzy pożądliwym okiem spoglądali zarówno na fertyczną wdówkę, jak i jej przeogromną fortunę.

Ale Elżbieta, niby Penelopa, odprawiała zalotników z kwitkiem. I dopiero w sześć lat później okazało się, kim był Odys, na którego postanowiła wiernie czekać.

Kiedy porywał ją Czambor, a potem odbijał Jańczyk Hińczycki, król był żonaty z Jadwigą. Jeżeli nawet interesował się wówczas bohaterką wielkiego miłosnego skandalu, nie mógł tego okazać. Królowa Jadwiga cieszyła się tak wielkim i tak powszechnym szacunkiem, otoczona była tak ogromną miłością i czcią swego ludu, że ten nie dopuściłby, aby ktokolwiek — choćby i sam król — uchybił ich uwielbianej i świętej pani.

Z legendą, jaka otaczała Jadwigę już za jej życia nie mogła się mierzyć się żadna — choćby najpiękniejsza, choćby najbardziej pociągająca — niewiasta. Kiedy Jadwiga zmarła, od króla oczekiwano najpierw głębokiej żałoby, a następnie — ponownego i w dodatku szybkiego ożenku. Dla poddanych było wprawdzie oczywiste, że żadna kobieta na świecie nie może być taką doskonałością, jak zmarła królowa, ale zdawano też sobie sprawę, że względy polityczne i dynastyczne wymagają, aby król koniecznie miał legalne potomstwo. I to — zważywszy na jego wiek — możliwie szybko.

Ponieważ królowa Jadwiga w ostatniej woli wskazała swoją następczynię, wydawało się — nic prostszego niż wysłać dziewosłębów do Cylli. Nie było żadnej obawy, że Anna Cyllejska lub jej opiekunowie dadzą Władysławowi kosza. Przeciwnie — dla ubogiej i w dodatku brzydkiej księżniczki małżeństwo z jednym z najpotężniejszych monarchów Europy stanowiło niebotyczny wprost społeczny awans i niepowtarzalną życiową gratkę.

O ile panienka rwała się do tego małżeństwa, o tyle Jagiełło szukał wszelkich pretekstów, by go nie zawierać. A przynajmniej — odłożyć w czasie. W pewnym momencie zagroził nawet, że raczej zrezygnuje z polskiego tronu i wróci na Litwę niż ożeni się po raz wtóry. W każdym razie z Anną Cyllejską. A o innych kandydatkach nie było w ogóle mowy.

Gdyby rzeczywiście król abdykował, byłaby to decyzja o wręcz niewyobrażalnych następstwach.

Tragiczna dla Polski. Tragiczna dla Litwy. Mogąca mieć niekorzystny wpływ na losy całej Europy. Cieszyliby się z niej jedynie nieprzyjaciele Polski i Litwy, zainteresowani w zerwaniu sojuszu łączącego te kraje lub przynajmniej jego osłabieniu. Używano więc wszelkich możliwych argumentów, próśb i nacisków, aby Jagiełło pozostał na Wawelu.

Minął rok 1400. Jagiełło nie dawał wiążącej odpowiedzi. Nadszedł rok 1401. Władysław powiedział wreszcie „tak”.

Czy owo „tak” przedyskutował wcześniej z Elżbietą Granowską? Czy rozmowa z nią i jej zdanie miały dla króla znaczenie? Czy to Elżbieta zadecydowała wówczas o przyszłych losach Królestwa i Wielkiego Księstwa? W takim samym stopniu, jak piętnaście lat wcześniej, Jadwiga o utworzeniu polsko-litewskiego sojuszu?

Władysław Jagiełło powiedział swoje „fiat” i Anna Cyllejska wyruszyła w drogę do Polski. Przybyła do Krakowa 16 lipca 1401 roku. Król w otoczeniu dostojników wyszedł na jej spotkanie, ale nawet nie próbował udawać, że rad jest z jej przybycia.

Trudno mu się dziwić. Anna istotnie nie była powabna. Miała jednak zaletę o wiele dla przyszłej królowej istotniejszą. Pochodziła z piastowskiego rodu, a więc mogła uprawomocnić nie tylko Jagiełłowe panowanie, ale i dziedzictwo jego tronu. Poza tym wielkim jej przymiotem był młody wiek. Miała lat dwadzieścia, a więc mogła rodzić przez wiele lat wiele dzieci. A ponieważ była zdrowa, była szansa na silne i zdrowe potomstwo.

Łatwo i chętnie tłumaczono awersję króla do narzeczonej jego nieukojonym jeszcze bólem po stracie Jadwigi. Czy to jednak istotnie żałoba — i tylko żałoba — po pierwszej żonie i niewygasły do niej sentyment sprawiały, że nie był w stanie zaakceptować innej kobiety u swego boku? A może była już w jego życiu inna kobieta i właśnie dlatego nie chciał ani nowego małżeństwa, ani nawet polskiego tronu.

W piętnaście lat później Władysław rozegra identyczną życiową sytuację w zupełnie inny sposób. Nie będzie już ukrywał istnienia owej innej kobiety. Zamanifestuje swoje prawdziwe uczucia wobec zdumionego otoczenia. Zdumionego nie tylko tym, kim jest jego ukochana, ale także faktem, że przez wiele lat (może nawet dziesiątków lat) nie dostrzegano jej roli w życiu Jagiełły. I że choć stale obecna przy i na królewskim dworze zdołała ukryć swój związek z królem. I ich wzajemne uczucie, które okazało się silniejsze od politycznego rozsądku, wszelkich racji stanu i przyszłości dwóch krajów i narodów.

Ale na razie na Wawelu przebywała Anna Cyllejska. Ciągle w charakterze narzeczonej. Niechcianej narzeczonej.

Biedaczka, pod pozorem nauki języka, w którym mogłaby porozumiewać się z przyszłym mężem, spędzała czas w otoczeniu swoich dworek, nauczycieli i polskich możnowładców. Czy poznała i zetknęła się w tym smutnym i trudnym dla siebie okresie z Elżbietą Granowską? Trudno sobie wyobrazić, aby najznamienitsza z polskich dam nie pojawiła (pojawiała) się na królewskim wzgórzu. Trzeba było przecież wprowadzać przyszłą królową w realia kraju i dworu, na którym miała grać pierwsze skrzypce. Zwłaszcza, że w te realia nie wprowadzał jej Władysław. Król wyjechał bowiem z Krakowa, udając się w bardzo długą podróż. I nie było wcale pewne, czy z niej na Wawel powróci.

Kronikarze, którzy w okresie trwania jego małżeństwa z Jadwigą dyskretnie milczeli o intymnej sferze życia monarchy, po jej śmierci zaczęli przebąkiwać o królewskich miłostkach. Wciąż jednak nie padało żadne imię żadnej miłostki. W każdym razie Elżbieta pozostawała wciąż poza wszelkimi podejrzeniami.

W średniowieczu nie było paparazzich, którzy wykryli by tajemny romans na najwyższym szczycie władzy. A jeśli był ktoś, kto o nim wiedział, to najwidoczniej miał na tyle rozumu, aby milczeć.

W 1402 roku król, ulegając coraz silniejszym politycznym naciskom ożenił się wreszcie z Anną Cyllejską. I niechętnie, bo niechętnie (i jak się wydaje — niezbyt szybko), ale w końcu swoje nowe małżeństwo „skonsumował”. Żywym dowodem owej „konsumpcji” była urodzona (ale dopiero w 6 lat po ślubie) dziewczynka. Dla uczczenia pamięci ukochanej królowej nadano jej na chrzcie świętym imię Jadwiga.

Monarcha najwyraźniej jednak nie kontynuował małżeńskich obowiązków i Jadwiga Jagiełłówna pozostała jedynaczką. Przez następnych 14 lat Anna nie rodziła już ani córek, ani — jakże upragnionych przez wszystkich — synów.

Małżeństwo króla stawało się z roku na rok coraz bardziej „papierowe”. Małżonkowie żyli w faktycznej separacji i spotykali się jedynie na oficjalnych uroczystościach. Po wiktorii grunwaldzkiej kronikarze donoszą o kilku krótkich spotkaniach pary monarszej. Na przykład w Opatowie z okazji Święta Trzech Króli.

Królowa pojechała wówczas z mężem do Radomia, ale — jak donosi Długosz — król ją wkrótce odesłał.

W okresie 14 lat trwania małżeństwa Anny i Władysława król tylko dwa razy wykazał autentyczne zainteresowanie żoną. Zainteresowanie przejawiło się w straszliwych awanturach, jakie jej urządził z powodu podejrzenia o zdradę.

Prawdę mówiąc — Anna sama sobie była winna. Wiedząc, jak bardzo mało znaczy w życiu męża i pragnąc go choć troszkę zająć swoją osobą, poskarżyła się, że — jak to byśmy dziś ujęli — jest molestowana seksualnie. I to przez kogo! Jego ekscelencję biskupa Mikołaja Kurowskiego.

Doprawdy trudno uwierzyć, aby ten szacowny (i bardzo już sędziwy) duchowny miał składać nieprzystojne propozycje królowej. Jako jeden z najbliższych współpracowników króla spędzał wprawdzie wiele czasu na Wawelu, ale mało prawdopodobne, aby odczuwał cielesne pokusy wobec najbrzydszej kobiety na dworze. Król wszczął jednak śledztwo w sprawie tego najoczywistszego dla wszystkich — poza nim — pomówienia. Biskup — zgorszony, przerażony i urażony zmarł na atak serca.

Jagiełło ochłonął ze wzburzenia. Zrozumiał niedorzeczność rzucanych przez żonę oskarżeń. Zamiast kontynuowania scen zazdrości zaczął wypominać jej głupotę.

Inny incydent miał miejsce w 1408 roku. Kasztelan wiślicki doniósł wówczas królowi, że Anna Cyllejska cudzołożyła i to aż z dwoma rycerzami: Jakubem z Kobylina oraz Mikołajem Chrząstowskim. Kochankowie mieli swawolić tak namiętnie, że na skutek ich miłosnych igraszek zapadła się podłoga w wawelskiej sypialni Anny. Oskarżenie równie absurdalne, jak poprzednie. Ale król, jak zawsze przewrażliwiony na punkcie zdrady, zawrzał wielkim gniewem. Na szczęście dla Anny i jej (rzekomych?) zalotników ten gniew był krótkotrwały. Dzięki temu Anna nie podzieliła losu swej angielskiej imienniczki, Anny Boleyn.

Kiedy Anna Cyllejska szczęśliwie urodziła córkę, król nie okazał spodziewanej radości. Nadal prawie stale przebywał poza Krakowem, a dzieckiem się nie interesował.

Ulubionym miejscem krótszych i dłuższych pobytów Jagiełły były w tym czasie rezydencje jego siostry Aleksandry Ziemowitowej. Kronikarze podkreślają, że jej dwory stały się ośrodkami życia towarzyskiego, a ona sama wprowadzała w owo życie mnóstwo nieznanych dotąd w Polsce zabaw, gier i rozrywek. Jej ambicją było wprowadzenie do Polski zachodnich obyczajów. Takich, jakie panowały na przykład na dworze francuskim czy wiedeńskim. Na zamku księcia Ziemowita Mazowieckiego urządzano więc nieustannie turnieje rycerskie, biesiady, a także koncerty kapeli lutnistów i fletnistów. Sama gospodyni była wielce rada śpiewom, muzyce i pląsom.

Nie stroniła też od uciech stołu, na którym pojawiały się ulubione przez nią i inne niewiasty kręcone ciasta, czyli torty, konfitury i powidełka oraz miodek. Za szczególne specyjały uważano również rozmaite placki, obwarzanki i pirogi z serem.

Władysław wyraźnie gustował w atmosferze siostrzanego domu. Być może panująca tam wesołość stanowiły dlań odskocznię wobec posępności Wawelu, na którym kiedyś, w czasach świątobliwej Jadwigi, panowała surowa asceza, a w czasie obecności Anny — straszliwa nuda.

Elżbieta Granowska, stały gość przyjęć i zabaw urządzanych przez księżną Aleksandrę, stanowiła przeciwieństwo obydwu królewskich małżonek. W niczym nie przypominała pobożnej Jadwigi, wiecznie za coś lub za kogoś pokutującej i uważającej pożycie z mężczyzną (choćby nawet własnym mężem) za rodzaj umartwienia. Ani zakompleksionej, wiecznie zastrachanej, mazgajowatej Anny. Elżbieta wnosiła w życie Jagiełły wiele radości, a jej towarzystwo pozwalało mu zapomnieć o kłopotach natury zarówno politycznej, jak i osobistej.

Król z natury był niezwykle szczodry. Karol Szajnocha pisze, że Władysław raz po raz upominkami kosztownemi obdarza siostrę, kupuje dla niej kólczyki, kanaki, siodła, kubki złociste i nie zapomina nawet o jej pannach służebnych. Z późniejszych relacji wiadomo, że nie zapominał także o Elżbiecie. Ona również otrzymywała prawdziwie królewskie dary. Jako „kanoniczna siostra” Jagiełły miała jednak zwyczajowe prawo do otrzymywania nawet bardzo wyszukanych i bardzo kosztownych podarunków. Przez długi czas wręczane jej kólczyki czy kubki złociste nie wzbudzały więc podejrzeń co do uczuć łączących owo „kanoniczne rodzeństwo”.

Nadszedł rok 1415. Anna Cyllejska podczas podróży z Wiślicy do Podolan przekąsiła cośkolwiek po czym zaniemogła. I nie była to przejściowa niestrawność. Po kilku miesiącach nieustannych boleści królowa zmarła. Miała wówczas około 35 lat. Nigdy przedtem nie chorowała, a już na pewno na jakąś przewlekłą i ciężką chorobę. Mimo woli przypomina się więc dziwnie podobna przyczyna śmierci męża Elżbiety Granowskiej. Sześć lat wcześniej Wincenty wszakże także przekąsił cośkolwiek, po czym umarł.

Ani w sprawie jego śmierci, ani w sprawie śmierci królowej nie wszczynano jednak żadnego dochodzenia. Najwidoczniej nikt nie chciał dociekać prawdziwej przyczyny, ani ewentualnych sprawców obydwu zgonów.

Król, zawiadomiony o niedyspozycji, a potem coraz poważniejszych niedomaganiach żony, nie wydawał się zbytnio nimi przejęty. Przybył do Krakowa dopiero 19 stycznia, a więc na dzień przed śmiercią Anny. 20 stycznia dzwony wawelskiej katedry i krakowskich kościołów obwieściły żałobną wieść o zgonie królowej.

Historia zatoczyła koło i wróciła do punktu wyjścia. Niemal punktu wyjścia. Sytuacja zmieniła się bowiem o tyle, że Polsce nie groziło już bezkrólewie. Jagiełło miał ośmioletnią córkę, prawowitą następczynię tronu. Mimo to powszechnie życzono sobie, aby król wzmocnił owo następstwo płodząc syna, a najlepiej — gromadkę dzieci. Jedynactwo małej Jadwigi wydawało się Polakom zbyt kruchą podstawą dla przyszłości państwa.

Oczekiwano więc kolejnego małżeństwa Władysława Jagiełły.

Król przekroczył już wprawdzie sześćdziesiątkę, ale zdrowie wciąż mu dopisywało. Nadal był silnym i witalnym mężczyzną. Zdolnym do płodzenia dzieci.

Zaprezentowano — zdawałoby się — wymarzone kandydatki.

Jedną z nich była księżna Elżbieta, bratanica Zygmunta Luksemburskiego. Była już wprawdzie wdową, ale niestarą i — czego wcześniej dowiodła — mogącą jak najbardziej zostać matką.

Drugą była księżniczka moskiewska, wnuczka Jagiełłowego stryjecznego brata, Wielkiego Księcia Witolda.

Z politycznego punktu widzenia odrzucenie którejkolwiek kandydatki byłoby wielkim afrontem tak dla nich samych, jak — może jeszcze bardziej — dla swatów. Za pierwszą pretendentką do tytułu królowej Korony Polskiej stał jej potężny stryj, Zygmunt Luksemburski. Za drugą optował najbliższy krewniak i największy sojusznik Jagiełły w jego bojach z Krzyżakami, książę Witold.

Podczas, gdy polscy i litewscy panowie zastanawiali się, która propozycja będzie bardziej korzystna dla ich kraju(ów), lub inaczej — która będzie możliwa do odrzucenia, Jagiełło zawetował obydwie. Pamiętając, że piętnaście lat wcześniej jego opór wobec niechcianego małżeństwa został w końcu złamany, tym razem postanowił postawić na swoim. I odrzucić wszelkie racje stanu na rzecz racji serca.

Podczas, gdy na Wawelu debatowano i radzono nad wyborem nowej żony dla Władysława i ewentualnej matki upragnionego następcy tronu, król przebywał w Lubowli.

Nie sam.

Towarzyszyły mu — rodzona siostra Aleksandra i „siostra kanoniczna”, Elżbieta Granowska. Być może otoczenie i tym razem nie zwróciłoby szczególnej uwagi na obecność tej damy przy boku króla. W końcu od dziesiątków lat była bardzo blisko związana z dworem zarówno księżnej Aleksandry, jak i królewskim. I — jak się wydawało — nic zdrożnego z tego nie wynikało. Poza tym Elżbieta nie była już młódką, dla której mężczyzna mógłby stracić głowę. Ta trzykrotna wdowa, matka czworga dorosłych dzieci, z piątym krzyżykiem na karku uchodziła za stateczną matronę, a nie obiekt zalotów.

Kiedy jednak wyjeżdżała z Lubowli otrzymała od króla dary tak bogate, że musiało to zastanowić obserwatorów i wywołać komentarze. Uznano, że najbardziej nawet cenionej starej przyjaciółce nie daje się aż tak zbytkownych upominków. Ale mimo to wciąż jeszcze nie podejrzewano, że za wyjątkową szczodrością Władysława kryje się za coś głębszego i poważniejszego aniżeli znana wszystkim królewska ochota do obdarowywania miłych sobie ludzi hojnymi darami. A już na pewno nikt nie przypuszczał, że Elżbieta to największa i najbardziej płomienna miłość jeśli nie całego Jagiełłowego życia, to tej jego części, którą spędził w Polsce.

Pani Granowska udała się z Lubowli do rodzinnego Łańcuta. Król podążył za nią. Spędził w zamku Łańcuckim dwa dni, ale jakże znaczące dla jego losu, losu Elżbiety i losu naszego kraju.

W ciągu tych dwóch dni Władysław zawiadomił najpierw Wielkiego Księcia Witolda, a potem innych możnowładców, że się żeni. Nie z księżną brabancką, nie z księżniczka ruską lecz z panią Elżbietą z Pileckich primo voto Czamborową secundo voto Hińczycką tertio voto Granowską.

Rozpętało się istne piekło. Możnowładcy i szlachta, szczególnie wielkopolska, apelowali do króla o rozwagę. Ówczesny podkanclerzy, Zbigniew z Oleśnicy, groził Jagielle ekskomuniką za kazirodztwo. Posłowie polscy, którzy znajdowali się w tym czasie w Konstancy, dowiedziawszy się o decyzji swego władcy, rzewnymi łzami się oblali.

Najbardziej oberwało się Elżbiecie. Licytowano się w wyliczaniu jej wad i opisywaniu szpetoty. Długosz bezlitośnie wypominał jej zmarszczki na zwiędłym obliczu. Inni pisali, że w latach podeszła, stara i wyschła. Nie było umiaru w epitetach. Określano namiętność króla jako związek orła ze świnią. Musiało minąć bardzo wiele lat, aby historycy obeszli się z wybranką Jagiełły nieco łaskawiej. Paprocki, choć przyznawał, że istotnie w latach podeszła, to jednak była wciąż jeszcze pięknej urody. Najtrafniej jednak scharakteryzowała ją Anna Strzelecka uważając, że skoro przy absolutnym braku warunków na królową jednak nią została, musiało w niej być coś niezwykłego.

Dla tego czegoś Jagiełło rzucił wszystko na jedną szalę. Za nic brał sobie rady, ostrzeżenia i groźby. Za nic miał obrazę Witolda i Zygmunta Luksemburskiego. Opinie poddanych i świata. W iście ekspresowym tempie wyjednał dyspensę Rzymu i zanim ktokolwiek i cokolwiek zdołało mu przeszkodzić, pojął Elżbietę za żonę.

Ślub odbył się bez dworskiego ceremoniału. Arcybiskup lwowski, Jan Mikołaj z Rzeszowa udzielił królowi i Elżbiecie sakramentu małżeństwa w kościele parafialnym w Sanoku. Zdawało się, że nie tylko rada królewska, szlachta i pospólstwo, ale i samo niebo nie sprzyja temu związkowi. W dniu ślubu rozpętała się straszliwa nawałnica. Koło wiozącego młodą parę powozu natrafiło na wyjątkowo głęboką kałużę, urwało się i nowożeńcy musieli wracać na zamek pieszo. Dotarli do swych komnat przemoczeni do suchej nitki i utytłani w błocie. Ale mimo to bardzo szczęśliwi.

Nie wiemy, ile lat czekali na możliwość wspólnego życia. Ile musieli przeżyć rozłąk, ile było za nimi lat tęsknoty, przymusowego oddalenia, upokorzeń związanych z koniecznością zatajania przed otoczeniem swego uczucia. Najwyraźniej jednak postanowili, że nie dadzą sobie odebrać ostatnich lat życia i że przynajmniej starość będzie należała tylko do nich.

Jagiełło powrócił na Wawel z nową żoną. Nie było podstaw, by kwestionować legalność jego małżeństwa. Ale nie znajdowano też zadnego racjonalnego usprawiedliwienia dla tak szalonego kroku. Uznano więc, że zauroczenie osobą Elżbiety musi być sprawą czarów. Potwierdzenie, że jakaś siła nieczysta musiała motać ten związek, przyszło po kilku miesiącach.

Król podczas kolejnej swojej podróży napotkał w drodze burzę. Ale nie zwyczajną. Wyjątkową. Straszliwą. Pioruny zabiły dwa królewskie konie. Jego samego ogłuszyły, ale — cudem nieopisanym — Władysław wyszedł z tej opresji cało. Zdarzenie zinterpretowano w ten sposób, aby wykazać, że Elżbieta najwidoczniej ma pozaziemskie koneksje. Wszystko jednak wskazywało, że w tym akurat przypadku z raczej dobrymi niż złymi mocami.

Król był wydarzeniem mocno wstrząśnięty, ale w niczym nie osłabiło ono siły uczuć do „czarownicy”. Wydawało się nawet, że jego uczucie jeszcze wzrosło. Kiedy powrócił na Wawel zażądał bowiem koronacji swej żony. I wyznaczył datę uroczystości — 19 listopada 1417 roku. Polska korona miała być prezentem imieninowym od Władysława dla Elżbiety.

Na protesty rady koronnej i szlachty odpowiedział groźbą: albo jego małżonka zostanie królową, albo on przestanie być królem.

Ustąpiono. Na głowie Elżbiety spoczęła korona.

Nowa królowa w czasie swego kilkuletniego pobytu na wawelskim wzgórzu wykazała się wielką życiową mądrością. Najprawdopodobniej tę samą, którą kierowała się przez wszystkie lata swego związku z królem. I tą samą, która doprowadziła ją do małżeństwa z Jagiełłą. I do tronu.

Uzyskawszy pełnię królewskiej władzy nie usiłowała się mścić na swoich wrogach, oszczercach i prześladowcach. Przeciwnie — czyniła wszystko, aby ich sobie zjednać. Na przykład arcybiskupa gnieźnieńskiego, Michała Trąbę, wielce urażonego faktem pominięcia go przy udzielaniu królewskiego ślubu i koronacji nowej królowej, udobruchała wyjednaniem mu u Władysława tytułu prymasa Polski. Kiedy zagniewany arcybiskup wracał z Konstancy do Krakowa, Elżbieta i Władysław wyjechali mu na spotkanie. Królowa pragnęła osobiście pogratulować nowemu purpuratowi zaszczytnej nominacji.

Zawsze na pierwszym miejscu stawiała dobro, szczęście, spokój i zadowolenie męża. Na znacznie dalszym (jeśli nie ostatnim) swoją osobę. Dzięki temu jej wpływ na politykę był niezmiernie dyskretny i niezmiernie taktowny, choć zarazem istotny. Skupiła się na łagodzeniu sporów i waśni „na górze” oraz mediacji pomiędzy swym mężem, a jego przeciwnikami, czy chwilowymi oponentami. Między innymi Wielkim Księciem Witoldem, który długo nie mógł darować stryjecznemu bratu odrzucenia ręki jego wnuczki. Elżbieta doprowadziła do spotkania krewniaków i ich pojednania. Król i Wielki Książę pływając na łodziach na Niemnie pogodzili się i uzgodnili wspólne polsko-litewskie stanowisko we wciąż aktualnej sprawie Zakonu.

Elżbieta była szczególnie wyczulona na punkcie Krzyżaków. Królowa Jadwiga przez wszystkie lata swego panowania wstrzymywała Jagiełłowy miecz, aby nie dopuścić do walnej rozprawy z Zakonem. Elżbieta starała się także łagodzić wszystkie, nawet potencjalne zadrażnienia, jakie mogły wyniknąć pomiędzy Polską, a Krzyżakami. Nakłaniała męża do ustępstw w sprawach drobnych. Wyprosiła uwolnienie uwięzionych przez starostę dobrzyńskiego kupców niemieckich z Pomorza, zyskując w ten sposób przychylność i zaufanie Wielkiego Mistrza. Próbowała też doprowadzić — i doprowadziła — do zjazdu z władzami Zakonu w Wieluniu, na którym starano się wspólnie i pokojowo rozwikłać polsko-krzyżackie spory.

Za największą zasługę jej królowania uznaje się jednak polonizację wawelskiego dworu. Z trzech (a potem czterech) żon Jagiełły tylko ona była Polką i z pochodzenia, i wychowania. Jadwiga wyrosła na budapesztańskim, a następnie wiedeńskim dworze. Przybywając do Polski nie znała ani języka swego piastowskiego pradziada, ani panujących w naszym kraju obyczajów. To prawda — spolonizowała się w czasie kilkunastu lat swojego panowania, a nawet położyła ogromne zasługi dla rozwoju polskiej nauki i kultury. Ale nie zdołała spolonizować męża. Nawet nie rozmawiali ze sobą po polsku.

Anna Cyllejska była całkowicie zniemczona i zanim została królową musiała prawie rok uczyć się polskiego języka i zapoznawać z polskimi realiami. Ta wiedza była jednak bardzo powierzchowna. Anna nigdy nie czuła się w Polsce jak u siebie w domu. W przeciwieństwie do Elżbiety, która się w Polsce urodziła i spędziła tu całe życie.

Była zresztą bardzo czuła na punkcie swej polskości i bardzo z niej dumna. I jeżeli coś silniejszego i głębszego łączyło ją z trzecim mężem, to właśnie owo poczucie narodowej dumy.

Znany jest incydent sprowokowany przez Wincentego Granowskiego w czeskiej Pradze. Kiedy król Wacław Czeski odczytał dekrety dotyczące sporu polsko-krzyżackiego po niemiecku i po czesku, pomijając język polski, mąż Elżbiety skłonił polską delegację, aby na znak oburzenia i protestu demonstracyjnie opuściła salę obrad.

Elżbieta była pierwszą królową — rodowitą Polką, która pojawiła się na Wawelu nie za panowania Jagiełły, ale od kilku monarszych pokoleń. „Spolszczając” samą swoją obecnością całe dworskie otoczenie. Także i samego króla, który przez poprzedni okres swego władztwa nie używał języka polskiego nawet podczas (nieczęstych, bo nieczęstych) rozmów z żonami. W kontaktach przedmałżeńskich, a potem małżeńskich z Elżbietą musiał rezygnować ze swojej ruszczyzny, choćby mówiąc jej czułe słowa. A musiało ich padać wiele, bo król się z nią nie rozstawał.

O ile w czasie dwóch poprzednich małżeństw szukał każdej okazji i byle pretekstu, by być od swych połowic jak najdalej, tak w czasie pożycia z Elżbietą przeciwnie — pragnął przebywać z nią stale. Wcześniej (a także później) nie miał w zwyczaju zabierać ze sobą żon na łowy, ani w objazdy kraju. Elżbieta jeździła z nim wszędzie i zawsze.

Król był podejrzliwy i nieufny do tego stopnia, że nigdy i od nikogo nie przyjmował wina. Przez całe życie pił jedynie wodę, ponieważ do wody trudno dodać truciznę. Nieustannie też podejrzewał spiski i zdrady, nawet ze strony swoich dwóch pierwszych żon. Obydwie musiały tez przejść przez publiczne upokorzenia, dowodząc swej niewinności. Choć obie — każda z innego powodu — raczej nie były predestynowane do niewierności. Jadwiga była zbyt świątobliwa. Anna — zbyt brzydka. Jedna Elżbieta cieszyła się bezgranicznym zaufaniem męża. I podobno w łożu mogła załatwić każdą sprawę i przekonać króla do każdej swojej racji. Zważywszy na nie pierwszy już wiek królowej i jakoby zwiędłą jej urodę, można jedynie żałować, ze nie zostawiła spisanych porad dla innych niewiast. Wszelkie poradniki seksuologów pewnie wypadły by przy tych wskazówkach nader blado. A może te notatki Elżbiety z Pilczy przeszłyby do historii jako polskie „Bajki z (więcej niż ) tysiąca i jednej nocy”? Wysłuchiwane przez oczarowanego Władysława Jagiełłę.

Nawet najbardziej nieprzychylni Elżbiecie nie byli jednak w stanie jej zarzucić, że kiedykolwiek użyła tego ogromnego wpływu na męża w złym celu. Kiedy wychodziła za mąż za Jagiełłę, jego córka i następczyni tronu była małą dziewczynką. Jadwiżka miała wtedy zaledwie dziewięć lat. Osierocona przez matkę, niekochana przez ojca musiała czuć się bardzo niepewnie na Wawelu. Z pewnością też dochodziły do niej jak najgorsze opinie o macosze. Być może wyobrażała sobie, że Elżbieta okaże się wobec niej istną Babą Jagą. I tak, jak rzuciła czary na ojca, tak i ją przemieni — na przykład w żabę.

Obawy nie musiały być płonne. Elżbieta miała ważne powody, aby nie darzyć pasierbicy sympatią. Miała natomiast ważne powody, by życzyć jej źle. Gdyby Władysław Jagiełło zmarł, co w jego wieku i ówczesnych czasach, nie byłoby czymś niezwyczajnym i nieoczekiwanym, córka Anny Cyllejskiej nie była jeszcze zdolna do rządzenia, ani współrządzenia krajem. Za to syn Elżbiety — jak najbardziej.

Jednego z synów, Ottona, Elżbieta straciła jeszcze przed małżeństwem z Jagiełłą. Pozostał jednak drugi i najbardziej ukochany — Janusz. Chodziły rozmaite słuchy, co do pochodzenia dzieci Elżbiety. Powątpiewano, czy pochodziły one z małżeńskiego łoża, dzielonego z kolejnymi trzema mężami. Wielka słabość i wielkie fawory, jakimi darzył dzieci Elżbiety król Władysław były natomiast powodem coraz powszechniejszych i powszechniejszych domniemywań, co do jego ojcostwa. Pojawiały się nawet pogłoski, że Jagiełło tak mało dba o spłodzenie o dziedzica z prawego łoża, ponieważ ma go już z nieprawego.

To prawda, że okazywał swoim pasierbom prawdziwie ojcowski sentyment. Na pewno większy — i to znacznie większy — niż rodzonej córce, której losem w ogóle się nie interesował. Elżbieta nie miałaby więc specjalnego kłopotu, by w łożu, czy poza łożem skłonić męża do wywyższenia swoich dzieci kosztem jego jedynaczki.

Owszem — dbała o ich interesy. Dla Janusza starała się o nieznany przedtem w Polsce tytuł hrabiowski. Ten projekt jednak upadł na skutek sprzeciwu wielkiego kanclerza, Wojciecha Jastrzębca. Król podarował więc pasierbowi zamiast tytułu ogromne dobra, które niegdyś stanowiły własność babki Janusza, Jadwigi z Pilczy, a potem zostały przejęte przez Koronę. Królewska łaskawość wobec syna Elżbiety nie ustała nawet po jej śmierci. Ojczym mianował Janusza wojewodą krakowskim, dzięki czemu miał go zawsze blisko siebie.

O ile Januszowi nie dostał się piękny tytuł, o tyle otrzymała go córka Elżbiety. Król wydał ją za Bolesława księcia Niemodlińskiego. Dzięki stała się księżną.

Elżbieta, niewątpliwie ciesząc się z serdeczności, jaką król okazywał jej (ich?) dzieciom, nie odtrącała jednak sieroty po Annie Cyllejskiej. Wobec Jadwżki była zawsze serdeczna i na ile mogła i potrafiła, starała się osłodzić jej niedole sieroctwa.

W ogóle te kilka lat, kiedy była królową, zdają się świadczyć, że urok, jaki rzekomo rzuciła na Jagiełłę, wynikał wyłącznie z jej osobistego czaru. A także życiowej mądrości, roztropnej powściągliwości w języku i działaniu, pogody ducha, wrodzonego wdzięku, a — last but not least — swej seksualnej atrakcyjności.

Król był boleśnie doświadczony pożyciem z kobietami, z których jedna go nie chciała, a drugiej on nie chciał. Dopiero przy boku Elżbiety czuł się w pełni akceptowany i doceniany jako mężczyzna. Być może potrzebował tego rodzaju uznania równie silnie (a może jeszcze silniej?), jak uznania dla swoich politycznych sprawności i zasług.

Małżeńskie szczęście Władysława Jagiełły, od tak dawna wyczekiwane, trwało bardzo krótko. Tylko dwa lata. Potem Elżbieta zaczęła chorować. Ze względu na dolegliwości nie była juz w stanie towarzyszyć królowi w jego licznych podróżach. Kochał ja tak bardzo, że z nich zrezygnował. Po to, aby i w złej doli się z nią nie rozstawać. Władysław Jagiełło, który przez poprzednie dziesięciolecia bywał na Wawelu raczej gościem niż jego stałym domownikiem, teraz spędzał cały czas w komnatach królowej.

Ostatnią wspólną podróż odbyli w marcu 1420 roku do Lwowa i Brzeska. Królowa w trakcie podróży poczuła się jednak tak źle, że trzeba ją było jak najrychlej odwieźć na Wawel. Jagiełło postanowił dokończyć objazd licząc, że żona wypocznie i wróci jeśli nie do pełnego zdrowia, to jednak nabierze nieco sił. Ale w maju, kiedy przebywał w Brześciu Kujawskim, przybył do niego posłaniec z żałobną wieścią.

W ostatnich dniach i chwilach swego życia Elżbieta musiała czuć się straszliwie samotna. Zdawała sobie przecież sprawę, że nie jest — jak to się teraz mówi — królową ludzkich serc. Że nikt poza Władysławem Jagiełłą, dziećmi i gronem przyjaciół nie będzie jej opłakiwał.

Istotnie, zarówno dwór, jak i poddani przyjęli śmierć Elżbiety bez smutku. A niektórzy nie umieli się nawet powstrzymać od niestosownej do okoliczności uciechy. Kościelne dzwony biły więc nie wszystkim na żal i trwogę.

Elżbieta została pochowana w katedrze wawelskiej. Jagiełło zapewne miał nadzieje, że po śmierci spocznie u jej boku. Ale tak się nie stało. Kiedy zmarł król Stefan Batory i poszukiwano godnego dlań miejsca wiecznego spoczynku, bez zbytnich ceregieli usunięto z sarkofagu trumnę Elżbiety i wsunięto na to miejsce trumnę Batorego. Nikt nie wie, gdzie złożono zwłoki trzeciej żony Władysława Jagiełły.

Przynosząc więc kwiaty i kładąc je na białym katafalku, na którym spoczywa alabastrowy posąg królowej Jadwigi, warto westchnąć nie tylko do niej, ale pomodlić się także za duszę jej szczęśliwszej wprawdzie za życia, ale całkowicie zapomnianej po śmierci następczyni. I zadumać się nad zawirowaniami historii. Tak łatwo bowiem ofiara, jaką uczyniła z własnego życia Jadwiga w pragnieniu, aby Litwa została ochrzczona, Zakon Krzyżacki pokonany, a Polska podniesiona do rangi wielkiego europejskiego mocarstwa, mogła zostać zaprzepaszczona. Gdyby Elżbieta wykorzystała wcześniej moc swoich czarów, Jagiełło zapewne odrzucił by dla niej polski tron, nie pozostawiając na nim ani godnego siebie, ani jakiegokolwiek następcy.

Jagielloni pozostali na Wawelu do 1572 roku, a więc jeszcze przez ponad półtora wieku. Zniknęli z polskiej sceny politycznej dokładnie z tego samego powodu, dla którego chciał abdykować założyciel dynastii.

Prawnuk wielkiego Władysława, Zygmunt August, najwyraźniej odziedziczył po swoim antenacie silniejszą namiętność do kobiety aniżeli do władzy. Kiedy stawiał sejm, możnowładców i poddanych przed wyborem: albo zaakceptują jego małżeństwo z Barbarą Radziwiłłówną i zgodzą się włożyć na jej głowę koronę, albo on przestanie być królem, powtarzał wiernie słowa swego pradziada. I tak samo, jak pradziad stracił żonę, kochaną bardziej niźli królestwo, niedługo po ślubie. Tak samo, jak pradziad pozostał niekochającym i niekochanym do końca życia. I tak, jak pradziad nie spoczywa po śmierci blisko kobiety, za którą oddałby koronę, władzę i wszystkie dobra świata.

SERCE NA ŚNIEGU
czyli
Helena Moskiewska i Aleksander Jagiellończyk

Był mroźny lutowy dzień 1495 roku. Trzy wiorsty przed rogatkami Wilna służba Wielkiego Księcia Litwy rozciągnęła kilkudziesięciometrowy pas purpurowego sukna, gęsto przetykanego złotymi i srebrnymi nićmi. Do jednego krańca tego niezwykłego kobierca podjechała książęca karoca Aleksandra Jagiellończyka. Na drugim jego krańcu zatrzymał się wyściełany sobolowymi futrami powóz Wielkiego Księcia Moskwy, Iwana III.

Z karocy wysiadł trzydziestoczteroletni mężczyzna. Nie miał atrakcyjnego wyglądu — był niski, kościsty, miał zdecydowanie nieładną twarz i nerwowe, nieskoordynowane ruchy. Z powozu — niespełna osiemnastoletnia panienka. Śliczna jak obrazek. Wiotka, zgrabna, pełna urzekającego wdzięku. Miała wielkie, pełne blasku oczy. Płeć nieskalana, włosy jedwabiste, figura niczym antyczna rzeźba — zachwycają się biografowie.

Kiedy ci dwoje szli ku sobie, żadne z nich zapewne nie przypuszczało, że kroczy na spotkanie największej i dozgonnej miłości swego życia.

Nic bowiem miłości ani wielkiej, ani żadnej nie zapowiadało.

To małżeństwo zostało bowiem ułożone wprawdzie za wiedzą i zgodą przyszłych małżonków, ale bez brania pod uwagę ich osobistych preferencji, oczekiwań, a już na pewno — uczuć. Związek Aleksandra Jagiellończyka, Wielkiego Księcia Litewskiego i Heleny Moskiewskiej, córki Iwana III Srogiego miał na celu tylko i wyłącznie interesy polityczne.

Dla układających się stron — moskiewskiego władcy Iwana III, króla Polski Jana Olbrachta oraz Wielkiego Księcia Litwy Aleksandra ten układ wydawał się bezwzględnie potrzebny i korzystny. Paweł Jasienica pisał: Niemal natychmiast po zgonie Kazimierza Jagiellończyka, bo już w sierpniu 1492 roku, Iwan III Srogi przybrał znamienny tytuł prawego pana całej Rusi. Działania wojenne zostały wznowione, a skutkiem ich nie tylko wiele pogranicznych grodów i włości znalazło się w ręku moskiewskim, ale sam Smoleńsk popadł w zagrożenie strategiczne.

Ówczesny król Polski, Jan Olbracht, zdawał sobie sprawę, że ani militarnymi możliwościami, ani strategicznymi talentami nie dorównuje i nigdy nie dorówna swemu wielkiemu dziadkowi, Władysławowi. Wiedział, że pokolenie wnuków padło bardzo daleko od tej niezwykłej jabłoni. Poza tym — nie tylko wschodnie granice i bezpieczeństwo Litwy było zagrożone. Każda polska granica mogła lada moment stanąć w ogniu. W tej sytuacji polski król doradził dzierżącemu władzę w Wilnie bratu, aby szukał pokoju z Kremlem Za wszelką cenę.

Aleksander rady posłuchał. A za najbardziej korzystną „cenę” uznał małżeństwo z córką wielkiego, potężnego i naprawdę srogiego sąsiada.

Iwan III także najwyraźniej uważał, że lepiej się z Litwą układać niż rozpoczynać z nią regularną wojnę. Zdecydował się więc odrzucić bardzo liczne i bardzo kuszące propozycje matrymonialne składane jego pięknej córce. Rekuzę otrzymali — między wieloma innymi — Maksymilian Habsburg, noszący zaszczytny tytuł króla Rzymu; Książe Burgundii — Filip Piękny oraz mazowiecki Piast — Konrad.

Iwan Srogi był wybitnym mężem stanu. Zdołał scalić rozproszone ruskie ziemie i stworzyć silny organizm państwowy, stale rosnący w znaczenie i bogactwo. Sąsiadująca Litwa, kraina przebogata i ogromna, stanowiła dla ambitnego i nienasyconego w swej żądzy wielkości Iwana III nader łakomy kąsek. Można go było dostać na dwa sposoby — podbojem lub poprzez związek dynastyczny.

Małżeństwo Aleksandra i Heleny odsuwało więc od Litwy śmiertelne zagrożenie, które zaglądało jej w oczy. Dla Iwana zaś uczynienie córki Wielką Księżną Litewską było szansą na uchwycenie owego smakowitego i cennego „kąska” bez potrzeby prowadzenia wojny, zawsze przecież kosztownej i zawsze wykrwawiającej obie strony. Także atakującą. I nawet zwycięską. Osadzając zaś Helenę na wileńskim wielkoksiążęcym stolcu Iwan zapewniał sobie wpływy na Litwie poprzez jej dzieci, a swoje wnuki.

Być może spoglądał w jeszcze dalszą przyszłość i mierzył jeszcze wyżej.

Król Polski, Jan Olbracht, był bezżenny. Szeroko rozpowiadano o jego „dyskretnej” chorobie, którą pono zaraził się podczas którejś z wojennych wypraw i która odebrała mu możliwość płodzenia dzieci. Gdyby okazało się to prawdą, naturalnym pretendentem do polskiego tronu stawał się młodszy brat Jana Olbrachta — Aleksander właśnie. Nie było więc wcale wykluczone, że Helena mogłaby się kiedyś znaleźć na Wawelu.

Zaręczyny młodych odbyły się bez ich udziału.

Do Moskwy i na wspaniale rozbudowywany przez Iwana Kreml przybyli bardzo dostojni wysłannicy Wielkiego Księcia Aleksandra. Narzeczonego reprezentował Stanisław Kieżgajło. To on wręczył księżniczce pierścień zaręczynowy i mógł naocznie się przekonać, że opinia o jej niezwykłej urodzie nie jest ani ociupinkę przesadzona.

Panna uroniła kilka łez. Nie wiadomo: zwyczajowo, czy z autentycznego smutku, jaki ja ogarnął. Ale pierścień przyjęła. Sama ofiarowała panu Kieżgajle własny prosząc, aby przekazał go narzeczonemu i uprzejmie spytała o zdrowie przyszłego męża.

Nie spytała natomiast o jego wygląd. Najprawdopodobniej już uprzedzona, że pod tym względem nie powinna zbyt wiele oczekiwać.

Kiedy więc po raz pierwszy zobaczyła Aleksandra i zbliżywszy się do niego uklękła na czerwonym kobiercu, aby ucałować jego rękę, nie była zapewne ani zaskoczona, ani rozczarowana, że jest aż tak bardzo niepozorny i aż tak bardzo nieurodziwy. Nie przewidziała natomiast reakcji narzeczonego. Aleksander bowiem, zapewne pod wpływem nagłego oczu i serca oczarowania, chwycił księżniczkę w ramiona, uniósł ją z ziemi i mocno przytulił do siebie.

Tego rodzaju ostentacyjna serdeczność nie leżała ani w zwyczajach Aleksandra, mającego opinię oschłego ponuraka, ani nie była też przewidziana przez dworską etykietę. Ten nieoczekiwany, pełen spontanicznej i autentycznej czułości gest musiał ująć Helenę tak bardzo, że przysłonił jej w jednej chwili i na całe dalsze życie wszystkie fizyczne i charakterologiczne, a także umysłowe niedostatki Aleksandra.

Scena niczym z bajki — oto piękna księżniczka swym pocałunkiem przemienia pokraczną żabę w księcia.

Aleksander pod wpływem dotknięcia Heleny nie zmienił wprawdzie swej nieciekawej fizjonomii, ale na pewno zmieniło się całe jego wnętrze. Na tyle, że żyjący pięć wieków później historyk, Jan Rokita, zatytułował poświecony mu esej „Aleksander Wielki Jagiellończyk”. I tezę o wielkości tego najpierw Wielkiego Księcia Litwy, a potem króla Polski rzetelnie udowodnił.

A nic tej wielkości polskiego Aleksandra wtedy, w lutym 1495 roku, nie zapowiadało. Ten piąty z kolei, a jeden z siedmiu synów Kazimierza Jagiellończyka uchodził za najmniej udanego. Pod każdym względem ustępował braciom. I wyglądem, i usposobieniem, i bystrością umysłu.

Nic też nie zapowiadało aż takiej miłości pomiędzy dwojgiem ludzi, których miał przecież połączyć polityczny sojusz, a nie wielkie uczucie.

To uczucie było jak nieoczekiwany dar losu.

Nieoczekiwany, a nawet wręcz nieprawdopodobny, zważywszy jak bardzo Aleksander i Helena byli niedobraną parą. Jak bardzo i pod każdym względem się różnili.

Ona była nie tylko tak piękna, że jeszcze w wiele lat później przyrównywano do jej urody — niczym miernika — wdzięki innych wielkich dam. Na przykład o Barbarze Radziwiłłównie powiadano, że swa gładkością niemal dorównywała Helenie Moskiewskiej.

Helena była też czarująca, odznaczała się miłym sposobem bycia zjednującym jej nawet tych, którzy z rozmaitych powodów nie zamierzali jej zaakceptować, a tym bardziej -polubić. Otrzymała bardzo staranne wykształcenie. Potrafiła swobodnie czytać i pisać, a matka i wychowawcy zdołali rozbudzić w niej artystyczne zainteresowania, szczególnie muzyką. Była pogodna i wesoła. Uwielbiała życie towarzyskie, zabawy i — nade wszystko — pląsy. Była łagodna i rozsądna, choć zarazem stanowcza. Potrafiła z wielkim taktem, a zarazem mądrym uporem przeprowadzać swoją wolę i trwać przy swoich zasadach. Jednym słowem — kobieta nieprzeciętna pod każdym względem.

Aleksander był nie tylko brzydki, nerwowy, zacinający się podczas mówienia, ale na dodatek pełen kompleksów i urazów, nietowarzyski, nieufny, podejrzliwy i skryty. Na dodatek — rozrzutny. W opinii najmniej mu życzliwych — po prostu umysłowy prostak i tępak.

Dla jednej jedynej osoby na świecie nie był ani oschły, ani oziębły, ani głupi. Jedną jedyną osobę na świecie darzył przeogromnym przywiązaniem i bezgranicznym zaufaniem. Przed tą jedyną musiał okazać wszystkie ukryte przed światem zalety umysłu i serca, bo ona je od pierwszego dnia ich spotkania i aż do chwili jego śmierci widziała i doceniała.

Małżeństwo Heleny i Aleksandra było w dziejach Polski ewenementem. Nie dlatego, że rzadko zasiadają na tronach ludzie tak serdecznie się kochający, ale dlatego, że po raz pierwszy do królewskiej rodziny wchodziła kobieta innego wyznania. A w ówczesnej Europie, także w Polsce (oraz związanej z nią związkiem politycznym i personalnym Litwie) obowiązywała żelazna zasada „cuius regio eius religio”.

Król Polski Jan Olbracht był katolikiem. Aleksander także. Uchodził nawet za bigota. Ich trzeci brat, Fryderyk, nosił szatę duchowną i niedługo po ślubie Aleksandra i Heleny został kardynałem.

Helena wyrastała w wierze prawosławnej. Oczywiście po ślubie mogła (i powinna) była przejść na katolicyzm, ale tego nie zamierzała robić i nie zrobiła. Po pierwsze dlatego, że jej ojciec w matrymonialnej umowie zastrzegł, iż córka pozostanie przy swoim wyznaniu. Po drugie dlatego, że sama Helena była do swej wiary szczerze i głęboko przywiązana. Może trzeba dodać jeszcze i po trzecie — Aleksander od początku i przez całe życie szanował odmienność poglądów żony w tej kwestii i nigdy nie żadnego wywierał nacisku, by je zmieniła.

Stała się więc rzecz niesłychana. W średniowiecznym Wilnie miała miejsce uroczystość wyprzedzająca ekumenizm o lat niemal pięćset.

Po uroczystym powitaniu Heleny na rogatkach Wilna rozpoczęto przygotowania do ślubu. Narzeczona, wraz z towarzyszącym jej orszakiem, udała się do Soboru Przeczystej Bogurodzicy, gdzie wysłuchała nabożeństwa, po którym księżna Riapołowska i inne bojarynie w myśl prawosławnych zwyczajów rozplotły jej warkocze, nałożyły ruskie okrycie głowy i obsypały kwieciem chmielu. Dopiero wtedy pannę młodą przewieziono do wileńskiej Katedry, gdzie czekał na nią Aleksander.

Był to 18 luty 1495 roku.

W Katedrze zebrali się zarówno wyznawcy, jak i kapłani obu wyznań — katolicy i prawosławni. W ceremonii zaślubin brał udział biskup katolicki Wojciech Tabor oraz metropolita Merkury. Zgromadzony wokół panny młodej jej orszak weselny modlił się wedle zasad swojej wiary. Orszak pana młodego — swojej.

Helena, aby symbolicznie podkreślić swoje przywiązanie do prawosławia, klęczała w Katedrze na tych samych sobolowych futrach, na których poprzedniego dnia modliła się w cerkwi. Jej druhny, ruskim obyczajem, trzymały nad jej głową uwitą z kwiatów koronę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.27
drukowana A5
za 23.17