E-book
16.38
drukowana A5
50.83
Cygańska Sprawiedliwość

Bezpłatny fragment - Cygańska Sprawiedliwość


5
Objętość:
353 str.
ISBN:
978-83-8189-170-7
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 50.83

Od Autora

Niniejsza powieść jest splotem prawd, półprawd i fikcji. Niektóre z opisanych wydarzeń miały miejsce naprawdę. Inne zaś powstały za sprawą mojej najczystszej wyobraźni. I tak na przykład wszystkie imiona bohaterów stanowią wymysł mojej imaginacji. Miejsca, nazwy miast i miejscowości istnieją, oczywiście, naprawdę, ale akcja (jeżeli taka w ogóle miała miejsce) z pewnością toczyła się zupełnie gdzie indziej. Jedno jest pewne — ukazany tu świat to świat ludzi żyjących obok Ciebie i jest on jak najbardziej realny.

Nijał (wiosna i lato) 1953 rok

Głośne pukanie — „Już, mamo, już otwieram” — biegnie do drzwi, które nagle zaczynają się oddalać, ale pukanie staje się coraz głośniejsze — „Zaraz, chwileczkę, mamo!” — krzyczy. Czuje, że coś szarpie go za koszulę i w tej chwili budzi go głos ojca. — Chade tut hełade! Teraz już wyraźnie słyszy walenie do drzwi.- Milicja, otwierać!

— Weź to i uciekaj — ojciec wcisnął mu zawiniątko do ręki — biegnij do Tadka, raz, raz…

— Ale, tato… — wyszeptał drżącym głosem.

— Już, już, naś, naś.Trzask wyłamywanych drzwi wyrwał go z odrętwienia i ostatecznie pozbawił resztek snu.

Chwycił butelkę z niedopitą oranżadą, cisnął nią w szybę i skoczył prawie równocześnie z brzękiem rozbitego szkła. Ogarnął go mrok letniej nocy, powietrze było ciepłe i lekkie, w innej sytuacji wywołałoby u niego uczucie błogości i beztroski, ale teraz jeszcze bardziej uzmysławiało powagę położenia, w jakim się znalazł. Biegł przed siebie, instynktownie odnajdując drogę wśród drzew i krzewów przydomowych ogródków. Znał tu każde przejście, każdą dziurę w płocie, w końcu były to tereny jego dzieciństwa.

Po chwili usłyszał w oddali krzyki i nawoływania milicjantów, kilku z nich musiało wyskoczyć za nim przez okno. Snopy świateł latarek błyskały wśród liści, ale nie były w stanie go namierzyć, miał nad nimi przewagę ze względu na znajomość terenu i szybkość.

Tyfusy, te frekon — przeklinał w duchu. Jeszcze jeden betonowy płot i będzie na ulicy, niestety, światło uliczne rzucało blask na parkan i na pewno byłby widoczny, gdyby przechodził na drugą stronę. Przyczaił się w krzakach w pobliżu jabłoni, namacał leżące jabłko i zacisnął je w dłoni, czekał na odpowiedni moment, by rzucić nim w oddaloną o kilkadziesiąt metrów szklarnię.

— Kurwa, gdzieś tu musi być, chyba się nie rozpłynął?

— Może to jakiś cygański, kurwa jego mać, szaman, czy co…

— Czarny, to go nie widać, zlał się z otoczeniem.

— Ciszej, może coś usły…

Brzęk tłuczonego szkła.

— Tam, z tyłu!

Szybka myśl: Kana! Wykorzystując chwilowe zamieszanie, Jarema przemierzył kilka metrów do płotu i w mgnieniu oka znalazł się po drugiej stronie.

***

Kątem oka widział tylko, jak syn wyskakuje przez okno, jak już biegnie do holu na spotkanie z przeznaczeniem.

Naś, chaworo, naś — kołatało mu w głowie równocześnie z myślami: “Czego tu, kurwy, znowu chcecie? O co tu chodzi?”.

Dopadł do drzwi dzielących salon od holu, lecz zanim zdołał złapać za klamkę, drzwi rozwarły się z hukiem. Twarz milicjanta, która ukazała się jego oczom, wyrażała pogardę i pewność siebie.

— Co, Cygan, czyżbyśmy wpadli nie w porę? Gnojek spierdolił przez okno — rzucił przez ramię do stojących za nim milicjantów — Grzesiek, Zbyszek, za nim, chcę go tu mieć za pięć minut.

Wywołani dwaj natychmiast ruszyli śladem uciekiniera.

— Siadaj, Nuro, pogadamy.

— Od kiedy to jesteśmy na ty? Nie pamiętam, żebyśmy pili brudzia…

— Kurwa, jaki ty się dowcipny zrobiłeś — uśmiechnął się wydający rozkazy.

— Przypierdolić, panie komendancie? — Zapytał wielki, prawie dwumetrowy blondyn o budowie średniego byczka.

— Mamy czas, Boguś, w chuj czasu, jeszcze ranek nie tak blisko… — zanucił pod nosem, spoglądając na Nuro z uśmieszkiem.

— Ciekawe czy ten uśmiech schodzi ci z twarzy, jak cały oddział twoich przydupasów pierdoli twoją matkę? — Wiedział, że nie ma nic do stracenia, i tak dostanie łomot bez względu na to, co powie lub zrobi, oni po prostu już tacy byli, bili i pałowali dla zasady.

— O, widzę, żeś kozak, inaczej zaćwierkasz, jak przyprowadzimy tu twojego cygańskiego bękarta. Zawsze płodzicie bękarty, nie? Całe życie patologia, konkubinat, nie umiecie stworzyć komórki rodzinnej.

— Ja zawsze mogę coś zmienić, a ty? Kto się kurwą urodził, kanarkiem nie zdechnie…

Ogłuszający ból w czaszce i mroczki przed oczami uświadomiły mu, że ten byczek musiał go trafić czymś ciężkim w głowę. Wrócił do rzeczywistości i zobaczył, że blondyn stoi nad nim z pustymi rękami.

— To będzie ciężka przeprawa — pomyślał — wali jak młotem.

— Tego was uczą w szkole dla czerwonych pająków? — wycedził, wstając z podłogi i równocześnie zdając sobie sprawę, że jest zakuty w kajdanki. „Musiałem odlecieć na kilka sekund” — pomyślał.

— I jeszcze paru innych rzeczy, dzisiaj zobaczysz wszystkie triki, brudasku — odpalił byczek.

— Dobra, panowie, dosyć tych uprzejmości, Boguś, podaj taborecik dla pana Majchrowskiego, niech spocznie.

Byczek ochoczo chwycił taboret i postawił go do góry nogami, jednocześnie drugą ręką wykonując ruch zapraszający do spoczynku.

Miał dylemat; usiąść dobrowolnie czy dać się tam wepchnąć milicjantom przy pomocy pałek i kopniaków? Było ich kilku, oprócz komendanta i blondyna jeszcze dwóch, nie miał najmniejszych szans, na dodatek miał skute ręce. Postanowił usiąść, by jak najszybciej dowiedzieć się, o co chodzi. Nie miał bladego pojęcia, dlaczego tu przyszli, przecież ostatnio, kiedy przyłapali go na handlu, zapłacił, ile chcieli, zawsze płacił, nigdy się nawet nie targował. Ostrożnie „usiadł” na nóżce, naprężając wszystkie mięśnie.

— Wyciągnij rączki przed siebie — rozkazał byczek.

Posłusznie wyciągnął ręce do przodu i za chwilę przekonał się, dlaczego kazano mu przyjąć taką pozycję — nie mógł już opierać rąk na udach, żeby choć trochę odciążyć kręgosłup, teraz cały ciężar spoczywał na nogach, które po minucie zaczęły się trząść. Musiał mocniej „siadać” na nóżce taboretu, która coraz bardziej wbijała się w tyłek. Dwóch milicjantów stało po bokach i pilnowało, aby utrzymywał taką pozycję, każda próba zmiany położenia kończyła się dosłownym wbijaniem na miejsce.

— Wygodnie ci? — zapytał komendant.

Nic nie odpowiedział.

— To i tak było pytanie retoryczne, teraz przejdziemy do konkretów. Gdzie ukryłeś skradzione złote monety i dolary?

— Nigdy nikomu nic nie ukradłem — z trudem wykrztusił Nuro, był zbyt skoncentrowany utrzymaniem jak najwygodniejszej pozycji. — Uczciwie zarabiam na życie.

— Uczciwie? Przecież nigdzie nie pracujesz, skąd bierzesz kasę? Na pewno kradniesz jak każdy z was.

— Dobrze wiesz, że handluję końmi i tkaninami, płacę wam zawsze na czas.

— Bodzio, czy ten czarnuch nie oskarża nas przypadkiem o łapówkarstwo? Nie wierzę własnym uszom, oskarżasz władzę ludową o nieuczciwość? Nie bądź śmieszny, posłuchaj: nawet jeżeli nic nie ukradłeś to i tak handlujesz bez zezwolenia, a to tak jakbyś kradł, rozumiesz? Okradasz władzę ludową… więc wszystko, co masz, i tak ulega przepadkowi na rzecz skarbu państwa.

— To wy i wasza pierdolona władza nie chcecie mi wydać zezwolenia, żebym wam płacił, kurwy. Chcecie więcej?! — teraz już wiedział, chodzi o kasę, troszkę mu ulżyło, wystarczy, że się z nimi dogada i git. Zwracał się o to pieprzone pozwolenie pięć razy, zawsze przychodziła odmowa. Ustawa z roku 1947 o „zwalczaniu drożyzny i nadmiernych zysków” skutecznie uniemożliwiała jakąkolwiek działalność przedsiębiorczą, a dodatkowa ustawa z 1950 o zakazie obrotu złotem i walutami dawała aparatowi partyjnemu możliwość zastraszania przedsiębiorców i konfiskowania ich majątków, gdyż za posiadanie waluty lub złota groziły wysokie wyroki z karą śmierci włącznie…

— Demczar, znajdź jakieś ręczniki, zmocz i przynieś, trzeba Cygana trochę schłodzić, za bardzo politykuje.

— O, kurwa, widzę, że przejmujecie najlepsze metody ruskiej bezpieki, brawo.

Przeżył takie przesłuchanie, kiedy został złapany w czterdziestym szóstym przez NKWD przy próbie przemytu żywności dla chłopaków z AK. Sam nie bawił się w politykę, czarni, czerwoni czy biali — zawsze takie samo szambo, chodziło tylko o władzę i kontrolę nad jednostką. Ale AK-owcy imponowali mu bohaterstwem i zawadiactwem. Nie dał się złamać i nie wydał straceńców, powiedział, że wycyganił od chłopków ze wsi i wiezie, żeby sprzedać do miasta. Wsadzili do obozu w Jaworznie, po dwóch latach wypuścili. Teraz wiedział, że owiną go w mokre ręczniki, żeby nie zostawić śladów bicia.

— Dobra, nie róbcie szopek, ile chcecie? — postanowił, że nie będzie cierpiał za pieniądze, tamto to była sprawa honoru, a to tylko kasa, zarobi jeszcze.

— Grzeczny chłopczyk, to już jakiś początek, wiesz, że nie przyszliśmy po resztę z grosza, co? Przekręć sobie taborecik, usiądź i pucuj się…

Jednak naszły go wątpliwości, przecież nie może oddać im wszystkiego, na co pracował przez całe życie. Lata wyrzeczeń i strachu przed władzą nie mogły pójść na marne w jednej chwili. Co najważniejsze — miał jeszcze syna, musi zostawić coś dla Jaremki, nie tylko dlatego, że tak nakazywały romskie zasady, zgodnie z którymi każdy rodzic musi wyposażyć swoje dzieci, przekazując im znaczną część rodzinnego majątku jeszcze za swojego życia, ale również dlatego, że Jaremka wychowywał się bez matki i po jego śmierci zostanie zupełnie sam. Dodatkowo majątek, który posiadał w tej chwili, przekazywany był w ich rodzinie od wielu pokoleń, były to głównie złote monety, wyroby ze złota, dolary i diamenty. Romowie, będąc narodem wędrownym, nigdy nie inwestowali w ziemię i nieruchomości, więc kupowali rzeczy, które łatwo było przenosić z miejsca na miejsce i w razie czego — spieniężyć. Dlatego też duża część romskich majątków przetrwała różne zawieruchy wojenne: zakopane złoto nie może zostać zniszczone lub odebrane przez jakąkolwiek władzę państwową. Dziwne, że teraz przypomniał sobie, jak kiedyś, jeszcze przed wojną, namawiał ojca, żeby kupili kawałek ziemi i osiedlili się gdzieś na stałe, by hodować konie i uprawiać ziemię.

— Zdylnijan? Dzisiaj kupisz, jutro przyjdzie nowa władza i zabiorą ci wszystko, Gadzie to Gadzie, nani paciaben.To były słowa, jakie wtedy usłyszał w odpowiedzi. Wszystko się sprawdziło, najpierw przyniosła zniszczenie wojna, a potem przyszli czerwoni i zabrali prywatny majątek, przekształcając go w „mienie państwowe”. Uśmiechnął się w duchu, jeszcze raz błogosławiąc romską mądrość i zasady. Nie, nie odda im wszystkiego — pomyślał — da dużo, tyle żeby zamydlić im oczy i zaspokoić zachłanność, przecież nie mają pojęcia, jaki majątek posiada i nie będą w stanie tego zweryfikować.

— Jeżeli uważasz, że możesz nas oszukać, dając jakieś ochłapki, to się mylisz, mamy pewne i dokładne informacje, ile tego może być, więc dobrze się zastanów, zanim coś powiesz — powoli cedząc słowa, odezwał się komendant, wyrywając go tym samym z krótkiej zadumy.

— Chyba mnie pan przecenia, panie komendancie — z niewinną miną odparł Nuro, jednocześnie myśląc, że nie mają pojęcia, ile tego może być, bo niby skąd mieliby wiedzieć? Takie wiadomości, albo mniej lub bardziej zbliżone podejrzenia o stanie jego majątku mogli mieć tylko Romowie, którzy znali jego lub jego rodzinę. I nagle pomyślał, że to któryś z nich mógł go wydać, jednak szybko odrzucił tę myśl, gdyż było to niemożliwe, żaden Rom nie wydałby nigdy nikogo ze swych pobratymców. Więzy krwi i braterstwa szanowano ponad wszystko, za coś takiego groziła śmierć, w najlepszym wypadku — wydalenie z kręgów romskich do końca życia bez możliwości widywania się z najbliższą rodziną. Dodatkowo każdy Rom wiedział, że przestawanie z Gadziami do niczego dobrego nie prowadzi. Wiedzieli o tym od zarania dziejów romskich. Cygan i tak na końcu wyjdzie z podobnego układu przegrany, bo nie stoi za nim żadna instytucja ani państwo. Romowie są zdani wyłącznie na swoich braci i siostry. Taka była prawda — kowal zawinił, a Cygana powiesili.

— Zrywajcie futryny, wszystko tam jest — rzekł Nuro, takim niby udawanym, ale chyba też trochę naprawdę zrezygnowanym głosem.

— Do roboty, chłopaki — rozkazał komendant, zwracając się do dwóch milicjantów pilnujących Majchrowskiego. — A wy tu czego? — nagle zauważył wracających z nieudanego pościgu za Jaremką dwóch funkcjonariuszy, którzy akurat wchodzili do holu — mówiłem, żebyście bez niego nie wracali. Dobra, teraz na podwórko, pilnować, żeby mi się nikt nie kręcił, każdego sąsiada z powrotem do domu.

Nuro zamknął oczy, wolał nie patrzeć, jak bez skrupułów pozbawiają go części majątku. Każde trzaśnięcie pękającego drewna wywoływało w nim dreszcz i pragnienie ukręcenia karków prześladowcom. Tamci pracowali w skupieniu, w domu zapadła cisza przerywana tylko posapywaniem pracujących i odgłosami pękających desek. Wreszcie usłyszał, jak na stół zaczynają rzucać paczuszki poukładanych złotych monet, znał ten odgłos. Ciche stuknięcie złota zawiniętego w woreczek foliowy. Wata, którą poprzekładane były monety, aby zapobiec porysowaniu złota, nadawała stuknięciu trochę stłumiony odgłos. Nie otwierając oczu, liczył każdą rzuconą paczuszkę. Kiedy doszedł do trzydziestu, wstrzymał oddech. To już, czterdzieści pięć tysięcy trzysta dolarów. Po dzisiejszym czarnorynkowym kursie Krugerrandów (przy cenie 151 dolarów za uncję), każda paczka — 10 sztuk, 30 paczek — 300 sztuk. W porównaniu do obecnej rocznej pensji, wynoszącej około 650 dolarów, był to majątek, na który przeciętny człowiek musiałby pracować około siedemdziesięciu lat. „Nażryjcie się, psy, i spierdalajcie” — nie powiedział tego tylko dlatego, że słowa uwięzły mu w gardle i nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku.

— Nieźle, tylko gdzie jest reszta? — głos komendanta ledwo wyczuwalnie drżał z emocji, które z trudem udawało mu się powstrzymywać. Kasa, która leżała przed nim na stole, mogła ustawić go na całe życie i zapewnić byt jego dzieciom, a nawet wnukom. — Mówiłem ci, że nie wyłgasz się byle czym, nie zmuszaj mnie do przyjęcia bardziej drastycznych środków perswazji.

Majchrowski gorączkowo obracał myśli w głowie. Jeżeli im nie powie, to i tak rozpieprzą całe mieszkanie i w końcu znajdą wszystko. A może jednak nie? Może coś przeoczą i uda się co nieco uratować? Nagle coś zwróciło jego uwagę. Kroki w holu, ktoś tam musiał być, może to tych dwóch, którzy wyskoczyli za Jaremką? Jakieś mignięcie w lustrze wiszącym na przeciwległej ścianie spowodowało, że przyjrzał się dokładnie odbiciu…. „Nie, to niemożliwe” — pomyślał, widząc postać stającą w holu. Miał wrażenie, że ziemia przestała się obracać i cały świat stanął na chwilę w miejscu. Poczuł jakiś nieznany wcześniej ból, tak jakby każda cząstka jego jestestwa była wyrywana z jego wnętrzności i rzucana na rozgrzany do czerwoności piec. W holu stał Tadek, Cygan z krwi i kości. Rom z zasadami pochodzący z szanowanej od pokoleń rodziny. Nigdy nie byli przyjaciółmi, nawet czasem trochę go irytował, był małostkowy, zawzięty i zawsze zachowywał się tak, jakby pozjadał wszystkie rozumy, w gruncie rzeczy będąc mało inteligentnym typkiem. Ale był Romem i dopóki nie dopuścił się złamania zasad, należał mu się szacunek i nikt oficjalnie nie mógł powiedzieć na niego złego słowa.

— Roma, pszał, soske? So jone tuke kerde? — wypowiedział ledwo słyszalnym głosem. — O, to już wiesz, skąd mamy wszystkie informacje? Powiedz tylko, gdzie to zakopałeś, a my zajmiemy się resztą. Musimy mieć wszystko, tak jak przekazał nam twój „kolega”. Nie musisz się już bawić z nami w ciuciubabkę — komendant był wyraźnie rozbawiony całą sytuacją.

Znowu zapadła cisza, przerywana tylko tykaniem wiszącego zegara.

— Pod podłogą w sypialni — rzekł Nuro, przerywając to miażdżące dla niego milczenie. — Odsuńcie łóżko, zerwijcie deski z podłogi i kopcie, aż traficie na słoiki. — Teraz było mu już wszystko jedno. Świadomość, że romanipen już nie istnieje, sprawiła, że wszystko przestało mieć sens. Romanipen, której uczono go całe życie, którą rodzice i starszyzna wpajali mu przy każdej okazji, szlag trafił. Zasady, które znał, okazały się fikcją. Dla niego to był koniec świata, nie znał nic ważniejszego od tych zasad i braterstwa krwi.

Komendant tylko skinął głową w kierunku podwładnych, którzy wcześniej wyrywali futryny, oni zaś od razu ruszyli do sypialni, skąd za chwilę dało się słyszeć skrzypienie odsuwanego łóżka i odgłos wyrywania desek z podłogi. Nuro siedział na taborecie z pozoru spokojnie, ale głowę rozsadzała mu jedna myśl — musiał zabić Tadka. Za złamanie jednej z najważniejszych zasad, zgodnie z którą tajemnica nie wychodzi poza zaklęty krąg cygańskiego świata, istniała tylko jedna słuszna kara, śmierć. Zaczął się zastanawiać, jak i kiedy ma to zrobić… I wtedy uderzyła go myśl, że musi to zrobić tu i teraz, bo potem będzie za późno, oni na pewno już wcześniej postanowili, że będą musieli się go pozbyć, przecież gdyby przyszli w majestacie prawa odebrać mu jego „nielegalne” mienie, to nie pozwoliliby tu przyjść Tadkowi, informator zawsze pozostawał w cieniu, żeby można go było jeszcze wykorzystać. Tak, teraz był pewien, śmierć była jego przeznaczeniem, ale był gotów na wszystko, zginie, ale najpierw zabije zdrajcę. Ledwo zauważalnie zerknął na wiszące na ścianie szable, próbując ocenić, czy będzie w stanie skutymi w kajdany rękoma dosięgnąć którejś z nich. W końcu zdecydował, że musi spróbować. Nie patrząc na komendanta siedzącego naprzeciwko, sprężył się w sobie i czekał na odpowiedni do ataku moment. Gdy potężny blondyn odwrócił głowę w stronę sypialni, Majchrowski skoczył do komendanta, zaprawiając go prawie jednocześnie z byka. Opasłe cielsko dowodzącego zwaliło się na podłogę. Prawie nie zwalniając biegu, desperat dopadł do ściany, na której wisiały dwie staropolskie damascenki, oburącz chwycił rękojeść… i nagle… rozdzierający ból w plecach, dziwne… nawet nie usłyszał wystrzału. Czuł, że tonie, że jakaś woda zalewa mu płuca, zabierając oddech… „Syneczku” — pomyślał. W jednym ułamku sekundy zrozumiał, że oddałby wszystkie pieniądze świata, żeby móc ostatni raz uściskać swojego syna i powiedzieć mu, jak bardzo go kocha. Próbował zmusić się do życia, tak jakby silna wola była w stanie zmienić nieuniknione, musiał żyć…. dla Jaremki. Ale śmierć miała inne plany, jej zimny dotyk sprawiał, że życie wypływało strużką krwi z otwartych ust. Chaworo…. I koniec, zgon.

Dwaj milicjanci, którzy właśnie rozpoczynali kopanie w sypialni, słysząc odgłos wystrzału, wpadli do salonu, po drodze wyciągając pistolety. Martwe ciało Majchrowskiego leżało na podłodze

— Co się stało, panie komendancie?

— Próbował nas zaatakować tą szablą, nie było innego wyjścia, teraz na podwórko, zabezpieczyć teren i żeby mi się tutaj nie robiło żadne zbiegowisko, wiecie, co macie robić, w razie czego kilka pał i do suki. A ty, Bogdan, wezwij karetkę, chociaż raczej już mu niepotrzebna — te ostatnie słowa komendant wypowiedział do siebie. — Bogdan, wstrzymaj się z tą karetką, aż wykopiemy resztę — dokończył cicho, po tym, jak tamci dwaj wyszli na ulicę pomóc poprzednikom utrzymać porządek.

Potem cała trójka stanęła przy stole. Komendant pierwszy sięgnął po woreczek ze złotymi monetami, odliczając piętnaście sztuk i wkładając do kieszeni, Bogdan odliczył dziewięć, Tadek w milczeniu schował swoją dolę, żaden z nich nawet nie spojrzał w stronę nieżyjącego. Następnie weszli do sypialni i bez słowa zaczęli kopać. Dziesięć minut później wydobyli sześć litrowych słoików zawierających wyroby ze złota i kasetkę, w której po późniejszym przeliczeniu było 30 000 dolarów.

***

Był środek nocy, obudził go potężny kac. „Pić!!!” — głośna myśl przeszywała jego skołataną czaszkę. Z trudem otworzył oczy i próbował rozejrzeć się po pokoju w poszukiwaniu czegoś do picia. Mała nocna lampka rzucała słabe światło na izdebkę, w której mieszkał, a raczej wegetował, w zasięgu wzroku miał tylko poprzewracane butelki od wina, niedopałki klubowych, resztki jedzenia i ani kropli jakiegoś płynu. — Kurwa, zdechnę z pragnienia — mamrotał do siebie, ocierając z ust zaschniętą ślinę. „Przecież nie dojdę do hydrantu, mogliby chociaż doprowadzić wodę do tej dziury” — leniwie snuł przemyślenia. W końcu pragnienie okazało się silniejsze, wstał, postanawiając iść na podwórko, żeby nabrać wody do wiadra. Będąc na schodach, pomyślał, że skoro już wstał, to może przejdzie się do Wozaka na melinę i kupi sobie klina, inaczej nie wytrzyma do rana, zimne poty, trzęsawka, znał to z autopsji — tak, tak tylko mały klinik i gicior. Postawił wiadro, pomacał kieszenie… pusto. „Lipa — pomyślał — dobra, wezmę na krechę…”. Nawet nie wziął pod uwagę, że może nie dostać „kredytu”. Wszyscy, którzy go znali, wiedzieli, że słowo, które padło z jego ust, musi zostać dotrzymane w stu procentach, ponieważ każde jego słowo to sprawa honoru. Ciacipenław — te dwie zasady wpojone przez ojca i dziada były nierozerwalną częścią jego duszy. Był przy tym, jak dwa lata temu jego szwagier, chcąc wejść w duży interes z innym Romem, powiedział, że zainwestowane pieniądze zwrócą się w stu procentach i nie ma możliwości, żeby stracili na tym interesie. Okazało się, że stracili wszystko, 10 000 dolarów. Na rozprawie u Siero Roma szwagier próbował się wyłgać, tłumaczył, że interes to ryzyko i nie zawsze wychodzi. Wtedy on, Ciaro, wstał i powiedział: tak to prawda i wszyscy o tym wiemy, że interesy nie zawsze wychodzą, tylko że ty dałeś słowo, powiedziałeś, że na sto procent, kana odde romeske lowe. Po tym zajściu żona zabrała dzieci i wyprowadziła się do rodziców, trudno… Przecież prosił szwagra, żeby wchodząc w interes, powiedział o ryzyku, tłumaczył, że tak nie można. Przed rozprawą przekonywał, żeby oddał ze względu na honor. Wszystko na nic, zaślepiony pieniędzmi nie słuchał i przegrał. Ciaro szanował moc słowa i prawdy zawartą w jednym słowie: ciacipen. Teraz poprawił kapelusz, dopiął guziki koszuli, które zawsze rozpinały się na wydatnym brzuchu i ruszył przed siebie. Po dziesięciominutowym spacerze skręcił w bramę, w której mieściła się melina. Nagle coś przykuło jego uwagę. W głębi podwórka, gdzie mieszkał Nuro, zobaczył jakiś ruch. Minął korytarz, w który powinien skręcić, przeszedł jeszcze kilka kroków i zamarł… pod domem Cygana stał milicyjny samochód, przy nim kręciło się czterech funkcjonariuszy. Światła u Nuro były pozapalane — daw buje nani misto. Wycofał się głębiej w bramę i gorączkowo myślał, co ma zrobić, wejść tam, udając pijanego? (To akurat nie byłoby trudne, jeszcze był trochę na rauszu). Czy przyczaić się gdzieś niedaleko i poczekać na dalszy rozwój wypadków? Postanowił podkraść się bliżej, wyszedł z powrotem na ulicę i wskoczył do następnej bramy. Wiedział, że na tym podwórku jest między ogródkami kilka małych przejść, które doprowadzą go w pobliże domu kolegi. Przejścia były wąziutkie i nieoświetlone, więc nie będzie widoczny dla milicjantów. Dotarł na miejsce, z tej odległości mógł nawet rozpoznać twarze milicjantów oświetlone światłem lampy znad wejścia do korytarza. Nie słyszał prowadzonej cicho rozmowy, która nagle została przerwana przez wysokiego blondyna wychodzącego z korytarza — Karetka zaraz będzie, nikt nie próbował się tu kręcić?

— Wyszła jakaś baba z fagasem, że niby słychać było strzały, ale już wszystko w porządku. A reszta grzecznie siedzi w domku.

„Tak — pomyślał Ciaro — wszyscy się was boją jak ognia. Nikt nie chce się mieszać w nie swoje sprawy, władza może robić co chce, największą legalna mafia na świecie, no może oprócz kościoła. Nikt nie ma nad wami kontroli, szary człowiek nawet nie może walczyć w sądzie o swoje podstawowe prawa, sądy też są po waszej stronie, bydlaki”. Znał tego blondyna, był to funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa, zajmujący się sprawami mniejszości narodowych. Wyjątkowa szuja i bezwzględny typ. Pilnował, żeby wszyscy handlujący czymkolwiek i samozatrudnieni płacili na czas, gdyż w komunistycznym kraju nikt nie powinien wykonywać wolnych zawodów, wszystko dla dobra proletariatu należało do państwa. Władze próbowały odstraszyć prywatnych przedsiębiorców, wszyscy musieli pracować na chwałę komunizmu. Szantaż, bicie — to były jego normalne metody. Potrafił katować dzieci, żeby wymusić zapłatę od rodziców. Bali się go wszyscy, ale nie było ucieczki z tego błędnego koła. Nikt nie przyjmie Cygana do pracy, bo co on niby miałby robić? Przecież nic nie umiał, oprócz złodziejstwa — taki był najczęstszy stereotyp. Było w tym dużo prawdy, Cygan jako człowiek wędrowny, wykonywał raczej wolne zawody, takie jak handel, kowalstwo, wróżby, ziołolecznictwo, granie na weselach czy po knajpach. Po przymusowym osiedleniu większość nie była przystosowana do pracy w zamknięciu w jakiejś fabryce, to po pierwsze, po drugie zaś — Cyganom brakowało odpowiedniego wykształcenia. Jednym słowem, błędne koło, a jeszcze ten cały aparat bezpieczeństwa… Tfu tyfusy, te zachuweł tumen rat. Uderzyła go druga myśl — jaka karetka? Do kogo? Pewnie skatowali biedaka, a Jaremka? Poczuł dobrze mu znany skurcz w żołądku, jak zawsze, kiedy stawał w ringu przed walką, zaraz zrobi tu porządek… I wtedy zobaczył wychodzącego Tadka, naprężone mięśnie jakby lekko zwiotczały, a myśli skotłowały się i nie był w stanie ich pozbierać. Tamten podszedł do blondyna, zamienił z nim kilka słów, których Ciaro nie mógł dosłyszeć. Po chwili blondyn wskazał na radiowóz, a Tadek posłusznie udał się do nyski i wsiadł. — Zabieraj go stąd — blondyn zwrócił się do jednego z funkcjonariuszy.

Potem przyjechała karetka i jeszcze jedna suka. Zaczęło się małe zamieszanie, a po półgodzinie wyniesiono na noszach kogoś zawiniętego w czarny worek…. Ciaro na drżących nogach wycofał się w głąb ścieżki i przeszedłszy jeszcze kilkadziesiąt kroków, usiadł wyczerpany pod płotem. Wstrząsnął nim wewnętrzny, bezdźwięczny szloch. Zapadając się w otchłań czarnej rozpaczy, przeklinał niesprawiedliwość świata i Boga. Nie wiedział na pewno, czy na noszach znajdowało się ciało jego przyjaciela Nuro, ale nie mogło być inaczej — Nuro nigdy by nie pozwolił, żeby w jego obecności coś stało się Jaremce. Gdyby tak było, wyniesiono by dwa trupy: ojca i syna. Był o tym całkowicie przekonany. Pamiętał, jak w czasie wojny on i Nuro wracali do taboru, który stanął w lesie. Byli w wiosce, żeby wymienić, co się dało, na jedzenie. Kiedy zbliżali się do obozowiska, usłyszeli warkot silników, krzyki i jakieś zamieszanie.

— Sasy — powiedział tylko Nuro i już chciał ruszyć biegiem do obozu. — Ziakir — rzekł Ciaro — podejdźmy bliżej, może to tylko jakaś kontrola, po co się tam pchać. Nuro spojrzał na niego, ale posłusznie skinął głową. Podkradli się do szczytu małego wzgórza i wyjrzeli. Zobaczyli około dwudziestu Niemców, ciężarówkę i kilka motorów z koszami. Cyganie stali w szeregu, jeden z Niemców wywołał najstarszego z nich i kazał mu podejść do siebie. Starzec wyszedł z szeregu, zrobił trzy kroki do przodu i wtedy padł strzał, krew starca bryznęła na stojących za nim ludzi. Krzyki i szloch zlały się w jeden wielki jazgot. Ciaro musiał teraz mocno trzymać Nuro, gdyż ten chciał już biec na ratunek.

— Ziakir, może da jek lenge wycheła i nikones butyr na zamarna. Jednak stało się inaczej. Niemcy zaczęli metodycznie strzelać do zbitych w kupę Romów, nie oszczędzali nikogo, nawet dzieci. Ktoś próbował uciekać, niektórzy próbowali walczyć, na próżno. Nuro wyrwał pistolet zza pazuchy i spojrzał na Ciaro wzrokiem, który mówił, że jeżeli go nie puści, to może zginąć. Ciaro zwolnił uścisk. Widział, jak Nuro, zbiegając ze wzgórza, unosi rękę i strzela do pierwszego Niemca, który pada z rozerwaną czaszką. Za chwilę drugi Niemiec wali się na ziemię, a potem jeden strzał i Nuro pada twarzą do ziemi. Jeden z Niemców podchodzi do leżącego i z całej siły kopie go głowę. Wtedy Ciaro wycofał się ze wzgórza, a potem zaczął biec, ile sił w nogach. Nocą wrócił na miejsce obozowiska, żeby sprawdzić, czy ktoś przeżył. Najpierw ujrzał małego, siedmioletniego Jaremkę szlochającego nad ciałami zabitej matki i siostry. Potem zobaczył Nuro wychodzącego z wozu. Okazało się, że strzał trafił go w lewe ramię, a kopniak w głowę uratował mu życie, pozbawiając go przytomności. Jaremka przeżył, gdyż matka ukryła go w pierzynach, gdzie przesiedział do momentu, w którym odnalazł go Nuro. Ani Nuro, ani nikt z byłego już teraz taboru nie był dla Ciaro rodziną, przygarnęli go do siebie po tym, jak jego cała semenca została wysłana do obozu koncentracyjnego. On uratował się cudem, był wtedy z dziewczyną z pewnej wioski. Z dwóch pełnych ludzi taborów zostało ich tylko trzech, on, Nuro i Jaremka, teraz tylko dwóch. Dalekie wycie syreny wyrwało go z zadumy, podniósł się i wolnym krokiem ruszył przed siebie, dotarł do domu i nie zdejmując nawet kapelusza, zwalił się na łóżko. Ogarnął go ciężki, przerywany nudnościami i dreszczami sen.

***

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 50.83