E-book
6.83
drukowana A5
25.58
Czarną kreską

Bezpłatny fragment - Czarną kreską

Komiksy i opowiadania


Objętość:
124 str.
ISBN:
978-83-8221-722-3
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 25.58

Słowem wstępu

Zebrałem w tym tomiku garść opowiadań i komiksów, które po prostu lubię. Publikowane były na przestrzeni ostatnich lat (a nawet, nie bójmy się tego słowa, dekad) na łamach przeróżnych zinów, komiksowych i fantastycznych. Znajdziecie tu historie mroczne i groteskowe: detektywa śledzącego nienarodzonego, kroczący we mgle przedświtu pręgowany koszmar, ostatni rejs szaleńców i pierwszy dzień szkoły (sam nie wiem co gorsze), mroczne pakty, mityczne bestie wpatrujące się w Otchłań i gnębionych kryzysem wieku średniego przyjaciół, robiących w zasadzie to samo. Jednym słowem przedstawiam Wam, drodzy czytelnicy, skreślony czarną kreską, zbiorek moich ulubionych, krzepiących horrorów.

Konkwista MMDCXXIII

— Mówi, że nie wie. Że nigdy nie widział złotych miast. — powtórzyła. Klęczący w śniegu kapłan wyrzucił z siebie strugę płaczliwych zawodzeń. Wielki admirał Cortez XVIII otulił się szczelniej szynelem koloru popiołu, marzł, śnieżyca nie ustępowała.

— Co jeszcze powiedział? — warknął. Malinche uderzyła kapłana elektryczną pałką. Ten wrzasnął gniewnie, poprawiła mocniej. Krzyknęła ostro w jego języku, skulił się patrząc z nienawiścią. Admirał czekał ignorując zniecierpliwione pomruki stojących za nim oficerów. Wciąż padało. Kapłan znów przekrzykiwał się z tłumaczką, z ich ust unosiły się kłęby pary. Cortez patrzył na to w milczeniu.

— Papierosa — rzucił półgłosem.

Adiutant natychmiast podał mu srebrną papierośnicę, drugi ogień w stulonej dłoni. Podziękował gestem. Patrzyli na dziewczynę. Mogłaby być krewną tego kapłana — te same czarne włosy, skóra koloru srebra, lekko skośne czarne oczy bez białek. Mimo wysokich butów i szarego munduru, które dał je razem z imieniem, wciąż bardziej wyglądała na jedną z miejscowych niż na żołnierza, pewnie dlatego kapłan tak jej nienawidził. Tę samą nienawiść admirał widział na twarzach stojących dalej, trzymanych pod bronią akolitów. Ba, miał ją w oczach nawet nagi niewolnik drżący na wciąż parującym od krwi kamieniu ofiarnym. Cortez westchnął poprzez dym i zapatrzył się w sine niebo. Zdrada… Odwieczna Zdrada… Rutynowa… Na każdym z odkrytych i podbitych światów… Chmury wisiały nisko, gęste i skłębione; nie było widać nawet cienia unoszącego się gdzieś tam nad nimi krążownika.

Zgasił papierosa i podszedł do dziewczyny, położył dłoń na jej ramieniu.

— Wystarczy dziecko, co powiedział?

Wyłączyła pałkę. Twarz kapłana znaczyły fioletowe oparzeliny, klęczał w śniegu patrząc nieruchomo w ziemię. Jego ręce aż po łokcie pokrywała skorupa zakrzepłej krwi.

— Mówi, że bogowie powinni znać takie sekrety…

„Bogowie”… Admirał nagle poczuł się zmęczony; był stary, siwe włosy, dłuższe niż jej, opadały mu na ramiona jak srebrna pajęczyna; potarł twarz dłonią, nie rozpoznawał już swoich rysów dotykiem, odbicie w lustrze też dawno zniknęło w labiryntach bruzd. „Bogowie”! …

— Mówi, że bogowie powinni znać drogę do złotych miast — powtórzyła Malinche. Nawet w jej ustach gdy wymawiała to słowo chybotała się odrobina wiary. — Że prawdziwi bogowie nie pytaliby o to ludzi, a to znaczy… — zawiesiła głos.

— Tak? — ponaglił ją łagodnie

— A to znaczy, że nie jesteście bogami.

„Chociaż tyle” uśmiechnął się gorzko do siebie admirał. Spojrzał na zbryzgany posoką ołtarz, na kałuże krwi, których wciąż nie mógł zakryć padający śnieg. Cały wierzchołek schodkowej piramidy, na której stali znaczyła świeża czerwień krzycząca z białego puchu. Żadnej barwy poza tą czerwienią — tylko biel śniegu i takież szaty akolitów, z drugiej strony szarości i czernie mundurów jego żołnierzy. Przeniósł wzrok na długi rząd spętanych niewolników stojących w otępieniu na schodach wiodących do ołtarza; dalsze szeregi ginęły w śnieżnej mgle, nie było nawet widać podstawy piramidy. Cortez poczuł, że trwa zawieszony w białej pustce, że jest już tylko ten przyczółek mordu zawieszony w wirującej bieli…

— Admirale? — głos dziewczyny wyrwał go z zamyślenia — On bluźni, prawda? Ty…

— Cicho, dziecko… — pogładził ją po twarzy suchą, szponiastą dłonią; w szeroko otwartych oczach tłumaczki zobaczył mrok i szaleństwo, odwrócił wzrok. Sięgnął do przypiętej do pasa pochwy ozdobnego blastera, chwilę mocował się z zatrzaskami, zgrabiałe od mrozu palce nie chciały sobie z nimi poradzić. W końcu wydobył broń.

Ruszył w stronę kapłana, nagle pośliznął się; pod śniegiem musiał być lód, może zamarznięta krew, może tylko woda. Adiutant podtrzymał go w ostatniej chwili, Cortez z trudem łapał powietrze, serce rozpaczliwie tłukło się w klatce żeber. Kapłan podniósł się z klęczek, na jego twarzy malowała się pogarda, akolici zaszemrali, Cortez usłyszał z tłumu pierwszy śmiech. Stanął przed kapłanem i wymierzył w jego głowę broń. Twarz tamtego nie zmieniła wyrazu, nie rozpoznawał przedmiotu w admiralskiej dłoni. Wyrzucił gniewnie kilka słów.

— On mówi… — zaczęła Malinche, ale Cortez uciszył ją gestem.

— On już nic nie mówi — szepnął i nacisnął spust.

Na moment sinoniebieski błysk przyćmił wszechobecną biel, a potem był już tylko zwęglony, pokurczony kształt w brudnej kałuży stopionego śniegu. I absolutna cisza.

Admirał odwrócił się od trupa, wszystkie oczy śledziły ruchy jego trzymającej blaster dłoni.

— Powtórzę pytanie. — Nie podniósł głosu, Malinche tłumaczyła spokojnie, w jej oczach płonęła odzyskana wiara. — Gdzie są złote miasta? Gdzie jest El Dorado?

I znów, tak samo jak na wszystkich planetach, do których dotarła Ziemska Armada Królewska, odpowiedzią była cisza.

Admirał bawił się papierośnicą. Czekał na to co musiało nastąpić, co zawsze następowało. Śnieg wciąż padał, na spalone ciało, na ofiary niedoszłe i przyszłe, na niewidoczne gdzieś w dole budynki stolicy.


Jeden z kapłanów odchrząknął i powoli uniósł drżącą dłoń.

Szorty komiksowe

Większość wypełniających kolejne strony komiksów ukazywała się na łamach „Anariona”, zina wydawanego przez Zielonogórski Klub Fantastyki Ad Astra i „Tartaka”, pisemka zielonogórskich komiksiarzy. „Anarion” wart jest uwagi jako najdłużej wychodzący (od 1993 roku do dziś!) fanzin Winnego Grodu.




Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 25.58