E-book
6.83
drukowana A5
29.21
Czarodziejka

Bezpłatny fragment - Czarodziejka

Część II


Objętość:
157 str.
ISBN:
978-83-8104-169-0
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 29.21

Wszystko co tylko na Ziemi i w wodzie

Bierze swą cząstkę w życia korowodzie


Szukam wciąż całości istnienia

Wiary która użyczy silnego ramienia


Energii nie ginącej gdy tętno zanika

Uwolnionej dla powstającego na nowo rodnika


Myśli: unoszącej ponad ziemskie sprawy

Realizującej fantazji bezkresne zabawy


Mocy która pozwala o poranku wschodzie

Czuć siłę lasu zawartą w przyrodzie


Ciepła które płynąc przez zetknięte dłonie

Zjednoczy w jedno chociaż było dwoje


Sam przeciw wiatrom i wzburzonej fali

Czekam aż się wszystko powoli zawali


A wtedy każę tęczy i kwitnącej wiśni

Uwić taki bukiet jaki sobie wyśnisz

Rozdział I

To był dla niej ciężki semestr, uczyła się chętnie i z nadzieją, że osiągnie oczekiwaną przez Ediego średnią ocen. To jednak nie było łatwe, zważywszy na idiotyczne, według Izy, oczekiwania wykładowców i prowadzących ćwiczenia, którzy z zupełnie niezrozumiałych dla niej powodów uważali, że ich przedmiot jest najważniejszy na świecie, a studenci zapewne nie mają nic innego do roboty, tylko powinni ślęczeć nad stertą książek. Efekt końcowy był taki, że została najlepszą studentką w grupie, ale wymaganiom Ediego póki co nie udało się jej sprostać. Nauka pochłaniała mnóstwo czasu, jedynie w święta nadarzyła się okazja, aby odwiedzić swoje włości i spędzić chwilę z Edim i Martą. Oczywiście gospodarz pod choinkę dostał komplet kluczy oczkowych, wśród których była również wiecznie poszukiwana piętnastka. Prezent został przyjęty niemal ze łzami w oczach i od razu ustawiony na honorowym miejscu w drewnianej zagraconej szopie. Iza od gospodarzy otrzymała pięknie wydany i oprawiony zielnik, opracowany w zimowe wieczory przez Martę. Znalazły się w nim zarówno przepisy śp. Malinowskiej, jak i Marty, wraz ze zdjęciami i opisem roślin. Książka była tym cenniejsza, że została wydana nakładem jedynie trzech egzemplarzy. Z czułością przytuliła ten wyjątkowy skarb i nie mogła się doczekać, kiedy ją będzie mogła na spokojnie przeczytać.

Nie zapomniała również o swojej chrześnicy, zaglądała do niej przy każdej możliwej okazji. Była przyjmowana przez rodziców maleństwa niemal jak najważniejszy członek rodziny. Dziecko chowało się zdrowo, a ona bawiła się wyśmienicie, ciotkując takiemu radosnemu szkrabowi.

Lato nadeszło niezauważenie i dopiero gdy indeks zapełnił się wpisami, zorientowała się, że świat zaczął szykować się na wielkie wakacyjne święto. Jak najszybciej uporządkowała swoje sprawy w mieście i ruszyła w kierunku swoich wiejskich posiadłości ziemskich. Radość była tym większa, że wszyscy już tam za nią tęsknili. A najbardziej Damian, który utrzymywał z nią kontakt przez cały rok. Zresztą ich znajomość rozwijała się nie tylko przez sms-y czy telefonicznie, ale w głównej mierze dzięki „okazyjnym”, jak to miał w zwyczaju mawiać Damian, pobytom w okolicy jej miejsca zamieszkania. Wspólne wyjścia do kina czy na koncert pozwalały Izabeli oderwać się choć na chwilę od książek i sprawozdań laboratoriów. A nawet przyłapywała się czasem na tym, że z utęsknieniem wyczekiwała jego kolejnego przyjazdu. Po dłuższych okresach rozstania była przekonana, że nic by się nie stało, gdyby ją odwiedził bez żadnej specjalnej okazji, czy sprawy do załatwienia w mieście. Poznała go z kilkoma swoimi koleżankami i po ich reakcjach jeszcze bardziej się upewniła, że warto z nim spędzać więcej czasu. Nie żeby się nim chciała popisywać, po prostu najzwyczajniej w świecie nie miała nic przeciwko, żeby koleżanki zazdrościły jej takiego bystrego chłopaka.

Jak zwykle odwoził ją tata. Gospodarze czekali już na gości z obiadem. Praktycznie od jej ostatniej wizyty niewiele się zmieniło, oprócz oczywiście rozmiarów i masy Lusi, która przez zimę wyrosła na dorodny okaz swojego gatunku. Świnka nie odstępowała Izy nawet na krok, jak by mogła to by nawet leżała u niej na kolanach. Niestety obecne gabaryty raczej jej na to nie pozwalały. Zwierzę wyczuwało nastrój swojej pani intuicyjnie, więc Iza nie musiała się wysilać przy wydawaniu pupilce poleceń.

Serdeczne powitania wreszcie dobiegły końca i można było usiąść do pięknie pachnącego posiłku. Ojciec Izy nie mógł się nadziwić apetytowi własnej córki:

— Dziecko, jak ty jesz?! Wygląda na to, że my cię cały rok głodzimy.

— No co! To jest pyszne. Mrożonki i fast foody bokiem mi już wyszły — odpowiedziała bez skrępowania i z pełnymi ustami.

Tata tylko machnął ręką i porzucając konwenanse, nałożył sobie kolejną całkiem sporą porcję.

Po godzinie wspólnie spędzonego czasu odjeżdżał żegnany przez wszystkich, z zapasami jedzenia w bagażniku na cały tydzień lub nawet miesiąc. Pobiegła do swojego pokoju na górę rozpakować walizki. Odetchnęła z ulgą, nareszcie poczuła, że ma wakacje, że jest we właściwym miejscu, można by rzec, że niemal u siebie.

Resztę dnia spędziła z Lusią w ogrodzie, ciesząc się piękną pogodą i towarzystwem swojego ulubionego zwierzaka, który ciągle dopraszał się od swojej opiekunki pieszczot i smakołyków rosnących na drzewach poza zasięgiem jego ryjka.

Rozdział II

Obudził ją rano ból podbrzusza, co miesiąc powtarzało się to samo, pierwsze dni okresu były nie do wytrzymania. Ubrana w dresy, nieuczesana, ledwo o własnych siłach zeszła do kuchni. O jedzeniu czegokolwiek nawet nie mogło być mowy, chciała jedynie napić się czegoś ciepłego i zapytać Martę o środek przeciwbólowy. Opadła ciężko na krzesło przy stole. Chyba nie wyglądała najlepiej, bo gospodarze obserwowali ją z troską w oczach. Upiła łyk przygotowanej herbaty i poprosiła:

— Nie dałabyś mi czegoś przeciwbólowego?

Zamiast Marty odpowiedział jej Edi:

— Porządna wiedźma nie faszeruje się z byle powodu.

Spojrzała na niego przekrwionymi z cierpienia oczami, nie miała ochoty na zbędne dyskusje.

— Co ty wiesz o bólu, ledwo żyję.

— Różnie w życiu bywało, ale z twoimi możliwościami żadne środki nie są ci potrzebne.

Nawet ją to zainteresowało:

— To znaczy?

— Chyba uczą was tam na studiach zasady „Lekarzu lecz się sam”!

— O co ci chodzi? Doskonale wiem, co mam wziąć! Tylko chciałam, żeby Marta wybrała mi coś szybko działającego na mój ból.

— Po pierwsze primo to chcesz usunąć skutek, a nie przyczynę, a po drugie primo to ciągle wierzysz, że cokolwiek z zewnątrz jest skuteczniejsze niż ty sama. W końcu to twój organizm, chyba wypadałoby się z nim zacząć dogadywać.

Miała po dziurki w nosie te jego wszystkie „prima”, zaciskając zęby z ironią w głosie wyjaśniła:

— Wyraźnie mu rano powiedziałam, żeby mnie przestało boleć, ale on najzwyczajniej w świecie mnie jakoś słuchać nie chce!

Marta krzątająca się w tym czasie po kuchni przyniosła i postawiła na stole kubek z jakimś naparem, Iza od razu sięgnęła po niego. Edi wstał i machając ręką z dezaprobatą powiedział:

— Jesteś w stanie panować nad własnym organizmem. Wystarczy odrobinę koncentracji i skupienia, a możesz uzyskać wpływ na własny organizm. Wlewając do niego te wszystkie cudowne naleweczki, dowodzisz jedynie, że to twój organizm przejmuje kontrolę nad twym umysłem, a powinno być odwrotnie.

I ostentacyjnie wyszedł do łazienki. Trzymała kubek w rękach niepewna czy ma wypić zawartość. Po kilku chwilach wahania zwróciła się do Marty:

— A ten twój mądrala to sam potrafi wpływać na własny organizm, czy tylko tak się popisuje?

Marta łagodnie uśmiechnięta przytaknęła i dodała:

— I nie tylko na swój.

Nie do końca przekonana ostrożnie odstawiła kubek i zapytała:

— A ty co byś robiła na moim miejscu, gdyby cię tak strasznie bolało?

— To co zwykle. Czyli przytuliłabym się do niego.

Zaskoczona jej odpowiedzią drążyła temat dalej:

— Ale po co?

— On już tak ma, jak jest ktoś w potrzebie, automatycznie próbuje mu pomóc.

— Chcesz mi powiedzieć, że wystarczy się do niego przytulic i ból minie?

Rozbawiona Marta wyjaśniła:

— Spróbuj, to się przekonasz. Zapewne przy okazji usunie również przyczynę twoich problemów.

Rozważała wszystko w swym umyśle nie do końca przekonana o takiej metodzie terapii. W końcu zapytała:

— A jak szybko to przytulanie zacznie działać?

— To zależy. Jeśli lubi cię choć trochę, to myślę, że po kilkudziesięciu minutach powinno być po sprawie.

— Czyli im bardziej kogoś lubi, tym szybciej to działa?

Marta przytaknęła i wróciła do swoich zajęć. Do kuchni wszedł Edi i z groźną miną zlustrował ilość płynów w kubku stojącym przed Izą. Postanowiła zaryzykować, w końcu nic nie traciła. Wstała i ze słowami „Ależ ja się za tobą stęskniłam” rzuciła mu się na szyję.

Na początku stał jak słup soli, całkowicie zaskoczony jej zachowaniem. Mimo to czuła jak przechodzą przez jej ciało fale ciepłej energii płynącej od niego. W końcu poczuła jak niepewnie i delikatnie poklepał ja po plecach. Puściła go i postanowiła pójść do siebie i poczekać aż ból minie. Na wszelki wypadek wzięła ze sobą kubek z naparem i ruszyła w kierunku schodów. Edi wrócił do spożywania swojego porannego posiłku. Doszła do połowy schodów i zatrzymała się, żeby przeanalizować stan organizmu. Po bólu nie było niemal śladu. Wnioski nasuwały się same: skubaniec nie dosyć, że jej pomógł, to jeszcze okazało się, że jednak ją lubi.

Wróciła, odstawiła kubek na stół i czule przeczesując mu włosy palcami, powiedziała:

— Dziękuję.

Udając oburzonego bronił się:

— No co jest! Znowu się będę musiał czesać.

Iza już w lepszym nastroju zażartowała:

— Myślałam, że ty w ogóle nie masz grzebienia.

Marta patrząc na jego głupią minę też nie wytrzymała:

— Bo idealną i wzorcową fryzurę mąż mój układa osobiście własnymi „palcyma”!

Wspinając się po schodach, usłyszała jeszcze jego niby nadąsany głos:

— A na drugi raz pomyśl, czy by sobie jakiego chłopa nie znaleźć! To ci się wszystko samo wyreguluje.

Marta zareagowała natychmiast:

— Dajże dziecku spokój! Niech sobie dzisiaj trochę odpocznie.

Wolała nie podejmować tego tematu, pomknęła do pokoju i wskoczyła do łóżka. Postanowiła poleżeć jeszcze trochę i poczytać wreszcie coś innego niż medyczne podręczniki.

Przed obiadem czuła się już na tyle dobrze, że postanowiła pomóc gospodarzom. Marta zdecydowanie poprosiła ją o zrobienie sobie dnia wolnego od wszelkiej pracy, tłumacząc że ma wakacje, ciężko na nie zapracowała, a robota nie zając, nie ucieknie. Spędzanie czasu na hamaku w ogrodzie w towarzystwie Lusi bardzo jej odpowiadało. Czytała sobie książkę i popijała rabarbarowy kompot ze szklanicy, którą trzymała na ustawionym obok jej legowiska stołeczku. Do jej obowiązków należało jedynie drapanie od czasu do czasu Lusi po wielkiej głowie i podrzucanie jej wypatrzonych na drzewach najbardziej dojrzałych owoców. Na początku wybierała te najpiękniejsze, ale zauważyła, że jej pupilka nie gardzi nawet tymi z robakiem w środku. A chyba takie nawet lepiej smakowały, bo śliniła się przy ich konsumpcji i czekała na więcej.

Po południu przyjechał do niej Damian. Oboje siedzieli sobie na ławeczce przed domem i przyjemnie gaworzyli. Nawet nie zauważyła, jak podszedł do nich Edi i zagaił:

— Ooo i kawaler się znalazł. Może przestałbyś filozofować i wziął się wreszcie za robotę.

Spłonęła cała rumieńcem. Zacisnęła wargi, żeby nie powiedzieć czegoś brzydkiego. Damian zerwał się z ławki i nie mogąc zrozumieć, o co chodzi gospodarzowi, zaoferował:

— Jak trzeba ci w czym pomóc, to ja bardzo chętnie!

Edi załamany pokiwał głową i westchnął głęboko:

— Ech! Szkoda gadać. Ja tam sobie radę daję ze wszystkim. Pannie byś pomógł!

Korzystając z okazji, że chłopak na nią nie patrzy, na migi pokazała Ediemu, co z nim zrobi, jak nie skończy tego tematu i zaraz sobie stąd nie pójdzie. Chyba załapał o co jej chodzi, poszedł dalej w swoim kierunku. Zdezorientowany Damian zapytał niepewnie:

— Nie wiesz, o co mu chodziło?

Wzruszyła ramionami, kolor skóry na twarzy wracał już do normy. Postanowiła skierować jego myśli na inny temat:

— Sama nie wiem, od rana taki jakiś nadąsany chodzi. Zastanawiam się, czy by nie wziąć się solidnie za remont domu po Malinowskiej. Na razie to wszystko jakoś stoi, ale bez generalnego remontu to tam się nie obejdzie.

— Nie ma co się zastanawiać. Trzeba się za to wziąć jak najszybciej, szkoda by było zmarnować, bo to bardzo ładny kawałek ziemi jest. Ja mam teraz troszkę więcej pracy, lecz załatwię najpilniejsze sprawy i myślę, że za tydzień będę mógł ci pomóc.

Odetchnęła z ulgą. Wyglądało na to, że się nie zorientował, co miał na myśli tamten Gamoń. Na wszelki wypadek, żeby nie znaleźć się ponownie na jego drodze, zaproponowała chłopakowi wspólny spacer po okolicy. Było uroczo, szli sobie w trójkę beztrosko pomiędzy polami, napawając się pięknem tutejszej przyrody. Lusia miała okazję penetrować teren w poszukiwaniu smakołyków, a oni mieli mnóstwo tematów do omówienia. W pewnym momencie Iza wróciła do tematu jej domu po Malinowskiej:

— A rodzice nie będą mieli do ciebie pretensji, że zamiast pracą będziesz zajmował się moim remontem?

— Nie ma problemu. Jak tylko skończyłem osiemnaście lat, moja mama dała mi wolną rękę. Stwierdziła, iż poświeciła na moje wychowanie wystarczająco dużo czasu, bym teraz umiał podejmować właściwe decyzje.

Trochę ją zaskoczyło takie podejście do opieki nad dziećmi. Z ciekawości kontynuowała dociekania:

— A co na to twój tata?

Mina chłopaka zmieniła się natychmiast. Zorientowała się, że weszła na drażliwy dla niego temat. Odpowiedział dopiero po dłuższej chwili:

— Wychowywałem się bez ojca.

Ścisnęło ją w środku, nie dziwiła się zmianie jego nastroju. Ale skoro już weszła na ten temat, chciała mieć pełen obraz sytuacji.

— Rodzice się rozwiedli?

Damian uśmiechnął się łagodnie i spokojnie wyjaśnił:

— Nigdy się nie ożenili. Na szczęście nie wiem, kto jest moim ojcem.

— Jak to na szczęście? — odparła i zamrugała oczami ze zdziwienia.

Chłopak z ostrym zacięciem w głosie odpowiedział:

— Na szczęście dla niego!

W lot zrozumiała jego przekaz, szybko zmieniła temat. Nie chciała dłużej krępować go zbyt wścibskimi pytaniami. Wieczór tworzył barwne pejzaże na nieboskłonie, przyroda szykowała się do nocnej zmiany. W takich klimatach mogła z nim wędrować godzinami.

Odprowadził ją do domu dopiero po zachodzie słońca. Lusia z nadmiaru wysiłku od razu legła w swoim ulubionym dołku pod ścianą stodoły, a Iza podążyła do domu wiedziona smakowitymi zapachami, które wydobywały się przez otwarte kuchenne okno. Gospodarze czekali już na nią z kolacją. Dopiero na widok stołu uświadomiła sobie, jaka była głodna. Niemal rzuciła się na jedzenie.

Podczas kolacji panował dziwny nastrój. Edi niemal się nie odzywał. Iza domyślała się, że Marta cały czas pilnuje męża, żeby siedział z zamkniętymi ustami. Akurat Izie to bardzo pasowało, bo chciała mieć trochę spokoju podczas posiłku. Podziękowała za pyszne jedzenie i już chciała odejść, gdy Edi niby od niechcenia zapytał:

— Jak tam spacerek? Nóżki nie bolą?

Marta podbiegła i zacisnęła mu dłonią usta.

Czuła, że szykuje kolejny podstęp, więc kierując się w stronę schodów, odpowiedziała:

— Tylko trochę.

Z trudem udało mu się uwolnić od siłującej się z nim Marty, ale zdążył szybko wybełkotać:

— A powinny drżeć! Ze zmęczenia!

Uznała, że czas opuścić jego grubiańskie towarzystwo i szybko pokonywała kolejne stopnie. Z kuchni dobiegały ją odgłosy toczonych tam dalej zapasów, którym wtórowały piski i śmiech Marty. Chwile jeszcze nasłuchiwała, czy nikomu nie dzieje się żadna krzywda i zamknęła drzwi od pokoju. Wyglądało na to, że gospodarze doskonale się bawią, więc na wszelki wypadek puściła sobie trochę głośniej muzykę i wskoczyła pod prysznic.

Rozdział III

Ku jej zadowoleniu stwierdziła o poranku, że ból tym razem nie zepsuje idealnie zapowiadającego się dnia. Pełna zapału od razu po śniadaniu ruszyła wraz z gospodarzami do pracy w ogrodzie. Co prawda ręce i kręgosłup nie były przyzwyczajone do fizycznego wysiłku, jednak wykonywała powierzone jej zadania z entuzjazmem. Liczyła na to, że jak troszkę u nich popracuje, to później będzie mogła liczyć na pomoc Ediego przy odbudowie swojego gospodarstwa. Koło południa, kiedy słońce stojąc w zenicie zaczęło prażyć niesamowicie, zeszły z pola, by uchronić się w chłodnym domu. Wzięła odświeżający prysznic i zeszła pomóc Marcie w gotowaniu. Pracowały ramię w ramię, niczym dobrze rozumiejące się siostry. To był dla niej prawdziwy psychiczny wypoczynek i odskocznia od stresów związanych ze zdobywaniem zaliczeń i zdawaniem egzaminów. Jedyne czym się ewentualnie mogła teraz stresować, to obawa przed przesoleniem zupy. Obiad był gotowy, podały wszystko na stół. Gospodarz był wyjątkowo zadowolony, widząc jak sprawnie ze sobą współpracują. Po spróbowaniu pierwszej potrawy wydał ostateczny werdykt:

— Dobra by była z ciebie kandydatka na żonę! Lata swoje już masz, hektarów aż nadto, gotujesz całkiem nieźle i zapewne studia kiedyś skończysz. Gdyby nie charakterek, to mógłbym poszukać ci jakiegoś bogatego kawalera.

Jedzenie utknęło jej w gardle, z trudem uniknęła zakrztuszenia. Zanim odpowiedziała, pooddychała trochę, żeby puls wrócił do normy.

— Dziękuję bardzo. Sama sobie znajdę. Obawiam się, że twój kandydat byłby zbyt podobny do ciebie. A jeden taki w rodzinie, to aż nadto!

Humor dopisywał mu dalej, najpierw zwrócił się do żony:

— Słyszałaś kobieto, zostałem przyjęty do rodziny!

A potem do Izy:

— Wierzę, że sobie poradzisz, tylko nie czekaj aż ludzie będą ci wytykać staropanieństwo!

Nie mogła pozostać mu dłużna:

— Przyganiał kocioł garnkowi!

— No co, „mężczyzna jest jak stare wino, im starszy….

Marta weszła mu w pół zdania i dokończyła za niego:

— tym dłużej powinien przebywać w szopie!”

Edi nie przejął się uwagą małżonki, wzniósł wskazujący palec do góry, prorokującym głosem zapowiedział:

Jeszcze wspomnisz me słowa

Bo przyjdzie taki czas

Że nawet serca twego kamień

Płonąć będzie jak suchy las!

Iza patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, o taki zmysł artystyczny nawet nie ośmieliłaby się go podejrzewać. Marta z dumą pogłaskała męża po rozczochranej jak zwykle czuprynie i zadowolona wyjaśniła:

— On nawet nie czuje, jak mu się fajnie czasem rymuje.

Wiejski poeta w tym czasie pochylił się nad deserem i skupił się na jedzeniu.

Po deserze Iza zapytała o możliwość wynajęcia okolicznych budowlańców, na tyle bystrych i sprawdzonych, żeby pomogli jej chociaż w najpilniejszych robotach remontowych. Edi zobowiązał się popytać po znajomych, ale nie dawał jej zbytnich nadziei. Był środek sezonu i większość fachowców wyjechało na kontrakty do większych miast i za granicę.

Postanowiła, że nawet jeśli nikt się nie znajdzie, sama spróbuje trochę tam uporządkować teren. A może przy pomocy Damiana zabezpieczą dom na tyle, by nie niszczał do przyszłego sezonu budowlanego. Umówiła się z nim na popołudnie, obejrzą razem jej posiadłość i zdecydują od czego zacząć.

Pomogła gospodyni posprzątać po obiedzie. Jak wszystko już lśniło, postanowiła dokończyć trawienie obiadu na sprawdzonym już wcześniej wygodnym hamaku. Z kubkiem kompotu truskawkowego pobiegła do ogrodu. Podchodząc do rozwieszonego w cieniu drzew jej wymarzonego miejsca wypoczynku, ze smutkiem zobaczyła, że jest już zajęte przez uporczywego gospodarza. Przez chwilę zastanawiała się, jak delikatnie wyjaśnić człowiekowi, żeby sobie gdzieś poszedł i pozwolił pobujać się w spokoju. Edi wyraźnie ucieszył się na widok zbliżającego się gościa i zanim zdążyła coś wymyślić, powiedział:

— Ooo, dobrze, że przyniosłaś mi piciu! Gorąco dzisiaj, a nie chciało mi się iść do domu.

Nadzieja na wygodne leżakowanie rozpłynęła się niczym poranna mgła. Chcąc wyjść jakoś z twarzą, usiadła na stojącym obok taboreciku. Milczała, czekając aż się może sam domyśli, że wypadałoby damie odstąpić legowisko. No cóż, chyba się rozczarowała, bo Edi ani myślał przerywać miłe chwile na hamaku, a jedynie zapytał:

— Coś cię martwi, Aniołku?

Akurat chwilowo nie miała żadnych zmartwień wyjąwszy brak miejsca na leniuchowanie. Ale coś powiedzieć wypadało:

— Z tym kontrolowaniem własnego organizmu…, to jak się tego nauczyć?

Rozmówca nieco się rozbudził i był bardzo zadowolony z tematu, który poruszyła. Zapowiadał się dłuższy wykład.

— Prosta sprawa. Zgodnie z wszelkimi pierwotnymi zasadami podświadomość ma kontrolować wszystkie funkcje życiowe organizmu, żebyśmy nie musieli zajmować się pamiętaniem o oddychaniu, jedzeniu czy sikaniu. To ona zarządza naszym wzrostem, rozwojem biologicznym i metabolizmem. Praktycznie nie ma na ziemi człowieka, który by posiadał wiedzę na temat wszystkich procesów zachodzących w jego własnym ciele.

Przerwała mu:

— Przecież medycyna już sporo odkryła w tej dziedzinie.

— Coś tam odkryła, zaledwie niewielki ułamek. Tylko po co, skoro i tak nie potrafi tego wykorzystać. Medycyna w ostatnich latach rozwinęła się do rangi wielu niezależnych dziedzin nauki. Badacze i naukowcy nawymyślali różnych lekarstw i terapii, a ludzie jak chorowali tak chorują, i wygląda na to, że chorób jakoś dziwnie przybywa.

— To co, badania nad chorobami i nowymi lekami nie mają sensu.

— Jakiś tam sens mają. Zawsze witamina C czy aspiryna się przyda, ale sama zapewne już wiesz, że z antybiotykami jest tyle samo pożytku, co problemów. Chemioterapia wyniszcza organizm niemal doszczętnie. Gdyby ludzie mieli jakąś alternatywę, to nikt o zdrowych zmysłach by się na nią nie zgodził. W porównaniu z latami powojennymi mamy mnóstwo szpitali i ośrodków zdrowia, a mimo to chorych jest coraz więcej.

— Ale po to właśnie pracują naukowcy, żeby odkryć wszystkie tajemnice.

Edi skrzywił się z niesmakiem i kontynuował:

— Życzę im powodzenia na najbliższe tysiąc lat. A podświadomość każdego z nas już dzisiaj doskonale wie, jak ma funkcjonować organizm i świetnie potrafi sobie z nim radzić.

— Chyba nie za bardzo, skoro jest tylu chorych!

— I tu właśnie poruszyłaś najistotniejszą kwestię. Podświadomość tak działa, jak my jej na to pozwalamy. Skoro nasze zdrowie powierzamy w ręce obcych nam ludzi i wierzymy, że jedynie łykając zamknięte w plastikowe opakowania tabletki możemy wyzdrowieć, to nie wykorzystujemy najważniejszego naszego sojusznika, jakim jest nasze własne „Ego”.

— Rozumiem, że odradzasz ludziom korzystania ze współczesnej medycyny?

— Ależ skąd, niczego nikomu nie odradzam. Jedynie uważam, że najlepszym rozwiązaniem jest nie chorować.

Rozbawił ją tym stwierdzeniem.

— To wprost genialne! Wystarczy nie chorować i nie ma wtedy potrzeby nikogo leczyć. Dobrze zrozumiałam, czy coś pokręciłam?

— Dokładnie tak. Skoro podświadomość od początku twoich narodzin tworzy i organizuje metabolizm twojego ciała, to wystarczy dojść z nią do porozumienia i po problemie.

Westchnęła głęboko i brnęła w ten temat dalej:

— To gdzie jest haczyk? Ja nie znam zbyt wielu osób, którzy to potrafią, a z pewnością wszyscy by chcieli!

— Kłopot w tym, że nasza podświadomość tak bardzo chce się nami opiekować, że praktycznie nas ubezwłasnowolnia. To ona narzuca nam swoje pomysły na bogate i dostatnie życie, na nieustawiczną walkę o pozycję, status i władzę. O zaspokajaniu potrzeb fizjologicznych chyba wspominać nie muszę. Skłania nas do wielu działań, które są nam zupełnie do szczęścia niepotrzebne. Chyba zdajesz sobie sprawę, ilu ludzi umiera z milionami na koncie, bo nawet nie zdążyli przejeść tego wszystkiego, na co z takim trudem zapracowali. A pozostali wymyślają sobie marzenia o dalekich podróżach, nieprzebranych skarbach, super furach czy pięknych jachtach i są nieszczęśliwi z powodu ich braku przez całe życie.

Iza się naburmuszyła:

— Mnie tam nikt nic nie narzuca!

— Achaaa! No to spróbuj nie myśleć o niczym przez dziesięć minut! Twoje ego podsunie ci w tym czasie tysiąc myśli, bylebyś tylko była czymś wiecznie zaabsorbowana.

— Potem spróbuję i zobaczymy.

— Idę o zakład, że nie wytrzymasz nawet minuty!

Wolała się z nim na razie nie zakładać, po chwili zastanowienia zapytała:

— No dobra, to jak mam zacząć dogadywać się z tą twoją podświadomością?

Uśmiechnął się do niej tajemniczo:

— Na razie dogadaj się ze swoją własną, a o mojej pogadamy innym razem.

— Ok, czyli co mam robić?

— Już ci powiedziałem. Ćwicz całkowite niemyślenie. Jeśli nauczysz się kontrolować to, co ego próbuje ci wcisnąć jako twoje własne myśli, to dalej już pójdzie z górki.

Długo wszystko analizowała, w końcu nie wytrzymała i zapytała wprost:

— A mogłabym poćwiczyć na hamaku?

Z wielkim bólem i poświęceniem na twarzy, powoli i niechętnie zlazł wreszcie z zajmowanego legowiska. Poprawił ubranie i zwrócił się do Izy:

— Daj, przytrzymam ci kubek, bo rozlejesz.

Podała mu naczynie i zadowolona zaczęła się układać na upragnionym hamaku. Jak już wygodnie leżała, zorientowała się, że Edi zostawił kubek na taboreciku i poszedł w kierunku stodoły. Zamknęła oczy i podjęła pierwszą banalną próbę niemyślenia. Po kilku sekundach coś jednak ją rozproszyło. Podjęła kolejną, również nieudaną. Przy piątej próbie była już pewna, że musi się napić kompotu, to pójdzie jej łatwiej. Sięgnęła do kubka i zbulwersowana stwierdziła, że jest pusty. Wyglądało na to, że Gamoń wyżłopał jej pyszny kompocik i nie zostawił nawet łyka. Musiała się uspokajać dłuższą chwilę, bo iść do domu po kolejną porcję nie chciała. Podejrzewała, że Edi czai się gdzieś w pobliskich krzakach i tylko czeka, żeby znowu zająć jej miejsce.

Zawzięła się w sobie, skupiła najmocniej, jak potrafiła. Tym razem szło jej coraz lepiej, czuła że minimum piętnaście sekund potrafi trwać, nie rozważając żadnej zbędnej myśli. Zadowolona z osiągniętego sukcesu wyrównała oddech i postanowiła iść na całość. Tym razem postanowiła wytrzymać całą minutę. Oczyściła umysł, oddaliła od siebie wszystkie myśli, odsunęła te, które uporczywie nadal pchały się jej do głowy. Udało się. Poczuła stan, w którym stanęła obok codziennych problemów i zmagań z rzeczywistością. Minęło około trzydzieści sekund. Świat toczył się własnym rytmem, ptaki śpiewały, owady kręciły się po ogrodzie, a Iza smacznie sobie spała głębokim i spokojnym snem w wygodnym hamaku.

Obudziła się po godzinie. Podsumowując efekty swoich dzisiejszych ćwiczeń, doszła do wniosku, że może sukcesów zbytnich nie osiągnęła, ale wyspała się należycie. Taki popołudniowy wypoczynek dobrze jej zrobił, czuła się zrelaksowana i pełna energii na spotkanie z Damianem.

Chłopak zgodnie z obietnicą zabrał ją na wycieczkę po włościach należących kiedyś do śp. Malinowskiej, a w chwili obecnej do niej. Długo chodzili, oglądając wszystkie kąty i zakamarki. Fachowcami nie byli, ale mimo to stanu technicznego nie oceniali zbyt wysoko. Trzeba było włożyć mnóstwo pracy, żeby udało się przystosować stare, zapuszczone gospodarstwo do obecnych standardów. Iza miała pewne wyobrażenia dotyczące jej przyszłego domku. Dlatego tym bardziej zakres prac wymagał większych kosztów i przebudowania kilku pomieszczeń. Przed odjazdem chłopak dla zabawy nauczył ją jak odpalać i prowadzić motor. Podwórko było na tyle duże, że z wielkimi emocjami, ale jednak udało się jej zrobić kilka kółek i nie wpaść w żadną szopę czy stodołę.

Wracając, spotkali swoją chrześnicę spacerującą w wózku razem z mamą. Zostawili motor na poboczu i razem poszli polnymi duktami, gawędząc wspólnie niemal o wszystkim. Iza korzystając z rzadkiej okazji, uczyła się kierować dziecięcym wózkiem, przecież taka umiejętność kiedyś mogła się jej przydać. Przed zmrokiem była już w domu. Siedząc w salonie na swoim ulubionym fotelu, dowiedziała się od gospodarza, że ze znalezieniem fachowców w tym sezonie już nic nie będzie. Trochę ją ta wiadomość zasmuciła, liczyła, że jednak Ediemu uda się kogoś znaleźć i namówić. No trudno, przecież „z pustego to i Salomon nie naleje”, będą musieli jakoś sobie z tym poradzić.

Marta widząc jej zafrasowaną minkę, zmieniła temat i poprosiła Izę o nazbieranie potrzebnych ziół z leśnej polany, którą pokazała jej w zeszłe wakacje. Ona sama jutro miała poumawianych pacjentów i nie mogła pójść razem z nią. Dziewczyna zgodziła się chętnie, spędzenie większości dnia w lesie to był dobry pomysł. Lubiła las, a tę uroczą polanę, na której rosły zioła w szczególności.

Przy okazji zapytała Martę:

— Przeglądałam zielnik, który od ciebie dostałam. Odwaliłaś kawał dobrej roboty. Tylko czemu część przepisów jest wydrukowana na czerwono?

— Bo to receptury raczej już historyczne i nie możemy ich teraz sporządzić.

Zaskoczona jej odpowiedzią dociekała dalej:

— Dlaczego?

— Bo potrzebne są do nich rośliny, które już w tej okolicy nie występują, albo w ogóle nikt o nich nie słyszał. Z szacunku do śp. Malinowskiej zamieściłam je w zielniku, żeby jej wiedza i doświadczenie nie przepadło. Może kiedyś uda się odnaleźć te zioła, wyhodować w większej ilości i sprawdzić ich działanie.

Wspomnienie śp. Malinowskiej napełniło ją nostalgią, tęskniła za tą przemiłą kobietą. Przytaknęła ze zrozumieniem głową i życząc wszystkim spokojnej nocy, udała się do siebie na górę.

Wieczór był cichy i spokojny, jedynie cykady urządziły sobie nocny koncert.

Wyłączając przed snem komórkę, odczytała ostatnią wiadomość dzisiejszego dnia od Damiana:

Nie wiem kim jesteś

I jakie twe imię

Wiem że przez Ciebie

Radośniej się żyje

Daj mi szansę by

Choć cień nadziei

Przesunął horyzont

Ku barwie zieleni

Raju stworzyć nie umiem

Lecz wszystko co z wiatru i wody

Mogę jeśli zechcesz

Rzucić Ci pod nogi

Dłuższy pobyt na wsi pozwalał jej sądzić, że na prowincji drzemie o wiele większy potencjał artystyczny niż przypuszczała. Izie zupełnie to nie przeszkadzało, a nawet liczyła na to, że przed zaśnięciem będzie częściej dostawała taką lekturę do poczytania. Po takiej literaturze spało się jej o wiele smaczniej.

Rozdział IV

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 29.21