E-book
2.73
drukowana A5
33.21
Czas Palantów czyli Kot Śpi

Bezpłatny fragment - Czas Palantów czyli Kot Śpi

Pożegnanie Totalnej Opozycji!


4.2
Objętość:
234 str.
ISBN:
978-83-8189-116-5
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 33.21

Raymondowi Chandlerowi, niedościgłemu mistrzowi przewrotnej metafory. Autor

Rozdział 1

Stary Żyd siedział w całkowitej ciemności, w superluksusowym apartamencie na ostatnim, osiemdziesiątym piętrze swojego wieżowca w centrum Manhattanu. Zza szczelnie zasuniętych zasłon i dźwiękochłonnych żaluzji do wnętrza nie przedostawał się żaden odgłos, ani najmniejsza nawet iskierka światła.

Salon apartamentu, wielkości średniego boiska do futbolu, stanowił ucieleśnienie najskrytszych fantazji czołowych dekoratorów wnętrz. Śnieżna biel i ciemne złoto. Antyczne meble w takim stanie, że wyglądały jak podróbki. Najtańszy obraz na ścianie to ponad pół miliona dolarów. Jeśli się trafi na okazję.

Gdyby nie całkowita ciemność, byłoby na co popatrzeć.

Brakowało tylko jeziorka z parą łabędzi.

Do tego kompletna cisza.

Wyłączony telefon, telewizor, elektryczna atrapa kominka.

Czarna dziura w centrum Nowego Jorku.

Gdyby ktoś mógł go widzieć, pomyślał by że starzec śpi z głową odchyloną na oparcie fotela.

Nikt go nie widział.

A on nie spał.

Myślał, myślał i myślał.

Od kilku godzin. Praktycznie bez ruchu. Myślał i wciąż nie wiedział. Nie rozumiał. Kręcił się w kółko jak pies, goniący własny ogon. Rozpatrywał wszystko krok po kroku. Od początku. I znowu, i znowu…

Godziny mijały bezszelestnie, a on wciąż nie mógł zrozumieć jak to się stało.

Dlaczego to, co tak świetnie szło mu przez kilkadziesiąt lat, co wyniosło go na szczyty we wszystkich możliwych znaczeniach, co miało mu wkrótce zapewnić władzę nad światem — nagle odwróciło się i bezlitośnie kopnęło go w jaja.

Tak, że niemal poczuł je w gardle.

Doświadczenie jedyne w swoim rodzaju.

A przecież wydawało się, mało — było pewnym, że wszystko już się udało i jest pod kontrolą. Misja zakończona. Że wprowadzenie Nowego Porządku Świata jest na wyciągnięcie ręki i nikt ani nic nie jest w stanie tego zatrzymać.


Plan był doskonały. Bezbłędny. Wykonanie również… I co?

Po tym, jak bez większego wysiłku, można by rzec w sposób elegancki, ograbił Koreę Południową, Malezję, Tajlandię, Tajwan czy Indonezję. Po tym jak okazał się sprytniejszy od Banku Anglii, kiedy to, jak zachwycała się lewicowa prasa, jako „geniusz spekulacji” powalił funta na kolana, przy okazji rewanżując się za skandal z jego piękną, chińską żoną i angielskim premierem Tony Blairem w rolach głównych… Po tym, kiedy tak pokierował sprawami na Ukrainie, że rząd obsadził swoimi, wypróbowanymi ludźmi i pozostawało tylko czekać, aż i to jabłko wpadnie do jego koszyka… Tak jak trochę wcześniej, w Polsce.

Po tym, jak wprowadził swój Nowy Porządek w Europie i tylko czekał na dogodny moment, żeby połknąć kolejne miliardy. Tym razem Euro.

Po tym, jak według danych powszechnie znanych zebrał ponad 29,5 miliarda dolarów osobistego majątku i dwa razy tyle według danych niedostępnych, czyli dostępnych tylko jemu. Startując z pozycji nędzarza. Małoletniego, zasmarkanego uciekiniera z Węgier. Miał wtedy 16 lat, ani grosza przy duszy i nazywał się György Schwartz.

I wreszcie po tym, jak blisko siedemdziesiąt lat spektakularnych sukcesów zdawało się wróżyć ostateczne ukoronowanie planów.


Jak to możliwe, że tyle i takich atutów nie zapewniło całkowitego, ostatecznego zwycięstwa?

Gdzie popełnił błąd? A przecież nie popełniał błędów! Nie potrafił popełniać błędów.

Do czasu.


Czy… — potarł skronie — ...czy może jednak błąd popełnił? Kardynalny. Fundamentalny. Na samym początku? Czyżby błędnie wybrał realizację projektu Nowego Porządku Świata zamiast alternatywy — Chrześcijańskiego Imperium Romanum? Czwartego Rzymu według wizji Roberta Schumana i Jeana Monetta? Był taki moment, kiedy mógł wybierać. Jeden z dwu pomysłów. Kiedy wahał się. I wreszcie wybrał Nowy Porządek Świata. Bo przecież w tym drugim przypadku władzą musiał by się dzielić. Na ziemi — z papieżem. Poza światem doczesnym — z Bogiem. A w przypadku pierwszym, w Świecie Nowego Porządku, sam miał być i Bogiem i papieżem… Czy taki wybór mógł być błędny? — westchnął, pokręcił głową. W szyi boleśnie strzyknęło. Po omacku sięgnął po kieliszek i upił mały łyk wina. Ostrożnie odstawił go na szklany blat stolika.


Co robić? Powrót do drugiego projektu nie wchodził w rachubę. To pewne, choć podświadomie czuł, że jednak może… Tym niemniej poziom ewentualnych trudności i komplikacji przekraczał wszelkie wyobrażenie. Nie pozostawiając wyboru.


A więc co pozostało? Poddać się? Przegrać z takimi… Nigdy w życiu! — podniósł się z fotela, światła włączyły się automatycznie. Przez chwilę patrzał na dobrze znane wnętrze, jakby widział je po raz pierwszy. A właściwie patrzał, ale nie widział. Potrząsnął głową. W karku znów strzyknęło, jak zawsze od kilku lat.

Nie ma wyboru… A więc trzeba walczyć. Nie oglądając się na nic, bez wahania i z całą stanowczością. Koszty…? Bez znaczenia. Wyłoży tyle, ile będzie potrzebne. Miliony czy miliardy. Wszystko jedno. Liczy się tylko wygrana. Sukces. Ostateczne zwycięstwo.


Klasnął dwukrotnie. Dyskretne światła mocniej oświetliły wnętrze. Syknął, wstając z fotela. Wiek dawał znać o sobie już od dłuższego czasu. Wyjął z kieszeni telefon komórkowy. Włączył, wprowadził kod dostępu. Wybrał zakodowany pod klawiszem z jedynką numer. Po trzech sygnałach odezwał się zaspany głos. Bez wątpienia głos kogoś wyrwanego z głębokiego snu…


— Halo… Co za skurwy… Och! Przepraszam panie prezydencie… Tu Christopher Stone. Słucham pana…

— Notuj: dzwoń do Bucholtza… Tak, Aarona Bucholtza… Tak, właśnie — do Walcerowicza. Co z tego, dla mnie on zawsze będzie Bucholtz, i lepiej to zapamiętaj. No więc dzwoń do niego i każ mu pakować dupę w najbliższy samolot tu do Nowego Jorku. Tak, teraz. Gówno mnie obchodzi czy śpi czy sra. Ma tu być w dwadzieścia cztery godziny. Najpóźniej! W moim gabinecie w Open Society Institute. Niech powiadomi, kiedy przylatuje i niech to będzie naprawdę pierwsze możliwe połączenie… Tak mu dokładnie powiedz! Zapisałeś? Teraz drugie: dzwoń do Langmana. Tak, Aarona. No i co tego? Tam w Polsce prawie same Aarony… Do Brukseli. Tak, właśnie do tego… Janusz Lawendocki… Ale więcej nie zawracaj mi głowy zasranymi pseudonimami Polaczków! Nazywaj ich po ludzku. Langman to Langman. Bucholtz to Bucholtz. A Szechter to dla mnie zawsze Szechter. Nawet jak się przechrzci na Marylin Monroe. Niech mi Langman na rano prześle dokładny opis sytuacji w Polsce. Bez ściemniania. Kawa na ławę. Co się dzieje. Jak do tego doszło. Jakie perspektywy na przyszłość. Co proponuje zrobić i jak… Tak, różne takie… Bez żadnego upiększania. Jak czegoś nie będzie wiedział, niech się skontaktuje z Szechterem.

— …

— Jak to, którym?

— ….

— No to więcej głupio nie żartuj… Bierz się do roboty!

Zakończył połączenie, nacisnął przycisk numer dwa.

— Paola? Przygotuj mi kąpiel. Tak, teraz. Tak, dobrze usłyszałaś, tylko kąpiel. Za dziesięć minut. Czekam.

Dziesięć minut później, z niewielką, profesjonalna pomocą Paoli, która bez trudu mogła zwyciężyć w dowolnym konkursie piękności, a którą kupił na wyłączność za kwotę jeszcze bardziej oszałamiającą niż jej uroda, zanurzył się w pachnących wirach jacuzzi. Paola skromnie usiadła obok wanny. Jak zwykle, wyglądała rewelacyjnie. Nic z tych rzeczy, które mogły by wywołać korki na ulicach. Ale za to coś, co przy drugim spojrzeniu mogło spowodować, że — cytując klasyka — biskup wyskoczył by przez witraż. Długie blond włosy spięte w kok odsłaniały łabędzią szyję. Olbrzymie, błękitne, lekko skośne oczy świecące wewnętrznym blaskiem. Kości policzkowe… Usta… Każdy ruch ręki, bajecznie długich nóg, bioder to poezja i Eros w najczystszej postaci. „Tylko kąpiel” oznaczało o dwadzieścia tysięcy ekstra mniej na jej koncie w banku. Tym niemniej nie narzekała. Kwota, którą sobie zaplanowała była już bardzo blisko. Stałe wynagrodzenie plus kilka „kąpieli +” i marzenie stanie się rzeczywistością… Marzenie nie byle jakie. Jak na dziewczynę w wieku dwudziestu czterech lat. Własna wyspa, z domem, basenem, kortem tenisowym i lądowiskiem dla helikopterów. Bo przecież czasami trzeba wyskoczyć na zakupy… Brakowało jej już tylko na helikopter. I nie zanosiło się na to, żeby darczyńca odszedł przed czasem. Jak na swój wiek wykazywał spore rezerwy.

— Słuchaj, Paola… Pięknie pachniesz… — odezwał się, nie otwierając oczu, po dłuższej chwili milczenia. — Interesujesz się polityką?

— Nie za bardzo… — poprawiła kosmyk naturalnych blond włosów — Coś tam przeczytam, coś usłyszę w radio czy telewizji…

— Nie kręć. Co sądzisz o Trumpie?

— Nooo… jakby to powiedzieć… ma piękną żonę…

— Malania Trump… nooo… zgoda. Nie najgorsza! Na szczęście przy tobie raczej blednie…

— No nie, proszę tak nie mówić! Jest naprawdę piękna…

— Dobra, niech ci będzie. I tak wiadomo, że ty jesteś trzy razy piękniejsza. Nie zaprzeczaj, bo wiem, że sama też to wiesz… A więc w tym temacie moje na wierzchu! Soros — Trump jeden zero. A wiesz, ile mnie kosztowało to, że został prezydentem? To znaczy, ile straciłem?

— W CNN słyszałam, że chyba miliard dolarów…

— Zgadza się. Tyle straciłem na kursie dolara. Wiesz dlaczego?

— No...postawił pan na spadek kursu po wyborze Trumpa. Zdziwiłam się…

— Co powiedziałaś? — bystro spojrzał na nią spod białego ręcznika chłodzącego mu czoło.

— No… zdziwiłam się, że obstawia pan konia, który musi przegrać… — uśmiechnęła się prześlicznie. — Hilary nigdy nie miała szans. Choć do końca była przekonana, że wygra. Pułapka samouwielbienia. To zjawisko, które w światowej polityce powtarza się regularnie… Pewniaki zawsze w końcu przegrywają… Szczególnie ci, którzy sami tak o sobie myślą…

— Słuchaj dziewczyno! Dlaczego, do jasnej cholery, nie powiedziałaś mi tego wcześniej?

— Ja miała bym panu mówić… Ja…? Co miała bym mówić?

— Wiedziałaś, że Clintonowa przerżnie?

— Bo… jakby to powiedzieć… spodziewałam się… znaczy… byłam pewna… No tak, właśnie… — uniosła się lekko z fotela, zmieniła mu wilgotny ręcznik na czole.

— Ooo, jak dobrze… I nic mi nie powiedziałaś?

— A czy pan chciałby słuchać tego, co mam do powiedzenia?

— No tak, Paola! — milczał przez chwilę. Sięgnął po drinka. — Masz rację! Przepraszam…

— Za co mnie pan przeprasza?

— Przepraszam nie tylko ciebie, ale i sam siebie. Za to, że nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać cię o zdanie! Za to! Bo gdybym nie był głupi i posłuchał co masz do powiedzenia, nie stracił był tego miliarda na kursie dolara, ale też i dwa razy tyle wpakowane w kampanię wyborczą tej pokraki…

— Przecież nie mógł pan wiedzieć…

— No właśnie! Nie wiedziałem a więc powinienem zapytać, a nie robić z siebie idiotę! Takiego, który wszystko wie najlepiej. Zachowałem się jak te wszystkie głupki, z których się codziennie podśmiewam… Trudno — było, minęło. Muszę pomyśleć, jak to odrobić… I ty mi w tym pomożesz!

— To znaczy w czym? Ja…?

— Myślę, że doskonale wiesz w czym… Od kilku lat mam na celowniku… No powiedz? — spojrzał na nią wyczekująco.

— …Unię Europejską. — dokończyła dziewczyna, skromnie spuszczając oczy.

— Brawo! — plasnął dłonią w wodę, ochlapując i Paolę i lustro. — To rynek większy niż Stany. Główna wygrana! Jeśli uda mi się doprowadzić do dewaluacji Euro… To, mówiąc w skrócie, powtórzę numer z funtem brytyjskim, tylko na skalę dziesięć razy większą… To już prawie gotowe, ale jest pewien kłopot… Dolej mi ciepłej wody… Dziękuję. Chodzi o…

— Przepraszam… ale to są takie sprawy… tajemnice… Chyba nie powinien mi pan tego mówić… A ja nie powinnam wiedzieć… Do tego potrzebuje pan ludzi mądrych. I zaufanych. Sprawdzonych…

— „Widzisz ten pistolet? Jeśli jeszcze raz przyjdziesz do mnie z taką propozycją wywiozą cię z dziurą jak piłka futbolowa” — wyrecytował i spojrzał spod oka na dziewczynę. Wyglądała, jakby w nią piorun strzelił. Raptownie zaczerpnęła powietrza…

— Co… Skąd pan…

— Słuchaj Paola! Dożyłem osiemdziesięciu czterech lat i mam zamiar dożyć co najmniej setki. Nie dlatego, że byłem nieostrożny, tylko wprost przeciwnie. Zakładaj najlepsze, przygotuj się na najgorsze. Znasz to?

— T… t.. tak… Lee Child…

— Brawo! No więc wiedz, że faceta któremu powiedziałaś to, co przed chwila zacytowałem, sam do ciebie wysłałem… — zachichotał — Miał cię wypróbować. To niezły twardziel, ale wrócił od ciebie z pełnymi portkami! Powiedział mi, że był pewny, że go zastrzelisz… Ale musisz przyznać, że propozycja była kusząca? Prawda? Pięć milionów dolarów na tajnym koncie w zamian za trochę informacji… No dobrze, nie trochę. Ale zawsze… Nie miałaś wątpliwości?

— Pan sobie żartuje, ale dla mnie nie ma tu miejsca na żarty. Na coś się umówiliśmy. Coś panu przyrzekłam. I nie ma żadnej możliwości, żebym złamała raz dane słowo… I nie ma takich pieniędzy… I właśnie dlatego prosiłam pana, żeby kupił mi pistolet… I pozwolił zapisać się do klubu strzeleckiego…

Uśmiechnął się.

— Nie gniewaj się, Paola. To było konieczne. — milczał przez chwilę — Jesteś Polką?

— Spojrzała na niego zaskoczona. — W połowie. A co to ma do rzeczy?

— To ma do rzeczy, że teraz więcej rozumiem… Porozmawiamy innym razem. Pomóż mi wyjść z wanny…


* * *


Biura Fundacji Open Society Institute mieszczą się w Nowym Jorku, przy 224 West 57th Street. Podziemny parking. Uzbrojony strażnik przy wjeździe. Kierowca usłużnie otworzył drzwi pancernego lincolna. Winda. Przeznaczona tylko dla niego. Wszedł, a właściwie wjechał do swojego osobistego biura tylnym wejściem. Usiadł za biurkiem wielkości sceny dla trzydziestoosobowego baletu. Nacisnął przycisk interkomu. Zgłosiła się sekretarka.

— Jest już Bucholtz? — zapytał, choć wiedział, że ten czeka od ponad godziny — No to niech wejdzie.

Drzwi otworzyły się i do wnętrza wszedł Aaron Bucholtz. Kiedyś minister finansów, premier i szara eminencja w Polsce, aktualnie oddelegowany na Ukrainę, z zadaniem powtórzenia tego, co kiedyś tak wspaniale udało się w Polsce jako „plan Walcerowicza”. I co on z sentymentem wspominał, jako pierwsze tak skuteczne przejęcie niemal całego kraju. A raczej jego zasobów…

— Dzień dobry, panie Prezydencie… Przyleciałem natychmiast jak tylko… — Aaron Bucholtz z uszanowaniem skłonił się i ruszył w kierunku jednego ze stojących przed biurkiem foteli.

— Kto ci kazał siadać? — zabrzmiało jak smagnięcie batem. Gość znieruchomiał. Zbladł. Wyprostował się bez słowa, wpatrując się w siedzącego za biurkiem gospodarza zdumionym wzrokiem, w którym po chwili pojawiło się zrozumienie sytuacji. Połączone z przerażeniem.

— Tak jest… Jestem… Słucham… — wydukał.

Gospodarz odchylił się w fotelu. Splótł dłonie przed sobą i zakręcił młynka kciukami. Z satysfakcją spostrzegł, że czoło Bucholtza pokryło się kropelkami potu. Odczekał kolejne trzydzieści sekund…

— Teraz siadaj! — wskazał jeden z foteli. Siadaj i powiedz mi, skąd wziąłeś takiego idiotę? I dlaczego ustawiłeś go na najważniejszej, kluczowej pozycji. Oraz jaki miałeś interes w tym, żeby zapewniać mnie, że to geniusz. Najlepsze rozwiązanie i że za wszystko odpowiadasz…

— A...a...a...ale… Przepraszam, ale nie wiem o co chodzi… O kogo…

— Nie wiesz? — zajrzał do leżących przed nim na biurku kartek — Naprawdę nie wiesz?

— No… nie…

— Nie rżnij głupa! Nie ze mną! Znasz kogoś o nazwisku Swetru? Richardo Swetru? Znasz kogoś takiego?

— No t…t…t… tak… Oczywiście. To mój zaufany… Przedstawiałem go panu…

— Co przedstawiałeś?

— No, że… że… no… że to wybitny ekonomista. Autor książek. Podręczników. Pracował w wielu bankach. W Banku Światowym…

— W Banku Światowym, powiadasz? I co tam ten wybitny fiut robił?

— No… y.y.y… był ekonomistą do spraw Polski i Węgier… y.y.y… znaczy…

— Ekonomistą do spraw Polski i Węgier! Wybitnym! W coś ty mnie, kurwa, wpuścił!? Skąd wytrzasnąłeś takiego dupka! Idiotę! Pierdolonego Rumuna! Do spraw Polski i Węgier! Popatrz na Polskę i Węgry! Wszystko spieprzone tak jak tylko można było spieprzyć! Widzisz, chuju, co tam osiągnąłeś? Co tam się dzieje?


Aaron Bucholtz zbladł. Nerwowo wciągnął powietrze. Zacisnął dłonie na poręczach fotela.


— Panie prezydencie! Ja wypraszam sobie… Ja nie zasługuję… Po tym wszystkim, co dla Pana zrobiłem. I wciąż robię. I robię dobrze. Jak Pan kazał! Wszystko… Cały świat docenia i szanuje… Przecież o mało nie dostałem nagrody Nobla…

— Zamknij się, Bucholtz, albo wylecisz stąd na kopach! Nobla… Za „plan Walcerowicza”… ha, ha, ha… — zaniósł się głośnym rechotem, aż kropelki śliny prysnęły na biurko. Sięgnął po chusteczkę. Wytarł usta. — Nobla! Prawie! Czy wiesz, kretynie, ile zapłaciłem Jeffreyowi Sachsowi za ten twój „plan Walcerowicza”? Za tego twojego „prawie Nobla”? Dwa razy więcej, niż ta cała zasrana nagroda! Dwa razy więcej! Oczywiście, że wiesz, tylko udajesz… I to od lat. Finansowy geniusz! Mnie wciskać takie gówno. Kutas złamany… A wiesz ile zapłaciłem, żebyś tego Nobla nie dostał? Żebyś się nie skompromitował do reszty? Wiesz, ile wzięły te szwedzkie dupki z komitetu za ten numer? — dłuższą chwilę sapał, czerwony na twarzy. Odetchnął, upił łyk wina. Pokręcił głową. Odsapnął.

— No dobra. Nie mam zdrowia ani czasu na pierdoły. Masz zadanie. Wszystko wyprostować. Najpierw w Polsce. Węgry mogą poczekać. Czy wiesz… — znowu poczerwieniał na twarzy — … poinformowano mnie, że ta cała Merkel za parę dni wybiera się do Warszawy po prośbie… Do tego pier… kurdupla, jak mu tam…

— Kaczyński…

— No właśnie. Mam tu całą historię. Czarno na białym. Od Langmana. A więc nic mi nie ściemniaj. Jesteś dupkiem, ale ja nie mam wyjścia. Po raz ostatni dostajesz moje pełnomocnictwo i szansę. W pełnym, niezbędnym zakresie. Także finansowym. I masz wszystko wyprostować, bo jak nie… — zawiesił głos — Skontaktuj się z Christopherem Stonem. Powinien już być w biurze. Bierz dupę we troki i do roboty. Tego, jak mu tam…

— Kaczyńskiego…

— Tak, tego Kaczyńskiego ma nie być za pół roku… — zastanowił się chwilę — No dobrze, za rok… W Polsce ma być tak jak było… Jak powiedziała mi ostatnio… jak jej?

— Pewnie Gollant. Agnieszka Gollant… Ta reży…

— Tak… Gollant. Była tu z jakimś kretynem z Hollywood. Dałem jej forsę na film… Tfu… Paskudna jak skrzyżowanie dzikiej świni z diabłem, ale ma rację… Żeby było tak jak było. Jak miało być. I tak ma być. Zrozumiałeś?

— Tak… Ale…

— Nie ma żadnego ale, albo nie ma ciebie. Sru i znikasz. W jakimś dole na Ukrainie albo gdzieś… W rzece… W szambie… Zrozumiałeś?

— Tak jest!

— Przede wszystkim skontaktuj się z tą ...no jak to… Fundacją… tego na „W”… Już mam: Walezego. Jest tam, na szczęście, paru dobrych Żydów. Wiedzą co dla nich dobre. I każ im te pieniądze, które dawałem na tego zasrańca Swetru, teraz przekazywać nie jemu, tylko komu innemu z tej partii… jak jej…

— Nowożytna.pl

— No tak, Nowożytna.pl. Wycieczek mu się zachciało. Z dupami. Za moje pieniądze! — zastanowił się chwilę — Jasne! Niech pieniądze przekazują nie jemu, tylko… — zawahał się, pokiwał głową, uśmiechnął… — niech przekazują najbrzydszej posłance z tej partii. Jak jej tam…

— Nowożytna…

— Właśnie! Najbrzydszej posłance…

Dłuższą chwilę milczał.


— Nowożytna… — George Soros potarł nos. — Pierdolone pasożyty, ale lepszych nie mam… Właśnie tak! Do najbrzydszej. Z prawem wyłącznego dysponowania wszystkimi funduszami. Ten Swetru ma zostać jako frontman. Aaron Langman twierdzi, że teraz nie powinno się go usuwać i ja się z nim zgadzam. Ale nigdy więcej żadnych pieniędzy do ręki… Najbrzydsza… Jest tam jakaś taka? Masz pomysł? — spojrzał na Bucholtza spod oka.

— Jest taka jedna. — chwila namysłu — Bez wątpienia. Nie ma lepszej do tego zadania. Paskudny babochłop. Nazywa się Schlezwig-Holstein. Joanna Schlezwig-Holstein! Głupia jak but… Ale oddana sprawie.

— I o to chodzi. Takiej nam trzeba. Żeby na widok jej twarzy koń w galopie stanął w miejscu, jak to pięknie ujął Raymond Chandler! No to załatwione. Do roboty. Czekam na regularne raporty i wyniki najpóźniej za rok! Im prędzej, tym lepiej. Możesz iść!

— Tak jest! Do widzenia! — Aaron Bucholtz i Leszek Walcerowicz wstali i wyszli razem. Zresztą innej możliwości nigdy nie było. Stary Żyd nacisnął przycisk interkomu.

— Paola? Chodź do mnie. Chcę się napić kawy. Mocnej. Z cukrem. I popatrzeć wreszcie na coś ładnego.

Nie minęły trzy minuty, kiedy biuro prezydenta Open Society Institute i jednego z najbogatszych ludzi świata Georga Sorosa pojaśniało. Jakby zza chmur wyjrzało słońce, a jednocześnie wszystkie lampy podwoiły swoją moc.

— Siadaj, Paola! Dziękuję. Tu, naprzeciwko. Dość mam patrzenia na wredne, sprzedajne mordy. Chcę się napić kawy, patrząc na ciebie.

Rozdział 2

Nadzwyczajne zebranie Rady Fundacji Henryka Walezego zwołano z dnia na dzień. W trybie sugerującym coś naprawdę ważnego. Obecni w komplecie. To znaczy ci, których wezwano. Trzech osób zabrakło. Dokładnie tych trzech, którzy nie byli Żydami. Nawet teoretycznie. Obecni, zaintrygowani popijali kawę, wodę mineralną, siedząc wokół długiego stołu. Nad nimi, obok flagi Unii Europejskiej, widniało logo fundacji. Coś podobnego do używanej podpaski z dwoma, uczepionymi po bokach, kolczykami. Nie czekali długo. Drzwi z sekretariatu otworzyły się i do wnętrza wszedł Leszek Walcerowicz. Obecni nie kryli zaskoczenia.

— Dzień dobry! Witam szanowną Radę…!

— Witamy! — wszyscy rzucili się do ściskania dłoni legendy funkcjonującej w najbliższych im kręgach. Wzajemne uprzejmości trwały dobre kilka minut.

— Witaj w kraju! Myśleliśmy, że jesteś na Ukrainie! — Izaak Blumenfeld, były premier i doradca kolejnego premiera Polski, do niedawne prezes banku PeKaO S.A., oficjalnie znany jako Jan Ryszard Sielecki lub Jan R. Sielecki wyraził to, o czym pomyśleli wszyscy obecni. — Czemu zawdzięczamy tę miłą niespodziankę?

— Witajcie! — Walcerowicz usiadł w wolnym fotelu u szczytu stołu. Zatarł ręce. Wyjął z teczki plik papierów. — Witajcie! Przyleciałem do was prosto z Nowego Jorku, gdzie długo naradzaliśmy się z Georgem co robić w obecnej sytuacji… Opracowaliśmy nową strategię, adekwatną do aktualnej sytuacji w tym kraju. Ustaliliśmy, że mam od niego pełne uprawnienia decyzyjne. Pełnomocnictwo. Z kwestią finansów włącznie…

Wśród obecnych dało się zauważyć wyraźne poruszenie.

— Jak się czuje George? — wyrwał się Mosze Brandwein, opinii polskiej znany jako Jędrzej Olchowski, były minister spraw zagranicznych i współzałożyciel aktualnie największej partii opozycyjnej. Walcerowicz spojrzał na niego z namysłem. Nie wiadomo większy, czy głupszy, pomyślał.

— A co to za pytanie? I od kiedy, Mosze jesteś z Georgem na ty…?

— Ja tylko tak… — w powietrzu powiało Syberią.

— Mniejsza z tym… Zadanie jest następujące: najkrócej w ciągu roku mamy doprowadzić do zmiany władzy w tym kraju. Kaczora i PiS-u ma nie być… znaczy mają stracić władzę. — odchrząknął — Krótko mówiąc za rok ma być z powrotem tak jak było! Spotkamy się ponownie za dwa dni. Do tego czasu przygotujcie propozycje…

— Czy są jakieś wytyczne? Ograniczenia? — zainteresowała się redaktor Helena Kaganek lub też, do wyboru, Chaber albo Gutner. — Czy tym razem możemy pójść na całość?

— Żadnych ograniczeń. Liczą się efekty. Najpóźniej za rok ma być posprzątane.

— To będzie… To musi kosztować majątek…

— To już moje zmartwienie. Nie ważne ile. Ważne jak i kiedy.

Rozdział 3

Ricardo Swetru, założyciel i przewodniczący partii Nowożytna.pl, obudził się jak zwykle punktualnie, o siódmej. Uważał to za jeden z warunków utrzymania dobrej formy, o którą dbał skrupulatnie. Ostrożnie, żeby nie obudzić Aśki, która lubiła dłużej pospać, wysunął się spod okrycia w formie pikowanej derki zdobnej w namalowane króliki i wiewiórki. Przeciągnął się i poczłapał do łazienki. Wysikał się i podszedł do lustra. Wyszczerzył zęby, obejrzał się z profilu i en face. Uznał, że podoba mu się to, co widzi. Tym bardziej, że czarne chmury które jeszcze kilka dni temu wydawały się poważnym zagrożeniem, zaczęły przejaśniać się. Oczywiście wypadu z Aśką na Sylwestra w hotelu Belmond Reid’s Palace na Maderze nie udało się zachować w tajemnicy przez jakiegoś cwaniaka z samolotu, który strzelił im jednoznaczną fotkę, ale po kilku dniach wrzasku w prawicowych mediach wszystko zaczęło przysychać. No może poza nie do końca przewidywalnymi skutkami w postaci reakcji Małgorzaty… Tu liczył na szczęście i że sprawa z biegiem czasu wyprostuje się tak czy tak. Wprawdzie żona wykopała go z domu, ale chyba nie okradnie go z majątku, który na nią przepisał… W ostateczności zaproponuje jej jakiś podział. Jedna trzecia… nie… jedna czwarta dla niej i dzieci.. Powinna się zgodzić i resztę zwrócić. Ale to dopiero wtedy, jak już będzie bezpiecznie. Na razie postanowił się tym nie przejmować, zwłaszcza, że przewidująco pozostawił sobie trzy miliony. A i z bieżących wpływów z różnych tytułów na konto partii sporo mógł uszczknąć na własne potrzeby. Nawet więcej niż sporo. Sponsorzy z zagranicy są tak łatwowierni. I zaślepieni strachem przed zmianami w Polsce i Unii… Nie jest źle, zadecydował. Wziął prysznic, wytarł się, spryskał woda kolońską, założył szlafrok i usiadł do laptopa. Po chwili pojawił się ekran pełen ikon. Kliknął ikonę banku prowadzącego konta dla Nowożytnej. Wprowadził pierwsze hasło. Telefon komórkowy zasygnalizował przesłanie loginu. Wprowadził login w odpowiednią rubrykę. Nacisnął „Enter”. Laptop zaszumiał. Na ekranie pojawiło się logo banku. Oraz stan konta „0”. Zaskoczony wylogował i zalogował się ponownie. I znowu „0”. Kliknął numer drugiego rachunku. „0”. Trzeciego — „0”. Tym razem zaniepokoił się poważnie. Wszedł na swój tajny rachunek, o którym wiedział tylko on. „0”. Coś było nie tak. A nawet gorzej… Spodziewane dotacje powinny już być na kontach. Po nieprzyjemnej wpadce ze zwrotem kosztów kampanii wyborczej i cofniętym spodziewanym dofinansowaniem dla partii z budżetu, sytuację udało się opanować. Tyle, że przelewy z fundacji i Funduszu Norweskiego powinny wpłynąć już wczoraj. Przynajmniej ten od Fundacji Walezego. Przez skórę poczuł, że dzieje się coś dziwnego. A może więcej… Wrócił do łazienki, zamknął drzwi. Wybrał zapisany w pamięci telefonu numer.

— Witam, panie profesorze! Dzień dobry! Mam nadzieję, że u pana profesora wszystko w porządku, że zdrowiem włącznie… ha, ha, ha… Przepraszam że tak rzadko się odzywam, ale rozumie pan profesor, obowiązki… Właśnie… jak to mówią „Obyś żył razy kilka…” Co? Aha, tak… „,,, w ciekawych czasach”… To właśnie miałem na myśli… Ale dzwonię do pana profesora w innej sprawie… Chodzi mi o ten grant, który mieliśmy otrzymać przedwczoraj. I ten drugi…

— …

— Co!? Jak to? To niemożliwe… Proszę powtórzyć…

— …

— Joanna Schlezwig-Holstein? Wyłącznie?! Ale dlaczego? Kto tak zadecydował? Jakim prawem…?

W słuchawce kliknęło. Aaron Rosenbaum, oficjalnie używający nazwiska Marcin Cesarz, profesor, dziennikarz i przewodniczący rady Fundacji imienia Walezego odłożył słuchawkę telefonu. Dobrze ci tak, gnoju. — mruknął pod nosem. — Lepiej szykuj się na Westerplatte. Ze Schlezwig-Holstein.


Richardo Swetru z niedowierzaniem wpatrywał się w ekran telefonu. Cały radosny nastrój wylądował w głębokim śmietniku. Dzień zapowiadał się ponuro. A perspektywy — jeszcze gorzej. Ponownie sięgnął po telefon. Wybrał numer.

— Joanna? To ja, Ricardo. Jak leci?

— …

— To miło usłyszeć. Dzwonię, bo dowiedziałem się od profesora Cesarza, że mamy jakieś nowe zarządzenia. W kwestii finansów…

— …

— No właśnie. Wiesz może, dlaczego tak ustalono? Albo kto to zarządził?

— …

— Rozumiem. Wszystko ustalimy. Osobiście. O szesnastej, u ciebie. Podaj adres… — sięgnął po kalendarz i długopis. Zanotował. — No to do zobaczenia, o szesnastej…

— …

— Też się cieszę… — sprawdził, czy połączenie zostało przerwane. — Co za kurwa… Ja cię pierdolę…

— Rico, gdzie jesteś? Mała Asia czeka… — zabrzmiało słodko od strony sypialni. Zaklął raz jeszcze, wstał i ruszył w tę stronę, po drodze zrzucając szlafrok.

Rozdział 4

Najbrzydsza posłanka partii Nowożytna.pl Joanna Schlezwig-Holstein mieszkała w średniej wielkości willi w Konstancinie. Standard warszawskiej elity klasy średnia +/-. Za bramą w ogrodzeniu z malowanych na ciemny brąz desek ciągnął się dwudziestopięciometrowy podjazd, wykładany jasnoszarą kostką. Po obu stronach rabaty i krzewy ozdobne. Trawnik aktualnie pokryty nadtopionym śniegiem. Dach kryty zieloną blachodachówką. W sumie miłe gniazdko. Ricardo Swetru spojrzał na zegarek. Był punktualnie. Nie zdążył zatrąbić, kiedy brama otworzyła się, mrugając pomarańczowym światłem ostrzegawczym. Wjechał i zaparkował przed garażem na dwa samochody. Zabrał z przedniego siedzenia trzy białe tulipany w przeźroczystej folii i butelkę Osborne White Port. Pomimo promocji ponad siedemdziesiąt złotych. Skrzywił się, ale zaraz przybrał swój stały, zabójczy uśmiech. „Cel uśmierca sierotki” — mruknął pod nosem. Podszedł do drzwi wejściowych. Otworzyły się, zapraszając do wnętrza. Gospodyni stała tuż za progiem, z uśmiechem dyskretnie odsłaniającym brak przedniej, górnej trójki.

— Witaj Joasiu! Mam nadzieję, że się nie spóźniłem? Proszę… To dla ciebie… Pierwsza wizyta…

— Ależ nie… Dziękuję…

— Ładnie wyglądasz… — wymienili uścisk dłoni. Wyciągnął lewą rękę z tulipanami.

— A tu mam coś dobrego… — odwinął butelkę z papieru. — Najlepsze porto. Z Portugalii of course… — najwyraźniej nie skojarzył ryzyka wspominania Portugalii w tym akurat kontekście. I towarzystwie.

— Dziękuję… — mruknęła Schlezwig-Holstein przez zęby. A właściwie, zgrzytając zębami. Tajemnicą poliszynela było, że wszystkie posłanki Nowożytnej.pl podkochiwały się w luzackim prezesie. I do niedawna każda z nich liczyła na to, że to będzie ona… Swetru dalej niczego nie zauważył. Rozejrzał się, wyszczerzył w szerokim uśmiechu.

— Ładnie tu mieszkasz! Cisza, spokój. Dobre powietrze…

— Chodźmy do salonu. — przerwała mu obcesowo. Ruszyła przodem. Ze zdziwieniem zauważył, że musiała się nadzwyczaj mocno naperfumować, bo strumień Chanel nr 5 ciągnął się za nią jak welon, tak że niemal mógł go przydeptać. Generalnie sprawiała jakieś inne niż zwykle wrażenie, czego źródła nie potrafił zdefiniować. Natapirowane włosy? Makijaż? Coś było inaczej, coś nieuchwytnego. I tak niewiele pomogło. W tym przypadku naprawdę nic nie mogło pomóc. Dzieci zawsze będą budziły się z krzykiem, kiedy przyśni im się coś podobnego…

— Siadaj. — wskazała fotel przy niskim stoliku, usytuowanym przez kominkiem. — Chcesz kawy, albo coś…

— Dziękuję ci bardzo! Trochę się śpieszę, a więc pozwolisz, że od razu przejdę do rzeczy… Przekazano mi, że Soros polecił, aby wszelkie fundusze przeznaczone na nasze działania i przekazywane przez Fundację im. Henri Walezego przechodziły przez ciebie… To prawda? Bo potrzebuję pilnie jakieś pięćdziesiąt tysię…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 33.21