Anioł śmierci
Nie ma nic ostatecznego…
Nawet śmierć nie zawsze końcem.
Rozpoczyna coś nowego,
Gdy poprzednie gaśnie słońce…
Jest coś jednak ponad wszystko…
Coś, co przetrwa każdą klęskę,
Co daleko jest i blisko,
Co zrozumie każde z przestępstw…
Lecz to słodka tajemnica
I nie dowiesz się na razie,
Bo wewnętrzna ma diablica
Chce pobudzić wyobraźnię!
W świecie, gdzie nie ujrzysz blasku,
Jeno ciemność, mróz i pustka
Od samego jest tu brzasku,
Tego znajdziesz wnet oszusta:
Czarny cały, z twarzą bladą
Groteskowa wręcz sylwetka
Chude nóżki, tors jak dąb
I wybitnie szczupła ręka
Włosy czarne, nastroszone
Oczy żółte, przenikliwe
Uśmiech ciągnie w każdą stronę,
Jawiąc zęby te straszliwe
Słowem — dosyć ostra rysa…
Czymś przyozdobione uszko?
Na łańcuszku małym zwisa…
Ach, tak, widzę — to serduszko!
Łapy czarne — trupie dłonie
Sygnety z czaszką na palcach
Nie jednym zdobionych szponem;
Aż strach prosić do walca!
Z ramion czarne pióra sterczą,
A przy pasku z klamrą czaszki,
Co uśmiecha się szyderczo,
Na łańcuchach wiszą blaszki;
Główki małe i krzyżyki
Na przepasce kontrastują,
Podartej, jak to włóczykij,
Przyjmującej barwę burą.
Na udzie spoczywa księga;
Zwisa na jednym łańcuchu.
Jakaś sekretna potęga
Drzemie w magicznym jej brzuchu…
Na świat patrzy ta istota,
Myśli, komu figla spłatać…
Wnet się otwierają wrota!
Z kim jej przyszło się dziś zbratać?
Światłość go wnet oślepiła;
Słońce grzało dnia pięknego.
„Kto się w taki dzień zabija?”
Myśl przeszyła umysł jego.
Wnet minęła go dziewczyna,
Na rowerze jadąc dziko;
Na jej twarzy smutna mina
I jakby ogarnięta paniką…
Co w jej głowie zaś się działo,
Dostrzegł to już na początku:
Już zbyt wiele ją bolało,
Żeby mogło być w porządku…
Cel jej jeden już przyświecał,
Innej drogi nie widziała…
Bo jej kiedyś ktoś obiecał,
Że swe szczęście będzie miała;
Nie dotrzymał słowa, szuja!
I chce teraz by wciąż żyła…?
By radośnie alleluja…!
Lecz jest tylko żal, mogiła…
„Skoczy czy nie? — to zagadka…”
Myślał stale, lecąc za nią.
Już nie pierwszy raz twarz gładka
Pała taką śmierci manią…
Zdało mu się, że ją poznał…
Widział ją już kilka razy.
Rzeczywiście kiedyś dozna…?
Dotknie jej zmęczonej twarzy?
Serce jakby mu zadrżało…
Te przy uchu oczywiście.
Dla anioła to za mało,
By o śmiertelniczce myśleć…
Ale jednak, coś w niej było;
Chciałby ją przy sobie trzymać…
Jeśli komuś była miłą,
Niechaj teraz ją powstrzyma!
Lecz nie gonił nikt prócz śmierci…
Rower nagle porzuciła,
Bowiem w lesie tuż przy żerdzi
Sarna, pasąc się, kręciła.
Przy niej druga, trzecia, czwarta…
Nawet dały się pogłaskać.
Za mgłą znikła myśl uparta,
Tak jak twarz zakrywa maska…
Wnet mężczyzna też przystanął,
Żeby przyjrzeć się tej sprawie,
Lecz mu wzrok uciekał na nią;
Wyglądała dość ciekawie…
Kto to widział — głaskać sarny?
Wszak od ludzi uciekają…
Przeklął nagle los swój marny,
Bo jej oczka też zerkają!
Gdzie tam, żeby małolata
Tak na niego też patrzyła…
Gdyby nie ten z wieku tata,
Teraz pewnie by nie żyła…
— Jest tak słodka… Ty tu czego?
Warknął w złości śmierci anioł.
Czyżby zbawił ją od złego?
Ona w drogę, a śmierć za nią…
Długa była owa podróż.
Pełna rozmów, żartów, wyznań…
Taniec dwóch samotnych dusz;
Uratował ją mężczyzna!
Anioł stwierdził tutaj z żalem,
Że nie zbierze dzisiaj żniwa,
Że usunie się w cień… Ale!
Ale będzie przy niej bywał…
Wiedział dobrze, wy też wiecie,
Że znajomość ta niebłaha…
Jak się teraz nie powiedzie,
Ona już się nie zawaha…
Jestem
Jestem żebrakiem na ulicy!
Żebrzę o trochę miłości…
Nim złożą mnie w mej kaplicy,
Chcę trochę czułości i bliskości…
Jestem kapslem bezpańskim,
Po który każdy się schyli,
Lecz widząc zatyczkę od flaszki,
Odkopnie co z monetą pomylił…
Jestem śmieciem obok kontenera,
Bo ktoś źle do kosza rzucił…
I wśród tego smrodu umierał,
I nikt jego mąk nie skrócił!
Jestem twoim wyrzutem sumienia!
Czymś, czego sobie nie wyobrażasz…
Jestem duchem wszelkiego cierpienia!
Kimś, kogo głęboko poważasz…
Jestem sercem pełnym bólu,
Które krwawi, lecz wciąż bije,
Co mu blizny mówią „królu”,
Co bez sensu stale żyje…
Jestem światłem na twej drodze,
Lecz mej ścieżki nie rozjaśniam…
Powiedz, czy mnie skarcisz srodze,
Jeśli rzeknę, że śmierć mi nie straszna?
Jestem ogniem, co ogrzewa,
Chociaż w środku sam lód skrywa…
Na głos pięknie pieśni śpiewam,
Ale w środku jam nieżywa…!
Każdego dnia umieram na nowo,
A świat żegna mnie wulgarnym gestem…
I co tutaj zmieni poety słowo?
Po prostu jestem…
Obojętność
Niewiele się dla mnie liczy…
Prawie nic nie ma znaczenia.
Gardło miast krzyczeć milczy,
Chowając groty cierpienia…
Cała reszta się zatraca,
Nie ma sensu chyba wcale…
Rozmazuje się, nie wraca,
A ja patrzę na nią z żalem…
Całkiem staje się nieważna,
Gdy na drodze mej brak celu
I zanika niewyraźna,
Rzuca mnie w rozpaczy czeluść…
Niby jakąś misję miałam,
Lecz zgubiłam ją po drodze.
Później o niej zapomniałam
I puściłam życia wodze…
Rzeczywistość mi zszarzała…
Pozbyć jej się bardzo chciałam.
W sercu moim rozgorzała;
Czy ja właśnie się poddałam?
Żyć bym znowuż chciała zacząć!
A nie tylko egzystować…
O nic nawet już nie walcząc,
Jak warzywo wegetować…
Jeno światu się poddając,
Rosnąc w ziemi jak marchewka
I nadziei już nie mając,
Że ja jeszcze będę krewka…
Kiedy przyjdzie dnia pewnego
Być wyrwaną z korzeniami,
Udam, że drwię sobie z tego;
Jeno ból me serce splami…
Kiedy znajdę się w koszyku,
Wiedząc dobrze dokąd zmierzam,
Uznam to za losu psikus
I wnet stanie smutku wieża…
Wkrótce zginę w zupie warzyw.
Sól zabije beznamiętność…
Już nie będzie o co walczyć;
Tak się skończy obojętność…
Jesteś moim światłem
Daria:
Jeśli powiem ci, kim byłam,
Czy odwrócisz się ode mnie?
Jak niebezpieczeństwo skrywam,
Czy odstraszą cię me ciernie?
Boję się! Bo wszystko, czego dotknę,
Nie jest wystarczająco mroczne…
Może zechcesz uciec oknem,
Gdy me brzemię na cię spocznie…?
Damian:
Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo.
Zawsze będę na ciebie czekał;
Będę dla ciebie ratowniczą tratwą,
Jeśli sztorm twój okręt posieka.
Słyszę ukryte bicie twego serca,
Słyszę twoje ciche szlochanie…
Smutek cię wewnątrz przewierca,
Ale wierz mi - świt jeszcze nastanie…
Jeśli dasz mi się usłyszeć,
Powiesz, co ci na sercu leży,
Nawet jeślim zbyt późno przyszedł,
Nie pozwolę ci nie przeżyć!
I nie odejdę stąd nigdzie,
Dopóki nie będziesz bezpieczna…
Nawet gdy w sobie zamkniesz się,
A Ziemia ci będzie zbyteczna…
Jeśli dobrze się wsłucham,
Gdy spocznie twa głowa
Z płaczem koło mego ucha,
Niemalże usłyszę twe słowa:
Daria:
Kiedyś jeszcze istniałam,
Kiedyś byłam czyimś dzieckiem…
Tyle uczuć kiedyś miałam
W krótkiej chwili świeckiej…
Kiedyś miałam coś do stracenia…
Kiedyś byłam gotowa walczyć,
Kiedyś byłam trudna do zduszenia!
Kiedyś nie potrzebowałam tarczy…
Kiedyś miałam przyjaciela,
Kiedyś tutaj byłam…
Czy kiedyś się będę udzielać?
Czy kiedyś jeszcze będę żyła!?
To było w moich oczach:
Wciąż mroczniejsze z dnia na dzień,
Cicho jak szept na krawędzi zbocza
Obecność powoli przykrywał cień…
Zatracałam się bez powrotu
I nikt nie widział tego we mnie…
Nie widział samotności grotu,
Co w mym sercu tkwił najgłębiej…
Czy jest jakaś droga wewnątrz,
By ukryć się przed wrogami?
By wszelaką mocą gniewną
Przypadkiem ciebie nie zranić?
Upadłam niżej niż kiedykolwiek…
Czy mógłbyś mnie rozpoznać?
Światła nie było pod żadną z powiek;
Nie sądziłam, że tego doznam…
I choć waliłam głową w ścianę,
Byłam zmuszona patrzeć jak znikam!
I znosić w spokoju uczucie niechciane,
Ból, co moją duszę przenikał!
Bo odkąd tylko sięgam pamięcią,
Wszystko we mnie nie pasowało…
Próby wszelakie kończyłam z niechęcią,
Bo wszystko się jeszcze trudniejsze stawało…!
Czy mogę oczyścić swoje sumienie?
Bo próbowałam trwać zawsze do końca…
Pokonało mnie osamotnienie
I myślałam, że nie zobaczę już słońca…
Stałam na krawędzi, wrzasnęłam swe imię
Jak głupiec, całą siłą swych płuc,
Lecz głos mój zginął we mgle zimnej
I nic nie mogło mi już pomóc…
Bo odpowiedziało mi wyłącznie echo,
A cień był moim jedynym przyjacielem…
Czy ktoś mógł mi służyć pociechą?
Prosiłam chyba o zbyt wiele…
Tak naprawdę nie wiem, gdzie świat,
Ale teraz tęsknię do niego…
Jakbym oglądała go zza krat;
Tak blisko, lecz wciąż za daleko…!
Nie prosiłam się nigdy o to,
A ten ciężar na mnie spadł
I zagnieździł się gdzieś głęboko;
Po kryjomu szczęście me skradł…
Czasami, gdy zamykam oczy,
Udaję, że wszystko w porządku…
Ale wewnątrz wojna się toczy,
Bo nigdy nie rozwiązało to wątku!
Jestem tylko człowiekiem ze świecą,
Którą chcę sobie oświetlić drogę…
Przed emocjami, co duszę mą szpecą,
Podejmuję się ucieczki i uciec nie mogę!
Ale jeśli jestem inna od reszty,
Czy muszę uciekać? Muszę się kryć?
Czy znaczą cokolwiek moje protesty?
Czy z czymś takim mogłabym żyć?
Wiesz? Przeraża mnie to wszystko…
Chcę tylko poczuć, że żyję…
Nie chcę już dłużej być wyspą!
Chcę oswobodzić swą szyję!
I znów zobaczyć twoją twarz…
Ty wiesz, że próbowałam!
Ty jedyny naprawdę mnie znasz,
Wiesz, czemu się tak miotałam…
Nazwij mnie grzesznikiem lub świętym;
Zawsze będę cię kochać tak samo!
Gdy miłości żar będzie poczęty,
Jego iskry już na zawsze zostaną!
Przyszedłeś… Chcesz mnie ocalić?
Przegonić szaleństwo z mej głowy?
Przywołać me szczęście z oddali
I zrzucić moje okowy?
Damian:
Jesteś ogniem, co rozpala noc…
Moją słodką nadzieją, maleńka.
Dotyk twój odbiera mi głos…
Przy mnie już niczego się nie lękaj.
Daria:
Choćbym najciemniejszą szła nocą,
To ty dotrzymasz mi kroku…?
Jesteś mą największą mocą,
Jesteś moim światłem w mroku…!
Ogrodnik
Codziennie mnie podlewasz
Nową życiową siłą
W swych ramionach ogrzewasz
Różę ci tak miłą
Codziennie podsypujesz
Słowem pełnym słodyczy
Ty mnie akceptujesz,
Co innych się nie tyczy…
Gładzisz moje listki
I całujesz płatki,
Jakby były wszystkim
Dla ciebie moje kwiatki…
Przy tobie się rozwijam,
Kwitnę, owocuję…
W powietrze się wzbijam
Nie więdnę, nie marnuję!
Mówisz „Dobranoc, kwiatuszku”,
Kiedy księżyc wśród gwiazd wisi
„Śpij dobrze, pączuszku…
Niech ci nic nie zmąci ciszy…”
Życzysz mi dobrego dnia,
Kiedy ledwie słońce wstanie
Czemu czułość twa i troska
Wcześniej mi nie były dane?
Tyś jest czarodziejem,
Co magicznie mnie ożywił…
Ty, coś wrócił mi nadzieję,
Ogrodniku poczciwy!
Żaden nie chciał po mnie sięgnąć,
Tyś jedyny się ośmielił…
Kiedy każdy chciał odbiegnąć,
Plan swój w życie ty żeś wcielił…
Usychałam pośród suchych,
W cieniu martwych umierałam…
Lśniącej kosy znak kostuchy
Zrozpaczona się nie bałam!
Spod kopuły krzewów cierni
Wyciągnąłeś mnie — kwiatuszek…
Jeśli mi zostaniesz wierny,
Tobie oddam swój wianuszek…
Kolce ze mnie pozbierałeś,
Co przez lata we mnie tkwiły
Ty marzenia me spełniałeś,
Co się w moim sercu kryły…
I choć masz już swoje lata,
A ja ciągle się rozwijam,
Spośród wszystkich cudów świata
Ciebie chcę za ogrodnika!
Wisielec
Gawiedź się pod sceną zebrała
W piękny poranek słoneczny
Społeczność nieczuła jak skała
Oraz człowiek niespołeczny
Wprowadziła go na scenę
Komisja eleganckich żmij
Nie poddając go ocenie
Łaknąc jeno jego krwi
Ot, wioskowy taki głupek
Co szczęśliwy chodzi zawsze
Postawili pod nim słupek
I szyderczo cieszą paszcze
Nawet wtedy, może świadom
Swym uśmiechem ludzi gorszy
To najgorszą jego wadą
Gdyby to zsumować jąwszy
Dziwią się, że ten nie w strachu
On wciąż woła: „Kocham życie!”
— Ono cię opuści, brachu.
— Przecież nic mi nie zrobicie…
Zdjęli kapelusz słomiany
Pętle wdziewają na szyję
Uśmiech jego bez zmiany
Bo wciąż wszak jeszcze żyje
Gawiedź skanduje: „Powiesić!”
Ci ręce z tyłu mu wiążą
Na chwilę nie przestał się cieszyć
Choć krzyczą, warczą i grożą
— Jakieś ostatnie życzenie?
— Bywajcie wszyscy zdrowi.
Sprawiał takie wrażenie
Jakby się poddał losowi
Dźwignia raz tylko skrzypnęła
Rozwarły się wrota przestworzy
Lina się nagle napięła
I świat się nowy otworzył
Ciało zatańczyło na sznurze
Lekkie jak piórko, sztywne jak deska
Tego poranka powiędły róże
I zapłakała wnet świta niebieska
Uśmiech zastygł mu na ustach
Chichot bezgłośny brzmiał stale
Radość z tej śmierci coś pusta
Nie ma co sterczeć w upale
Gdy o zmierzchu sam już wisiał
Śmierć po jego przyszła duszę
— A więc to nadeszło dzisiaj,
Zabrać cię ze sobą muszę…
Siadła przy nim i westchnęła
Widząc jego twarz radości
Smutno tak się uśmiechnęła
Łza pociekła po jej kości
List do D.
Dla Cię w ogień bym skoczyła!
Spalając się cała doszczętnie…
Do piekła nawet zstąpiła,
Gdy żądałbyś tego ode mnie!
Przeniosłabym góry dla Ciebie,
Gdybyś obdarzył mnie siłą…
Schwytałabym chmury na niebie,
Jeno pragnąc Ci być miłą!
Zmieniłabym biegi rzek,
Jakbyś o to mnie poprosił…
Lecz pamiętaj, że nasz wiek
W miłości znaczenia nie nosi!
Mówisz, żeś stary i brzydki?
W uczucie nie umiesz uwierzyć?
Wszak to nie czar złotej rybki;
Naprawdę można to przeżyć…
Nie rozumiesz, czemu piękna
Tak za bestią szaleć może?
Bo jej miłość jest tak wielka,
Że najcięższe zniesie noże!
Dopatrujesz się podstępu;
Nie wiesz, czemu tak cię kocham?
Świat u granic jest obłędu,
Nad tym faktem nocą szlocham…
TY jedyny czuć potrafisz,
Bo posiadasz serce, duszę…
Emocjami się nie bawisz;
Być kimś innym już nie muszę…
Gdyż przy Tobie, mój kochany,
Czuję, że mam siłę walczyć,
Że najcięższe zniosę rany,
Kiedy troską mnie opatrzysz…
Choć bezbronna, wciąż bezpieczna
W ciepłej twierdzy Twoich ramion…
Moja miłość będzie wieczna;
Przy mnie zła nie poznasz znamion…
Nawet nie wiesz jak ja cierpię,
Gdy przytulić Cię nie mogę!
Nawet najgorętszy sierpień
Nie jest jak w mym sercu ogień…
Ubolewam, kiedy ust Twych
Mi nie dane zasmakować!
I… zabrakło ludzkiej mowy,
Bo to ciężko ubrać w słowa…
Chociaż bestią siebie widzisz,
Dla mnie jesteś najpiękniejszy!
Nie masz czego się tak wstydzić;
Jesteś skarbem mym największym!
W diabły rzucę wszystko wokół,
By ci dowieść swą prawdziwość!
Może mnie nie znosić ogół,
Lecz Twych uczuć czuję chciwość…
Uwierz — o to jedno proszę;
Nie mam skrytych złych intencji…
Miłość do Cię w sobie noszę
Nie dla żadnych praw, atencji…
Strach
Nie rozłączaj się bez słowa,
Bo mnie strach ogarnia nagły,
Że ostatnia to rozmowa,
W której ostre hasła padły…
Że ty stwierdzisz, tak po prostu,
Że cię ma obecność skręca
I miast rzec to prosto z mostu,
Zaczniesz przykro mnie zniechęcać…
Boję się, że wnet pomyślisz,
Żeśmy po przeciwnych stronach
I to nie ma szans się ziścić;
Jedno wino — różne grona…
Że mi powiesz bez pardonu,
Iż z moimi poglądami
Z tobą ja nie stworzę domu
I opuścić mam twe bramy…
Lękam się, że każda wpadka
Jeno w myśli cię utwierdza,
Że mnie spotkać — żadna gratka;
Nie potrzeba będzie księdza…