Rozdział 1. Dwie kreski
Lidia zobaczyła drugą kreskę o piątej czterdzieści siedem rano.
Siedziała na brzegu wanny w majtkach i jego starej koszulce, z testem ciążowym między palcami, i przez dobrą chwilę zastanawiała się, czy człowiek może być aż tak niewyspany, żeby widzieć rzeczy, których nie ma.
Przetarła oczy. Kreska została.
— No pięknie — powiedziała.
Z kuchni dobiegł trzask, potem drugi.
— Mamo!
Lidia zamknęła oczy.
— Żyjesz?
— Tak!
— To czego wrzeszczysz?
— Bo spadło!
— Co?
Cisza.
To nigdy nie wróżyło niczego dobrego.
Lidia położyła test na pralce, naciągnęła koszulkę na tyłek i wyszła z łazienki.
W kuchni siedmioletnia Maja stała na krześle. Na podłodze leżało pudełko płatków, a wokół niego rozsypało się pół śniadania.
— Chciałam sama.
— Widzę.
— Nie musisz być zła.
— Nie jestem zła.
— Jesteś.
— Jest piąta pięćdziesiąt rano. O tej godzinie nie jestem ani zła, ani dobra. O tej godzinie jestem martwa.
Maja zastanowiła się.
— Martwi nie mówią.
— Matki mówią. Nawet po śmierci. Schodź.
Zgarnęła płatki dłonią. Część wrzuciła z powrotem do pudełka.
— Mamo!
— Co?
— Z podłogi!
— Pięć sekund.
— Leżały dłużej.
— Chcesz śniadanie czy inspekcję sanitarną?
Maja usiadła przy stole.
— Śniadanie.
— No.
Wsypała płatki do miski i zalała mlekiem. Przez cały czas myślała o dwóch kreskach leżących na pralce. Chyba się cieszyła, tylko jeszcze do niej nie dotarło.
Położyła dłoń na brzuchu. Niczego oczywiście nie poczuła. Był taki sam jak wczoraj. Płaski, może trochę miększy poniżej pępka, bo ostatnio jadła za dużo drożdżówek w pracy.
Dwie kreski. Drugie dziecko. Tomek ją zabije. Najpierw zbladnie, potem zapyta, czy jest pewna, zrobi kilka kółek po kuchni i zacznie liczyć pieniądze. Dopiero później się ucieszy. Znała go.
— Mamo?
— Co?
— Czemu trzymasz się za brzuch?
Natychmiast zabrała rękę.
— Bo mnie boli.
— Będziesz rzygać?
— Dziękuję za troskę.
— Jak będziesz, to nie tutaj.
Lidia parsknęła śmiechem.
— Kocham cię, wiesz?
— Wiem.
— Skromność po ojcu.
Maja chrupała płatki.
Lidia zrobiła sobie kawę. Mocną, z dwóch czubatych łyżeczek, i dopiero kiedy podniosła kubek do ust, zatrzymała go w połowie drogi.
Spojrzała na kawę, potem w stronę łazienki.
— Cholera.
— Powiedziałaś brzydko.
— Nie słyszałaś.
— Słyszałam.
— To zapomnij.
— Za złotówkę.
— Ty kiedyś będziesz siedzieć.
— Gdzie?
— Nieważne.
Wylała połowę kawy do zlewu, dolała mleka i wypiła kilka łyków bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby.
Za oknem dopiero zaczynało szarzeć.
Blok naprzeciwko wyglądał dokładnie tak samo jak wczoraj. Kilka zapalonych okien, balkony zastawione suszarkami, satelitarne talerze, czyjś czerwony ręcznik pozostawiony na noc. Na parkingu stał ich stary opel, którego Tomek od trzech miesięcy miał oddać do mechanika, bo coś stukało przy skręcaniu w lewo.
W prawo nie stukało. Zdaniem Tomka samochód był sprawny w pięćdziesięciu procentach. Na myśl o dwóch kreskach uśmiechnęła się.
Tomka poznała dziewięć lat wcześniej, kiedy oboje odbywali praktyki w piekarni.
Pierwszego dnia wsadził rękę nie do tej miski, dostał po łapach od piekarza i powiedział tak głośno „kurwa”, że usłyszała go ekspedientka po drugiej stronie ściany.
Lidia się roześmiała.
Tomek odwrócił się i zobaczył drobną dziewczynę o piwnych oczach, z czarnymi włosami związanymi wysoko na karku. Włosy miała tak gęste, że gumka ledwo je obejmowała. Mąka została jej na policzku i na czubku nosa.
— Co się śmiejesz?
— Z ciebie.
— To przestań.
— Nie.
Dwa tygodnie później całowali się za piekarnią.
Miesiąc później wiedziała już, że Tomek ma zimne stopy, chrapie po piwie i nie potrafi odłożyć mokrego ręcznika w inne miejsce niż na łóżko.
Pół roku później była przekonana, że będzie z nim do końca życia.
Miała osiemnaście lat.
— Wstawaj.
Tomek nakrył głowę kołdrą.
— Tomek.
— Nie żyję.
— To rodzinne. Ja też już dzisiaj umarłam.
— Dziesięć minut.
— Za dziesięć minut Maja ma wychodzić.
— To niech wychodzi.
Lidia stanęła nad łóżkiem.
— Ma siedem lat.
Spod kołdry odezwało się:
— Inteligentna jest.
— Tomek.
— No już.
Nie ruszył się.
Potem złapała za kołdrę i ściągnęła ją jednym ruchem.
— Co ty robisz?!
— Wskrzeszenie.
— Zimno!
— Żyjesz?
— Nienawidzę cię.
— Świetnie. To wstań i nienawidź mnie w kuchni.
Tomek usiadł z włosami sterczącymi we wszystkie strony, ubrany tylko w bokserki.
— Kawa?
— Zrobię.
— Zrobiłaś?
— Sobie.
— A mnie?
— Jesteś dorosły.
— Od kiedy?
Maja pojawiła się w drzwiach z plecakiem.
— Mama powiedziała „cholera”.
Lidia odwróciła głowę.
— Zdrajca.
— Miała zapomnieć — powiedziała Maja. — Ale nie zapłaciła.
— Ile?
— Złotówkę.
— Tanio.
— Nie pomagaj jej.
Wstał, podrapał się po brzuchu i pocałował Lidię w policzek.
— Dzień dobry.
Miał jeszcze zaspane oczy. Lidia objęła go mocniej niż zwykle.
— Coś zrobiłaś?
— Jeszcze nie.
— To czego chcesz?
— Niczego.
— To podejrzane.
Odsunęła się.
— Ubieraj się.
Tomek poszedł do łazienki. Lidia czekała. Trzy. Dwa. Jeden.
— LIDIA!
Uśmiechnęła się.
— Co?
Z łazienki dobiegło:
— CO TO JEST?!
Maja rozszerzyła oczy.
— Co tam jest?
— Idź założyć buty.
— Ale co?
— Maja.
Dziewczynka pobiegła do przedpokoju, oczywiście zostawiając drzwi otwarte, żeby niczego nie przegapić.
Tomek wyszedł z łazienki z testem w ręce, blady dokładnie tak, jak przewidziała.
— To jest…?
— Nie. Termometr.
— Lidia.
— Test.
— Widzę, że test.
— To po co pytasz?
Spojrzał na dwie kreski, na Lidię i znowu na test.
— Jesteś pewna?
Lidia oparła się biodrem o stół.
— Dwie kreski raczej nie oznaczają zapalenia gardła.
— Ale robiłaś drugi?
— Nie.
— To może zrób.
— Mogę zrobić dziesięć. Jak bardzo chcesz zbankrutować na testach ciążowych?
Nie odpowiedział. Zaczął chodzić po kuchni. Lidia poczuła, że chce się śmiać.
— Przestań.
— Co?
— Chodzić.
— Ja nie chodzę.
— Tomek, zrobiłeś trzy kółka wokół stołu.
Zatrzymał się.
— Damy radę?
Spojrzała na odklejającą się przy oknie tapetę i rachunek za prąd przypięty do lodówki. Plecak Mai leżał w przedpokoju, a mleko nadal stało na stole.
Oszczędności nie mieli. Opel stukał, pralka czasem nie odwirowywała, Tomek zarabiał przeciętnie, ona jeszcze mniej.
Mieli jeden mały pokój dla Mai i drugi, który był jednocześnie sypialnią i salonem.
Dziecko nie mieściło się w żadnym rozsądnym planie.
Lidia wzruszyła ramionami.
— A kiedy nie dawaliśmy?
Podszedł i położył dłonie na jej biodrach.
— Naprawdę?
Kiwnęła głową.
— Naprawdę.
Objął ją mocno, tym razem nie na sekundę.
Lidia wtuliła twarz w jego szyję i zamknęła oczy.
Z przedpokoju dobiegł głos Mai:
— Ja wszystko słyszę!
Tomek nie wypuścił Lidii z ramion.
— To chodź tutaj, podsłuchiwaczu.
Maja wbiegła do kuchni.
— Co?
— Powiedz jej — powiedział.
— Dlaczego ja?
— Bo ty to zrobiłaś.
Lidia odsunęła się.
— Sama?
— No nie sama, ale…
— Co zrobiła?
— Nic! — powiedział natychmiast Tomek.
Maja patrzyła raz na jedno, raz na drugie.
— Jesteście dziwni.
— To prawda — powiedziała Lidia. — Ale będziesz miała brata albo siostrę.
Maja znieruchomiała. Przez moment nic nie mówiła.
— Kiedy?
— Nie jutro.
— A kiedy?
— Za kilka miesięcy.
— A gdzie będzie spać?
Tomek otworzył usta. Lidia nadepnęła mu na stopę.
— Au!
— Co?
— Nic.
Maja zmarszczyła brwi.
— Może spać u mnie.
Lidia poczuła nagłe pieczenie pod powiekami.
— Zobaczymy.
— Ale jak będzie płakać, to u was.
Tomek parsknął.
— Rozsądne.
— I nie dam mu mojej pandy.
— Oczywiście.
— Ani kredek.
— Dobrze.
— Ani tabletu.
— Nie masz tabletu.
— Jak będę miała.
Lidia roześmiała się przez łzy.
Tomek pocałował ją we włosy.
Maja zaczęła już wyliczać, czego jeszcze przyszłe rodzeństwo nie będzie mogło dotykać.
Lidia słuchała jej w za małej kuchni, między rachunkiem za prąd, rozsypanymi płatkami i testem leżącym na pralce.
Rozdział 2. Miejsce
Pierwsze zdjęcie dziecka Tomek przykleił magnesem do lodówki.
Lidia kazała mu je zdjąć.
— Dlaczego?
— Bo jest obok rachunku za gaz.
— I?
— Nie chcę, żeby od początku wiedziało, ile kosztuje życie.
Tomek popatrzył na czarno-biały wydruk, na którym nawet przy dużej dozie dobrej woli trudno było rozpoznać człowieka.
— Myślisz, że widzi?
— Po tobie wszystko możliwe.
Przeniósł zdjęcie wyżej, pod magnes w kształcie truskawki.
— Teraz?
— Teraz patrzy na kalendarz.
— To dobrze. Będzie punktualne.
— Nie po tobie.
Maja, która od kilku tygodni traktowała ciążę matki jak przedsięwzięcie rodzinne, podeszła do lodówki i stanęła na palcach.
— Nadal wygląda jak fasolka.
— Nie mów tak o bracie — powiedział Tomek.
— Skąd wiesz, że brat?
— Czuję.
Lidia otworzyła lodówkę.
— Ty wczoraj czułeś, że zostało piwo.
— I zostało.
— Jedno. Za musztardą.
— Instynkt.
Maja pokiwała głową z powagą.
— Ja chcę siostrę.
— A jak będzie brat? — zapytała Lidia.
— To trudno.
— Wzruszające.
— Będę go lubić.
— Dziękujemy.
— Ale nie będzie ruszał moich rzeczy.
— Zapiszmy to. Jak się urodzi, damy mu regulamin.
— Ty najpierw przeczytaj regulamin wynoszenia śmieci.
Tomek westchnął.
— Człowiek wraca z pracy i od progu przemoc.
Lidia zamknęła lodówkę biodrem.
Była w czwartym miesiącu i brzuch zaczął być widoczny. Jeszcze niewielki, ale wystarczający, żeby ludzie patrzyli sekundę dłużej i żeby starsze kobiety w autobusie nagle zaczynały mieć dla niej rady.
Nie podnoś, nie biegaj, nie pij kawy, jedz za dwoje, nie jedz za dwoje, śpij na lewym boku, nie zakładaj nogi na nogę.
Jedna klientka w piekarni powiedziała jej nawet, że po kształcie brzucha widzi dziewczynkę.
Lidia zapytała, czy po kształcie bułek potrafi przewidzieć pogodę.
Kierowniczka usłyszała.
Po wyjściu klientki schowała twarz za regałem i śmiała się tak długo, że musiała poprawiać tusz.
Pracowała teraz na pół etatu w niewielkiej piekarni po drugiej stronie osiedla.
Nie tej samej, w której poznała Tomka. Tamta zamknęła się kilka lat wcześniej, a właściciel wyjechał podobno do Niemiec i zajął się czymś zupełnie innym.
Lidia lubiła piekarnię rano, ale nie wstawanie.
O piątej trzydzieści świat wydawał jej się błędem organizacyjnym, ale kiedy otwierała drzwi zaplecza i uderzało w nią ciepło oraz zapach świeżego pieczywa, coś wracało na swoje miejsce.
Tego dnia stała przy ladzie i układała drożdżówki, kiedy poczuła lekkie muśnięcie w brzuchu.
Zamarła.
— Co? — zapytała Anka.
— Nic.
— To czemu stoisz jak słup?
Lidia położyła rękę na fartuchu. Czekała. Nic.
— Chyba się ruszyło.
Anka natychmiast rzuciła ścierkę.
— Daj.
— Co daj?
— Brzuch.
— Nie.
— No weź.
— Anka, to jest mój brzuch, nie promocja.
— Ale chcę poczuć.
— Ja też chcę. I przestało przez ciebie.
Anka prychnęła.
— Niewdzięczna.
Lidia uśmiechnęła się i wróciła do układania drożdżówek.
Poczuła to znowu, tym razem wyraźniej, jakby ktoś od środka dotknął jej jednym palcem. Nie bolało, ale na sekundę przestała słyszeć piekarnię. Została tylko jej dłoń i coś pod nią.
— Jesteś — szepnęła.
— Gadasz do brzucha?
— A ty gadasz do ekspresu.
— Ekspres odpowiada.
— Mój też kopie.
— Jeszcze trochę i będziesz jedną z tych matek, które pokazują zdjęcia kupy.
— Jak zrobi wyjątkowo ładną, wyślę ci pierwszej.
— Zerwę znajomość.
— Nie masz tylu koleżanek, żeby sobie na to pozwolić.
Anka pokazała jej środkowy palec poniżej lady. Lidia roześmiała się.
Wieczorem Maja odrabiała lekcje przy kuchennym stole, Tomek walczył z opadającymi drzwiczkami szafki, a Lidia leżała na kanapie z książką, której od dziesięciu minut nie czytała.
Dziecko kopnęło, tym razem wyraźnie, nie jak wcześniejsze muśnięcie.
— Tomek.
Nie odpowiedział.
— Tomek!
Wpadł do pokoju ze śrubokrętem.
— Co się stało?
— Chodź.
Od razu spoważniał.
— Boli?
— Nie. Daj rękę.
— Po co?
— Daj.
Położyła jego dłoń na brzuchu. Czekali.
— Nic.
— Poczekaj.
— Może śpi.
— Przed chwilą nie spało.
— Może się obraziło.
— Na ciebie ma jeszcze czas.
Czekali dalej. Nic. Tomek wzruszył ramionami.
— Chyba mnie nie lubi.
Dziecko kopnęło.
Tomek otworzył szeroko oczy.
— O!
Lidia zaczęła się śmiać.
— Cicho.
— Ale poczułem.
— Wiem.
— Jeszcze raz.
— To nie pilot.
Przesunął dłoń.
— Tu?
— Nie wiem.
— A gdzie ma nogi?
— Tomek, ja nie mam tam okienka.
— Na USG było.
— To idź po aparat.
Maja pojawiła się w drzwiach.
— Co robicie?
— Kopie — powiedział Tomek.
— Kto?
Oboje spojrzeli na nią.
— Aha.
Podbiegła.
— Ja też!
Położyła obie dłonie na brzuchu matki.
— Nie tak mocno.
— Gdzie?
— Tutaj.
Maja przycisnęła policzek do koszulki Lidii.
— Halo?
— Co ty robisz?
— Mówię.
— Jeszcze nie słyszy przez brzuch jak przez telefon.
— Skąd wiesz?
Lidia chciała odpowiedzieć, ale dziecko poruszyło się znowu.
Maja aż odskoczyła.
— Kopnęło mnie!
— Ostrzegałam, że będzie ruszać twoje rzeczy — powiedziała Lidia.
Maja patrzyła na brzuch. Pochyliła się ponownie.
— Możesz ruszać moje kredki — powiedziała cicho. — Ale tylko te stare.
Tym razem żadne się nie roześmiało.
Problem z miejscem pojawił się dwa tygodnie później, choć od dawna udawali, że go nie ma.
Mieszkanie miało czterdzieści trzy metry, dwa pokoje i kuchnię tak małą, że otwarcie piekarnika praktycznie uniemożliwiało wejście do niej drugiej osobie.
Maja miała swój pokój.
Lidia i Tomek spali w większym, który w dzień był salonem.
Dziecko mogło przez pierwsze miesiące spać z nimi.
Potem?
— Piętrowe łóżko — powiedział Tomek.
— Niemowlę na górze?
— Nie. Maja.
— A dziecko pod nią?
— Tak.
— I jak będzie płakać w nocy, Maja będzie schodzić po drabince?
— To postawimy łóżeczko u nas.
— Do osiemnastki?
Tomek siedział na podłodze z miarką.
— Nie przesadzaj.
— Nie przesadzam. Gdzie chcesz je postawić?
Rozciągnął miarkę od ściany do kanapy.
— Tutaj.
— Wtedy nie otworzysz szafy.
— Szafę można przesunąć.
— Gdzie?
Rozejrzał się.
— Tam.
— Tam są drzwi.
— No to tam.
— Tam jest kaloryfer.
Tomek zwinął miarkę.
— Ty nie chcesz rozwiązania. Ty chcesz wygrać.
— Chcę, żeby dziecko nie spało w pionie.
— W Japonii mają mniejsze mieszkania.
— Jedź do Japonii i zapytaj, czy nas przyjmą.
Maja siedziała na dywanie i budowała coś z klocków.
— Może być u mnie.
— Wiem.
— Naprawdę.
— A jak będzie płakać?
Maja zastanowiła się.
— To zawołam tatę.
— Dlaczego mnie? — zapytał Tomek.
— Bo mama będzie karmić.
Tomek uniósł brwi. Lidia parsknęła.
— Dziecko ma plan lepszy od ciebie.
— Wszyscy przeciwko mnie.
Maja wróciła do klocków.
— Możemy wyrzucić moje biurko.
Lidia spoważniała.
— Nie.
— Czemu?
— Bo potrzebujesz biurka.
— Mogę robić lekcje w kuchni.
— Masz swój pokój i swoje rzeczy. Nie będziemy ci zabierać połowy życia, bo pojawi się dziecko.
Maja nic nie odpowiedziała.
— Co?
— Nic.
— Znam to „nic”.
— Po prostu…
— Co?
— Dobrze powiedziałaś.
— Zapisz datę.
— Już zapisałem. Święto państwowe.
Rzuciła w niego poduszką.
Kilka dni później Tomek przyniósł do domu drewniane łóżeczko. Było używane.
Białe kiedyś, teraz bardziej kremowe, z jedną szczeblinką w innym odcieniu.
— Skąd to?
— Od Marcina.
— Jakiego Marcina?
— Z pracy.
— Tego, co sprzedał ci zimowe opony, z których jedna była letnia?
— To była pomyłka.
— Jego czy twoja?
— Opony są okrągłe, Lidia.
— Niesamowite.
Obeszła łóżeczko.
— Ile?
— Nic.
— Nic?
— Jego młody już z niego wyrósł. Mieli wyrzucić.
Dotknęła dłonią poręczy.
Drewno było porysowane. Na jednym boku ktoś przykleił małą naklejkę z żyrafą.
— Trzeba pomalować.
— Pomalujemy.
— Materac nowy.
— Kupimy.
— Śrub brakuje.
— Nie brakuje.
Lidia spojrzała na woreczek, który trzymał.
— Tomek.
— Dwóch.
— Dwóch czego?
— Śrub.
— Czyli brakuje.
— Ale małych.
— Łóżeczko dla dziecka będzie się trzymało na optymizmie?
— Dokupię.
Maja obeszła mebel z drugiej strony.
— Ładne.
— Brzydkie — powiedziała Lidia.
— Nasze — odpowiedział Tomek.
— Jeszcze nie nasze. Pożyczone od Marcina.
— Dał nam.
— Czyli nasze?
— Nasze.
Maja pogładziła naklejkę z żyrafą.
— Możemy dać drugą.
— Możemy — powiedziała Lidia.
Wieczorem, kiedy Tomek pojechał po brakujące śruby, Lidia została sama w pokoju.
Maja spała. Telewizor był wyłączony. Łóżeczko stało między kanapą a ścianą, jeszcze niezłożone do końca. Lidia usiadła obok niego na podłodze.
Przesunęła palcem po drewnie i wyobraziła sobie już nie fasolkę z USG ani brzuch, lecz prawdziwe dziecko, które będzie spało w tym łóżeczku i płakało o trzeciej rano.
Wyobraziła sobie Tomka mówiącego, że nic nie słyszał, i Maję stojącą nad łóżeczkiem, pilnującą swoich kredek. Uśmiechnęła się.
— Zmieścimy cię — powiedziała cicho.
Dziecko poruszyło się pod jej dłonią.
— Nie wiem jak, ale się zmieścimy.
W niedzielę pojechali do jej matki. Opel stukał przy każdym skręcie w lewo.
— Słyszysz? — zapytała Lidia.
— Co?
— To.
— Nic nie słyszę.
— Tomek.
— Samochody wydają dźwięki.
— Ten wydaje prośbę o eutanazję.
Maja z tylnego siedzenia zachichotała.
— Nie śmiej się — powiedział Tomek. — To dobry samochód.
— Ma starszy rocznik niż ciocia Anka — powiedziała Maja.
Lidia odwróciła głowę.
— Skąd ty wiesz, ile lat ma ciocia Anka?
— Powiedziała.
— Tobie?
— Powiedziała, że ma dwadzieścia dziewięć.
Lidia wybuchnęła śmiechem.
— Co? — zapytał Tomek.
— Nic.
— Znowu „nic”.
— Anka ma trzydzieści cztery.
Maja otworzyła usta.
— Kłamie?
— Nie. Kobiety czasami korygują dane.
— Po co?
— Dowiesz się.
— Kiedy?
— Jak będziesz miała trzydzieści cztery.
Tomek skręcił. Coś pod samochodem stuknęło trzy razy.
— Ani słowa.
— Nic nie powiedziałam.
— Ale pomyślałaś.
— Głośno.
Dojechali.
Tego dnia jedli rosół, potem za suchego kurczaka, którego jej matka zawsze piekła o pół godziny za długo. Maja dostała dwa kawałki ciasta mimo protestów Lidii. Tomek zasnął po obiedzie w fotelu z dłonią na brzuchu. Matka dotknęła jej włosów i powiedziała, że przy drugim dziecku wszystko będzie łatwiejsze.
Lidia chciała w to wierzyć.
Wieczorem wracali przez miasto przy cicho grającym radiu, a Maja zasnęła na tylnym siedzeniu.
Na czerwonym świetle Tomek położył dłoń na kolanie Lidii.
— Co? — zapytała.
— Nic.
— Ty czegoś chcesz.
— Nie.
— Znam cię.
— Pomyślałem tylko…
— Nie rób tego za często.
— …że będzie dobrze.
— Co?
— No wszystko.
Kiedy światło zmieniło się na zielone, Tomek ruszył, a Lidia oparła głowę o szybę.
Nie mieli pojęcia, gdzie wstawią drugie łóżko, samochód prosił o mechanika, a na koncie zostało im mniej, niż powinno. W domu czekało jednak łóżeczko, na lodówce wisiało zdjęcie, a w jej brzuchu poruszało się dziecko.
— Będzie — powiedziała.
Tomek ścisnął jej kolano.
— Co?
— Będzie dobrze.
Rozdział 3. Kołyska
W siódmym miesiącu Lidia przestała widzieć własne stopy.
Nie przeszkadzało jej to specjalnie, dopóki nie próbowała obciąć paznokci.
Siedziała na brzegu wanny, z jedną nogą uniesioną tak wysoko, jak pozwalał brzuch. Po kilku minutach Tomek uklęknął przed nią z cążkami, a Lidia uznała, że małżeństwo prowadzi człowieka w miejsca, których wcześniej nie przewiduje.
Kołyskę kupili w sobotę, choć mieli już łóżeczko i wcale jej nie potrzebowali.
Ale Lidia zobaczyła ją na targu staroci i zatrzymała się tak nagle, że Tomek prawie wszedł w nią od tyłu.
Była mała, z zaokrąglonymi bokami. Farba była starta przy uchwytach, ale drewno wyglądało zdrowo.
— Nie.
— Nic nie powiedziałam.
— Znam ten wzrok.
— Jaki?
— „Nie potrzebuję, ale już jest moje”.
— Wcale nie.
Sprzedawca, starszy mężczyzna w czapce z daszkiem, przyglądał im się z rozbawieniem.
— Dobra kołyska — powiedział. — Solidna.
— Pan nie pomaga.
— Ja sprzedaję.
Lidia dotknęła drewna. Kołyska poruszyła się lekko.
— Ile?
— Lidia.
— Pytam tylko.
Sprzedawca podał cenę. Tomek jęknął.
— Za tyle to ona powinna sama usypiać.
— Można negocjować — powiedział mężczyzna.
— Nie mamy miejsca.
— Zmieścimy.
— Gdzie?
— Pomyślę.
— Ostatnio jak powiedziałaś „pomyślę”, kupiliśmy regał, który stoi w przedpokoju.
— Bo pasuje.
— Do czego?
— Do ściany.
Sprzedawca odwrócił głowę, żeby ukryć śmiech. Wrócili do domu z kołyską. Oczywiście.
Maja wybrała dla dziecka pluszowego lisa, nie pandę, bo panda nadal podlegała ochronie.
Lis miał jedno ucho lekko przekrzywione, ale Maja uznała, że dzięki temu będzie łatwiej go rozpoznać.
— Jak ktoś ukradnie.
— Kto będzie kradł pluszowego lisa niemowlakowi? — zapytała Lidia.
— Nie wiem.
— To po co zakładasz kradzież?
— Bo ludzie kradną.
— Po kim ona jest taka podejrzliwa?
— Po listonoszu.
— Wiedziałem.
Maja położyła lisa w kołysce.
— Jak będzie dziewczynka, to może mieć na imię Nina.
— Dlaczego Nina? — zapytała Lidia.
— Ładne.
— A jak chłopiec?
Maja zastanowiła się.
— Też Nina.
— Chłopiec Nina?
— Może być.
Tomek odłożył gazetę.
— Nie może.
— Czemu?
— Bo nie.
— To głupi powód.
Lidia pokiwała głową.
— W tym domu często używany.
— Dziękuję za wsparcie — powiedział Tomek.
Na kolejną wizytę Lidia poszła sama.
Tomek nie mógł urwać się z pracy. Maja miała sprawdzian z przyrody i bardzo poważnie oświadczyła, że obecność przy USG nie jest wystarczającym powodem do opuszczenia szkoły.
— Co się z tobą stało? — zapytała Lidia.
— Pani powiedziała, że kto nie napisze, będzie miał zero.
— Rozumiem. Instynkt samozachowawczy.
W przychodni było duszno.
Siedziała między kobietą z wielkim brzuchem a mężczyzną, który przez dwadzieścia minut przesuwał palcem po ekranie telefonu, nie podnosząc głowy nawet wtedy, gdy jego partnerka poprosiła o wodę.
Lidia obserwowała drzwi gabinetu. Nie lubiła czekania; zostawiało za dużo czasu na myślenie. Lekarz był ten sam co poprzednio, spokojny i małomówny. Lubiła go za to, że nie nazywał wszystkiego „cudownym”.
— Jak się pani czuje?
— Grubo.
Spojrzał na nią znad okularów.
— Medycznie?
— Dobrze.
— Obrzęki?
— Trochę kostki.
— Bóle?
— Plecy.
— Ruchy dziecka?
— Jakby trenowało karate.
— To dobrze.
Położyła się. Żel był zimny.
— Zawsze musi być prosto z lodówki? — zapytała.
— To dla charakteru.
— Mojego czy dziecka?
— Oboje możecie skorzystać.
Uśmiechnęła się. Na monitorze pojawił się znajomy szary obraz.
Na monitorze pojawiały się kolejno głowa, kręgosłup, noga, ręka i serce. Serce zawsze ją uspokajało, szybkie, niemal nieprzyzwoicie szybkie.
— Wszystko dobrze? — zapytała.
Lekarz nie odpowiedział od razu. Tylko przesunął głowicę trochę wyżej. Lidia poczuła, jak ciało napina się samo.
— Panie doktorze?
— Proszę chwilę.
To były dwa najgorsze słowa, jakie można usłyszeć w gabinecie.
Proszę chwilę. Patrzyła na jego twarz. Nie na ekran. Lekarz zmierzył coś raz. Potem drugi.
— Co jest?
— Na razie nic, czym powinna się pani martwić.
— „Na razie” brzmi źle.
— Dziecko jest trochę mniejsze, niż wynikałoby z tygodnia ciąży.
— Jak dużo mniejsze?
— Niewiele.
— To znaczy?
— Kilka dni w pomiarach. Może być kwestia ułożenia, genetyki, zwykłej różnicy. Pani też nie jest duża.
— Teraz mam inne zdanie.
Lekarz uśmiechnął się lekko.
— Chcę zrobić kontrolę za dwa tygodnie. Proszę obserwować ruchy.
— Mam je liczyć?
— Tak. Dostanie pani kartę.
— A jeśli będzie mniej?
— Wtedy proszę nie czekać. Przyjechać.
— Do szpitala?
— Tak.
Poczuła suchość w ustach.
— Ale serce jest dobre?
Lekarz ponownie włączył dźwięk.
Gabinet wypełniło szybkie bicie.
— Jest.
Lidia słuchała.
— To dobrze.
— Tak.
— Czyli mam się nie martwić.
— Ma pani obserwować. To nie to samo.
— Lekarze naprawdę nie potrafią powiedzieć człowiekowi niczego miłego.
— Mogę powiedzieć, że ma pani bardzo ładne ciśnienie.
— O, od razu lepiej.
Usiadła i wytarła brzuch papierowym ręcznikiem.
Lekarz wydrukował zdjęcie.
— Proszę.
— Nadal nic nie widzę.
— To twarz.
Obróciła zdjęcie.
— Aha.
— Trzyma je pani do góry nogami.
Odwróciła.
— Teraz już wszystko jasne.
Tomek zadzwonił, zanim zdążyła wyjść z przychodni.
— I?
— Żyje.
— Lidia.
— No co?
— Wszystko dobrze?
Oparła się plecami o ścianę korytarza.
— Raczej tak.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Co znaczy „raczej”?
— Jest trochę mniejsze.
— Co?
— Dziecko. Kilka dni. Lekarz powiedział, że może tak być.
— I co mamy zrobić?
— Nic. Kontrola za dwa tygodnie. Liczyć ruchy.
— To dobrze?
— Tomek, gdybym wiedziała, byłabym lekarzem.
— Nie denerwuj się.
— Nie denerwuję.
— Słyszę.
— Bo pytasz piętnaście razy.
— Martwię się.
Przymknęła oczy.
— Ja też.
— Przyjadę wcześniej.
— Nie musisz.
— Przyjadę.
— Maja kończy o czwartej. I kup mleko. I nie panikuj.
— Ty pierwsza.
Rozłączyła się. Stała jeszcze chwilę na korytarzu. Potem schowała zdjęcie do torebki i poszła do wyjścia.
Na zewnątrz padał drobny, zimny deszcz. Oczywiście nie miała parasola. Naciągnęła kaptur i ruszyła na przystanek.
Po trzech krokach dziecko kopnęło.
Lidia zatrzymała się.
— No.
Jeszcze raz.
— Dobrze.
Położyła rękę na brzuchu.
— Nie strasz mnie.
Ktoś ominął ją zniecierpliwiony, a autobus właśnie podjeżdżał. Lidia ruszyła biegiem, lecz po kilku krokach zwolniła.
— Nie, dobra. Nie biegamy.
Autobus odjechał.
— Świetnie.
Stała na deszczu i patrzyła za nim.
Dziecko poruszyło się znowu.
— Ty się nie śmiej.
Przez następne dni liczyła ruchy. Na początku sumiennie, potem mniej, bo dziecko odzywało się często przez cały dzień, najbardziej wtedy, kiedy kładła się spać.
— Ono ma twój rytm — powiedziała do Tomka.
— Czyli dobry.
— Ty zasypiasz wszędzie.
— To talent.
Kołyska stała już w ich pokoju.
Tomek odnowił ją razem z Mają. Pomalowali ją na biało, choć Maja chciała żółtą.
Na boku przykleiła małą naklejkę z lisem.
Lidia udawała, że naklejka jej się nie podoba, choć podobała się bardzo. Materac kupili nowy, pościel dostała od Anki, a małe ubrania leżały w plastikowym pudle pod kanapą. Dwa śpioszki kupiła sama i nie powiedziała Tomkowi, ile kosztowały; on nie powiedział jej, ile wydał na nowe kołpaki do opla.
Dwa tygodnie później lekarz był spokojniejszy.
— Pomiary wyglądają lepiej niż poprzednio.
Lidia wypuściła powietrze.
— Czyli?
— Czyli na dziś nie widzę niczego niepokojącego.
— Tylko dobrze?
— Bardzo dobrze, jeśli pani potrzebuje przymiotnika. Takie różnice w pomiarach się zdarzają i same w sobie nie znaczą, że coś jest nie tak.
— Potrzebuję.
— Bardzo dobrze.
— Dziękuję.
— Ale nadal obserwujemy ruchy i robimy zwykłe kontrole.
— Oczywiście.
Wyszła z gabinetu i zadzwoniła do Tomka.
— Urosło.
— Wiedziałem.
— Gówno wiedziałeś.
— Czułem.
— Ty wszystko czujesz po fakcie.
— Ważne, że skutecznie.
— Kup truskawki.
— Teraz?
— Tak.
— Jest listopad.
— Jestem w ciąży.
— To argument medyczny?
— Tak.
— Ile?
— Dużo.
Lidia zjadła wszystkie; Maja dostała trzy, Tomek jedną.
— To niesprawiedliwe — powiedział.
— Ciąża nie jest demokracją.
Wieczorem siedzieli we troje na kanapie. Maja czytała na głos książkę do szkoły, a Tomek przysypiał z nogami Lidii na kolanach. Obok stała jeszcze pusta kołyska. Maja pomyliła jedno słowo.
— Nie „przyszed”, tylko „przyszedł” — poprawiła ją Lidia.
— Wiem.
— To przeczytaj.
— Przyszedł.
— No.
Tomek otworzył jedno oko.
— Nie męcz dziecka.
— Czyta.
— Piątek jest.
— Tym bardziej.
— Tyran.
— Śpij.
— Nie śpię.
Po minucie chrapnął. Obie zaczęły się śmiać cicho, żeby go nie obudzić. Kiedy dziecko poruszyło się w brzuchu, Lidia położyła na nim rękę.
Rozdział 4. Ruchy
Obudziła się o trzeciej siedemnaście.
Nie przez ból.
Przez ciszę.
Przez kilka sekund leżała nieruchomo, jeszcze na granicy snu, i nie wiedziała, co ją obudziło.
Potem położyła dłoń na brzuchu.
Nic.
Przewróciła się na lewy bok.
Czekała.
Tomek spał obok, odwrócony plecami. Oddychał ciężko, czasem pochrapywał.
Lidia przesunęła rękę niżej.
— No.
Cisza.
Usiadła.
Dziecko zwykle budziło się razem z nią. Wystarczyło, że zmieniła pozycję, napiła się wody albo poszła do toalety.
Teraz nic.
Wstała i poszła do kuchni, zapaliła małą lampkę nad blatem i nalała sobie soku. Lekarz mówił, że czasem pomaga coś słodkiego, więc wypiła pół szklanki i stanęła przy stole.
— Dawaj.
Czekała minutę, potem drugą. Może spało. Dzieci śpią, to normalne. Otworzyła lodówkę, wyjęła resztkę czekolady i zjadła dwa kawałki, potem trzeci.
— Teraz już przesadzasz.
Położyła obie dłonie na brzuchu.
Nic.
Poczuła zimno.
Nie w mieszkaniu.
W środku.
— Lidia?
Odwróciła się.
Tomek stał w drzwiach kuchni.
— Co robisz?
— Nic.
Spojrzał na zegar.
— Jest trzecia.
— Wiem.
— Źle się czujesz?
— Nie.
— To chodź spać.
Nie ruszyła się.
Tomek popatrzył na jej ręce.
— Co?
— Nie rusza się.
Od razu się obudził.
— Od kiedy?
— Nie wiem.
— Jak nie wiesz?
— Spałam, Tomek.
Podszedł.
— Może śpi.
— Wiem.
— No to…
— Wiem.
Powiedziała to ostrzej, niż chciała. Tomek zamilkł, położył dłoń na jej brzuchu i czekał razem z nią. Lidia patrzyła na jego twarz.
— Czujesz?
— Nie.
— Właśnie.
— Ile trzeba czekać?
— Nie wiem.
— Masz tę kartkę od lekarza?
— W szufladzie.
Tomek otworzył pierwszą.
— Nie tę.
Drugą.
— Gdzie?
— Pod książeczką zdrowia.
Wyciągnął kartę i czytał, a Lidia chodziła po kuchni.
— Usiądź — powiedział.
— Nie chcę.
— Tu pisze, żeby położyć się na boku.
— Leżałam.
— To połóż się jeszcze raz.
— Tomek…
— Lidia, połóż się.
Poszła do pokoju i położyła się na kanapie. Tomek uklęknął obok. Minęło kilka minut.
— Może coś było? — zapytał.
— Nie.
— Takie lekkie?
— Nie.
— Może nie poczułaś.
— To jest we mnie.
— Dobra.
— Nie mów mi, że mogłam nie poczuć.
— Dobra.
Maja pojawiła się w drzwiach.
Miała rozczochrane włosy i pandę pod pachą.
— Co robicie?
Lidia natychmiast usiadła.
— Nic. Idź spać.
— Czemu nie śpicie?
— Mama nie może zasnąć — powiedział Tomek.
— Mogę spać z wami?
— Dzisiaj nie — odpowiedziała Lidia.
Maja zmarszczyła brwi.
— Czemu?
— Bo się nie wyśpisz.
— Jutro sobota.
Lidia poczuła, że zaraz krzyknie.
Tomek wstał.
— Chodź, położę cię.
— Ale…
— Maja.
Ton ojca wystarczył.
Dziewczynka odwróciła się.
Wróciła.
— Mamo?
— Co?
— Wszystko dobrze?
Lidia otworzyła usta.
— Tak.
Słowo wyszło za szybko.
Maja patrzyła na nią jeszcze moment.
— Dobranoc.
— Dobranoc, kochanie.
Kiedy drzwi się zamknęły, Lidia sięgnęła po telefon.
— Dzwonię.
Tomek wrócił.
— Gdzie?
— Do szpitala.
— Może jeszcze poczekajmy.
— Lekarz powiedział, żeby nie czekać.
— Dobra.
Nie dyskutował.
Położna przez telefon zadała kilka pytań: który tydzień, kiedy ostatnio czuła ruchy, czy krwawi, czy boli i czy odeszły wody.
— Nie.
— Proszę przyjechać na izbę przyjęć.
— Jedziemy.
— Co powiedzieli?
— Przyjechać.
Tomek już szukał spodni.
— Obudzę Maję.
— Nie.
— To co z nią zrobimy?
Lidia spojrzała na zegar.
Trzecia czterdzieści osiem.
— Zadzwoń do mojej mamy.
— O tej porze?
— Nie, jutro po obiedzie.
Tomek nic nie powiedział.
Wybrał numer.
Matka Lidii przyjechała w szlafroku schowanym pod płaszczem i niczego nie komentowała. To przestraszyło Lidię bardziej niż wszystko wcześniej. Normalnie miała uwagę do ubrania, jazdy Tomka albo pory snu Mai. Teraz tylko zdjęła płaszcz.
— Jedźcie.
— Maja śpi.
— Wiem.
— Jak się obudzi…
— Lidia.
Matka złapała ją za ramiona.
— Jedź.
Lidia kiwnęła głową.
Opel odpalił za drugim razem.
— Tylko nie teraz — powiedział Tomek do samochodu.
Lidia siedziała obok z obiema dłońmi na brzuchu. Ulice były prawie puste. Tomek przejechał pierwsze żółte światło, przy drugim zwolnił.
— Jedź.
— Jest czerwone.
— Nie ma nikogo.
— Lidia.
— Jedź!
— Nie będę nas zabijał po drodze do szpitala.
Zacisnęła zęby.
— Przepraszam.
— Nie przepraszaj.
Położył rękę na jej kolanie.
Odepchnęła ją.
Dotyku chciała, ale teraz nie mogła znieść niczego, co próbowało ją uspokoić. Wolała się bać.
Strach dawał jej złudzenie, że jeszcze może coś zrobić.
Na izbie przyjęć kazali jej usiąść, ale została na nogach, kiedy Tomek wypełniał formularz.
— PESEL?
Podała.
— Adres?
— Znasz adres.
— Pytam, bo nie chcę się pomylić.
— Mieszkasz tam.
— Lidia.
— Przepraszam.
Pielęgniarka otworzyła drzwi.
— Pani Lidia?
Wstała, chociaż już stała.
— Tak.
— Zapraszam.
Tomek ruszył za nią.
— Pan na razie poczeka.
— Jestem mężem.
— Wiem. Jak będzie można, zawołamy.
Przez sekundę chciała powiedzieć, żeby wszedł mimo wszystko, ale nic nie powiedziała i poszła za pielęgniarką.
Pomieszczenie było małe. Pod białą ścianą stało łóżko, obok aparat i krzesło. Położna poprosiła, żeby odsłoniła brzuch.
— Najpierw sprawdzimy tętno.
Lidia patrzyła w sufit, kiedy położna przyłożyła głowicę. W aparacie odezwał się tylko szum. Przesunęła głowicę i spróbowała jeszcze raz.
— Dziecko czasem się chowa — powiedziała.
Lidia nie odpowiedziała. Położna przesunęła głowicę niżej; z aparatu nadal dobiegał tylko szum.
— Proszę chwilę.
Te same słowa.
Znowu.
Proszę chwilę.
Położna wyszła.
Lidia została sama.
Nie ruszała się.
Patrzyła na lampę w suficie.
Była w niej martwa mucha.
Pomyślała, że ktoś powinien ją wyjąć.
To była najgłupsza myśl, jaką można było mieć.
A jednak tylko ona przychodziła jej do głowy.
Mucha w lampie.
Mucha w lampie.
Mucha w lampie.
Drzwi się otworzyły.
Wszedł lekarz.
Nie ten z przychodni.
Młodszy.
— Dzień dobry.
Nie odpowiedziała.
Lekarz spojrzał na położną.
— Który tydzień?
Położna podała.
Lekarz usiadł przy aparacie USG.
— Sprawdzimy, dobrze?
Lidia kiwnęła głową. Lekarz nałożył żel, przyłożył głowicę i patrzył w monitor bez słowa. Lidia obserwowała jego twarz zamiast ekranu.
— Jest? — zapytała.
Lekarz przesunął głowicę.
— Proszę chwilę.
— Niech pan przestanie mówić „proszę chwilę”.
Zatrzymał rękę i spojrzał na nią. Wtedy wiedziała, jeszcze zanim powiedział.
— Nie widzę czynności serca.
Lidia patrzyła na niego. Słowa były proste i każde z osobna rozumiała: nie widzę czynności serca. Razem nie miały sensu.
— To niech pan poszuka.
Lekarz milczał.
— Proszę sprawdzić jeszcze raz.
— Sprawdzę.
Przesunął głowicę. Lidia patrzyła teraz na monitor. Na szarym obrazie było dziecko. Jej dziecko.
— Przecież jest.
— Tak.
— To…
Nie dokończyła. Lekarz mierzył i sprawdzał, potem zmienił ustawienie aparatu.
— Chcę poprosić drugiego lekarza o potwierdzenie.
— To niech pan prosi.
Głos miała spokojny.
Zupełnie nie swój.
— Teraz.
— Oczywiście.
Lekarz wyszedł. Położna została i wyciągnęła rękę w stronę Lidii.
— Nie.
Kobieta zatrzymała dłoń.
— Dobrze.
Lidia nadal patrzyła na ekran.
— Gdzie jest mój mąż?
— Zawołam go.
— Teraz.
— Dobrze.
Tomek wszedł i od razu spojrzał na jej twarz.
— Co?
Lidia nie wiedziała, jak to powiedzieć. Nie umiała. Lekarz wrócił z kobietą w granatowym fartuchu.
— Musimy jeszcze raz…
— Co się dzieje? — zapytał Tomek.
Nikt mu nie odpowiedział od razu.
Spojrzał na Lidię.
— Co?
— Nie bije — powiedziała.
— Co nie bije?
Patrzyła na niego.
Tomek pobladł.
— Nie.
Tyle zdołał powiedzieć.
Nie.
Podszedł do łóżka.
— Nie.
Druga lekarka zaczęła badanie. Tomek trzymał Lidię za rękę i tym razem go nie odsunęła. Patrzyli na ekran. Lekarka sprawdzała długo, za długo, a potem odłożyła głowicę.
— Bardzo mi przykro.
Tomek zacisnął palce na dłoni Lidii.
— Nie — powiedział znowu.
Lidia milczała.
Nie płakała.
Jeszcze nie.
— Co teraz? — zapytała.
Lekarka zaczęła mówić o hospitalizacji, wywołaniu porodu, badaniach i tym, co będą robić. Lidia słyszała tylko pojedyncze słowa: poród, oddział, leki, czas, zgoda.
— Mam urodzić?
Lekarka spojrzała na nią.
— Tak.
— Ale ono nie żyje.
— Wiem.
— To po co mam rodzić?
Tomek opuścił głowę, a położna odwróciła wzrok. Lekarka mówiła spokojnie, lecz Lidia przestała słuchać.
Telefon do matki wykonał Tomek. Stał na końcu korytarza, a Lidia siedziała kilka metrów dalej i słyszała tylko jego stronę rozmowy.
— Tak.
Cisza.
— Nie.
Cisza.
— Nie żyje.
Powiedział to.
Dwa słowa.
Lidia spojrzała na niego.
Tomek odwrócił się do ściany.
— Maja nie wie.
Cisza.
— Nie mów jej.
Cisza.
— Powiedz, że mama musi zostać w szpitalu.
Lidia wstała, podeszła i wyciągnęła rękę. Tomek podał jej telefon.
— Mamo?
Po drugiej stronie usłyszała oddech.
— Jestem.
— Maja śpi?
— Śpi.
— Jak się obudzi, zrób jej śniadanie.
— Zrobię.
— Płatki są w szafce.
— Wiem.
— Nie te czekoladowe. Te…
Głos jej się urwał.
Zamknęła oczy.
— Lidia…
— I włosy. Trzeba jej związać, bo ma WF.
— Dobrze.
— Gumki są w łazience.
— Wiem, dziecko.
— Nie mów do mnie dziecko.
— Dobrze.
— I…
Nie wiedziała, co jeszcze.
Maja miała WF.
Płatki.
Gumki.
Plecak.
Drugie śniadanie.
Świat nadal składał się z rzeczy, które trzeba było zrobić.
Tylko jej dziecko nie żyło.
Oddała telefon Tomkowi.
— Powiedz jej, że ją kocham.
— Sam jej powiesz.
— Powiedz.
— Powiem.
Na oddział przyjęto ją rano. Pobrano krew, powtórzono podstawowe badania i jeszcze raz omówiono z nią, co będzie się działo. Lekarka mówiła spokojnie o wywołaniu porodu, lekach i o tym, że nie da się dokładnie przewidzieć, ile czasu to potrwa. Lidia podpisała zgodę, nie pamiętając później prawie żadnego zdania z rozmowy.
Za oknami miasto zaczynało zwykły dzień. Autobusy zatrzymywały się na przystanku, ktoś prowadził psa. Lidia patrzyła przez szybę.
Nie rozumiała, dlaczego wszystko działa.
Miała absurdalne wrażenie, że powinno zatrzymać się choć na chwilę wszystko: autobus, sygnalizacja, piekarnia, szkoła Mai, całe miasto.
Tomek siedział obok.
— Chcesz wody?
Pokręciła głową.
— Mam zadzwonić do Anki?
— Nie.
— Do pracy trzeba…
— Nie.
Tomek tylko kiwnął głową.
Powiedziała:
— Kołyska.
— Co?
— W domu.
Tomek spojrzał na nią.
— Schowaj ją.
— Lidia…
— Zanim wrócę.
— Nie musimy teraz o tym…
— Schowaj ją.
Milczał.
— Gdzie?
— Nie wiem.
— Schowam.
— I lisa.
Tomek zacisnął szczękę.
— Jego też.
— Maja go kupiła.
— Wiem.
— Nie wyrzucaj.
— Nie wyrzucę.
Lidia odwróciła twarz do okna. Dopiero wtedy popłynęła pierwsza łza. Starła ją dłonią, potem następną, aż przestała nadążać.
Rozdział 5. Bez płaczu
Najgorsze było to, że jej ciało nie wiedziało.
Pierwszą dawkę leków dostała później tego samego ranka.
Położna uprzedziła ją, że organizm może zareagować szybko, ale może też potrzebować wielu godzin.
Nie potrafiła powiedzieć kiedy. Nikt nie potrafił. Lidia słuchała, patrząc na własny brzuch, taki sam jak wczoraj, zaokrąglony i ciężki.
Gdyby ktoś wszedł do sali i nie znał prawdy, zobaczyłby kobietę, która za chwilę zostanie matką.
Tylko ona już była matką.
I za chwilę miała urodzić dziecko, którego nie będzie mogła zabrać do domu.
— Chcesz, żebym został? — zapytał Tomek.
Siedział na krześle obok łóżka.
— A gdzie masz iść?
— Nigdzie.
— To po co pytasz?
— Nie wiem.
— To nie pytaj.
Kiwnął głową i wyciągnął rękę. Lidia pozwoliła mu ją złapać.
Pierwszy skurcz był prawie śmieszny.
Pomyślała, że jeśli to ma być to, wszyscy przesadzają.
Drugi już nie był.
Przy piątym przestała liczyć.
Przy którymś późniejszym powiedziała Tomkowi, że go nienawidzi.
— Wiem.
— Nie wiesz.
— Rozumiem.
— Nie, nie rozumiesz.
Tomek zacisnął usta.
Powiedział tylko:
— Jestem tutaj.
Położna stojąca przy aparaturze odwróciła głowę.
Lidia zauważyła, że się uśmiechnęła.
— Pani się śmieje?
— Troszeczkę.
— Świetnie.
— Mężowie często mają w tej sali trudniej niż rodzące.
— To niech pani zamieni nas miejscami.
Tomek otarł jej czoło mokrym ręcznikiem.
— Chcesz wody?
— Chcę, żebyś przestał pytać, czy chcę wody.
— Już nie pytam.
Lidia zamknęła oczy i przeczekała kolejny skurcz.
Tomek został obok, bez słów.
— To też mnie denerwuje.
Położna się uśmiechnęła. Lidia również, na sekundę. Potem przyszedł kolejny skurcz i wszystko inne przestało istnieć.
Poród nie miał w sobie niczego z obrazów, które wcześniej nosiła w głowie.
Nie było oczekiwania na pierwszy krzyk.
Nie było pytania, do kogo podobne.
Nie było Tomka zaglądającego położnej przez ramię.
Nie było śmiechu.
Była praca ciała.
Ból.
Zmęczenie.
Polecenia.
Oddychaj.
Jeszcze.
Teraz.
Nie zaciskaj.
Jeszcze raz.
Lidia wykonywała je wszystkie.
Wykonywała je, bo ciało rozpoczęło już coś, czego nie dało się zatrzymać.
W pewnym momencie pomyślała, że nie da rady.
— Nie mogę.
— Może pani — powiedziała położna.
— Nie.
— Jeszcze trochę.
— Nie chcę.
Tomek trzymał ją za rękę.
— Lidia.
— Zamknij się.
— Dobrze.
Nie miała już siły się zdenerwować.
— Nie chcę go rodzić.
Nikt nie odpowiedział.
— Słyszycie? Nie chcę.
Położna pochyliła się nad nią.
— Wiem.
To „wiem” zabolało bardziej niż wszystkie pocieszenia. Lidia zaczęła płakać cicho; łzy leciały jej po policzkach, kiedy parła.
Urodził się przed wieczorem. Chłopiec. Nikt nie powiedział tego od razu. Lidia zobaczyła tylko ruch położnej, ręcznik i małe ciało. Czekała w ciszy, mimo wszystko. Człowiek jest głupi. Może lekarze się pomylili. Może aparat. Może teraz zapłacze.
Może po to musiała przejść przez te wszystkie godziny.
Żeby za chwilę usłyszeć krzyk.
Nie usłyszała.
— Chłopiec — powiedziała położna.
Lidia zamknęła oczy. Tomek puścił jej rękę i zakrył twarz obiema dłońmi.
— Chce pani go zobaczyć?
Pytanie padło później. Nie wiedziała, ile czasu minęło: pięć minut, pół godziny, może godzina.
— Nie.
Położna kiwnęła głową.
— Dobrze.
Tomek siedział przy oknie.
Nie patrzył na nią.
— A pan?
Uniósł głowę.
— Nie wiem.
— Idź.
— Co?
— Jak chcesz, idź.
— A ty?
— Nie chcę.
Tomek wstał, zrobił dwa kroki i się zatrzymał.
— Nie mogę.
Usiadł z powrotem. Położna nie naciskała i wyszła. Lidia patrzyła na drzwi. Po minucie powiedziała:
— Chcę.
Tomek spojrzał na nią.
— Co?
— Chcę go zobaczyć.
Przynieśli go zawiniętego w jasny koc. Lidia bała się spojrzeć, ale w końcu spojrzała i wszystko, czego się bała, okazało się nieważne. Był mały, miał zamknięte oczy i ciemne włosy. Nos przypominał Tomka, przynajmniej tak jej się wydawało.
— Mogę?
Położna podała jej dziecko. Lidia wzięła je na ręce. Było cięższe, niż sobie wyobrażała, prawdziwe, i to było najgorsze. Nie wyglądało jak coś, co umarło, tylko jak dziecko, które śpi. Tomek stanął obok łóżka, dotknął palcem jego dłoni i natychmiast cofnął rękę.
— Ma twoje włosy — powiedział.
— Wszystkie dzieci mają takie włosy.
— Nie.
— Tomek…
— Ma.
Usiadł obok.
Lidia przesunęła kciukiem po policzku chłopca.
Skóra była miękka.
— Mieliśmy wymyślić imię.
Tomek przełknął ślinę.
— Wiem.
— Maja chciała Ninę.
Zaśmiał się krótko.
Dźwięk pękł mu w gardle.
— Dla chłopca też.
— Mówiłeś, że nie można.
— Teraz może.
Lidia spojrzała na niego.
— Nie.
— Co?
— Nie Nina.
Milczeli.
— Michał? — zapytał Tomek.
Pokręciła głową.
— Nie.
— Kuba?
— Nie.
— To jakie?
Lidia spojrzała na dziecko.
— Filip.
Tomek powtórzył cicho:
— Filip.
— Może być?
Kiwnął głową.
— Filip.
I przez kilka minut byli rodzicami Filipa w jedyny sposób, jaki im pozostał.
Później zabrali go. Lidia nie pamiętała, kto otworzył drzwi, czy coś podpisała ani co mówiła położna. Pamiętała tylko własne puste ręce, które trzymała na wciąż dużym brzuchu. To wydawało się okrutne.
— Powinien zniknąć — powiedziała.
— Co? — zapytał Tomek.
— Brzuch.
Nie odpowiedział.
— Skoro go nie ma, to po co jest brzuch?
Tomek podszedł.
Chciał ją objąć.
— Nie.
Zatrzymał się.
— Nie dotykaj mnie.
— Dobrze.
— I nie mów „dobrze”.
Tomek odwrócił się.
Lidia zobaczyła jego twarz.
Pierwszy raz od rana wyglądał nie jak mąż, który próbuje coś załatwić, tylko jak człowiek, któremu ktoś wyrwał kawałek życia.
Wyciągnęła rękę.
— Chodź.
Usiadł obok i objęli się. Siedzieli tak długo.
Noc była gorsza. Gdzieś na oddziale płakało dziecko. Pierwszy krzyk usłyszała po północy, potem drugi. Kobieta obok spała ze słuchawkami w uszach, a Lidia patrzyła w ciemność. Kiedy krzyk pojawił się znowu, wbiła paznokcie w dłoń. Nie chciała nienawidzić obcego dziecka. Nienawidziła. Nie chciała nienawidzić jego matki. Nienawidziła.
Nie chciała myśleć, że komuś wolno było dostać to, czego jej odmówiono.
Myślała.
Odwróciła twarz do ściany.
— Zamknij się — szepnęła.
Dziecko płakało dalej. Lidia przycisnęła poduszkę do ucha i wtedy poczuła wilgoć na koszuli. Zamarła, dotknęła piersi i gwałtownie usiadła. Mleko. Ciało nadal nie wiedziało.
— Nie.
Druga pierś również była mokra.
— Nie.
Zaczęła szarpać koszulę, próbując jak najszybciej ją ściągnąć.
— Nie potrzebuję tego.
Kobieta z sąsiedniego łóżka poruszyła się. Lidia wstała, poszła do łazienki i zamknęła drzwi. W lustrze zobaczyła bladą twarz i podkrążone oczy. Czarne włosy miała splątane po porodzie, a na koszuli mokre plamy.
— Nie potrzebuję tego — powiedziała do swojego odbicia.
Dopiero wtedy rozpłakała się.
Do domu wróciła dwa dni później.
Tomek przyjechał sam.
W samochodzie śmierdziało papierosami, chociaż od dawna nie palił w środku.
— Paliłeś?
— Jednego.
— W samochodzie?
— Przy samochodzie.
— Śmierdzi.
— Przepraszam.
— Nieważne.
Zapięła pas, który przebiegał przez miękki, pusty brzuch, i odwróciła głowę do szyby.
— Maja jest w szkole?
— Tak.
— Mama?
— U nas.
— Po co?
— Zrobiła obiad.
— Nie chcę obiadu.
— Wiem.
— To po co zrobiła?
— Bo nie wie, co innego zrobić.
Lidia milczała.
Zapytała:
— Schowałeś?
Tomek wiedział, o co chodzi.
— Tak.
— Gdzie?
— W piwnicy.
— Wszystko?
— Tak.
— Kołyskę też?
— Tak.
— Lisa?
Tomek zawahał się.
— Lisa nie.
Lidia odwróciła głowę.
— Dlaczego?
— Maja go zabrała.
— Po co?
— Powiedziała, że jest jej.
Lidia zamknęła oczy.
— Dobrze.
Kiedy weszła do mieszkania, pierwsze zobaczyła buty Mai, stojące krzywo przy ścianie. Jedna sznurówka leżała na podłodze. Normalnie powiedziałaby, żeby je poprawiła.
Teraz patrzyła na nie jak na coś niezwykle ważnego.
Te krzywo postawione buty przypomniały jej o Mai i zwykłym życiu, które toczyło się dalej. Matka wyszła z kuchni.
— Jesteś.
Lidia kiwnęła głową. Matka podeszła, ale zatrzymała się pół kroku przed nią, jakby nie wiedziała, czy wolno ją objąć. Lidia sama zrobiła ten ostatni krok i wtuliła twarz w jej ramię.
— Mamo.
Tylko tyle.
Matka objęła ją mocno.
— Wiem.
Lidia chciała powiedzieć, żeby nie mówiła „wiem”, bo nie wie.
Nie powiedziała nic. Stała tak chwilę, potem się odsunęła.
— Gdzie Tomek?
— Bierze torbę.
— Zrobiłam rosół.
— Nie chcę.
— Wiem.
Matka uniosła dłonie.
— Dobrze. Nic nie mówię.
Prawie się uśmiechnęła.
Prawie.
Pokój wyglądał inaczej. Tomek wszystko schował. Kołyski i pudła z ubrankami już nie było, pościeli też. Przy ścianie zostało puste miejsce.
Jaśniejszy prostokąt na podłodze, gdzie przez kilka tygodni stał mebel.
Lidia zatrzymała się w drzwiach.
— Mogłeś przesunąć kanapę.
Tomek stał za nią.
— Co?
— Widać miejsce.
— Mogę przesunąć.
— Nie.
Podeszła dokładnie tam, gdzie stała kołyska, i dotknęła ściany.
Była na niej mała biała smuga po świeżej farbie.
— Naklejka?
— Maja odkleiła.
— Gdzie jest?
— Nie wiem.
Lidia usiadła na kanapie.
— Jestem zmęczona.
— Połóż się.
— Nie chcę leżeć.
— To siedź.
— Tomek.
— Co?
— Przestań mi mówić, co mam robić.
Zacisnął usta.
— Dobrze.
Oboje zaczęli się śmiać, krótko i nerwowo, zupełnie nie na miejscu. Po sekundzie Lidia płakała, a Tomek usiadł obok.
Maja wróciła po czternastej. Lidia usłyszała klucz, a potem plecak rzucony na podłogę.
— Mamo?
Nie odpowiedziała od razu.
— Mamo!
Dziewczynka wbiegła do pokoju i zatrzymała się z pluszowym lisem w ręce.
— Jesteś.
— Jestem.
Maja podeszła wolno.
— Babcia powiedziała, że dzidziuś umarł.
Lidia poczuła, jak wszystko w niej się zaciska.
— Tak.
— Dlaczego?
— Nie wiem.
— Był chory?
— Nie wiem.
— Zrobiłaś coś?
Lidia znieruchomiała.
— Co?
— No… coś źle?
Tomek, stojący w kuchni, odwrócił się natychmiast.
— Maja.
— Co?
Lidia podniosła rękę.
— Zostaw.
Spojrzała na córkę.
— Nie. Nie zrobiłam nic źle.
— Tata?
— Też nie.
— To czemu?
— Czasami nie ma odpowiedzi.
Maja patrzyła na lisa.
— A gdzie on jest?
Lidia przełknęła ślinę.
— W szpitalu.
— Zostanie tam?
— Na razie.
— Mogę go zobaczyć?
Lidia spojrzała na Tomka. Nie byli przygotowani na to pytanie ani na żadne podobne.
— Porozmawiamy o tym, dobrze?
Maja kiwnęła głową.
Usiadła obok matki.
— To dla niego.
Położyła lisa na kolanach Lidii.
— Myślałam, że jest twój.
— Dałam mu.
Lidia wzięła zabawkę. Lis miał krzywe ucho i małe czarne oczy.
— Dziękuję.
Maja oparła głowę o jej ramię.
— Będziesz jeszcze długo smutna?
Lidia zamknęła oczy. Mogła skłamać, powiedzieć, że zaraz będzie dobrze i że dorośli wszystko naprawiają.
— Chyba tak.
— Ile?
— Nie wiem.
Maja westchnęła.
— Dobrze.
— Ale będziesz moją mamą?
To pytanie zabolało inaczej niż wszystkie. Odłożyła lisa i objęła córkę.
— Zawsze.
— Nawet jak będziesz smutna?
— Nawet wtedy.
Maja przytuliła się mocniej, a Lidia schowała twarz w jej włosach pachnących truskawkowym szamponem.
Następnego ranka Lidia nie wstała. Ani kolejnego. Tomek robił Mai śniadanie, matka przychodziła z obiadem, telefon dzwonił, a Anka pisała. Lidia czasem czytała wiadomości, ale nie odpowiadała. Leżała. Piersi bolały, a brzuch powoli opadał.
Ciało wracało do stanu sprzed ciąży szybciej, niż była gotowa; odbierała to jak zacieranie śladów po ciąży.
Trzeciego dnia Maja weszła do sypialni przed siódmą.
— Mamo.
Lidia nie otworzyła oczu.
— Mamo.
— Co?
— Tata zaspał.
— To go obudź.
— Budziłam.
— Mocniej.
— Nie wstaje.
— To idź sama.
Cisza.
Lidia otworzyła oczy.
Maja stała przy łóżku ubrana do szkoły. Jedna nogawka spodni była wsunięta w skarpetkę. Włosy miała związane tak źle, że kucyk sterczał prawie nad uchem.
— Co ty masz na głowie?
— Tata zrobił.
Lidia patrzyła na nią.
Maja wzruszyła ramionami.
— Mamo, spóźnię się do szkoły.
Nie przyszło żadne wielkie objawienie ani nagła pewność, że od dziś będzie silna.
Dziecko miało krzywy kucyk i miało się spóźnić.
Lidia usiadła.
Zakręciło jej się w głowie.
— Daj szczotkę.
Maja pobiegła do łazienki, a Lidia spuściła nogi na podłogę. Posiedziała chwilę, potem wstała.
Ból nie minął, a ze śmiercią Filipa wcale się nie pogodziła. Mimo to wstała.
Wstała, bo jedno z jej dzieci umarło.
A drugie miało matematykę na pierwszej lekcji.
Rozdział 6. Po trochu
Pierwszego dnia Lidia wstała tylko po to, żeby zaprowadzić Maję do szkoły.
Wróciła do domu przed ósmą, zdjęła buty, ale nie kurtkę, po czym położyła się na kanapie i zasnęła.
Obudził ją telefon od Anki. Odrzuciła połączenie, a po minucie przyszła wiadomość.
„Nie będę pytać, jak się czujesz. Powiedz tylko, czy mam przyjechać.”
Lidia przeczytała wiadomość, odłożyła telefon, po czym wzięła go znowu.
„Nie.”
Odpowiedź przyszła natychmiast.
„Dobra.”
I nic więcej.
Lidia była jej za to wdzięczna.
Po południu zrobiła zupę.
Nie miała ochoty gotować. W lodówce zostały jednak marchewki, kawałek selera i mięso, które należało zużyć.
Życie po śmierci dziecka miało tę bezczelność, że jedzenie nadal się psuło.
Trzeba było obrać ziemniaki, wyjąć pranie, zapłacić rachunek, znaleźć Mai czystą bluzkę na poniedziałek i pamiętać, że Tomek nie kupił papieru toaletowego.
Lidia stała przy kuchennym blacie i kroiła marchew.
Nagle zobaczyła własną rękę trzymającą nóż.
Pomyślała, że kilka dni wcześniej tą samą dłonią dotykała policzka Filipa.
Nóż wypadł jej na blat.
Usiadła i płakała pięć, może dziesięć minut. Potem wstała i dokończyła zupę.
Maja nie pytała codziennie o brata. To też bolało. Lidia nie wiedziała, czego właściwie oczekiwała.
Że siedmioletnie dziecko będzie przeżywało żałobę według zasad dorosłych?
Maja rano płakała, bo nie mogła znaleźć gumki do włosów.
Po południu śmiała się z koleżanką. Wieczorem zapytała, czy Filipowi jest zimno.
— Nie — odpowiedziała Lidia.
— Skąd wiesz?
— Nie wiem.
Maja przyjęła to. Następnego dnia chciała naleśniki.
Tomek wrócił do pracy szybciej niż Lidia. Trzeciego dnia po jej powrocie.
— Muszę — powiedział.
— Wiem.
— Jak chcesz, zostanę.
— I co będziesz robił?
— Będę.
— To idź.
Poszedł, a wieczorem wrócił później i śmierdział papierosami.
— Znowu palisz?
— Nie. Chłopaki palili.
— Śmierdzisz.
— Na tobie?
— Lidia…
— Pytam.
— Wypiłem z nimi jedno piwo po pracy.
— Aha.
— Nie zaczynaj z tym tonem.
— Z jakim?
— Jakbym zrobił coś złego.
— Nic takiego nie powiedziałam.
— Nie musiałaś.
Maja siedziała przy stole i rysowała. Lidia zauważyła, że przestała ruszać kredką.
— Dobra — powiedziała. — Nieważne.
Tomek zdjął kurtkę.
— Dla ciebie wszystko jest teraz nieważne.
Zrobiło się cicho. Tomek sam usłyszał własne słowa.
— Nie tak chciałem.
Lidia odwróciła się do zlewu.
— Wiem.
— Lidia.
— Maja, pokaż, co rysujesz.
Dziewczynka natychmiast podniosła kartkę.
— Dom.
— Ładny.
— To nasz.
Na rysunku były trzy postacie: Lidia, Tomek i Maja.
Obok domu stał pies, którego nie mieli.
— A to?
— Borys.
— Mamy psa?
— Będziemy mieć.
Tomek usiadł przy stole.
— Nie będziemy.
— Czemu?
— Bo nie mamy miejsca.
Miejsce. To słowo wracało.
Nie spojrzała na pusty fragment podłogi w pokoju.
— Kiedyś — powiedziała.
— Naprawdę? — zapytała Maja.
— Kiedyś możemy pomyśleć.
Do pracy wróciła po kilku tygodniach.
Pierwszego ranka stała przed piekarnią i nie mogła wejść.
Przez szybę widziała Ankę, klientkę i kosze z pieczywem. Wszystko było dokładnie takie samo, co ją obraziło. Anka zauważyła ją, podeszła do drzwi i otworzyła.
— Kawa jest.
Lidia kiwnęła głową.
— Dobra?
— Okropna.
— Czyli normalnie.
Weszła. Anka zamknęła drzwi, ale jej nie przytuliła.
Dopiero na zapleczu zapytała:
— Mogę?
Lidia przez sekundę nie rozumiała. Potem kiwnęła głową. Anka objęła ją mocno.
— Tylko nic nie mów — powiedziała Lidia.
— Nic nie mówię.
— I nie płacz.
— To ty nie płacz.
— Ja mogę.
— A ja nie?
— Ty jesteś w pracy.
Anka parsknęła przez łzy.
— Ty też.
— Cholera.
— No.
Stały tak chwilę. Potem Lidia odsunęła się.
— Dobra. Starczy.
— Pewna?
— Jak jeszcze sekundę, będziemy wyglądały jak para.
— Mogłabyś gorzej trafić.
— Mam wymagania.
— Widziałam Tomka.
Anka uniosła ręce.
— Nic nie powiedziałam.
I pierwszy raz od wielu dni Lidia zaśmiała się.
Najgorsze były kobiety z wózkami. Pojawiały się przy ladzie kilka razy dziennie.
Jedna poprosiła o cztery bułki i drożdżówkę z serem.
Dziecko w wózku zaczęło płakać.
Lidia znieruchomiała z woreczkiem w ręce.
— Przepraszam — powiedziała klientka, kołysząc wózek. — Od rana marudzi.
— Nic nie szkodzi.
Dziecko płakało.
Lidia podała bułki.
— Coś jeszcze?
— Nie, dziękuję.
Kiedy klientka zapłaciła i wyszła, Lidia poszła na zaplecze. Anka bez pytania stanęła sama za ladą, a Lidia oparła dłonie o metalowy stół i oddychała powoli, aż odzyskała kontrolę. Dopiero wtedy wróciła.
— Mogłaś zostać — powiedziała Anka.
— Nie.
— Lidia.
— Jak będę uciekać za każdym razem, kiedy zobaczę dziecko, będę musiała zamieszkać w lesie.
— W lesie też są dzieci.
— To na pustyni.
— Beduini.
— Zamknij się.
— Staram się pomóc.
— Fatalnie ci idzie.
— Ale wróciłaś.
Lidia wzięła następny woreczek.
— Wróciłam.
W domu z Tomkiem było inaczej. Przedtem dotykali się bez zastanowienia, choćby mijając się w kuchni albo leżąc wieczorem na kanapie. On łapał ją czasem za biodro, ona wkładała mu zimne stopy pod nogi.
Teraz każde dotknięcie najpierw pytało: można, chcesz, nie za wcześnie, nie boli? Lidia tego nie znosiła, a jednocześnie nie umiała inaczej.
Którejś nocy obudziła się i zobaczyła, że Tomek siedzi na brzegu łóżka.
— Co robisz?
— Nic.
— Jest druga.
— Wiem.
— Gdzie idziesz?
— Nigdzie.
Usiadła.
— Płaczesz?
— Nie.
— Tomek.
— Śpij.
Zapaliła lampkę. Odwrócił twarz; oczy miał czerwone.
— Czemu mi nie powiedziałeś?
— O czym?
— Że ci źle.
Zaśmiał się bez humoru.
— Myślałem, że zauważyłaś.
— Cały czas chodzisz do pracy.
— A co mam robić?
— Nie wiem.
— No właśnie.
— Możesz ze mną rozmawiać.
— Kiedy?
— Jak to kiedy?
— Kiedy, Lidia? Jak płaczesz? Jak śpisz? Jak patrzysz na pustą ścianę? Jak pytam, czy coś zrobić, a ty się wkurzasz?
— To się wkurzaj.
— Nie chcę się na ciebie wkurzać.
— Dlaczego?
— Bo ci umarło dziecko.
Lidia poczuła, jak robi jej się gorąco.
— Mnie?
Tomek zamknął oczy.
— Źle powiedziałem.
— Mnie umarło?
— Nam.
— Tobie też umarło, Tomek.
— Wiem!
Powiedział to za głośno. Oboje spojrzeli w stronę pokoju Mai i po chwili ciszy Tomek ściszył głos.
— Wiem.
Lidia siedziała nieruchomo.
— To czemu zachowujesz się, jakbyś miał mnie chronić przed sobą?
Nie odpowiedział.
— Możesz być wkurzony.
— Na kogo?
— Nie wiem. Na mnie. Na siebie. Na lekarza. Na Boga. Na samochód. Na cały świat.
— Nie jestem wkurzony.
— Jesteś.
— Jestem.
Wstał.
— Jestem wkurzony na wszystko.
— Dobrze.
Tomek parsknął.
— Teraz ty mówisz „dobrze”.
— Wiem.
Usiadł z powrotem. Lidia oparła głowę na jego ramieniu.
— Też jestem.
— Wiem.
— Nie wiesz.
— Dobra.
— Nie mów „dobra”.
— Jezu Chryste.
Zaśmiała się, on też, a potem oboje płakali.
Kilka tygodni później Lidia zeszła do piwnicy po słoik z ogórkami. Nie planowała niczego więcej, ale pod ścianą zobaczyła kołyskę przykrytą starym kocem, spod którego wystawała biała noga. Zatrzymała się. Mogła wrócić na górę, lecz została. Zdjęła koc; na boku nadal tkwiła naklejka z lisem, której Maja jednak nie odkleiła. Lidia przesunęła po niej palcem, potem usiadła na skrzynce po jabłkach. Nie płakała od razu.
— Miało być inaczej — powiedziała.
Piwnica oczywiście nie odpowiedziała.
— Wszystko miało być inaczej.
Siedziała długo. W końcu przykryła kołyskę, wzięła słoik i wróciła na górę.
Wieczorem zrobiła kanapki. Maja odsunęła pomidora na bok, Tomek sięgnął po musztardę. Lidia chciała tylko ciszy, ale tej nie dostała.
— Mamo, jutro trzeba przynieść dziesięć złotych.
— Na co?
— Do szkoły.
— To wiem. Na co?
— Nie wiem.
— Świetnie.
— Pani powiedziała.
— Pani może powiedzieć, na co.
— Zapomniałam.
Tomek posmarował kanapkę musztardą.
— Daj jej.
— Dam. Chcę wiedzieć, czy finansuję teatr, zdjęcia czy przemyt.
Maja zachichotała.
— Może przemyt.
— To dwadzieścia. Nie będziemy dziadować.
Tomek zakrztusił się kanapką. Lidia podała mu wodę.
— Żyjesz?
Kasłał.
— Chyba.
— Dobrze, bo jeden pogrzeb mi wystarczy.
Słowa wyszły same i na moment w kuchni zrobiło się cicho.
— Przepraszam — powiedziała Lidia.
Tomek parsknął, najpierw cicho, później głośniej.
— Co?
— Nic.
— Z czego się śmiejesz?
— Nie wiem.
Maja zaczęła się śmiać, chociaż nie mogła wiedzieć dlaczego.
Po chwili Lidia też.
Siedzieli przy stole i śmiali się z czegoś, z czego nie powinno się śmiać.
Lidia otarła oczy.
Rozdział 7. Zwyczajnie
Pięć miesięcy później Lidia kupiła sobie czerwoną sukienkę.
Zobaczyła ją na wystawie sklepu obok piekarni i przez trzy dni przechodziła obok trochę wolniej.
Czwartego dnia weszła.
— Mogę przymierzyć?
— Oczywiście.
Sukienka sięgała do kolan i nie miała ozdób, których Lidia nie znosiła.
W przymierzalni zdjęła dżinsy i sweter.
Stanęła przed lustrem. Brzuch zmienił się po ciąży, piersi również, a na skórze zostało kilka jasnych linii.
Przesunęła dłonią po jasnych liniach pod pępkiem. Tym razem nie odwróciła wzroku.
Założyła sukienkę. Materiał przylgnął do bioder.
— I? — zapytała sprzedawczyni zza zasłony.
— Jeszcze żyję.
— To dobry początek.
Lidia odsunęła zasłonę. Sprzedawczyni przyjrzała się jej.
— Bardzo dobrze.
— Tak pani mówi każdej.
— Nie każdej.
— To jeszcze gorzej.
Obróciła się przed lustrem.
— Ile?
Kiedy usłyszała cenę, skrzywiła się.
— A ile bez rękawów?
Sprzedawczyni roześmiała się.
— Cena ta sama.
— Szkoda.
Kupiła ją. Przez pół dnia miała wyrzuty sumienia, wieczorem już nie.
Maja dostała czwórkę z matematyki.
Przyniosła zeszyt do kuchni i położyła przed matką.
— Podpisz.
— Cztery.
— Wiem.
— Z minusem.
— Wiem.
— Z czego?
— Zadanie tekstowe.
— Jak można nie umieć zadania tekstowego? Przecież tam jest napisane, co trzeba zrobić.
Maja skrzyżowała ręce.
— No właśnie nie.
Tomek siedział przy stole i jadł kanapkę.
— Nie męcz jej.
— Siedem razy osiem?
Tomek przeżuł.
— Pięćdziesiąt sześć.
— O, nauczył się.
— Od tamtej pory dużo pracowałem nad sobą.
Maja zachichotała.
— Tata kiedyś powiedział pięćdziesiąt cztery.
— To był test czujności — przypomniał Tomek.
— Oczywiście.
Lidia podpisała zeszyt.
— Poprawisz.
— Muszę?
— Nie. Możesz zostać analfabetką matematyczną i kiedyś ktoś cię oszuka na reszcie.
— Mama.
— Co?
— Ty czasem jesteś dziwna.
— Dziękuję.
Maja zabrała zeszyt.
— To nie był komplement.
— Tym bardziej.
Wieczorem Lidia wyjęła czerwoną sukienkę z torby. Tomek stał w łazience i golił się.
— Kupiłam coś.
— Mhm.
— To „mhm” kosztowało mnie sto trzydzieści dziewięć złotych.
Maszynka zatrzymała się.
— Co?
Lidia podniosła sukienkę.
— To.
— Ładna.
— Tylko?
— Bardzo ładna.
— Na mnie.
— Nie widzę jej na tobie.
— To sobie wyobraź.
— Próbuję.
— I?
— Będziemy potrzebowali, żeby Maja poszła wcześniej spać.
Tomek uśmiechnął się z pianą na połowie twarzy.
— No.
Wyszła z łazienki. Po kilku krokach zatrzymała się.
— Tomek?
— Co?
— Mówiłeś serio?
— O czym?
— O Mai.
Wychylił głowę.
— A ty?
Nie odpowiedziała. Weszła do pokoju i zamknęła drzwi.
Od śmierci Filipa nie spali ze sobą i nie rozmawiali o tym. Najpierw Lidia bolała; potem nie chciała, a kiedy ochota wróciła, bała się, że dotyk przypomni jej ciało w szpitalu. Później przestali wiedzieć, kto właściwie na kogo czeka.
Maja zasnęła po dziesiątej. Lidia słyszała, jak Tomek gasi telewizor. Leżała na boku. Nie założyła czerwonej sukienki. To wydawało jej się nagle śmieszne. Za bardzo przygotowane. Tomek wszedł do sypialni.
— Śpisz?
— Tak.
— To dobranoc.
— Idiota.
Położył się obok. Przez chwilę nic się nie działo. Lidia słyszała jego oddech. I własny.
— Tomek.
— Mhm?
— Jak jeszcze raz powiesz „mhm”, zabiję cię.
— Słucham.
Odwróciła się do niego. Było ciemno. Widziała tylko zarys jego twarzy.
— Nie wiem, jak to zrobić.
— Co?
— Nie udawaj.
Nie na piersi ani biodrze, tylko na dłoni.
— Tak? — zapytał.
Lidia zacisnęła palce.
— Tak.
Przyciągnęła go bliżej. Pocałowali się ostrożnie, aż za ostrożnie, więc Lidia odsunęła twarz.
— Przestań.
Tomek znieruchomiał.
— Co?
— Całujesz mnie jakbym była chora.
— Nie chcę…
— Wiem, czego nie chcesz.
— To powiedz.
Lidia popatrzyła na niego w ciemności.
— Chcę, żebyś mnie pocałował jak kiedyś.
— Jesteś pewna?
— Wszystko zepsułeś.
Zaśmiał się cicho.
— Przepraszam.
— Teraz jeszcze gorzej.
Tym razem pocałował ją bez pytania.
Lidia wsunęła palce w jego włosy i przyciągnęła go bliżej. Poczuła znajomy ciężar jego ciała. Pachniał wodą po goleniu.
Puściło napięcie, a pod nim został zwyczajny głód dotyku. Tęsknota za własnym ciałem, które przez miesiące było przede wszystkim miejscem bólu.
Tomek wsunął dłonie pod jej koszulkę. Zatrzymał je na talii, jakby nadal nie był pewien, ile mu wolno. Lidia uniosła ręce.
— Zdejmij.
Ściągnął z niej koszulkę powoli. Przez chwilę została w staniku i dresowych spodniach, a chłodne powietrze dotknęło rozgrzanej skóry. Tomek przesunął dłonią po jej nagich plecach, potem po boku. Nie próbował niczego przyspieszać.
Lidia złapała jego koszulkę przy brzegu i ściągnęła mu ją przez głowę. Przesunęła dłonią po jego klatce i zatrzymała palce na starej bliźnie, którą znała od lat. Pamięć wracała pod palcami szybciej niż myśli.
Jego dłoń zatrzymała się na jej plecach. Lidia odwróciła się odrobinę i sama odsunęła włosy, dając mu prostą odpowiedź bez słów.
— Tomek.
Tomek zrozumiał. Stanik po chwili leżał obok koszulki. Lidia nie zasłoniła się. Oparła dłonie na jego barkach i przyciągnęła go do siebie.
Jego dotyk przeszedł z pleców na biodra i zatrzymał się tam dłużej. Lidia sama zsunęła spodnie, zanim zdążył znowu zwolnić.
Po chwili między nimi zostało mniej ubrań i mniej ostrożności. Nie spieszyli się. Lidia chciała czuć jego dłonie na nagiej skórze i ciężar ciała obok własnego; własnej reakcji przez miesiące się bała.
Poczuła ciepło rozchodzące się od brzucha niżej. Po miesiącach bólu przyjemność nadal wydawała się trochę nie na miejscu. A jednak jej chciała.
— Nie zatrzymuj się — powiedziała cicho.
Później leżała z głową na jego ramieniu. Tomek gładził ją po plecach.
— Wszystko dobrze?
— Nie pytaj.
— Dobra.
Lidia uniosła głowę.
— Specjalnie?
— Trochę.
Uderzyła go lekko w klatkę.
— Idiota.
— Też mi tego brakowało.
Zamilkli.
Lidia zapytała:
— Czego?
— Ciebie.
Uwierzyła mu. Przytuliła się mocniej.
— Mi też.
Rano Maja weszła do sypialni bez pukania.
— Mamo.
Lidia otworzyła oczy. Tomek spał obok, bez koszulki. Kołdra leżała zdecydowanie za nisko.
— Stój.
Maja zatrzymała się.
— Co?
Lidia jednym ruchem podciągnęła kołdrę.
— Nic.
— Gdzie jest moja niebieska bluza?
— W szafie.
— Nie ma.
— Jest.
— Nie ma.
— Druga półka.
— Patrzyłam.
— To patrzyłaś źle.
Maja podeszła bliżej.
— Czemu tata śpi bez majtek?
Tomek otworzył oczy.
— Co?
Lidia zakryła twarz dłonią.
— Maja, wyjdź.
— Ale bluza.
— Wyjdź.
— Czemu?
— Bo chcę wstać.
Maja spojrzała na kołdrę, na matkę i na ojca.
Zmarszczyła nos.
— Fuj.
— WYJDŹ.
Kiedy drzwi się zamknęły, Tomek leżał nieruchomo. Milczeli przez sekundę, po czym oboje zaczęli się śmiać.
— Bez majtek? — szepnęła.
— To twoja córka.
— Nasza.
— W takich sytuacjach twoja.
— Tchórz.
Za drzwiami rozległo się:
— SŁYSZĘ WAS
Lidia wcisnęła twarz w poduszkę. I śmiała się jeszcze bardziej.
Czerwoną sukienkę założyła tydzień później. Poszli we troje na pizzę. Nie do drogiej restauracji.
Do lokalu przy rynku, gdzie stoliki miały plastikowe podkładki, a kelner zawsze mylił zamówienia.
Maja dostała sok w wysokiej szklance i czuła się dorosła. Tomek zamówił piwo. Lidia colę.
— Czemu się tak ubrałaś? — zapytała Maja.
— Jak?
— Ładnie.
— A zwykle?
Maja zastanowiła się.
— Zwykle normalnie.
Tomek zakrył usta szklanką.
— Nie śmiej się — powiedziała Lidia.
— Nie śmieję.
— Widzę.
— Piję.
— Zębami?
Maja zaczęła się śmiać. Pizza przyszła z pieczarkami, których nie zamawiali. Tomek chciał oddać. Lidia powiedziała, że zje.
Maja wydłubywała je widelcem i układała na brzegu talerza jak małe brązowe trupy.
— Nie baw się jedzeniem.
— Nie bawię.
— To co robisz?
— Segreguję.
Lidia przewróciła oczami. Spojrzała przez okno.
Chodnikiem szli ludzie; ktoś prowadził rower, dwie dziewczyny paliły przy wejściu, starszy mężczyzna niósł bukiet kwiatów. Zwykły piątek.
Jeszcze kilka miesięcy wcześniej Lidia nie rozumiała, jak świat może działać dalej.
Teraz siedziała w środku tego świata, w czerwonej sukience, z mężem i córką, jedząc pizzę, której nie zamówili.
Dotarło do niej, że przez prawie godzinę nie pomyślała o Filipie.
Natychmiast poczuła tak silne ukłucie winy, jakby kogoś zdradziła, i opuściła wzrok.
— Co? — zapytał Tomek.
— Nic.
— Lidia.
Spojrzała na Maję. Dziewczynka próbowała przenieść wszystkie pieczarki na talerz ojca. Tomek bronił się nożem.
— Przestań.
— Ty lubisz.
— Nie tyle.
— Zdrowe są.
— Od kiedy ty się martwisz moim zdrowiem?
— Od teraz.
Lidia patrzyła na nich chwilę dłużej. Wzięła następny kawałek pizzy.
— Mamo.
— Co?
— Czemu płaczesz?
Lidia otarła oko.
— Nie płaczę.
— Przecież widzę.
— Ostra papryka.
— Nie masz papryki.
Nie pytał. Położył rękę na jej kolanie pod stołem. Lidia przykryła ją swoją.
— Jedz — powiedziała do Mai.
— Ty też.
— Jem.
I jadła.
Pod koniec miesiąca zepsuła się pralka. Tomek stał nad nią przez czterdzieści minut.
— Wiesz, co robisz? — zapytała Lidia.
— Tak.
— To czemu nie działa?
— Bo jest zepsuta.
— To wiedziałam przed tobą.
— Daj mi chwilę.
— Ostatnio „chwila” kosztowała nas stówę u mechanika.
— To był samochód.
— Zasada ta sama.
Tomek wyjął filtr. Woda wylała się na podłogę.
— Naprawione?
— Prawie.
— Rozumiem.
Maja pojawiła się w drzwiach.
— Co się stało?
— Tata naprawia.
— O.
Powiedziała to tonem człowieka, który wszystko zrozumiał. Tomek rzucił jej spojrzenie.
— Obie przeciwko mnie.
Lidia podała mu ścierkę.
— Nie przeciwko. Przy tobie.
— Wielka różnica.
— Ogromna.
Pralka ostatecznie ruszyła, ale dwa dni później znowu stanęła i musieli kupić używaną.
Przez następne trzy tygodnie jedli trochę skromniej. Nie był to dramat. Lidia zaczęła brać dodatkową sobotę w piekarni. Tomek powiedział, że nie musi.
— Muszę, jeśli chcemy jeść coś poza ziemniakami.
— Damy radę.
Pamiętała to zdanie z kuchni, z dwóch kresek i z czasu, kiedy największym problemem był brak miejsca.
— Wiem — powiedziała.
I jeszcze wtedy wierzyła, że dadzą.
Pierwsza rysa pojawiła się tak niepozornie, że żadne z nich jej nie zauważyło.
Tomek wrócił któregoś wieczoru godzinę później.
— Gdzie byłeś?
— Z chłopakami.
— Miałeś kupić mleko.
Zatrzymał się.
— Cholera.
— No.
— Pójdę.
— Już kupiłam.
— No to dobrze.
Lidia nie odpowiedziała. Tomek zdjął kurtkę.
— Co?
— Nic.
— Przecież widzę.
— Powiedziałam nic.
Maja odrabiała lekcje w kuchni przy cicho grającym radiu. Obok na stole leżała kartka z rachunkami.
Rozdział 8. Obok
Najpierw były godziny. Jedna, potem dwie. Tomek zaczął wracać później, nie codziennie, raz w tygodniu, czasem dwa.
— Nadgodziny — mówił.
Albo:
— Z chłopakami.
Albo:
— Musiałem coś załatwić.
Wszystkie odpowiedzi były możliwe i brzmiały zwyczajnie. Lidia nie prowadziła śledztwa.
Miała Maję, piekarnię, pranie, zakupy, rachunki i własne zmęczenie.
Pieniądze zaczęły znikać szybciej, choć jeszcze nie na tyle, żeby usiąść przy stole i powiedzieć: jesteśmy biedni. Pod koniec miesiąca zostawało mniej. Lidia zaczęła odkładać paragony do szuflady. Księgowości nadal nie lubiła, chciała tylko wiedzieć, gdzie rozchodzą się pieniądze. Pewnego wieczoru wysypała je na stół.
— Co robisz? — zapytał Tomek.
— Liczę.
— Co?
— Nasze bogactwo.
Usiadł naprzeciwko.
— I?
— Jesteśmy milionerami, tylko bardzo dobrze to ukrywamy.
Przesuwała paragony: piekarnia, apteka, szkoła, benzyna, rata za pralkę, buty dla Mai.
— Tu jest sto osiemdziesiąt złotych z bankomatu. Na co poszło?
— Nie pamiętam. Benzyna, coś do jedzenia.
— Benzyna jest osobno.
— To może wtedy nie brałem paragonu.
— Tomek.
— Co mam ci powiedzieć?
— Prawdę.
Westchnął.
— Byliśmy po pracy.
— Gdzie?
— Na piwie.
— Za sto osiemdziesiąt?
— Nie sam.
— To jeszcze lepiej.
— Lidia, daj spokój.
— Nie mam ochoty.
Maja siedziała na dywanie i wycinała coś z kolorowego papieru.
Lidia ściszyła głos.
— My liczymy każdą stówę.
— Wiem.
— To zachowuj się, jakbyś wiedział.
Tomek oparł się o krzesło.
— A ty możesz przestać robić ze mnie dziecko.
— Jak przestaniesz zachowywać się jak dziecko.
Maja podniosła głowę.
— Mogę iść do pokoju?
Oboje zamilkli.
— Jasne.
Maja zebrała nożyczki i papier.
Kiedy zamknęły się drzwi, Tomek powiedział:
— O tym mówię.
— O czym?
— O tym tonie.
— Znowu ton.
— Tak. Znowu.
Lidia zgarnęła paragony.
— Dobra. Nie będziemy rozmawiać.
— Z tobą się nie da rozmawiać.
— To ciekawe, bo próbuję od pięciu minut.
Tomek wstał.
— Idę pod prysznic.
— Oczywiście.
Odwrócił się.
— Co to znaczy?
— Nic.
— Lidia.
— Idź.
Kiedy poszedł, Lidia wsunęła paragony z powrotem do szuflady, nie kończąc liczenia.
W piekarni Anka zaczęła spotykać się z kierowcą dostawczym. Nazywał się Darek. Miał żonę. Przynajmniej tak powiedziała Lidia po drugim tygodniu.
— Ma obrączkę.
Anka smarowała bułki pastą na zapleczu.
— Nie ma.
— Ma ślad.
— Ślad może być po wszystkim.
— Po obrączce.
— Detektyw.
— Nie trzeba być detektywem, żeby zobaczyć białą kreskę na palcu.
Anka westchnęła.
— Jest po rozwodzie.
— Od kiedy?
— Od dawna.
— Jak dawno?
— Nie wiem.
— Świetnie.
— Lidia, przestań.
— Nic nie mówię.
— Mówisz twarzą.
— Mam taką twarz.
— A u ciebie wszystko idealnie?
Lidia odłożyła nóż.
— Nie.
— No właśnie.
— Ale przynajmniej wiem, gdzie mój mąż śpi.
Anka uniosła brwi. Lidia natychmiast pożałowała.
— To był żart.
— Słaby.
— Wiem.
Przez kilka sekund pracowały w ciszy.
— Coś się dzieje? — zapytała Anka.
— Nie.
— Lidia.
— Nic konkretnego.
— To znaczy?
— Wraca później. Jest zmęczony. Ja jestem zmęczona. Czasem się kłócimy.
— Czyli małżeństwo.
— No.
— Pytasz go?
— O co?
— Gdzie był.
— Pytałam.
— I?
— Nadgodziny. Koledzy. Piwo.
Anka kiwnęła głową.
— Może tak jest.
— Może.
Lidia sięgnęła po kolejną bułkę.
— Nie patrz tak.
— Jak?
— Jakbyś coś wiedziała.
— Nic nie wiem.
— To dobrze.
— Tego słowa też nie lubisz.
Lidia parsknęła.
— Ostatnio lubię mało rzeczy.
Maja coraz częściej zamykała drzwi do pokoju.
Nie miała nic szczególnego do ukrycia. Odkryła, że drzwi można zamknąć.
— Po co zamykasz? — zapytała Lidia.
— Bo to mój pokój.
— Wiem.
— No to wiesz.
— Co wiem?
— Chcę mieć prywatność.
— Masz siedem lat.
— Prawie osiem.
— To zmienia wszystko.
Maja przewróciła oczami. Lidia zobaczyła ten gest pierwszy raz.
— Nie przewracaj oczami.
Maja przewróciła jeszcze raz.
— Maja.
— Co?
— Jeszcze raz i ci wypadną.
— Nie wypadną.
— Nie testuj.
Dziewczynka uśmiechnęła się, a Lidia odpowiedziała tym samym. Kiedy drzwi znowu się zamknęły, stała jeszcze chwilę na korytarzu.
Przypomniała sobie niemowlę z krzywym kucykiem, którego kiedyś nie mogła zostawić nawet na pięć minut.
Teraz Maja chciała prywatności.
Tomek zaczął grać wieczorami na starym komputerze kupionym od kolegi.
Do tej pory służył głównie Mai do prostych gier i Lidii do sprawdzania godzin otwarcia urzędu albo przepisów.
Teraz Tomek siedział przy nim coraz dłużej.
— Co robisz?
— Gram.
— Widzę.
— To po co pytasz?
— Rozwijam rozmowę.
— A.
Słychać było tylko klikanie myszy.
— Długo?
— Jeszcze chwilę.
Lidia usiadła na kanapie i włączyła telewizor. Po dwudziestu minutach spojrzała na zegarek.
— Tomek.
— Mhm.
— Miało być chwilę.
— Kończę.
Po kolejnych dwudziestu:
— Tomek.
— Zaraz.
Lidia wyłączyła telewizor.
— Idę spać.
— Dobra.
Nie oderwał wzroku od ekranu. Lidia położyła się sama. Następnego wieczoru sytuacja się powtórzyła, trzeciego też. Czwartego stanęła przy biurku.
— Możesz ze mną posiedzieć?
— Przecież jestem w domu.
— To nie to samo.
— To co mam robić?
— Nic.
— Lidia.
— Posiedzieć. Pogadać. Cokolwiek.
— O czym?
To pytanie zabolało bardziej, niż powinno.
— Nie wiem.
— No właśnie.
Tomek odwrócił się do ekranu. Lidia odczekała sekundę i poszła do kuchni.
W sobotę Anka wyciągnęła ją na kawę tylko we dwie, bez dzieci i pracy.
Usiadły w małej kawiarni przy rynku. Lidia zamówiła cappuccino, choć zwykle piła czarną.
— Szalejesz — powiedziała Anka.
— Raz się żyje.
— Ty to ostatnio nawet dwa razy.
Zmarszczyła brwi.
— Co to znaczy?
— Sukienka. Kawa. Jeszcze zaczniesz się malować do pracy.
— Nie przesadzaj.
Anka wypiła łyk.
— Wyglądasz lepiej.
— Dzięki.
— Nie fizycznie.
— Tym bardziej dzięki.
— Wiesz, o co mi chodzi.
Lidia wiedziała.
Przez ostatnie miesiące wróciła do siebie po kawałku.
Znów farbowała rzęsy, przeklinała bez poczucia winy, czasem miała ochotę na seks i wchodziła do sklepu, gdy coś jej się podobało.
— Jest lepiej — powiedziała.
— Z Tomkiem?
Lidia obracała łyżeczkę.
— Nie wiem.
— To źle.
— Nie. Nie wiem.
— Kochasz go?
— Co to za pytanie?
— Normalne.
— Kocham.
Odpowiedź przyszła od razu. To ją uspokoiło.
— To czego nie wiesz?
— Jakbyśmy się mijali.
— Od Filipa?
— Nie tylko.
— A od czego?
— Nie wiem.
Anka odłożyła filiżankę.
— Lidia, ty dopiero jak coś się sypie, zaczynasz mówić, co naprawdę jest nie tak.
— Psycholog się znalazł.
— Nie. Dwa rozwody w rodzinie.
Lidia spojrzała przez okno.
— Może jestem przewrażliwiona.
— Możliwe.
— Dzięki.
— Chcesz, żebym powiedziała, że na pewno cię zdradza?
Lidia odwróciła głowę.
— Nie powiedziałam nic o zdradzie. To nie mów.
— Nie mówię.
Lidia poczuła irytację nie na Ankę, lecz na samo słowo „zdrada”. Brzmiało zbyt wielko i teatralnie jak na Tomka siedzącego przy komputerze, zapominającego o mleku i czasem pijącego z chłopakami.
— On taki nie jest — powiedziała.
Anka skinęła głową.
— Okej.
— Naprawdę.
— Wierzę ci.
— Nie brzmisz.
— Bo nie znam go tak jak ty.
Nie uspokoiło jej to.
Wieczorem Lidia zainicjowała seks. Później tłumaczyła sobie, że niczego nie sprawdzała. Tomek stał przy zlewie. Maja spała. Lidia podeszła od tyłu i objęła go w pasie.
— Co robisz? — zapytał.
— Molestuję męża.
— Zgłoszę.
— Komu?
— Żonie.
— Ryzykowne.
Odwrócił się.
Pocałowała go, a Tomek odpowiedział jak dawniej. Lidia przycisnęła się do niego, czując ciepło jego ciała i prostą ulgę pożądania. Po chwili Tomek się odsunął.
— Jestem padnięty.
Lidia zamarła.
— Aha.
— Jutro?
— Jasne.
— Nie obrażaj się.
— Nie obrażam.
— Widzę.
— To źle widzisz.
Tomek westchnął.
— Lidia…
— Idź spać.
— Naprawdę jestem zmęczony.
— Powiedziałam, idź.
Poszedł.
Kiedy Tomek poszedł spać, Lidia została w kuchni.
Sama odmowa nie była problemem; przez miesiące sama nie miała ochoty. Tyle że od dawna to ona częściej wyciągała rękę, zaczynała rozmowę i próbowała. Po raz pierwszy pomyślała: co się dzieje z nami?
Kilka dni później Tomek stracił pracę i powiedział jej o tym wieczorem, bez przygotowania i bez dramatu.
Usiadł przy stole i położył telefon ekranem do dołu.
— Zwolnili mnie.
Lidia przestała kroić chleb.
— Co?
— Redukcja.
— Od kiedy?
— Od dzisiaj.
— I dopiero teraz mówisz?
— Co miałem mówić przez telefon?
— Nie wiem. Może „straciłem pracę”.
Tomek zacisnął szczękę.
— I potem się dziwisz, że nic nie mówię.
— Bo pytam?
— Bo od razu robisz awanturę.
— To nie jest awantura!
Maja wychyliła głowę z pokoju. Lidia ściszyła głos.
— Ile mamy?
— Co?
— Odprawy. Wypłaty. Czegokolwiek.
— Jeszcze nie wiem.
— Jak możesz nie wiedzieć?
— Bo dzisiaj mnie zwolnili!
— To trzeba było zapytać.
— Pytałem.
— I?
— Mają przelać.
— Ile?
— Lidia!
Uderzył dłonią w stół. Maja znów pojawiła się w drzwiach. Tomek od razu spuścił głos.
— Przepraszam.
Nagle przestała być zła. W jego twarzy zobaczyła strach.
Usiadła.
— Dobra.
— Nie zaczynaj.
— Nie zaczynam.
— Co zrobimy? — zapytał.
To pytanie wróciło po latach. Damy radę? Co zrobimy?
Lidia spojrzała na rachunki przypięte magnesem do lodówki, na Maję i na Tomka.
— Najpierw zjemy.
— Lidia.
— Najpierw zjemy. Potem policzymy.
— I co potem?
— Potem znajdziesz pracę.
— Tak po prostu?
— Nie. Pewnie będzie trudno. Ale znajdziesz.
Tomek oparł łokcie o stół. Schował twarz w dłoniach. Lidia położyła rękę na jego karku.
— Hej.
Nie podniósł głowy.
— Hej.
— Co?
— Nie umarłeś.
— Świetne pocieszenie.
— Mam ograniczony repertuar.
Kącik jego ust drgnął.
— Damy radę? — zapytał.
Lidia nie odpowiedziała od razu.
— Musimy.
Przez pierwszy tydzień Tomek szukał pracy, wysyłając CV i dzwoniąc, gdzie się dało. Wracał wkurzony.
— Chcą doświadczenia.
— Masz.
— Nie takiego.
— To jakiego?
— Najlepiej dwadzieścia lat i dwadzieścia pięć lat życia.
Lidia podała mu talerz.
— To rzeczywiście trudne.
Drugi tydzień bez stałej pracy był gorszy. Telefonów ubywało, potem przyszła jedna dniówka na czarno, kilka dni u kolegi i znowu cisza. Tomek zaczął wstawać później; komputer był włączony częściej niż strony z ogłoszeniami.
Kiedy Lidia przypominała o rachunkach i butach Mai, słyszał w tym rozliczenie. Ona słyszała w jego odpowiedziach unikanie. Kłócili się coraz szybciej, jakby oboje znali tekst na pamięć.
Pewnej nocy wrócił po północy od Krzyśka, po piwie. Lidia powiedziała o jego matce coś zbyt ostrego i przeprosiła od razu. Tomek przyjął przeprosiny bez słowa. Następnego dnia wrócił trzeźwy, z zakupami, mlekiem, czekoladą dla Mai i kawą dla Lidii.
Problemy zostawały. Tomek nadal potrafił być tym człowiekiem, którego znała.
Następnego dnia kupiła mleko, a chleb przyniosła z piekarni. Zrobiła kolację. Tomek wrócił przed osiemnastą, trzeźwy i z torbą zakupów.
— Co to?
— Zakupy.
— Widzę.
— Mleko też jest.
— Brawo.
— Nie zaczynaj.
Prawie odpowiedziała. Nie odpowiedziała. Tomek wyjął z torby czekoladę dla Mai. Potem małą paczkę kawy.
— Dla ciebie.
— Za co?
— Bez okazji.
Lidia wzięła paczkę.
— Dzięki.
Stali w kuchni przez sekundę trochę obco.
Potem Tomek pochylił się i pocałował ją w czoło.
W niedzielę pojechali do lasu. Maja marudziła na zimno. Tomek zabrał termos, Lidia zrobiła kanapki. Spacerowali między mokrymi drzewami, podczas gdy Maja zbierała szyszki.
— Po co ci tyle?
— Potrzebuję.
— Do czego?
— Jeszcze nie wiem.
— Genetycznie po tobie — powiedział Tomek.
— Ja przynajmniej kupuję rzeczy użyteczne.
— Czerwona sukienka.
— Bardzo użyteczna.
— Do czego?
— Do wyglądania lepiej od ciebie.
Maja jęknęła.
— Znowu się zaczynacie.
— Co? — zapytała Lidia.
— Te wasze żarty.
— Przeszkadzają?
— Trochę.
— Dobrze. Będziemy się kłócić.
— Nie!
Tomek roześmiał się.