E-book
24.57
drukowana A5
28.18
drukowana A5
Kolorowa
53.51
Czas na cappuccino

Bezpłatny fragment - Czas na cappuccino

Wielkie nadzieje

Objętość:
134 str.
ISBN:
978-83-8189-690-0
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 28.18
drukowana A5
Kolorowa
za 53.51

28 lipca

***

Selena i Natalia uważane były kiedyś za papużki-nierozłączki, ale to „kiedyś” miało miejsce sporo lat temu, gdy każde dni spędzały w wielkim i ciężkim budynku liceum. Może tak właśnie bywa, że, kiedy człowiek osiąga pełnoletność, a drogi nagle się rozchodzą z racji różnicy zainteresowań i studiów, rzadko krzyżują się ze sobą ponownie? Wydawałoby się, że te dwie kobiety wciąż przyjaźniły się ze sobą, lecz ta przyjaźń nie miała w sobie tej bezwzględności i magii, jaka wypełniała je dawniej. Przynajmniej Selena tak to wszystko w tej chwili widziała. Jako kobiety, dojrzałe partnerki swoich przyszłych mężów, podzieliły swój czas na obszary — na siebie, na niego, na pracę… A dni wciąż uciekały spod palców, jak wyciekający wosk przeżytych chwil.

Tamtego lipcowego dnia jechały autem do Karpacza na kilka dni, które zarezerwowały jedynie na odpoczynek i zabawę. Był to pomysł Seleny, Natalia jednak przyznała jej rację, że należał się jej choć przez chwilę relaks. W przyszłym tygodniu czekało ją nielada wyzwanie — miała oto stać się żoną. No, cóż… Nie, to nie tak, że Selena była przeciwna małżeństwu, ale w ciągu ostatnich dni jej wiara w całą tę monogamię uległa niemal całkowitemu skurczeniu jak opona, z której powoli uciekało powietrze, gdy została niecnie potraktowana przez szpilę.

Po co wychodzić za mąż, jeśli nie potrafi się utrzymać na wodzy temperamentu i pociągu do kogoś innego niż przyszły mąż? Może była niesprawiedliwa, może zbyt ostro oceniała, myśli te jednak podsuwało Selenie oszalałe z rozpaczy serce, choć rozum ganił w duchu za tę pochopność. Bo gdzieś tam w środku wiedziała, że musiała się pomylić, a jednak brnęła w to dalej. Szła na oślep pragnąc rozwiania wątpliwości, które budziły się z każdą chwilą coraz bardziej.

Gapiła się przed siebie na jezdnię wiedząc, że już niedługo będą w Karpaczu. Natalia bardzo skrupulatnie instruowała ją, gdzie ma skręcić, a gdzie jechać prosto, patrząc na wielką mapę rozłożoną na kolanach, Selena natomiast całkowicie poddawała się jej sugestiom.

Usta Natalii nie zamykały się. Mówiła głównie o swoim ślubie i restauracji, którą otwierała już niedługo z Maćkiem, swoim przyszłym mężem. W międzyczasie jeszcze Maciej zadzwonił do niej, więc kolejne pół godziny Selena spędziła, zamykając się na słowa wydobywające się z ust przyjaciółki i uciekając nikczemnie w swoje własne zaświaty. Z jednej strony cieszyła się z nią tym ślubem, żyła przecież przygotowaniami do niego od tylu miesięcy, a z drugiej — usta wykrzywiały się bezwiednie w szyderczym uśmiechu. Nie odzywała się. Czekała, aż w końcu będą na miejscu, by móc spokojnie porozmawiać i wyjaśnić sobie co nieco.

„Później to ja sama zadam kilka pytań i będę oczekiwała odpowiedzi, bynajmniej nie zdawkowych” — myślała. „A jeszcze później zadzwonię do swojego przyszłego męża, który może już nim nie będzie…”

Selena swojego ślubu pewna już nie była. Nie po tym, co usłyszała. Straciła zaufanie do Marco i nie wiedziała, czy właściwie nie na zawsze. Nie chciała przechodzić przez to wszystko po raz drugi, nie tym razem… Zasłużyła? Ona tak nie uważała. Nie miała przecież przyczepionej do twarzy tabliczki z napisem — „Rób, co chcesz, zdradzaj, ile chcesz, ja i tak będę cię kochać”. Tym razem mogło się to skończyć awanturą i zerwaniem.

— A wy kiedy macie zamiar się pobrać? — zapytała nagle Natalia, chowając telefon do torebki i spojrzała na przyjaciółkę, jakby czytając w jej myślach i wiedząc, które ścieżki żłobił jej umysł.

Całe szczęście łza, która spłynęła po policzku Leny, wybrała lewą, mniej widoczną dla Natalii stronę. Selena skarciła się w duchu, że w ogóle pozwoliła sobie na taką chwilę słabości — nie ona, zawsze uważana za skałę, opokę dla innych, słabszych od niej osób. Miała być twarda, miała wziąć to wszystko na zimno, bez emocji, a jednak ta lodowa skorupa skruszała, wydobywając ogień rozpaczy, który zalewał jej serce gorącą lawą.

— Najpierw poczekam na oświadczyny, potem się zobaczy — odparła na pozór lekko, w środku jednak gotowało się w niej i najchętniej wyznałaby blondynce, że nie miała już ochoty na to małżeństwo, a ona na dodatek miała z tą decyzją wiele wspólnego.

— Przecież wiadomo, że się oświadczy — zdziwiła się Natalia, uporczywie wpatrując się w Selenę, lecz ona wciąż utrzymywała wzrok na poziomie jezdni.

— Dobrze, że ty masz taką pewność — powiedziała to bardziej opryskliwie niż zamierzała.

Ciszę, jaka zaległa, mogła kroić nożem, tak bardzo zagęściła powietrze w jej małym aucie. Selena odniosła wrażenie, że zdanie to zbiło Natalię z tropu. Nie tego się po niej zapewne spodziewała, były w końcu przyjaciółkami. I nawet Selenie wydawało się, że właściwie znały się od zawsze. Kiedy spojrzały na siebie pierwszy raz na lekcji geografii, gdzie była akurat mowa o rasach, obie doskonale wiedziały, że oto połączyła ich niewidoczna, a jednak nierozerwalna nić porozumienia, nić, która miała być tak trwała, by nie pojawiały się na niej żadne supły. A teraz nagle została brutalnie przerwana i supeł, który się pojawił, był dla Seleny nie do zniesienia.

W tamtej chwili zastanawiała się jednak, co znaczy dla niej przyjaźń. Czy jedna sprawa musiała wykreślić z jej życia dwie najbliższe jej istoty? Czy to wszystko dało się jeszcze jakoś wytłumaczyć…? Szukała gdzieś w siebie rozwiązań, ale i tak wszystko prowadziło do jednego — do poczucia zdrady przez dwoje bliskich jej osób.

— Selena, czy dzieje się coś, o czym nie wiem? — zapytała w końcu Natalia, lekko marszcząc swoje kształtne brwi, niewymagające nawet depilacji.

— Nic, o czym nie wiesz — odpowiedziała zgodnie z prawdą.

Jednak Natalię widocznie nie zadowoliła ta odpowiedź, ponieważ westchnęła, spojrzała przed siebie i rzekła cicho:

— Mam tylko nadzieję, że to nic poważnego i że w końcu będziesz chciała o tym porozmawiać.

— Porozmawiamy — rzekła Selena, nie patrząc na nią. — Jak tylko dojedziemy na miejsce.

To już zupełnie zbiło ją z tropu. Zmarszczyła brwi i spojrzała na Selenę tymi swoimi zielonymi oczami, których kolor mieszał się z odrobiną nieba. Selena zawsze zazdrościła jej tego anielskiego wyglądu, anielskiego i zupełnie naturalnego, nieskalanego sztucznymi kosmetykami.

Przy Lenie jej przyjaciółka wyglądała jeszcze bardziej niewinnie. Ona — kruczoczarna, Natalia natomiast mogła poszczycić się wyblakłym od słońca, ciepłym kolorem swoich półdługich, prostych włosów. Dwie kobiety, jakby stanowiły uzupełniające się elementy potrzebne do zachowania równowagi, niczym yin i yang.

Skóra Natalii zawsze była jasna, miała lekko morelowy ciepły odcień, Seleny wyglądała tak, jakby spaliła się na Karaibach. Wszystko wynikało z tego, że w żyłach Seleny płynęła krew cygańska i tego zmienić nie mogła. Nie miała nic do Romów, ale wolałaby odziedziczyć ciepły odcień skóry swojego skądinąd niezbyt dobrze poznanego ojca, który stanął na drodze jej cygańskiej matki, wyżłobił ślad na jej sercu i pozostawił po sobie owoc własnej namiętności — ją, wówczas małą, pomarszczoną, czarną dziewczynkę.

Nigdy nie widziała go na żywo, ani on jej. Zobaczyła go jedynie na ukrytej głęboko w komodzie jej matki fotografii, z której spoglądał na nią zupełnie obcy człowiek.

Czuła na sobie ten jasny, czysty wzrok zielono-niebieskich oczu przyjaciółki i milczała. To Natalia pierwsza się odezwała.

— Tylko jedno przychodzi mi do głowy, co tłumaczyłoby twoje zachowanie.

Czarnowłosa zerknęła na nią szybko, marszcząc brwi.

— To znaczy?

Czyżby jednak jej przypuszczenia okazały się prawdą? Czyżby miała usłyszeć to, co sama przed sobą bała się nazwać? Myśli tłoczyły się jej w głowie, gdzie robiło się już bardzo ciasno, aż w końcu ją rozbolała. Z niecierpliwością czekała na słowa Natalii, kiedy jednak je usłyszała, chciało jej się śmiać.

— Jesteś w ciąży.

— Nie — odpowiedziała jej po chwili ciszy. — Dzięki Bogu nie — zaśmiała się.

Miała wrażenie, że Natalia lekko zniesmaczyła się tym mieszaniem Boga w sprawy intymne kobiety i mężczyzny, a jej następne słowa raczej to potwierdziły:

— Nie powinnaś mieszać Boga do swoich tabletek „anty”.

— Nie powinnam, faktycznie to dzięki nim, a nie Bogu nie jestem w ciąży — rzekła, choć ona sama wyczuła w swoim glosie niebezpieczne nutki sarkazmu.

Pomyślała wtedy, że gdyby Bóg miał się w to wmieszać, ukarałby ją zapewne za to, że sypiała z kimś. nawet nie będąc jego narzeczoną, i już dawno temu zostałaby matką bez męża. A może Bóg rzeczywiście jest miłością…?

Natalia była dla niej takim właśnie przykładem boskiej doskonałości. Pełna miłości i serdeczności dla niemal każdego, posłuszna wszelkim przykazaniom bożym, piękna i niewinna. Już w szkole podstawowej widziała, jakie spojrzenia posyłali jej chłopcy, ale ona pozostawała obojętna na te zaczepki. Niby spotykała się z jakimiś chłopcami, lecz raczej było to spacerowanie, aniżeli prawdziwy związek. Jedyna bliskość, na jaką im pozwalała, to trzymanie jej dłoni. Selena mogłaby uwierzyć w Boga, patrząc po prostu na Natalię.

Ciąża w tej sytuacji byłaby najgorszą rzeczą, jaka mogłaby ją spotkać, ponieważ była jednak za pełną rodziną. Musiała być prawdziwa mama i prawdziwy tata.

Wystarczy, że jej ojciec nie ożenił się z jej matką cyganką i że ona sama musiała ponosić tego konsekwencje.

— Na szczęście współczesne pigułki nie mają sobie równych — odpowiedziała Selena.

— W takim razie zupełnie nie wiem, co się dzieje — Natalia zrezygnowana opadła bez sił na oparcie fotela i przymknęła oczy.

Selena zerknęła na nią. Wciąż przypominała jej anioła, przez co tak trudno było jej uwierzyć w jej winę, a jednak usłyszała te słowa, dokładnie słyszała, jak Marco rozmawiał z nią przez telefon i jego ściszony głos pełen podniecenia.

„Tylko, Natalia, nie mów nic Selenie” — prosił. „Przyjdzie czas, to sam ją poinformuję. Jesteś kochana”.

***

Konrad… Od jakiegoś czasu to imię wprawiało serce Mai w dziwne drgania, o jakie nie posądzałaby siebie, zawsze przecież uważała się za osobę opanowaną, z zimną krwią podchodzącą do wielu spraw. Zanim go poznała, zakochiwała się tak często, że w końcu poczuła się ekspertką od miłości. A przynajmniej wydawało jej się, że wszystko już wiedziała o miłości. Rozważnie rozkładała uczucia na części pierwsze i analizowała zachowania, gesty, słowa. A później zawsze przychodził dzień, w którym musiała zebrać swoje własne części, w rozsypce leżące u stóp mężczyzny, na którym się zawiodła. Dlaczego więc miałaby nie nazywać siebie ekspertem od miłości?

Nic bardziej błędnego! Dopiero spotkanie Konrada uświadomiło jej to, jak bardzo się myliła i jak mało tak naprawdę wiedziała.

Maja otworzyła szerzej okno w gabinecie, w którym siedziała już jakąś godzinę, zastępując kuzyna w przyjmowaniu telefonów na rezerwację miejsc w pensjonacie i osobiście tych, którzy już przyjechali do Karpacza. Dzień był niesamowicie ciepły, zbyt ciepły, jak na górskie powietrze, ale powinna była już się przyzwyczaić do kaprysów Karkonoszy. Bardzo możliwe było, że tej nocy spadnie deszcz, który byłby wybawieniem dla jej uwięzionej w ciele duszy. Otarła pot z czoła, wdychając chwilami chłodniejsze powiewy ze Śnieżki.

Praca w gabinecie nie była trudną czynnością, ale zdawała sobie sprawę, jak pochłaniające minuty i godziny było prowadzenie pensjonatu w tym miasteczku, w miejscu, do którego ściągało rzesze gości z całej Polski i zza granicy. Mimo że kuzyn swego czasu zaproponował jej współpracę, ona wolała spełniać się w tym, co lubiła najbardziej. Nie wyobrażała sobie zamknięcia w budynku, przesiadywania w gabinecie, uwiązania na jednym miejscu. Ona potrzebowała wolności, a praca w redakcji właśnie jej to umożliwiała.

„I pomyśleć, że gdybym tutaj się przeniosła, nie poznałabym Konrada…” — pomyślała z pewnym odcieniem przerażenia, ale i ulgi.

Czy to dobrze, czy źle? Sama tak do końca nie była pewna. Z jednej strony zawrócił jej mocno w głowie swoją zmysłowością i odczytywaniem jej pragnień, zanim ona zdążyła o nich pomyśleć, z drugiej — poczuła się w pewnym momencie, jak ktoś, komu podstawiono pod nos ulubione ciastko, ale zakazano go zjeść.

Konrad w jednej chwili stał się nagle nieosiągalny. Gdy go poznała po jednym z charytatywnych wyścigów rowerowych, w którym brał udział i wygrał, to bardziej ona, uśmiechnięta dziennikarka, rzucała się w oczy przez wzgląd na swoje kobiece ciało i miękkie rysy twarzy. Nie raz słyszała komplementy na temat swoich długich, prostych i gęstych włosów oraz wyrazistych piersi, których zazdrościły jej wszystkie koleżanki z działu. Konrad też złapał haczyk, którego ona nawet nie zarzuciła, i od tego czasu już nie dał jej spokoju.

Zrobiła z nim tylko jeden wywiad i to tylko dlatego, że zwyciężył, choć właściwie to nie ona miała być na miejscu tego zdarzenia. Ale, ponieważ koleżanka z redakcji, która zajmowała się masowymi imprezami, trafiła do szpitala, a Maja właśnie ukończyła swój artykuł o wpływie feromonów i afrodyzjaków na odczucie miłości u dwojga zakochanych ludzi, została tam wydelegowana. Może mimowolnie wysyłała jakieś sygnały, będąc jeszcze pod wpływem tekstu, którego pisanie bardzo ją wciągnęło? Do dziś nie miała pojęcia, co takiego sprawiło, że Konrad właściwie zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia.

— Wierzysz w przeznaczenie? — zapytał ją któregoś razu, gdy siedzieli blisko siebie u niego w apartamencie przed elektrycznym kominkiem i popijali Martini Blanco z cytryną.

Maja spojrzała wtedy na niego ze zdziwieniem. Ciepłe wibracje muskały jej skórę, przysuwały ich ciała ku sobie. Właściwie nie zastanawiała się nigdy nad przeznaczeniem, jakoś do tej pory nie było potrzeby.

— Dlaczego pytasz? — zapytała cicho i upiła łyk wina, wpatrując się w jego jasne, niemal chłopięce, oczy.

Słodki, palący żar zapłonął delikatnie gdzieś w głębi jej ust.

— Bo ja nie wierzyłem, ale tak myślę o tym, że właściwie nie miałem cię spotkać, a spotkałem i… zawróciłaś mi w głowie — nagle jego wzrok przybrał inny, bardziej zmysłowy wyraz, a ona pod wpływem tego spojrzenia spuściła głowę.

Tamtego wieczoru coś się w niej zmieniło, jak świat po burzy nagle pachnący ozonem. Inaczej spojrzała na ich dziwny związek, na niego samego i w końcu siebie. Jakieś skrępowanie wkradło się między nich i nie opuszczało przez długi czas, aż doszło do pierwszego prawdziwego pocałunku.

Wybrali się na wycieczkę rowerową, jak przyjaciele, jak bliscy sobie ludzie, którzy lubią spędzać ze sobą czas na wspólnych wyprawach w teren. Maja nie miała do tej pory zbytniej styczności z ruchem, poruszała się po zakorkowanym mieście autem, czego wymagała od niej specyfika pracy. Jedynym, na jaki sobie pozwalała, był sporadyczny spacer w niedzielę wieczorem z koleżanką z bloku i jej psem.

Konrad nie zmuszał jej do niczego, zaproponował jedynie przejażdżkę, w związku z czym kupiła rower, który on dla niej wybrał, jako znawca tematu, i wyruszyli tyłami Wrocławia na przegląd rozkwitającej wiosny. Na mocno ozielenionych drzewach pojawiła się gdzieniegdzie malutkie pączki kwiatów, a oprószone bielą dostojne posągi z kory chroniły ich przed ciepłym kapuśniaczkiem w razie potrzeby, albo ostrym słońcem, gdy już deszcz odszedł z zapomnienie. Było to zaledwie kilka miesięcy temu. Konrad opowiadał jej o swoich wyścigach, mówił o wpływie ruchu na organizm i pytał, jak to jest pracować w biurze, czego właściwie nigdy nie doświadczył.

Po przejechaniu kilku kilometrów rozsiedli się pod pachnącą akacją i wtedy mężczyzna wyciągnął z plecaka kawałek materiału, który miał imitować obrus, a później owoce i sałatkę warzywną.

— O, piknik? — uśmiechnęła się Maja i spojrzała na niego z podziwem; to nie należało do typowych męskich zachowań.

— Tak, moja pani — Konrad był z siebie niezwykle zadowolony, że wywołał w niej tak pozytywne emocje. — Czas się posilić — uśmiechnął się do niej.

— Jesteś niesamowity — pokręciła głową, wciąż będąc pod wrażeniem. — Zabrałam ze sobą jedzenie, ale to kanapka, zwykła kanapka bez wyrazu, a tu mamy i mandarynki, które uwielbiam, i winogron, i truskawki! Skąd wziąłeś truskawki?! — zawołała, a jej czekoladowe oczy zabłysły nagłym podnieceniem.

— Tym się nie główkuj, tylko sięgaj po jedzenie — roześmiał się. — Ale zdradzę ci tajemnicę — puścił do niej oczko. — Jeśli ci na czymś naprawdę zależy, to zawsze to osiągniesz.

Maja przyjrzała mu się uważnie i odniosła zdecydowane wrażenie, że mówił o niej, o nich, o tym, co było lub nie było między nimi. Poczuła na całym ciele mrowienie, aż musiała objąć się ramionami, by powstrzymać ten szalony bieg igiełek, wpijających się w jej skórę. Spuściła głowę, ale zaraz ją podniosła i ponownie spojrzała na niego, lekko mrużąc oczy. Konrad patrzył na nią już zupełnie inaczej. Patrzył tak, jak zawsze chciała, by patrzył mężczyzna.

— Konrad… — zaczęła, ale on jej przerwał, przysuwając się bliżej i kładąc palec na pełnych, miękkich i rumianych wargach.

Maja nie odsunęła się, siedziała nieruchomo, wpatrując się w jego oczy, które zdawały się być coraz większe i większe i dopiero, kiedy przymknął powieki, a ona poczuła na swoich ustach jego wargi, zdała sobie sprawę, że one zwyczajnie zbliżały się do niej. Odruchowo sama opuściła wolno powieki, wtapiając się w tę tajemniczą i niesamowitą chwilę i oddawała się jej całkowicie.

Namiętny, acz spokojny i zrównoważony taniec języków sprawiał, że odlatywała z ziemi z każdym następnym ruchem. Wszystkie myśli, które chwilę temu kłębiły się niepokornie w jej głowie, zostały na ziemi, liczyło się jedynie to, że Konrad był blisko, bardzo blisko, a ona, Maja, chciała, by był jeszcze bliżej.

Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że leżeli ciasno spleceni na ciepłej, miękkiej trawie pod akacją, która szumiała nad nimi, kiedy Konrad z namiętnością całował jej szyję. Otworzyła wtedy oczy i ujrzała błękitne niebo między gęstymi gałązkami krzewu, usianymi licznymi, zielonymi listkami. I właśnie w tamtej chwili pomyślała, że to było to, czego pragnęła od życia, miłości, jaką ten mężczyzna, leżący na niej, chciał jej ofiarować.

Maja westchnęła głośno, wspominając tamten dzień, i usiadła przed komputerem, by sprawdzić, czy nowe informacje odnośnie chęci wynajęcia pokoju nie pojawiły się w skrzynce pocztowej. Niby pracowała, niby oddawała temu całe ciało i umysł, ale sercem wciąż była przy mężczyźnie, któremu je oddała.

Zadzwonił telefon. Wystarczyło, że usłyszała dźwięk dzwonka i wiedziała, że to był on. Ustawiła dla niego specjalną muzykę, by od razu wiedzieć, że dzwonił. Ale nie odebrała. Przymknęła na moment oczy, wierząc naiwnie jak dziecko, że spowoduje to jego zniknięcie. Lecz telefon dzwonił i dzwonił. W końcu sięgnęła po niego, ale w chwili, gdy chciała wcisnąć przycisk „odbierz”, na ekraniku pojawił się napis „1 nieodebrane połączenie”.

— I dobrze — powiedziała sama do siebie. — Muszę to wszystko najpierw przemyśleć, zanim pogadamy.

Wstała od biurka, by uporządkować dokumenty już mieszkających w pensjonacie gości i wtedy właśnie rzuciły się jej w oczy dwa dowody osobiste. Na jednym z nich widniała uśmiechnięta kokieteryjnie śniada twarz czarnowłosej kobiety, wyglądającej jak Hiszpanka, a na drugim dowodzie uśmiechała się delikatnie jasno-blond kobieta o niezwykle łagodnym spojrzeniu. Maja zmarszczyła brwi i sięgnęła po dowody.

— Selena i Natalia! — zawołała. — Oczywiście. Jak zawsze razem — uśmiechnęła się. — Niesamowite — pokręciła głową z niedowierzaniem. — Pomyśleć, że nie widziałam was tak długo…

Już w jej głowie zrodził się plan działania, załatwiła więc wszystko, co miała i zadzwoniła do kuzyna z pytaniem, o której powinna się go spodziewać z powrotem. Wyglądało na to, że los doskonale wiedział, co robić z jej życiem.

***

Selena usiadła na swoim łóżku i spuściła głowę. Słyszała, jak Natalia krzątała się jeszcze po pokoju, układając swoje rzeczy i czekała, aż przyjaciółka usiądzie. Może w końcu wyjaśnią sobie wszystko. Tylko czy potem będą mogły jeszcze mieszkać w jednym pokoju? Ba! Czy będą mogły jeszcze patrzeć na siebie? Selena miała być przecież świadkiem na ślubie Natalii. Uznała, że powinny wyjaśnić sobie całą tą sytuację jak najszybciej, zanim ulokują się tu na dobre, zanim sprawa zajdzie za daleko.

— Natala — odezwała się i chrząknęła.

Tak ciężko było zaczynać ten drastyczny temat…

— Możesz na razie usiąść i porozmawiać ze mną?

Blondynka spojrzała na nią, zapewne zaskoczona suchym tonem jej głosu, dlatego odłożyła jeans’y, które zamierzała schować do szafki, i usiadła na łóżku naprzeciwko Seleny.

— Słucham — powiedziała i utkwiła wzrok w ciemnych jak noc oczach brunetki.

Selena westchnęła. Tak trudno było rozmawiać o zdradzie przyjaciółki właśnie z nią!

— Jakoś nie mogę w to uwierzyć, bo znam cię nie od dziś i nigdy o coś podobnego nie posądziłabym akurat ciebie — zaczęła, patrząc prosto w jej oczy. — Ale fakty mówią same za siebie.

— Jakie fakty? — zdziwiła się Natalia. — Selena, ja nie mam pojęcia, o czym ty w ogóle mówisz — blondynka pochyliła się bliżej ku przyjaciółce, a na jej twarzy malowało się zdumienie i zdezorientowanie.

— O tobie i Marco — odpowiedziała Selena, nie mogąc już wytrzymać tego napięcia, wychodziła bowiem z założenia, że owijanie w bawełnę jedynie jeszcze bardziej gmatwało sprawę, dlatego mówienie wprost było najlepszą metodą porozumienia.

— To znaczy? — Natalia jeszcze bardziej się zdziwiła, ale jej głos zabrzmiał niepewnie, co nie uszło uwadze Seleny.

— Słyszałam waszą rozmowę przez telefon — powiedziała, prostując się i czując gdzieś w środku dziwne uczucie podekscytowania, jakby czekała na wybuch wulkanu, choć nie do końca wiedziała, czy to będzie jedynie oddźwięk, czy zaleje ją niszcząca lawa. — Właściwie końcówkę — dodała i położyła dłonie na łóżku, by materiał starł z nich chłodny pot. — Marco mówił do ciebie, żebyś nie mówiła mi o niczym i powiedział, że… że jesteś kochana.

Selena obserwowała twarz Natalii, która przez długą chwilę pozostawała niewzruszona. Przez ułamek sekundy jednak opuściła górne powieki i leciutko, ledwo dostrzegalnie zmarszczyła brwi, jakby jakieś wspomnienie przeszło jej przez myśl, ale zaraz potem na nowo przybrała delikatny wyraz twarzy anioła.

— Chcesz mi coś na ten temat powiedzieć? — Selena mocno zmarszczyła brwi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 28.18
drukowana A5
Kolorowa
za 53.51