E-book
4.1
drukowana A5
50.16
Czarno-białe motyle

Bezpłatny fragment - Czarno-białe motyle

Objętość:
374 str.
ISBN:
978-83-8245-487-1
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 50.16

z duszą w zębach

powstrzymaj się na moment

z duszą w zębach

przez jeden niezręczny wschód

w obrębie języka i obłudy

rozsmarowuję ból na policzkach

zgwałconego przez ciebie snu

powinowactwo do miłości

wypleniło się z okna w powiece

wypożycz mi niedopałek

niepotrzebnego strachu aby pilnował

bólu i rozrośniętej nieufności

umieram na uboczu

nie chwal się piątym kątem głowy

nie nalegaj na odradzający się

pośpiesznie smutek

wyczerpana obietnicą zbawienia

pozwalam się rozpostrzeć

na krzyżu skąd mam doskonały widok

wraz ze mną nie ma nikogo

jak każdy umieram na uboczu

z bezpiecznej odległości

nierozpoznana pamięć

zbyt ciasny wzrok zamyka się w sobie

wraz z nadejściem poranka

nakrapiany pocałunkami księżyc

wygląda zza rogu lewego oka

powróć wraz ze spadającą gwiazdą

z przekrzywionym zadziornie horyzontem

oszukaj uwierającą w piętę prawdę

jej dozgonność jest wybitnym aktorem

pamięć znów przez nikogo nierozpoznana

szuka pokarmu na śmietniku przeszłości

znajduje tylko gnijące ochłapy serc

i nikomu nie potrzebne wyrzuty sumienia

co najpiękniejsze

całe niebo stoi dziś z oddaniem

na baczność

nawet gwiazda boi się

wystąpić z szeregu

spójrz ponad odnogami

zgromadzonych ciał

rozpoznaj jowialną lekko ziemistą

fizjonomię Boga

a jednak istnieje taka noc

która wszystkim da

ten sam sen

jest taki świt który wedrze się

przez szparę w koszmarze

przyjrzyj się jutru

wkrótce może go zabraknąć

twoja dusza bywa złośliwa

głupia gwiazda

przyjdź w dozgonnej ofierze

moim wartościom

rozgrom hierarchię posłuszeństwa

lojalnie odmawiana

tabliczka mnożenia

od pierwszej klasy kojarzyła mi się

z poczciwym życiem

nie ma w nas trafności

która wchłonęłaby

błotniste języki

ukryte pod drewnianym wiekiem

na świat przeciska się

jeszcze jedna głupia gwiazda

pełna wiary że kosmos

należy tylko do niej

przybij do krzyża

zanim niewykorzystana epoka

wskrzesi jeszcze jedną śmierć

niewyspaną i nabzdyczoną

przeto w niezbyt sprzyjającym nastroju

zanim utykający na lewy przedsionek

pozwoli ujrzeć w ścianie

skamieniały uśmiech

na niepoprawnie długich twarzach

powróć w modlitwie i świetle

na złość nienarodzonym

paciorkom strachu i wybawienia

strzępom języka wystawionym na wiatr

nie skarż się na zbyt ostre lśnienie

mamy w zanadrzu

trochę łatwopalnego bólu

dla urozmaicenia i świętego spokoju

przybij do krzyża wraz z Bogiem

swoją matkę ojca żonę dziecko

Boże mój Boże czemuś mnie opuścił

zanim ustawiłam się w kolejce

górna półka

skradam się na liryczne spotkanie

z moim najcięższym grzechem

wszystkie palce policzone

możemy siadać

powstały pośpiesznie tłum

czeka na gwóźdź

do trumny

choć ciasno nam między skroniami

myśli stają na głowie

zapożyczę sumiennie ostatni podryg

martwego listu

nie spodziewaj się poklasku

ktoś odjął wszystkim dłonie

i pobożnie odłożył na górną półkę

najwygodniejszy uśmiech

na dnie szklanej kuli

pałętają się bezludne dni

myśli zaprzęgnięte w nieoszlifowane

odłamki deszczu

pękające między liniami papilarnymi

mojego wyznania nie-do-wiary

jaki kolor ma twój

najwygodniejszy uśmiech?

z której strony powróci

wyświechtana i trochę mniej wyuzdana

marnotrawna noc?

w nogach mojego podłego łóżka

waruje ten sam Bóg

wybaczam Mu ciągłe spóźnialstwo

i ustawiczne roztargnienie

próbujemy

próbujemy wyszarpnąć sobie

wstążki spisów treści

próbujemy odnaleźć

w oku bliźniego planetę

która obraca się wokół

własnego ego

próbujemy odszukać milczenie

toczące się echem

po pustych kartach

skradzionego almanachu

próbujemy odzyskać samotność

gdyż rozsypane czarne półsłowa

dają zbyt mało życia

próbujemy nie spóźnić się

na życie to ostatnie w tym sezonie

próbujemy podzielić się

miłością ale wiecznie czegoś brakuje

próbujemy ocalić świat

Bóg schował głowę w piasek

imieniny Boga

zakrwawiony kurz

na nieciekawych ustach

przekleństwo wiary dające jedynie

posmak bezprawności

róża twojego serca wkrótce ulegnie

zabliźnieniu

oddaj moim zmysłom trzeźwość

wczesnego mroźnego poranka

utkwionego w czasie promienia

pękniętego światła

przybliż się do granic do bram

schwytaj w płuca muśnięcie

motylich skrzydeł

zaadoptuj czas abyś nie czuł się

taki samotny

w dniu imienin Boga

do połowy pustej

nie daj się nienarodzonemu złu

które zdobi twoje

poniszczone linie papilarne

nie daj się ukraść winnym

pragnącym wyłącznie twojego mleka

mleko to pachnie

wyzutym z cierpienia wydechem

strumieniem przeklętej wody

prosto z czeluści szklanki

do połowy pustej

zapoznaj się z moją nieobecnością

wiekuistym żalem

przypływ nieocenzurowanych pocałunków

drażni nasze powinowactwa

Boża krew

Boża krew rozkwita bujnie

w naszych zbyt wąskich żyłach

płód słowa gotuje się

w przytulnej czeluści gardła

wstąp choć na moment

do mojego sierocego sumienia

przywitaj i czuj jak u siebie

w piekle

staromodne jest poszukiwanie

krzyku pośród maligny milczenia

znajdź siebie w tłumie

koszmarnych słów

pośród wyrzuconych przez okno

niczyich modlitw

przepalonym od nadmiaru światła

skłóconych archipelagów

zaplątane w oddech słowa

skrępowane nocnym czasem

błyśnięcia

lustro odwieczny hipokryta

dowodzi że światło odnalazło

utracony cień

otumaniony wyziewami

prosto z serca róży

wreszcie uwierzyłeś

w moje wyznanie wiary

w bezkresny powiew naiwnych sekund

ginę w niedopracowanym jutrze

pobudź do religijnego odstępstwa

zaplątane w oddech słowa

skazane na pragnienie

twoja melancholia

ciśnie się do oczu

oswojone niebo

ze spróchniałym słońcem czeka

aż nakarmię je z ręki

cień marnotrawny

przygarnij mój cień marnotrawny

choć czujesz na twarzy

przykrą pieszczotę

nie zbliżaj się

do mojej krzywdy

rozkrajanego żywcem wszechświata

idę choć cień uwiera mnie

nieposkładane sny pasą się

na polanie języka

zanim rozkochasz w sobie

obcy huragan

pozbędziesz chwil

w których ktoś zgasił światło

rozpoznaj w lustrze

swój grzech śmiertelny

wierutne słowa

przyłapana na samotności

rozkwitam na sumieniu zimy

Bóg przegląda od niechcenia

almanachy naszych śmierci

chciałabym cię odzyskać

ale ktoś był szybszy

nie mogę oswoić się

z krzykiem który wyplułeś

pod moje nogi

zanim ktoś uwolni pokutę

strach z krwi i chleba

odnajdźmy w nas czas

który będzie pasł wierutne słowa

w ciuciubabkę

nie kłam że marzysz nadaremno

nie przysięgaj że Bóg jest

silniejszy

czuwam nad łzami

których nikt nie chce

wyrzekam pełnoletnich grzechów

życia które zachorowało

na codzienność

śmierć jak zawsze skora do żartów

bawi się w ciuciubabkę

nie śpiesz się zdążysz rozkochać

złowróżbną pokutę

powróci noc

przed którą nie uchroni nas

byle jaka modlitwa

odnotowany w pamięci epilog

ostatnia melancholia

nagromadzona pamięć pęka

od nadmiaru krwi

rzucam ci do stóp skafander

podejdź zbyt blisko

jakbyś widział mnie

po raz pierwszy i póki co

ostatni

poślizgnęłam się

na bolesnym echu gwiazd

czarna smuga w twoich wargach

pleśnieje w świetle jutra

zanim zwiędnie ostatnia melancholia

złość przemieni w prawdę

wskrześ Boga ze snu

śnięte sny

na pamiątkę po świecie

pragnę złożyć czarne lilie

zadedykować ci to epitafium

umieraj długo i szczęśliwie

zaciśnięta pięść języka

jak zwykle trafia w sedno

łzy są bardzo drogie

nie warto

stoję u krawędzi wrażliwości

odurza mnie zgiełk

w tym zaginionym życiu nie mieszka

ani ból

papierowy bezdech

płynę wraz ze śniętymi snami

płynę w dół ciała

ślad twojego serca

dogorywa w zbyt czarnych wargach

wynajęte słowa

wynajęte słowa

pazur słońca przeszywa światło

nie pierwszy raz kiedy

moja samotność staje się tobą

mam śmierć w oczach

uczcijmy minutą ciszy

nasze narodziny

cienie wpełzają pod skrzydła

odliczasz krwawiące paciorki

wystarczy splunąć w twarz prawdzie

powyżej godności jest

nasz żal za grzechy

my tu umieramy a noc jak zwykle

rozbrzmiewa dusznymi gwiazdami

dziura w całym

przebudzone wieczory

karmią mnie prośbami

znów pokutuję

za roznegliżowane wspomnienie

przysięgam na lazurową krew

nie walcz o marzenia

gdzie dwóch się bije

trzeci korzysta

wypłyń na głębię

zdradź Boga z moimi snami

zagęszczoną śliną popraw

błędy w życiorysie

zbliż do światła obróć w palcach

uzupełnij dziurę w całym

czarno-białe motyle

martwię się

o kolejny niepomyślny czas

jeszcze jedną przełamaną łzę

skończył mi się krzyk

przerosło milczenie

przełęcze żył

mój cień został daleko w tyle

karmią nas tłustą krwią

odszukajmy fantazje

niedokończone proroctwa

przywdziejmy wyjściowe sumienia

powitajmy

powracające archipelagi

przyjrzyj się z daleka

powtarzająca się przyszłość

przeinaczone kłamstwa uwierają

pod mostkiem

przyjrzyj się z daleka

moim niecnie wykorzystanym

potokom limfy

skwaśniałej wody

brakuje mi kołysanki by utuliła

moją bezimienność

przymierze rachunków sumienia

nie wypiera się rojeń

skamieliny dusz są wątlejsze

od wykrochmalonych spazmów

sensu życia

nieudolnie powtarzanych próśb

dwa skwaśniałe pocałunki

kocham ból toczący się echem

po niedomkniętym ego

kocham nocny koszmar

zaplątany w pozory

który przewyższa słowotok

miętosi popękane podeszwy

dwa skwaśniałe pocałunki

tak na wszelki wypadek

wiara sycąca znudzenie

wyłuskane spod bramy

rozbudź w miłości

krzyk nienarodzonych

wróciła by ukoić

przemarznięty światłem świat

jak zwykle przegrywam

przynieś puste ramiona

tak mi zimno

otwórz na oścież wiatr

sny nie mają czym oddychać

przeciskam się przez szparę

w odświętnym sumieniu

przywdziewam strój błazna

by było prościej

nauczmy się nawzajem

skradzionych sezonów niedołężnych

słów

zaopiekuj się moją krwią

przywłaszcz nienarodzoną śmierć

pobłogosław poranek

by wydał zakazane owoce

zmęczona ciągłym odpoczynkiem

bawię się w wyrzuty sumienia

i jak zwykle przegrywam

wypatroszone szczęście

nie ma w nas bólu

byśmy mogli się karmić

spadłam z pustego nieba

złamałam tylko serce

bezwzględność namiętności

syci kłamstwem

pozbawionym echa krzykiem

egoistyczny podmuch

nie przynosi wytchnienia

zanim ocucimy dusze

przekroczą granicę

gnijący grzech trąci szeptem

znów bawimy się w kiepski sen

zamknijmy oczy

aby oszukać ciemność

Modlitwa Boga

Nikt nie mieszka w królestwie

umarłych marzeń.

Nasze skóry dawno temu opuścił

podmuch snu.

Konam w kajdanach

egoistycznej miłości.

Nakarm mnie swoim mięsem.

Bóg znów się modli o jeden spokojny sen,

lecz modlitw nikt nie słucha.

Żyję, bo tak rozkazuje śmierć.

Umieram na prośbę życia.

Pozwól mi oddychać — bez pośpiechu,

krok po kroku…

za pięćdziesiąt lat

współczesna prognoza pogody

nie sprzyja miłości

przedwczesna noc nie pobudza

jest w nas pierworodne kłamstwo

którego nie wyplenisz

chcesz urodzić się na próbę

nie żałować zerwanych naprędce róż

cierpienie jest świadectwem

że miłość należy do nas

nie módlmy się

za wczorajszy dzień

to za pięćdziesiąt lat

choć brakuje nam światła

ogień wskrzeszony w samotności

nie daje ciepła

lód skuwający zmysły nigdy nie odtaje

choć brakuje nam światła

nie chcemy go zapalić

brakuje nam świtu

ale chowamy twarz

w gęstym futrze księżyca

każdy zasypia na osobności

i choć chciałabym wszcząć

słodką wojnę archipelagów

chciałabym posmakować chleba

z twoich dłoni

oddam śmierć

ciemność wiekuista

niech nigdy nie zaświeci

przed nami noc

pozbawiona świtu

opłucz sumienie

przyjdź w potrzebie

choć cię nie potrzebuję

porzuć swoje ciało

i przeprowadź się do mojego snu

delektuj zeschniętą duszą

ubierz się stosownie

do kolejnej dedykacji

nienarodzone urojenia

bolą najmocniej

przynoszę ci w podarunku

moje poprzednie wcielenie

oddam śmierć w dobre ręce

przestarzały zegar

zbiegowisko marzeń

rynek z przestarzałymi zegarami

złowiłam łzę

w morzu ludzkiej krwi

nie martw się o złudzenie

przysporzy nam tylko

szczęścia

odwróć marzenia na lewą stronę

przyśpiesz zanim zwiędną

ostatnie czarne kwiaty pieszczot

Bóg nakarmi nas deszczem win

zlituje nad pogonią

za czarno-białym porankiem

przeklęta woda

kleks na życiorysie

mojemu językowi zabrakło

atramentu na ciężarną puentę

nakarm nienasyconą wolę

by wróciła na tarczy

przeprawiam się przez rzekę

która wystąpiła z żył

przeklęta wodo odpuszczenia

niepokalana łzo na firmamencie czoła

odnajdź pytania dla moich odpowiedzi

zanim wzejdzie kolejne słońce

noc schowa na chwilę pazury

a wiosna udławi kwaśnym oddechem

dogadaj się ze śmiercią

wyciągnij rękę

umierać nadaremno

spętani czterema stronami świata

ukrytymi za kotarą smutku

domagamy się lepszej miłości

modlę się do samotności

aby przestała kojarzyć się

ze szczęściem

błagam o listek prawdy

idę w poprzek rzeki

do spiżarni dusz

wyczerpana podwójnym życiem

borykam się ze łzami

o Panie który czuwasz

nad naszą wolą

czy przyznasz się

do prawdziwego imienia?

pomożesz narodzić się na próbę?

utraciłam mój zabliźniony czas

zaprzepaściłam noc duszną

od nawałnicy gwiazd

kochany obiecasz mi ból

zatracony przed nieudaną śmiercią?

zrozumiesz życiodajny strach

który spijam z oddechu?

rzuć mi kawałek powietrza

żebym nie musiała umierać nadaremno

pęknięte światło

pęknięte światło

nie zna bólu

zrodził się

w nieznajomym sercu

nie znam myśli

które miałbyś ochotę obłaskawić

wiem jesteś głodny ale

nie zabieraj mi ostatniego

oddechu chleba

pomódl się do tego samego Boga

do którego zwracam się

po imieniu

złap odrobinę wczorajszego poranka

wolność którą niesie czas

którą dźwiga przepracowany cień

nie martwmy się

o gwiazdy

pozbawmy księżyc resztkę samotności

trzymam za rękę

umierający wieczór

nie ufam swojemu życiu

odległemu od kościstej rozkapryszonej

melancholii

czyste jest dziś niebo

twojego spojrzenia

gorzkie macice dłoni

Nie bój się…

Nie bój się o świat,

poradzi sobie

bez twojej obecności.

Nie bój się o swoje życie,

na pewno ktoś je kocha.

Nie bój się o nadwerężoną złość,

pasie się na ludzkich łzach.

Nie bój się o ciszę,

przekrzyczy najgłośniejszy smutek.

Nie bój się o samotność,

na pewno urodzi się

bez twojego wsparcia.

Nie bój się Boga,

On tylko przygląda się przedstawieniu.

Nie bój się zimy, to prolegomena

do najsłodszego popiołu.

Nie bój się kochać,

bo nikt tego za ciebie nie zgadnie.

Nie bój się śnić,

bo czasami masz tylko sen.

Nie bój się uśmiechać do ludzi,

im także jest zimno.

Nie bój się czekać na nadzieję,

pewnie znów się spóźni.

Nie bój się oddychać

tym samym powietrzem, co ja.

Nie bój się…

Nie bój się, gdy masz świat w zasięgu ręki,

gdy serce dotrzymuje ci kroku,

gdy śmierć śmiertelnie się obraziła…

trzcina myśląca

człowiek jest skargą świata

cieniem płomienia świecy

na opuszczonej mogile

płytkim westchnieniem wiekuistości

żałosne istnienie

spowite tchnieniem Boga

przemijające z gwiazdami

których wyrzekł się zmrok

nie ma w nas ciszy

głośniejszej od krzyku śmierci

jesteśmy echem łez

echem szeptu

i choć zbyt ciężki krzyż

przygważdża nas do nieba

a Bóg podstawia nogę

ufajmy ciszy przed burzą

wierzmy w spowiedź zagubionego deszczu

nie bójmy rosnącej w nas tęczy

zanim wzejdzie kolejny świ(a)t

a ten Bóg odda do reklamacji

udajmy się w podróż

wokół duszy

nie ma bowiem w nas

ani jednej łzy

którą przedwczoraj upuścił Pan

cierpiący na depresję czas

nie ma w nas dość miłości

aby zgrzeszyć

błąkamy się

między zarodkami obłędów

lecz pozostał tylko cierpiący

na depresję czas

zanim tętent serca przetoczy się

poprzez sumienia

zanim kostucha spóźni się

do pracy

obudźmy sny

narośl na wykrochmalonej pamięci

człowiek zmęczony

niezdrowym oddychaniem

nie pozwoli się oswoić

przybłąkana bezpańska fantazja

gotowa oddać życie

za kawałek suchego słowa

czy został jeszcze okruch sekundy

by zapłakać nad jutrem?

już się nie boję młodości

nie uciekam przed spadającymi gwiazdami

zanim jeszcze raz

pomyślisz

nadaj imię zerwanym z łańcucha

koszmarom

bolesny pocałunek

nie ma w nas snu

z którego nie sposób się obudzić

błądzimy między kartkami

szukając interesującego rozdziału

zostało w nas kilka okruchów

wczorajszych wielokropków

marna fotografia pamiątka

po lepszym Bogu

ubrana w wyjściowy uśmiech

podążam za trendami w modzie

rozczesuję twoje myśli

zbyt czcze

by zaufać poezji

niestety puenta zmarła

na nowotwór duszy

z przerzutem na serce

wszyscy próbujemy dogonić światło

lecz wciąż poszukujemy

świeżych cieni

cieni ciernistych

aż do bólu który oddajesz

bolesnym pocałunkiem

uwierzyć w człowieka

chciałabym uwierzyć

w człowieka

przepadł

na stworzoną przeze mnie śmierć

chciałabym uwierzyć

w człowieczeństwo

ale zapomniałam że odmienia się

przez przypadki

pukam od drzwi do drzwi

mimo że ktoś skradł klamki

choć życie wątpi w moje istnienie

choć kusi

od niechcenia

robaczywym zakazanym owocem

nadejdzie pora kiedy dogonimy światło

zanim oszukamy własne jutro

spojrzymy kłamstwu w oczy

oderwij twarz od lustra

oderwij twarz

od lustra

przejrzyj się w ludzkiej twarzy

spójrz w górę

tam gdzie kwitną marzenia

pocałuj mnie aż do kości

zakochaj się w życiu

zakochaj się w duszy

błądziłam latami by odnaleźć

szczęście które ukryłam

przed samą sobą

sny szczególnie te najzdrowsze

są nieuleczalne

nie bój się łez one są dowodem

że wciąż czeka na nas Bóg

za zakrętem

sprzedając świeże serca

po okazyjnej cenie

czy stać mnie

choćby na jedno?

tak łatwo odejść gdy wszyscy patrzą?

wynajęty raj

niech moje kłamstwo

pozostanie różą

żebyś mógł pielęgnować serce

wstrząsane spazmami

nieodwołalnego świtania

podnieś tę mleczną łzę

by napoić pamiątki

po wymyślonej teraźniejszości

lecz kiedy świ(a)t udusi się

w pętli twoich przepalonych gwiazd

splecionych naprędce dłoniach

wspomnienie będzie ślepą uliczką

do zbyt rozległych warg Boga

chociaż samotność jest

dla najmądrzejszych a miłość

płoszy sumienia

pomalutku ruszymy z odsieczą

westchnieniom rachunku

wybudujemy dom

publiczny

prolegomenie do łagodniejszej śmierci

co wciąż wraca

do wynajętego przez nas raju

grzech pierworodny

w moim świecie wstaje słońce

którym pragnę cię nakarmić

w moim świecie budzą się gwiazdy

by nieść ci światło mojej obecności

nie bój się że spłoszysz strach

ciężki jest cień spowijający twój czas

myślę o tobie

ale ukradkiem w obawie

że znów powitasz mnie prawdziwym dotykiem

usłysz mój krzyk

głośniejszy od wyrzutów sumienia

spisz na mojej skórze

swój rachunek

swoje bezinteresowne wyznanie miłości

miłości własnej

schowaj swój grzech

pierworodny

na dnie serca

serca od dawna skwaśniałego

zjedzą nas na obiad

miękkie futro światła

noc niedokończona

według wizji kłamstwa

podnoszę ostatnie stracone sumienie

przyrzekam śmierć

znów nie potrafisz wymówić

imienia życia

wskrzeszona z kajdan

błąkam się po przytułkach

dla zaginionych

zanim pęknie powieka

język odleci do ciepłych krajów

oswój moją samotność

wyuzdaną pruderię

tłuste słowa cierpią

na nadmiar kwintesencji

potrzebuję zimnokrwistej nocy

aby wznieciła kłamstwo

nie ma nic piękniejszego

od śmierci we śnie

zanim wyschnie krynica słońca

zanim odmarznie przypadkowe spojrzenie

podziękujmy łzom

spadających gwiazd

kiedy miłość będzie w promocji

zjedzą nas na obiad

pożyczone pożądania

śmierć ma łzy w oczach

nie została jedna fałszywa łza

dwubiegunowe szczęście

kiedy pęknie pąk serca

zanim opatrzność pogrozi pięścią

pozostaniemy w muszli

nie martw się

umarłeś zbyt młodo

by stworzyć jeszcze jednego Boga

chciałabym zadedykować ci życie

ale rękopis spłonął puenta

targnęła się

śmierć ma łzy w oczach

półsen zaginiony pośród dusz

zagubiony na mieliźnie

indywidualnej apokalipsy

krew złuszcza się rany czerstwieją

wybacz nie oddycham

twoim powietrzem

wybacz że krew mojej róży

płynie w przeciwnym kierunku

nie daje ciepła

z przegryzionej naprędce wargi

nie wycieka już ani jedna cisza

wbrew Bogu

ponownie staję się

przeterminowaną wydmuszką

zbawcie mnie

zanim ktoś zapuka

do otwartych drzwi

ukryłam na dnie kości pruderię

zło jest dla potrzebujących

chleba i wina

podrobione kierunkowskazy

nie dają ciepła

na pustym ciele wciąż żerują

czarne kwiaty

nowo narodzony grzech

prosi o matczyne mleko

naucz się nieść godnie swój cień

naucz się kochać wbrew Bogu

cień Mesjasza

pożycz mi odrobinę serotoniny

szukam gwiazdozbiorów

których światło nie daje ciepła

miękki koc nocy nie przynosi

uniewinnionego snu

załóż najładniejszy uśmiech

dołącz do mojej śmierci

nic nie wskrzesi usychających mórz

nikt już nie mieszka

w mojej poszarpanej skórze

nikt nie przyznaje się

do metaforycznych odchyleń

jest w nas światło którego nie pokona

cień Mesjasza

najnowszy uśmiech

wybacz mi tę milczącą nawałnicę

karmię ją obłędem

który nie pozwala dłużej lśnić

Boże czy zdołasz objawić mi się

w swoim najnowszym garniturze?

trzeba wyglądać porządnie

w dniu apokalipsy

cofam się po drżącej linii

między nawróceniem a zimą

między śmiechem a odkupieniem

między przebudzeniem a starością

rozbudźmy się zanim

zrobi to za nas ktoś inny

choć urodziłam kolejną noc

choć Bóg się poddał

obudź się z mojego życia

nie ma w nas śniegu

ukrytego w muszli twojej dłoni

czy żyzne palce Boga

otworzą drewniane wieko?

tonę w przestworzach

niczyjego języka

wełniane chmury łaszą się

do róż

mieszka w tobie świt

który nie ustąpi miejsca

jest w tobie coś z człowieka

o czym marzy każdy Bóg

strumienie łaskawego bólu

bronią się przed dotykiem

obudź się z mojego życia

jasna sprężysta krew

co mieszka w nas

jest niedokończonym epilogiem

dwubiegunowe myśli

maskują swoją potrzebę ciepła

odejdź nim czas stanie

ci na drodze

póki przez nasze żyły brnie życie

póki umierają za nas aniołowie

płótna

czy stanę na baczność

gdy umrze ostatni człowiek?

czy powstrzymam się

od śmiechu?

brudne słowotoki

tak podobne

szkarłatnym szkiełkom

odłamkom trucizny

świat umrze dobrowolnie

nakarm mnie

świeżo zebranymi łzami

pierwszy raz widzę cię

z roześmianym sercem

pozostał

dymiący ochłap

odosobnione modlitwy

które utraciły blask

skazana na obrazoburczą nadzieję

wypatruję bliskości

zawsze będzie dzielić nasze płótna

roztropność

czasy kiedy drzewa chadzały parami

odejdą do lepszego piekła

usiłuję skrócić wieczne łzy

ale skończyła mi się wiara

jedno marzenie i skonam

z przeznaczenia

nie rozumiem ludzkich ścieżek

samotnej ciszy na krawędzi

rozpościeram duszę

płynę w objęcia

niczyjego szczęścia

upajam się klęcząc

promienista wątpliwość

wdziera się na kolana

po czym rozpoznać milczenie?

schowałam się w zarodku niepewności

skończyła mi się żałoba

z obnażonego snu staję się

ciekawszą rzeczywistością

tłamsi mnie kolejny rok

szaleńczego czekania

jeszcze jeden zjadliwy znak

wypełnioną ciszą głowę

wrzuciłam do kosza

wierzyłabym w strach

miłość ma przerośnięte usta

przepraszam za spóźnienie

coś kłuje mnie

w lewe oko

znak utraconej kolejności

życie spóźnione

na ostatni oddech

pękł mi pęcherzyk strachu

zabłąkane dłonie oczekują rozwiązania

gładzę językiem

myśl ofiarowaną przez prawdę

wchłaniam kłamstwo duszę się

z nadmiaru serca

dokąd zaprowadzi nas

wczorajszy świt? zmęczona światłem

wypatruję kresu

zagniewanych ramion

z braku życia została śmierć

ma dwadzieścia osiem lat

i twój uśmiech

nienaruszone słowo boi się

zostać myślą

przystaję na krawędzi

suchych powiek

wciąż jesteś przypadkiem

skargą na uśpioną życiodajność

gdybyś odróżnił lęk od miłości

czym byś się stał?

na słowo

wspomnienia tłamszą

piękno i roztropność

zostało tylko pięć złotych

i zużyty grzebień

wyznaję ci szczęście

obiecuję ciekawszego Boga

wypełniona zamierzchłym prawem miłości

siadam nocy na kolanach

znam beznamiętność twoich kroków

z obawy przed wyrazem

śmierci chowam życie

w zalążku orzecha

spróbowałabym pokonać

granicę ale

stłukłam duszę

z wieczystego strachu biorą się

najlepsze czasy

kilka oddechów i poznam ciszę

twojej jedynej pieśni

nie chcę zaczekać na czas

wspomnienie ma wyjałowiony smak

przysiądźmy na gwiazdach

dajmy odetchnąć nocy

widziałam więcej

zgubiłam światło

stałam się żartem

który bawi tylko Boga

Boga czekającego

aż zdołam uwierzyć

Mu na słowo

ziarenko

przemierzam nieśmiałość

od ucha do ucha

nieopodal błąka się śmierć

zaciskam zielone piąstki zatracenia

udaję że skradł los

stracona i niczyja

przeglądam się

w pustych snach

nie wiem skąd w tobie tyle ciszy

niesłowność nadrabiam

zmęczonym rozczarowaniem

pragnę nazwać życie

urodzinowy prezent

spłonął ostatni dzień

noc błaga o litość

czy warto nauczyć się

okruchów straconego pojednania?

nadmiar śmierci

bywa szkodliwy

zaciskam serce aby umrzeć

bez ciebie

ty zgasiłeś ciemność

w niedokończonym losie

trzeba zaczekać

na zmęczone liście przemijania

po głodzie ostała się

zatknięta za ucho tajemnica

wybuchło mi serce

resztki lepszego końca świata

odkąd wróciło zatracenie

pora wskazać myślom

właściwy kres

kres co zastąpi

zaklęte w ziarnko sumienie

tylko ciebie

do kresu zostało

kilka rozmazanych niedorzeczności

zapomnianej przyszłości

niczyjej wieczności

życiu do twarzy ze śmiercią

rozpamiętuję myśli uciekam

przed rozkrajanymi snami

wzniesionymi na żądanie przepaści

życie pokazuje język

język ludzki

nie wiem

wciąż słyszę krzyk

jest cienki jak kość

lepki jak włosy miłości

pozwól zachłannym ciemnościom

zamieszkać we łzach

świt wypłoszy przeciwności

zanurzam myśli

w przestworzach marzeń

wdrapuję na samo dno

nietkniętej przyjemności

z której strony przyglądam się

odpadkom romansu?

błędny jest koniec

niepoprawna krew ścina się

w rozochoconych żyłach

marzyłam o miłości

lecz Bóg dał mi ciebie

drobina powszedniego świata

nie pozostała

cząstka powszedniego świata

nie ma w nas utraconych

form jestestwa

boimy się o nieistniejące życie

skarb nieba

nie ma w sobie krwawiącego czasu

niepokoimy się o idee

chociaż tęsknimy za ochłapem

próbuję dogonić sen

zmagam z obłokami

trzymam w zębach konającą przyszłość

statek który musiał mnie tu przywlec

wciąż płynie pod prąd

zapamiętajmy nasze odbicia w lustrze

widzimy je po raz ostatni

po raz ostatni rzućmy na pożarcie

wydumanym słowom

nasz boleśnie rozległy śmiech

schowajmy się pod językiem Boga

parę niedogotowanych myśli

zaprowadzi nas na niedzielny obiad

Cieśnina naiwności

Strach, którego nie odnajdziesz

w najtrudniejszych snach.

Nie chcę marzyć wbrew tobie,

w tobie widzę moje spalone mosty.

Za rogiem powieki

życie, przymierze ubrane na czarno,

pogrążone w głębokim uśmiechu.

Nie umiem nazwać

nadwerężonego poczucia wstydu,

nadzieja przysiadła na gałęzi

mojego języka.

Nie wystarczy prosić o więcej,

niewinności nie da się podwoić.

Zanim dusze odlecą

za granicę słońca, zanim księżyc

spóźni na nocną zmianę,

oswójmy demony.

Niech będzie tak, jakby spadł deszcz,

jakby niebo nagle się zatrzymało.

Łzy płyną poza margines,

poza fałszywą przysięgę,

poza zaprzepaszczoną cieśninę naiwności.

Jak w poprzednim tysiącleciu

Zmyślona krew.

Wyuzdane światło gwiazdy.

Nie kochasz na darmo, póki pada

deszcz pokuty.

Za wzniesieniem mieszka zakazane echo,

niewyczerpany pogłos cienia.

Uśmiech już do ciebie

nie należy.

Słone słońce nie smakuje

jak w poprzednim tysiącleciu.

Nie rozkazuj moim marzeniom budzić się

zbyt późno, nie zmuszaj łez,

aby syciły glebę.

Rozdarta na siedem części,

przeklęta przez diabła,

nie ufam.

Pozbawiona oddechu skorupa

nie zna potęgi unicestwienia.

Znów rozbolała mnie

sadystyczna świadomość,

poczułam twoją nieznośną pieszczotę.

Ból wżyna mi się

w płuca.

Wypożyczone marzenia są od dawna

przeterminowane.

Pogodzisz się z krwią,

odebraną dobrowolnie?

Nierozpoczęta walka

Przetaczam pięść mojego mózgu

ponad granicą cienia i bólu.

Spijam z twoich rzęs

resztkę zeszłorocznego śniegu.

Przytul się

do zrogowaciałego serca, wskrześ je

fałszywym światłem księżyca.

Wzdłuż żył mknie krzyk,

zjednoczona pośpiesznie modlitwa.

Twoje marzenia są tak smutne,

że bez trudu mieszczą się w dłoniach.

Tak bardzo się boję.

Przeraża mnie sen, w którym od dawna

nikt nie mieszka.

Usiłuję nie myśleć o twoim jutrzejszym uśmiechu,

o łzach.

Drewniany klocek mojego serca

sunie w poprzek rzeki.

Nie jestem jedynym zwycięzcą

w tej nierozpoczętej walce.

Moje skołtunione myśli

wyczekują źródła światła.

Nie jestem twoim marzeniem,

miłość nie pasuje

do mojego smutku.

Kościste

Nie ma ulic

bez obiecujących świateł.

Prześwietlony kształt nocy

przenika ścianę

naprędce sfałszowanych drzwi.

Budzę się, wstydzę się

moich nieśmiałych fantazji.

Pogódź się z deszczem, rosą

wsiąkającą w smugę

melancholii.

Obracam w wargach

przedwczesny pocałunek,

lęk przed słowami,

których nikt nie zdoła uleczyć.

Znów znajduję się

w zasięgu twojego języka,

gardzę nocą.

Nie ucz milczenia, nie wymagaj ode mnie

krzyku.

Może nadejdzie epoka, kiedy zgnije

twoja ostatnia łza?

Kiedy spłonie niedokończone słowo?

Nie broń się

przed światłem,

nie powstrzymuj przed stadami

kościstych wspomnień.

Łza wyłuskana

Łza wyłuskana spod martwej powieki.

Czekamy na powrót szczęścia,

ale nikt

nie przyniósł uśmiechu.

Kiść serca przewraca się

między przewlekłymi napadami

nadziei.

U wezgłowia czeka słodki Bóg,

trzydziestoletnie dzieciństwo.

Nie czekaj na przysięgę, ubierz się

odświętnie

i utop we łzach swojego ukochanego wroga.

Jesteś tylko i wyłącznie

kamieniem w oku swojego brata.

Strachem, za którym tęsknimy.

Nie domagaj się samotności, nie błagaj

o ślad na szczycie serca.

Wciąż liczymy, że ominie nas

ostateczna łza. Ostateczna skarga,

do której nikt się nie przyznaje.

Zaniedbany raj

Skowyt zabijanego poranka.

Język stoi na straży milczenia.

Podnieś z popiołu resztkę

moich zabliźnionych myśli.

Smakowałam łez,

przed którymi nie ma ucieczki.

Oto twój kolejny krok

na trotuarze duszy, jeszcze jeden krzyk

w imię powrotu.

Stań na warcie

przestarzałych śladów.

Powitaj z pustką.

Jałowa, gęsta krew

gromadzi się u szczytu skroni.

Zanim obiecasz lęk, złóż na ołtarzu

moich skrupułów ostatni ból.

Tegoroczna zima nie wymaga

wiele światła.

Nie potrafię przyznać,

sprzedałam poświęcenie gwiazdom.

I choć moje życie umrze z głodu,

powita nas zaniedbany raj.

Życie tęskni za śmiercią

Róże beznamiętnych pieszczot.

Bez krztyny wspomnienia

wspinam się na wieżę z dłoni,

rozproszonych palców.

Oddycham rzeczowo, moja litość

stoi w kolejce po odrobinę

przetrawionego chleba.

Ładnie wyglądasz w tym śnie, wiesz?

Uwiera mnie w piętę

twoja nieśmiertelność, przekrwiona

teraźniejszość.

Łzy płyną w poprzek

objęć, wbrew skradzionej świadomie

potędze zmartwychwstania.

Jest we mnie Bóg, najliczniejszy z bogów.

Żyzna gleba podniebienia

spodziewa się chrztu.

Kiedy odnajdę w tobie serce,

podziel się ze mną krwią.

W przewidywalnej historii widzę

rozrzedzony śnieg.

Marzenia spełniają się, gdy jest już

zdecydowanie za późno.

Świat zazdrości nam szczęścia.

Życie tęskni za śmiercią.

Umierają najciszej

Pozbawieni marzeń

umierają najciszej.

Płytkie wspomnienia tłoczą się u

twojego oddechu.

Nie widzę w tobie zaginionych rozdroży.

Lepkie światło nie daje cienia.

Tonę pośród straconych wykrzykników,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 50.16