E-book
2.73
drukowana A5
36.23
Czas Palantów czyli Kot Śpi

Bezpłatny fragment - Czas Palantów czyli Kot Śpi

Pożegnanie Totalnej Opozycji!


4.2
Objętość:
234 str.
ISBN:
978-83-8189-116-5
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 36.23

Raymondowi Chandlerowi, niedościgłemu mistrzowi przewrotnej metafory. Autor

Rozdział 1

Stary Żyd siedział w całkowitej ciemności, w superluksusowym apartamencie na ostatnim, osiemdziesiątym piętrze swojego wieżowca w centrum Manhattanu. Zza szczelnie zasuniętych zasłon i dźwiękochłonnych żaluzji do wnętrza nie przedostawał się żaden odgłos, ani najmniejsza nawet iskierka światła.

Salon apartamentu, wielkości średniego boiska do futbolu, stanowił ucieleśnienie najskrytszych fantazji czołowych dekoratorów wnętrz. Śnieżna biel i ciemne złoto. Antyczne meble w takim stanie, że wyglądały jak podróbki. Najtańszy obraz na ścianie to ponad pół miliona dolarów. Jeśli się trafi na okazję.

Gdyby nie całkowita ciemność, byłoby na co popatrzeć.

Brakowało tylko jeziorka z parą łabędzi.

Do tego kompletna cisza.

Wyłączony telefon, telewizor, elektryczna atrapa kominka.

Czarna dziura w centrum Nowego Jorku.

Gdyby ktoś mógł go widzieć, pomyślał by że starzec śpi z głową odchyloną na oparcie fotela.

Nikt go nie widział.

A on nie spał.

Myślał, myślał i myślał.

Od kilku godzin. Praktycznie bez ruchu. Myślał i wciąż nie wiedział. Nie rozumiał. Kręcił się w kółko jak pies, goniący własny ogon. Rozpatrywał wszystko krok po kroku. Od początku. I znowu, i znowu…

Godziny mijały bezszelestnie, a on wciąż nie mógł zrozumieć jak to się stało.

Dlaczego to, co tak świetnie szło mu przez kilkadziesiąt lat, co wyniosło go na szczyty we wszystkich możliwych znaczeniach, co miało mu wkrótce zapewnić władzę nad światem — nagle odwróciło się i bezlitośnie kopnęło go w jaja.

Tak, że niemal poczuł je w gardle.

Doświadczenie jedyne w swoim rodzaju.

A przecież wydawało się, mało — było pewnym, że wszystko już się udało i jest pod kontrolą. Misja zakończona. Że wprowadzenie Nowego Porządku Świata jest na wyciągnięcie ręki i nikt ani nic nie jest w stanie tego zatrzymać.


Plan był doskonały. Bezbłędny. Wykonanie również… I co?

Po tym, jak bez większego wysiłku, można by rzec w sposób elegancki, ograbił Koreę Południową, Malezję, Tajlandię, Tajwan czy Indonezję. Po tym jak okazał się sprytniejszy od Banku Anglii, kiedy to, jak zachwycała się lewicowa prasa, jako „geniusz spekulacji” powalił funta na kolana, przy okazji rewanżując się za skandal z jego piękną, chińską żoną i angielskim premierem Tony Blairem w rolach głównych… Po tym, kiedy tak pokierował sprawami na Ukrainie, że rząd obsadził swoimi, wypróbowanymi ludźmi i pozostawało tylko czekać, aż i to jabłko wpadnie do jego koszyka… Tak jak trochę wcześniej, w Polsce.

Po tym, jak wprowadził swój Nowy Porządek w Europie i tylko czekał na dogodny moment, żeby połknąć kolejne miliardy. Tym razem Euro.

Po tym, jak według danych powszechnie znanych zebrał ponad 29,5 miliarda dolarów osobistego majątku i dwa razy tyle według danych niedostępnych, czyli dostępnych tylko jemu. Startując z pozycji nędzarza. Małoletniego, zasmarkanego uciekiniera z Węgier. Miał wtedy 16 lat, ani grosza przy duszy i nazywał się György Schwartz.

I wreszcie po tym, jak blisko siedemdziesiąt lat spektakularnych sukcesów zdawało się wróżyć ostateczne ukoronowanie planów.


Jak to możliwe, że tyle i takich atutów nie zapewniło całkowitego, ostatecznego zwycięstwa?

Gdzie popełnił błąd? A przecież nie popełniał błędów! Nie potrafił popełniać błędów.

Do czasu.


Czy… — potarł skronie — ...czy może jednak błąd popełnił? Kardynalny. Fundamentalny. Na samym początku? Czyżby błędnie wybrał realizację projektu Nowego Porządku Świata zamiast alternatywy — Chrześcijańskiego Imperium Romanum? Czwartego Rzymu według wizji Roberta Schumana i Jeana Monetta? Był taki moment, kiedy mógł wybierać. Jeden z dwu pomysłów. Kiedy wahał się. I wreszcie wybrał Nowy Porządek Świata. Bo przecież w tym drugim przypadku władzą musiał by się dzielić. Na ziemi — z papieżem. Poza światem doczesnym — z Bogiem. A w przypadku pierwszym, w Świecie Nowego Porządku, sam miał być i Bogiem i papieżem… Czy taki wybór mógł być błędny? — westchnął, pokręcił głową. W szyi boleśnie strzyknęło. Po omacku sięgnął po kieliszek i upił mały łyk wina. Ostrożnie odstawił go na szklany blat stolika.


Co robić? Powrót do drugiego projektu nie wchodził w rachubę. To pewne, choć podświadomie czuł, że jednak może… Tym niemniej poziom ewentualnych trudności i komplikacji przekraczał wszelkie wyobrażenie. Nie pozostawiając wyboru.


A więc co pozostało? Poddać się? Przegrać z takimi… Nigdy w życiu! — podniósł się z fotela, światła włączyły się automatycznie. Przez chwilę patrzał na dobrze znane wnętrze, jakby widział je po raz pierwszy. A właściwie patrzał, ale nie widział. Potrząsnął głową. W karku znów strzyknęło, jak zawsze od kilku lat.

Nie ma wyboru… A więc trzeba walczyć. Nie oglądając się na nic, bez wahania i z całą stanowczością. Koszty…? Bez znaczenia. Wyłoży tyle, ile będzie potrzebne. Miliony czy miliardy. Wszystko jedno. Liczy się tylko wygrana. Sukces. Ostateczne zwycięstwo.


Klasnął dwukrotnie. Dyskretne światła mocniej oświetliły wnętrze. Syknął, wstając z fotela. Wiek dawał znać o sobie już od dłuższego czasu. Wyjął z kieszeni telefon komórkowy. Włączył, wprowadził kod dostępu. Wybrał zakodowany pod klawiszem z jedynką numer. Po trzech sygnałach odezwał się zaspany głos. Bez wątpienia głos kogoś wyrwanego z głębokiego snu…


— Halo… Co za skurwy… Och! Przepraszam panie prezydencie… Tu Christopher Stone. Słucham pana…

— Notuj: dzwoń do Bucholtza… Tak, Aarona Bucholtza… Tak, właśnie — do Walcerowicza. Co z tego, dla mnie on zawsze będzie Bucholtz, i lepiej to zapamiętaj. No więc dzwoń do niego i każ mu pakować dupę w najbliższy samolot tu do Nowego Jorku. Tak, teraz. Gówno mnie obchodzi czy śpi czy sra. Ma tu być w dwadzieścia cztery godziny. Najpóźniej! W moim gabinecie w Open Society Institute. Niech powiadomi, kiedy przylatuje i niech to będzie naprawdę pierwsze możliwe połączenie… Tak mu dokładnie powiedz! Zapisałeś? Teraz drugie: dzwoń do Langmana. Tak, Aarona. No i co tego? Tam w Polsce prawie same Aarony… Do Brukseli. Tak, właśnie do tego… Janusz Lawendocki… Ale więcej nie zawracaj mi głowy zasranymi pseudonimami Polaczków! Nazywaj ich po ludzku. Langman to Langman. Bucholtz to Bucholtz. A Szechter to dla mnie zawsze Szechter. Nawet jak się przechrzci na Marylin Monroe. Niech mi Langman na rano prześle dokładny opis sytuacji w Polsce. Bez ściemniania. Kawa na ławę. Co się dzieje. Jak do tego doszło. Jakie perspektywy na przyszłość. Co proponuje zrobić i jak… Tak, różne takie… Bez żadnego upiększania. Jak czegoś nie będzie wiedział, niech się skontaktuje z Szechterem.

— …

— Jak to, którym?

— ….

— No to więcej głupio nie żartuj… Bierz się do roboty!

Zakończył połączenie, nacisnął przycisk numer dwa.

— Paola? Przygotuj mi kąpiel. Tak, teraz. Tak, dobrze usłyszałaś, tylko kąpiel. Za dziesięć minut. Czekam.

Dziesięć minut później, z niewielką, profesjonalna pomocą Paoli, która bez trudu mogła zwyciężyć w dowolnym konkursie piękności, a którą kupił na wyłączność za kwotę jeszcze bardziej oszałamiającą niż jej uroda, zanurzył się w pachnących wirach jacuzzi. Paola skromnie usiadła obok wanny. Jak zwykle, wyglądała rewelacyjnie. Nic z tych rzeczy, które mogły by wywołać korki na ulicach. Ale za to coś, co przy drugim spojrzeniu mogło spowodować, że — cytując klasyka — biskup wyskoczył by przez witraż. Długie blond włosy spięte w kok odsłaniały łabędzią szyję. Olbrzymie, błękitne, lekko skośne oczy świecące wewnętrznym blaskiem. Kości policzkowe… Usta… Każdy ruch ręki, bajecznie długich nóg, bioder to poezja i Eros w najczystszej postaci. „Tylko kąpiel” oznaczało o dwadzieścia tysięcy ekstra mniej na jej koncie w banku. Tym niemniej nie narzekała. Kwota, którą sobie zaplanowała była już bardzo blisko. Stałe wynagrodzenie plus kilka „kąpieli +” i marzenie stanie się rzeczywistością… Marzenie nie byle jakie. Jak na dziewczynę w wieku dwudziestu czterech lat. Własna wyspa, z domem, basenem, kortem tenisowym i lądowiskiem dla helikopterów. Bo przecież czasami trzeba wyskoczyć na zakupy… Brakowało jej już tylko na helikopter. I nie zanosiło się na to, żeby darczyńca odszedł przed czasem. Jak na swój wiek wykazywał spore rezerwy.

— Słuchaj, Paola… Pięknie pachniesz… — odezwał się, nie otwierając oczu, po dłuższej chwili milczenia. — Interesujesz się polityką?

— Nie za bardzo… — poprawiła kosmyk naturalnych blond włosów — Coś tam przeczytam, coś usłyszę w radio czy telewizji…

— Nie kręć. Co sądzisz o Trumpie?

— Nooo… jakby to powiedzieć… ma piękną żonę…

— Malania Trump… nooo… zgoda. Nie najgorsza! Na szczęście przy tobie raczej blednie…

— No nie, proszę tak nie mówić! Jest naprawdę piękna…

— Dobra, niech ci będzie. I tak wiadomo, że ty jesteś trzy razy piękniejsza. Nie zaprzeczaj, bo wiem, że sama też to wiesz… A więc w tym temacie moje na wierzchu! Soros — Trump jeden zero. A wiesz, ile mnie kosztowało to, że został prezydentem? To znaczy, ile straciłem?

— W CNN słyszałam, że chyba miliard dolarów…

— Zgadza się. Tyle straciłem na kursie dolara. Wiesz dlaczego?

— No...postawił pan na spadek kursu po wyborze Trumpa. Zdziwiłam się…

— Co powiedziałaś? — bystro spojrzał na nią spod białego ręcznika chłodzącego mu czoło.

— No… zdziwiłam się, że obstawia pan konia, który musi przegrać… — uśmiechnęła się prześlicznie. — Hilary nigdy nie miała szans. Choć do końca była przekonana, że wygra. Pułapka samouwielbienia. To zjawisko, które w światowej polityce powtarza się regularnie… Pewniaki zawsze w końcu przegrywają… Szczególnie ci, którzy sami tak o sobie myślą…

— Słuchaj dziewczyno! Dlaczego, do jasnej cholery, nie powiedziałaś mi tego wcześniej?

— Ja miała bym panu mówić… Ja…? Co miała bym mówić?

— Wiedziałaś, że Clintonowa przerżnie?

— Bo… jakby to powiedzieć… spodziewałam się… znaczy… byłam pewna… No tak, właśnie… — uniosła się lekko z fotela, zmieniła mu wilgotny ręcznik na czole.

— Ooo, jak dobrze… I nic mi nie powiedziałaś?

— A czy pan chciałby słuchać tego, co mam do powiedzenia?

— No tak, Paola! — milczał przez chwilę. Sięgnął po drinka. — Masz rację! Przepraszam…

— Za co mnie pan przeprasza?

— Przepraszam nie tylko ciebie, ale i sam siebie. Za to, że nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać cię o zdanie! Za to! Bo gdybym nie był głupi i posłuchał co masz do powiedzenia, nie stracił był tego miliarda na kursie dolara, ale też i dwa razy tyle wpakowane w kampanię wyborczą tej pokraki…

— Przecież nie mógł pan wiedzieć…

— No właśnie! Nie wiedziałem a więc powinienem zapytać, a nie robić z siebie idiotę! Takiego, który wszystko wie najlepiej. Zachowałem się jak te wszystkie głupki, z których się codziennie podśmiewam… Trudno — było, minęło. Muszę pomyśleć, jak to odrobić… I ty mi w tym pomożesz!

— To znaczy w czym? Ja…?

— Myślę, że doskonale wiesz w czym… Od kilku lat mam na celowniku… No powiedz? — spojrzał na nią wyczekująco.

— …Unię Europejską. — dokończyła dziewczyna, skromnie spuszczając oczy.

— Brawo! — plasnął dłonią w wodę, ochlapując i Paolę i lustro. — To rynek większy niż Stany. Główna wygrana! Jeśli uda mi się doprowadzić do dewaluacji Euro… To, mówiąc w skrócie, powtórzę numer z funtem brytyjskim, tylko na skalę dziesięć razy większą… To już prawie gotowe, ale jest pewien kłopot… Dolej mi ciepłej wody… Dziękuję. Chodzi o…

— Przepraszam… ale to są takie sprawy… tajemnice… Chyba nie powinien mi pan tego mówić… A ja nie powinnam wiedzieć… Do tego potrzebuje pan ludzi mądrych. I zaufanych. Sprawdzonych…

— „Widzisz ten pistolet? Jeśli jeszcze raz przyjdziesz do mnie z taką propozycją wywiozą cię z dziurą jak piłka futbolowa” — wyrecytował i spojrzał spod oka na dziewczynę. Wyglądała, jakby w nią piorun strzelił. Raptownie zaczerpnęła powietrza…

— Co… Skąd pan…

— Słuchaj Paola! Dożyłem osiemdziesięciu czterech lat i mam zamiar dożyć co najmniej setki. Nie dlatego, że byłem nieostrożny, tylko wprost przeciwnie. Zakładaj najlepsze, przygotuj się na najgorsze. Znasz to?

— T… t.. tak… Lee Child…

— Brawo! No więc wiedz, że faceta któremu powiedziałaś to, co przed chwila zacytowałem, sam do ciebie wysłałem… — zachichotał — Miał cię wypróbować. To niezły twardziel, ale wrócił od ciebie z pełnymi portkami! Powiedział mi, że był pewny, że go zastrzelisz… Ale musisz przyznać, że propozycja była kusząca? Prawda? Pięć milionów dolarów na tajnym koncie w zamian za trochę informacji… No dobrze, nie trochę. Ale zawsze… Nie miałaś wątpliwości?

— Pan sobie żartuje, ale dla mnie nie ma tu miejsca na żarty. Na coś się umówiliśmy. Coś panu przyrzekłam. I nie ma żadnej możliwości, żebym złamała raz dane słowo… I nie ma takich pieniędzy… I właśnie dlatego prosiłam pana, żeby kupił mi pistolet… I pozwolił zapisać się do klubu strzeleckiego…

Uśmiechnął się.

— Nie gniewaj się, Paola. To było konieczne. — milczał przez chwilę — Jesteś Polką?

— Spojrzała na niego zaskoczona. — W połowie. A co to ma do rzeczy?

— To ma do rzeczy, że teraz więcej rozumiem… Porozmawiamy innym razem. Pomóż mi wyjść z wanny…


* * *


Biura Fundacji Open Society Institute mieszczą się w Nowym Jorku, przy 224 West 57th Street. Podziemny parking. Uzbrojony strażnik przy wjeździe. Kierowca usłużnie otworzył drzwi pancernego lincolna. Winda. Przeznaczona tylko dla niego. Wszedł, a właściwie wjechał do swojego osobistego biura tylnym wejściem. Usiadł za biurkiem wielkości sceny dla trzydziestoosobowego baletu. Nacisnął przycisk interkomu. Zgłosiła się sekretarka.

— Jest już Bucholtz? — zapytał, choć wiedział, że ten czeka od ponad godziny — No to niech wejdzie.

Drzwi otworzyły się i do wnętrza wszedł Aaron Bucholtz. Kiedyś minister finansów, premier i szara eminencja w Polsce, aktualnie oddelegowany na Ukrainę, z zadaniem powtórzenia tego, co kiedyś tak wspaniale udało się w Polsce jako „plan Walcerowicza”. I co on z sentymentem wspominał, jako pierwsze tak skuteczne przejęcie niemal całego kraju. A raczej jego zasobów…

— Dzień dobry, panie Prezydencie… Przyleciałem natychmiast jak tylko… — Aaron Bucholtz z uszanowaniem skłonił się i ruszył w kierunku jednego ze stojących przed biurkiem foteli.

— Kto ci kazał siadać? — zabrzmiało jak smagnięcie batem. Gość znieruchomiał. Zbladł. Wyprostował się bez słowa, wpatrując się w siedzącego za biurkiem gospodarza zdumionym wzrokiem, w którym po chwili pojawiło się zrozumienie sytuacji. Połączone z przerażeniem.

— Tak jest… Jestem… Słucham… — wydukał.

Gospodarz odchylił się w fotelu. Splótł dłonie przed sobą i zakręcił młynka kciukami. Z satysfakcją spostrzegł, że czoło Bucholtza pokryło się kropelkami potu. Odczekał kolejne trzydzieści sekund…

— Teraz siadaj! — wskazał jeden z foteli. Siadaj i powiedz mi, skąd wziąłeś takiego idiotę? I dlaczego ustawiłeś go na najważniejszej, kluczowej pozycji. Oraz jaki miałeś interes w tym, żeby zapewniać mnie, że to geniusz. Najlepsze rozwiązanie i że za wszystko odpowiadasz…

— A...a...a...ale… Przepraszam, ale nie wiem o co chodzi… O kogo…

— Nie wiesz? — zajrzał do leżących przed nim na biurku kartek — Naprawdę nie wiesz?

— No… nie…

— Nie rżnij głupa! Nie ze mną! Znasz kogoś o nazwisku Swetru? Richardo Swetru? Znasz kogoś takiego?

— No t…t…t… tak… Oczywiście. To mój zaufany… Przedstawiałem go panu…

— Co przedstawiałeś?

— No, że… że… no… że to wybitny ekonomista. Autor książek. Podręczników. Pracował w wielu bankach. W Banku Światowym…

— W Banku Światowym, powiadasz? I co tam ten wybitny fiut robił?

— No… y.y.y… był ekonomistą do spraw Polski i Węgier… y.y.y… znaczy…

— Ekonomistą do spraw Polski i Węgier! Wybitnym! W coś ty mnie, kurwa, wpuścił!? Skąd wytrzasnąłeś takiego dupka! Idiotę! Pierdolonego Rumuna! Do spraw Polski i Węgier! Popatrz na Polskę i Węgry! Wszystko spieprzone tak jak tylko można było spieprzyć! Widzisz, chuju, co tam osiągnąłeś? Co tam się dzieje?


Aaron Bucholtz zbladł. Nerwowo wciągnął powietrze. Zacisnął dłonie na poręczach fotela.


— Panie prezydencie! Ja wypraszam sobie… Ja nie zasługuję… Po tym wszystkim, co dla Pana zrobiłem. I wciąż robię. I robię dobrze. Jak Pan kazał! Wszystko… Cały świat docenia i szanuje… Przecież o mało nie dostałem nagrody Nobla…

— Zamknij się, Bucholtz, albo wylecisz stąd na kopach! Nobla… Za „plan Walcerowicza”… ha, ha, ha… — zaniósł się głośnym rechotem, aż kropelki śliny prysnęły na biurko. Sięgnął po chusteczkę. Wytarł usta. — Nobla! Prawie! Czy wiesz, kretynie, ile zapłaciłem Jeffreyowi Sachsowi za ten twój „plan Walcerowicza”? Za tego twojego „prawie Nobla”? Dwa razy więcej, niż ta cała zasrana nagroda! Dwa razy więcej! Oczywiście, że wiesz, tylko udajesz… I to od lat. Finansowy geniusz! Mnie wciskać takie gówno. Kutas złamany… A wiesz ile zapłaciłem, żebyś tego Nobla nie dostał? Żebyś się nie skompromitował do reszty? Wiesz, ile wzięły te szwedzkie dupki z komitetu za ten numer? — dłuższą chwilę sapał, czerwony na twarzy. Odetchnął, upił łyk wina. Pokręcił głową. Odsapnął.

— No dobra. Nie mam zdrowia ani czasu na pierdoły. Masz zadanie. Wszystko wyprostować. Najpierw w Polsce. Węgry mogą poczekać. Czy wiesz… — znowu poczerwieniał na twarzy — … poinformowano mnie, że ta cała Merkel za parę dni wybiera się do Warszawy po prośbie… Do tego pier… kurdupla, jak mu tam…

— Kaczyński…

— No właśnie. Mam tu całą historię. Czarno na białym. Od Langmana. A więc nic mi nie ściemniaj. Jesteś dupkiem, ale ja nie mam wyjścia. Po raz ostatni dostajesz moje pełnomocnictwo i szansę. W pełnym, niezbędnym zakresie. Także finansowym. I masz wszystko wyprostować, bo jak nie… — zawiesił głos — Skontaktuj się z Christopherem Stonem. Powinien już być w biurze. Bierz dupę we troki i do roboty. Tego, jak mu tam…

— Kaczyńskiego…

— Tak, tego Kaczyńskiego ma nie być za pół roku… — zastanowił się chwilę — No dobrze, za rok… W Polsce ma być tak jak było… Jak powiedziała mi ostatnio… jak jej?

— Pewnie Gollant. Agnieszka Gollant… Ta reży…

— Tak… Gollant. Była tu z jakimś kretynem z Hollywood. Dałem jej forsę na film… Tfu… Paskudna jak skrzyżowanie dzikiej świni z diabłem, ale ma rację… Żeby było tak jak było. Jak miało być. I tak ma być. Zrozumiałeś?

— Tak… Ale…

— Nie ma żadnego ale, albo nie ma ciebie. Sru i znikasz. W jakimś dole na Ukrainie albo gdzieś… W rzece… W szambie… Zrozumiałeś?

— Tak jest!

— Przede wszystkim skontaktuj się z tą ...no jak to… Fundacją… tego na „W”… Już mam: Walezego. Jest tam, na szczęście, paru dobrych Żydów. Wiedzą co dla nich dobre. I każ im te pieniądze, które dawałem na tego zasrańca Swetru, teraz przekazywać nie jemu, tylko komu innemu z tej partii… jak jej…

— Nowożytna.pl

— No tak, Nowożytna.pl. Wycieczek mu się zachciało. Z dupami. Za moje pieniądze! — zastanowił się chwilę — Jasne! Niech pieniądze przekazują nie jemu, tylko… — zawahał się, pokiwał głową, uśmiechnął… — niech przekazują najbrzydszej posłance z tej partii. Jak jej tam…

— Nowożytna…

— Właśnie! Najbrzydszej posłance…

Dłuższą chwilę milczał.


— Nowożytna… — George Soros potarł nos. — Pierdolone pasożyty, ale lepszych nie mam… Właśnie tak! Do najbrzydszej. Z prawem wyłącznego dysponowania wszystkimi funduszami. Ten Swetru ma zostać jako frontman. Aaron Langman twierdzi, że teraz nie powinno się go usuwać i ja się z nim zgadzam. Ale nigdy więcej żadnych pieniędzy do ręki… Najbrzydsza… Jest tam jakaś taka? Masz pomysł? — spojrzał na Bucholtza spod oka.

— Jest taka jedna. — chwila namysłu — Bez wątpienia. Nie ma lepszej do tego zadania. Paskudny babochłop. Nazywa się Schlezwig-Holstein. Joanna Schlezwig-Holstein! Głupia jak but… Ale oddana sprawie.

— I o to chodzi. Takiej nam trzeba. Żeby na widok jej twarzy koń w galopie stanął w miejscu, jak to pięknie ujął Raymond Chandler! No to załatwione. Do roboty. Czekam na regularne raporty i wyniki najpóźniej za rok! Im prędzej, tym lepiej. Możesz iść!

— Tak jest! Do widzenia! — Aaron Bucholtz i Leszek Walcerowicz wstali i wyszli razem. Zresztą innej możliwości nigdy nie było. Stary Żyd nacisnął przycisk interkomu.

— Paola? Chodź do mnie. Chcę się napić kawy. Mocnej. Z cukrem. I popatrzeć wreszcie na coś ładnego.

Nie minęły trzy minuty, kiedy biuro prezydenta Open Society Institute i jednego z najbogatszych ludzi świata Georga Sorosa pojaśniało. Jakby zza chmur wyjrzało słońce, a jednocześnie wszystkie lampy podwoiły swoją moc.

— Siadaj, Paola! Dziękuję. Tu, naprzeciwko. Dość mam patrzenia na wredne, sprzedajne mordy. Chcę się napić kawy, patrząc na ciebie.

Rozdział 2

Nadzwyczajne zebranie Rady Fundacji Henryka Walezego zwołano z dnia na dzień. W trybie sugerującym coś naprawdę ważnego. Obecni w komplecie. To znaczy ci, których wezwano. Trzech osób zabrakło. Dokładnie tych trzech, którzy nie byli Żydami. Nawet teoretycznie. Obecni, zaintrygowani popijali kawę, wodę mineralną, siedząc wokół długiego stołu. Nad nimi, obok flagi Unii Europejskiej, widniało logo fundacji. Coś podobnego do używanej podpaski z dwoma, uczepionymi po bokach, kolczykami. Nie czekali długo. Drzwi z sekretariatu otworzyły się i do wnętrza wszedł Leszek Walcerowicz. Obecni nie kryli zaskoczenia.

— Dzień dobry! Witam szanowną Radę…!

— Witamy! — wszyscy rzucili się do ściskania dłoni legendy funkcjonującej w najbliższych im kręgach. Wzajemne uprzejmości trwały dobre kilka minut.

— Witaj w kraju! Myśleliśmy, że jesteś na Ukrainie! — Izaak Blumenfeld, były premier i doradca kolejnego premiera Polski, do niedawne prezes banku PeKaO S.A., oficjalnie znany jako Jan Ryszard Sielecki lub Jan R. Sielecki wyraził to, o czym pomyśleli wszyscy obecni. — Czemu zawdzięczamy tę miłą niespodziankę?

— Witajcie! — Walcerowicz usiadł w wolnym fotelu u szczytu stołu. Zatarł ręce. Wyjął z teczki plik papierów. — Witajcie! Przyleciałem do was prosto z Nowego Jorku, gdzie długo naradzaliśmy się z Georgem co robić w obecnej sytuacji… Opracowaliśmy nową strategię, adekwatną do aktualnej sytuacji w tym kraju. Ustaliliśmy, że mam od niego pełne uprawnienia decyzyjne. Pełnomocnictwo. Z kwestią finansów włącznie…

Wśród obecnych dało się zauważyć wyraźne poruszenie.

— Jak się czuje George? — wyrwał się Mosze Brandwein, opinii polskiej znany jako Jędrzej Olchowski, były minister spraw zagranicznych i współzałożyciel aktualnie największej partii opozycyjnej. Walcerowicz spojrzał na niego z namysłem. Nie wiadomo większy, czy głupszy, pomyślał.

— A co to za pytanie? I od kiedy, Mosze jesteś z Georgem na ty…?

— Ja tylko tak… — w powietrzu powiało Syberią.

— Mniejsza z tym… Zadanie jest następujące: najkrócej w ciągu roku mamy doprowadzić do zmiany władzy w tym kraju. Kaczora i PiS-u ma nie być… znaczy mają stracić władzę. — odchrząknął — Krótko mówiąc za rok ma być z powrotem tak jak było! Spotkamy się ponownie za dwa dni. Do tego czasu przygotujcie propozycje…

— Czy są jakieś wytyczne? Ograniczenia? — zainteresowała się redaktor Helena Kaganek lub też, do wyboru, Chaber albo Gutner. — Czy tym razem możemy pójść na całość?

— Żadnych ograniczeń. Liczą się efekty. Najpóźniej za rok ma być posprzątane.

— To będzie… To musi kosztować majątek…

— To już moje zmartwienie. Nie ważne ile. Ważne jak i kiedy.

Rozdział 3

Ricardo Swetru, założyciel i przewodniczący partii Nowożytna.pl, obudził się jak zwykle punktualnie, o siódmej. Uważał to za jeden z warunków utrzymania dobrej formy, o którą dbał skrupulatnie. Ostrożnie, żeby nie obudzić Aśki, która lubiła dłużej pospać, wysunął się spod okrycia w formie pikowanej derki zdobnej w namalowane króliki i wiewiórki. Przeciągnął się i poczłapał do łazienki. Wysikał się i podszedł do lustra. Wyszczerzył zęby, obejrzał się z profilu i en face. Uznał, że podoba mu się to, co widzi. Tym bardziej, że czarne chmury które jeszcze kilka dni temu wydawały się poważnym zagrożeniem, zaczęły przejaśniać się. Oczywiście wypadu z Aśką na Sylwestra w hotelu Belmond Reid’s Palace na Maderze nie udało się zachować w tajemnicy przez jakiegoś cwaniaka z samolotu, który strzelił im jednoznaczną fotkę, ale po kilku dniach wrzasku w prawicowych mediach wszystko zaczęło przysychać. No może poza nie do końca przewidywalnymi skutkami w postaci reakcji Małgorzaty… Tu liczył na szczęście i że sprawa z biegiem czasu wyprostuje się tak czy tak. Wprawdzie żona wykopała go z domu, ale chyba nie okradnie go z majątku, który na nią przepisał… W ostateczności zaproponuje jej jakiś podział. Jedna trzecia… nie… jedna czwarta dla niej i dzieci.. Powinna się zgodzić i resztę zwrócić. Ale to dopiero wtedy, jak już będzie bezpiecznie. Na razie postanowił się tym nie przejmować, zwłaszcza, że przewidująco pozostawił sobie trzy miliony. A i z bieżących wpływów z różnych tytułów na konto partii sporo mógł uszczknąć na własne potrzeby. Nawet więcej niż sporo. Sponsorzy z zagranicy są tak łatwowierni. I zaślepieni strachem przed zmianami w Polsce i Unii… Nie jest źle, zadecydował. Wziął prysznic, wytarł się, spryskał woda kolońską, założył szlafrok i usiadł do laptopa. Po chwili pojawił się ekran pełen ikon. Kliknął ikonę banku prowadzącego konta dla Nowożytnej. Wprowadził pierwsze hasło. Telefon komórkowy zasygnalizował przesłanie loginu. Wprowadził login w odpowiednią rubrykę. Nacisnął „Enter”. Laptop zaszumiał. Na ekranie pojawiło się logo banku. Oraz stan konta „0”. Zaskoczony wylogował i zalogował się ponownie. I znowu „0”. Kliknął numer drugiego rachunku. „0”. Trzeciego — „0”. Tym razem zaniepokoił się poważnie. Wszedł na swój tajny rachunek, o którym wiedział tylko on. „0”. Coś było nie tak. A nawet gorzej… Spodziewane dotacje powinny już być na kontach. Po nieprzyjemnej wpadce ze zwrotem kosztów kampanii wyborczej i cofniętym spodziewanym dofinansowaniem dla partii z budżetu, sytuację udało się opanować. Tyle, że przelewy z fundacji i Funduszu Norweskiego powinny wpłynąć już wczoraj. Przynajmniej ten od Fundacji Walezego. Przez skórę poczuł, że dzieje się coś dziwnego. A może więcej… Wrócił do łazienki, zamknął drzwi. Wybrał zapisany w pamięci telefonu numer.

— Witam, panie profesorze! Dzień dobry! Mam nadzieję, że u pana profesora wszystko w porządku, że zdrowiem włącznie… ha, ha, ha… Przepraszam że tak rzadko się odzywam, ale rozumie pan profesor, obowiązki… Właśnie… jak to mówią „Obyś żył razy kilka…” Co? Aha, tak… „,,, w ciekawych czasach”… To właśnie miałem na myśli… Ale dzwonię do pana profesora w innej sprawie… Chodzi mi o ten grant, który mieliśmy otrzymać przedwczoraj. I ten drugi…

— …

— Co!? Jak to? To niemożliwe… Proszę powtórzyć…

— …

— Joanna Schlezwig-Holstein? Wyłącznie?! Ale dlaczego? Kto tak zadecydował? Jakim prawem…?

W słuchawce kliknęło. Aaron Rosenbaum, oficjalnie używający nazwiska Marcin Cesarz, profesor, dziennikarz i przewodniczący rady Fundacji imienia Walezego odłożył słuchawkę telefonu. Dobrze ci tak, gnoju. — mruknął pod nosem. — Lepiej szykuj się na Westerplatte. Ze Schlezwig-Holstein.


Richardo Swetru z niedowierzaniem wpatrywał się w ekran telefonu. Cały radosny nastrój wylądował w głębokim śmietniku. Dzień zapowiadał się ponuro. A perspektywy — jeszcze gorzej. Ponownie sięgnął po telefon. Wybrał numer.

— Joanna? To ja, Ricardo. Jak leci?

— …

— To miło usłyszeć. Dzwonię, bo dowiedziałem się od profesora Cesarza, że mamy jakieś nowe zarządzenia. W kwestii finansów…

— …

— No właśnie. Wiesz może, dlaczego tak ustalono? Albo kto to zarządził?

— …

— Rozumiem. Wszystko ustalimy. Osobiście. O szesnastej, u ciebie. Podaj adres… — sięgnął po kalendarz i długopis. Zanotował. — No to do zobaczenia, o szesnastej…

— …

— Też się cieszę… — sprawdził, czy połączenie zostało przerwane. — Co za kurwa… Ja cię pierdolę…

— Rico, gdzie jesteś? Mała Asia czeka… — zabrzmiało słodko od strony sypialni. Zaklął raz jeszcze, wstał i ruszył w tę stronę, po drodze zrzucając szlafrok.

Rozdział 4

Najbrzydsza posłanka partii Nowożytna.pl Joanna Schlezwig-Holstein mieszkała w średniej wielkości willi w Konstancinie. Standard warszawskiej elity klasy średnia +/-. Za bramą w ogrodzeniu z malowanych na ciemny brąz desek ciągnął się dwudziestopięciometrowy podjazd, wykładany jasnoszarą kostką. Po obu stronach rabaty i krzewy ozdobne. Trawnik aktualnie pokryty nadtopionym śniegiem. Dach kryty zieloną blachodachówką. W sumie miłe gniazdko. Ricardo Swetru spojrzał na zegarek. Był punktualnie. Nie zdążył zatrąbić, kiedy brama otworzyła się, mrugając pomarańczowym światłem ostrzegawczym. Wjechał i zaparkował przed garażem na dwa samochody. Zabrał z przedniego siedzenia trzy białe tulipany w przeźroczystej folii i butelkę Osborne White Port. Pomimo promocji ponad siedemdziesiąt złotych. Skrzywił się, ale zaraz przybrał swój stały, zabójczy uśmiech. „Cel uśmierca sierotki” — mruknął pod nosem. Podszedł do drzwi wejściowych. Otworzyły się, zapraszając do wnętrza. Gospodyni stała tuż za progiem, z uśmiechem dyskretnie odsłaniającym brak przedniej, górnej trójki.

— Witaj Joasiu! Mam nadzieję, że się nie spóźniłem? Proszę… To dla ciebie… Pierwsza wizyta…

— Ależ nie… Dziękuję…

— Ładnie wyglądasz… — wymienili uścisk dłoni. Wyciągnął lewą rękę z tulipanami.

— A tu mam coś dobrego… — odwinął butelkę z papieru. — Najlepsze porto. Z Portugalii of course… — najwyraźniej nie skojarzył ryzyka wspominania Portugalii w tym akurat kontekście. I towarzystwie.

— Dziękuję… — mruknęła Schlezwig-Holstein przez zęby. A właściwie, zgrzytając zębami. Tajemnicą poliszynela było, że wszystkie posłanki Nowożytnej.pl podkochiwały się w luzackim prezesie. I do niedawna każda z nich liczyła na to, że to będzie ona… Swetru dalej niczego nie zauważył. Rozejrzał się, wyszczerzył w szerokim uśmiechu.

— Ładnie tu mieszkasz! Cisza, spokój. Dobre powietrze…

— Chodźmy do salonu. — przerwała mu obcesowo. Ruszyła przodem. Ze zdziwieniem zauważył, że musiała się nadzwyczaj mocno naperfumować, bo strumień Chanel nr 5 ciągnął się za nią jak welon, tak że niemal mógł go przydeptać. Generalnie sprawiała jakieś inne niż zwykle wrażenie, czego źródła nie potrafił zdefiniować. Natapirowane włosy? Makijaż? Coś było inaczej, coś nieuchwytnego. I tak niewiele pomogło. W tym przypadku naprawdę nic nie mogło pomóc. Dzieci zawsze będą budziły się z krzykiem, kiedy przyśni im się coś podobnego…

— Siadaj. — wskazała fotel przy niskim stoliku, usytuowanym przez kominkiem. — Chcesz kawy, albo coś…

— Dziękuję ci bardzo! Trochę się śpieszę, a więc pozwolisz, że od razu przejdę do rzeczy… Przekazano mi, że Soros polecił, aby wszelkie fundusze przeznaczone na nasze działania i przekazywane przez Fundację im. Henri Walezego przechodziły przez ciebie… To prawda? Bo potrzebuję pilnie jakieś pięćdziesiąt tysię…

— Hm… Pięćdziesiąt tysięcy, powiadasz? A jak było z Aśką na Maderze?

— Cooo? — w zdumieniu wytrzeszczył oczy. — A co to ma do rzeczy? Co ty mi tutaj…

— Dobra jest w te klocki? Umie te wszystkie kamasutry?

— Daj spokój. — zacisnął zęby, żeby nie wybuchnąć. — Nie przyszedłem tu żeby rozmawiać o takich sprawach…

— Naprawdę? Przyszedłeś rozmawiać o finansowaniu partii z zagranicy? Dysponowaniu funduszami? Dostępem do forsy? Zaczekaj… — zerwała się z fotela aż chmura Chanela uderzyła go jak taran. Prawie wybiegła z salonu. Wzruszył ramionami i nalał sobie kawy z termosu. Posłodził. Uniósł filiżankę do ust. I o mało jej nie wypuścił. Joanna Schlezwig-Holstein wślizgnęła się przez drzwi salonu tanecznym krokiem, ubrana w przeźroczysty peniuar. Włosy na głowie stanęły mu dęba. Już wiedział, że jest źle. I że będzie jeszcze znacznie, znacznie gorzej…

— Potrzebujesz pięćdziesiąt tysięcy? Pilnie? No to postaraj się…


* * *


Gorzej okazało się dużo gorsze niż mógł sobie wyobrazić.


(w tej wersji powieści opis szczegółów akcji ocenzurowano)


* * *


— No i jak było, Rikusiu? — zaszczebiotała. — Nie jestem gorsza od Aśki? No przyznaj… Tak długo czekałam na tę chwilę… Wszystkie będą mi zazdrościć!

— No tak… — wydusił z siebie całą siłą woli. — Byłaś świetna… — Czego nie robi się dla sprawy, pomyślał. Jakie znowu wszystkie…? Czyżby i tamte szykowały się…?

— Och, kochanie! Strasznie się cieszę, bo mi też było tak dobrze jak nigdy przedtem! Byłeś wspaniały! Cudowny! Słodki! Najdroższy! A teraz mam dla ciebie nagrodę!

Cudem udało mu się nie wrzasnąć z przerażenia. Wpił palce obu dłoni w prześcieradło. Zaczerpnął głęboki wdech. I wtedy z otchłani rozpaczy, z czarnej głębi nieszczęścia, wyrwał mu się dziki okrzyk „Dżizas! Schleswig — Holstein! WESTERNPLASTER!”.


* * *


Kiedy wreszcie udało mu się obrócić głowę i złapać trochę oddechu, kątem oka zauważył, że drzwi do łazienki uchylają się. I wychodzi z nich całkiem naga, tylko z plamami talku w kilku strategicznych miejscach, nowa rzecznik prasowy jego partii, Grażyna Adenauer. A zza niej przez drzwi wygląda z purpurowymi rumieńcami na policzkach, była rzecznik prasowy Nowożytnej.pl, znana szerzej jako Myszka Agresorka. Schlezwig-Holstein zgramoliła się na podłogę.

— Zaczekajcie…! — dłonią zatrzymała kolejkę posłanek Nowożytnej.pl. — Bez wspomagania nie da rady! — ze stolika wzięła trzy przygotowane, niebieskie tabletki i niedopitą przez Swetru filiżankę kawy.

— Połknij kochanie! To ci dobrze zrobi! — Ricardo Swetru jęknął, zamknął oczy i zemdlał. A może nie zemdlał, tylko nie zapamiętał, co działo się dalej.

Rozdział 5

Mateusz Palantowski i Grzechu Skretyna spotkali się, jak było umówione, tuż za wysokim murem cmentarza, między dwoma kontenerami na odpadki, o 24:00. Mateusz w burce do ziemi i sandałach na bose stopy. Grzechu w mundurze kapitana włoskiej marynarki. Granatowa bluza, białe spodnie i czapka z daszkiem. Licho nie śpi. Nikt nie miał prawa ich rozpoznać. Miejsce też było wybrane perfekcyjnie. Może za wyjątkiem przeciągów. No i koszmarnego smrodu gnijących odpadków. Ale wszystkie te niedogodności bladły wobec wielkości sprawy. Misji. Zadania, żeby było tak jak było. Czekali tylko na Ricardo Swetru. Tym razem to on miał dostarczyć finansowanie kolejnego elementu planu, czyli funduszy na opłacenie pikiety obywateli przeciwko. Nie pamiętali, przeciwko czemu konkretnie. Ważne, że przeciwko PiS. A finansowanie było niezbędne. Stali uczestnicy pikiet i marszów rozbestwili się do tego stopnia, że poniżej stu złotych na głowę i dwu piw odmówili udziału. Innych chętnych nie było. Do tego jeszcze koszty — transparenty, wuwuzele, flagi… Transport. Honoraria dla celebrytów. Sam Lys bierze tysiąc… Nizguła — pińcet. Wiedzieli, że praca dla Tego Kraju wymaga poświęceń… Ale żeby aż takich… Z nadzieją spoglądali w alejkę wiodącą z kierunku, z którego się spodziewali przybycia Swetru. Wreszcie, jest! Ricardo Swetru zbliżał się powoli. Zauważyli, że kuleje a nawet jakby lekko zatacza się. Wymizerowany, oczy podkrążone. Cień kwitnącego Swetru, dorodnego mężczyzny, którego widzieli jeszcze wczoraj… Podszedł. Uścisk dłoni. Konspiracyjne mruknięcia.

— Mam… Czterdzieści… pięć… tysięcy… Więcej nie dało rady… — wyszeptał, zachwiał się i oparł plecami o kontener. Po czym osunął się w dół i usiadł. Na psiej kupie… „Nieszczęścia chodzą, póki im się ucho nie urwie” jęknął w myślach. „A dzbany noszą wodę parami”. Smród rozgniecionej psiej kupy był tak mocny, że można by na nim postawić garaż…

— Miało być pięćdziesiąt — wycedził na wdechu Skretyna, licząc poślinionym palcem gotówkę. Swetru udał, że nie słyszy. Skretyna zręcznie schował jeden plik do kieszeni.

— Zgadza się. Masz tu trzydzieści tysięcy. — wręczył resztę Palantowskiemu. — No to do jutra. Gdzie tym razem?

— Nie pamiętasz? Pod Ministerstwem Szkolnictwa. O piętnastej. Będzie nas co najmniej dwudziestka. Nie licząc dziennikarzy.

— Co z nim? — Skretyna spojrzał na Ricardo Swetru, który skulony siedział na ziemi i dziwnie chrapał.

— Pewnie coś wciągnął… Nic mu nie będzie. Prześpi się i będzie O.K.! — Mateusz Palantowski podciągnął burkę, tak że widoczne były jedynie kucyk i okulary — Ja w tamtą stronę… Ojczyzna nie może czekać! Cześć!


* * *


Mateusz Palantowski przybył na spotkanie organizacyjne totalnego protestu punktualnie. I z fantazją. Spod motocyklowego kasku powiewał kucyk, ozdobiony biało — czerwonymi oraz niebieskimi w żółte gwiazdki wstążkami. Potencjalna demonstracja już się sformowała w ustalonym miejscu. Po drodze odnotował, że trybuna do przemówień przed Ministerstwem także już stoi. Zdzicho Burak, odpowiedzialny za frekwencję, zbliżył się z niewyraźnym uśmiechem. Niedopalony papieros jak zwykle zwisał z kącika ust. Chuch też standardowy, czyli piwo ze wspomaganiem. Zimowym płynem do spryskiwaczy.

— Te, słuchaj! — złapał Palantowskiego za rękaw. — Mam dwóch nowych gości. Prima sort. Jak się rozkręcą, to wszystko rozpieprzą…

— To ile osób mamy dzisiaj? — zainteresował się Palantowski, poprawiając kolczyk przyduszony szalikiem.

— Będzie dwadzieścia dwa, jak w mordę dał! A jak jeszcze jedna baba da radę wstać, to dwadzieścia trzy!

— Nieźle! W mediach wyjdzie ze dwa tysiące.

— W życiu nigdy! — zaperzył się Burak. — Trzy abo i więcej!

— A ta baba to kto?

— Ostatnia z tych… jak im tam… macior...nie...mam — czarnych macic… To znaczy ta, co zawsze była pierwsza w telewizji. Reszta się wykruszyła. Rozumisz...odwyk...przytułek… takie tam…

— No dobra. — Palantowski sięgnął do saszetki przy pasie. — Tu masz dwa trzysta. Tylko mają się starać jakby ich żywcem ze skóry obdzierali! Tym nowym powiedz, że jak im się uda, żeby zostali pobici przez policję, to mają dodatkowo po pięćset! Ale to ma być naprawdę. Żadnej ściemy! Co najmniej rozcięte łby, albo rozkwaszone nosy. Ważne, żeby policja zaczęła. Niech patrzą czy są filmowani. Jeśli policjant któregoś szarpnie, albo coś, resztę mogą dokończyć sami. To znaczy porozcinać sobie łby, tak żeby nikt nie widział, przewrócić się na ziemie i leżeć do przyjazdu karetek.

— Załatwione, szefuniu! — Burak wysmarkał się na chodnik. — Lecę ich ustawić. I sprawdzić czy czarna macica już wytrzeźwiała…


Mateusz Palantowski rozejrzał się. W pobliżu przygotowanej trybuny zauważył Grzegorza Skretynę w otoczeniu kilku osób. Rozpoznał posłanki Nowożytnej.pl czyli Joannę Schlezwig Holstein, Grażynę Adenauer i jeszcze jakieś dwie. Podszedł bliżej.

— Pani ministra Jętka na początek demonstracji osobiście zaśpiewa! — Joanna Schlezwig Holstein triumfalnie zarżała jak koń. — Damy Pisiorom popalić!

— To fantastycznie! Telewizje oszaleją! — Palantowski aprobująco pokiwał głową. Kask zsunął mu się na oczy. Poprawił go lewą ręką, prawą wyciągając do Joanny Jętki, byłej minister sportu, a obecnie posłanki i ważnej figury w partii Skretyny, czyli w Pontonie Odnowy. — Jestem zaszczycony! To będzie wstrząs, przełom na który wszyscy czekamy! Czy mogę ucałować chociaż dłoń… — zachichotał dyskretnie. — A co nam i Temu Krajowi pani posła zaśpiewa?

— Etiudę Rewolucyjną… A zaraz po tym hymn Unii Europejskiej! — Z całkiem ładnych oczu Joanny Jętki posypały się iskry.

— Fantastyczne! — Skretyna pokazał znak wiktorii. — Ale… ale… Joaśka! Tam chyba nie ma słów. W tej etudzie…?

— Nie ma? — zachmurzyła się Joanna Jętka. Ale po chwili uśmiechnęła się szeroko. — Już mam! Zaśpiewam etiudę rewolucyjną z tekstem ostatniego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego! A podpis prezesa Rzeplińskiego będzie w kodzie!

— Dlaczego w KOD-zie? — podchwycił Skretyna. — A dlaczego nie w Pontonie?

— W Etiudzie Rewolucyjnej nie ma pontonu! — odparła ministra, posła, wokalistka Joanna Jętka, odrzucając grzywkę z oczu i trzepocząc doklejonymi rzęsami. A może i naturalnymi. W tej materii istnieje poważny spór w społeczeństwie. Kolejny podział na my i oni.

— Oki toki! — Przewodniczący Pontonu Obywatelskiego i premier in spe to znaczy cień premiera Grzegorz Skretyna gospodarskim okiem ogarnął przygotowania do demonstracji. — A gdzie Ricardo Swetru? Jeszcze go nie ma?

— Nie widziałem go. — odparł Palantowski. — Dzwoniłem. Nie odbiera.

— Ja go widziałam wczoraj… — jednocześnie odezwały się Schlezwig Holstein, Adenauer i dwie pozostałe posłanki Nowożytnej.pl.

— OK! Działajcie dalej, a my z Mateuszem pojedziemy zobaczyć, co i jak.- Wsiedli na motor Palantowskiego i wystartowali z imponującym gangiem podrasowanego tłumika.


* * *


Dwadzieścia minut później podjeżdżali pod dwa kontenery na zapleczu cmentarza komunalnego. Zsiedli z motoru, zajrzeli w odstęp pomiędzy kontenerami. Smród uderzył prawym sierpowym i poprawił kolanem. Obaj zatkali nosy. W głębi, w tej samej pozycji jak ją zapamiętali, siedział oparty o ścianę kontenera Ricardo Swetru chrapiąc jak dardanelski osioł.

— Co to tak śmierdzi? — odezwał się Palantowski przez zaciśnięty palcami nos.

— To chyba smog…? W TŁUK FM Lys rano o tym mówił… Że PiS nas udusi… A szczególnie kobiety i dzieci…

— Smog? — zdziwił się Skretyna.

— Smog Wawelski… — wymamrotał Swetru niewyraźnie. — Smog Wawelski i urna z marmuru…

— Ty, co on pieprzy? — zdziwił się Palantowski.

— Czekaj… czekaj… — Skretyna zmarszczył czoło. — Smog Wawelski… Urna z marmuru… Genialne! Ge...nial...ne!

— Coś ty? Co genialne? On czegoś nawciągał się i bredzi!

— Nie bredzi! On jak nie wie co mówi, to mówi do rzeczy! Słyszałeś co powiedział?

— Coś o smoku...smogu wawelskim… i urnie z marmuru...chyba…

— No właśnie! Myśl!

— Myślę… Ale wciąż nie wiem o co chodzi…

— No to słuchaj: Wawel, Pajda, Andrzej Pajda. Człowiek w puszce z marmuru… Kumasz? Gdzie Andrzej Pajda chciał być pochowany?

— Nie wiem…

— Dureń! Każdy wie. Na Wawelu. A w czym?

— Nie wiem…

— Dureń! W urnie! W urnie z marmuru!

— Nie z żelaza?

— Człowiek z żelaza. Urna z marmuru. Wawel. Kaczyński. Chwytasz?

— Ni chuja…

— Dureń! Musimy zdobyć urnę z Pajdą i po cichu pochować ją na Wawelu. Gdzieś tam gdzie Kaczyński… W ścianie. Albo w podłodze. Tak żeby nikt nie zauważył. A potem ogłosimy, że Pajda był tam pierwszy! I Kaczyńskich trzeba usunąć! Pójdą protesty. Demonstracje. Pikiety! Genialne!!! Kaczor wymięknie!

— No coś ty… Pajda zmarł kiedy Kaczyński już tam leżał… Chyba z rok później…

— Cholera! Pewny jesteś?

— Sto procent. Pamiętam, bo tego dnia… wykryto u mnie… tryperka… — dyskretnie zachichotał.

— No coś ty? Nie mów? Na kim… znaczy ...gdzieś to złapał…?

— Nie uwierzysz… A zresztą…

— Jest! — nie dał mu dokończyć Skretyna — Mam! Załatwimy u Dziekana, żeby kazał wszystkim napisać, że wybitny reżyser Andrzej Pajda zmarł rok wcześniej! A TVN to potwierdzi. Wystarczy?

— Powinno wystarczyć… Chociaż… może lepiej będzie z półtora roku…

— Dobra! Niech będzie półtora…

— Ale to nam zepsuje zabawę… znaczy się akcję pod Wawelem, każdego 10-go. Nie szkoda?

— No coś ty! Jak podmienimy na Wawelu Kaczyńskich na Pajdę, to im się wszystko rypnie! Ricardo! — lekko kopnął Swetru — Jesteś genialny! Mamy cel! Program!

— Rzygać mi się chce… — wymamrotał Ricardo Swetru gramoląc się na czworaka. — Westernplaster… Śmierć Żydom, pajacom i rowerom… Opuncja totalitarna…

— Bierz go! — zarządził Skretyna. — Musimy doprowadzić go do porządku przed demonstracją. Żeby pokazać, że jesteśmy zjednoczeni. Monolit. Opuncja...tfu… opozycja totalna!

— Masz może jakąś gazetę, albo coś? Bo on cały obesrany… Wytarzał się, czy jak…

— Czekaj! Jest! — Skretyna zajrzał do kontenera. Wyciągnął torbę z Biedronki i podał Palantowskiemu. — Trzymaj go przez torbę. A tym możesz go obetrzeć… — dołożył do reklamówki brudną szmatę. — No to cześć!

— A…a…a… le… — Palantowski upuścił Swetru z powrotem na ziemię — Może byś pomógł…

— Chyba żartujesz! Ja!? Spotykamy się na miejscu pod ministerstwem. Idę złapać taksówkę. — Skretyna odmaszerował krokiem, jakim w jego mniemaniu chodzą potencjalni premierzy.

Rozdział 6

Sztab operacyjny „Akcji Wawel” zebrał się następnego dnia. To znaczy nocy. Pełna tajemnica. Tym razem w gabinecie przewodniczącego Grzegorza Skretyny. 24:00. Humory po niezbyt udanej demonstracji pod ministerstwem nieszczególnie dopisywały. Posła Joanna Jętka, na którą wszyscy liczyli, fałszowała tak okrutnie, że nawet TVN ją wyciął. Tym niemniej wszyscy obecni zachowali marsowe miny i starali się być dzielni. Szczególnie widząc, że przewodniczący Skretyna przejawia niezwykły optymizm, zacierając dłonie i to pogwizdując pod nosem, to w nim dłubiąc. I kręcąc kulki. Coś wielkiego wisiało w powietrzu. Skretyna popił wody ze szklanki, odchrząknął, spojrzał po obecnych. Oczy wszystkich, czyli Ricardo Swetru, Joanny Schlezwig-Holstein, Mateusza Palantowskiego, Ewy Grabarz i Poinsecji Romany Delfiny Burgrafin von Soppot, Danzig und Morgen Ganze Welt wpatrzone były w twarz premiera cienia z widocznym oczekiwaniem. I nadzieją.

— No więc… — pokiwał głową — No więc nareszcie mamy plan. Program. Wspólny cel i gwarancję sukcesu. Wiemy jak usunąć tych ...uzurpatorów Kaczyńskich z Wawelu! Jednym ruchem! Tak żeby nawet ślad nie został!

— Ge — nial — ne! — Poinsecja Romana Delfina Burgrafin von Soppot, Danzig und Morgen Ganze Welt zaklaskała. — Tego nam było trzeba!

— Takie proste! — Joanna Schlezwig-Holstein zarżała, jak to miała w zwyczaju — Że też sama na to nie wpadłam! — Kaczor się załamie! I odpuści! Sto procent! Ale jak…?

— Fantastyczny pomysł! — Grzegorz Skretyna wyszczerzył nową szczękę — Tego się nie spodziewa i musi pęknąć! Już to widzę! — uśmiechnął się nieomal dookoła głowy.

— Pomysł świetny. Ale jak to zrobić? — zafrasowała się Ewa Grabarz.

— To też już mamy ustalone! — Skretyna triumfalnie potoczył wzrokiem po obecnych. — To proste jak konstrukcja cepa...cepu...capa…?

— Cepa! — podrzuciła Poinsecjia Romana Delfina Burgrafin von Soppot, Danzig und Morgen Ganze Welt, jako osoba kształcona a nawet okresowo deputowana.

— Cepa! — powtórzył Skretyna. — Ukryjemy na Wawelu urnę z Andrzejem Pajdą. I w odpowiednim momencie ją odkryjemy. Przypadkowo. W pobliżu będzie ekipa z TVN. Też przypadkowo. I kilku dziennikarzy z naszej prasy. I ogłosimy, że Pajda był tam pierwszy. I będzie powtarzane tak długo, aż co najmniej 51 procent Polaczków uwierzy. I wtedy Kaczyńskich się po cichu wywiezie, a Pajdzie urządzimy oficjalny pogrzeb. Ze wszystkimi szykanami. Orkiestra i te rzeczy… Czarne konie po betonie… Armaty!

— Uff… uff.. — podsumował Ricardo Petru.


Grzegorz Skretyna triumfalnie potoczył wzrokiem po obecnych. Wszyscy byli pod wrażeniem genialnej prostoty planu. Rumieńce na policzkach. Iskry w oczach. Dla idei chce się żyć!


— Zaczynamy od jutra! Nie ma na co czekać. Każdy dzień panoszenia się Kaczora to dzień zmarnowany! — głęboki mars wykwitł na wysokim czole przewodniczącego. — Trzeba wynająć ludzi. Zmotywować. Określić zadania. Sprofilować…

— Czyli co? — wtrąciła była premiera Ewa Grabarz.

— Po pierwsze — zdobyć urnę z Pajdą…

— A jak okaże się, że nie jest z marmuru? — dociekała „To ja, Ewka”.

— To się zamówi i przesypie! — Skretyna najwyraźniej miał wszystko przemyślane. Do imentu. Do dna. — I się zawiezie na Wawel. I tam się schowa tak, żeby wyglądało, że leży od dawna… Proste?

— I co dalej? — Poinsecjia Romana Delfina Burgrafin von Soppot, Danzig und Morgen Ganze Welt zmarszczyła brwi. — Przecież Pajda zmarł później niż…

— To pestka! — nie dał jej dokończyć Mateusz Palantowski. — Wszystkie nasze media napiszą i pokażą, że było odwrotnie! Że było tak jak było! Dziekan się o to postara. Sam z nim pogadam!

— A znasz niemiecki? — zainteresowała się Poinsecjia Romana Delfina Burgrafin von Soppot, Danzig und Morgen Ganze Welt.

— Może on zna polski…

— Nie zna! To ja z nim pogadam! — zadeklarowała Poinsecjia Romana Delfina Burgrafin von Soppot, Danzig und Morgen Ganze Welt.

— Okej! — Skretyna pokiwał głową. — Tak będzie najlepiej. A całą resztą zajmie się Ricardo! To znaczy zdobyciem urny i zadołowaniem…

— Ja? — Swetru wydawał się zaskoczony. — Dlaczego ja?

— Bo ty to wymyśliłeś. Nie pamiętasz?

— Rico!? Ty!? — Joanna Schlezwig-Holstein niemal skamieniała z podziwu — Kiedy?

— No… jakby to powiedzieć… Tego… — Ricardo Swetru dziwnie poczerwieniał na twarzy. — Niedawno… Zrobi się! — z determinacją spojrzał na Skretynę. — Mam nawet plan. I wykonawców. Jutro biorę się do roboty! Czekajcie na sygnał, kiedy wszystko na Wawelu będzie gotowe! — zerwał się z krzesła i wymaszerował w ciemną noc z dumnie podniesioną głową.

Rozdział 7

Ricardo Swetru podjechał taksówką pod znany adres. Przedwojenna kamienica czynszowa w nędznym stanie. To tu, w drugim podwórku, w suterenie, miał kwaterę Zdzicho Burak. Geniusz improwizacji i organizacji wszystkiego. Spiritus movens totalnej opozycji, jakby na to nie patrzeć… On. No i może jeszcze „Matka”, czyli Andrzej Gadacz… To ten duet był niemal jedyną nadzieją na uratowanie Tego Kraju przed ksenofobią, faszyzmem, nacjonalizmem i nietolerancją. Ricardo z determinacją wciągnął powietrze i na wdechu zszedł po czterech betonowych schodkach. Zapukał w niemalowane drzwi. Być może farba była, tylko dawno zlazła. Tym niemniej drzwi się uchyliły.

— Jest tam kto? Halo! — zaryzykował pytanie.

— Hrrrr… hrrrr… Co jest? Co za kurwa? — dobiegło w odpowiedzi.

— Zdzichu? To ja, Swetru! Jesteś tam?

— A, to ty! Właź do środka. Tylko uważaj, żebyś nie nadepnął tej tam… czarnej… O kurwa, jak mi łeb pęka…

— Mam coś dla ciebie! — Swetru potrząsnął przyniesiona flaszką. Zabulgotało.

— Rany Boskie! Dawaj! — Burak zerwał się z barłogu i niepewnie ruszył w kierunku Swetru. Potknął się o coś… — O w mordę… To ta czarna macica jeszcze tu leży… A padła wczoraj wieczorem… — wyrwał butelkę z ręki Swetru, odbił pięścią, odkręcił i pociągnął długi łyk. Odetchnął głęboko…

— O żesz ty… Tego mi było trzeba! Królu! Zbawco!

— Te… Daj trochę… — dobiegło od strony podłogi. — Ale mi się we łbie pierdoli! Tak mnie wyje…

— Spadaj… Znikaj… — szturchnął leżącą na ziemi postać w czerni czubkiem buta. — My tu z szefem mamy naradę!


Czarna postać uniosła się na czworaka i usiłowała wstać. Nie dała rady. Padła z powrotem jak podcięta kosą.


— Nie dam rady… Muszę się napić… — wyjęczała.

— Masz! — Burak nalał z butelki do szklanki, z której wysypał niedopałki na podłogę. — Masz. I już cię nie widzę… — Czarna postać wypiła duszkiem, odchrząknęła i dzielnie wstała na nogi. Chwiejnie ruszyła do wyjścia. — Sto lat, sto lat niech Donald… — zaintonowała i znikła za drzwiami.

— Jeszcze wczorajsza. Wydaje jej się, że wciąż jest na dworcu i wita Donka! — Burak jednym ruchem zgarnął wszystko ze stołu, strząsnął co leżało na krzesłach. Usiedli.

— Słuchaj Zdzichu! Jest zadanie! Tu masz drugą… — Swetru wyciągnął z kieszeni kolejną butelkę i postawił na stole. — Jest robota jakiej jeszcze nie było. Ważna. Najważniejsza! Dasz radę?

— Pewnie, że dam. Kiedy i co? I za ile?

— To słuchaj! Wiesz co to Wawel? I gdzie jest?

— No coś ty! Każdy wie. W podstawówce…

— To dobrze! Bo tam właśnie masz zawieźć. I schować tak, żeby nikt nie znalazł. Przynajmniej przez dwa dni. Zawieźć, schować i zameldować! — Ricardo Swetru najwyraźniej odnalazł się w roli przywódcy. W glosie pojawiła się stal. — Zrozumiałeś?

— Tak, ale…

— Jak wykonasz, będziesz miał co pić do końca życia! Mówiłeś, że masz dwóch nowych. Takich, co wszystko potrafią! Dobrze pamiętam?

— Tak jest! Jak dobrze podlać to nie ma przebacz! Nikt im nie podskoczy!

— I o to chodzi! Ma być na Wawelu najpóźniej jutro… Albo pojutrze… Tak, żeby nikt nie znalazł… Gdzieś tak koło tego miejsca, gdzie grób Kaczyńskich… Rozumiesz?

— Taaaa jest! — Burak wyprężył się w wojskowym salucie. — Załatwione. Ale kogo tam mamy schować?

— Mmmmm… — Ricardo Swertu podrapał się w głowę. — Mmmmmm....psiakrew… Wyleciało mi z głowy… No...no… ten… to… ta...mam na końcu języka… Macie tam schować… Wanda… Gandzia… nie… Jajda… Gajda… Mam! — rozpromienił się — Panda! Macie tam schować Pandę! Na tym Wawelu! Tak jest! Pandę!

— Załatwione! W try miga! Nawet wiem, gdzie miesz… — Burak bystro spojrzał na Swetru — A zaliczka na koszty?

— Masz tu… — Swetry wyciągnął portfel — Pięćset. Reszta po załatwieniu sprawy. Tylko nie zapomnij — Panda!

— Tak jest! Panda! Panda na Wawel! Załatwione! — dziarsko odmeldował się Zdzicho Burak i ponownie przechylił pierwszą flaszkę. Do dna.

Rozdział 8

Publiczność, szczelnie wypełniająca salę słynnego niegdyś Kina Polonia przerobionego aktualnie na teatr Krystyny Pandy zaczynała się niecierpliwić. Po spektaklu „Ucho, gardło, nóż” obiecywano sobie wiele. Przynajmniej obcięcia ucha, a byli i tacy, którzy traktowali tytuł jeszcze poważniej. Ci oczekiwali wręcz dosłowności. Jak to we współczesnym teatrze. Na scenie dopuszczalne ma być wszystko. A w szczególności… Obsada, choć jednoosobowa, gwarantowała nadzwyczajne emocje. Krystyna Panda! Sama Krystyna Panda w łóżku na scenie, przez półtorej godziny objadająca się czekoladą! Przed telewizorem bez dźwięku opowiadająca swoje życie! Ucho, gardło, nóż… Można było oczekiwać spektakularnego finału. Być może — zakończenia kariery, gdyby tym nożem… Marzenia znacznej części publiczności zawsze sytuują się możliwie blisko horroru. Tak zresztą, jak i znacznej części polskiego elektoratu.


* * *


Pamiętała jedynie, jak wyszła przed swoją rezydencję w Milanówku i wsiadła do zamówionej telefonicznie taksówki, aby pojechać do teatru. A potem już nic. Otworzyła oczy i zobaczyła ciemność. Dokładnie tak, jak swojego czasu Jerzy Stuhr, kiedy jeszcze rozumiał co widzi. Zorientowała się, że leży na boku na jakimś twardym podłożu, usta ma zaklejone taśmą, ręce przykrępowane do ciała, nogi skrępowane w kostkach i kolanach. I wszystko razem przymocowane do jakiegoś drąga. Albo czegoś takiego. Do tego kompletna cisza, zapach kurzu i mysich bobków. Nic poza tym. Spróbowała poruszyć się. Beznadziejne. Spróbowała krzyknąć — to samo. Gdzieś z prawej strony, w ciemnościach, dobiegło ciche skrobanie. A może chrupanie… Jeszcze raz spróbowała krzyknąć. I ponownie zemdlała.


* * *


W kieszeni Ricardo Swetru zadzwonił telefon. Spojrzał na wyświetlacz. Andrzej Gadacz. Zapisany w telefonie pod hasłem „Matka”. Z tryumfalnym uśmiechem nacisnął „odbiór”.

— Cześć szefie! Załatwione. Leży w takim schowku pod schodami, jak się idzie do tego… jak mu tam… sarkopagu Kaczorów! Leży i ani kwiknie!

— Brawo! Gdzie jesteście?

— A tak w połowie drogi z powrotem. Za dwie godziny będziem w Warszawie.

— Przyjeżdżajcie do mnie. Opowiecie jak było.

— A forsa?

— Jest. Grzeje się dla was! Nowiutkie setki. Ilu was jest?

— Czterech. Ja, Burak i dwóch tych nowych… No to dajemy gazu.


* * *

— 2:00 nad ranem. W kieszeni przewodniczącego Pontonu Odnowy i premiera cienia Grzegorza Skretyny zadzwonił telefon. Spojrzał na wyświetlacz: Swetru. Na to czekał. Nie spał. Nie mógł sobie znaleźć miejsca. Niecierpliwie odebrał…

— Grzechu? To ja, Rico! Zgadnij po co dzwonię? Ha, ha, ha… Masz trzy szanse!

— Nie pierdol, tylko mów! Załatwiłeś?

— Oczywiście! Masz problem — dzwoń do Ricardo Swetru! Tylko on. Załatwianie trudnych spraw 24 godziny na dobę!

— Nie wygłupiaj się! Powiedz co jest?

— Załatwione! Chłopaki pokazali co potrafią! Wynająłem najlepszych! To będzie kosztowało, ale było warto! Panie przewodniczący, niniejszym melduję, że zgodnie z planem od trzech godzin Panda leży na Wawelu! A Kaczor siedzi w gównie po uszy, o czym jeszcze nie wie i…

— Kto leży na Wawelu?????

— ...możemy przystąpić do realizacji drugiej czę…

— Zamknij się! Kto leży na Wawelu?

— No… Panda… Krystyna Panda… Tak jak mówiłeś…

— O żesz ty kur.. twoja mać… — wydusił z siebie Grzegorz Skretyna.


* * *


W kieszeni Andrzeja Gadacza, w pewnych kręgach sfery publicznej znanego także jako „Matka” zadzwonił telefon. Minęli właśnie Częstochowę, gdzie w McDonalds rozpoczęli świętowanie sukcesu. Zwycięstwa w wojnie o wszystko. Nie za ostro, ale te pół litra po kryjomu dolali do kubków z Coca Colą. Świat zrobił się piękniejszy. I z każdym przejechanym kilometrem piękniał jeszcze bardziej. „Matka” odebrał połączenie.

— Andrzej? To ja, Ricardo Swetru…

— Wiem, wyświetliłeś się…

— Nie gadaj tylko słuchaj! Gdzie jesteście?

— Minęliśmy Częstochowę.

— O kurwa! Natychmiast zawracajcie do Krakowa i wypuśćcie ją!

— Coooooo?!

— Nie słyszysz? Wracajcie do Krakowa, na Wawel i wypuśćcie Pajdę…

— Coooooo?!

— Tfu… Pandę! Wypuśćcie Pandę!

— Ja cię pierdzielę! Dlaczego? Myślałem…

— Dlatego. Od myślenia jestem ja. Powtarzam: wracajcie i wypuśćcie ją z tego miejsca, gdzie ją schowaliście. Jak najszybciej! Ale tak, żeby was nie rozpoznała. Zrozumiałeś? I nikomu ani mru mru…!

— Tak jest! Ani mru mru! A co z forsą?

— O to się nie martw. Będzie coś ekstra.

— Załatwione! — Gadacz zamknął połączenie i chwilę bezmyślnie patrzył w pusty ekran komórki…

— Co jest? — zainteresował się Zdzicho Burak.

— Chłopaki, zawracamy! Dzwonił szef… znaczy Swetru. Mamy ją wypuścić. Tylko tak, żeby nas nie widziała…

— O kur..- zawisło w dusznym powietrzu taksówki jak wyrzut strumienia. Albo czegoś takiego.

Rozdział 9

Wybitna aktorka, reżyserka, działaczka społeczna, business woman, rezydentka słonecznego Milanówka, właścicielka dwóch teatrów, blondynka, Guma Do Żucia i celebrytka Krystyna Panda nigdy nie dowiedziała się, dlaczego i jak zamiast do swojego teatru trafiła do jakiejś śmierdzącej myszami ciemnicy, gdzie skrępowana przeleżała nie wiadomo jak długo. I dlaczego teraz, kiedy ocknęła się z omdlenia czy też uśpienia, jacyś zamaskowani osobnicy niosą ją po schodach, przykrępowaną do zabytkowej halabardy, jak nie przymierzając jakieś trofeum albo inną dziką świnię. Wyszli na zewnątrz. Pomimo, że widziała wszystko do góry nogami, zorientowała się, że jest na Wawelu. Dokładnie — na wawelskim dziedzińcu. Zamaskowani osobnicy położyli ją na ziemi, jeden z nich wyjął nóż…

— Nemezis… Thanatos… Ucho, gardło, nóż… — jęknęła przerażona. Usłyszała odgłos cięcia czegoś i ponownie zemdlała.


* * *


Pierwszy sen Pandy na Wawelu: Dziwna, niesamowita wręcz poświata otaczała zamek wawelski i najbliższą okolicę. Na niebie pojawiły się znaki, oznajmiające nadejście zdarzeń niezwykłych i wiekopomnych. Od Dzikich Pól powiało burzanami i Tatarami, a stada czarnych ptaków obsiadały bezlistne drzewa. Z przeciwnej strony, od Zachodu, powiało zgoła inaczej — zdradą paskudniejszą niż Targowica i bracia Radziwiłłowie razem wzięci. Czuło się w tym rękę Traska, Błoniego, Lawendockiego, Poinsecji Romany Delfiny Burgrafin von Soppot, Danzig und Morgen Ganze Welt i Bolka juniora. A poza tym gender. LGBT i polityczną poprawność. Zrobiło się strasznie. Smrodliwie. Rzeki wylały. Pełne zwierza bory. I pełno zbójców na drodze. Pogrążonej w głębokim omdleniu czy śnie Krystynie Pandzie wydawało się, że słońce nad umęczoną Polską zaszło na zawsze… I oto z tej otchłani smutku, beznadziei i lęku bezbrzeżnego dobiegł ją okrzyk jak grom: No pasarán! Bigosować! — a na dziedziniec zamku jednym skokiem wpadł Kmicic z gołą szablą i jął wycinać renesansowe krużganki. — Bij Jagiellonów! Wyciąć do kości! Na pohybel! Niech Żyje Nasz Prezydent! Vive Emmanuel Macron! Wolność, równość, kurestwo! — zatoczył się, czknął, potknął o halabardę — Vive la Liberté! — wrzasnął i jednym zamachem szabli obciął Pandzie nogę…

— Daniel, no coś ty!? — z trudem zdołała zaprotestować nieszczęsna białogłowa. Ten zatoczył jedynym dzikim okiem i ponownie wzniósł szablę… Nie zdążył. Na dziedziniec wpadli komilitoni. Czterech. Ubrani na biało. Dziwne. Dlaczego na biało? Umiejętnie obezwładnili Kmicica, ubrali w kaftan, zawiązali rękawy na plecach i wynieśli na zewnątrz… Jeszcze przez długi czas słyszała wrzaski. Puszczajcie! Faszyści! Pisowskie bandziory! Unio, ratuj! Tuuuskuuu! Ze zdziwieniem zauważyła, ze obie nogi ma na miejscu. Tymczasem zza węgła wychynęła na paluszkach lekarz pediatra, ministra, premiera Ewa Grabarz, dzierżąc łopatę i trzecią nogę, elegancko zapakowaną w przeźroczystą folię stretch i torbę z Biedronki. Podrzuciła ją obok halabardy, tuż obok Krystyny Pandy i jęła łopatą kopać na metr w głąb. Nie szło jej zbyt dobrze. Klęła jak szewc, spluwała w dłonie. Nic z tego. Kamienie i glina. Wykopała może 20 centymetrów. Przekopano na metr w głąb — wrzasnęła. Na mój honor i odpowiedzialność! Rzuciła łopatę i znikła z ekranu, pozostawiając jedynie lekki, wirujący smrodek, który w miarę upływu czasu gęstniał, gęstniał i gęstniał…


* * *


Krystyna Panda ocknęła się jakiś czas później. Wciąż leżała na dziedzińcu zamku wawelskiego, wciąż na brzuchu, i wciąż obok zabytkowej halabardy, z ustami zaklejonymi srebrną taśmą. Z ulgą stwierdziła, że w dalszym ciągu ma tylko dwie nogi. Obie swoje. Dobre i to, pomyślała przytomnie! Kątem oka zauważyła, że stoi nad nią jakiś menel z wytrzeszczonymi oczami. Kuczyński? — pomyślała — Skąd tutaj Waldemar Kuczyński?

— O żesz ty w życiu jedyna! — wychrypiał menel i przeturlał ją na plecy — Maryla Rodowicz!


Przysłowiowa kropla przepełniła kielich goryczy nieszczęsnej blondynki. Krystyna Panda zemdlała na dobre. I na dłużej. Co okazało się wcale nie takie złe. W kategoriach historycznych.

Rozdział 10

Drugi sen Krystyny Pandy na Wawelu: Przyszłe pokolenia Polaków będą go pamiętać raczej nie jako sen, tylko jako „Proroctwo Pandy”. Będą śpiewać o nim pieśni i snuć przy kominkach długie opowieści. A wpatrzone w ich usta dzieci będą słuchać z wypiekami na policzkach i błyszczącymi oczami…


* * *


Defilada z okazji ostatecznego zwycięstwa polskiej armii nad armią Kalifatu Europejskiego w bitwie o Berlin w Warszawie, 21 czerwca, przed pomnikiem marszałka Józefa Piłsudskiego. Stojącym w miejscu zburzonego niedawno pałacu, imienia też Józefa. Dzień piękny, słoneczny, jak to w Polsce w czerwcu. Trybuna honorowa przystrojona biało czerwonymi flagami i banderami różnych rodzajów wojsk, z białym orłem w zamkniętej koronie. Morze kwiatów. Tłumy widzów, których nikt nawet nie próbował policzyć.

Na trybunie honorowej nie zabrakło nikogo, kto przyczynił się do historycznej wiktorii polskiego oręża. Prezydenci Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda i Lech Kaczyński z małżonkami. Prezydent Ryszard Kaczorowski. Pan Premier Morawiecki. Pani Premier Beata Szydło i ministrowie ich rządu. Premier Jan Olszewski. Marszałek Antoni Macierewicz w galowym mundurze. Zaproszeni goście z całego świata. Prezydent Donald Trump z małżonką i córką. Premier Wiktor Orban z całą rodziną. Prezydenci Czech, Słowacji, Litwy, Estonii i Łotwy. Ulubieńcy Polaków, minister Zbigniew Ziobro i minister Patryk Jaki. I nieco z boku, uśmiechnięty pan Jarosław Kaczyński. Oraz, choć nikt go nie widział, ale każdy wiedział że jest — Jan Paweł II. W towarzystwie ks. Jerzego Popiełuszko.

Defiladę otwiera słynna na cały świat, dowodzona przez major Marię „Marysię” Sokołowską Pierwsza Dziewczęca Brygada Obrony Terytorialnej, podziwiana za akcję, która prawdopodobnie przesądziła o losach wojny. Świata. I przeszła do historii. Opanowanie, bez jednego wystrzału, francuskiego magazynu głowic jądrowych, zawierającego trzysta gotowych do użycia ładunków, nasze dziewczyny wykonały szybko, skutecznie i niekonwencjonalnie. W ostatniej chwili. Bo armia Kalifatu Europejskiego, po wymordowaniu we Francji wszystkich, którzy wiedzieli jak tą bronią się posługiwać i kilkunastu miesiącach prób opanowania tych umiejętności za pomocą informacji z internetu, była już bliska sukcesu. Być może wciąż nie umieli by tych głowić wystrzelić w konkretnym kierunku, ale było więcej niż prawdopodobne, że prędzej czy później spowodują wybuch. I Paryż zniknie. A może nie tylko Paryż, ale i cała Francja z przyległościami. Jednym słowem, sytuacja nieciekawa.

Bramy wjazdowej do jednostki, na terenie której umieszczono podziemne magazyny o najwyższym stopniu tajności, pilnowało pięciu uzbrojonych po zęby bojowników w turbanach. Cały teren otoczony podwójnym murem wysokości czterech metrów, z kłębami drutu żyletkowego na wierzchu. Pomiędzy murami zaminowany pas szerokości dziesięciu metrów. W sumie zabezpieczenie nie do sforsowania. Kiedyś — duma francuskiej armii. Do czasu. Do czasu gdy Sąd Najwyższy wydał wyrok, że dyskryminacja muzułmanów w przyjmowaniu do wojska jest niedopuszczalna. I będzie surowo karana. I tak w ciągu trzech miesięcy muzułmanie stanowili już 30% armii francuskiej, po sześciu miesiącach — 60%, a po roku jednej nocy wszystkich francuskich oficerów i podoficerów nie-muzułmanów wymordowano podrzynając im gardła. I muzułmanie przejęli dowództwo. To znaczy wszystkie stanowiska powyżej sierżanta. Ponieważ policja została przejęta jeszcze wcześniej, ustanowienie Islamskiego Kalifatu Zachodniego odbyło się bez awantur. Chyba że za awanturę uznać powieszenie prezydenta Marcona na wieży Eiffla. Oraz publiczne ścięcie członków dotychczasowego rządu francuskiego. Co okazało się dziecinnie łatwe, bo rząd, na czworaka, był zajęty malowaniem kredą na asfalcie Smerfów i pisaniem różnych wzruszających haseł na placu przed przebudowaną na meczet katedrą Notre-Dame. W nadzwyczaj wygodnych do ścinania głów pozycjach. Okazję skrupulatnie wykorzystano, czego transmisję obejrzał cały świat. Szczególnie szeroko komentowano fragment, gdy minister obrony Sylvie Goulard w spontanicznej, pięknej reakcji na dekapitację ministra spraw wewnętrznych Gerarda Collomba, wyciągnęła do najbliższego islamisty białą różę, a ten jednym cięciem odrąbał i głowę, i rękę, i różę.


* * *


Telewizyjną transmisję z egzekucji francuskiego rządu na placu przed meczetem Notre-Dame powtarzano wielokrotnie. Z różnymi skutkami i komentarzami. Media lewicowe i liberalne znalazły w tym zdarzeniu wiele pozytywnych wartości. Sugerowano, aby w reakcji zabronić na zawsze używania francuskich nazwisk. Bo obrażają uczucia estetyczne muzułmanów. A w takich na przykład Niemczech skutek powtarzania transmisji z Paryża był taki, że w dwa miesiące później historia z Francji powtórzyła się, a kanclerz Angela Merkel zawisła na Bramie Brandenburskiej. Wraz z mężem we wciąż krzywo zapiętej marynarce. Gdyby w tej sytuacji pani kanclerz mogła coś widzieć, zobaczyła by znacznie poniżej, na poziomie ulicy swój, niemiecki rząd w komplecie. Piękny obrazek. Zupełnie jak we Francji. Postępowo i nowocześnie. Wszyscy na czworaka. Tyłki wypięte. Smutek na obliczach. Protest za pomocą kolorowej kredy. I z tym samym jak wcześniej w Paryżu skutkiem, czyli wykorzystaniem okazji przez islamistów z maczetami. I z telefonami komórkowymi, którymi robili sobie sweet focie z uciętymi głowami.

Taka była geneza powstania Kalifatu Europejskiego, tuż po tym, jak Donald Trask, Martin Schultz i większość brukselskich oficjeli przeszli na islam. I gdzieś znikli. Zastąpili ich mułłowie i imamowie z Arabii Saudyjskiej. A w konstytucjach Francji, Niemiec i pozostałych krajów „Strefy Euro” pojawiły się nowe zapisy: „Mąż, w przypadku głodu zagrażającego jego życiu, może zjeść własną żonę”. „Mąż może współżyć z żoną do 6-ciu godzin po jej śmierci”. oraz „Mężczyzna może ożenić się z kobietą z chwilą, kiedy ta skończy 6 lat. Ale skonsumować małżeństwo może dopiero wtedy, kiedy żona skończy lat 9”. A także „Znak krzyża jest zabroniony pod karą śmierci”. W wyniku tego ostatniego wszystkie skrzyżowania na terenie Kalifatu Europejskiego, czyli dawnej Europy Zachodniej, przerobiono na ronda. Biali niewolnicy mieli z tym huk roboty.

Rozdział 11

Bramy wjazdowej podparyskiej bazy byłej armii francuskiej, z magazynami zawierającymi trzysta głowic jądrowych, strzegła doborowa jednostka bojowników islamskich. Wprawdzie trudno było zrozumieć, na czym polegała ta doborowość, ale nikt nie kwapił się zapytać. Pięciu z nich, w przeszklonej dyżurce pilnowało bramy wjazdowej. Reszta wypoczywała na kwaterach już to z kozą, już to ze sobą nawzajem, już to oglądając pornosy na zdobycznych odtwarzaczach. Dobre czasy, kiedy na ulicy można było złapać w miarę przydatną niewierną i przywieźć do koszar ku wspólnej rozrywce dawno minęły. Z ulic Francji znikły nie tylko wszystkie kobiety, ale i wszystkie dzieci. Z ostatniego wypadu przywieźli coś takiego, że koza wygrywała we wszystkich konkurencjach… Życie bojowników za prawdziwą wiarę stawało się coraz trudniejsze…


* * *


Kalifat nie dysponował lotnictwem. Wprawdzie bazy lotnictwa francuskiego i niemieckiego opanowano już dawno wraz z całym, sprawnym sprzętem, ale okazało się, że wśród muzułmańskich bojowników nie ma nikogo, kto potrafi latać takimi samolotami. A z francuskich czy niemieckich pilotów nie uchował się ani jeden. Po długich staraniach znaleziono kilku kandydatów, którzy twierdzili, że potrafią latać samolotem, ale szybko okazało się, że umieją tylko wystartować. I ewentualnie walnąć w jakiś budynek. Jak lądować nikt ich nie uczył, bo po co. Tak więc niebo nad Kalifatem Europejskim należało do polskiego lotnictwa. Dziewczyny z Drużyny A przerzucono w pobliże bazy pod Paryżem dronami. Bezszelestnie. W środku bezksiężycowej nocy. Osiem dziewcząt i wyposażenie niezbędne do tego rodzaju akcji. Okolice znały z Google Earth i map sztabowych. Jak również z opisów mieszkających kiedyś w pobliżu bazy Francuzów, którym udało się zbiec do Polski lub innego kraju poszerzonej Grupy Wyszehradzkiej. Ukryły się w porzuconym, zdewastowanym furgonie, stojącym na skraju lasu, w odległości pięciuset metrów od celu, czyli bramy wjazdowej bazy. Nadały skompresowany komunikat do sztabu swojej brygady, rozlokowanej tuż przy granicy Polski z Kalifatem, na polskim brzegu Odry. Jedno ćwierknięcie. Jesteśmy na miejscu. Do świtu pozostały dwie godziny. Poświęciły ten czas na ponowne sprawdzenie broni i wyposażenia. Po czym nastawiły budziki w głowach na dwie godziny i zasnęły. Zgodnie z podstawową zasadą żołnierzy jednostek specjalnych: śpij kiedy możesz, bo nie wiadomo kiedy będziesz miał następną okazję.


* * *


Obudziły się jednocześnie, zgodnie z planem. Słońce zdążyło wstać, a więc cel był doskonale widoczny. Nic tam się nie działo. Albo działo się po cichu. Sierżant Ania Ostrowska z pierwszej drużyny drugiego plutonu trzeciej kompanii brygady O.T., piękna, długonoga blondynka z zielonymi oczami, słowem — dziewczyna marzenie — ubrana w krótkie szorty i obcisły top wsiadła na rower i nie spiesząc się popedałowała asfaltową ścieżką rowerową, w kierunku widzianej z odległości pięciuset metrów bramy wjazdowej bazy. Włosy sczesane w koński ogon odsłaniały łabędzią szyję. Z kolei skąpe ubranie niczego praktycznie nie zasłaniało. A byłoby co zasłaniać. Ścieżka i szosa wzdłuż których jechała, mijały bramę w odległości niecałych stu metrów. Koleżanki z drużyny czekały z zaciśniętymi „na szczęście” kciukami. I z pistoletami maszynowymi Heckler & Koch w pogotowiu. Nie czekały długo. Ledwie rowerzystka minęła bramę, ta zaczęła mrugać światłem ostrzegawczym i przesuwać się po zabetonowanej prowadnicy. Gdy tylko prześwit osiągnął metr szerokości, z bramy z wrzaskiem wypadło trzech Arabów i pędem ruszyli za dziewczyną. Ta obejrzała się, krzyknęła ze strachu i mocniej nacisnęła na pedały. Niestety, przednie koło wpadło w jakiś dół i upadła razem z rowerem na ziemię. Zanim się pozbierała, tamci przygnietli ją do ziemi. W tym czasie brama otworzyła się do końca i z piskiem opon wyjechał z niej pick-up Toyota. A w nim jeszcze dwóch wartowników. Podjechali do leżącej na ziemi dziewczyny, która najwyraźniej straciła przytomność. Wyskoczyli z szoferki. Rozpętała się burzliwa kłótnia. Z mowy ciał można było domyślić się, że część chce skonsumować zdobycz na miejscu i natychmiast, pozostali optują za wcześniejszym przewiezieniem jej do wartowni. Po kilku minutach wrzasków zwyciężyła najwyraźniej druga opcja, bo wrzucili nieprzytomną dziewczynę na pakę pick-upa, trzech wsiadło do szoferki, a dwóch na skrzynię. Zawrócili niemal w miejscu i pognali do bazy. Wjechali w bramę i ta po chwili zaczęła się zasuwać, aż zamknęła się całkowicie.


* * *


Starszy sierżant Małgorzata Zalewska spojrzała na zegarek. Od zamknięcia bramy bazy upłynęły dwie minuty.

— Idziemy! — zarządziła.

Dokładnie w tym momencie brama ponownie zaczęła się rozsuwać. Dziewczyny wymieniły porozumiewawcze mrugnięcia i biegiem ruszyły w kierunku bazy. Wpadły do wnętrza. Na stopniu drzwi wejściowych do wartowni siedziała Ania Ostrowska. Trochę zdyszana. Trochę uśmiechnięta. I trochę skrzywiona. Jakby z niesmakiem. Zajrzały do wnętrza wartowni. Powiedzieć, że to co zobaczyły wyglądało jak jatka to nic nie powiedzieć. Na podłodze, rozłożeni w prawie regularny wachlarz, leżeli na plecach czterej wartownicy. Spodnie opuszczone do kolan. Gardła podcięte równo, razem z brodami. Piąty siedział pod ścianą z nożem w prawym oku. Oczywiście nie z byle jakim nożem, tylko z Ka-Bar Bowie Knife, standardowym modelem bojowym 1217 USMC. Żaden inny nóż nie nadawał by się do tego zadania. Piękna ilustracja zasady, że jeśli nie potrafisz zatrzymać noża przy sobie, nie powinieneś go nosić. Szczególnie, jeśli chcesz zaczepić dziewczynę z polskiej jednostki specjalnej O.T. Po półrocznym przeszkoleniu w Fort Bragg, U.S.A. I stałych treningach walki wręcz z chłopakami z Podlaskiej Brygady O.N.R., dowodzonej przez majora Piotra Sienkiewicza.

Jedno co jakoś usprawiedliwia piątkę wartowników, odesłanych przez Anię do Allaha to fakt, że nie wiedzieli czego się spodziewać. A nawet więcej — spodziewali się wszystkiego, tylko nie czegoś takiego. Że nieprzytomna, leżąca na podłodze wartowni dziewczyna, marzenie każdego bojownika za prawdziwą wiarę, w chwili kiedy szykowali się do zbiorowego gwałtu i ledwie zdążyli rozpiąć i opuścić spodnie, zerwie się z ziemi jak sprężyna, wyrwie najbliższemu z nich Ka-Bar i jednym, błyskawicznym, płynnym obrotem poderżnie gardła czterem z nich. Tym stojącym najbliżej. Po czym obróci się w drugą stronę i rzuci nożem. Trafiając w oko piątego. A następnie odskoczy do tyłu, uciekając przed fontannami krwi, które z pewnym opóźnieniem zaczęły tryskać z przeciętych tętnic szyjnych pierwszej czwórki. Po czym oceni sytuację. Stwierdzi, że sprawa załatwiona. Zadanie wykonane. I przyciskiem otworzy bramę wjazdową. Wyjdzie na zewnątrz i z uśmiechem usiądzie na schodku wartowni, czekając na koleżanki.


* * *


Czas na gratulacje przyjdzie później. Ania przebrała się z powrotem w mundur z miejskim kamuflażem. Przytroczyła resztę sprzętu we właściwych miejscach. Wszystkie nakręciły na lufy swoich Heckler & Koch tłumiki, przestawiły ogień na krótkie serie po trzy strzały i ruszyły wysprzątać bazę do końca. Co trwało około 45 minut i kosztowało około trzysta naboi parabellum 9 milimetrów.


(…) opisy sytuacji, w jakich nasze dziewczyny zastały islamskich bojowników zostały w tej wersji powieści usunięte ze względu na ich drastyczność z punktu widzenia m.in. ochrony przyrody i należytej opieki nad zwierzętami)


Jedyną trudnością, jak później opowiadały było to, że starały się nie zrobić krzywdy niewinnym niczemu kozom i innym zwierzakom. Które wypuściły na wolność do pobliskiego lasu. Zaryglowały bramę. I wywołały przez radio sztab Podlaskiej Brygady O.N.R. Odebrał dowódca, major Piotr Sienkiewicz.


— Cześć Piotrek, znaczy, panie majorze! To ja! — starszy sierżant Małgorzata Zalewska nie musiała się przedstawiać. Ani poprawnie meldować, jak to w jednostkach specjalnych. — Właśnie zakończyłyśmy sprzątać. Straty własne zero.

— Gratulacje! Znowu, psiakrew, awansujecie! To niesprawiedliwe…

— Nie wygłupiaj się! A co u was?

— Za chwilę ruszamy zająć ich sztab generalny. Do jutra Berlin powinien być wolny…

— No to znowu awansujemy razem! Do zobaczenia w kraju!

Rozdział 12

Niebo na wschodzie pojaśniało i zabarwiło się na różowo. Zgodnie z planem byli już na przedmieściach Berlina. Nikt ich nie zauważył, co w przypadku wojny z normalnym przeciwnikiem byłoby dziwne, a nawet niemożliwe. Najwyraźniej ci przeciwnicy nie przywiązywali wagi do takich dupereli, jak wystawianie wart albo wysyłanie nocnych patroli. Podobno wychodzili z założenia, że jak się rozwidni to i tak wszystko zobaczą, więc po co się wysilać. Tym bardziej, że jak dotychczas podbój Europy Zachodniej przynosił im same łatwe zwycięstwa.


* * *


Jak wiadomo — ulubionym sposobem walki islamskich bojowników jest strzelanie zza węgła. Czyli facet stoi za węgłem, zza którego wysuwa tylko sam pistolet maszynowy. W kierunku, gdzie być może jest nieprzyjaciel. Po czym naciska spust i nie puszcza go, aż wystrzeli wszystkie naboje. W myśl zasady — Arab strzela, Allah kule nosi. Zaobserwowali to major Sienkiewicz i jego chłopcy z Podlaskiej Brygady O.N.R. I opracowali odpowiednie sposoby walki. Polegające na tym, że w przypadku zauważenia przeciwnika strzelającego seriami zza węgła, obchodzili budynek z drugiej strony. I potężnym kopniakiem w krzyż wysyłali go na łono Allaha. Nie bez powodu buty oddziałów specjalnych mają specjalną konstrukcję. A żołnierze Podlaskiej Brygady O.N.R. mierzą często po blisko 2 metry wzrostu. I sporo ćwiczą. Dodatkową korzyścią była oszczędność amunicji.


* * *


W taki właśnie sposób zajęli sztab główny armii Kalifatu Europejskiego, umieszczony w hotelu Adlon Kempiński na Unter den Linden 7 w Berlinie, i wzięli do niewoli całe dowództwo, włącznie z samym Abu Bakr al-Bagdadi. Przywódcą Państwa Islamskiego, który jednak, jak się okazało, nie zginął w zbombardowanym w Iraku konwoju. Zyskał tylko tyle, że razem z całym sztabem armii Kalifatu, który przywieziono z Berlina, defilował teraz w Warszawie. Siedząc na lawecie. W specjalnej klatce. Jako żywa ilustracja ostatecznego końca poprawności politycznej i innych lewicowych zboczeń.


* * *


Reakcja widzów zgromadzonych na trasie Defilady Zwycięstwa była ogłuszająca. Gwizdy i okrzyki, w większości mało cenzuralne (w tej wersji powieści szczegóły zostały usunięte). W stronę klatki poleciały jajka, pomidory i wieprzowina w różnych postaciach. Od niedawna w Polsce obowiązywała zasada: co się komu należy, to go nie omija. Niezależnie od przywróconej w kodeksie kary śmierci.


* * *


Za Podlaską Brygadą O.N.R. defilowały kolejno inne rodzaje wojsk, w tym wojska sojusznicze ze szczególnie gorąco oklaskiwanymi Węgrami. W nagrodę za wyzwolenie Austrii tak skuteczne, że żaden islamski bojownik nie uszedł z życiem.

Ale tłumnie zgromadzona publiczność czekała przede wszystkim na ciąg dalszy. Czyli zapowiadaną od dłuższego czasu przez pojawiające się tu i ówdzie plotki „Paradę przebłagalną”. Defilada w tej części okryta była tajemnicą. Krążyły różne sensacyjne wersje, ale nic konkretnego czy potwierdzonego nie wydostało się na zewnątrz. Jedno tylko było pewne — to będzie rzecz niespotykana. Jedyna w swoim rodzaju. Wstrząsająca. I choć defilada wojsk była imponująca, choć zwycięstwo którego dotyczyła — wiekopomne, wszyscy niecierpliwie spoglądali w stronę, skąd pojawić się mieli uczestnicy okrytej tajemnicą część ceremonii.


* * *


Część wojskową defilady zamykała kolumna zdobycznych czołgów Leopard, kiedyś chluby niemieckiej armii, odebranych przez naszych żołnierzy armii Kalifatu. Islamiści szybko przekonali się, że robienie sobie zdjęć i groźnych min na czołgach po to, aby wkleić je do internetu to trochę mało, żeby wygrać wojnę z prawdziwymi żołnierzami. A już szczególnie z Polakami. Tym bardziej, że w kwestii czołgów powtórzyła się historia z samolotami. Żaden z bojowników nie miał pojęcia, jak obsługiwać nowoczesny czołg. W efekcie, po wielu próbach, udało im się część z nich uruchomić. I po serii kolizji, nawet wyjechać kilkoma maszynami z bazy i ruszyć w kierunku polskich pozycji. Tyle że na tym umiejętności kierujących skończyły się. Jechać — jechali, ale zapomnieli nauczyć się obsługi wieży i działa. I tak polscy żołnierze ze zdumieniem zobaczyli pędzącą na nich kolumnę Leopardów, z działami skierowanymi do tyłu. Ten, któremu w końcu udało się wystrzelić, trafiał niezawodnie w jadącego za nim. Ze skutkiem oczywistym. W wyniku tej taktyki do polskich linii dojechał tylko jeden czołg Kalifatu. Ten, który jechał pierwszy. Wciąż regularnie strzelając do tyłu. Do wyczerpania paliwa i pocisków. Do czego w końcu nie doszło, bo wcześniej wjechał do Odry. I utonął.

Rozdział 13

Kiedy ucichł grzmot olbrzymich silników i chrzęst gąsienic zdobycznych Leopardów, głowy wszystkich widzów skierowały się w jedną stroną. Tam, skąd spodziewano się dalszego ciągu. I wreszcie — jest! W perspektywie szerokiej ulicy Marszałkowskiej zamajaczył jakiś dziwny kształt. Początkowo trudny do określenia czy rozpoznania. Zbliżał się powoli, ale konsekwentnie. I wreszcie pierwszy okrzyk zdziwienia czy wręcz szoku. Ktoś rozpoznał wózek inwalidzki, popychany przez siostrę zakonną. A na wózku wymizerowany i trzęsący się jak galareta Jerzy Urban! Sam Jerzy Urban! Tak, ten Jerzy Urban! Tłum zamilkł, wstrzymał oddech i nastała cisza, której nie przerywało nawet brzęczenie muchy. Żeby być dokładnym: zwykłej muchy. Wózek zatrzymał się przed trybuną honorową. Jerzy Urban z trudem dźwignął się na nogi, jęcząc przeszedł dwa kroki w kierunku trybuny, po czym uklęknął. Załkał. I padł na twarz zanosząc się płaczem.

— Wybaczcie! Byłem głupi! Byłem podły! Byłem… — tu kolejny atak płaczu uniemożliwił mu kontynuację tej — chyba tak trzeba to nazwać — spowiedzi… — Byłem najgorszym skur… — tu najwyraźniej ugryzł się w język. — Brzydzę się sobą. Nie mogę na siebie patrzeć! Wybaczcie! Drugi raz nigdy bym czegoś takiego nie zrobił! Nie! Nie! Nie! Trzy razy NIE!!!

Wszyscy świadkowie oniemieli. Prędzej można by spodziewać się gromu z jasnego nieba… Ale czegoś takiego…

— Kto to jest? O co tu chodzi? — Prezydent Trump nachylił się w kierunku Victora Orbana

— Z tego co wiem, to chyba największa kanalia wśród przeciwników rządu polskiego. I największy, jak również najsprytniejszy wróg… Ten sam, który kiedyś chciał wysyłać śpiwory dla bezdomnych w Nowym Jorku…

— Ach, ten! Jak wy to robicie? — prezydent Trump z niedowierzaniem pokręcił głowa i spojrzał na Lecha Kaczyńskiego. — Musisz podać mi przepis!

Lech Kaczyński uśmiechnął się. Spojrzał na brata. Ten mrugnął do niego. Spojrzał na Marię Kaczyńską. Pokiwała głowa i pokazała umówiony sygnał. Dwa palce. Druga szansa.

— Dostajesz drugą szansę! Wstań i nie grzesz więcej! — z powagą rzekł prezydent Lech Kaczyński.

Wszyscy otworzyli oczy i usta ze zdumienia. W miejscu leżącego krzyżem, spasionego starca pojawił się trzyletni berbeć w krótkich spodenkach. Siostra zakonna zabrała wózek i znikła w tłumie. Mały Jureczek uśmiechnął się szeroko, pomachał rączką w kierunku trybuny honorowej i w podskokach pobiegł za wojskiem, znikając obecnym z oczu.

— Co to było? Co za druga szansa? — goście na trybunie byli wręcz wstrząśnięci.

— Chyba wiem o co chodzi! — prezydent Trump uśmiechnął się do Melanii i mrugnął do Victora Orbana. — A ty zgadniesz?

— Ja jestem przyzwyczajony, że u Polaków wszystko jest możliwe! — z uśmiechem odparł Orban. — Największe cuda! Nawet wybaczenie i danie drugiej szansy wrogowi. A za całą resztę odpowiadają ich Święci. Moim zdaniem Jerzy Urban dostał szansę, żeby zacząć życie od nowa. Od momentu, kiedy nie miał jeszcze na sumieniu żadnego świństwa. Ani grzechu. Najwyraźniej uznano, że jego skrucha jest prawdziwa…

— Masz rację! Trzeba przyznać, że dość wcześnie musiał się ześwinić…! Chyba jeszcze w pampersie… — rzucił prezydent Trump, puszczając oczko do Orbana. — Proszę przyjąć wyrazy największego uznania! Nie znam nikogo innego, kto zdobył by się na taki wspaniałomyślny gest! — wyciągnął dłoń do Lecha Kaczyńskiego i Marii Kaczyńskiej. I znacząco pokiwał głową w kierunku siedzącego nieco dalej Jarosława Kaczyńskiego.


* * *


W perspektywie ulicy pokazał się następny kształt. Jakaś odziana na czarno staruszka, wsparta na lasce. Już z daleka słychać było płacz i lament, przypominający skrzek zachrypniętej a może przydeptanej wrony. Jeszcze sto metrów przed trybuną padła na kolana i w ten sposób przebyła ostatni odcinek. Po czym padła na twarz i zaniosła się szlochem. Szlochała tak dobre trzy minuty, i wreszcie wyskrzypiała: Przepraszam wszystkich! Przebaczcie mi! Byłam głupia jak but! Głupia, brzydka, złośliwa, chamska i … — tu zabrakło jej tchu.

— A to kto? — zainteresowała się Melania Trump. — I dlaczego tak skrzeczy? Czy nie ma u was klinik laryngologicznych?

— To Joanna Senyszyn. Profesor nauk ekonomicznych. Post-komunistka. Trzykrotnie posłanka w polskim sejmie. I raz w Parlamencie Europejskim. Zaciekły wróg braci Kaczyńskich — odparła prezydentowa Agata Kornhauser-Duda. — Kliniki laryngologiczne mamy całkiem dobre. Ale najwyraźniej uważała, że taki głos dodaje jej uroku… Albo autorytetu… Dla mnie to zagadka.

Joanna Senyszyn przestała skrzeczeć i tylko jęcząc waliła głową w asfalt ulicy. Maria i Lech wymienili znaki. Jarosław kiwnął głową, najwyraźniej przekonany tą tak dramatyczną skruchą grzesznicy.

— Możesz zacząć od nowa. Wstań i nie grzesz więcej! — Lech Kaczyński też był poruszony. W miejscu gdzie przed chwila leżała szlochająca staruszka z ufarbowanymi na czarno włosami, pojawiła się młoda, atrakcyjna dziewczyna, która głęboko skłoniła się przed parą prezydencką i pozostałymi gośćmi. Po czym głębokim, aksamitnym kontr-altem powiedziała: Dziękuję Wam z całego serca! Niech Bóg Was błogosławi!


* * *


Kolejnym przebłagalnikiem okazała się być imponująco wysoka postać w sięgającym do ziemi habicie. Z kapturem, zasłaniającym całą twarz. W przeciwieństwie do poprzedników poruszał się sprawnie, w sposób wręcz nasuwający skojarzenie z nieaktualnymi obecnie niemieckimi marszami wojskowymi. Było nie było, brał udział w defiladzie. Podszedł na wysokość trybuny, przyklęknął na jedno kolano.

— Przyszedłem po drugą szansę. Słyszałem, że wszyscy dostają, jeśli przeproszą. No to przepraszam. Jakakolwiek odmowa z Państwa strony byłaby w tej sytuacji rażącym pogwałceniem podstawowych zasad demokracji, dyskryminacją i faszystowską dyktaturą, przy której bledną polskie obozy koncentra…

— Czy mógłbyś odsłonić twarz? — przerwał mu Lech Kaczyński.

— Oczywiście mógłbym, ale uważam to za szowinistyczne i naruszające moje prawa człowieka, bezczelne żądanie!

— A czy byłbyś uprzejmy przedstawić się? — zapytała Maria Kaczyńska.

— A niby dlaczego? Co to ma do rzeczy? Ja wiem, że pewni uzurpatorzy chcieli by trzymać wszystko i wszystkich za mor… twarz! Ale nic z tego! Żyjemy w wolnym kraju! A przynajmniej w wolnym świecie! Mamy gwarancje naszych wolności! A jak trzeba będzie, trafimy do Trybunału w Strasburgu! Znamy tam paru ludzi! Nie dopuścimy do faszystowskiej dyktatury! Jak trzeba będzie, wyjdziemy na ulice! Będą nas miliony. I zmieciemy z oblicza ziemi ten nabrzmiały wrzód piso…

Bum! Pod stopami niezidentyfikowanej osoby otworzyła się otchłań. Postać w habicie z krzykiem znikła w stosunkowo niewielkim otworze w ziemi. Jeszcze długo słychać było rozpaczliwy wrzask: „Nieeee! Już nie będę!!!! Żartowałem! Ratunku!!! Raaa-tuuu-skuuu!!!!”. Z otworu w którym znikła postać wydobył się snop iskier i niewielki obłoczek dymu. Zapachniało czymś podobnym do siarki… Tak to poczuli jedni. Inni widzowie twierdzili, że zapachniało czymś raczej zbliżonym do szamba. Po czym otwór w ziemi zamknął się bez najmniejszego śladu, a obłoczek przykrego zapachu rozwiał w powietrzu. Widzowie zareagowali spontanicznymi oklaskami.

— A ten to kto? Kto to był? — zainteresował się premier Orban.

— Na 99% to był niejaki Tomasz Lis. Wyjątkowo wredny typ. — odparła siedząca tuż za nim, w drugim rzędzie, dr Magdalena Ogórek. — Naczelny redaktor polskiego wydania „Newsweeka”… Choć nie wykluczam, że mógł to być jego zwierzchnik, niejaki Mark Dekan… Ten z kolei jako CEO Ringier Axel Springer Media AG, przewodniczył Ringier Axel Springer Leadership Team. Dodatkowo pełnił funkcję CEO Grupy Onet-RAS Polska oraz Przewodniczącego Rady Nadzorczej Grupy Onet.pl i Media Impact Polska. Przed objęciem stanowiska CEO Ringier Axel Springer Media AG w 2013 roku, jako CFO, był odpowiedzialny za zarządzanie finansami grupy. Poprzednio, do 2008 roku, pełnił w Axel Springer SE funkcję dyrektora finansowego. — wyrecytowała atrakcyjna dr blondynka jednym tchem — A ostatnio chciał 100 tysięcy złotych od Warszawskiej Gazety…

— Ja słyszałem, że trzysta tysięcy… — dodała premier Beata Szydlo.

— Tak czy tak, na niewinnego nie trafiło… — podsumował z uśmiechem Donald Trump, mrugnąwszy do Magdaleny Ogórek. Niektórym widzom wydawało się, że Melania dyskretnie kopnęła go w kostkę.

— Ale, ale… — Donald Trump coś sobie przypomniał. — Warszawska Gazeta? Warsaw Newspaper?

— Tak. Właśnie ta. Tygodnik…

— Wiem! To jedyna polska gazeta, którą kazałem tłumaczyć mi w całości na angielski! — rozejrzał się po obecnych na trybunie — A w takim razie gdzie jest Piotrek Bachurski? Dlaczego go tu nie ma?

Nikt z obecnych nie potrafił odpowiedzieć prezydentowi Trumpowi na to proste pytanie…


* * *


Nagle wszystko zamarło. Tak jakby film zatrzymał się na jednym z kadrów. Albo ktoś wcisnął na panelu sterującym odtwarzacza pauzę. Stop-klatka. Ale po chwili obraz znowu ruszył. Najwyraźniej ktoś wcisnął „play”. Albo — może to Krystyna Panda na chwilę odzyskała przytomność, po czym znowu zapadła w śpiączkę. Albo w sen. Albo w coś takiego…


* * *


Tym razem w perspektywie ulicy Marszałkowskiej pojawił się wózek z LIDL-a. Dziwne, ale jechał, choć nikt go nie popychał. Być może napędzała go determinacja pasażera… Siedząca w nim osoba najwyraźniej nie zwracała uwagi na ewidentną niewygodę zajmowanej pozycji. Widocznie jedynym jej marzeniem było uzyskanie przebaczenia. I drugiej szansy. A więc usiłowała rwać włosy z głowy, nie zważając na to, że nie bardzo jest co i jak rwać. Waliła czołem o kant wózka, aż ten podskakiwał. Jęczała i szlochała na zmianę, najwyraźniej usiłując zapaść się pod ziemie, co w tej konkretnej sytuacji było niestety wykluczone. Jakby tego było mało, naciągnęła sobie na głowę torbę z logo LIDL i usiłowała uszczelnić ją wokół szyi. Wyglądało na to, że albo rozum się postaci pomieszał, albo życie jej zbrzydło… Wózek podtoczył się na wprost trybuny i stanął w miejscu. Postać na nim wpadła w niekontrolowane drgawki. Z wnętrza torby dobiegały jęki i błagania. „Przepraszam! Nie chcę tak dalej żyć! Wolę umrzeć niż codziennie spoglądać w lustro! Mamo, tato, ratuj! Będę dobry! Miły! Uczciwy! Grzeczny!” — Zerwał torbę z głowy… Tłum oniemiał. To się nie mieściło w głowie! Postacią w wózku okazał się profesor doktor entomolog Stefan Konstanty Myszkiewicz-Niesiołowski. Europejski Demokrata.

— Naprawdę! Przyrzekam, że się zmienię! Zrozumiałem swoje błędy… — szarpnął się, co spowodowało, że wózek się wywrócił. Uklęknął, złożył ręce jak do modlitwy i na kolanach ruszył w kierunku trybuny…

— Masz wybaczone! Wstań i żyj od nowa! — prezydent Lech Kaczyński nie musiał nawet porozumiewać się z nikim, aby podjąć decyzję. Tak wstrząsający i przekonywujący był ten akt ekspiacji. Wręcz strzelisty. W miejscu gdzie klęczał Stefan Niesiołowski i leżał przewrócony wózek z LIDLA pojawiła się mgła, a gdy opadła widzowie zobaczyli młodego Stefana i jego dziewczynę, Elżbietę. Tak, tę samą. Na którą doniósł w U.B. Ale to było później. I w tamtym życiu. A w tym wzięli się za ręce i radośnie uśmiechnięci znikli.


* * *


Za trybuną honorową powstało jakieś zamieszanie. Po chwili wbiegła zdyszana Beata Kempa z plikiem papierów w ręku. Przecisnęła się do premier Beaty Szydło i wręczyła jej przyniesione dokumenty. Ta spojrzała na pierwszy z nich, leżący na wierzchu. Przeczytała. Zmarszczyła brwi. Spojrzała na drugi… Trzeci… Czwarty… Obecni spoglądali na nią z zainteresowaniem. Jedynie Lech Kaczyński i Maria Kaczyńska uśmiechnęli się do siebie i pokiwali głowami. Najwyraźniej jako jedyni wiedzieli, o co chodzi…

Beata Szydło pokręciła głową i przekazała plik prezydentowi Andrzejowi Dudzie. Ten przeczytał, uśmiechnął się szeroko i podał dokumenty Jarosławowi Kaczyńskiemu. Który przeczytał je dokładnie, niektóre dwukrotnie, po czym pokręcił głową i przekazał marszałkowi Antoniemu Macierewiczowi. Po czym pokazał pani premier uniesiony w górę kciuk i uśmiechnął się.

Antoni Macierewicz wstał, przysunął bliżej mikrofon. Postukał palcem. Nic. Postukał drugi raz. Mikrofon już działał. Uniósł obie ręce. Tłum zamilkł. Macierewicz położył przed sobą plik kartek. Wziął pierwszą.

— Szanowna Pani Premier. — odczytał mocnym głosem. — W imieniu tymczasowego rządu, Bundestagu, Bundesratu i wszystkich obywateli Republiki Federalnej Niemiec, jako pełniący obowiązki prezydenta, zwracam się z uprzejmą prośbą, aby zechciała Pani Premier rozważyć możliwość połączenia swoich obecnych zajęć, jako premiera rządu Rzeczypospolitej Polskiej, z obowiązkami Kanclerz naszego rządu, czyli choćby przez jakiś czas pokierować sprawami naszego kraju. Nasza wdzięczność w przypadku pozytywnej odpowiedzi byłaby przeogromna. Wyzwolenie naszego kraju przez polską armię pokazało, że na Polaków zawsze możemy liczyć. Tak więc liczymy i w tym przypadku. Nie wykluczamy też rozważenia alternatywy wystąpienia z wnioskiem o przyjęcie Republiki Federalnej Niemiec do Grupy Wyszehradzkiej, tak wspaniale funkcjonującej pod przewodnictwem Polski, albo jeszcze innego, ściślejszego związku z Polską. Z wyrazami najwyższego szacunku. Podpisano: p.o. prezydenta Republiki Federalnej Niemiec. — Marszałek Macierewicz odłożył pierwszą kartkę na spód pliku. Tłum zamarł w milczeniu. Po czym jak na komendę zaczął skandować: „Beata, Beata, Beata”. Prezydent Donald Trump, szeroko uśmiechnięty, podszedł z wyciągniętą dłonią. Za nim pozostali obecni na honorowej trybunie. Wiwaty tłumu nie ustawały. Marszałek Antoni Macierewicz odczekał dobrą chwile, po czym ponownie wstał i uniósł obie dłonie. Zapadła cisza. Uniósł kolejną kartkę i wręczył ministrowi Zbigniewowi Ziobro. Ten spojrzał na nią, uśmiechnął się szeroko, pokręcił głową po czym wstał, przysunął mikrofon i zaczął czytać:

— Szanowna Pani Premier! W imieniu tymczasowego rządu, parlamentu i narodu francuskiego, jako pełniący obowiązki prezydenta Republiki Francuskiej zwracam się z uprzejmą prośbą, aby zechciała Pani Premier rozważyć… — dalsze słowa zagłuszył wybuch radości i niesamowitego entuzjazmu. Wiwaty zebranych mieszkańców Warszawy i tysięcy przyjezdnych zdawały się unosić niebo.. Okrzykom „Beata, Beata, Beata” nie było końca. Po chwili dały się słyszeć także inne: „Jarosław, Jarosław, Jarosław” I „Pe — A — De”. Minister Ziobro nie próbował nawet kontynuować odczytywania dokumentów, tylko kolejno podnosił w górę następne depesze dyplomatyczne. Belgia, Holandia, Luksemburg, Hiszpania, Włochy, Dania i Szwecja najwyraźniej w tym samym czasie wpadły na ten sam pomysł. Pozostaje do ustalenia, jak to się stało, że tekst we wszystkich depeszach był identyczny. Zmieniały się tylko nazwy krajów.


* * *


Sny i podobne im stany świadomości mają swoją niepowtarzalną specyfikę. Po pierwsze — wszystko jest w nich możliwe. Po drugie — historia obejmująca lata czy nawet stulecia może zmieścić się we śnie trwającym, powiedzmy, piętnaście minut. Dzięki temu, w proroczym śnie totalnej opozycjonistki, aktorki, dyrektor teatralnej i celebrytki Krystyny Pandy na wawelskim dziedzińcu, zmieściła się nie tylko historia zwycięskiej wojny polskiej armii z Europejskim Kalifatem Arabskim wraz z wieloma niesamowitymi szczegółami, ale i jej konsekwencje. Czyli realizacja idei „Międzymorza” w wersji „full wypas”, że użyję dosadnie obrazowego młodzieżowego określenia, o której się filozofom nie śniło (i nie mam tu na myśli, Boże broń!, ani Jasia Hartmanna, ani Magdaleny Środy, ani tym bardziej Kamila Sipowicza)! W jej wyniku pod przewodnictwem Polski, całkiem dobrowolnie, powstało — nie wstydźmy się tej nazwy — Chrześcijańskie Imperium Europejskie. Sięgające wszystkich mórz i oceanów, otaczających Europę. Graniczące od północy z Morzem Norweskim i Morzem Północnym. Od południa — z Morzem Śródziemnym i Turcją. Od Zachodu — z Oceanem Atlantyckim. Od Wschodu — z Rosją, Białorusią, Ukrainą. Bez jednego islamisty na całym terytorium. Bo islam, jako ideologia, został zrównany z faszyzmem i komunizmem. I zabroniony na terenie całego Imperium Europejskiego. Taka okazała się moc jednego zdania: „Europo, powstań z kolan, bo będziesz codziennie opłakiwała swoje dzieci”, wygłoszonego w dniu 24 maja 2017 roku w polskim sejmie przez premier Beatę Szydło. Cała reszta późniejszych zdarzeń to już tylko nieuniknione konsekwencje. Przyjemne bądź nie. Zależnie od tego, czy przesłanie się zrozumiało i zastosowało, czy — na własne nieszczęście — zlekceważyło.


* * *


„Parada przebłagalna” w ramach defilady zwycięstwa trwała non-stop. Niektórzy zastanawiali się, czy kiedykolwiek się zakończy. Bo przecież, jak wiadomo z doświadczenia, „Palantów” ubywa raczej powoli. Ponieważ wciąż, z niepojętych dla normalnego umysłu powodów, pojawiają się nowi…


* * *


Tym razem widzowie aż jęknęli ze zdziwienia. W kierunku trybuny honorowej z wielkim trudem, utykając i łkając przy każdym kroku, przesuwała się postać tak charakterystyczna, że choć ubrana w zarzucony na głowę jutowy worek pokutny, dla wszystkich było oczywiste: Aaron Szachter, od lat używający pseudonimu „Adaś”. Prawdę zdradzały choćby nieodłączne, wielokrotnie opisywane plażowe klapki. A do tego charakterystyczne jojczenie… Tylko jeden człowiek w Polsce mógł w czymś takim wybrać się na oficjalną uroczystość… Jakimś cudem dowlókł się przed trybunę, upadł na kolana i zaczął się trząść. Trząść i dygotać jak galareta. Słychać było szczękanie zębów. I pociąganie nosem.

— Wy… wy… wy… wybaczcie… O...o...o..Jezu… Prze...prze...prze...przepraszam zzz… zzz… ca...ca...ca…łego sssser...ser...serca! By...by..byłem pyszny… Zadu… zadu… zadufany. Głu… głu… głupi. Wstrętny. O...o...o...brzydliwy. O...o...o...szukiwałem. Kłamałem. Za...za...za...trudniałem w re… w re… w redakcji naj...naj...naj… gorsze kana… kana… kanalie. — zgarnął z jezdni garść kurzu i posypał sobie głowę — Nie...nie...nie...chcę tak dłu… dłu… dłużej żyć. Nie chcę niczego. E...e...e...meryturę prze… prze… prze… pisałem na Radio Ma...Ma...Maryja… —

Jarosław i Lech Kaczyńscy ze zdumieniem spojrzeli po sobie. Takie coś daleko wykraczało nawet poza rzeczy, które nie mieszczą się w głowie.


— Jak mo...mooo...mogłem…! P…p…p… rzez tyle lat…! Errare hu...hu...humanum est a…a…a… le bez prze… prze… przesady. A ja prze...prze...prze...kroczyłem wszelkie gra...gra...granice. Szy… szy… szy… dziłem z za… za… zakonnicy na pa...pa...pasach dla pie… pie… pieszych! Zamiast w Bo...Bo...Bo...ga wierzyłem w to, że Ko… Ko… Ko… tfuj… Komorowski wygra! — Aaron Sachter aż zawył z niewysłowionego nieszczęścia i bólu, który najwyraźniej go toczył. Po czym trzykrotnie przeżegnał się. Tłum widzów zastygł w szoku. Gościom na honorowej trybunie też niewiele brakowało.


— Ja… ja… ja… ja chciałbym o… o… otrzymać drugą sza… sza… szansę! Ba… ba… bardzo chciałbym. I wiem, że w swojej chrze… chrze...chrześcijańskiej do… do… dobroci przyznaliście ją wielu pra… pra...prawdziwym ka… ka… kanaliom! Zbrodniarzom! De… de… dewiantom! Jeszcze gor… gor… gorszym ode mnie. Ale jak, za… za… zakładając, że chcielibyście i…i…i mnie ją przyznać, jak… jak… jak… to zrobić? Dru… dru… dru...ga szansa to mo… mo… możliwość ponownego roz… roz… rozpoczęcia życia od miejsca, w którym nie...nie...nie miało się jeszcze na su… su… sumieniu ni… ni… ni..czego złego. No to chy… chy… chy… chyba trzeba by zacząć od dzie… dzie...dzieciństwa mo… mo… mo… ich ro..rodziców! A mo...mo...może nawet dziad… dziad… dziadków! Bo po… po… potem już wszystko było złe, a...a...albo jeszcze gor… gor… gorsze! Ja się wsty… wsty… wsty...dzę, prze...prze...przepraszam za ro...ro...rodziców, za bra… bra… braci, za całą ro...ro...dzinę! Ludzie, wy.. wy… wybaczcie! Boże Przenajświętszy! Maryjo! Gdzie tu ra… ra… ra… tunek? — zaniósł się płaczem tak straszliwym, że zadrżały szyby w oknach…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 36.23