E-book
4.1
drukowana A5
17.51
Czas ognia

Bezpłatny fragment - Czas ognia


Objętość:
78 str.
ISBN:
978-83-8104-572-8
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 17.51

Rozdział I

Pogorzelisko już dogasało. Budynek starej szkoły, w którym obecnie znajdowało się schronisko dla bezdomnych, przestał istnieć. Z nieba spadały płatki śniegu, było prawie widno. Strażacy dogaszali to, co jeszcze zostało, policjanci nie pozwalali zbliżyć się osobom cywilnym do miejsca zagrożenia. Na śniegu pod starą jabłonką ułożonych było pięć ciał; to ci, którzy nie zdołali uciec, to ci, którzy już nigdy nie będą musieli martwić się o nocleg czy o miskę strawy. Problemy żywych przestały już być dla nich ważne. Na sygnale jeździły karetki z kilku szpitali. Było wielu poszkodowanych, głównie poparzonych. Ból fizyczny mieszał się z tym bólem, który zawiera w sobie żal, rozpacz, pustkę, ale jednym słowem nazwać go nie można. Dla każdego co innego oznacza. Ci, którzy nie byli ranni, stali z narzuconymi na siebie kocami, pili ciepłą herbatę, wzmacniani życzliwie przez okolicznych mieszkańców zarówno tym wrzątkiem, jak i ciepłym słowem. Nie do wszystkich jednak docierały słowa. Panowały szok i niedowierzanie. Drewniane elementy budynku wciąż się tliły, swąd spalenizny zdominował powietrze. Strażacy, medycy i policjanci cały czas pracowali przy pogorzelisku. Zaczęli również zjeżdżać miejscowi rajcy, dziennikarze, przybył prokurator. Przywitał go komendant policji, komisarz Marcin Nawrot.

— Ile ofiar? — bez wstępów grzecznościowych zapytał prokurator.

— Pięć, mamy nadzieję, że to ostateczna liczba.

— Jakieś podejrzenia, wnioski? — Prokurator rozglądał się po okolicy.

— Gawliński niech się wypowie, w końcu to jego działka — skomentował wydarzenie komisarz.

Rzeczywiście, Gawliński to szef strażaków i jeżeli ktoś mógł się wypowiadać w sprawie pożaru, to tylko on. Ale nic natychmiast, trzeba wejść do zrujnowanego budynku, a to w tej chwili było niemożliwe. I jak zawsze przy tego typu zdarzeniach nie ma żadnej pewności, czy znajdzie się ślady, które pozwolą odkryć przyczynę rozprzestrzenienia się ognia. Młoda dziennikarka z miejscowej gazety zaczęła się przeciskać w rejon katastrofy. Jeden z policjantów dość łatwo jednak z nią się uporał. Grzecznie oznajmił kobiecie, że oświadczenie będzie później. Dziennikarka postanowiła więc, że porozmawia z pensjonariuszami schroniska. Widok ten był straszny. Ponakrywani kocami siedzieli, stali bądź chodzili. Brudni od ognia i sadzy, dawno przegrani w starciu z losem, teraz jakby otrzymali nokautujący cios od życia.

— Dzień dobry panom — przywitała się dziennikarka — jestem Agnieszka Tatara z „Nowości”. Czy wiecie, co się stało?

Popatrzyli na nią, lecz nie bardzo wiedzieli, o co ta kobieta ich pyta.

— Jak mogło dojść do tego pożaru?

Kręcili głowami, ktoś powiedział: „Nie wiemy”; ktoś inny majaczył jakby był w szoku: „Teraz to już niczego nie mamy”, a jeszcze inny odpowiedział: „I tak niczego nie miałeś”.

Kobieta nie uzyskała odpowiedzi na pytania, ale robiła zdjęcia. W kadrze ujęła budynek i jego mieszkańców, dbając o szczegóły. Jeden z osobników nie miał butów, inny koszuli. Wszystkie braki i wady, całą ich biedę widać było na zdjęciach. Sąsiedzi nieszczęśników przywieźli gar naprędce przygotowanej zupy. Zadbali o nich, chociaż kiedyś, na wieść o tym, że w budynku starej szkoły ma powstać schronisko dla bezdomnych, protestowali. Teraz pomagali tym ludziom tak, jakby chcieli od nich uzyskać przebaczenie. Przyjechał też jeden z pracowników ośrodka, Tomasz Skopiński. Nie wiedział, co powinien zrobić na początku: czy iść do policji, czy do swoich podopiecznych. Stał zszokowany, jakby nie wierzył w to, co widzi. Wreszcie podszedł do niego policjant Marcin Nawrot.

— Cześć, jest pięć trupów, rannych nie wiem nawet ilu.

Skupiński stał niczym posąg.

— A gdzie jest Grzesiu? — spytał wreszcie.

— Jaki Grzesiu?

— Nasz wolontariusz, pełnił dyżur w nocy.

— W szpitalu, też jest poparzony.

Tomasz odszedł od policjanta do wiceprezydenta miasta.

— Gdzie ulokujecie ludzi?

— Na razie w spółdzielni mieszkaniowej, zaraz ich stąd zabierzemy.

Prokurator Zabielski przywołał Nawrota.

— Słuchaj, ci ludzie będą w spółdzielni, mają tam się rozlokować i nie wolno im opuszczać tego terenu, musimy ich przesłuchać.

— Dobra.

Po chwili podjechał autobus, by zabrać pogorzelców. Prócz nich wsiedli do autobusu dwaj mundurowi i pielęgniarka. Kiedy wyjeżdżali, pojawiła się na miejscu ekipa telewizyjna z TVN-u. Zaczęły mnożyć się pytania. Prokurator i policjanci zasłaniali się dobrem śledztwa. Zapowiedzieli, że oświadczenie wydadzą dopiero po opinii strażaków, którzy na razie nie znają przyczyny pożaru. Tomasz wsiadł w samochód i pojechał do szpitala. Prokurator odszukał policjanta Nawrota.

— Przesłuchajcie wszystkich, tych, którzy odjechali autobusem, i tych, co teraz są w szpitalu.

— A pan chce być przy tym, mam czekać na pana?

— Nie, nie ma takiej potrzeby, ale jutro do godziny… powiedzmy dziesiątej chcę mieć u siebie raport. No to powodzenia, cześć.

— Cześć — odpowiedział Marcin Nawrot. Wydał polecenie, aby nikt nie opuszczał spółdzielni, czyli tymczasowego domu. Nawrot miał przeświadczenie, że prokurator już jest przekonany o nieszczęśliwym zrządzeniu losu, a nie o umyślnym podpaleniu, i dlatego sprawę odpuszcza. Tymczasem na miejsce pożaru dotarli dziennikarze z TVP Info i kilku dzienników. Kogo tylko się dało wypytywali o zdarzenie, o ludzi, którzy tu przebywali.

Od lekarza dyżurnego Tomek Skupiński dowiedział się o stan zdrowia pozostałych pensjonariuszy i wolontariuszy, którzy ucierpieli w pożarze. Wielu z nich już zostało przetransportowanych do Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. Zostali tylko niegroźnie ranni. Kilku z nich, zaraz po opatrzeniu, wypisano. Pewnie poszliby swoją drogą, ale nie mieli ubrań, więc musieli czekać na transport. Wkrótce i ich zawieziono do spółdzielni mieszkaniowej. Tak więc wszyscy pogorzelcy, którzy wyszli cało z opresji, byli w jednym miejscu. Przywieziono im dresy, rozłożono łóżka polowe, przydzielono środki czystości. Znajdowała się tam kuchnia, więc już gotowano pierwszy posiłek. Trzeba przyznać, że dbano o tych ludzi. Nie pozwolono im jednak wychodzić z budynku, bo chciano ich wpierw przesłuchać.

Rozdział II

Nawrot był gliną o ludzkiej twarzy. Sprawę jak najszybciej chciał zamknąć ale nie dlatego, że tak powiedział prokurator. On nie chciał gnębić tych ludzi pytaniami, bardzo im współczuł, jak każdy, kto widział pożar i poszkodowanych. Kilka godzin po tragedii prezydent miasta utworzył sztab kryzysowy. W jego skład wchodzili policjanci, strażacy, służba zdrowia, opieka społeczna. Punktualnie w samo południe spotkali się wszyscy w sali konferencyjnej urzędu miasta. Prócz wymienionych był również prokurator Zabielski.

— Wybaczcie, ale bez grzecznościowych wstępów przejdziemy do konkretów — rozpoczął prezydent Polniak. — Najpierw ustalimy, czy nie było umyślnego podpalenia. Proszę, kolego Gawliński.

— Jak wiecie, ogrzewano budynek piecami kaflowymi. Jeden z tych pieców miał niedomknięte drzwiczki i jakiś żar czy iskra wydostały się z niego.

— Jak pan to stwierdził tak szybko? — zapytał prokurator.

— To było bardzo proste: wszędzie podłoga jest nadpalona, a w pobliżu jednego pieca doszczętnie spalona. Możecie wezwać innych strażaków, ale to strata czasu. To nie katastrofa smoleńska, tu sporów co do przyczyny nie będzie. Inna sprawa, że policja mogłaby ustalić, kto tamtej nocy palił w piecu.

— To trzeba ustalić — zwrócił się prokurator do policjantów.

— Trzeba coś postanowić w sprawie nowego ośrodka dla tych nieszczęśników — odezwała się przedstawicielka opieki społecznej Dorota Dobosz.

— Nie za szybko? — odezwał się prezydent Polniak — na razie mają lokum.

— Tymczasowe — wpadła mu w słowo Dobosz.

— Ważne, że mają opiekę medyczną, dach nad głową i pełną michę — zauważył prezydent, następnie klepnął się dłonią w kolano i znów zaczął mówić: — Trzeba wyjaśnić, po co tu jesteśmy, trzeba ustalić nazwiska ofiar i powiadomić ich rodziny. Dla tych, którzy przeżyli i są w szpitalu i w spółdzielni, zorganizować odzież, to zadanie dla opieki. A o śmierci powiadomi rodziny pan Tomasz, pracownik schroniska. Komisarz Nawrot ustali, kto jest odpowiedzialny za pożar, czyli kto palił w piecu.

Takie pokrótce były zadania. Jednocześnie prezydent uruchomił fundusz, aby te zadania zrealizować. Tomasz Skupiński miał w ręku kartkę z nazwiskami ofiar pożaru. Dowiedział się, że zanim Romuald Poszcz stał się bezdomnym, mieszkał przy Reymonta 9. Dość szybko Skupiński ustalił ten adres, a nawet numer mieszkania. Zapukał do drzwi. Nastąpiła cisza, która świadczyła o nieobecności lokatorów. Zapukał do drzwi naprzeciwko, które otworzyła kobieta mniej więcej siedemdziesięcioletnia.

— Słucham pana — powiedziała, przyglądając się nieznajomemu.

— Dzień dobry, jestem pracownikiem schroniska, które się spaliło.

— To pan pewnie w sprawie Romka, naszego sąsiada.

— Tak, chodzi o Romualda Poszcza.

— I co z nim? Pewnie nie ma gdzie się podziać, a?

— Pan Romuald nie żyje. — Nastąpiła cisza, babcia coś pod nosem mówiła, potem podniosła wzrok na Tomasza.

— Niech pan wejdzie.

Zaprowadziła go do ogromnego salonu, bardzo skromnie umeblowanego. Pośrodku stał okrągły stół, a przy nim staroświeckie krzesła. Kiedy usiedli, kobieta zaproponowała herbatę, lecz Tomek odmówił ze względu na goniący go czas.

— Czy pan Romek ma jeszcze jakąś rodzinę?

— Chyba nie, a nawet na pewno nie. Żona zmarła, dzieci nie mieli, jego rodzice dawno pomarli, rodzeństwa nie miał. Kiedy tu mieszkał, to ja go o to pytałam, ale mówił, że nawet dalszej rodziny nie miał. To po śmierci żony tak się załamał, wie pan, stoczył się. Nie dbał o nic, wszystko przepił. Jak mu brakło, wziął kredyt pod zastaw mieszkania, i przejęli lokal, a Romka na bruk. Ale my jako sąsiedzi nic o kredycie nie wiedzieliśmy, że chodzi o niezapłacony czynsz, i niech pan sobie wyobrazi, że razem z sąsiadami zrzuciliśmy się, a tu się okazuje, że nie o czynsz chodzi.

Babcia pewnie mogłaby jeszcze długo mówić, ale dla Skupińskiego nie miało to wartości, więc grzecznie pożegnał staruszkę. Ustalił, że Romuald Poszcz nie ma nikogo, kto by go pochował i ten obowiązek musi przejąć miasto.

Do spółdzielni, gdzie przebywali teraz przesiedleńcy, pojechał komisarz Nawrot wraz z dwoma innymi młodymi policjantami. Na okoliczność tragedii musieli przesłuchać ludzi. Kiedy wchodzili po schodach, usłyszeli odgłosy kłótni. Dwóch osobników stało naprzeciwko siebie. Jeden z nich, wysoki, z gniewem w oczach, ubliżał ile tylko miał inwencji twórczej niskiemu staruszkowi. Na szczęście między nimi stał posterunkowy, ale choć młody i silny, nie bardzo sobie radził.

— Podpaliłeś, skurwielu, zawsze wiedziałem, że to zrobisz…

— Co tu się dzieje? — Głos Nawrota i widok dwóch umundurowanych ludzi sprawiły, że wysoki już nie rwał się tak do staruszka.

— Zaraz wszyscy będziecie mogli się wypowiedzieć. W pokoju obok z każdym z was sobie pogadamy, a ty będziesz pierwszy. — Nawrot wskazał na wysokiego. — Wszystkie zeznania będziemy nagrywać, a teraz dawać tu tego awanturnika.

Posterunkowy poszedł po wysokiego.

— Imię i nazwisko.

— Wojciech Nowak.

— Mówiłeś, że to ten mały staruszek podpalił, dlaczego?

— Wychodził w nocy na papierosa i palił przy piecu.

— To marny dowód — zauważył komisarz.

— Ale on miał taki zwyczaj, że otwierał piec. A to już stary ramol, wie pan, otworzył i zapomniał zamknąć, iskra wyleciała i po wszystkim.

— No dobra, a czy ten wolontariusz nie powinien mieć dyżuru?

— On spał. Zawsze ktoś z nas był przy biurku, a jak coś się działo, to budził Grzesia.

— A kto był przy tym biurku ostatniej nocy?

— Taki jeden, ja nie wiem, jak on się nazywał, ale jego już nie ma, on nie żyje, a mówiliśmy na niego Pan.

Komisarz sięgnął po papierosa, odpalił, a Nowak patrzył pożądliwym wzrokiem, jak Nawrot zaciąga się dymem.

— Chcesz papierosa?

— Jak pan poczęstuje…

— A teraz powiedz, jak to się stało, że jesteś w schronisku.

— Muszę mówić? Co to panu da, że to powiem?

— Mów, panie Nowak, a wnioski mnie pan zostaw.

— Siedziałem — zaczął niepewnie indagowany i po tym słowie zamilkł.

— No i co dalej?

— Jak wyszedłem z puchy, to nie miałem do czego wracać.

— Mów konkretnie, jak to było.

— Baba sprzedała mieszkanie i poszła z jakimś Niemcem.

— Sprzedała bez twojej wiedzy?

— Zgodziłem się, ale mnie wykiwała, dała trochę kasy i obiecała, że resztę dostanę, jak się wymelduję. Ja się wymeldowałem, a ona miała mnie w dupie. Jak wyszedłem, to mieszkałem u kumpla, miałem te trochę kasy, to było ok, a jak się kasa skończyła, to mnie kopnął w dupę, a ja przez trzy miesiące utrzymywałem jego rodzinę i to wszystko.

— I dlatego jesteś bez dachu nad głową?

— 11 lat.

— A za co siedziałeś?

Nowak zamilkł i wyglądał na przestraszonego.

— To ja ci powiem, Nowak. Jesteś podpalaczem, podpaliłeś osiem stodół, cholera, całą wieś puściłeś z dymem, a teraz wyżywasz się na tym staruszku.

— Ale to schronisko to nie ja, jak Boga kocham.

— Ale jak będziesz robił awantury, to powiem twoim kumplom, za co siedziałeś.

Tymczasem Tomek Skupiński musiał wykonać zadanie powiadomienia rodzin o śmierci. Zostały cztery nazwiska na liście, ale żaden z tych nieszczęśników nie mieszkał w pobliżu, Powiadomił o tym prezydenta i otrzymawszy delegację i służbowy samochód, ruszył do Łodzi. Odszukał pierwszy z adresów — człowieka o nazwisku Piotr Wożniak. Nacisnął dzwonek, chwilę odczekał i drzwi uchyliły się. Stała w nich kobieta w wieku około pięćdziesięciu lat, bardzo zadbana, nienagannie ubrana i ozdobiona biżuterią jakby była reklamą sklepu jubilerskiego.

— Dzień dobry, nazywam się Tomasz Skupiński, jestem tu w sprawie Piotra Wożniaka.

— Słucham, o co chodzi? — Kobieta nie miała zamiaru wpuszczać do mieszkania intruza.

— Przede wszystkim kim był dla pani Piotr Wożniak?

— Był? Pan powiedział „był”, czy to znaczy, że on nie żyje?

— Tak proszę pani, zginął w pożarze ostatniej nocy.

Kobieta otworzyła drzwi i gestem ręki zaprosiła Tomasza do środka. Usiedli w salonie.

— Pożar w tej noclegowni, czy to tam zginął? — zapytała.

— Tak.

Trwała cisza, kobieta jakby o czymś intensywnie myślała. Tomek czekał, aż coś powie. Wreszcie powiedziała.

— Małżeństwem byliśmy krótko, on nie nadawał się do tego, to typowy lekkoduch, ale o co właściwie panu chodzi?

— Jest pani jego rodziną, powiadomiłem więc panią o tym i pytam, czy chce pani pochować męża, czy też pogrzeb ma się odbyć na koszt miasta?

— Zaskoczył mnie, jeszcze raz mnie zaskoczył, nie, nie, proszę pana, nie będę teraz udawać nieszczęśliwej wdowy. Piotr umarł dla mnie dawno temu. Przepił jedno mieszkanie, ganiał za dziwkami a jak przykręciłam mu trochę kurek, to mnie pobił, dwa miesiące spędziłam w szpitalu, przepraszał, mówił, że się zmieni, a kiedy mu szczerze wybaczyłam, zrobił to samo. Wsadziłam drania do pudła, potem, kiedy wyszedł, dałam mu pieniądze, żeby rozpoczął samodzielne życie i tak jak przewidywałam, wszystko przepieprzył i wrócił mnie szantażować, że nie da mi spokoju, jak go nie spłacę, ale ja się nie ugięłam, już nie, w końcu to ja do tego małżeństwa wniosłam wszystko. Miałam sklep, teraz hurtownie. Nic, nie będę go opłakiwać, sam się unicestwił, a ja… ja przynajmniej mam spokój.

Kobieta była zdenerwowana, drżał jej głos, drżały ręce, poleciała łza, którą szybko wytarła, tak jakby chciała, by facet siedzący obok tego nie widział.

— Okaleczył mnie, wie pan, ja nigdy już nie zaufam żadnemu mężczyźnie, przez niego wylądowałam u czubków.

Wstała i podała Tomaszowi rękę na znak, że wizyta dobiegła końca. Już na klatce usłyszał jej głos.

— Niech mnie pan nie potępia, pan nie wie, przez co ja przeszłam.

Tomasz odwrócił się i chciał powiedzieć, że jej nie potępia, lecz kobieta szybko schowała się za drzwiami swojego mieszkania.

Kolejny adres, jaki miał sprawdzić Skupiński, okazał się nieaktualny. Tego domu już nie było, a matka następnej ofiary pożaru, Stanisława Kowalskiego, przebywała w hospicjum w stanie agonalnym. Z Łodzi wyruszył do Kutna, gdzie miał odnaleźć rodzinę Jana Skalskiego. Było już ciemno, a Tomasz czuł zmęczenie, zapewne emocjonalne. Postanowił zatrzymać się w motelu, przespać się i rano zjawić się w Kutnie. Przez telefon rozmawiał jeszcze z prezydentem Polniakiem.

— Panie Tomku, jak postępy?

— Żona Piotra Wożniaka zostawia sprawy pogrzebu nam, a matka Stanisława Kowalskiego przebywa w hospicjum. Rano będę w Kutnie, tam był zameldowany Jan Skalski.

— Dobra, a do Poznania niech pan nie jedzie, rodzina Artura Różyckiego chce go pochować sama.

Potem zadzwoniła żona Tomka.

— Jak się czujesz, kochanie?

— Zmęczony, ale zaraz będę spał.

— To dobrze, zaśnij i postaraj się o tym nie myśleć.

Łatwo jej mówić: „Nie myśl o tym”, Tomek taki nie był. Łączył życie osobiste z pracą, przeżywał wszystkie dramaty swoich podopiecznych. Dla niego to nie była praca, to było życie. W pokoju na uśmierzenie bólu wypił setkę wódki i żałował, że nie mógł wypić więcej. Kiedy zasypiał, widział pożar, poranione ogniem twarze, czuł smród spalenizny, słyszał jęki rannych. Po koszmarnej, ale na szczęście krótkiej nocy, Tomek wstał, umył się, wypił kawę i ruszył do Kutna. Ku jego wielkiemu zdziwieniu ulica Piaskowa była ulicą domów jednorodzinnych, i to naprawdę okazałych. W dużym piętrowym domu zameldowany był Jan Skalski. Aby można było tam wejść, chłopak, około dwudziestoletni, musiał zamknąć psa, który ujadał tak głośno, że nie można było usłyszeć własnych myśli. Kiedy młodzieniec zamknął pitbula, podszedł do furtki.

— Słucham, pan w jakiej sprawie?

— W sprawie pana Jana Skalskiego

Chłopak zmierzył Tomka od stóp do głów, przeprosił na moment, wszedł do domu, po czym z niego wyszedł i otworzył furtkę gościowi. W domu przebywały jeszcze dwie kobiety: starsza, zapewne żona nieboszczyka, i młodsza, córka.

— Tomasz Skupiński, jestem pracownikiem schroniska, w którym przebywał Jan Skalski.

— Agata Skalska. — Kobieta podała rękę Tomaszowi. — Proszę, niech pan siada. Kawy się pan napije? A może coś pan zje?

— Nie, nie, bardzo pani dziękuję, czas nagli.

— Proszę, niech pan mówi, z czym przychodzi.

Tomek rozglądał się wokół i zastanawiał się, jak w obecności trzech osób powiedzieć o tragedii, jaka się wydarzyła. W dodatku jak mniemał, para młodych ludzi to dzieci Skalskiego.

— Myślę, że lepiej byłoby, gdybym powiedział to pani w cztery oczy.

— Nie mam przed dziećmi żadnych tajemnic, ale skoro to takie trudne dla pana, to niech tak będzie.

Chłopak, który nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat, i dziewczyna w wieku około dwudziestu pięciu lat wyszli bez słowa. Kobieta, schludna choć przy tuszy, wyjęła papierosa i szybko odpaliła, a potem zaciągnęła się dymem.

— Coś się stało, tak?

— Tak, pan Jan Skalski nie żyje, zginął wczoraj w pożarze schroniska.

— Wie pan… — Kobieta zaczęła nerwowo chodzić po pokoju. — Widziałam wczoraj w telewizji ten pożar i pomyślałam sobie, że gdyby Janek tam był, toby nie uciekł z budynku, nie wiem czemu, ale tak właśnie pomyślałam, on był taki nieporadny. A w ogóle to miałam ostatnio złe przeczucia.

— Czy chce pani sprowadzić ciało męża, czy też my mamy zająć się pogrzebem?

— Zapytam dzieci — powiedziała.

Wyszła, a w chwilę potem dało się słyszeć płacz i krzyk dziewczyny. Tomek wypalił papierosa, nim do pokoju weszła pani Skalska.

— Zajmiemy się pogrzebem, proszę tylko o adres.

Tomek na kartce wynotował adresy i telefony, które mogłyby się przydać rodzinie zmarłego, w tym czasie pani Agata mówiła o swoim mężu.

— Jasiu był dobrym człowiekiem, nigdy nikogo nie skrzywdził. Pewnie zastanawia się pan, czemu odszedł? Wina leżała gdzieś pośrodku. Jasiu upijał się, a ja nie potrafiłam z tym żyć. Rozwiedliśmy się, już ze sobą nie byliśmy kilka lat i ktoś inny pojawił się w moim życiu. Nie wiem, dlaczego Janek tak zareagował, wtedy zniknął. Nasz sąsiad spotkał go kiedyś w Gorzowie przypadkiem, Jasiu powiedział, że ciągle mnie kocha, ale nie może patrzeć na moje szczęście. Przekazał mu list do mnie, pożegnał się ze mną i z dziećmi w tym liście i nigdy więcej o nim nie usłyszeliśmy. Dzieci ten list przeczytały. Chciałam dać mu drugą szansę, ale niestety los nie był łaskawy.

Tomasz wykonał zadanie, ale nie poczuł ulgi. Wracał przygnębiony, a do domu miał wiele kilometrów. Jeżeli w tej chwili miał jakieś marzenie, to chyba tylko takie, aby przestać myśleć, zarazić się jakąś sklerozą, by nie wspominać dramatu. Przytulić się do żony i zasnąć. Ale czy sen przyjdzie?

Rozdział III

Komisarz Nawrot przesłuchał wszystkich pensjonariuszy schroniska. Nie miał jasnego poglądu na sprawę. Nowak siedział w przeszłości za podpalenie, staruszek o nazwisku Tkacz bawił się w otwieranie pieca, ale przecież to nie znaczy, że podpalił. Z drugiej strony śmierć pięciu osób należałoby wyjaśnić. Na razie nie było jednak żadnego punktu zaczepienia — wszyscy spali i zostali zaskoczeni przez ogień. I to było normalne. Byli jeszcze ranni w szpitalu i Nawrot ich właśnie chciał przesłuchać. Wybrał się więc do miejscowego szpitala. Niestety i tam nikt nie wniósł do sprawy niczego nowego.

Następnego dnia wybuchła bomba. W jednym z brukowców ukazał się artykuł pod tytułem Tajemnica pożaru. Fotografia pudełka zapałek na śniegu sugerowała czytelnikom umyślne podpalenie. Nie zastanawiano się nad nieszczęśliwym wypadkiem. Na łamach tego pisma zastanawiano się tylko, kto podpalił. Pikanterii dodawał fakt, że Wojciech N., który przebywał w schronisku, w przeszłości odbywał karę więzienia za podpalenia.

Prezydent znów zwołał sztab kryzysowy.

— Jakie są wyniki śledztwa? — zapytał Marcina Nawrota.

— Śledztwo trwa.

— A coś więcej? — nalegał prezydent.

— Zaraz jadę do Siemianowic, muszę przesłuchać pozostałych.

Prezydent na znak, że mu się to nie podoba, pokręcił głową.

— Nie zamyka się śledztwa w połowie… Ale co pan do tej pory ustalił? Co z tym facetem, który siedział za podpalenie?

— Dziennikarze pracują i my też, oni wróżą z fusów, a my musimy mieć twarde dowody.

— To przyciśnijcie tego Nowaka, do cholery — wtrącił się prokurator Zabielski.

— Jak słyszę, prokurator szybko znalazłby sprawcę — powiedział ironicznie Tomasz Skupiński.

— Żeby pan wiedział, chyba muszę przejąć śledztwo i osobiście przesłuchać Nowaka.

— Mam człowieka, który twierdzi, że tej nocy Nowak nie schodził w ogóle na dół. Ten człowiek nie spał, bo bolał go ząb.

— Może go kryje — zirytował się prokurator.

— Z całym szacunkiem, ale mam większe doświadczenie jako śledczy niż prokurator.

— Dość, panowie — przerwał prezydent — komendant Nawrot ma rację, pracują dziennikarze, pracujemy i my, trzymajmy się faktów. Chociaż czekają nas ciężkie dni, panowie, ta sprawa to egzamin dla nas wszystkich: dla samorządowców, dla organów ścigania, dla służby zdrowia i dla opieki społecznej. Aha — zwrócił się teraz do Gawlińskiego, komendanta straży pożarnej — to cholerne pudełko zapałek, czy to możliwe, że te pismaki znalazły coś takiego?

— Absolutnie, jest to niemożliwe, to miejsce zostało przeszukane, zawsze tak robimy.

W tej chwili weszła do sali sekretarka i coś mówiła szeptem wprost do ucha prezydenta. Kiedy odeszła i zamknęła za sobą drzwi, prezydent znów zabrał głos.

— Jeszcze jeden nie przeżył tego pożaru, w Siemianowicach zmarł parę minut temu Andrzej Piotrowski.

— Piotrowicz — poprawił go Skupiński.

— Tak, Piotrowicz, panie Tomaszu, to niestety znów przykry obowiązek dla pana.

— Wiem — odparł cicho Tomek.

— Trzeba też wysłać psychologa do tych ludzi. Podobno nikt z nich nie chce rozmawiać ze specjalistą, ale lepiej to zorganizować, choćby po to, by prasa nam tego nie wytknęła. Panie Tomku, kto w tej chwili jest w ośrodku z naszymi nieszczęśnikami?

— Wolontariusze.

— Dlaczego nikt z kadry?.

— Jak pan wie, panie prezydencie, pracownikami tej placówki jesteśmy ja i kierownik Pawlak, ale on akurat jest na wczasach w Austrii, reszta to wolontariusze.

— I co, Pawlak z tej Austrii nie przyjedzie?

— Nie ma z nim kontaktu.

— Bo wie pan, jest jeszcze jeden problem…

— Jaki?

— Ci ludzie porozłazili się po mieście zamiast siedzieć w ośrodku, no i boję się, że któryś z nich zostanie sfotografowany lub przepytany przez dziennikarzy, a to dla nas dobrze nie wróży.

— Ma pan rację, ale to nie jest więzienie i mają prawo iść, dokąd tylko chcą.

— Właśnie, jak któryś wróci pijany i się go nie wpuści, a ten nie daj Boże zamarznie, to opinia publiczna będzie przeciw nam, a jak go wpuścimy, to powiedzą, że to przytułek dla pijaków.

Zaraz po zebraniu komisarz Nawrot wyruszył do Siemianowic porozmawiać z pozostałymi pogorzelcami. Tomasz Skupiński natomiast pojechał do Ostrowa powiadomić rodzinę Piotrowicza o trudnej sprawie. Śnieg padał obficie, warunki na drodze były fatalne. Tomek znał tych ludzi, rozmawiał z nimi codziennie. Trudno było mu pogodzić się ze śmiercią tylu osób. Na takie wydarzenie nie był przygotowany. Im bliżej miejsca przeznaczenia, tym opady śniegu były mniejsze. Jechało się znacznie lepiej i co za tym idzie — szybciej i bezpieczniej. Odszukał adres siostry ostatniej ofiary pożaru, kobieta już tam nie mieszkała. Facet zajmujący to mieszkanie, powiedział mu o tym.

— Panie, ona mieszka w tam baraku, wysiedlają tam cały margines, tylko nie wiem, czy powinien tam pan iść.

— Dlaczego?

— Panie, tam złodziej na złodzieju, bandyty, kryminaliści, kurwy i wandale, najlepiej jakbyś pan z policją pojechał, a tak samemu to odradzam.

— Gdzie ten barak?

— A niedaleko, chodź pan przed klatkę, pokażę panu.

Rzeczywiście, nie było to daleko. Tomek wsiadł do auta.

— Panie, jak pan tam zaparkuje, to i auto będzie w częściach.

Tomek podziękował i ruszył do pokazanego budynku. Był on jednopiętrowy, najpewniej wcześniej służył jako hotel pracowniczy. Skupiński wszedł do klatki schodowej, w nozdrza uderzył go fetor. Pies w końcu korytarza ujadał. Spadający z sufitu i ścian tynk świadczył nie najlepiej o tym miejscu. Z jednych drzwi wychodził właśnie mężczyzna w średnim wieku, lekko zataczając się. Nieufnie spojrzał na Tomka.

— Czego tu chcesz? — zapytał wytatuowany lokator.

— Szukam Zofii Wejner.

— Kto szuka i po co? — dociekał wytatuowany.

Tomkowi nie podobał się ten zbir i rozmowa z nim, ale nie miał czasu, by uczyć grzeczności, a sprawa, z którą przybył, też wymagała pilnego załatwienia.

— Nazywam się Skupiński, mam dla niej wiadomość o jej bracie.

— Jaką? — zbir nie ustępował.

— Muszę jej to powiedzieć osobiście.

— No dobra, a kim ty jesteś, chyba nie gliną, co?

— Nie, nie jestem gliną, pracuję w noclegowni.

— Dobra, a masz chociaż fajki?

Tomasz poczęstował faceta, który wziął całą garść papierosów i zadowolony zapukał kilka razy w dość dziwny sposób.

— Widzisz, my tu mamy szyfr, gdybyś zapukał jak każdy, nie otworzyliby ci drzwi.

Po chwili usłyszeli słowo „wlazł”, więc weszli do środka. Kobieta leżała w pościeli, obok niej mężczyzna. W pokoju, który trzeba by jak najszybciej przewietrzyć albo go opuścić, zawieszony był dym papierosowy i smród, którego ze względów estetycznych lepiej nie opisywać. Baba oglądała jakieś reality show, a jej partner obojętnie palił papierosa.

— No co tam, Zyga? — zapytała. — Kim jest ten facet?

— Mówi, że w sprawie Andrzeja.

— Andrzej mnie gówno obchodzi.

— Nazywam się Tomasz Skupiński.

— I co z tego? — odparła ponuro kobieta.

— Pani brat Andrzej Piotrowicz nie żyje, zginął w pożarze.

Kobieta odwróciła głowę w jego stronę. Dopiero teraz Tomek dostrzegł, że Zofia Wejner jest sina i napuchnięta, zapewne od ciosów. Jej men ciągle palił i sprawiał wrażenie nieobecnego.

— Czy chce pani pochować brata, czy też my się mamy tym zająć?

— A za co ja bym miała go pochować, no chyba, że mi zapłacicie, to razem z Kajtkiem wykopiemy dołek. — Tu zaczęła się śmiać jak z najlepszego dowcipu.

Tomek przerwał jej ten chichot.

— W takim razie pojutrze o trzynastej pogrzeb, do widzenia.

— Zaraz, zaraz — odezwała się Zofia, kiedy Tomek chciał wyjść — jak już pan jesteś, to postaw jakieś wino, suszy nas jak cholera. — Przepita gęba baby uśmiechała się jak u miss Polonia, ale efekt był odwrotny, uśmiech jej bezzębnych ust budził odrazę.

Tomasz odwracając się, powiedział:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 17.51