E-book
7.88
drukowana A5
60.03
Czarny Piasek

Bezpłatny fragment - Czarny Piasek


Objętość:
367 str.
ISBN:
978-83-8467-972-2
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 60.03

Rozdział 1. Czarny piasek

Magnús Arnarson przeczytał wiadomość drugi raz.

22.30. Stary port. Magazyn numer 4. Przyjedź sam. Mam oryginały.

Telefon trzymał nisko, pod stołem, choć przy sąsiednich stolikach nikt nie zwracał na niego uwagi. Restauracja była pełna. Przy barze śmiała się grupa młodych ludzi, kelner przeciskał się pomiędzy krzesłami z tacą kieliszków, gdzieś za plecami Magnúsa ktoś głośno opowiadał o jutrzejszym locie do Londynu. Wieczór wyglądał zupełnie zwyczajnie, co tylko potęgowało niepokój wywołany wiadomością. Ostatnie dwa słowa odbierały zwyczajność całemu wieczorowi: Mam oryginały. Odłożył telefon i spojrzał na talerz. Dorsz zdążył wystygnąć, a sos zastygł cienką warstwą przy krawędzi porcelany.

— Wszystko w porządku?

Podniósł wzrok. Naprzeciwko siedziała jego żona.

— Tak.

— Od pięciu minut patrzysz na rybę.

— Myślę.

— To źle?

Uśmiechnął się.

— W moim wieku najczęściej.

Parsknęła śmiechem i wróciła do swojego wina. Magnús sięgnął po kieliszek, lecz tylko zwilżył usta. Numer, z którego przyszła wiadomość, nic mu nie mówił; był islandzki, zapewne z karty na doładowanie albo kupiony dzień wcześniej. Ktoś, kto wysyłał coś takiego po piętnastu latach, raczej nie zamierzał się przedstawiać. To jedno słowo uruchomiło pamięć szybciej niż nazwisko. Norðurhaf wrócił po piętnastu latach.

Pamiętał sale konferencyjne, wykresy i prezentacje: przychody liczone na lata do przodu, ceny paliwa w najkorzystniejszym wariancie, wartość kwot połowowych, kursy walut i optymistyczne prognozy sprzedaży. Po obu stronach stołu siedzieli ludzie udający, że rozumieją przyszłość. Pamiętał również premie, choć tych nikt nie wpisywał do prezentacji dla klienta.

— Muszę jeszcze gdzieś podjechać.

Żona spojrzała na zegarek.

— Teraz?

— Pół godziny.

— Magnús, jest prawie dziesiąta.

— Wiem.

— Jutro nie możesz?

— Nie.

Przyjrzała mu się uważniej.

— Praca?

Zawahał się o ułamek sekundy.

— Stara sprawa.

Po trzydziestu latach małżeństwa wiedziała, kiedy dalsze pytania niczego nie dadzą.


Wiatr od zatoki wciskał się pod płaszcz, kiedy Magnús zaparkował mercedesa pomiędzy dwoma kontenerami. Na terenie starego portu panowała cisza, której nie pamiętał z czasów, kiedy pracowały tu jeszcze chłodnie. Wtedy przez całą dobę jeździły ciężarówki, buczały agregaty, ludzie krzyczeli do siebie pomiędzy rampami. Teraz część budynków czekała na rozbiórkę, a magazyn numer 4 stał bliżej wody. Magnús nie wysiadał.

22.28.

Mógł odjechać. Ta myśl pojawiła się rozsądnie, bez paniki. Uruchomić silnik, wrócić do restauracji, dopić wino. Rano zadzwonić do prawnika. Potem do kogoś z banku. Może nawet na policję. Spojrzał ponownie na wiadomość. Mam oryginały. Przeklął cicho i wysiadł. Buty ślizgały się na mokrym betonie. W oddali uderzały o nabrzeże małe fale. W powietrzu czuć było olej napędowy. Metalowe drzwi magazynu były uchylone.

— Halo?

Odpowiedziała mu cisza. Magnús wszedł. W środku było ciemno. Wyciągnął telefon i włączył latarkę.

— Jestem. Gdzie jesteś?

Światło przecięło pustą halę. Stare palety. Fragment przenośnika. Pordzewiała szafa elektryczna. Telefon zawibrował. Nowa wiadomość. Dalej. Magnús zatrzymał się.

— Pieprzyć to.

Odwrócił się. Drzwi za jego plecami zamknęły się z metalicznym uderzeniem. Znieruchomiał.

— Kto tam jest?

Usłyszał spokojne, miarowe kroki. Magnús skierował latarkę w stronę dźwięku. Snop najpierw wyłowił buty i nogawki spodni. Twarz mężczyzny pozostawała w cieniu.

— Czego chcesz?

Tamten podszedł bliżej. Magnús rozpoznał go. Przez moment nie potrafił dopasować starszej twarzy do obrazu sprzed lat. Wtedy włosy były ciemniejsze, ramiona szersze. Głos jednak pozostał ten sam.

— Pamiętasz mnie.

Magnús opuścił telefon.

— Oczywiście.

— To dobrze.

— Jeżeli chodzi o Norðurhaf, minęło piętnaście lat.

— Czternaście lat i osiem miesięcy.

Magnús próbował się uśmiechnąć.

— Widzę, że liczyłeś.

— Miałem czas.

— Czego ode mnie chcesz?

— Niczego.

To słowo Magnúsowi się nie spodobało.

— Napisałeś, że masz dokumenty.

— Mam.

— Jakie?

— Te, których według was nie było.

Magnús westchnął.

— Posłuchaj. Jeżeli chcesz wracać do tamtej transakcji, znajdź prawnika. Fundusz już nawet nie istnieje w tamtej formie. Ludzie się pozmieniali. Spółki zostały sprzedane. Nie wiem, co chcesz osiągnąć.

Mężczyzna milczał. Magnús poczuł irytację. Znacznie łatwiej radził sobie z ludźmi, kiedy odpowiadali.

— Norðurhaf podjął decyzję biznesową. Nikt nikogo do niczego nie zmuszał.

— To zawsze mówiliście.

— Bo tak było.

— Wiedzieliście, że firma może tego nie udźwignąć.

— Każda inwestycja wiąże się z ryzykiem.

— A wy?

— Co my?

— Jakie mieliście ryzyko?

Magnús zacisnął szczękę.

— Nie będę prowadził z tobą dyskusji o finansowaniu sprzed piętnastu lat w pustym magazynie.

Ruszył w stronę drzwi. Mężczyzna zastąpił mu drogę.

— Dostałeś wtedy premię?

— Odsuń się.

— Ile?

— To nie ma żadnego znaczenia.

— Dla ciebie.

Magnús poczuł pierwszy wyraźny niepokój.

— Jeżeli potrzebujesz pieniędzy…

Mężczyzna roześmiał się krótko.

— Nadal nic nie rozumiesz.

— Więc mi wytłumacz.

— Nie chcę ci już niczego tłumaczyć.

Tym razem Magnús zrobił krok do tyłu. W świetle telefonu dostrzegł drugiego człowieka. Stał kilka metrów dalej. Musiał być tam od początku. Magnús odruchowo sięgnął do kieszeni. Telefon zniknął mu z ręki. Uderzenie nie było mocne, ale wystarczyło. Aparat przeleciał po posadzce i zatrzymał się pod starym przenośnikiem.

— Co wy robicie?

Pierwszy mężczyzna patrzył na niego bez emocji.

— Bilans.

Magnús cofnął się jeszcze o krok.

— Zwariowałeś.

— Możliwe.

— Ludzie wiedzą, gdzie jestem.

— Nie wiedzą.

Magnús poczuł, jak zimno spod płaszcza wchodzi głębiej, aż pod koszulę. Pomyślał o żonie czekającej w restauracji, o domu, synu i wnuczce, która rano miała przylecieć z Akureyri.

— Posłuchaj mnie.

Mężczyzna podszedł bliżej.

— Słuchałem was przez trzy lata.

Magnús chciał coś powiedzieć. Nie zdążył.


Na Hafnarskeið, czarnej plaży na wschód od Þorlákshöfn, długie fale oceanu wchodziły daleko na mokry piasek. Victoria trzymała się wysoko, poza zasięgiem wody. Wiedziała już, że pojedyncza fala potrafi dojść znacznie dalej niż kilka poprzednich. Wiatr szarpał pasma włosów wystające spod czapki, a drobny deszcz ciął twarz. Z domu na skraju Hveragerði miała tu niewiele ponad dwadzieścia minut samochodem, dlatego wracała na ten odcinek zamiast jechać na Reynisfjarę razem z turystami. Ukucnęła przy pasie czarnego żwiru. Między ziarnami piasku leżały wygładzone bazaltowe kamyki, ciemne i ciężkie od wody. Wyżej, na granicy wydm, rosły pojedyncze kępki trawy przygiętej wiatrem. Nabierała kamyki w dłoń, patrząc na Atlantyk. Lubiła tę pustkę i brak osłony. Islandia od lat była jej marzeniem, a tym razem przyjechała na dłużej, może na zawsze.

„To ja” — pomyślała. — „Jestem Victoria.”


O piątej czterdzieści rano rybak znalazł mercedesa przy nabrzeżu. Drzwi od strony kierowcy były otwarte, na siedzeniu leżał telefon, a portfel został w schowku. Samego Magnúsa Arnarsona nigdzie nie było. Kilka godzin później policja przyjęła roboczo, że Magnús wpadł do wody; noc, prąd i zimno utrudniały poszukiwania.

Rozdział 2. Nowa

Następnego dnia wyjechała z Hveragerði przed siódmą. Jesienią o tej porze było jeszcze zupełnie ciemno. Umferðin pokazywała śliską nawierzchnię na Hellisheiði, ale droga była otwarta. Na przełęczy wiatr przerzucał mokry śnieg przez asfalt, a z przeciwka minęła ją piaskarka rozsypująca kruszywo na śliskiej jezdni. Po zjeździe w stronę stolicy zabudowa gęstniała, lecz Reykjavík nadal wydawał się niski. Nad dachami wyrastała Hallgrímskirkja, a w starszych kwartałach między nowszymi budynkami migały elewacje kryte falistą blachą. W dobrych warunkach dojazd zajmował jej niespełna czterdzieści minut; tego ranka potrzebowała prawie godziny.

W pracy była kilka minut przed czasem. Nowy szef, nowy zespół, inne reguły — najpierw trzeba było zobaczyć, kto naprawdę rządzi salą, a kto tylko mówi najgłośniej. Korytarz ciągnął się przez niemal całe piętro; po obu stronach stały boksy, na końcu znajdował się gabinet Rogera. Victoria szła spokojnie, z teczką pod pachą. Nie zamierzała robić wejścia, ale i tak czuła na sobie spojrzenia. Znała je z poprzednich miejsc pracy: szybka ocena twarzy, figury, wieku, później dopiero nazwiska i kompetencji. Drażniło ją to za każdym razem. Przy automacie do kawy dwóch mężczyzn przerwało rozmowę. Jeden zagwizdał cicho. Victoria zatrzymała się i popatrzyła na niego ponad czarnymi oprawkami. Uśmiech zniknął mu z twarzy. Jeszcze nie wiedział, że od tego dnia będzie pracował w zespole, którym miała kierować.

— Pierwsza lekcja — mruknęła do siebie. — Granice ustala się od początku. Poprawiła żakiet i ruszyła do gabinetu Rogera.

Nie uważała się za kogoś niezwykłego. Miała troje dorastających dzieci, kilka zawodowych blizn i doświadczenie, że kiedy życie przewraca człowieka, najlepiej wstać szybko, zanim ktoś zdąży uznać, że miejsce jest wolne. Do swojej pozycji doszła pracą i uporem. Uroda częściej komplikowała jej relacje, niż je ułatwiała, dlatego w pracy pilnowała wyraźnych granic. Islandię przyjęła inaczej. Dla przełożonych przeniesienie do Reykjavíku miało być wygodnym rozwiązaniem po kolejnym konflikcie. Dla niej brzmiało jak nagroda. Dzieci oceniały sprawę mniej entuzjastycznie: nowa szkoła, nowy język, nowi koledzy. Ich humory dostawała codziennie w pakiecie z kartonami, zakupami i organizowaniem życia samotnej matki. Dom wynajęła na obrzeżu Hveragerði. W samej miejscowości rosło więcej drzew, niż spodziewała się po Islandii, a w chłodne poranki nad częścią zabudowy widać było parę z geotermii. Wieczorem na obrzeżach świeciły szklarnie ogrzewane geotermalnie. Kilka kilometrów dalej krajobraz znów otwierał się bez osłony. Do pracy miała Hellisheiði, a do czarnego wybrzeża pod Þorlákshöfn niecałe pół godziny. Dla dzieci oznaczało to małe miasteczko zamiast stolicy; dla niej był to rozsądny kompromis między bankiem a oceanem.

Roger był dyrektorem działu analiz i inwestycji Ísafold Bank. Przetrwał czystki po kryzysie, lecz wynik działu nadal nosił ślady tamtych lat. Pracował dużo i wymagał tego samego od ludzi. Kiedy dostał profil Victorii, zatrzymał się przy nim dłużej: doświadczenie, dobre wyniki, twarde raporty, niewiele absencji, opinie przełożonych zgodne tylko w jednym — była skuteczna i uparta. Właśnie takich ludzi potrzebował. Wiedział też, że przeprowadzka samotnej matki z trojgiem nastolatków nie sprowadza się do podpisania aneksu do umowy. Załatwił kontakt do agenta, który był mu winien przysługę, oraz pomógł przy szkołach. Nie oczekiwał podziękowań; chciał, żeby przyszła pierwszego dnia i mogła zająć się pracą zamiast islandzką biurokracją. Kiedy usłyszał pukanie, spojrzał na zegarek. Punktualnie.

— Proszę wejść. Victoria weszła w ciemnym żakiecie i z teczką pod pachą. Wyglądała młodziej, niż sugerowały dokumenty. Roger złapał się na tym, że przez sekundę ocenia ją jak mężczyzna, nie jak przełożony. Natychmiast przeniósł uwagę na twarz. Nie podobało mu się, jak łatwo przyszła ta pierwsza reakcja.

— Victoria? Proszę. — Wskazał krzesło naprzeciw biurka.

— Jestem Roger. W dziale mówimy sobie po imieniu, ale resztę granic każdy ustala sam.

Uścisnęła mu dłoń krótko i stanowczo. Roger przedstawił zakres obowiązków: miała kierować zespołem analiz operacyjnych i raportować bezpośrednio do niego. Rozmowa trwała niecały kwadrans, bo kalendarz miał wypełniony od rana. Kiedy wstała, odruchowo odprowadził ją wzrokiem, po czym świadomie wrócił do dokumentów. Victoria odwróciła się jeszcze w drzwiach i podziękowała. Zobaczyła człowieka pochylonego nad kalendarzem, nie faceta gapiącego się na jej nogi. Drobiazg, ale zapamiętała go.

— Będzie się działo — powiedział Roger i dopiero po sekundzie zorientował się, że wypowiedział myśl na głos. Victoria uniosła brew. — W sensie zawodowym. Z pani doświadczeniem ten zespół przestanie spać spokojnie.

— To brzmi lepiej — odpowiedziała.

Roger odnotował ostrzeżenie, ale również możliwość, której wcześniej nie miał.


O dziewiątej sala konferencyjna była pełna. Victoria usiadła z boku, zgodnie z sugestią Rogera, i miała tylko obserwować. Przed każdym leżał wydruk projektu finansowania grupy hotelowej, która zamierzała kupić dwa obiekty na północy kraju. Kwota kredytu była duża, ale zabezpieczenia wyglądały solidnie, przynajmniej na pierwszych kilkunastu stronach. Roger prowadził spotkanie inaczej, niż rozmawiał w gabinecie: mówił mniej, zadawał krótkie pytania i przerywał ludziom, gdy odpowiedzi zaczynały przypominać prezentację sprzedażową.

— Marża?

— Dwa siedemdziesiąt pięć powyżej stopy bazowej — odpowiedział mężczyzna z działu kredytowego.

— Prowizja wejściowa?

— Jeden osiem.

— Zabezpieczenie?

— Oba hotele, cesja przychodów, dodatkowo gwarancja spółki matki.

— Najgorszy scenariusz.

Lorenzo odezwał się pierwszy.

— Spadek obłożenia o piętnaście procent i wzrost kosztów finansowania o dwieście punktów. Nadal mieszczą się w kowenantach.

Roger przewrócił kilka stron.

— Płynność?

— Dwanaście miesięcy bez problemu.

Potem trafiła na przypis i wróciła do strony dwudziestej czwartej. Lorenzo mówił dalej o wartości nieruchomości i rosnącym ruchu turystycznym; miał pewny głos i widać było, że zna prezentację niemal na pamięć. Victoria podniosła długopis.

— Mogę?

Kilka osób spojrzało w jej stronę. Roger skinął głową.

— Miałaś tylko słuchać, ale spróbujmy.

— Na stronie trzydzieści osiem przychody z umów grupowych są liczone jako zabezpieczone na trzy lata.

Lorenzo odwrócił się do niej.

— Bo są.

— Nie są.

— Jest podpisana umowa.

— Z możliwością wypowiedzenia przy zmianie właściciela.

W sali zrobiło się ciszej. Lorenzo sięgnął po dokument.

— Gdzie?

— Przypis siedem. Odsyła do załącznika C. Załącznika nie ma w tej teczce, ale zapis jest opisany w analizie prawnej na stronie dwadzieścia cztery.

Lorenzo szybko przewracał kartki. Victoria mówiła spokojnie.

— Jeśli po zakupie kontrahent skorzysta z prawa wypowiedzenia, tracą prawie jedną trzecią przychodów grupowych. Wtedy test płynności nie wytrzymuje dwunastu miesięcy. Przy waszym scenariuszu stresowym wychodzi niecałe siedem.

Mężczyzna z kredytów pochylił się nad dokumentami.

— Zabezpieczenia nadal pokrywają ekspozycję.

— Banku — powiedziała Victoria. — Klienta już nie.

— Bank finansuje transakcję, nie prowadzi hotelu.

— Wiem.

Roger patrzył na nią przez moment.

— Jaki wniosek?

— Kredyt jest dobry dla nas. Dla klienta konstrukcja jest znacznie bardziej agresywna, niż pokazuje prezentacja. Jeżeli mamy go puścić, przynajmniej zapiszmy ryzyko uczciwie.

Lorenzo odłożył kartki.

— Klient ma doradców.

Victoria odwróciła do niego głowę.

— My też. Siedzą przy tym stole.

Przez sekundę wyglądał, jakby chciał odpowiedzieć, ale Roger wszedł mu w słowo.

— Poprawcie model. Chcę wariant bez kontraktu grupowego i z wyższym kosztem finansowania. Jeżeli zabezpieczenie nadal wystarczy, wrócimy do tematu jutro.

— To przesunie decyzję — powiedział ktoś z końca stołu.

— O jeden dzień.

— Klient naciska.

Roger zamknął teczkę.

— Klient zawsze naciska. My zarabiamy między innymi za to, że potrafimy liczyć pod presją.

Spotkanie ruszyło dalej, a Victoria obserwowała Rogera uważniej. Prowadził je twardo i potrafił zmienić decyzję, gdy liczby tego wymagały. W jego sposobie myślenia bank znajdował się jednak zawsze w środku równania. Ryzyko klienta miało znaczenie wtedy, gdy mogło wrócić do banku; pozostałe konsekwencje zostawiał kontrahentowi, prawnikom i podpisanej umowie. Victoria znała ten sposób myślenia, bo pracowała w nim od lat. Telefon Rogera zawibrował na stole. Spojrzał na ekran i odrzucił połączenie, lecz po kilkunastu sekundach urządzenie odezwało się ponownie. Tym razem wstał.

— Pięć minut przerwy.

Wyszedł z sali, a Victoria odruchowo zerknęła na zegarek. Spotkanie trwało dopiero czterdzieści minut. Po drugiej stronie stołu Lorenzo nadal przeglądał stronę trzydziestą ósmą.

— Dobry początek — powiedział cicho.

— Dzięki.

— Zwykle nowi czekają przynajmniej dzień, zanim poprawią komuś model.

— Mogę następnym razem poczekać.

Lorenzo uśmiechnął się krzywo.

— Już cię nie lubię.

— To też widać.

Tym razem uśmiechnęła się pierwsza. Roger wrócił po kilku minutach. Twarz miał spokojną, ale Victoria zauważyła, że usiadł bez otwierania dokumentów.

— Kończymy ten punkt — powiedział. — Resztę przełożymy na jedenastą.

Mężczyzna z kredytów spojrzał na niego zdziwiony.

— Coś się stało?

— Tak.

Roger zebrał kartki.

— Magnús Arnarson zaginął wczoraj wieczorem. Znaleziono jego samochód w porcie.

Kilka osób wymieniło spojrzenia. Lorenzo przestał się uśmiechać.

— Ten Magnús?

— Tak.

— North Atlantic Capital?

Roger skinął głową.

— Policja jeszcze niczego nie potwierdziła. Jeżeli media zaczną dzwonić, odsyłacie wszystko do komunikacji. Bez komentarzy, bez wspomnień, bez opowieści, kto z nim kiedy pił.

— Pracował z nami? — zapytała Victoria.

— Dawno temu.

— Przy czym?

— Przy wielu rzeczach.

Zamknął laptop.

— Jedenasta. Ta sama sala.

To był koniec rozmowy. Przez resztę poranka Victoria poznawała zespół. Lorenzo pracował szybko i dobrze, przy tym był całkowicie przekonany o własnej przewadze. Matteo mówił mniej i sprawdzał wszystko dwa razy. Dwie analityczki, Anna i Rakel, miały własny system pracy i nie potrzebowały prowadzenia za rękę. Pozostali obserwowali nową szefową z ostrożnością, która znikała dopiero wtedy, gdy zaczynali mówić o liczbach.


O trzynastej ktoś włączył telewizor wiszący przy części kuchennej. Na pasku informacyjnym pojawiła się fotografia Magnúsa Arnarsona.

Na ekranie Magnús wyglądał na sześćdziesiąt kilka lat. Siwe włosy i garnitur pasowały do człowieka przyzwyczajonego do zdjęć robionych podczas konferencji. Podpis informował, że policja prowadzi poszukiwania byłego partnera funduszu North Atlantic Capital, którego samochód odnaleziono nad ranem przy starym porcie. Rodzina zgłosiła zaginięcie.

— Morze? — zapytał Matteo.

Elín wzruszyła ramionami.

— Jeśli wpadł do wody, mogą go długo nie znaleźć.

— Magnús nie spacerował po porcie o dziesiątej wieczorem — powiedział Lorenzo.

— Znałeś go?

— Każdy znał Magnúsa.

Victoria spojrzała w stronę gabinetu Rogera. Drzwi były zamknięte po raz pierwszy od rana.


Roger siedział bez światła. Na monitorze miał otwarty dostęp do archiwum dokumentów sprzed cyfrowej migracji banku. System był powolny i pamiętał czasy, kiedy każda większa transakcja miała własny numer projektu, a część załączników skanowano dopiero po podpisaniu. Wpisał kod z pamięci.

NH-04/11.

Ostatni raz używał go wiele lat wcześniej. System odnalazł osiemdziesiąt trzy pozycje, z których pierwsza miała tytuł:

NORÐURHAF GROUP — FINANSOWANIE EKSPANSJI / DOKUMENTACJA GŁÓWNA.

Roger otworzył indeks. Nazwiska pojawiły się jedno pod drugim: przy funduszu Magnús Arnarson; przy banku trzech ludzi, z których jeden nadal siedział w zarządzie Ísafold; przy kliencie zarząd Norðurhaf, dyrektor finansowy i młodszy menedżer odpowiedzialny za model inwestycji, Roger Halldórsson. Oparł dłonie o biurko. Przez kilka sekund słyszał jedynie wentylację i cichy szum komputerów zza ściany, potem kliknął następny dokument: ANALIZA RYZYKA — WERSJA WEWNĘTRZNA. Dostęp ograniczony. Spróbował go otworzyć, lecz system poprosił o dodatkową autoryzację. Roger cofnął kursor. Ktoś zapukał, więc zamknął okno archiwum.

— Proszę.

Do gabinetu weszła Victoria. Trzymała poprawiony model z porannego spotkania.

— Lorenzo zrobił wariant bez kontraktu grupowego.

— Już?

— Chciał udowodnić, że nadal ma rację.

— Ma?

— Nie.

Położyła dokument na biurku. Roger otworzył pierwszą stronę, ale przez chwilę nie czytał.

— Dobry pierwszy dzień?

— Jeszcze się nie skończył.

— Słusznie.

Victoria ruszyła do drzwi, zatrzymała się jednak w połowie kroku.

— Znałeś tego człowieka z wiadomości lepiej, niż powiedziałeś na spotkaniu.

Roger podniósł wzrok. Jej ton był rzeczowy. Zauważyła fakt i zostawiła mu wybór, ile chce powiedzieć.

— Pracowaliśmy przy jednym projekcie — odpowiedział.

— Dawno?

— Bardzo.

— Dobrze.

To wszystko. Otworzyła drzwi.

— Victoria.

Odwróciła się. Roger chciał powiedzieć, żeby trzymała się z daleka od starych dokumentów, lecz zdanie od razu zabrzmiało absurdalnie. Miała kierować analizami, a jej praca polegała na zaglądaniu tam, gdzie inni przestawali patrzeć.

— Nic. Do jutra.

— Do jutra.

Drzwi zamknęły się cicho, a Roger ponownie otworzył archiwum. Na ekranie wróciło nazwisko Magnúsa, poniżej data pierwszej wypłaty środków dla Norðurhaf i kwota prowizji funduszu. Roger pamiętał tamten dzień, szampana w sali konferencyjnej i ludzi ściskających sobie dłonie po podpisaniu dokumentów. Hákon stał przy oknie i mówił, że firma weszła do innej ligi. Wtedy wszyscy mu gratulowali; kilka lat później sprzedawali jego statki. Magnús zaginął po czternastu latach i ośmiu miesiącach. Roger zamknął plik, ale dokładna długość tego odstępu została mu w głowie.

Rozdział 3. Prowizja

Następnego ranka Victoria przyszła do banku dwadzieścia minut wcześniej. Chciała mieć ciszę, zanim piętro wypełni się telefonami, rozmowami i ludźmi, którzy od progu będą wiedzieli, czego potrzebują od niej na wczoraj. Na siódmym piętrze świeciła może jedna trzecia monitorów. Ktoś parzył kawę w kuchni, drukarka przy salach konferencyjnych pracowała bez przerwy, a za oknami Reykjavík tonął w szarym świetle; ponad niską zabudową widać było wieżę Hallgrímskirkja, a dalej, po drugiej stronie zatoki, zbocza Esji. Na biurku czekał poprawiony model finansowania hoteli. Lorenzo wysłał go o drugiej siedemnaście w nocy. W wiadomości dopisał tylko: „Sprawdź jeszcze raz”. Victoria sprawdziła model od razu.

Model był lepszy. Ryzyko opisano uczciwiej, umowa grupowa przestała być traktowana jak gwarantowany przychód, a przy wyższym koszcie finansowania projekt wciąż miał sens. Bank nadal był dobrze zabezpieczony. Klient miał mniej miejsca na błąd, niż zapewne chciałby usłyszeć podczas prezentacji, ale przynajmniej liczby przestały udawać coś, czym nie były. Odpisała Lorenzo jednym zdaniem: „Teraz można o tym rozmawiać”. Pięć minut później pojawił się przy jej biurku z kawą.

— To znaczy, że miałem rację?

— To znaczy, że poprawiłeś model.

— Czyli prawie to samo.

— Jeśli potrzebujesz rano pochwał, kup psa.

Lorenzo pokiwał głową z uznaniem.

— Zaczynam rozumieć, dlaczego cię przenieśli.

— Ja też.

Odszedł, zanim zdążyła zapytać, czy w ogóle spał. Victoria otworzyła system dokumentowy i przez chwilę patrzyła na pustą linię wyszukiwarki. Nazwisko z telewizora wróciło samo: Magnús Arnarson. Wpisała je, a system odpowiedział szybciej, niż się spodziewała, wyświetlając kilkadziesiąt starych projektów, komitetów inwestycyjnych, funduszy i restrukturyzacji. Magnús przez lata pojawiał się w dokumentach regularnie. North Atlantic Capital współpracował z bankiem przy wielu transakcjach i najwyraźniej zarabiał na tym dobrze. Victoria przewinęła wyniki. Jedna pozycja przyciągnęła wzrok, bo nie dotyczyła funduszu ani nieruchomości.

NORÐURHAF GROUP — FINANSOWANIE EKSPANSJI.

Ten sam projekt, o którym Roger wspomniał tak niechętnie poprzedniego dnia. Kliknęła indeks. Część dokumentów była zamknięta dla zwykłego dostępu, lecz metryka transakcji pozostała widoczna. Data, strony, wartość finansowania, prowizje, osoby odpowiedzialne. Victoria przesuwała wzrok po kolejnych pozycjach bez pośpiechu. Kwota kredytu była ogromna. Prowizja przygotowawcza również. Osobno zapisano wynagrodzenie funduszu za zorganizowanie części finansowania i premię za zamknięcie transakcji. Przy nazwisku Magnúsa widniała suma, która zatrzymała Victorię na dłużej.

Sama suma jej nie zaskoczyła; w finansach widziała większe bonusy. Zainteresowała ją proporcja: wynagrodzenie wypłacono niemal natychmiast po uruchomieniu finansowania, zanim inwestycja zaczęła generować przychód. Otworzyła kartę projektu i zobaczyła nazwisko Rogera po stronie klienta. Roger Halldórsson — model finansowy / koordynacja danych. Pod spodem nazwisko dyrektora finansowego Norðurhaf i jeszcze kilka osób. Po stronie banku trzy nazwiska, po stronie funduszu dwa.

Victoria oparła łokcie o biurko. Zniknięcie Magnúsa mogło nie mieć żadnego związku z tą transakcją. Człowiek przez kilkadziesiąt lat pracy uczestniczył w setkach projektów. Tyle że Roger po usłyszeniu jego nazwiska zachował się jak ktoś, komu otwarto drzwi do pokoju zamkniętego od dawna.

— Szukasz czegoś konkretnego?

Podniosła głowę. Roger stał po drugiej stronie biurka, choć nie słyszała, kiedy podszedł.

— Na razie nazwiska.

— Magnúsa.

— I Norðurhaf.

Roger postawił kubek na jej biurku, ale nie usiadł.

— To stary projekt.

— Widzę.

— Czternaście lat.

— Czternaście lat i osiem miesięcy, jeśli ktoś lubi dokładność.

Jego spojrzenie stwardniało na sekundę. Victoria zauważyła reakcję i od razu połączyła ją z poprzednim wieczorem. Nie wiedziała jeszcze, co oznaczała.

— Skąd znasz tę liczbę? — zapytała.

— Pamiętam datę podpisania.

— Aż tak dobrze?

Roger przysunął sobie krzesło z sąsiedniego stanowiska i usiadł.

— To miała być największa inwestycja w historii firmy. Nowe jednostki, przejęcie przetwórni, kontrakty eksportowe. Przez pół roku żyliśmy tylko tym.

— I co się stało?

— Rynek zrobił coś innego, niż przewidywał model.

Victoria odwróciła monitor lekko w jego stronę.

— To odpowiedź z prezentacji dla rady nadzorczej.

— Na początek musi wystarczyć.

— Dobrze.

Zostawiła temat i wskazała premię Magnúsa.

— Fundusz zarobił przed pierwszym połowem z nowej inwestycji.

— Tak działają prowizje transakcyjne.

— Wiem, jak działają.

— Więc gdzie problem?

— Jeszcze go nie mam.

Roger patrzył na nią dłuższą chwilę.

— Victoria, człowiek zaginął w porcie. Policja zakłada wypadek. Jeżeli chcesz sprawdzić jego stare projekty z ciekawości, rób to po godzinach i nie buduj zbieżności tam, gdzie może jej nie być.

— Mówisz jak mój szef czy jak człowiek z Norðurhaf?

— Jak ktoś, kto zna oba światy.

Wstał i zabrał kubek.

— O dziesiątej mamy spotkanie z ryzykiem. Tam możesz bezkarnie zadawać trudne pytania.

— A tutaj?

— Tutaj też. Tylko licz się z odpowiedzią.

Odszedł w stronę gabinetu, a Victoria wróciła do ekranu. Metryka projektu zawierała jeszcze jedną pozycję: „premia zespołu bankowego po uruchomieniu transakcji”. Suma była wyższa od wynagrodzenia funduszu przypisanego Magnúsowi. Kliknęła nazwiska. Dwóch ludzi już nie pracowało w banku, trzeci nadal figurował w strukturze zarządczej Ísafold: Gunnar Hrafnsson. Zapisała nazwisko na kartce, obok Magnúsa.

Spotkanie z ryzykiem trwało godzinę i nie przyniosło żadnej rewolucji. Hotelowa transakcja została przesunięta do poniedziałku, model zaakceptowano warunkowo, a klient miał dostać nowy wariant finansowania. Kiedy ktoś z działu sprzedaży zauważył, że przez dodatkowe zabezpieczenie mogą stracić klienta na rzecz konkurencji, Gunnar Hrafnsson, który dołączył zdalnie do spotkania, odpowiedział bez wahania:

— Jeśli odejdzie, odejdzie. Marża nie pokrywa głupoty.

Miał głęboki głos i twarz człowieka, który od dawna nie musiał nikomu udowadniać swojej pozycji. Victoria rozpoznała nazwisko natychmiast. Gunnar pojawił się na ekranie tylko na kilkanaście minut. Interesowało go zabezpieczenie banku, wartość nieruchomości i możliwość sprzedaży aktywów przy problemach klienta. Gdy jedna z analityczek wspomniała o ryzyku utraty umów grupowych, wzruszył ramionami.

— To problem operatora. Nas interesuje, czy odzyskamy pieniądze.

Przy stole zabrzmiało to jak zwykła odpowiedź na zwykłe pytanie. Victoria znała ten język doskonale. Bank nie musiał życzyć klientowi źle; wystarczało, że jego dobro kończyło się tam, gdzie przestawało wpływać na zwrot kapitału. Po spotkaniu Roger dogonił ją przy windach.

— Teraz już znasz Gunnara.

— Skąd wiesz, że chciałam go poznać?

— Zostawiłaś kartkę obok klawiatury.

— Czytasz cudze notatki?

— Kiedy leżą na środku biurka i są zapisane dużymi literami, trudno ich nie przeczytać.

— Był przy Norðurhaf.

— Był przy projekcie.

— Dostał premię.

— W banku ludzie dostają premie.

— Magnús też.

Roger westchnął i nacisnął przycisk windy.

— Zaczynasz łączyć dwa nazwiska, bo jedno z nich zaginęło.

— Na razie je zapisuję.

— To jeszcze gorzej.

Drzwi windy się otworzyły. Weszli sami, a Victoria odwróciła się do Rogera.

— Bo?

— Bo kiedy coś zapisujesz, wracasz do tego.

— Zaczynasz mnie poznawać.

— Przeczytałem twoje raporty.

— Raporty nie mówią wszystkiego.

Roger uśmiechnął się lekko.

— Liczę na to.

Drzwi rozsunęły się na siódmym piętrze. Przez krótką chwilę żadne z nich się nie poruszyło. Victoria poczuła, że powiedział więcej, niż planował. Roger najwyraźniej też to zauważył, bo pierwszy wyszedł z windy.

— Czternasta. Komitet portfelowy — rzucił już zwykłym tonem.

— Będę.

Patrzyła za nim jeszcze sekundę. W pracy był opanowany, oszczędny w ruchach i słowach. Przy niej czasem tracił tę zawodową sztywność, co zaczynało ją ciekawić.


W piątek po południu policja potwierdziła odnalezienie ciała Magnúsa Arnarsona kilka kilometrów od portu. Wstępnie nie wskazywano udziału osób trzecich; trwały standardowe czynności. Na piętrze wiadomość wywołała kilka minut rozmów, potem telefony zaczęły dzwonić dalej. Klienci nie przestali potrzebować kredytów, rynki nie zatrzymały się z powodu jednego martwego człowieka, a na piętnastą zaplanowano prezentację kwartalnych wyników.

Victoria obserwowała to bez zdziwienia. Śmierć Magnúsa trafiła do komunikacji, prawników i policji, a kwartalne wyniki nadal trzeba było zamknąć.


Wieczorem zabrała do domu teczkę z materiałami dotyczącymi hotelowej transakcji. Załączniki prawne znajdowały się w opieczętowanej kopercie, której wydanie podpisała w rejestrze. Roger chciał mieć w poniedziałek rano gotową rekomendację, a Victoria nie zamierzała spędzać całej soboty w biurze. Przed wyjściem zajrzała do niego.

— Biorę komplet załączników. Oddam w poniedziałek przed ósmą.

Roger zerknął na kopertę.

— Masz sejf?

— Mam troje nastolatków. To bardziej skuteczne zabezpieczenie niż sejf.

— Teraz się zacząłem martwić.

— Słusznie.

Uśmiechnęła się i wyszła.


W sobotę rano Victoria pojechała z dziećmi ponad sto kilometrów na wschód, na Sólheimajökull. Obiecała im, że pierwszy wolny weekend nie skończy się na kartonach i zakupach. Za Hveragerði droga prowadziła przez otwartą równinę. Przy gospodarstwach stały pojedyncze owce; jesienne spędy już trwały i większość stad zniknęła z dalszych pastwisk. Leon zapytał, czemu prawie nie ma drzew. Victoria odpowiedziała, że kiedyś były tu brzozowe lasy, ale pierwsi osadnicy wycięli większość, a późniejszy wypas i erozja utrudniły odrastanie lasów.


Na parkingu pod Sólheimajökull stało kilkanaście samochodów i dwa autobusy z Reykjavíku. Sam lodowiec nie wyglądał jak biały jęzor z pocztówki. Przy czole lód był poprzecinany ciemnymi pasmami popiołu, a wejście na niego przesunęło się dalej niż na zdjęciach, które Victoria oglądała kilka lat wcześniej.

Przewodniczka miała na imię Karolina. Była drobna, niższa od Sary, ale kiedy zaczęła wydawać polecenia, cała dziesięcioosobowa grupa ucichła. Rozdała kaski, sprawdziła buty i pokazała, jak zapiąć raki. Przy Leonie uklękła i poprawiła pasek, który skręcił pod podeszwą.

— Jeśli będzie luźny, po dziesięciu minutach będziesz go nienawidził — powiedziała po polsku.

Victoria podniosła głowę.

— Polka?

— Z Krakowa. Pani też?

— Od dawna poza Polską, ale jeszcze się przyznaję.

Karolina uśmiechnęła się i zaraz przeszła na angielski, bo podszedł wysoki mężczyzna w nowej kurtce technicznej. Towarzyszyło mu dwóch gości. Jednemu tłumaczył coś po islandzku, z drugim rozmawiał po angielsku. Raki trzymał w ręce, jakby były przedmiotem, który powinien założyć mu ktoś inny.

Victoria rozpoznała twarz po chwili. Haukur Sigurðsson. Dawny dyrektor Ísafold, później członek kilku rad nadzorczych. Jego zdjęcie widziała w cyfrowym archiwum banku przy historii zarządu.

— To się zapina inaczej — powiedziała Karolina po islandzku.

Haukur odpowiedział krótko. Nie brzmiał jak człowiek, który prosi o pomoc.

Karolina wzięła od niego rak, poprawiła pasek i oddała.

— Na lodzie robi pan dokładnie to, co mówię. Jeśli nie, zostaje pan na parkingu.

Jeden z jego gości roześmiał się. Drugi powiedział coś cicho w języku, którego Victoria nie rozpoznała. Karolina odpowiedziała mu płynnie. Mężczyzna aż się zatrzymał.

— Perski? Skąd? — zapytała Victoria, kiedy ruszyli za grupą.

— Studiowałam iranistykę.

— I jeszcze islandzki?

— Tego nauczyłam się tutaj. Niemiecki też rozumiem, kiedy ludzie mówią wolno.

— Zostajesz na Islandii na stałe?

— Jeszcze nie wiem.

Karolina poprawiła pasek własnego raka.

— Miał być jeden sezon — powiedziała. — Zrobił się czwarty. Firma dopłaca do mieszkania, chłopak jest stąd, więc na razie zostaję. Potem chcę Patagonię.

Karolina zatrzymała grupę przed wejściem na jęzor i jeszcze raz sprawdziła raki. Kazała stawiać stopy trochę szerzej, żeby metalowymi zębami nie zahaczać o nogawki. Kiedy weszli na lód, podeszwy przestały się ślizgać; raki trzymały na twardej, nierównej powierzchni.

Nie zdążyły powiedzieć więcej. Karolina przyspieszyła, bo Haukur odszedł kilka metrów od wyznaczonej trasy, pokazując swoim gościom szczelinę. Zawołała go po nazwisku. Wrócił niechętnie. Na lodzie jego pewność siebie wyglądała mniej imponująco; każdy krok zależał od metalowych zębów pod butami i od człowieka, którego jeszcze dziesięć minut wcześniej próbował ignorować.

Wycieczka trwała ponad dwie godziny. Dzieci Victorii przestały marudzić mniej więcej w chwili, kiedy po raz pierwszy zobaczyły głęboką szczelinę w lodzie. Karolina nie pozwoliła im podchodzić bliżej. Pokazała bezpieczny punkt i opowiedziała, jak szybko zmienia się czoło Sólheimajökull. Victoria słuchała, ale kilka razy zerkała na Haukura. Przed gośćmi był głośniejszy niż na początku i wyraźnie zadowolony z siebie.


Na parkingu grupa zaczęła się rozpadać. Kaski wracały do skrzynek, ludzie zdejmowali raki i szukali rękawiczek po kieszeniach. Haukur podszedł do ciemnego samochodu, otworzył go pilotem i położył dłoń na klamce. Jeden z gości stał obok, drugi robił zdjęcie lodowca.

Kilka minut później Haukur przerwał zdanie. Oparł się o drzwi samochodu, jakby nagle zabrakło mu równowagi. Gość złapał go za ramię. Haukur próbował odsunąć rękę, ale osunął się na asfalt.

Karolina była przy nim pierwsza. Kazała komuś zadzwonić po pomoc i odsunęła ludzi. Victoria zabrała dzieci dalej, pod niski budynek przy parkingu. Nie widziała wszystkiego, tylko Karolinę klęczącą przy Haukuru i jego dwóch gości stojących kilka kroków dalej, nagle bezradnych.

— Mamo, on umrze? — zapytała Sara.

— Nie wiem.

Ratownicy przejęli Haukura. Kiedy Victoria odjeżdżała, ciemny samochód nadal stał z otwartymi drzwiami. Karolina siedziała na skrzyni ze sprzętem i rozmawiała z policjantem. Wyglądała na zmęczoną, nie przestraszoną.


Po południu Roger nadal siedział nad materiałami, które musiały być gotowe na poniedziałek. Brakowało mu jednego skoroszytu; rejestr pokazywał, że Victoria zabrała go do domu. Nie chciał wchodzić w jej prywatny czas, ale bez dokumentu nie był w stanie zamknąć analizy. Wsiadł więc do jeepa i pojechał do Hveragerði.

Drzwi otworzyła dziewczyna — młodsza wersja Victorii. Po chwili za jej plecami pojawili się dwaj chłopcy. Roger przedstawił się, pokazał przepustkę bankową i wyjaśnił, że potrzebuje jednego dokumentu. Zanim zdążył schować identyfikator, najstarszy chłopak zrobił mu zdjęcie telefonem. Roger uniósł brwi. Dzieci patrzyły bez cienia skruchy.

— Dobrze — powiedział. — Rozumiem procedurę bezpieczeństwa.

Sara wskazała kierunek Þorlákshöfn. Matki nie było w domu; po powrocie z lodowca pojechała jeszcze ćwiczyć nad oceanem. Powiedziała, że będzie na Hafnarskeið, a miejsce zdradzi czarne terenowe Volvo. Roger podziękował. Odchodząc, zahaczył butem o krawężnik i usłyszał za zamykanymi drzwiami śmiech. Dzieci Victorii potrafiły sprawdzić obcego szybciej niż niejeden dział compliance.

Do Þorlákshöfn jechał niespełna pół godziny. Na węższym odcinku drogi minęła go piaskarka, która zostawiła za sobą jasny pas kruszywa na mokrym asfalcie. Przy porcie widział kutry i ludzi pracujących przy nabrzeżu; kilka minut później zabudowa została za nim. Volvo Victorii znalazł przy zjeździe na Hafnarskeið. Jego jeep na szosowych oponach ślizgał się na mokrym podłożu. Rozejrzał się i dopiero za niskim wałem wydm dostrzegł matę na czarnym piasku.

Zatrzymał się. Victoria ćwiczyła nago. Przez pierwszą sekundę zwyczajnie nie wiedział, co zrobić. Wiatr rwał mu płaszcz, fale uderzały o brzeg, a ona wykonywała spokojne, powtarzalne ruchy, na pustym odcinku, z dala od parkingu i miejsc wybieranych przez turystów. Roger odwrócił wzrok i zawołał jej imię z drugiej strony wału, żeby nie podejść bez ostrzeżenia.

— Victoria! To ja. Roger.

Stanęła boso na czarnym piasku i dopiero wtedy osłoniła się rękami. Policzków nie zaczerwienił wstyd, tylko wysiłek i chłód. Roger zatrzymał się w rozsądnej odległości.

— Przepraszam. Naprawdę nie planowałem takiego wejścia.

— Widzę — odpowiedziała. — Po co przyjechałeś?

Wyjaśnił sprawę skoroszytu, patrząc jej w twarz. Kiedy podmuch wiatru przeszedł po plaży, zdjął płaszcz i podał go bez zbliżania się. Victoria przez moment mierzyła go wzrokiem, potem sama zrobiła krok i owinęła się materiałem.

— Potrzebuję dokumentu na weekend. Większość pracy i tak jest po mojej stronie. Zamknę całość, żebyś nie musiała wracać do tego jutro.

Wsunęła dłonie głębiej w rękawy jego płaszcza. Pachniał wodą po goleniu. Ku własnemu zaskoczeniu uznała ten zapach za przyjemny.

— Skoroszyt jest w domu. Możemy po niego jechać, ale najpierw muszę zrobić zakupy. Sklepy zaraz zamkną.

— Jasne. Pomogę z koszykiem, skoro już ci przeszkodziłem.

Spojrzała na niego uważniej. Nie skomentował jej nagości, nie próbował obrócić sytuacji w żart i od chwili, kiedy go zauważyła, trzymał wzrok tam, gdzie powinien. Dzięki temu niezręczność trochę zelżała.

— Mogę już iść się ubrać? Zaczynam marznąć.

Zwinęła matę i ruszyła w stronę ścieżki. Roger szedł kilka kroków za nią. Poły płaszcza poruszały się na wietrze, odsłaniając nogi, lecz tym razem pilnował drogi. Victoria zauważyła to przy pierwszym stromszym podejściu.

Przed marketem w Hveragerði oddała mu płaszcz i przebrała się przy swoim aucie. Kilka minut później wręczyła mu duży koszyk. Zakupy okazały się mniej uporządkowane niż jej arkusze kalkulacyjne: wracała między alejkami, porównywała ceny i dopisywała rzeczy, o których przypominała sobie po drodze. Do koszyka wrzuciła kilka kubków skyru, które dzieci zdążyły już podzielić według własnych upodobań. Roger pierwszy raz zobaczył ją poza zawodową kontrolą. Bawiło go to bardziej, niż powinno.

Przy wyjściu trafili na całą trójkę dzieci. Adam wyjaśnił, że skoro matka ma gościa i nie odbiera telefonu, sami przyjechali rowerami po kilka rzeczy. Rodzeństwo zerknęło na Rogera i koszyk, wymieniając porozumiewawcze uśmiechy. Jedno spojrzenie Victorii wystarczyło, żeby przestali.

— Mówiłam, że zrobię zakupy.

— Wiedzieliśmy — odpowiedział Adam. — Ale sklepy zaraz zamkną, a ty miałaś… sprawę służbową.

Roger nie skomentował akcentu położonego na ostatnich słowach. Skoroszyt dostał później w drzwiach. Victoria nie zaprosiła go do środka. Granica nadal istniała i Roger ją przyjął bez próby negocjacji.


Wieczorem okazało się, że w skoroszycie jest część wymagająca wiedzy Victorii. Roger długo krążył wokół telefonu. Nie chciał nakazywać jej pracy w niedzielę, a sam utknął. W końcu uznał, że może tylko poprosić.


Następnego dnia czarny jeep znów stanął na podjeździe. Drzwi otworzyła cała trójka dzieci.

— Mamy nie ma. Hafnarskeið — powiedziała Sara, zanim Roger zdążył się odezwać. Drzwi zamknęły się, a zza nich dobiegł chichot.

Pojechał w znane miejsce. Pogoda była łagodniejsza; wiatr osłabł, ocean uspokoił się. Kiedy schodził ku plaży, zobaczył Victorię na macie. Zatrzymał się wystarczająco daleko, żeby mogła go zauważyć. Tym razem zauważyła. Ich spojrzenia spotkały się, a ona nie przerwała ćwiczeń.

Roger poczekał. Nie podchodził, dopóki nie skończyła. Victoria miała pełną świadomość jego obecności i własnej nagości. Wczoraj uszanował jej granice, nie próbował niczego ugrać ani wykorzystać przypadkowej intymności. Dziś decyzja należała do niej. Ta różnica okazała się ważniejsza, niż chciała przyznać.

Kiedy zeszła z maty, Roger podszedł i bez słowa podał jej płaszcz. Wsunęła się w niego, czując znajomy zapach, i tym razem nie cofnęła się od razu. Oparła czoło o jego pierś. Roger znieruchomiał, pozostawiając jej wybór. Dopiero kiedy objęła go w pasie, położył dłonie na jej plecach.

Victoria podniosła twarz. Pocałował ją powoli, z wahaniem, które dawało jej czas na odmowę. Odpowiedziała bez wahania. Chłód dłoni pod jego koszulą kontrastował z ciepłem skóry. Wczorajsza ostrożność zniknęła, ale kontrola nadal należała do obojga.

Roger uniósł ją i posadził na masce jeepa, osłoniętej częściowo od wiatru. Otrzepał z jej stóp czarny bazaltowy żwir. Victoria wsunęła palce w jego włosy i przyciągnęła go do siebie. Płaszcz zsunął się na maskę. Patrzyła ponad jego ramieniem na ocean, potem skierowała jego twarz ku sobie i pocałowała go mocniej.

Ich dotyk szybko przestał być ostrożny. Roger całował jej brzuch i biodra, a dłonie Victorii prowadziły go bez niepewności. To ona wyznaczała tempo, przyciągała go bliżej albo zatrzymywała. Zimne powietrze chłodziło rozgrzaną skórę.

Kiedy dotknął jej między udami, napięła się i zacisnęła palce na jego ramieniu. Roger obserwował reakcje, zwalniał, kiedy jej ciało tego wymagało, i wracał tam, gdzie odpowiadała ruchem bioder. Orgazm przyszedł gwałtownie; Victoria wygięła się, a potem na kilka sekund zwinęła w sobie, oddychając ciężko i patrząc ponad jego ramieniem na wodę.

Podniosła się pierwsza. Rozpięła mu koszulę, zbyt niecierpliwa, żeby uważać na guziki. Za jego plecami były tylko wydmy i ocean, a wiatr szarpał rozpiętą koszulą. Victoria objęła go nogami i przyciągnęła bliżej.

Wszedł w nią powoli. To ona pogłębiła ruch, obejmując go mocniej i kontrolując tempo. Trzymał ją za biodra, próbując nie stracić równowagi na mokrej nawierzchni. Jej oddech przyspieszał, a palce zacisnęły się na jego plecach. Kiedy doszedł, Victoria nadal poruszała się przez kilka sekund, aż drugi spazm przeszedł przez jej ciało. Paznokcie zostawiły na jego skórze czerwone ślady.

Wtuliła twarz w jego szyję. Roger osłonił ją płaszczem. Po plecach sączyła mu się cienka smuga krwi, lecz żadne z nich nie zwracało na nią uwagi. Ocean uderzał o brzeg kilka metrów dalej, a czarny piasek przyklejał się do ich stóp.

Przez kilka minut siedzieli obok siebie bez rozmowy. Victoria pierwsza odzyskała zwykły ton.

— Przyjechałeś po pomoc do skoroszytu.

— Tak.

— To bardzo zły sposób zarządzania zespołem.

— Zanotuję w procedurach.

Uśmiechnęła się, ale zaraz spoważniała.

— W banku zostaje praca. To, co tutaj, zostaje tutaj.

Roger skinął głową.

— Jasne.

— I nie wyciągaj z tego żadnych praw do mnie.

— Nie mam takich praw.

Odpowiedział bez wahania, więc pozwoliła mu zostać jeszcze chwilę.

Rozdział 4. Granica

W niedzielę wieczorem Victoria zadzwoniła do Rogera. Skoroszyt, który odebrał poprzedniego dnia, zawierał nazwiska powiązane z Norðurhaf. Poprosiła, żeby wrócił na kilka minut. Tym razem sama otworzyła drzwi i wskazała kuchnię.

Od poranka żadne z nich nie wróciło słowami do tego, co wydarzyło się na plaży. Victoria nie żałowała, Roger również tego nie sugerował, ale oboje wiedzieli, że od tej chwili granica między pracą a tym, co było tylko ich, przestała być prosta.

Roger położył dokument na stole. Victoria została przy blacie, obserwując go uważnie.

— Załącznik jest kompletny — powiedział. — Uratowałaś mi kilka godzin.

— W zamian zabrałeś mi pół soboty. Typowy bankowiec.

Słowo zabrzmiało lekko, ale Roger nie odpowiedział od razu. Victoria zauważyła zmianę.

— Kawa? — zapytała.

— Masz czas?

— Skoro już wtargnąłeś mi w sobotę, pięć minut więcej niewiele zmieni.

W kuchni postawiła ekspres. Roger usiadł przy stole. Na lodówce wisiał plan lekcji, lista zakupów i kilka zdjęć dzieci. Jedno przedstawiało całą czwórkę gdzieś w górach. Victoria była na nim młodsza, z włosami związanymi w koński ogon i szerokim uśmiechem, którego w banku jeszcze u niej nie widział.

— Samotnie ich wychowujesz? — zapytał.

Victoria wsypała kawę.

— Od dawna.

— Musiało być ciężko.

— Bywało drogo, głośno i bez snu. Ciężko jest pojęciem względnym.

Zostawił temat, co Victoria doceniła. Postawiła przed nim filiżankę i usiadła naprzeciwko.

— Teraz moja kolej.

Roger uniósł wzrok.

— Za kawę?

— Za załącznik. Gunnar Hrafnsson.

Jego twarz znieruchomiała na moment.

— Co z nim?

— Był przy Norðurhaf. Magnús też. Ty też.

— Mówiłem ci.

— Powiedziałeś, że rynek zrobił coś innego niż model. To zdanie można wydrukować na ścianie każdego funduszu po nieudanej inwestycji.

Roger odstawił filiżankę.

— Czego chcesz się dowiedzieć?

— Jak było.

— To było czternaście lat temu.

— Pamiętasz datę podpisania co do miesiąca.

Roger spojrzał w stronę okna. Za szybą Adam i Leon wyciągali rowery z garażu. Sara siedziała na schodach z telefonem.

— Norðurhaf chciał rosnąć szybciej, niż pozwalała gotówka — powiedział. — Mieliśmy flotę, przetwórstwo, kontrakty eksportowe. Rynek wtedy wyglądał tak, jakby każde dodatkowe euro włożone w zdolność połowową wracało z nawiązką. Hákon chciał kupić dwie jednostki i przejąć zakład na północy.

— Hákon?

— Hákon Einarsson. Jeden z głównych właścicieli.

— A bank?

— Bank chciał finansować. Fundusz chciał wejść w strukturę. Wszyscy chcieli zamknąć transakcję.

— Ty też.

— Tak.

Odpowiedział bez próby obrony. Victoria odchyliła się na krześle.

— Co robił Magnús?

— Reprezentował North Atlantic Capital. Sprzedawał strukturę finansowania, negocjował warunki, pilnował, żeby ich część transakcji została zamknięta.

— Gunnar?

— Kredyt. Zabezpieczenia. Komitet banku.

— I wszyscy dostali pieniądze, kiedy podpisaliście umowę.

— Wszyscy.

— Zanim firma zarobiła pierwszą koronę na inwestycji.

— Tak wygląda ten biznes.

Victoria przyjrzała mu się uważnie.

— Mówisz to tak, jakby to coś wyjaśniało.

— Wyjaśnia mechanizm. Bank zarabia na udzieleniu finansowania, fundusz na wejściu w transakcję i zarządzaniu kapitałem. Powodzenie klienta jest korzystne, bo klient spłaca. Jeżeli przestaje spłacać, zaczyna się odzyskiwanie pieniędzy. Emocje niczego tam nie zmieniają.

— A kiedy klient po tej operacji traci firmę?

Roger wzruszył ramionami, lecz jego spojrzenie pozostało poważne.

— W dokumentach nazywa się to realizacją ryzyka.

— Wygodne.

— Bardzo.

Victoria odwróciła filiżankę w palcach.

— Norðurhaf stracił przez tę inwestycję?

— Dużo.

— Ile?

— Nie pamiętam pełnej liczby.

— Tego ci nie wierzę.

Roger uśmiechnął się bez humoru.

— Wtedy jeszcze liczyliśmy straty w kilku walutach. Zanim skończyło się wszystko, firma sprzedała część floty, zakład i większość udziałów w dwóch spółkach. Ludzie tracili pracę. Bank odzyskiwał zabezpieczenia. Fundusz wyszedł wcześniej.

— Z zyskiem?

— Z wynagrodzeniem. To wystarczyło.

— A Magnús dostał premię.

— Dostał.

— Gunnar też.

Roger skinął głową. Victoria oparła dłonie o stół.

— Ilu ludzi straciło wtedy pracę?

— Kilkuset bezpośrednio. Więcej, jeśli policzysz dostawców i porty zależne od firmy.

— I co z Hákonem?

— Stracił kontrolę nad większością biznesu. Zostało mu kilka aktywów i trochę pieniędzy. Dla człowieka, którego rodzina budowała firmę przez trzy pokolenia, to było prawie jak pogrzeb.

— Prawie?

— Pogrzeb kończy sprawę.

Victoria zatrzymała wzrok na jego twarzy.

— Ładnie powiedziane.

— Nie miało być ładnie.

Z salonu dobiegł śmiech dzieci i napięcie przy stole na moment straciło ostrość. Roger dopił kawę i wstał.

— Wczoraj na Sólheimajökull widziałam Haukura Sigurðssona — powiedziała Victoria.

Roger zatrzymał filiżankę w połowie ruchu.

— Haukura z banku?

— Byłego dyrektora. Był z dwoma gośćmi. Po wycieczce zasłabł przy samochodzie.

— Co z nim?

— Rano podali, że nie żyje. Serce, przynajmniej według pierwszej informacji.

Roger przez chwilę milczał.

— Znałem go. Nie blisko, ale wystarczająco, żeby wiedzieć, że nie znosił, kiedy ktoś mówił mu, co ma robić.

— Przewodniczka też już to wie.

— Nie grzeb za głęboko w tej historii tylko dlatego, że Magnús zginął.

Victoria również się podniosła.

— To rada szefa?

— Człowieka, który tam był.

— Boisz się czegoś?

— Każdy rozsądny człowiek boi się czegoś.

— Czego ty?

Roger wziął dokument i płaszcz.

— Że ludzie po latach pamiętają więcej, niż im się przypisuje.

Przy drzwiach Victoria zatrzymała go ręką na przedramieniu. Dotyk był krótki, lecz oboje go zauważyli.

— Roger.

— Tak?

— Na plaży zachowałeś się w porządku.

— To brzmi jak ocena roczna.

— Nie psuj.

— Dobrze.

Puściła go.

— Do poniedziałku.

— Do poniedziałku.

Roger był już przy jeepie, kiedy zadzwonił telefon. Na ekranie zobaczył numer prezesa banku i odebrał od razu.

— Słucham.

Przez kilkanaście sekund nie powiedział ani słowa. Victoria stała jeszcze w otwartych drzwiach i widziała, jak zmienia mu się twarz, jak znika cała swoboda z ostatnich minut.

— Kiedy? — zapytał w końcu.

Kolejna pauza.

— Rozumiem. Będę pod telefonem.

Rozłączył się. Victoria zeszła z ganku.

— Co się stało?

Roger przez chwilę patrzył na telefon.

— Gunnar Hrafnsson nie żyje.

— Co?

— Znaleźli go rano w domku pod Hvalfjörður. Strzał z własnej broni. Policja na razie traktuje to jako samobójstwo.

Victoria poczuła, jak chłód wraca mimo kurtki.

— W piątek był na spotkaniu.

— Wiem.

— Magnús. Gunnar.

Roger podniósł na nią wzrok.

— Dwa nazwiska to jeszcze nie wzór.

— Dwa nazwiska z tej samej transakcji, które zapisałam obok siebie w piątek.

— Victoria…

— Obaj zarobili na Norðurhaf.

Na podjeździe pojawił się Leon z rowerem. Zatrzymał się, wyczuwając zmianę atmosfery, i bez słowa zawrócił w stronę garażu. Victoria spojrzała na Rogera.

— Nadal mam nie grzebać?

Tym razem odpowiedział od razu.

— Teraz chcę wiedzieć, co znajdziesz.

Rozdział 5. Lista

Roger schował telefon do kieszeni, ale nie ruszył w stronę samochodu. Gunnar Hrafnsson nie żył od kilku godzin, a jeszcze dwa dni wcześniej siedział przed kamerą i mówił o cudzym ryzyku tonem człowieka, który rozważa koszt dodatkowego zabezpieczenia. Victoria stała na najniższym stopniu ganku. Z domu dochodził odgłos otwieranej lodówki i sprzeczka chłopców o coś, czego nie potrafiła rozróżnić. Zwyczajny niedzielny hałas zderzał się z wiadomością o śmierci Gunnara.

— Jedziemy do banku — powiedziała.

— Teraz?

— Powiedziałeś, że chcesz wiedzieć, co znajdę.

— To nie znaczy, że mamy włamywać się do archiwum w niedzielę.

— Pracujesz tam jako dyrektor. Ja też mam kartę. Włamanie byłoby bardziej ekscytujące.

Przez moment wyglądał, jakby chciał zaprotestować, potem zerknął na dom.

— A dzieci?

— Mają ręce, nogi i numery alarmowe. Najstarszy potrafi również ugotować makaron, choć uważa to za naruszenie praw człowieka.

— Dwie godziny.

— Trzy.

— Dwie i pół.

— Przyjmuję.

Victoria weszła do środka. Roger został na podjeździe. Po chwili w drzwiach pojawił się Adam, wysoki jak na swój wiek i wyraźnie zadowolony, że dostał powód, by przyjrzeć się szefowi matki bez udawania przypadkowego zainteresowania.

— Mama mówi, że jedzie do pracy.

— Tak.

— Z tobą.

— Też prawda.

Adam oparł ramię o framugę.

— W niedzielę?

— Banki mają tę wadę, że pieniądze nie wiedzą, jaki jest dzień tygodnia.

Chłopak przyjął odpowiedź bez uśmiechu.

— My wiemy.

Roger pokiwał głową.

— To przewaga.

Victoria wyszła w kurtce, z włosami związanymi wysoko. Spojrzała na syna.

— Sara ma numer do sąsiadki. Wrócę przed kolacją. Leon nie prowadzi eksperymentów w kuchni.

— To był jeden raz.

— Jeden raz wystarczył straży pożarnej.

Roger poczekał, aż zamknie dom, potem otworzył przed nią jeepa.

— Straż pożarna?

— Toster, ser i pomysł, którego do dziś nie rozumiem.

— Zaczynam doceniać zarządzanie bankiem.

— Poczekaj, aż poznasz Sarę bliżej.

Pojechali jego samochodem, a Victoria zostawiła volvo przy domu. Przez pierwsze kilometry prawie nie rozmawiali. Deszcz przesuwał się po szybie cienkimi smugami, a miasto zbliżało się powoli zza niskich chmur. Roger prowadził jedną ręką, drugą trzymając na drążku zmiany biegów, choć automat nie wymagał od niego żadnej pracy. Victoria znała już ten gest; robił tak, kiedy myślał.

— Wierzysz w samobójstwo Gunnara? — zapytała.

— Wierzę w dowody.

— To wygodna odpowiedź.

— Zawodowa.

— Dwa dni temu Magnús. Teraz Gunnar. Ta sama transakcja.

— Magnús wpadł do wody. Gunnar miał broń. Na razie łączy ich tylko przeszłość i twoja kartka.

— I pieniądze.

Roger zerknął na nią krótko.

— Pieniądze łączą połowę tego miasta.

— Takie same pieniądze?

— Tego sprawdzimy.

Parking pod bankiem był prawie pusty. Ochroniarz przy wejściu rozpoznał Rogera i ograniczył się do krótkiego powitania. Kartę Victorii zeskanował drugi raz, bardziej z przyzwyczajenia niż podejrzliwości.

— Weekend z własnej woli? — zapytał.

— Nie używajmy mocnych słów — odpowiedziała.


Na siódmym piętrze panowała cisza. Lampy włączały się sektorami, kiedy przechodzili między biurkami. Bez telefonów, drukarek i rozmów bank wyglądał inaczej. Zostały rzędy monitorów, szklane ściany sal konferencyjnych i widok na mokre ulice Reykjaviku. Roger otworzył małą salę przy archiwum cyfrowym.

— Usiądź. Ja pobiorę pełną metrykę projektu.

— Masz większy dostęp?

— Mam więcej powodów, żeby później tłumaczyć się z tego, co otwieram.

— Brzmi uczciwie.

— Dobrze. To wystarczy.

Victoria uruchomiła swój komputer. Roger zalogował się przy drugim stanowisku. Po kilku minutach na wspólnym ekranie pojawił się indeks Norðurhaf Group. Kilkaset plików, kolejne wersje modeli, protokoły komitetów, wyceny statków, zabezpieczenia, umowy z funduszem, prognozy połowów i przepływów pieniężnych.

— Od czego zaczynamy? — zapytał.

— Od ludzi, którzy już nie żyją.

Wpisała Magnúsa. System zwrócił dwadzieścia trzy dokumenty, przy Gunnarze trzydzieści jeden, a wspólnych dziewięć. Victoria otworzyła pierwszy: protokół komitetu finansującego sprzed czternastu lat i ośmiu miesięcy. Wymieniono przewodniczącego, doradców oraz przedstawicieli banku, funduszu i klienta. Roger figurował na końcu listy po stronie Norðurhaf.

— Miałeś trzydzieści kilka lat — powiedziała.

— Trzydzieści cztery.

— I siedziałeś przy stole z ludźmi, którzy obracali miliardami.

— Przy stole każdy wygląda mądrzej. Szczególnie zanim przyjdą wyniki.

Przesunęła dokument niżej. Kwota finansowania była rozbita na kilka źródeł. Kredyt bankowy wynosił jedenaście miliardów osiemset milionów koron. Fundusz wnosił kapitał podporządkowany. Dodatkowa linia miała pokryć zakup dwóch jednostek i modernizację zakładu.

— Prowizja przygotowawcza jeden przecinek osiem procent — przeczytała. — Dwieście dwanaście milionów czterysta tysięcy koron.

— Dobrze liczysz w pamięci.

— Dlatego mnie zatrudniłeś.

— Między innymi.

Zatrzymała na nim wzrok. Roger nie odwrócił oczu, ale po chwili wskazał kolejny wiersz.

— Fundusz miał własne wynagrodzenie za strukturę.

— Dziewięćdziesiąt pięć milionów z góry. Do tego opłata za zarządzanie i premia przy zamknięciu.

— Tak.

— Czyli zanim którykolwiek z nowych statków wypłynął, finansujący zarobili ponad trzysta milionów.

— Więcej. Dochodziły koszty prawne, zabezpieczenia, opłaty za wycenę i kilka mniejszych pozycji.

— Płacone przez Norðurhaf.

— Oczywiście.

Victoria obróciła krzesło lekko w jego stronę.

— Mówisz „oczywiście” tak, jakby klient przychodził do banku z prośbą, żeby jeszcze przed kredytem zdjąć mu z konta paręset milionów.

Roger oparł się o stół.

— Klient kupuje pieniądz. Bank sprzedaje pieniądz. Fundusz sprzedaje kapitał i ryzyko. Każdy ma cenę.

— Nawet kiedy produkt jest zły?

— Jeśli klient go kupuje, transakcja ma cenę. Ocena produktu przychodzi później.

— Po premii.

— Często.

Powiedział to bez łagodzenia. Victoria doceniała przynajmniej brak fałszywej troski. W finansach najwięcej hipokryzji pojawiało się wtedy, gdy po stracie klienta ktoś nagle przypominał sobie o odpowiedzialności. Otworzyła kolejny plik, tym razem wewnętrzny raport ryzyka banku, nieprzeznaczony dla Norðurhaf. W pierwszej części znajdował się scenariusz bazowy: wzrost eksportu, stabilne ceny paliwa, utrzymanie cen ryb i pełne wykorzystanie nowych mocy przetwórczych. Wskaźniki wyglądały dobrze, ale dalej zaczynały się warianty stresowe. Victoria przestała przewijać.

— Roger.

Przysunął krzesło.

— Co?

— Patrz.

W jednym z wariantów bank zakładał jednoczesny wzrost kosztów paliwa, osłabienie cen eksportowych i opóźnienie w uruchomieniu przejętego zakładu. Przepływy Norðurhaf spadały do poziomu, przy którym firma przestawała spełniać warunki finansowania w drugim roku inwestycji. Roger czytał w milczeniu.

— Mieliście ten scenariusz? — zapytała.

— Nie w tej formie.

— Co dostaliście?

— Osobne wrażliwości. Paliwo. Kurs. Ceny. Opóźnienie inwestycji. Nie pamiętam wariantu, w którym połączono wszystko.

Victoria otworzyła prezentację dla klienta i znalazła tę samą tabelę. Każdy czynnik pokazano oddzielnie, więc żaden z pojedynczych wariantów nie prowadził do utraty płynności.

— Ładnie — powiedziała.

Roger nie odpowiedział.

— W środku banku wiedzieli, co się stanie przy zbiegu kilku rzeczy. Klientowi pokazali je osobno. Każde wyglądało do przeżycia.

— Widzę.

— Podpisałeś po tej prezentacji?

— Tak.

— Podpisałbyś, gdybyś miał ten dokument?

Roger cofnął krzesło. Przez chwilę patrzył na deszcz za szybą.

— Przy takim scenariuszu żądałbym mniejszej inwestycji albo większego kapitału własnego.

— Czyli nie.

— W tej skali nie.

Victoria wróciła do raportu. Na ostatniej stronie widniała rekomendacja: dodatkowe zabezpieczenia na statkach, zakładzie oraz prawach połowowych należących do spółek zależnych.

— Bank zabezpieczył się na dokładnie ten scenariusz, którego wam nie pokazał.

— Tak.

— Fundusz?

Roger otworzył umowę podporządkowanego finansowania i czytał szybciej od niej. Po minucie przesunął ekran.

— Miał uprzywilejowaną opłatę i możliwość wyjścia przy naruszeniu warunków.

— Czyli przy dobrym scenariuszu zarabiał. Przy złym też wychodził pierwszy.

— Prawie.

— Co znaczy prawie?

— Zostawało ryzyko płynnościowe do momentu wyjścia. Tyle że większa część ciężaru zostawała w Norðurhaf.

Victoria zamknęła umowę.

— Piękne urządzenie.

— Skuteczne.

— Dla kogo?

— Dla tego, kto je skonstruował.

W jego głosie nie było oburzenia; brzmiał jak człowiek opisujący maszynę, którą rozumie. To uderzyło Victorię mocniej niż moralne tłumaczenia. Roger od lat pracował po stronie banku i wiedział, że mechanizm potrafi zmiażdżyć klienta, a mimo to nadal potrafił nazwać go skutecznym.

— Teraz siedzisz po tej stronie stołu — powiedziała.

— Tak.

— I robisz podobne rzeczy.

— Codziennie.

— Nie przeszkadza ci to?

Roger splótł dłonie.

— Moim zadaniem jest zarabiać dla banku i ograniczać jego ryzyko. Klient ma własnych ludzi, doradców i zarząd. Każdy pilnuje swojej strony.

— Norðurhaf też miało własnych ludzi.

— Miało mnie.

— I przegrało.

— Tak.

Przyjął to bez ucieczki w procedury. Victoria wróciła do ekranu.

— To przynajmniej ustaliliśmy.

— Co?

— Że nie będziesz mi opowiadał o społecznej odpowiedzialności banków.

Roger parsknął cicho.

— Nigdy nie byłem aż tak okrutny.

Pracowali dalej i po godzinie zbudowali pierwszą prostą mapę: Magnús — fundusz, Gunnar — bank, Edda Jónsdóttir — kancelaria prawna obsługująca strukturę, Kristján Sævarsson — zewnętrzna wycena aktywów, Ólafur Björnsson — członek komitetu kredytowego. Przy każdym nazwisku Victoria dopisała korzyść finansową: premię, honorarium, udział w prowizji albo wynagrodzenie wynikowe. Roger patrzył na kartkę.

— Pięcioro ludzi.

— Na razie.

— Dwoje nie żyje.

— Na razie.

Jego wzrok przesunął się na nią.

— Tego słowa używasz dziś za często.

— Bo nie podoba mi się kierunek.

Victoria otworzyła metrykę dostępu do projektu. Chciała sprawdzić, kto poza nią zaglądał ostatnio do starych plików. System archiwalny przechowywał historię otwarć, nawet jeśli użytkownik niczego nie zmieniał. Pierwszy wpis z ostatnich miesięcy należał do Magnúsa Arnarsona. Data: trzy dni przed jego śmiercią.

— Roger.

Przesunęła ekran w jego stronę. Roger czytał bez słowa. Drugi wpis należał do Gunnara Hrafnssona i pochodził z poprzedniego wieczoru, z godziny dwudziestej drugiej jedenaście. Victoria poczuła napięcie w karku.

— Oboje wrócili do tej samej sprawy tuż przed śmiercią.

Roger wziął kartkę z nazwiskami.

— Sprawdź Eddę.

Wyszukała ją. Edda nie otwierała głównego indeksu Norðurhaf od ponad siedmiu lat. Kristján — dziewięć lat. Ólafur — sześć.

— Czyli ktoś skontaktował się z Magnúsem i Gunnarem — powiedziała Victoria. — Albo sami dostali powód, żeby tu wrócić.

— Magnús nie miał już dostępu pracowniczego.

— Miał dostęp partnera funduszu do starych projektów?

— Część archiwum pozostała współdzielona z podmiotami transakcji. Po tylu latach nikt tego pewnie nie zamknął.

— Gunnar był w środku.

— I wiedział dokładnie, gdzie szukać.

Victoria kliknęła listę plików otwieranych przez Magnúsa: było ich siedem, a Gunnar otworzył sześć z nich. Wspólny zestaw obejmował raport ryzyka, zestawienie opłat, protokół komitetu i pozycję oznaczoną numerem siedemnaście. Tego ostatniego nie dało się otworzyć; na ekranie pojawił się komunikat: BRAK PLIKU ŹRÓDŁOWEGO.

— Co to było? — zapytała.

Roger otworzył metadane.

— „Analiza konfliktów i ujawnień”.

Victoria odsunęła się od stołu.

— Konfliktów interesów?

— Prawdopodobnie.

— Kto go usunął?

— System pokazuje migrację archiwum osiem lat temu. Plik mógł się nie przenieść.

— Mógł.

— Tak.

— I Magnús z Gunnarem obaj próbowali go otworzyć przed śmiercią.

Roger już nie odpowiadał. W dusznej sali Victoria wstała i podeszła do okna. Reykjavik pod nimi był mokry i prawie pusty; w szybie odbijał się Roger przy stole, kartka z nazwiskami i dwa monitory pełne starych danych.

— Kto miał wtedy konflikt? — zapytała.

— Nie pamiętam.

— Spróbuj.

— Fundusz doradzał Norðurhaf przy strukturze. Jednocześnie miał wejść do finansowania. Bank wyceniał zabezpieczenia przez zewnętrzną firmę, z którą regularnie pracował. Kancelaria reprezentowała przy różnych sprawach kilka stron rynku. W takich transakcjach konflikty są wszędzie. Opisuje się je, podpisuje i jedzie dalej.

— Czyli dokument mógł zawierać rzeczy, których dziś ktoś nie chciałby oglądać.

— Mógł też zawierać trzy strony standardowych klauzul.

Victoria odwróciła się.

— Nadal bronisz przypadku?

— Bronię kolejności. Najpierw fakty, potem teoria.

— Dwóch ludzi z tej samej transakcji wraca po kilkunastu latach do tych samych dokumentów. Obaj umierają. Jeden plik, którego szukają, zniknął.

— To są fakty.

— Dziękuję.

— Teoria zaczyna mi się mniej podobać.

Pierwszy raz od przyjazdu zobaczyła u niego coś, co nie przypominało zawodowej ostrożności. Roger znał część ludzi z listy osobiście, więc sprawa przestawała być historią z archiwum. Victoria wróciła do stołu. Kiedy sięgała po kartkę, jej dłoń zetknęła się z jego ręką. Oboje zatrzymali ruch na sekundę, może dwie, lecz cisza w pustym banku nadała temu gestowi zbyt dużą wagę. Roger cofnął rękę pierwszy.

— Powinniśmy znaleźć papierowy indeks załączników.

— Powinniśmy.

Została jeszcze przy nim. Na kołnierzu jego swetra dostrzegła drobne czarne ziarenko. Sięgnęła i zdjęła je opuszką palca.

— Został ci piasek.

Roger popatrzył na jej dłoń.

— Myślałem, że oddałem wszystko na twoim podjeździe.

— Czarny piasek wchodzi wszędzie.

— Ostrzeżenie?

— Obserwacja.

Stali blisko; Victoria wyczuwała jego wodę po goleniu, a wspomnienie niedzieli na plaży pozostawało zbyt świeże. Oboje trzymali jednak tę granicę osobno od wszystkiego, co wydarzyło się między nimi.

— Archiwum — powiedziała.

— Archiwum — powtórzył.

Odsunęli się od siebie. Papierowy rejestr znajdował się piętro niżej, w pomieszczeniu bez okien, w którym czuć było kurz. Roger odnalazł segregator z rokiem transakcji. Załącznik siedemnaście figurował w spisie. Przy pozycji widniała krótka adnotacja: ORYGINAŁ — DEPOZYT ZEWNĘTRZNY.

— Gdzie? — zapytała Victoria.

Roger przewrócił stronę.

— Skarbiec dokumentowy w Hafnarfjörður. Bank trzyma tam starsze umowy i oryginały zabezpieczeń.

— Dostęp?

— Zamówienie z wyprzedzeniem. W dni robocze.

— Czyli poniedziałek.

— Tak.

Victoria zrobiła zdjęcie wpisu służbowym telefonem i zamknęła segregator. Kiedy wrócili na górę, było po osiemnastej. Na ekranie czekała wiadomość systemowa: sesja archiwum zostanie zamknięta po pięciu minutach bezczynności. Victoria zapisała listę nazwisk w zaszyfrowanym katalogu roboczym i schowała papier do wewnętrznej kieszeni torby.

— Edda, Kristján, Ólafur — powiedziała. — Jeśli mamy rację, któreś z nich może być następne.

— Nie mamy podstaw, żeby dzwonić i mówić ludziom, że dwóch ich dawnych współpracowników nie żyje, więc być może ktoś ich zabija.

— Mamy podstawy, żeby zapytać, czy ktoś ostatnio kontaktował się z nimi w sprawie Norðurhaf.

Roger zastanowił się.

— Edda pracuje dziś dla kancelarii w centrum. Mam jej prywatny numer sprzed lat. Nie wiem, czy jest aktualny.

— Zadzwoń.

Wybrał numer, ale po sześciu sygnałach odezwała się poczta głosowa. Nie zostawił wiadomości.

— Kristján?

— Nie mam kontaktu.

— Ólafur?

— Mieszka za granicą. Chyba w Danii.

Victoria zamknęła komputer.

— Poniedziałek zaczynamy od Eddy.

— Eddy — poprawił.

— Dobrze.

Roger uśmiechnął się pierwszy raz od dłuższej chwili.

— Islandzki jeszcze cię nie lubi.

— Wzajemnie.

Zjechali windą do garażu. Przez całą drogę Victoria czuła napięcie, które zostało po chwili przy stole. Roger stał obok, z rękami w kieszeniach, i patrzył na zmieniające się numery pięter. Przy jeepie zatrzymała się.

— O niedzieli też będziemy udawać, że wydarzyła się poza godzinami pracy? — zapytała.

Roger oparł dłoń o dach jeepa.

— Jeśli tego chcesz.

— Pytam, czego chcesz ty.

— Nie żałuję.

— Ja też nie.

Przez moment patrzyli na siebie bez uciekania w żart. Victoria pierwsza odsunęła wzrok.

— W takim razie w banku zostają dokumenty. Reszta zostaje między nami.

— Rozumiem.

— Jedźmy — powiedziała.

Roger otworzył samochód.

— Dobra decyzja.

— Nie pytałam.

— Wiem.

W drodze do Hveragerði rozmawiali już tylko o dokumentach. Na Hellisheiði wiatr znów przybrał na sile, a tablice zmiennej treści ostrzegały przed śliską nawierzchnią. Ustalili, że w poniedziałek zamówią oryginał załącznika siedemnaście, sprawdzą kontakty Magnúsa i Gunnara z ostatnich dni oraz spróbują dotrzeć do Eddy. Roger wysadził ją przed domem kilka minut po dziewiętnastej. W oknie salonu mignęła twarz Sary, która zniknęła natychmiast, gdy Victoria spojrzała w jej stronę.

— Jutro nie przyjeżdżaj po żaden skoroszyt — powiedziała.

— Postaram się przeżyć bez dokumentów do poniedziałku.

— To dobrze.

Roger ruszył, zanim zdążyła dodać coś jeszcze. Victoria weszła do domu i od razu poczuła smród przypalonego sera.

— Leon!

— To nie ja! — dobiegło z kuchni.

— To zawsze jesteś ty!

— Tym razem Adam!

Przez następne pół godziny życie wróciło do zwykłej skali: kolacja, naczynia, kłótnia o ładowarkę, wiadomość ze szkoły Sary i mokre ręczniki pozostawione na podłodze łazienki. Dopiero kiedy dzieci rozeszły się do swoich pokoi, Victoria usiadła przy kuchennym stole z herbatą. Telefon zawibrował od nieznanego numeru. Otworzyła wiadomość i zobaczyła zdjęcie, którego przez pierwszą sekundę nie rozumiała. Potem rozpoznała własne pismo. Kartka leżała na jej biurku w banku, ta sama, na której w piątek zapisała dwa nazwiska: Magnús Arnarson i Gunnar Hrafnsson. Ktoś dopisał pod nimi trzecie: Edda Jónsdóttir. Pod zdjęciem znajdowały się trzy słowa.

SPYTAJ JĄ PIERWSZA. Victoria siedziała nieruchomo, trzymając telefon w dłoni.

Rozdział 6. Oryginały

W drugim końcu miasta Edda Jónsdóttir odłożyła kieliszek wina i spojrzała na ekran własnego telefonu. Wiadomość przyszła z numeru, którego nie znała.

22.30. Stary port. Magazyn numer 4. Przyjedź sama. Mam oryginały.

Edda pobladła i przeczytała wiadomość jeszcze raz.

Edda patrzyła na ekran telefonu dłużej, niż powinna.

Napisała: Gdzie? Odpowiedź nie przyszła. Dopiero wtedy dotarło do niej, że lokalizacja była w pierwszej wiadomości. Odłożyła telefon na stół i wstała, zostawiając kieliszek wina obok talerza z niedokończoną kolacją. Mąż wyjechał rano do Akureyri, córka studiowała w Kopenhadze, więc w mieszkaniu panowała cisza, którą jeszcze kilka lat temu Edda lubiła. Dzisiaj uwierała. Podeszła do okna; Reykjavík świecił mokrym asfaltem, po szybie spływał deszcz. W wiadomości nie było nazwiska Norðurhaf i nie musiało być. „Oryginały” wystarczały. Telefon zawibrował ponownie, tym razem z numerem Rogera. Edda zawahała się, po czym odebrała.

— Słucham.

— Edda, Roger. Przepraszam za porę.

— Dzwoniłeś wcześniej.

— Tak. Chcę cię o coś zapytać.

Edda oparła dłoń o parapet.

— Pytaj.

— Kontaktował się z tobą ostatnio ktoś w sprawie Norðurhaf?

W mieszkaniu zrobiło się nagle bardzo cicho.

— Po co pytasz?

— Najpierw odpowiedz.

— Od kiedy wydajesz mi polecenia?

Głos Rogera pozostał spokojny.

— Od kiedy dwóch ludzi związanych z tamtą transakcją nie żyje.

Edda zamknęła oczy.

— Kto drugi?

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Gunnar.

Edda usiadła.

— Kiedy?

— Dzisiaj go znaleziono.

Przez kilkanaście sekund nie odezwała się ani ona, ani Roger.

— Magnús dzwonił do mnie — powiedziała w końcu.

— Kiedy?

— Dwa dni przed śmiercią.

— Czego chciał?

Edda popatrzyła na telefon leżący na stole obok pustego talerza.

— Załącznika siedemnaście.

Usłyszała czyjś oddech w tle.

— Jesteś sam? — zapytała.

— Nie. Jest ze mną Victoria.

— Ta nowa?

— Victoria.

— Świetnie. Tydzień w banku i już odkopujecie trupy.

Tym razem odezwała się kobieta.

— Wolałabym zacząć spokojniej.

Edda prawie się uśmiechnęła. Głos był opanowany, niski, bez nerwowego pośpiechu.

— Victoria?

— Tak. Magnús pytał konkretnie o załącznik?

— Dokładnie o niego.

— Powiedział dlaczego?

— Ktoś wysłał mu skan jednej strony. Chciał sprawdzić, czy dokument był prawdziwy.

— Był?

Edda przeciągnęła palcem po krawędzi stołu.

— Nie widziałam skanu.

— Ale wiedziałaś, czego szuka.

— Wiedziałam.

— Bo przygotowywałaś ten załącznik.

Edda wyprostowała się.

— Widzę, że pracujesz szybko.

— Staram się.

Roger wszedł jej w słowo.

— Edda, dostałaś dziś jakąś wiadomość?

— Jaką?

— Dotyczącą dokumentów. Spotkania. Oryginałów.

Milczała sekundę za długo.

— Dostałam.

— Gdzie jesteś?

— W domu.

— Zostań tam.

Edda wstała.

— Roger, nie przesadzaj.

— Magnús dostał podobną wiadomość przed śmiercią.

Zatrzymała się przy krześle.

— Skąd wiesz?

— Rozmawiałem wcześniej z człowiekiem z zarządu, który dostał od policji podstawowe informacje dla rodziny i banku. Z telefonu Magnúsa odzyskali wiadomość o magazynie. Wiem, że tam pojechał.

Edda spojrzała ponownie na wiadomość. Magazyn numer 4.

— Cholera.

— Wyślij mi zrzut ekranu.

— Roger…

— Teraz.

W jego głosie pojawiło się coś, czego znała z dawnych lat. Wtedy też potrafił przejąć rozmowę jednym zdaniem, kiedy zespół zaczynał się rozsypywać. Wysłała zdjęcie ekranu. Po kilku sekundach odezwała się Victoria.

— To ten sam magazyn, do którego pojechał Magnús?

— Tak — odpowiedział Roger.

Edda podeszła do przedpokoju i zdjęła płaszcz z wieszaka.

— Nigdzie nie jedź — powiedział.

— Chcę zobaczyć, kto tam będzie.

— Magnús też chciał.

— Magnús zawsze uważał, że jest mądrzejszy od wszystkich.

— Ty też.

Edda wsunęła rękę w rękaw.

— Za to mnie lubiłeś.

— Nigdy cię aż tak nie lubiłem.

— Kłamiesz słabo.

Victoria przerwała im spokojnie.

— Edda, jeżeli ktoś chce cię wyciągnąć z domu, już wie, że wiadomość zadziałała. Zostań przy ludziach. Hotel, stacja benzynowa, komisariat. Cokolwiek z kamerami i światłem.

Edda zatrzymała się przed lustrem.

— A wy?

— Jedziemy do ciebie — powiedział Roger.

— Nie podałam adresu.

— Byłem u ciebie.

— Piętnaście lat temu.

— Pamiętam.

— Oczywiście, że pamiętasz.

Rozłączyła się i przez chwilę stała w przedpokoju z płaszczem na ramionach, patrząc na własne odbicie. Sześćdziesiąt tysięcy euro. Tyle kancelaria dostała wtedy dodatkowo za doprowadzenie dokumentacji do zamknięcia w terminie. Jej część była mniejsza, ale wystarczająca, żeby zapamiętać. Rok później została partnerem i nigdy nie uważała tego za powód do wstydu. Dokumentację doprowadzono do zamknięcia, ryzyka opisano, a klient miał własnych doradców. Mimo to, kiedy patrzyła teraz w lustro, myślała wyłącznie o jednym zdaniu:

„Ktoś zachował to, co mieliśmy zniszczyć.”

Wtedy odpuściła pytanie o szczegóły, czego teraz żałowała. Wzięła klucze.

— Jedzie — powiedziała Victoria.


Roger prowadził szybko, ale płynnie. Wycieraczki pracowały na najwyższym biegu. Światła Reykjavíku rozciągały się na mokrej jezdni w długie smugi.

— Skąd wiesz?

— Słyszałam klucze.

Roger zerknął na nią.

— Serio?

— I drzwi szafy. Potem zmienił się pogłos. Była w przedpokoju.

— Mogła tylko sprawdzać płaszcz.

— Jasne.

— Co?

— Sam w to nie wierzysz.

Roger przyspieszył po wyjeździe na szerszą ulicę. Victoria otworzyła na telefonie wiadomość ze zdjęciem własnej kartki.

— Bardziej interesuje mnie to.

— Ktoś wszedł do twojego gabinetu.

— Albo sfotografował kartkę wcześniej.

— Kiedy?

— Leżała na biurku kilka godzin.

— Dostęp ma sporo osób.

— Ktoś z tych osób zna mój prywatny numer.

Roger pokręcił głową.

— Numer jest w systemie kadrowym.

— Czyli znowu sporo osób.

— Zbyt dużo.

— Świetnie.

Przez moment jechali w ciszy.

— „Spytaj ją pierwsza” — powiedziała Victoria. — To nie brzmi jak groźba.

— Może ktoś chce, żebyś tak pomyślała.

— Albo ktoś chce, żebyśmy dotarli do niej przed nimi.

— „Nimi”?

— Skoro mamy dwóch martwych, zaczynam używać liczby mnogiej.

Roger ścisnął kierownicę.

— Bez dowodów.

— Dobrze. W takim razie ktoś chce, żebyśmy dotarli do niej przed kimś.

— Lepiej.

— Naprawdę potrzebujesz tej różnicy?

— Tak.

— Dlaczego?

— Bo kiedy zaczynasz budować teorię szybciej niż fakty, przestajesz zauważać rzeczy, które do niej nie pasują.

— I dlatego pracujesz w banku.

— Między innymi.

— Myślałam, że dla premii.

Kącik jego ust drgnął.

— To też.

Dzwoniła Edda, więc Roger włączył zestaw głośnomówiący.

— Gdzie jesteś?

— Przy porcie.

Roger zaklął.

— Mówiłem ci, żebyś została.

— Wiem, co mówiłeś.

— Zawróć.

— Jestem dwie minuty od magazynu.

Victoria pochyliła się bliżej telefonu.

— Edda, zatrzymaj samochód w oświetlonym miejscu.

— Tutaj wszystko jest oświetlone.

— Nie w starej części.

— Znam port lepiej od ciebie.

— Możliwe. Magnús też go znał.

Edda nie odpowiedziała od razu.

— Jedziecie?

— Tak.

— Ile wam zostało?

Roger zatrzymał wzrok na nawigację.

— Osiem minut.

— Będę czekać w samochodzie.

— Przy głównej drodze — powiedział.

— Roger, nie jestem dzieckiem.

— Dzisiaj zachowujesz się gorzej.

Edda prychnęła i rozłączyła się.

— Lubiłeś ją.

— Dawno temu.

— To odpowiedź na inne pytanie.

— A jakie zadałaś?

— Żadnego.

— W takim razie świetnie sobie radzimy.

Mimo napięcia uśmiechnęła się, lecz zaraz spoważniała. Na ekranie telefonu Rogera pojawiła się kolejna wiadomość od Eddy: zdjęcie zamkniętej metalowej bramy magazynu numer 4. Pod nim widniały dwa słowa.

„Jest otwarte.”

— Miała czekać w samochodzie — powiedziała Victoria.

Roger wcisnął gaz.

Edda wysiadła. Deszcz osłabł, lecz od wody ciągnął zimny wiatr. Przed nią stał ten sam magazyn, w którym kiedyś składowano części do urządzeń chłodniczych. Pamiętała go z czasów Norðurhaf. Wtedy wszystko tutaj było głośniejsze, jaśniejsze, pełne ludzi. Teraz obiekt wyglądał jak pusty kadłub. Metalowe drzwi boczne były uchylone. Napisała Rogerowi, że są otwarte. Czekała. Minęła minuta. Potem druga. Powinna wrócić do samochodu. Zamiast tego spojrzała do środka. Na betonowej posadzce, kilka metrów od wejścia, leżała szara teczka. Edda poczuła suchość w ustach.

Teczki używane przy zamknięciu Norðurhaf wyglądały dokładnie tak samo: grube i szare, spinane czarną gumą. Kancelaria zamówiła wtedy kilkaset sztuk. Edda wiedziała, że to może być przypadek, ale również że ktoś liczył na jej pamięć. Weszła dwa kroki.

— Halo?

Odpowiedział jej szum deszczu uderzającego o blaszany dach. Jeszcze trzy kroki. Teczka była stara. Na rogu widniała ciemna plama po wilgoci. Edda schyliła się. Na okładce zapisano czarnym markerem:

NORDURHAF / DISCLOSURE / 17

Serce uderzyło jej mocniej. Wyciągnęła rękę. Za plecami usłyszała trzask. Odwróciła się. Drzwi były zamknięte.

— Bardzo zabawne.

Jej głos odbił się od pustej hali. Sięgnęła po telefon. Brak zasięgu. Dwie kreski zniknęły niemal jednocześnie. Edda podeszła do drzwi i nacisnęła klamkę. Zablokowane. Uderzyła dłonią w metal.

— Otwórz!

Cisza. Z głębi magazynu dobiegł dźwięk przesuwanego przedmiotu. Edda odwróciła się powoli. W półmroku, za dawnym przenośnikiem, coś się poruszyło.

— Kto tam jest?

Odpowiedziała jej cisza. Cofnęła się pod drzwi. Po lewej stronie znajdowało się dawne wyjście techniczne. Pamiętała układ budynku. Kiedyś prowadziło na rampę od strony wody. Ruszyła szybko. Pierwsze kroki starała się stawiać spokojnie. Po kilku metrach przestała udawać. Biegła. Buty ślizgały się na mokrym betonie. Za sobą usłyszała drugi rytm kroków. Ktoś też przyspieszył. Edda dotarła do drzwi technicznych i szarpnęła klamkę. Puściły. Wypadła na zewnątrz. Wiatr uderzył ją w twarz. Rampa była wąska, mokra, ograniczona z jednej strony ścianą magazynu, z drugiej stalową barierką nad wodą. Pobiegła w stronę parkingu.

Za plecami otworzyły się drzwi. Nie oglądała się. Na końcu rampy barierka była przerwana. Kiedyś stała tam brama prowadząca do miejsca załadunku. Teraz została tylko ciemna wyrwa i czarna woda kilka metrów niżej. Edda zwolniła zbyt późno. Podeszwa poślizgnęła się na mokrej blasze. Uderzyła biodrem o barierkę i złapała ją obiema rękami. Telefon wypadł z kieszeni, odbił się od metalu i zniknął w wodzie. Kroki były blisko. Edda odwróciła głowę. Zobaczyła sylwetkę w ciemnej kurtce. Twarzy nie widziała.

— Czego chcesz?

Człowiek zatrzymał się kilka metrów od niej.

— Tego samego, czego chcieliście wtedy.

Głos był męski, niski.

— Czego?

— Żeby wszystko się zgadzało.

Edda przycisnęła plecy do barierki.

— Jeśli chcesz pieniędzy…

Mężczyzna ruszył w jej stronę.

— Zawsze pieniądze.

W oddali rozległ się klakson. Mężczyzna spojrzał w stronę parkingu. Światła samochodu przecięły ciemność pomiędzy magazynami. Edda nie czekała. Odepchnęła się od barierki i pobiegła. Mężczyzna złapał ją za ramię. Szarpnęła się. Materiał płaszcza zatrzeszczał przy szwie.

— Puść mnie!

Uderzyła go torebką w twarz. Zachwiał się. Edda wyrwała rękę i ruszyła dalej. Samochód zahamował przy końcu rampy. Roger wyskoczył pierwszy.

— Edda!

Mężczyzna odwrócił się i pobiegł w przeciwną stronę, wzdłuż ściany magazynu. Roger ruszył za nim.

— Zostaw! — krzyknęła Victoria.

Roger zrobił jeszcze kilka kroków, po czym zatrzymał się. Ciemna sylwetka zniknęła pomiędzy kontenerami. Victoria dopadła do Eddy.

— Jesteś ranna?

— Nie wiem.

— Usiądź.

— Nie chcę siedzieć.

— To postój.

— Ty naprawdę jesteś nowa.

— Coraz mniej.

Roger wrócił zdyszany.

— Widziałeś go? — zapytała Victoria.

— Kurtkę. Czapkę. Nic więcej.

Edda poprawiła rozdarty rękaw płaszcza.

— Mężczyzna. Mniej więcej twojego wzrostu.

— Głos?

— Nie znam.

Roger rozejrzał się po rampie.

— Dzwonię na policję.

— Zaczekaj — powiedziała Edda.

— Nie.

— Roger.

— Ktoś zamknął cię w magazynie i próbował zepchnąć do wody.

— Nie próbował mnie zepchnąć.

Victoria zatrzymała wzrok na nią.

— A co robił?

Edda otworzyła usta, po czym je zamknęła.

— Nie wiem.

— I to wystarczy.

Roger wybrał numer alarmowy. Edda przestała protestować.

Policja zajęła magazyn na ponad godzinę. Szara teczka okazała się pusta. Na okładce widniał napis przygotowany świeżym markerem. Ktoś postarzał ją brudem i wilgocią albo znalazł starą teczkę tego samego typu. Śladów, które miałyby natychmiast wskazać sprawcę, policjanci nie znaleźli. Edda siedziała w samochodzie Rogera z kocem ratunkowym na ramionach. Odmówiła wyjazdu do szpitala. Ratownik obejrzał biodro i otarcie na dłoni. Nic poważnego. Victoria stała przy otwartych drzwiach.

— Daruj sobie komentarz.

— Nie znoszę tego słowa.

— Mogę powiedzieć, że podjęłaś idiotyczną decyzję.

— To brzmi uczciwiej.

Roger skończył rozmowę z policjantem i podszedł do nich.

— Chcą, żebyś jutro złożyła pełne zeznania.

— Złożę.

— I opowiesz o Magnúsie.

Edda zacisnęła usta.

— Tak.

— O załączniku też.

— Tak.

Victoria obserwowała ją przez chwilę.

— Czego w nim było tyle, że Magnús po piętnastu latach pojechał po oryginały w nocy?

— Nadal nic jej nie powiedziałeś?

— Powiedziałem to, co pamiętam.

— Czyli niewiele.

— Powiedz ty.

Edda zdjęła koc z ramion. Folia zaszeleściła głośno.

— Załącznik siedemnaście przygotowaliśmy pod koniec negocjacji. Miał zebrać konflikty interesów i ujawnienia pomiędzy stronami.

— Jakie? — zapytała Victoria.

— Fundusz doradzał Norðurhaf przy strukturze finansowania, a równocześnie miał udział ekonomiczny w zamknięciu transakcji. Bank współpracował stale z firmą wyceniającą część zabezpieczeń. Kancelaria obsługiwała fundusz przy innych projektach. Kilku ludzi siedziało po dwóch stronach rynku.

Victoria oparła rękę o dach samochodu.

— To już wiemy. Co było w załączniku, czego nie ma w pozostałych dokumentach?

— Liczby.

Roger zmarszczył brwi.

— Jakie liczby?

— Wynagrodzenie wynikowe. Dodatkowe premie przy zamknięciu. Opłaty za wcześniejsze uruchomienie finansowania. Wszystko razem.

— Klient to widział? — zapytała Victoria.

— Załącznik był częścią pakietu.

— Odpowiedz wprost.

— W takich transakcjach klient dostaje setki stron. Ma prawników, finansistów i zarząd. Podpisuje, kiedy jest gotowy.

— Czyli wasza odpowiedzialność kończyła się na tym, że gdzieś w papierach umieściliście informację.

— Nasza odpowiedzialność była określona umową.

Victoria pokiwała głową.

— Rozumiem.

— Nie brzmisz, jakbyś rozumiała.

— Rozumiem bardzo dobrze. To wygodne.

Edda wyprostowała się.

— Nie potrzebuję twojej oceny.

— A ja nie potrzebuję twojej zgody.

— Doskonale. Wszyscy się lubimy. Możemy wrócić do dokumentu?

— Ty akurat powinieneś pamiętać, jak to działało.

— Pamiętam, że Norðurhaf dostało prezentację, w której ryzyko wyglądało inaczej niż w analizie banku.

— I podpisało.

— Podpisało.

— Więc?

Roger odpowiedział bez podnoszenia głosu.

— Więc straciliśmy firmę.

Edda wzruszyła ramionami.

— Biznes czasem przegrywa.

Victoria zacisnęła usta.

— A wy zarobiliście.

Edda zwróciła na nią oczy.

— Tak.

Ani śladu zażenowania.

— Ile?

— Kancelaria? Nie pamiętam dokładnie.

— Spróbuj.

— Około sześćdziesięciu tysięcy euro dodatkowego wynagrodzenia za zamknięcie dokumentacji w terminie.

— A ty?

— Miałam premię roczną.

— Związaną z tą transakcją?

— Między innymi.

— I to ci wtedy nie przeszkadzało.

Edda westchnęła.

— Victoria, ja byłam prawnikiem transakcyjnym. Moją pracą było doprowadzić umowy do podpisu i zabezpieczyć klienta kancelarii. Nie ratować przedsiębiorstwa rybackiego przed jego własnymi decyzjami.

— Jasne.

— Nie mów do mnie tym tonem.

— Jakim?

— Jakbyś uważała, że pieniądze są czymś brudnym.

Victoria zerknęła na czarną wodę za magazynem.

— Pieniądze nie. Ludzie czasem tak.

Edda przez moment milczała. Roger przerwał ciszę.

— Magnús powiedział ci coś jeszcze?

— Powiedział, że ktoś zachował materiał, który miał zniknąć.

— Jaki materiał?

— Nie wiem.

— Uwierzyłaś mu?

— Magnús był chciwy, arogancki i przewidywalny. Kiedy się bał, zwykle miał powód.

— Czego się bał?

— Że ktoś zacznie składać całość.

— Całość czego?

Edda poprawiła koc na kolanach.

— Tego, ile każdy zarobił na transakcji, której klient nie miał realnej szansy udźwignąć przy gorszym scenariuszu.

— Wiedzieliście to? — zapytała Victoria.

— Wiedzieliśmy, że istnieje taki scenariusz.

— Bank oszacował go na prawie jedną trzecią.

— Masz raport ryzyka?

— Mam.

— Norðurhaf go nie miało.

— To też wiem.

Edda odwróciła wzrok. Po raz pierwszy od początku rozmowy straciła pewność siebie.

— Magnús mówił o czymś jeszcze — powiedziała ciszej.

Roger nachylił się.

— O czym?

— O spotkaniu po zatwierdzeniu finansowania. Zamkniętym. Bez ludzi Norðurhaf.

— Kto był?

— Bank, fundusz, kancelaria, wycena. Kilka osób.

— Ty?

— Tak.

— Gunnar?

— Tak.

— Magnús?

— Oczywiście.

— Kristján?

— Tak.

— Ólafur?

Edda zawahała się.

— Przyszedł na część spotkania.

— O czym rozmawialiście?

— O zamknięciu.

— Konkretnie.

Edda spojrzała w stronę policjantów stojących przy wejściu do magazynu.

— O tym, co zrobić, jeśli Norðurhaf zacznie mieć problemy szybciej, niż zakładaliśmy.

Roger znieruchomiał.

— Zakładaliśmy?

Edda zorientowała się, co powiedziała.

— To był skrót.

— Nie. To było dobre słowo. Kto zakładał?

— Wszyscy pracowaliśmy na scenariuszach.

— A klient?

— Roger…

— Czy Norðurhaf wiedziało, że jeszcze przed uruchomieniem całego finansowania omawiacie przejęcie zabezpieczeń przy problemach z płynnością?

Victoria odpowiedziała za nią.

— Nie wiedziało.

Edda zacisnęła szczękę.

— To była standardowa analiza awaryjna.

Roger roześmiał się krótko, bez humoru.

— Standardowa. Oczywiście.

— Sam dziś robisz takie analizy.

— Robię.

— Więc przestań udawać zdziwionego.

Roger patrzył na nią kilka sekund.

— Nie jestem zdziwiony. Zastanawiam się, czemu przez piętnaście lat pamiętałem tę historię inaczej.

Edda wzruszyła ramionami.

— Bo tak było wygodniej.

Victoria przeniosła wzrok na Rogera, który przyjął zdanie bez odpowiedzi. Edda odezwała się znowu.

— Załącznik siedemnaście nie zginął podczas migracji.

Victoria od razu przeniosła na nią wzrok.

— Skąd wiesz?

— Bo zanim przekazaliśmy oryginał do depozytu, zrobiłam kopię.

Roger powoli wyprostował plecy.

— Gdzie jest?

— U mnie.

— W domu?

— Nie.

— Więc gdzie?

Po raz pierwszy tego wieczoru na twarzy Eddy pojawił się cień uśmiechu.

— Tam, gdzie prawnik trzyma dokument, którego może kiedyś potrzebować przeciwko własnym klientom.

Victoria uniosła brwi.

— Czyli jednak przewidywałaś, że coś może być nie tak.

— Przewidywałam, że ludzie z pieniędzmi potrafią mieć krótką pamięć.

Roger otworzył drzwi samochodu szerzej.

— Jutro rano jedziemy po kopię.

Edda pokręciła głową.

— Nie jutro.

— Edda.

— Dzisiaj.

— Ktoś przed chwilą próbował mnie przestraszyć albo zabić za dokument, który trzymam od piętnastu lat. Nie zamierzam czekać do rana.

Victoria patrzyła na nią przez moment.

— Gdzie jest kopia?

Edda wstała z samochodu.

— W skrytce depozytowej.

— W banku?

— Nie w waszym.

Roger zamknął oczy na sekundę.

— Oczywiście.

Edda poprawiła rozdarty płaszcz.

— Roger?

— Tak?

— Magnús też o niej wiedział.

To zdanie zatrzymało ich wszystkich. Victoria pierwsza zrozumiała.

— Jeśli powiedział komuś, gdzie jej szukać…

Edda chwyciła klamkę samochodu.

— To mamy problem.

Rozdział 7. Załącznik siedemnaście

Było już po północy, kiedy policjant, który wcześniej rozmawiał z Rogerem, usłyszał, że Edda chce jechać dalej po mieście. Pomysł zdecydowanie mu się nie podobał.

— Pani zostaje z nami do czasu złożenia pełnych zeznań — powiedział do Eddy.

— Zeznania złożę rano. Teraz chcę zabezpieczyć dokument.

— Dokument może poczekać.

Edda spojrzała na niego tak, jakby usłyszała propozycję pozostawienia otwartego sejfu w środku ulicy.

— Dwie osoby związane z tą sprawą już nie żyją. Ktoś zna miejsce, w którym trzymam kopię. Ile według pana powinnam czekać?

Policjant przeniósł wzrok na Rogera.

— Pan jest jej prawnikiem?

— Nie.

— Rodziną?

— Też nie.

— Więc czemu pan z nią jedzie?

Roger przez moment wyglądał, jakby szukał najkrótszej odpowiedzi.

— Bo piętnaście lat temu pracowałem przy tej samej transakcji.

Policjant westchnął. Victoria stała obok i obserwowała, jak trzej ludzie próbują ułożyć rzeczywistość w kategorie, które jeszcze kilka godzin wcześniej miały sens. Ofiara, świadek, dokument, stara transakcja. Każde słowo osobno brzmiało zwyczajnie. Razem zaczynały tworzyć coś, czego nikt z nich nie chciał nazwać zbyt szybko.

W końcu ustalili, że Edda pojedzie z nimi, a patrol pozostanie w kontakcie. Miejsce, do którego jechali, należało do prywatnej firmy przechowującej dokumenty i depozyty dla kancelarii, spółek oraz osób prywatnych. Dostęp nocny wymagał wcześniejszej autoryzacji. Edda zadzwoniła do dyżurnego administratora i użyła uprzejmego tonu, który zostawiał rozmówcy bardzo mało przestrzeni na odmowę. Po pięciu minutach mieli potwierdzenie.

— Masz tam coś jeszcze? — zapytała Victoria, kiedy ruszyli.

Edda siedziała z tyłu. Płaszcz miała rozdarty przy ramieniu, włosy wilgotne, a pod oczami pojawiło się zmęczenie, którego wcześniej skutecznie pilnowała.

— Dokumenty klientów.

— Pytam o Norðurhaf.

— Załącznik. Kilka notatek. Kopię harmonogramu zamknięcia.

Roger zerknął w lusterko.

— Jakich notatek?

— Moich.

— O czym?

— Roger, piętnaście lat temu miałam trzydzieści kilka lat, ambicję większą od rozsądku i zwyczaj zapisywania wszystkiego. Nie pamiętam każdej kartki.

— Pamiętasz sześćdziesiąt tysięcy euro.

— Pieniądze łatwo się pamięta.

Victoria spojrzała przez boczną szybę. Miasto przesuwało się za szkłem w szarych refleksach. Deszcz osłabł, ale ulice były mokre. Reykjavik nocą sprawiał wrażenie spokojnego nawet wtedy, gdy kilka kilometrów dalej policja zabezpieczała pusty magazyn po próbie zabójstwa.

— Magnús wiedział o skrytce od dawna? — zapytała.

Edda odpowiedziała po chwili.

— Wiedział, że zrobiłam kopię. O miejscu powiedziałam mu niedawno.

Roger od razu podniósł wzrok.

— Kiedy?

— Podczas tej rozmowy dwa dni przed jego śmiercią.

— Po co?

— Naciskał. Twierdził, że ktoś wysłał mu fragment dokumentu i chce porównać go z pełną wersją.

— Podałaś adres?

— Tak.

— Numer skrytki?

— Nie.

— Kod?

— Oczywiście, że nie.

Victoria odwróciła się do niej.

— Jeżeli ktoś miał jego telefon, wystarczył adres. Potem mógł obserwować ciebie.

Edda zacisnęła usta.

— Albo Magnús sam komuś powiedział.

— Komu ufał? — zapytał Roger.

— Magnús ufał sobie. Resztę ludzi wykorzystywał zależnie od potrzeby.

— Czyli mógł powiedzieć każdemu.

— Tak.

Przez kilka minut jechali w ciszy. Victoria miała w głowie pustą teczkę z magazynu, załącznik, dwie śmierci i pytanie, które wracało od początku: po co komu kopia dokumentu, jeżeli celem była wyłącznie zemsta? Kto chciał zabić Magnúsa, nie potrzebował papierów. Kto polował wyłącznie na dokumenty, nie musiał zabijać. Jedno z drugim łączył jakiś brakujący element.

— Edda, czy w załączniku były nazwiska osób po stronie Norðurhaf?

— Były strony transakcji, doradcy, osoby odpowiedzialne za zatwierdzenia.

— Roger?

— Tak.

Roger nie zareagował.

— Przy jego nazwisku było wynagrodzenie? — dopytała Victoria.

Edda prychnęła.

— Był po stronie klienta. Nie dostawał prowizji od banku.

— Wiem. Pytam, czy dokument pokazywał cokolwiek, co mogłoby go stawiać razem z resztą.

— Była adnotacja o zastrzeżeniach do części założeń finansowych. Pamiętam to, bo fundusz chciał ją usunąć z końcowej wersji.

Roger odwrócił głowę.

— Co?

— Zgłaszałeś uwagi do modelu.

— Zgłaszałem wiele uwag.

— Jedna została wpisana do załącznika.

— Jaka?

Edda wzruszyła ramionami.

— Zobaczymy.

Victoria patrzyła na Rogera jeszcze kilka sekund. Jego twarz nie zdradzała wiele. Znała go krótko, lecz zdążyła zauważyć, że kiedy coś naprawdę go poruszało, przestawał wykonywać drobne ruchy. Nie stukał palcami, nie poprawiał mankietu, nie sięgał po telefon. Teraz siedział zupełnie nieruchomo. Prywatny depozyt mieścił się w niskim budynku na obrzeżach centrum. Bez szyldu, bez witryny, z szerokimi stalowymi drzwiami i kamerą nad wejściem. Administrator czekał w środku. Mężczyzna po pięćdziesiątce, w swetrze i spodniach, które wyglądały jak założone w pośpiechu. Sprawdził dokument Eddy, potem potwierdzenie w systemie.

— Towarzystwo zostaje w poczekalni — powiedział.

— Oni idą ze mną — odparła Edda.

— Regulamin…

— W takim razie otworzy pan skrytkę, ja wyjmę dokumenty i przyniosę je tutaj. Nie zamierzam zostać sama za stalowymi drzwiami po tym, co wydarzyło się godzinę temu.

Administrator spojrzał na rozdarty płaszcz i zrezygnował z dyskusji. Korytarz za pierwszymi drzwiami prowadził do niewielkiej sali otoczonej szeregiem metalowych skrytek. Victoria widziała podobne miejsca w bankach, choć tutaj nie było bankowego przepychu. Betonową podłogę oświetlało ostre białe światło, a pod ścianami ciągnęły się stalowe skrytki obserwowane przez kamery. Edda podeszła do jednego z dolnych rzędów. Administrator użył własnego klucza, Edda drugiego. Metalowy pojemnik wysunął się z lekkim oporem. Przeniosła go na stół, a Roger stanął obok Victorii.

— Jeżeli jest pusty, zaczynam pić — powiedział cicho.

— O tej porze?

— O tej sprawie.

Edda uniosła pokrywę. W środku leżały trzy koperty, niewielki notes w czarnej oprawie i gruby plik kartek przewiązany szeroką gumą. Nikt się nie odezwał. Edda wyjęła plik. Na pierwszej stronie widniało logo kancelarii oraz numer dokumentu.

NORDURHAF GROUP — DISCLOSURES AND CONFLICTS OF INTEREST — APPENDIX 17

— To jest to — powiedziała.

Victoria wyciągnęła rękę.

— Mogę?

Edda podała jej dokument. Pierwsze karty zawierały standardowe definicje, strony umowy oraz opisy ról banku, funduszu, kancelarii, doradcy technicznego i firmy wyceniającej. Wszystko napisano suchym językiem, w którym konflikt interesów stawał się jedynie właściwością produktu. Dopiero na szóstej stronie pojawiła się tabela. Victoria czytała powoli. North Atlantic Capital — opłata za strukturę finansowania. Isafold Bank — opłata przygotowawcza. North Atlantic Capital — wynagrodzenie za doprowadzenie transakcji do zamknięcia. Kancelaria — premia terminowa. Doradca wyceny — wynagrodzenie dodatkowe uzależnione od akceptacji raportu przed datą uruchomienia finansowania. Przesunęła palec niżej.

— Tu jest jeszcze coś.

Roger pochylił się nad jej ramieniem. Pod tabelą znajdował się punkt dotyczący udziału North Atlantic Capital w finansowaniu podporządkowanym. Fundusz miał prawo nabyć część zadłużenia po cenie ustalonej z góry, jeżeli Norðurhaf naruszy określone warunki płynnościowe. Victoria przeczytała zapis dwa razy.

— Oni mieli interes także wtedy, kiedy firma zaczynała mieć problemy.

Edda poprawiła włosy.

— To było zabezpieczenie płynności finansowania.

Victoria zatrzymała wzrok na nią.

— Kupowali dług poniżej wartości nominalnej.

— Mieli takie prawo.

— Przy naruszeniu kowenantów.

— Tak.

— Których prawdopodobieństwo bank szacował na prawie trzydzieści procent przy gorszym scenariuszu.

Edda zachowała milczenie. Roger zabrał dokument i czytał kolejne punkty.

— Tego nam nie pokazano — powiedział.

— Załącznik był w pakiecie — odparła Edda.

— Nie ten zapis.

— Był.

— Nie w wersji, którą dostał zarząd Norðurhaf.

Edda uniosła brodę.

— Nie pamiętam, którą wersję dostał zarząd.

Roger odwrócił kartkę.

— Ja pamiętam.

Victoria patrzyła na niego. W jego głosie zniknęła zwykła kontrola. Nie podniósł tonu, ale każde słowo było twardsze.

— Czyli bank i fundusz zarabiali na zamknięciu transakcji, a fundusz dodatkowo dostawał możliwość wejścia w dług po dyskoncie, jeżeli klient zacznie się przewracać — powiedziała.

Edda skrzyżowała ręce.

— Upraszczasz.

— Tak. Ludzie czasem rozumieją wtedy szybciej.

— Fundusz nie miał gwarancji zysku przy problemach klienta.

— Miał możliwość kupienia zabezpieczonego długu taniej.

— Ryzyko nadal istniało.

— Dla klienta też.

— Klient miał doradców.

Victoria poczuła, że rozmowa zaczyna chodzić po kręgu, który Edda znała na pamięć.

— I dlatego wszyscy mogli spać spokojnie.

— Spałam bardzo dobrze.

To zdanie padło bez ironii. Roger odłożył kartki na stół.

— Ile osób znało pełny mechanizm?

Edda wskazała następną stronę.

— Masz listę dystrybucyjną.

Dziewięć nazwisk. Magnús Arnarson. Gunnar Hrafnsson. Edda Jónsdóttir. Kristján Sævarsson. Ólafur Björnsson. Sven Karlsson. Marta Leifsdóttir. Jón Pálsson. Haukur Sigurðsson. Przy każdym znajdował się dział lub instytucja. Victoria przeczytała listę jeszcze raz.

— Roger cię tu nie ma.

— Byłem po stronie klienta.

— A załącznik zawierał twoje zastrzeżenie.

Edda przewróciła kilka stron.

— Tutaj.

W połowie dokumentu znajdowała się notatka wpisana drobniejszą czcionką. Przedstawiciel Norðurhaf, Roger Halldórsson, wskazał ryzyko niedoszacowania kosztów finansowania oraz brak spójności pomiędzy scenariuszem bazowym a scenariuszem naruszenia warunków płynnościowych. Uwaga została przyjęta do wiadomości. Poniżej ktoś dopisał ręcznie: Nie eskalować przed zamknięciem. R.H. naciska. Roger patrzył na zdanie długo. Victoria przeczytała je jeszcze raz.

— Pamiętasz to?

— Pamiętam rozmowę.

— Z kim?

— Z Magnúsem i Gunnarem. Fundusz twierdził, że scenariusz awaryjny jest zbyt konserwatywny. Gunnar bronił modelu banku. Potem dostaliśmy nową prezentację.

— Łagodniejszą.

— Tak.

Edda oparła dłonie o stół.

— Roger, ty nadal podpisałeś rekomendację zarządowi.

— Wiem.

— Więc daruj sobie tę minę.

— Nie próbuję się wybielić.

— Dobrze, bo nie ma z czego.

Victoria przeniosła wzrok z jednego na drugie.

— Kto dopisał tę uwagę?

Edda wzięła kartkę pod światło.

— Nie wiem.

— Charakter pisma?

— Może Magnús. Może ktoś z jego zespołu.

— Możemy porównać.

— Z czym?

— Z dokumentami, które podpisał.

Roger skinął głową. Victoria wróciła do listy nazwisk. Dwa nazwiska już znała z nekrologów i policyjnych komunikatów. Trzecie należało do kobiety stojącej obok niej z rozdartym płaszczem.

— Edda, ktoś atakował cię dziś po tym, jak dostałaś wiadomość o oryginałach. Magnús po podobnej wiadomości pojechał do magazynu. Gunnar zginął kilka dni później.

— Widziałam.

— Kto z tych ludzi jeszcze żyje?

— Wszyscy poza Magnúsem i Gunnarem.

— Gdzie są?

— Kristján mieszka w Reykjavíku. Ólafur chyba też. Sven przeniósł się do Londynu. Marta od kilku lat jest w Oslo. Jón prowadzi własną firmę doradczą. Haukur przeszedł na emeryturę. Zmarł w sobotę na Sólheimajökull.

— Byłam tam — powiedziała Victoria.

Roger od razu skojarzył nazwisko z parkingiem.

— To ten człowiek z parkingu?

— Tak. Wtedy wyglądało to na zawał.

Edda przesunęła palcem po nazwisku Haukura.

— Był w banku przy Norðurhaf. Nie przy dokumentacji. Przy decyzjach.

Roger wyjął telefon.

— Dzwonię do Kristjána.

Edda złapała go za nadgarstek.

— Poczekaj.

— Po co?

— Jeśli ktoś ma dostęp do ich telefonów albo obserwuje, kto z kim się kontaktuje, ostrzeżenie może ich wystawić.

Victoria pokiwała głową.

— Policja powinna ich znaleźć oficjalnie.

— Policja jeszcze nie łączy tych śmierci.

— Po dzisiejszym ataku będzie musiała zacząć.

— Musieć a zrobić to tej nocy to dwie różne rzeczy.

Edda zamknęła skrytkę i podała administratorowi metalowy pojemnik.

— Zabieramy dokumenty.

— Wszystkie? — zapytała Victoria.

— Wszystkie.

— Do banku?

Edda popatrzyła na nią, jakby pierwszy raz tego wieczoru powiedziała coś naprawdę niemądrego.

— Po tym, co widziałaś? Nie.

Roger wsunął dokumenty do cienkiej teczki, którą podał administrator.

— Najpierw policja.

— Oryginału nie oddam — powiedziała Edda.

— To kopia.

— Moja kopia.

— Edda.

— Mogą ją zeskanować przy mnie. Potem wraca do depozytu albo do kancelarii.

Victoria obserwowała ją z cieniem rozbawienia.

— Zaczynam rozumieć, czemu zostałaś partnerem.

— Wreszcie.

Kiedy wyszli na zewnątrz, deszcz prawie ustał. Samochód Rogera stał kilkanaście metrów dalej, pod latarnią. Patrol policyjny czekał po drugiej stronie ulicy. Victoria od razu zauważyła ciemne volvo. Stało przy skrzyżowaniu, bez świateł. Nie widziała kierowcy.

— Roger.

— Widzę.

Edda zatrzymała się za nimi.

— Co?

— Samochód po lewej.

Roger wyjął telefon i zrobił zdjęcie. Volvo ruszyło. Bez gwałtownego przyspieszenia, bez nerwowego skrętu. Po prostu włączyło się do ruchu i zniknęło za rogiem. Policjant z patrolu podszedł do nich.

— Znacie ten samochód?

— Nie — odpowiedziała Victoria. — Ale stał tam, kiedy wychodziliśmy.

— Tablice?

Roger powiększył zdjęcie.

— Mam.

— Sprawdzimy.

Edda przycisnęła teczkę do piersi.

— Teraz mogę złożyć zeznania.

— To bardzo dobra wiadomość — odparł policjant.

— Brzmi jak człowiek, który miał długi wieczór.

— Jeszcze się nie skończył — powiedziała Edda.

Miała rację. Na komisariacie spędzili prawie dwie godziny. Edda opowiedziała o wiadomości, Magnúsie, skrytce i załączniku. Policjant zeskanował dokument przy niej, potem poprosił o listę wszystkich osób wymienionych w części dotyczącej konfliktów interesów. Roger uzupełniał nazwiska, stanowiska i dawne powiązania. Victoria siedziała obok, początkowo słuchając, potem zapisując na kartce daty. Magnús zginął pierwszy. Gunnar kilka dni później. Edda została zaatakowana po wiadomości o oryginałach. Wspólny mianownik był już zbyt wyraźny, żeby traktować go jako zbieg okoliczności. Policjant zabrał kartkę Victorii i przepisał nazwiska do własnego notatnika.

— Skontaktujemy się z pozostałymi.

— Kiedy? — zapytał Roger.

— Teraz zaczniemy.

— Kristján mieszka sam.

— Wiemy.

— Skąd?

— Panie Halldórsson, to nadal jest śledztwo policyjne.

Roger oparł się o krzesło.

— Przed chwilą ktoś próbował zabić kobietę obok mnie.

— Dlatego siedzi pan tutaj, a nie jedzie po kolei do siedmiu ludzi z dokumentem w ręku.

Victoria położyła dłoń na przedramieniu Rogera. Krótki dotyk wystarczył, żeby odpuścił. Dopiero po chwili zorientowała się, że nadal go dotyka. Cofnęła rękę i wróciła do kartki. Edda zauważyła, ale nic nie powiedziała. Po pierwszej w nocy policja odwiozła ją do hotelu, zamiast pozwolić wrócić do pustego mieszkania. Dokument wrócił do depozytu pod nowym numerem skrytki. Kopię cyfrową zabezpieczono jako materiał do dalszej analizy. Roger i Victoria wyszli z komisariatu razem. Powietrze było chłodne, czyste po deszczu. Nad miastem przesuwały się ciężkie chmury, lecz między nimi pojawiło się kilka gwiazd.

— Odwiozę cię — powiedział Roger.

— Mam samochód pod bankiem.

— Jutro po niego pojedziesz.

— Brzmisz jak człowiek przyzwyczajony, że ludzie robią to, co im mówisz.

— Zwykle robią.

— Ja zwykle nie.

— Zdążyłem zauważyć.

Wsiedli. Przez pierwsze minuty Roger nie włączał radia. Victoria patrzyła na nocne ulice i czuła zmęczenie połączone z dziwnym pobudzeniem. Gdzieś pod nim pracowała jeszcze adrenalina z portu. Obraz mężczyzny biegnącego za Eddą wracał krótkimi fragmentami.

— Naprawdę podpisałeś tamtą rekomendację? — zapytała.

Roger nie udawał, że nie wie, o co chodzi.

— Tak.

— Mimo zastrzeżeń.

— Mimo nich.

— Dlaczego?

Zatrzymał samochód na czerwonym świetle.

— Bo chciałem, żeby transakcja doszła do skutku.

— Prosta odpowiedź.

— Taka jest prawda.

— Wiedziałeś, że scenariusz jest napięty.

— Wiedziałem, że jest ambitny.

— To ładniejsze słowo.

Roger nie próbował się bronić.

— Victoria, nie będę ci opowiadał, że byłem młody, naiwny i oszukany przez wielkich bankierów. Pracowałem dla firmy, która chciała rosnąć. Właściciele chcieli więcej statków, większego udziału w rynku i nowych zakładów. Ja chciałem awansu. Każdy przy stole chciał czegoś dla siebie.

Światło zmieniło się na zielone. Ruszył.

— A bank?

— Chciał zarobić.

— Fundusz?

— Też.

— Wiedząc, że klient może upaść.

Roger wzruszył ramionami.

— Bank nie prowadzi firmy za klienta.

Victoria odwróciła głowę.

— Czyli gdybyś dzisiaj dostał podobną transakcję, podpisałbyś?

Pytanie zawisło między nimi dłużej niż poprzednie.

— Jeżeli ryzyko byłoby zaakceptowane, zabezpieczenia wystarczające, a klient podpisałby warunki — tak.

Victoria patrzyła na niego bez słowa.

— Tego oczekuje się od banku — dodał.

— Oczekuje się zysku.

— Tak.

— A jeśli po drugiej stronie pracę straci pięćset osób?

— W decyzji kredytowej liczą się przepływy, zabezpieczenia i ryzyko. Liczba zwolnionych pracowników pojawia się dopiero wtedy, gdy wpływa na któryś z tych elementów.

Odpowiedział spokojnie. Spokój tej odpowiedzi uderzył ją mocniej niż próba obrony.

— I ty nie widzisz w tym problemu?

— Widzę konsekwencje. Problem w banku oznacza coś, co wpływa na decyzję kredytową. Liczba pracowników wpływa tylko wtedy, kiedy wpływa na koszty, przepływy albo ryzyko polityczne.

Victoria oparła głowę o zagłówek.

— Piękne.

— Nie musi być piękne.

— Wystarczy, że jest rentowne.

— Najczęściej.

Miała ochotę powiedzieć mu, że taka obojętność potrafiła hodować nienawiść przez piętnaście lat. Zatrzymała tę uwagę. Roger znał tamten świat lepiej od niej. Jeżeli jego chłód był wyuczony, musiał działać bardzo długo.

— A ty? — zapytał.

— Co ja?

— Pracujesz w tym samym banku.

— Od tygodnia.

— I przyszłaś tam zarabiać, nie zbawiać ludzi.

— Nie mam problemu z zarabianiem.

— Więc z czym?

— Z obojętnością.

Roger przyjął to w milczeniu.

— To bardzo wygodne słowo dla kogoś, kto jeszcze nie musiał podpisać decyzji za sto milionów.

— A chciwość?

— Też wygodne.

— Premia za zamknięcie transakcji, której klient może nie udźwignąć, nie wygląda szczególnie skomplikowanie.

— Ludzie są skomplikowani. Pieniądze zwykle prostsze.

— To chyba pierwsza rzecz, z którą się z tobą zgadzam.

Uśmiechnął się krótko. Napięcie opadło odrobinę. Kiedy dojechali pod dom Victorii, w dwóch oknach paliło się światło. Najstarszy syn najwyraźniej jeszcze nie spał. Roger zatrzymał samochód.

— Dziękuję — powiedziała.

— Za co?

— Za podwiezienie. Za port. Za to, że nie pobiegłeś za tamtym człowiekiem dalej.

— Ostatnie zawdzięczasz tobie.

— Wiem.

Odpięła pas, lecz nie otworzyła drzwi. Roger również siedział bez ruchu, a po wcześniejszej rozmowie żadne z nich nie spieszyło się, żeby przerwać ciszę. Victoria była zmęczona i wyczuwała jego wodę po goleniu, tę samą co w płaszczu na plaży.

— Co? — zapytała.

— Nic.

— Kłamiesz słabo.

— To już dziś słyszałem.

— Edda zna cię dłużej.

— Ty szybciej wyciągasz wnioski.

Odwróciła się w jego stronę.

— Patrzysz na mnie od kilku minut.

— Zauważyłaś.

— Dlaczego?

Roger nie odpowiedział słowami. Pochylił się powoli, zostawiając jej wystarczająco dużo czasu, żeby się cofnęła. Nie zrobiła tego. Pocałował ją krótko. Bez pośpiechu, bez próby przejęcia czegoś, czego mu nie dała. Victoria poczuła ciepło jego dłoni przy szyi i przez moment wszystko, co wydarzyło się od wieczora, zeszło gdzieś na bok. Odsunęła usta pierwsza. Patrzyli na siebie z bliska.

— To też było ryzyko zaakceptowane? — zapytała.

Roger parsknął śmiechem.

— Nie mam jeszcze pełnej analizy.

— To zrób.

Pocałowała go tym razem sama i dłużej. Kiedy się odsunęła, otworzyła drzwi.

— Dobranoc, Roger.

— Dobranoc, Victoria.

Wysiadła. Przeszła kilka kroków do domu i wtedy telefon w kieszeni zawibrował. Nieznany numer. Zatrzymała się pod światłem przy wejściu. Na ekranie pojawiło się zdjęcie. Załącznik siedemnaście. Ta sama strona, którą oglądali kilkadziesiąt minut wcześniej. Lista dystrybucyjna. Magnús Arnarson. Gunnar Hrafnsson. Edda Jónsdóttir. Kristján Sævarsson. Ólafur Björnsson. Sven Karlsson. Marta Leifsdóttir. Jón Pálsson. Haukur Sigurðsson. Ktoś zrobił fotografię innego egzemplarza. Papier miał zagięty róg, którego nie było na kopii Eddy. Pod zdjęciem znajdowało się jedno zdanie. Macie kopię. My mamy oryginał. Victoria przeczytała wiadomość drugi raz.

Roger zdążył już ruszyć. Jego tylne światła znikały za zakrętem. Telefon zawibrował ponownie. Druga wiadomość zawierała tylko nazwisko. Kristján Sævarsson.

Rozdział 8. Cena ryzyka

Victoria patrzyła na nazwisko przez moment. Kristján Sævarsson. Telefon zawibrował jej w dłoni jeszcze raz, ale tym razem pojawiło się tylko potwierdzenie dostarczenia poprzedniej wiadomości. Nadawca zamilkł. Roger był już za zakrętem. Wybrała jego numer. Odebrał po drugim sygnale.

— Zapomniałaś czegoś?

— Zawróć.

Ton wystarczył. Nie pytał.

— Dwie minuty.

Victoria weszła pod daszek przed domem. Światło nad drzwiami przyciągało drobny deszcz, który wyglądał jak jasny pył. W salonie przesunęła się sylwetka najstarszego syna. Dobrze. Dzieci były w domu. Spojrzała ponownie na fotografię załącznika. Zagięty prawy róg i cień palca przy dolnej krawędzi wskazywały na zdjęcie zrobione niedawno. Oryginał leżał na czyimś biurku albo stole. Nadawca trzymał dokument, znał jej numer i wiedział, że razem z Rogerem dotarli do Eddy. Światła samochodu przecięły mokry podjazd. Victoria zeszła po dwóch stopniach. Roger zatrzymał jeepa krzywo, nie gasząc silnika. Otworzyła drzwi pasażera.

— Co się stało?

Podała mu telefon. Czytał bez słowa. Kiedy doszedł do nazwiska, mięsień przy jego szczęce drgnął.

— Znasz go.

— Tak.

— Jak dobrze?

— Wystarczająco.

— To znaczy?

Roger oddał jej telefon.

— Był po stronie funduszu. Strukturyzował finansowanie i zabezpieczenia walutowe. Przy Norðurhaf siedział przy stole częściej niż Magnús.

— Jest na liście dystrybucyjnej.

— Wiem.

— I ktoś przysłał mi jego nazwisko kilka minut po tym, jak wyszedłeś.

Roger sięgnął po swój telefon.

— Mam stary numer.

— Dzwoń.

Wybrał kontakt. Po długim sygnale nikt nie odebrał, więc spróbował ponownie.

— Poczta — powiedział.

Victoria usiadła i zamknęła drzwi.

— Gdzie mieszka?

— Kiedyś Garðabær. Teraz może gdzie indziej.

— Pracuje?

— Ma własną firmę doradczą. Albo miał. Kristján zawsze miał talent do sprzedawania ludziom pewności siebie.

— Brzmi jak człowiek funduszu.

Roger zerknął na nią.

— Brzmi jak człowiek, który zarobił na tym bardzo dużo pieniędzy.

— To bardziej precyzyjne.

Roger otworzył służbową książkę kontaktową. Po kilku ruchach znalazł numer.

— Biuro w Hafnarfjörður. Telefon komórkowy też jest.

— Dzwoń.

Tym razem odpowiedź przyszła szybko. Roger włączył zestaw głośnomówiący.

— Tak?

Głos był niski, zirytowany.

— Kristján? Roger.

— Który Roger?

— Ten od Norðurhaf.

— O tej porze?

— Musimy się spotkać.

— Nie musimy.

— Magnús nie żyje. Gunnar też.

Po drugiej stronie przestało coś szurać.

— Wiem.

— Skąd? — zapytał.

— Czytam wiadomości.

— Ktoś wysłał nam twoje nazwisko.

— Komu „nam”?

— Jest ze mną Victoria. Pracuje w Ísafold.

— Nowa analityczka?

Roger również to usłyszał.

— Skąd ją znasz?

— Reykjavik jest mały, a banki jeszcze mniejsze.

— Gdzie jesteś?

— W biurze.

— Zostań tam.

Kristján roześmiał się cicho.

— Roger, przez czternaście lat nie wydawałeś mi poleceń. Nie zaczynaj dzisiaj.

— Ktoś może próbować cię zabić.

— To już brzmi ciekawiej.

— Mówię poważnie.

— Ja też. Mam spotkanie rano i dokumenty do skończenia. Jeżeli chcecie porozmawiać, macie pół godziny.

— Zadzwoń na policję.

— I co im powiem? Że dwóch sześćdziesięcioletnich facetów umarło, a ty masz złe przeczucie?

— Gunnar został zamordowany.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Tym razem dłuższa.

— Skąd to wiesz?

— Powiem na miejscu.

Kristján odetchnął.

— Stary port w Hafnarfjörður. Biurowiec przy marinie. Trzecie piętro.

— Zamknij drzwi.

— Roger.

— Co?

— Nie przywoź policji.

Połączenie się urwało.

— Jedziemy.

Roger nie ruszył.

— Masz dzieci w domu.

— Widzę.

— Zostań z nimi.

— Po nazwisko Kristjána wiadomość przyszła do mnie.

— Ten argument mnie nie przekonuje. Zostań z dziećmi.

— Jest. Ktoś już wciągnął mnie w tę sprawę.

Roger oparł dłonie na kierownicy.

— Victoria…

— Nie zaczynaj.

Ruszyli po chwili i przez pierwsze kilka minut jechali w ciszy przez mokre, niemal puste miasto. Lampy odbijały się w asfalcie, a światła samochodów rozciągały na szybie pod wycieraczkami. Victoria zadzwoniła do najstarszego syna.

— Mamo?

— Muszę wrócić do pracy.

— O tej porze?

— Tak wyszło. Zamknijcie drzwi. Nikomu nie otwieracie.

— Przecież zawsze zamykamy.

— Sprawdź jeszcze raz.

Chłopak wyczuł ton.

— Co się dzieje?

— Nic, czym masz się teraz zajmować.

— To znaczy, że coś się dzieje.

Victoria przymknęła oczy.

— Wrócę niedługo.

— Jesteś z tym szefem?

Roger spojrzał przed siebie, jakby nagle droga wymagała całej jego uwagi.

— Tak.

— Okej.

To „okej” zawierało więcej informacji, niż chciała usłyszeć.

— Śpij.

— Jasne.

Rozłączyła się. Roger milczał jeszcze przez chwilę.

— Nic nie powiem.

— Bardzo rozsądnie.

— Chociaż twoje dzieci chyba już coś powiedziały za nas.

— Są za inteligentne jak na swój wiek.

— Po kim?

— Po ojcach.

Roger odwrócił głowę. Victoria wytrzymała sekundę i uśmiechnęła się.

— Żartuję. Wszystkie są moje.

— Dobrze wiedzieć.

Napięcie puściło na moment. Potem Roger spoważniał.

— To, co było pod domem…

— Później.

— Chciałem tylko powiedzieć…

— Roger.

— Dobrze.

— Nie uciekam.

— Tyle chciałem wiedzieć.

Resztę drogi przejechali szybciej. Hafnarfjörður o tej porze wyglądał jak port, który dawno zamknął dzień. Maszty jachtów poruszały się na wietrze, linki uderzały o aluminium krótkimi, metalicznymi stuknięciami. W kilku oknach biurowca przy marinie paliło się światło. Roger zaparkował blisko wejścia.

— Trzecie piętro — powiedziała Victoria.

— Trzymaj telefon pod ręką.

— Zawsze trzymam.

— I jeśli zobaczysz coś dziwnego…

— Zdefiniuj dziwne.

— Dzisiaj? Wszystko.

Drzwi na parterze były otwarte. W holu czuć było środek do mycia podłogi. Nocny portier podniósł wzrok znad ekranu. Roger podał nazwisko Kristjána.

— Trzecie piętro. Jest u siebie — odpowiedział mężczyzna. — Mówił, że ktoś przyjedzie.

Winda jechała wolno. Victoria patrzyła na zmieniające się cyfry.

— Byłeś z nim blisko?

— Z Kristjánem?

— Tak.

— Przez kilka miesięcy widywaliśmy się częściej niż z własnymi rodzinami. Sympatii z tego nie było.

— Jaki był?

— Skuteczny. Szybki. I przekonany, że podpis na umowie rozwiązuje wszystkie pytania moralne.

Drzwi windy otworzyły się.

— Czyli pasuje do tej historii.

— Bardzo.

Na końcu korytarza paliła się lampa. Szklane drzwi z dyskretnym napisem SÆVARSSON ADVISORY były zamknięte. Roger nacisnął dzwonek i zamek puścił. Kristján czekał w środku. Był wyższy, niż Victoria się spodziewała. Siwe włosy miał krótko przycięte, koszulę bez krawata, rękawy podwinięte równo do połowy przedramion. Nawet późnym wieczorem wyglądał na gotowego do posiedzenia rady nadzorczej. Spojrzał na Victorię.

— Więc to pani.

— Co to znaczy?

— Roger rzadko interesuje się nowymi pracownikami.

— Kristján — przerwał mu Roger.

— Spokojnie. Jeszcze nie powiedziałem nic niegrzecznego.

Victoria zdjęła płaszcz.

— Może pan zacząć od tego, skąd zna pan moje nazwisko.

Kristján wskazał salę konferencyjną.

— W bankowości informacje przemieszczają się szybciej niż pieniądze.

— To dość wysoka poprzeczka.

— Przy dobrym systemie pieniądz też jest szybki.

Usiedli przy długim stole. Za szybą widać było czarną wodę mariny. Kristján położył przed sobą telefon ekranem do dołu.

— Mówcie.

Victoria otworzyła zdjęcie załącznika i przesunęła telefon w jego stronę. Kristján zerknął na ekran i natychmiast zesztywniał.

— Skąd to macie?

— Kopię dostała Edda. Ktoś ma oryginał.

— Edda zachowała kopię?

— Tak.

Kristján uśmiechnął się bez rozbawienia.

— Oczywiście.

— Co jest w tym dokumencie tak ważnego? — zapytała Victoria.

— W tej chwili? Najwyraźniej nazwiska.

— Dwie osoby z tej listy nie żyją.

— Widziałem.

— Trzecia została dziś zaatakowana.

Kristján podniósł wzrok.

— Edda?

— Tak.

— Gdzie?

— Teraz liczy się coś innego.

— Ma, jeśli mam uwierzyć, że ktoś chodzi po Islandii z listą sprzed czternastu lat.

Roger pochylił się nad stołem.

— Gunnar nie zginął przypadkiem.

— Policja tak powiedziała?

— Jeszcze nie publicznie.

— Więc skąd ty wiesz?

— Wiem.

Kristján przez moment oceniał jego twarz. Potem odchylił się na krześle.

— Dobrze. Załóżmy, że wam wierzę. Czego chcecie ode mnie?

— Prawdy — powiedziała Victoria.

Kristján roześmiał się krótko.

— W finansach prawda zwykle pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś za nią płaci.

— Stać pana.

Uśmiech zniknął. Victoria powiększyła zdjęcie.

— Załącznik siedemnaście. Konflikty interesów, wynagrodzenia, premie, lista dystrybucyjna. I pańskie nazwisko.

— Moje nazwisko było na setkach dokumentów.

— Na tym jest obok Magnúsa i Gunnara.

— I sześciu innych ludzi.

— Dwóch nie żyje.

— To nadal niczego nie dowodzi.

— Ile dostał pan premii za Norðurhaf?

Roger poruszył się lekko, ale nie przerwał.

— Szybko pani przechodzi do pieniędzy.

— Od nich zaczęła się ta historia.

— Każda historia bankowa zaczyna się od pieniędzy.

— Ile?

Kristján wziął do ręki szklankę wody.

— Nie pamiętam.

— Pamięta pan.

— Proszę uważać, żeby pewność siebie nie zastępowała faktów.

— Człowiek potrafi zapomnieć rocznicę ślubu. Premii, która zmienia jego życie, raczej nie.

Roger spuścił wzrok i Victoria nie wiedziała, czy ukrywa uśmiech. Kristján odstawił szklankę.

— Czterdzieści dwa miliony koron.

— Za jedną transakcję?

— Za wynik roczny.

— W którym Norðurhaf odpowiadał za dużą część wyniku.

— Tak.

— A Magnús?

— Więcej.

— Gunnar?

— Mniej.

Victoria oparła dłonie na stole.

— Firma zaczęła tracić płynność kilka miesięcy później.

— Zgadza się.

— I to panu nie przeszkadzało?

Kristján zerknął na nią spokojnie.

— W czym?

Pytanie zabrzmiało tak zwyczajnie, że przez moment nie znalazła odpowiedzi.

— Zarobiliście na produkcie, który niemal zniszczył klienta.

— Produkt nie zniszczył klienta. Klienta zniszczyły dług, koszty, kurs walutowy, spadek marż i decyzje jego własnego zarządu.

— A wy ten dług zbudowaliście.

— My go sfinansowaliśmy.

— Wiedząc, jakie jest ryzyko.

— Każdy kredyt ma ryzyko.

— Klient widział takie samo ryzyko jak wy?

Kristján splótł palce.

— Klient miał doradców, prawników, zarząd i dyrektora finansowego.

— Pamiętasz?

Roger nie drgnął.

— Pamiętam.

— Nikt was nie przyprowadził pod pistoletem. Chcieliście kupić flotę i zakłady. Chcieliście rosnąć szybciej niż konkurenci. Bank chciał odsetek. Fundusz chciał prowizji. Zarząd Norðurhaf chciał rynku. Wszyscy dostali to, po co przyszli do stołu.

— Pracownicy też? — zapytała Victoria.

— Pracownicy nie byli stroną umowy.

— Pięćset osób straciło pracę.

— To była decyzja restrukturyzacyjna po upadku projektu.

— Dla pana to jedno zdanie.

— Bo rozmawiamy o transakcji, nie o polityce społecznej.

Victoria przyjrzała mu się uważniej.

— I tak pan to widzi do dziś?

— A jak mam widzieć? Mam po czternastu latach udawać, że umowa kredytowa była programem pomocy regionalnej? Firma chciała pieniędzy. Dostaliśmy wynagrodzenie za dostarczenie pieniędzy. Ryzyko było zapisane w dokumentacji.

— Całe?

Kristján milczał zbyt długo. Roger przesunął krzesło bliżej stołu.

— Pokaż jej, Kristján.

— Co?

— To, czego nie wysłaliście Norðurhaf.

— Nie wiesz, o czym mówisz.

— Wiem. Widziałem różnicę między naszym materiałem a wewnętrznym modelem funduszu.

— Po fakcie.

— Teraz widziałem.

— To tym bardziej niczego nie zmienia.

Victoria obserwowała ich obu.

— Był drugi model?

Kristján zacisnął usta. Roger odpowiedział za niego.

— Był.

— I klient go nie dostał?

— Dostał streszczenie — powiedział Kristján.

— Wygładzone — dodał Roger.

— Dostosowane do prezentacji.

Victoria prawie się uśmiechnęła.

— Piękne określenie.

Kristján zignorował ją.

— Model wewnętrzny służy bankowi i funduszowi. Klient dostaje warunki finansowania i informacje wymagane prawem.

— A jeśli model pokazuje, że przy gorszym scenariuszu firma traci płynność?

— To zarząd klienta powinien umieć policzyć własny biznes.

— A fundusz bierze prowizję.

— Tak działa fundusz.

— I premię.

— Tak działa wynagrodzenie.

Victoria spojrzała na Rogera. Przyjął odpowiedź Kristjána spokojnie, jak informację oczywistą. Ten spokój drażnił ją bardziej niż słowa człowieka z funduszu.

— Dlaczego załącznik siedemnaście zniknął z archiwum? — zapytała.

Kristján odwrócił wzrok w stronę okna.

— Bo był niewygodny.

— Dla kogo?

— Dla wszystkich.

— Pan go usunął?

— Nie.

— Kto?

— Nie wiem.

Roger nachylił się.

— Wiesz.

— Wiem, kto chciał ograniczyć obieg dokumentu. Kto go usunął, to osobna sprawa.

— Kto?

Kristján patrzył na niego kilka sekund.

— Zarząd funduszu.

Victoria wyprostowała się.

— Nazwisko.

— Decyzję podejmowało kilka osób.

— Nazwiska.

Kristján wstał.

— Chcecie kawy?

— Nie — odpowiedzieli jednocześnie.

Zatrzymał się przy ekspresie.

— Czternaście lat temu zamykaliśmy kwartał. Norðurhaf dawał nam największą prowizję w historii zespołu. Jeżeli transakcja weszłaby po końcu kwartału, wynik przesunąłby się na następny okres. Zarząd chciał ją zamknąć.

— Bez względu na ryzyko?

— Ryzyko było zaakceptowane.

— Przez ludzi, których premia zależała od zamknięcia?

Kristján nalał sobie kawy.

— Między innymi.

— To jest konflikt interesów.

— Temu służył załącznik.

Kristján zauważył reakcję.

— Co?

— Nic. Proszę mówić dalej.

— Załącznik wyliczał wynagrodzenia, premie i powiązania osób pracujących przy projekcie. Formalnie wszystko było zgodne z polityką. Tyle że po upadku Norðurhaf wyglądało fatalnie.

— Więc dokument zniknął.

— Z głównego obiegu. Nie ze wszystkich kopii.

— Edda zachowała jedną.

— Edda zawsze zachowywała wszystko.

— A pan?

Kristján uniósł filiżankę.

— Ja też.

Roger wyprostował się.

— Masz kopię?

— Mam więcej niż kopię.

Victoria pochyliła się nad stołem.

— Co pan ma?

Kristján odstawił filiżankę i podszedł do niewielkiej szafy przy ścianie. Otworzył ją kluczem wyjętym z kieszeni. Ze środka wyjął cienką teczkę i położył na stole.

— Wydruki korespondencji z ostatnich sześciu tygodni przed podpisaniem finansowania.

Roger patrzył na niego bez mrugnięcia.

— Trzymałeś to tutaj?

— Nie. Przyniosłem dziś.

— Dlaczego?

— Bo trzy dni temu dostałem przesyłkę.

— Jaką?

— Kopertę.

— Co było w środku?

— Fotokopia mojego zestawienia premii.

— Tylko to?

Kristján potrząsnął głową.

— Czarny piasek.

Victoria poczuła zimno na karku. Roger patrzył na Kristjána.

— I nie zgłosiłeś tego?

— Czego? Że ktoś wysłał mi piasek?

— Wiedziałeś, z czym to się łączy.

— Podejrzewałem.

— Magnús już wtedy nie żył.

— Magnús zniknął. Policja mówiła o wypadku.

— A Gunnar?

— Gunnar zginął później.

Victoria otworzyła teczkę. Pierwszy wydruk był mailem od członka zarządu funduszu, zatytułowanym NORDURHAF — CLOSE Q4. Wiadomość była krótka. Zespół miał doprowadzić do podpisania umów przed końcem okresu. Rozpoznanie przychodu z prowizji miało nastąpić w całości. Dalszą dystrybucję rozszerzonego materiału ryzyka przesuwano do chwili zatwierdzenia przez komitet. Victoria przeczytała drugi raz.

— Oni chcieli najpierw zamknąć transakcję.

Kristján usiadł.

— Chcieli zabezpieczyć wynik.

— A dopiero potem szerzej rozesłać analizę, która pokazywała możliwość utraty płynności.

— Komitet miał ją wcześniej.

— Klient nie.

— Klient znał ryzyka.

Victoria podniosła na niego wzrok.

— Pan będzie to powtarzał do końca życia?

— Najpewniej.

— Nawet jeśli ktoś zabija was po kolei?

Kristján oparł się wygodniej.

— Śmierć Magnúsa nie zmienia treści umowy.

Roger wypuścił powietrze nosem.

— Ty naprawdę niczego nie czujesz.

Kristján przeniósł wzrok na niego prawie z urazą.

— A ty czujesz? Od ilu lat pracujesz w banku? Ile firm zamknąłeś? Ilu ludzi zwolniono po decyzjach, które podpisałeś?

— Nie rób ze mnie potwora, Roger. Siedzimy przy tym samym stole. Różnica polega na tym, że ja nie potrzebuję opowieści o sumieniu, żeby spać.

Victoria patrzyła na obu mężczyzn. Roger milczał, a Kristján zachował spokój, jakby rozmowa dotyczyła zwykłego wyniku kwartalnego. Nagle w korytarzu rozległ się długi sygnał. Alarm przeciwpożarowy. Kristján zaklął. Nad drzwiami zaczęła migać czerwona lampka.

— Często się zdarza? — zapytała Victoria.

— Pierwszy raz od dwóch lat.

Roger wstał.

— Bierz teczkę.

— To pewnie czujnik.

— Bierz.

Tym razem posłuchał. Na korytarzu otworzyły się drzwi dwóch innych biur. Kilka osób kierowało się do klatki schodowej. Winda zablokowała się automatycznie. Victoria schodziła za Rogerem. Kristján szedł za nią. Na drugim piętrze czuć było dym, choć nigdzie nie było go widać. Na parterze portier stał przy centrali alarmowej i rozmawiał przez telefon.

— Gdzie pożar? — zapytał Roger.

— System pokazuje zaplecze techniczne. Straż jedzie.

Ludzie wychodzili przed budynek. Wiatr od mariny uderzył w nich zimnym powietrzem. Kristján trzymał teczkę pod kurtką.

— Świetnie. O drugiej rano będę stał na parkingu przez wadliwy czujnik.

— Lepiej niż w gabinecie podczas prawdziwego pożaru — odpowiedziała Victoria.

— To zależy od gabinetu.

Roger rozejrzał się po parkingu.

— Gdzie masz samochód?

Kristján wskazał drugi rząd.

— Tam.

— Nie idź sam.

— Roger, wystarczy.

Ruszył. Victoria zauważyła między samochodami mężczyznę w czarnej kurtce z kapturem. Pojawił się na sekundę i zniknął za wysokim autem dostawczym.

— Roger.

On już patrzył w tamtą stronę. Kristján był kilka metrów przed nimi.

— Kristján, stój!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 60.03