E-book
12.29
drukowana A5
18.66
drukowana A5
Kolorowa
42.14
Czarne Ogrody

Bezpłatny fragment - Czarne Ogrody


Objętość:
102 str.
ISBN:
978-83-8221-922-7
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 18.66
drukowana A5
Kolorowa
za 42.14

Człowiek

Myślę, że jestem

całkiem udałem się światu

mimo skrzypiec obojętnych ramion

na szelest wieczności motyli

bez pamięci i nadziei.


Myślę, że udałem się światu

w strugach deszczu

balladach bezdomnych i wisielczych

nałogów wszelkich.


Jestem, panoszę się

ale to mój byt

jest bytem

który cierpi

i domaga się.


Widzę co prawda

krew zająca

umierającego na srebrzystej połaci śniegu.

Króliczek bożonarodzeniowy

jest dobry

jako danie dla efektu zaskoczenia

mrocznej kolacji

naszej głębokiej w świecie bezdomności —

jakże on łeb toczył po lodzie

skorupie zamarzniętej naszych robaczywych serc.

Jakże biegł

w bólu oszalały

gubił życie

między łapami

rwąc do upadłego

głowę do góry,

ale sił mu ubywało z każdą sekundą.

Zamknął oczy na piękno tego świata,

słońce, księżyc, gwiazdy —

powiedział ksiądz na pogrzebie człowieka.

Litania ludzi ubogich

Wybaw nas od nas samych.

Od „kurwa” rzucanego na każdym rogu,

w sklepie

do starca

bo rozedrganą dłonią sięgając po bochenek chleba

zajmuje przestrzeń…

Wybaw nas od siebie samych

skaczących sobie do gardeł na stadionie.

Wybaw nas od siebie

skaczących z mostu…

Wybaw nas od siebie,

kiedy wracamy do domu

i zamykamy za sobą drzwi

i następują rzeczy straszne: przemoc i alkohol.

Obcy mi jest świat

obok którego żyję.

W każdej chwili

mogę podejść bliżej,

ześlizgnąć się

i zacząć kołysać się w rytm śmierci.

Pierwsza choinka

Zobaczyłam ją zaraz po Wszystkich Świętych

na sklepowej wystawie.

Za nią była kolejna,

dalej następna

i tak w nieskończoność.

Na szklanym niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy,

każda prowadziła do innego pawilonu handlowego.

Wybiegłam przed siebie.

Betonowo rozedrgane niebo wisiało na lampkach.

Mój sztuczny świat,

który spakują do kartonów.

Współczesny model rodziny

Matka Google,

ojciec Twitter,

brat Facebook.

Domy

Ludzie bezdomni przyrządzają w swych domach posiłki.

Co niedzielę spotykają się w gronie rodziny.

Zasypiają na pięści zaciśniętej dłoni

w swoim łóżku obcym,

obok swojej obcej żony

jaka w ścianę patrzy.

Ludzie bezdomni nie wiedzą, że są bezdomni

i choć mają domy to ich nie mają.

Mieszkają w długich powrotach do siebie,

kiedy są sobą.

Mijają w drodze bezdomnych, którzy są

w swych zajęciach sobą.

Wspólnie błądzą w d r o d z e d o d o m u

pod rozgwieżdżonym niebem,

która, który nigdy nie ustaje.

* * *

Ludzie są jak miasta z betonu. Stop klatka,

oto twarz człowieka, podłużna i szara jak kamień.

Chropowaty zarost jak konstrukcja mchu

na skraju jesieni.

Można wyjechać na dobre z Krakowa.

Szukać szkieletów liści w drodze

i rozrywać je na połowę,

by czas powrotu szybciej mijał.

List polecony do Pana Cogito

Szanowny Panie Cogito,

niepokoi mnie Pana nieobecność w świecie ludzi.

Co Pan robi, kiedy Pana nie ma?

W ciszy jak łódka złożona z dłoni położony

odpływa Pan uśmiechając się — szepcze jeszcze światu

do ucha:

„Panta rhei”.

Szanowny Panie Cogito, choć staram się do Pana pisać

poezją na skraju prozy jak wiosną na przełomie

lata — zapewniam Pana,

wszystkie rzeczy mają się w świecie dobrze.

Panuje wszechobecny chaos, by ciągle

można było stwarzać z niego nowy porządek.

Tak, wojny wciąż trwają, pochłaniają nowe żywoty.

Kiedy się skończą? Och, Panie Cogito, czy Pan żartuje

z takich kwestii?

Oczywiście nigdy! Wojny są stare jak świat.

W Europie wybuchała nowa wojna

pod Pana nieobecność.

Wiem, to brzmi strasznie.

Poeci są potrzebni, wciąż rodzą się nowi,

ale wie Pan, jak jest z poezją.

Biją na alarm wszystkie strofy,

pękają wieże z ludzkich kości.

Tak, nic nie da się zrobić.

Proszę się wygodnie rozłożyć na kozetce czasu,

wyciągnąć na wszystkie strony

i odpłynąć do pełni, gdzie nasze przeznaczenie.

Gdzie nasze przeznaczenie?

Co z moim głosem wewnętrznym?

Sumienie ma się dobrze.

Świecą jego nagie ściany pustką.

Tak, drzwi zostały szczelnie zamknięte,

by słońce nie wypaliło białych plam na ścianach

do reszty.

I tak pękają na połowę.

Wszyscy poeci mają się dobrze,

żywi, nienarodzeni i martwi,

choć te dwie ostatnie kategorie…

Są jak słońce i deszcz, które zmierzają w swoją stronę.

Brakuje do spotkania tylko tęczy.

Nowi wynurzą się ze starych genów,

jakie w grobie złożone.

Jesteśmy ciągłą transmisją danych.

Panie Cogito, widziałam wczoraj na ulicy o zmroku

twarz

jak Pana. Wynurzyła się z pięści latarni,

wydłużała jak kot, zbiegła wreszcie po ulicy

i zniknęła za oświetlonym pełnią księżyca szerokim

domem.

Tam był las z topól.

Ludzie chodzili z rzadka.

Papierosy Szymborskiej

W kłębach dymu unosi się wspomnienie.

Kłęby dymu noszą przedziurawione wspomnienia.

To ważne było, skoro było.

Szymborska mająca 24 lata

biegnie przez miasto w kolorowej sukience,

siada na poniszczonej ławeczce.

Nie mogę tego wiedzieć, ale wiem.

Takie jest moje osobiste o niej wspomnienie.

Ocalona ponad szare ruiny miasta o które się potyka

patrzy w ścianę, mur jaki ocalał jak ona

i widzi we wspomnieniu na piętrze nieba

lustro nieprzebite kulą

jak jej serce.

W jej oczach i jego tafli

odbijają się chmury,

jakie pędzą przed siebie.

Szymborska ma 24 lata.

Ma kolor skóry czarny aż złoty,

ma obręcze na długiej szyi.

To sen.

Szymborskiej, Różewicza.

Ludzi wojny,

jaki zdarza się, skoro zdarza się.

Szymborskie, małe dziewczynki swej epoki,

żyjące mimo śmierci,

nie anonimowe.

Masowe sny o wojnie jak anonimowe groby

na Cmentarzu Rakowickim

z przetrąconym krzyżem

mimo braku wojny.

Lustra ocalone, groby wypełnione

krwią jaka zasłoniła oczy,

które napotkały

kule błądzące,

śmierć roznoszące wśród ludu umiłowanego.

Wyczekany

Czekałem (ja, człowiek) miliardy lat aż z komórki się

wyłonię.

Na jedną chwilę istnienia — tyle wyczekiwania

w bezdechu i oto jestem,

doskonale nieidealny.

Zdarzyłem się jeden światu.

Jedna chwila każdego istnienia, a tyle w niej cierpienia.

* * *

Kiedy patrzę z bramy Birkenau…

Ten obóz zdaje się nie mieć końca.

Słońce przetacza się przez świat i przemienia się

w ptaka

i niknie gdzieś w głębi obozu.

Tam, gdzie jest druga brama.

W punkcie, kropce horyzontu, torów,

jakie łączą ziemię z niebem.

Niebo jest jak skała, która przytula do siebie.

Niebo jest twarde, puste.

Niebo jest puste.

Niebo jest.

Głuche. Pełne milczeń.

W Krakowie o poranku

Poruszam się jak po filiżance kawy.

Co by było gdyby wszystkie tramwaje zatrzymały się

o jednej porze

błądząc we mgle

która nie mijając

okazuje się smogiem?

Narodziny

Niewiele większy od orzecha.

Skłębiony jak światło padające na dłoń,

wydzierając się z jej zamkniętego wnętrza —

od początku wołam ku światu.

Wołanie me było nieme.

Człowiek, oto jestem, wyłoniłem się z próżni,

mogłem być rybą, mieć łuski, skrzela, płetwy.

Rozumieć rozumem rybim,

być zatłuczonym losem karpim tępym młotkiem

powoli,

ale dokładnie

na czas świąt, aby sprawiać radość swym martwym

widokiem.

Mogłem prężyć koci grzbiet ku słońcu,

ostrzyć pazury o pień drzewa, targać dla przetrwania

kłami surowe mięso

i połykać je bez żucia lub być połykanym.

Jestem człowiekiem, przysługuje mi dwunożny chód.

Mowa. Mogę komunikować swoje potrzeby, liczyć

na pomoc, ratunek w razie nagłej potrzeby.

Wznoszę budowle, jakie są trwalsze nad mój żywot.

Jestem, ale mijam.

Pojawiłem się, nazwano mnie imieniem.

Przysługiwały mi ludzkie prawa.

Miałem marzenia i realizowałem je.

Nauczyłem się ludzkich zasad i przestrzegałem je.

Nie wyzwolę się nigdy jednak z praw biologii,

które warunkują czas trwania, moje czynności życiowe,

od jakich nie mam wakacji, przez dziesiątki lat,

póki żyję.

Nie wiem, co potem…

Jestem człowiekiem, patrzę w gwiazdy.

Tyle jeszcze mam do odkrycia.

Pięść czasu kruszy góry i przesuwa oceany.

Z jednej komórki mogą zrodzić się całe światy.

Życie ginie i rodzi się na nowo.

Fenomenologiczny obraz samotności

Pusty dom

Stoi pusty dom Julii na wsi.

Bluszcz przebija kratkę strzępów czarnych szyb,

wędruje do wewnątrz

i wraca z otchłani ku słońcu.

Julia miała 76 lat.

Wychodziła na balkon co rana

i wieszała na balustradzie ze spróchniałego drewna

wielkie, białe poduchy.

Przez resztę dnia patrzyła przez okno, które jej one

właśnie zasłaniały.

Przez okno zarastające za jej życia bluszczem.

Przed bluszczem ona je wybiła.

Wyskoczyła przez nie nocą, bo — mówiła — odwiedził ją

jej zmarły mąż.

Julia już nie wróciła do swojego domu.

Rodzina zabrała ją do siebie.

Julia chodzi nocą po kościołach w mieście.

Mówi, że chodzi za nią zmarły mąż.

Kiedy żył wszystko w ich domu się tłukło.

Rzucali do siebie naczyniami, następnego dnia szli

pod ramię.

Teraz Julia przewraca wszystko w swoim pokoju

i mówi

że

to

on…

Koniak i banany

Joannie Szczęsnej i Annie Biknot

Do garnków już zaglądnięto, ktoś to musiał zrobić.

Ach, tak, więc koniak i banany —

śniadanie Noblistów, nie na trawie.

Ach, odnotowano — w szpilkach podawane, nie tańcząc

boso na rozgrzanym piasku.

Tak, na stół, tradycyjnie.

A ludzie idą po swoje bułki.

Kołysanka

Jest 1 listopada.

Ksiądz mówił na cmentarzu, że niedługi jest czas

kiedy nasze ciała zostaną złożone w grobie,

ale nie powinno nas to przerażać.

W drodze z cmentarza mijając mnie powiedział,

że po śmierci nasze życie się nie zmieni,

będziemy robić to co tu teraz, czyli — dodał —

że tam też będę studiować.

Będę chodzić w długich promieniach słońca,

potykać się o liście

o kolorze orzecha

i będę jak on

pękać na połowę

i rodzić się w odległych

tylko wspomnieniach,

Bliskich Obcych.

* * *

Nagie drzewa,

pustka horyzontalna mnie otacza,

błądzisz w niej.

Postać blada

naga

kobiety.

Obdarty ze snów

stoję

człowiek.

Jak słup dymu

do nieba się unoszę.

Polisa na życie

Mam dwadzieścia jeden lat.

Z tego trzeba odliczyć podatek

na budzenie się, zasypianie, wstawanie,

bezsenność, sny,

chodzenie bez celu i z celem jakimś.

Obiady, śniadania pierwsze, drugie, trzecie

i kolacje, podwieczorki także, itd.

Ubieranie, wreszcie wychodzenie,

no i przede wszystkim wracanie.

Wracanie. W-r-c-a-n-i-e-e-e-e…

Choroby.

Kolejki na poczcie, w banku, po dorosłość…

Czekania dziesiętne na ciebie, ciebie i ciebie,

który w to samo miejsce nie przyszedłeś.

Na listy oczywiście niewysłane, które wciąż idą

po świecie.

Podobno przynajmniej.

Na autobusy i tramwaje, statki powietrzne,

które nie przyleciały, a co dopiero

gdzieś z nimi stąd odlecieć…

Albo tylko czuwanie nad czyimś łóżkiem,

w nocy, w dzień, rano, wieczorem.

Na zdrowie jego latami,

które tysiące razy jego jednego minęło.

Wypełnianie papierów i ich kreślenie.

Darcie. Ogniem poprawianie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 18.66
drukowana A5
Kolorowa
za 42.14