E-book
1.37
drukowana A5
42.99
Cykada

Bezpłatny fragment - Cykada


Objętość:
338 str.
ISBN:
978-83-8221-347-8
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 42.99

Czy można śnić o tęczowych misiach?

5 sierpnia 1978

Droga koło Wyszewa pod Koszalinem

Polska Rzeczpospolita Ludowa

Niebieski Fiat 132 szybko połykał kolejne kilometry czarnego asfaltu, który prowadził wprost do Warszawy, stolicy niezwykle dumnego kraju, lata wcześniej przekazanemu w dzierżawę władzom podupadającego reżimu komunistycznego.

W środku auta słychać było szum powietrza, warkot wentylatora nawiewu i równy odgłos pracy rzędowego silnika, zaś kierowca i pasażerka nie odzywali się ani słowem, tylko leniwie obserwowali drogę i okolicę po lewej i prawej stronie szosy.

Zrelaksowani małżonkowie czuli się wprost znakomicie. Mieli za sobą udany urlop w luksusowej rządowej daczy i wspaniały postój nad przepięknym jeziorem, do tego pogoda wręcz zachęcała do szybkiej jazdy. Było ciepło, ale bez prażącego słońca i deszczu, na dodatek doświadczony kierowca nie musiał się przejmować nielicznymi pojazdami, które wymijał sprawnie i wręcz od niechcenia.

Wiedział, że jego wóz przyspieszeniem i mocą przewyższa Żuki, Nyski, Syrenki, Wartburgi, Skody i inne wynalazki z demoludów bloku wschodniego, i nie spodziewał się problemów również wtedy, gdy zobaczył przed sobą kolejnego zawalidrogę. Byli od niego oddaleni o jakieś kilkaset metrów, gdy ten nagle i bez wyraźnego powodu zaczął zwalniać. Kierowca Fiata nie widział wprawdzie zapalonego światła stopu, ale jego wprawne oko od razu wychwyciło, że hamowanie Nyski było dosyć gwałtowne.

— Cholera jasna — rzucił przez lekko zaciśnięte zęby i ścisnął mocniej czarne koło cienkiej kierownicy.

Nie widział problemu. Z lewej strony nic nie jechało, a daleko na poboczu stała wprawdzie grupka kilku osób, ale wyglądali oni na typowych zbieraczy grzybów, jagód czy malin, którzy rozmawiają czekając na klientów.

Milicja powinna się nimi zająć, nieroby jedne — pomyślał kierowca, i równocześnie spojrzał w lusterko, zredukował bieg, wcisnął gaz w podłogę i z gracją skierował auto na przeciwległy pas.

Miriafori zbliżał się coraz szybciej z lewej strony Nyski i prawie się z nią zrównał, gdy ludzie z pobocza niespodziewanie wtargnęli na jezdnię.

Nie było czasu nawet na trąbienie. Kierowca Fiata odruchowo wdepnął hamulec i gwałtownie skręcił kierownicę, po chwili kontrując, żeby utrzymać w ryzach uciekającą na boki maszynę.

Pojazd przejechał w poślizgu na pobocze z prawej, gdzie do pisku hamulców dołączyło staccato małych kamyczków, z pasją masakrujących całe podwozie.

Sto trzydziestka dwójka już zwalniała, gdy nagle z prawej strony dało się słyszeć huk pękającej opony.

Auto skręciło w stronę rowu. Rozpaczliwa kontra kierownicą nic nie dała i przepiękny wóz projektu Marcello Gandiniego przeleciał nad płytkim rowem, ściął bokiem drewniany słup telefoniczny, młodą brzózkę i zatrzymał się dopiero na kolejnym drzewie.

Uszkodzenia były dosyć poważne. Rozbity przód i lewy bok, zaklinowane drzwi, pobite szyby, do tego wbity w kabinę silnik i kierownica, która uderzyła starszego pana w głowę i klatkę piersiową.

Generał siedział uwięziony w śmiertelnej pułapce, rozpaczliwie łapał powietrze przez przebite płuco i patrzył gasnącym wzrokiem na fotel pasażera, gdzie bezwładnie leżała jego ukochana kobieta.

Zielono–niebieska Nyska nie zatrzymała się, tylko przyspieszyła i odjechała w siną dal.

Minęły długie minuty, zanim przerażeni ludzie z pobocza byli w stanie znaleźć działający telefon i zawiadomić Pogotowie Ratunkowe i najbliższy posterunek Milicji Obywatelskiej.

2000

Rzeczpospolita Polska

„Sąd Apelacyjny w Warszawie uniewinnił Krzysztofa R. (pseudonim Faszysta), Wacława K. (pseudonim Niuniek), Jana K. (pseudonim Krzaczek) i Jana S. (pseudonim Sztywny). Mężczyźni oskarżeni byli o brutalne zabójstwo byłego premiera Piotra Jaroszewicza i jego żony Alicji Sokolskiej–Jaroszewicz.

Głośnej zbrodni dokonano w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 roku w willi w Aninie. Były premier PRL był przez wiele godzin torturowany i później uduszony, natomiast jego żona została zastrzelona. Z willi Jaroszewiczów skradziono wyroby ze złota, zegarek oraz pieniądze.

Sąd ustalił, że w początkowej fazie śledztwa organa ścigania dopuściły do zniszczenia wielu kluczowych śladów, jak również pozwoliły na zagubienie tak podstawowych dowodów jak kopie odcisków palców.

W toku postępowania nie dopuszczono do uznania również noża fińskiego, który wyglądał identycznie jak ten, który premier otrzymał od premiera Finlandii. Obalono tez zeznania konkubiny Krzysztofa R., która twierdziła, że on i Wacław K. planowali napad na willę Jaroszewiczów.

Wyrok jest prawomocny”.

11 września 2001

Nowy York

— O–o my God! O! MY! GOD! — Gruba Murzynka z zabawnie podskakującymi nieobwisłymi cyckami zaczęła niespodziewanie spazmować, gdy mijała o włos znanego i utytułowanego fotografa.

Mężczyzna instynktownie drgnął, a potem wtulił się w ścianę budynku i skierował aparat z długim obiektywem w stronę północnej wieży.

Wokół działo się naprawdę dużo.

Nieprzewidywalne masy ludzkie, nieubłaganie prące całą szerokością przecznic, nieustępliwie wypełniające każdy skrawek wolnej przestrzeni, powoli rozpływające się po całym mieście niczym czarna gęsta lawa.

Przedziwna mieszanka śmiertelnie wystraszonych ludzi, wrzący tygiel biednych istot wszelkich narodowości, ras i płci, przedziwny miks zagubionych młodych i starych dusz, kuśtykających, biegnących albo idących, krwawiących, plujących i całkiem zdrowych, w pięknych czystych ubraniach, porwanych garniturach i drogich zakurzonych żakietach, z teczkami lub bez, gestykulujących w stresie, szoku i panice albo nerwowo próbujących dodzwonić się do swoich najbliższych.

Dziesiątki krwiście czerwonych bojowych wozów straży pożarnej, wielkich biało–czerwonych karetek, przerośniętych pickupów wszelakich służb i potężnych niebieskich radiowozów ze wzmocnionymi widlastymi dwunastkami, stojących w pełnej gotowości albo mozolnie przebijających się w przeciwną stronę, wprost pod bliźniacze wieże.

Posterunkowi, którzy nie mogli zapanować nad rozgardiaszem, i rozpaczliwie próbowali nie dopuścić do zbyt wielu kolizji.

Wszechobecni strażacy w okrągłych hełmach, grubych kurtkach i spodniach z szelkami, z toporkami, maskami i butlami, czekający na rozkazy albo będący w samym środku akcji.

Sanitariusze i lekarze, opatrujący rany i podający tlen dziesiątkom rannych.

Agenci stanowi i federalni, w obowiązkowych garniturach i okularach, jak zawsze gdzieś się spieszący i szukający nieistniejących spisków.

Chrapliwe basowe ryki syren, budzące respekt sygnały uprzywilejowania, komunikaty z megafonów, ledwo zrozumiałe trzeszczące dialogi z krótkofalówek i wyjące piskliwe alarmy w biurach, sklepach i bankach.

Chaos, klaksony, przekleństwa, narzekania, i drgające szyby i ściany w okolicznych wieżowcach.

Nie ułatwiało to skupienia i dlatego mężczyzna jednym okiem musiał śledzić swoje otoczenie, a drugim szukać co smakowitszych elementów dramatu, który dział się na górze.

Był zły jak diabli, bo stracił masę czasu na wielokrotne wyjaśnianie funkcjonariuszom, że jest reporterem i ma prawo nagrywać i rejestrować, na własne ryzyko i odpowiedzialność oczywiście.

Czuł, że mimo wszystko była to bardzo dobra decyzja, że się tu zjawił. Nie był pewien, co się stanie nawet w kolejnych minutach, i chociaż wszystko wyglądało jak w strefie wojny, to wytrwał na posterunku i był w stanie sumiennie wypełniać dziennikarską misję. Wybitnie pomagało mu w tym doświadczenie i zebrane na całym świecie nawyki, które wróciły niczym jazda na rowerze, gdy tylko się tu znalazł.

Wziął głęboki oddech, usztywnił rękę i nacisnął przycisk, tym samym robiąc zdjęcie z maksymalnym powiększeniem.

Pstryk.

Ponowił czynność i przesunął aparat na lewo, delikatnie pokręcił obiektywem i zmienił plan na szerszy.

Pstryk. Pstryk.

Świat zmienił się trzydzieści minut wcześniej, gdy był w pubie na piętnastej. Siedział tam zaspany przy kawie, rozważał malejące szanse na Pulitzera i przyglądał, jak jeden z nowych orłów palestry, niejaki Aberdy, wcina ze smakiem jajka na bekonie.

Dokładnie wtedy, jak na zawołanie, górna część wieży północnej zamieniła się w słup ognia. Nie dotarło to do niego w pierwszej chwili. Gapił się kątem oka w telewizor nad barem, ale jego podświadomość nie zarejestrowała, że to CNN i relacja na żywo.

— Oh my God! Oh my God!

— Shut up and listen, you bitch!

Zrozumiał, że coś się dzieje, gdy ludzie wokół zaczęli rozpaczliwie krzyczeć, a barman zwiększył głośność w telewizorze. W jednej sekundzie zniknęły dzielące ich sprawy i problemy dnia codziennego. Zamilkli jak jeden mąż, zaczęli płakać albo wzywać Boga, choć tym razem zdecydowanie ciszej i w znacznie większym skupieniu. Wszyscy razem patrzyli w przerażeniu, jak ogromny odrzutowiec po wielokroć wbija się w najwyższy budynek w mieście, który wybucha kulą ognia i zasnuwa cały świat gęstym dymem.

To był szok.

Pierwsze doniesienia mówiły o nieszczęśliwym wypadku, on jednak nie czekał na komentarze ekspertów, tylko rzucił piątaka na ladę, złapał torbę ze sprzętem i pobiegł jak oparzony w kierunku WTC.

Nie jest tak źle! — pomyślał, robiąc kolejne zdjęcie.

Nie zazdrościł straży pożarnej ani innym służbom, ale równocześnie wiedział, że zrobią wszystko i na pewno sobie poradzą. To były zuch chłopaki, z których wielu znał osobiście.

Jego plan był prosty aż do bólu. Chciał robić zdjęcia coraz bliżej wież, a na koniec pokazać wszystkich bohaterów, którzy będą zmęczeni po tak forsownym i historycznym dniu.

Czekają nas miesiące dochodzenia. Okaże się, że za sterami siedział żółtodziób albo jakiś idiota oszczędził kilka centów ma serwisie. Poleci wiele głów. — Był przekonany, że nieszczęśliwy splot okoliczności zostanie zbadany z amerykańską jakością i precyzją, a odpowiedzialni za to przykładnie ukarani.

Oby nie było dużo ofiar — pstryknął widok dołu rozdarcia poszycia wieży, i przesunął aparat jeszcze wyżej.

Maszt na szczycie prawie w całości został przykryty dymem, który unosił się leniwie, przesłaniając co większe fragmenty konstrukcji.

Nagle jeden z elementów jakby się poruszył.

Cholera jasna. — Fotograf zdążył pomyśleć, że pewnie drgnęła mu ręka, ale wtedy zobaczył małe obłoczki dymu, które wystrzeliły w bok… wpierw powoli, potem szybko i gwałtownie.

Cała konstrukcja zaczęła spadać w dół…

SZZZZZZZ…

Zesztywniał z przerażenia.

W kilka sekund na dole znalazły się tysiące ton betonu, metalu, plastiku i szkła, a szara chmura pyłu nieubłaganie ruszyła w jego stronę, łapczywie połykając kolejne metry przestrzeni.

Świat jakby stanął w miejscu, gdy otoczył go gęsty, szorstki, cuchnący spalenizną kurz. Miał wrażenie, że po huku zapadła nienaturalnie przeraźliwa cisza, tak mocna, aż rozdzwoniło mu w uszach. Odruchowo przytulił cenny aparat i wstrzymał oddech, potem zaczął się krztusić i mrugać oczami, próbując coś dostrzec.

To sen. To nie dzieje się naprawdę.

Wróciły bolesne wspomnienia, drobne okruchy tego, co kiedyś przeżył.

Bezsilność.

Dezorientacja.

Ucisk w piersiach.

Walka o każdy haust życiodajnego tlenu.

Znowu był przykryty błotem, które porwało go znienacka, grzebiąc żywcem aż po szyję.

Krzyczał.

Krztusił się.

Panikował.

Choć każda sekunda w tym więzieniu wydawała się przeraźliwie długa, to na szczęście miał silną wolę życia i nie poddał się. Uspokoił się i zaczął walczyć, mimo że był bez szans i musiał czekać na pomoc ratowników.

Ci zdążyli go uratować w ostatniej chwili. Pokazali odwagę, dzielność i poświęcenie, a on, choć wstyd przyznać, wiele razy tego żałował.

Miesiącami dochodził do siebie, budząc się co noc z głośnym krzykiem. Po wielokroć widział wszystko w głowie… a teraz koszmar wrócił… przyszedł, gdy najmniej się tego spodziewał.

Fuck, fuck, fuck. To Ameryka. To nie dzieje się naprawdę.

Świat przyspieszył. Znowu wrócił do normalnego tempa. Coś się poruszało w chmurze pyłu. Dostrzegał zarysy przedmiotów. Słyszał wycie alarmów, jęki syren i krzyki ludzi.

Miał dosyć. Nie czekał już na nic. Odwrócił się i ruszył po omacku, niczym ślepiec we mgle. Nikt ani nic nie mogło go powstrzymać. Chciał żyć. Chciał być człowiekiem. Chciał być najdalej od tego przeklętego miejsca.


***


Jedenasty września przeszedł do historii, zaś wokół wydarzeń związanych z wieżami, WTC7 i Pentagonem narosła masa sprzecznych teorii spiskowych.

Wiele z nich mówiło, że Twin Towers wyburzono, a cała historia była zamachem stanu, jedną z wielu operacji fałszywej flagi.

Zwolennicy tej wersji na jednym ze zdjęć fotografa dopatrywali się kobiety, która miała stać w otwartej dziurze i machać kilka metrów od miejsca, gdzie podobno szalał pożar o temperaturze około tysiąca stopni.

15 kwietnia 2019

Paryż

Tysiące ludzi patrzyło na rozpaczliwą walkę strażaków, którzy za wszelką cenę usiłowali spowolnić niepowstrzymany pochód nienasyconego żywiołu.

Doświadczeni fachowcy i bohaterscy herosi nie zważali na ołów i setki toksycznych substancji, a mieszkańcy stolicy stali w milczeniu i zadumie, płakali i modlili się albo tak mocno grozili bliżej nieokreślonym winnym, że po chwili tracili siły i popadali w całkowite odrętwienie.

Te samo widać było na wszystkich okolicznych mostach, ulicach i skwerach. Francuzi nie kryli wzruszenia i emocji, i chociaż widok był niesamowity, to o wiele bardziej niesamowite było to, jak ludzie na całym świecie jednoczyli się z nimi i potępiali nielicznych szaleńców, którzy śmiali się z całej tragedii.

W tym wszystkim było wiele czegoś dzikiego i pierwotnego, wręcz demonicznego, niemniej jednak „Nasza pani” walczyła i wyraźnie nie chciała poddać się zniszczeniu. Zdjęcia z dronów jasno pokazywały, że to niestety za mało. Cały dach w kształcie krzyża objęty był dziełem zniszczenia, a zwęglone szczątki lasu i sklepienia cały czas spadały do środka wiekowej świątyni.

Nikt nie wiedział, czy ocalały bezcenne relikwie i czy przetrwają chociaż mury, a przygnębienie było jeszcze większe, gdyż bezpowrotnie stracono prawie stumetrową iglicę i w każdej sekundzie znikał kolejny fragment ponad osiemsetletniej historii.

„Upada kultura europejska. To koniec. Bóg nie chce już mieszkać we Francji”. — Pojawiały się setki nieśmiałych tweetów o dosyć podobnej do siebie treści.

„Odbudujemy ją w pięć lat”. — Deklarował Emmanuel Macron, któremu marzyło się odzyskanie zaufania społecznego.

Wielu ludzi nie wierzyło w te słowa, widząc nieszczery uśmieszek i słysząc opinie fachowców, jednym zgodnym głosem mówiących, że podobna operacja musi potrwać dziesiątki lat.

Prezydent nie wspomniał, że w dwa tysiące dziewiętnastym to był jedenasty pożar kościoła we Francji, a miesiąc wcześniej celowo podpalono drugi co do wielkości w Paryżu kościół Saint–Sulprice.

Zapewnienia głowy państwa były wiarygodne tyle co profesjonalizm Donalda Trumpa. Przez lata republika nie znajdowała pieniędzy na ratowanie swojego najcenniejszego skarbu. Ludzie pamiętali, jak politycy debatowali, mury kruszyły się i odpadały, a ogromne środki z prywatnych zbiórek z drobnymi sumami z budżetu ledwo starczały na bieżące wydatki i doraźne zabezpieczenia.

„Francja umiera. To wymowne widzieć tak straszną tragedię w Wielkim Tygodniu”. — Tak widziały to niektóre zagraniczne dzienniki, przytaczając statystyki z ostatnich lat, gdzie dochodziło do setek przypadków zbezczeszczania albo zburzenia świątyń katolickich.

„Zamach. Na dachu było dwóch mężczyzn. Z boku chodził ktoś w turbanie”. — Inni szukali wszystkich możliwych wskazówek i wspominali, że w dwa tysiące szesnastym w pobliżu katedry planowano wysadzić samochód pułapkę i że było wiele innych prób zniszczenia najbardziej znanego symbolu Paryża, Francji i chrześcijańskich korzeni kultury europejskiej.

Ludzie byli zagubieni i nie wiedzieli, co o tym wszystkim myśleć.

Wskazywano na zbieżność dnia z datą zatonięcia Titanica i przytaczano przepowiednie Nostradamusa. Wspominano słynny film Illuminati i mówiono o takiji. Wymieniano operacje fałszywej flagi i wszystkie dzieła, gdzie można było dopatrzeć się podobieństwa z tym, co się działo.

Oficjalna narracja od pierwszych minut tragedii mówiła o nieszczęśliwym zaprószeniu podczas remontu, niemniej jednak dziwnym trafem niezawodne algorytmy Google od razu połączyły te wydarzenia z wypadkami komunikacyjnymi jedenastego września.

Nikt tego dnia nie zwrócił uwagi na pożar na terenie meczetu Al–Aksa w Jerozolimie i przegłosowanie cenzury prewencyjnej w całej Unii Europejskiej, przycichła również dyskusja na temat żółtych kamizelek.

Tragedia tysięcy dopiero się rozpoczynała, podobnie jak wcześniej w Nowym Yorku.

2022

Orbita okołoziemska

— Śruba wkręcona. Kabel na miejscu. — Guan Suo zameldował krótko i zwięźle, równocześnie odsuwając końcówkę klucza od czarnego błyszczącego panelu.

Elektryczne narzędzie wielkości małej ręcznej wiertarki znajdowało się na końcu teleskopowego uchwytu, który przymocowany został do ogromnego plecaka chińskiego tajkonauty.

Uchwyt mógł obracać się praktycznie w każdym kierunku. Mężczyzna powoli pchnął go w prawą stronę, energicznie wcisnął przycisk blokady na ramieniu sterującym, i dopiero wtedy spojrzał na panel, który w końcu powinien działać jak należy, uzupełniając nadwyrężony główny reaktor stacji.

Choć Suo był niesamowicie zmęczony, to nie okazywał tego w najmniejszym stopniu. Skupiał się na misji i tylko na misji, bo wiedział, że piętnaście procent wypadków wydarzało się w ostatnich minutach spacerów kosmicznych i nieuwaga groziła uszkodzeniem nie tylko osobistego sprzętu, ale również jedynego w okolicy schronienia. Miał niezwykle otwarty umysł. Przepełniało go poczucie dobrze wypełnionego obowiązku, duma i zadowolenie, bez uprzedzenia do czego czy kogokolwiek.

— Poczekaj… tak. Potwierdzam. Doskonała robota — odpowiedział jego kolega Jiang Wei, który kilka ostatnich godzin kilkanaście metrów dalej wpatrywał się w ekrany z obrazami z hełmu Suo i zewnętrznych kamer stacji, a teraz puścił drążek joysticka, pozwalający manipulować ich położeniem, i zaczął ćwiczyć bolącą od ściskania szorstkiego plastiku dłoń.

— Wycofuję się… — Mężczyzna zwolnił blokadę napędu na opuszczonym do poziomu ramieniu przy lewej dłoni, ścisnął manipulator i pchnął go delikatnie do tyłu na dwie sekundy.

Dysze z boku jego plecaka z ledwie wyczuwalnym sykiem wypuściły trochę gazu w przód, a po chwili inne dysze zrobiły to samo, ale w przeciwnym kierunku.

Mężczyzna przesunął się około pięć metrów do tyłu i zatrzymał w miejscu, następnie wypił łyk wody ze słomki w hełmie i dodał przez radio:

— Jestem bezpieczny, można włączyć.

— Diagnostyka za trzy, dwa, jeden… — Wei powoli odepchnął się od ściany, przesunął do panelu zasilania, wcisnął kilka guzików i potwierdził pełnym zadowolenia tonem, widząc start martwego od tygodni systemu. — Już.

Sekundy dłużyły się, gdy drobiazgowy komputer wykonywał setki tysięcy testów, w końcu jednak po kilku tygodniach pracy, wielu nieudanych próbach napraw i jednym niegroźnym pożarze dowódca misji mógł odetchnąć i podsumować:

— Wszystko działa. Potwierdzam pełną moc. Gratulacje towarzyszu.

Suo uśmiechnął się i odpowiedział skromnie:

— Na chwałę partii. Wracam do śluzy.

— Zrozumiałem.

„Tlen: sześćdziesiąt jeden procent, czas: cztery godziny piętnaście minut, pozostało: sześć godzin trzydzieści pięć minut”. — Mężczyzna nie bez cienia satysfakcji przeczytał wskazania przyrządów z wizjera w hełmie. To był ponadprzeciętnie dobry wynik, nawet jak na tak prostą misję. Niewątpliwie pomogło tu ogromne doświadczenie Suo. Miał on za sobą wiele podobnych spacerów i od dawna za każdym razem skupiał się na pracy, nie rozpraszając na myślenie o cudach, które właśnie przeżywa. Przyjmował bez głębszej refleksji, że nie ma wokół powietrza, a mimo to żyje i ma tak wspaniałe możliwości. Przyzwyczaił się, że wszystko tu na zewnątrz jest tak blisko, bo prawie na wyciągnięcie ręki, i tak daleko, bo każdy ruch musi być dokładnie przemyślany i wymaga tlenu, paliwa, wody i sprawnego sprzętu.

Życie w kosmosie wymagało wielu wyrzeczeń i zmiany absolutnie wszystkich znanych z ziemi przyzwyczajeń. Ciągłe planowanie, życie w strachu i uzależnienie od innych były koszmarem dla każdego, kto znalazł się tu po raz pierwszy. Wiele prostych czynności stawało się śmiertelną pułapką albo komplikowało na tyle, że ludzie potrzebowali długich procedur i miesięcy szkoleń. Tajkonautom pomagała oczywiście świadomość bliskości doświadczonych kolegów, ale tylko trochę, bo nawet oni nie gwarantowali bezpieczeństwa.

W środku stacji Tiangong 2 nie było wcale łatwiej. Wszechobecna ciasnota, wydzielanie zasobów, wstrętne ohydne przetworzone jedzenie i filtrowana woda bez smaku, utrudniona higiena, a przede wszystkim nieustanna walka z ograniczeniami słabych ludzkich organizmów, takimi jak brak naturalnej pracy mięśni czy sprzeczne informacje z różnych zmysłów.

Suo dawno temu przeszedł etapy niewiedzy, fascynacji i lęku. Jego światopogląd po latach był prosty aż do bólu. Mężczyzna bezgranicznie ufał partii i robił swoje, całkowicie odrzucając kapitalistyczną propagandę ze strony państw, które popadły w chaos. Nie wierzył również w plotki wichrzycieli mające na celu osłabienie potęgi państwa środka, takie jak bzdury słyszane w centrum kosmicznego imienia Jung Jan, w którym miał trzy lata treningów.

Plotki krążyły tam od lat. Według nich w magazynach służby bezpieczeństwa znajdowały się setki godzin nagrań z więźniami, których zamykano w komorze próżniowej w celowo uszkadzanych skafandrach. Według wersji przekazywanej po kryjomu, z ust do ust, ludzie ginęli w męczarniach, a ich śmierć służyła wyższym celom. Miało to być tańsze niż testy sprzętu z użyciem automatów, do tego podobno eliminowało potrzebę bezproduktywnego utrzymywania wrogów systemu, wzmacniało dyscyplinę i pozwalało na tak szybki rozwój jak niegdyś przełomowe badania w niemieckich i japońskich placówkach.

Suo wiedział, że to tylko złośliwe pomówienia, plotki mające służyć celom znanym tylko najbardziej zaufanym członkom partii. Choć komora istniała i trenowano w niej tajkonautów, to równocześnie niezwykle rygorystycznie podchodzono do kwestii bezpieczeństwa. Partia okiem dobrego troskliwego gospodarza szukała nawet najmniejszych niedopatrzeń i problemów ze sprzętem, których przy odrobinie dobrej woli można było uniknąć. Za rzetelną pracę sowicie nagradzano, za niedbalstwo karano surowo wszystkich wokół, a czasem wręcz urządzano pokazowe samokrytyki, na których winni karali siebie nawzajem.

Pieniędzy nigdy nie brakowało. Już w dwa tysiące siedemnastym wydatki Chin na badania wyniosły dwieście dziewięćdziesiąt siedem miliardów dolarów, a od tamtego czasu kwota ta rosła z roku na rok i pozwalała na robienie eksperymentów z humanitaryzmem niedostępnym w trakcie drugiej wojny światowej.

Suo podejrzewał, że cała historia powstała, bo jacyś mało zdolni robotnicy mieli zbyt bujną wyobraźnię. To musiało stać się przed epoką komputerów i elektronicznych asystentów, była jednak w tym tylko i wyłącznie wina oficerów prowadzących. Uświadomieni politycznie funkcjonariusze powinni monitorować sytuację i zapobiegać podobnym incydentom, w razie jej wystąpienia we właściwym czasie pokazać biedakom odpowiednią drogę, a przy braku posłuszeństwa wymierzyć surową karę i dać wspaniałomyślną szansę na rehabilitację.

Niefortunne było to, że w komorze musiał przebywać element niskiego szczebla. Przynajmniej dwa razy w roku trenowali tam wszyscy pracownicy obsługi naziemnej. Robili oni różne ćwiczenia po to, aby poczuć na własnej skórze, jak niegościnne jest to środowisko i z jakimi problemami borykają się ludzie w górze.

Decyzję o tym podjęto wiele lat wcześniej. Była bardzo trafna. Jak dotąd to dzięki tym ćwiczeniom pracownicy byli w stanie wymyślać różne sprytne ulepszenia, dające Chinom tak potrzebną przewagę w kosmosie.

Dzięki ich wysiłkom Suo ubrany był w bardzo wygodny kombinezon piątej generacji, miał również znakomity plecak z napędem, przewyższający znacznie rozwiązania amerykańskie, i mógł bez najmniejszych przeszkód bezpiecznie wrócić do śluzy powietrznej stacji Tiangong 2. Była ona kolejnym osiągnięciem zaplanowanego na wiele lat chińskiego programu kosmicznego i wielkim marzeniem partii, które zostało zrealizowane w wyniku ciężkiej pracy i wyrzeczeń dziesiątek tysięcy bezimiennych inżynierów ogromnego programu kosmicznego. Sześćdziesięciotonowa konstrukcja składała się z trzech elementów, czyli mieszkalnego i technicznego modułu Tianhe i specjalistycznych laboratoriów Wentian i Mengtian. Od początku do końca projektowano ją z myślą o ciągłym zamieszkaniu i na kartach historii dołączyła do MIRa i Europejskiej Stacji Kosmicznej jako pierwsze miejsce do wieloletnich badań, stworzone całkowicie przez państwo środka.

Nie był to oczywiście jedyny sukces partii. Przepowiadaną i pokazaną w „Grawitacji” konstrukcję wysłano w kosmos cztery lata po sondzie Chang’e 4, która poleciała na ciemną stronę Księżyca i wylądowała, będąc pierwszym obiektem stworzonym przez człowieka.

To budziło podziw, taki jak sam jak hodowanie jedwabników i organizmów na martwej od wieków skale. Nikt na świecie od dawna nie śmiał się już z niskiej jakości chińskiej elektroniki, w niepamięć odeszła walka z wróblami czy rewolucja kulturowa, całkowicie zaczęto ignorować wichrzycieli mówiących o łamaniu praw człowieka, wydarzeniach na placu Tienanmen czy Ministerstwie Bezpieczeństwa Chińskiej Republiki Ludowej.

Azjatycki tygrys po raz kolejny uderzył i po raz kolejny odniósł pełen sukces…

2032

Czwarta RP

— Załogi do maszyn! Załogi do maszyn! — Zabrzmiało w dyżurnej sali modlińskiego lotniska.

— Kiego chuja… — Zaczął litanię pułkownik Skalski, nerwowo gasząc peta w szklance z fusami, ale zagłuszył go dyżurny, który wbiegł do sali i wrzeszczał, jakby go ze skóry obdzierali:

— Co do kurwy? Szlachta nie pracuje? Wyższa szkoła opierdalania? Zaproszenie dla jaśniepaństwa? Bamboszki na nóżki? Kawusia do jasnej cholery? Wy–pier–da–lać, miguniem i w podskokach. Ruchy, koty, ruchy… — Tu gwałtownie przestał gestykulować i obrócił głową. — wrrrróć… obrońcy ładu, porządku i całego wolnego świata.

— Taaa jest, panie chorąży! — Skalski krzyknął energicznie z innymi, gdy tamten głosił kazanie, i nie czekając na koniec złapał hełm i ruszył biegiem ku maszynie, przy której czekali już mechanicy.

— Wszystko gotowe, paliwo w całości. — Szef zmiany składał mu raport, gdy wskakiwał do kabiny.

— Odpalam. — Zrobił młynka palcami, równocześnie pstrykając na przyciskach tablicy przyrządów, niczym wirtuoz na klawiaturze dobrze nastrojowego fortepianu.

Drobiazgowo przygotowana polska wersja F–16 po wielokrotnych modernizacjach zawierała w sobie masę drobnych ulepszeń specjalistów z WAT i wciąż dawała cień szansy na wygranie potyczki z agresorami, gdy ci nie używali dronów najnowszej generacji.

Przyrządy i silnik błyskawicznie budziły się do życia. Mężczyzna zapiął maskę, zasalutował szefowi i zaczął zamykać owiewkę, równocześnie kierując samolot na pas startowy. Skupił się na zadaniu. Mieli przechwycić intruzów, a on był drugi. Mrugał oczami, żeby przyzwyczaić się do mroku, gdy jego kolega już rozpędzał swoją maszynę i zaraz po starcie włączył dopalacz.

— Orzeł jeden, na awaryjnej, kurs trzy pięć siedem. — Głos z radia był tak czysty i wyraźny, że Skalski aż się wzdrygnął.

Odczekał kilka sekund i ruszył w ślady kolegi. Leciał za skrzydłowym, a tymczasem w komputerze widać było, że mają przechwycić nieznane maszyny lecące od strony niemieckiej.

— Siedem dziewięć siedem po lewej na tysiącu i się zniża, Airbus na wprost dziesięć tysięcy. — Kontrola lotów wychodziła z siebie, żeby niezależnie od odczytów przyrządów mieli pełen komplet informacji o wszystkich cywilach w okolicy.

— Dziesięć kilometrów, trzy sekundy — zameldował, a potem uzbroił działka i zaczął rozgrzewać rakiety. — Pięć kilometrów.

— Kontakt — wrzeszczał kolega Skalskiego z pierwszego myśliwca. — To myśliwce. Z prawej, bierz z prawej.

— Orzeł jeden, orzeł jeden, potwierdź. — Głos kontrolera z lotniska nie zdradzał emocji, chociaż na pewno go znali i na pewno wychodził z siebie.

Przelecieli obok intruzów i zawrócili. Maszyny były widoczne w noktowizorach i również wyglądały na F–16.

— Myśliwce. Kurwy mają barwy ruskich. F–35, dajcie F–35 — krzyczał prowadzący przez radio.

— Nie otwieraj ognia. — Odpowiedź z lotniska była błyskawiczna. — Nie otwieraj ognia. Mają zacząć.

Wieczorne niebo nagle rozświetliły wybuchy, na lewo, na prawo, z przodu i tyłu, on zaś usłyszał serię krytycznych alarmów i maszyna zaczęła zwalniać.

— Co jest? Mayday, mayday, mayday. — Chwycił mocniej drążek, gdy po chwili wysiadł mu silnik.

Lotnisko milczało, a on zaczął spadać w korkociągu płaskim. Próbował chwycić uchwyt katapulty między nogami, ale początkowe przeciążenie nie pozwalało mu tam sięgnąć. W końcu złapał za rączkę i pociągnął, ale to nic nie dało. Strach sparaliżował go od stóp do głów, a jego umysł nie zarejestrował nawet spadającego obok Dreamlinera, w którym dwustu trzydziestu pięciu pasażerów krzyczało z przerażenia.

Boże wybacz mi, że zgrzeszyłem. — Tylko tyle zdążył pomyśleć, zanim myśliwiec uderzył w ziemię, błyskawicznie zamieniając się w kulę ognia.

Eksplozja była przez chwilę jedynym jasnym punktem w okolicy, potem dołączyły do niej eksplozje kolejnych samolotów, aut, autobusów i pociągów, które prawie równocześnie miały wypadki na ziemi. Wokół nich gasły światła dróg i szlaków podróżnych, i całe oświetlenie miast i wiosek. Planeta pogrążała się w ciemnościach i w końcu wyglądała jak tysiące lat wcześniej.

Niedaleka przyszłość

Kraków

— Serce moje ledwo żyje, czuję firmę z nóg po szyję, dziś dostałam objawienie, teraz czeka mnie spełnienie. — Zjawiskowa dwudziestopięcioletnia blond piękność wypowiedziała znane słowa przysięgi w obecności przynajmniej kilkudziesięciu świadków.

Zrobiła to z niezwykłą powagą i namaszczeniem, potem spojrzała z czułością na swojego managera i rozpięła z przodu biały koronkowy stanik Triumpha.

Była kształtna niczym Monica Bellucci, Jessica Alba czy Jennifer Connelly. Miała twarz niewinnego anioła, cherubinka niesplamionego kłamstwem, oszustwem i zazdrością, nie dotkniętego przez narkotyki, dopalacze i używki. Zawsze dbała o swój wygląd i przez to sprawiała wrażenie młodszej co najmniej o dziesięć lat. Teraz była ubrana tylko w skąpe majtki i pasy od pończoch, a wiele pań patrzyło z wyraźną zazdrością na nią i na jej pełne kształtne piersi, które grzechem byłoby zakrywać.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 42.99