E-book
16.33
drukowana A5
29.47
Ćwierkanie

Bezpłatny fragment - Ćwierkanie


5
Objętość:
173 str.
ISBN:
978-83-8189-300-8
E-book
za 16.33
drukowana A5
za 29.47

„For the lost and brave

For the lonely strays

For the ones we left behind

Far away

Don’t ask me why”

Rozdział Pierwszy

Dym

Ostatnie minuty przerwy przelatują mi przez palce. Siedzę w ostatniej ławce pod oknem i modlę się, żeby Raszpla zgubiła drogę do klasy od angielskiego. Sala wypełnia się strachem, gdy słyszymy jej ciężkie kroki. Rozmowy natychmiast ustają i wchodzi ONA, kobieta o kamiennej twarzy, jej usta raz na dziesięć minut zamieniają się w grymas wielkiego niezadowolenia i powracają do poprzedniej formy. Kobieta, która skończyła na studiach wszystkie możliwe kierunki świata, przy okazji wykończyła połowę ludzkości. Przynajmniej takie chodzą plotki.

Podobno śmierć ma wiele imion, niektórzy mówią, że to Mroczny Kosiarz, inni nazywają bramą do zbawienia, ale o Alicji Dremlin aka Japierdoleznowuona myślę, że świat jeszcze usłyszy. Kobieta wielkości krasnala ogrodowego siada przy swoim biurku i powoli czyta wszystkie nazwiska z listy obecności.

— Roger Tejmer?

— Jestem-odzywam się, ale nie łapię z nią kontaktu wzrokowego dłuższego, niż cztery sekundy.

— Tejmer, pierwsza ławka jest wolna- mówi i wskazuje swoim długim palcem na biurko z ogromnym napisem „FRAJER” — przypomnisz nam wszystkim, co było na ostatniej lekcji.

Orientuję się, że cztery sekundy patrzenia jej w oczy, to za dużo. Bardzo ciężko to wycyrklować. Siadam w pierwszej ławce i zaczynam streszczać poprzednią lekcję. Kobieta ściąga okrągłe okulary, jednym zgrabnym ruchem wpisuje do dziennika zwykłe, pospolite, ratujące moją sytuację na koniec semestru dwa z minusem.

— Następnym razem nie będę tak łaskawa- mówi, jej usta wyginają się w grymas niezadowolenia i powracają do poprzedniego kształtu. Celebruję w duchu moją średnią z angielskiego i liczę na dalsze sukcesy.

Oglądam ptaki za oknem, doceniam ich kształt, wyobrażam sobie ich swobodę, wolność, ale jednocześnie przeraża mnie, że są same w swoim ćwierkającym szczęściu, same w cierpieniu.

Przerasta mnie samotność przyrody. Istnieje tyle lasów, ale drzewa nie dzielą się ze sobą niczym, są ograniczone. Nie mają w sobie radości, smutku, żałoby, nie mogą się bronić. Są tylko drzewami. Tak samo chociażby mrówki, które nie noszą za sobą żalu, gdy ktoś zmiażdży ich rodzinę. To nie jest istotne, one idą dalej. Są samotne w swoim społeczeństwie, samotne w życiu.

Co nam po podróżach, wytwornych przyjęciach, gdy nie mamy z kim dzielić tych chwil. Nie chcę być tylko jednostką w mrówczym stadzie, nie chcę być drzewem, które nie zgłasza sprzeciwu, gdy ktoś podcina moje własne gałęzie, szukając przy tym korzyści.

— Tejmer, możesz spojrzeć na mnie?

Orientuję się, że jestem odwrócony w stronę okna- tego na końcu sali. Wracam myślami na lekcję i wpatruję się w profesorkę. Jest zafascynowana tym, o czym mówi. Chociaż ona jest szczęśliwa. Co jakiś czas poprawia swój gruby, siwy warkocz i wyciera nos w chusteczkę. Dwadzieścia minut lekcji mija, zapisuję kolejny raz ciekawostki na temat czasu przeszłego, ponieważ większość klasy nie potrafi tego pojąć.

— To już ostatni raz, kiedy to tłumaczę!

Wyraz frustracji przerywają dwie uczennice. Estera wchodzi do klasy i trzyma za rękę swoją dziewczynę-Laurę. Obie zajmują moje dawne miejsce przy oknie.

— Możecie mi powiedzieć, co robiłyście przez dwadzieścia minut lekcji? — Pyta potwór.

Estera wstaje, obserwuję jej ciężki chód spowodowany noszeniem glanów. Jej czerwony krawat sięga aż do kolan, nigdy dobrze go nie zawiązuje. Ubrana cała na czarno zbliża się do Raszpli, siada na krawędzi jej biurka i szeroko się uśmiecha. Czuję zapach papierosów, Dremlinowa kręci nosem, po chwili Estera bez słowa wstaje i wraca na miejsce.

— Papierosy tu nie są żadnym wytłumaczeniem! Myślisz, że jak będziesz śmierdzieć na kilometr, to będziesz taka buntownicza i oryginalna? Nie będę komentować więcej twoich wyskoków, to jest ostatni raz, kiedy marnuję czas i mój głos na ciebie.

— Rozumiem- odpowiada Estera i głaszcze Laurę po nodze. Ta jednak od razu się odsuwa, przez dalszą część lekcji nie reaguje na zaczepki.

Na przerwie spędzamy czas razem, może nie pasujemy do siebie, ale z racji naszej dziwności i zamiłowania do ciężkiej muzyki — trzymamy się w grupie. Jestem zmuszony, żeby przyglądać się próbie ich wzajemnych pieszczot. Cała reszta chłopaków nazywa mnie zbokiem, bo przyjaźnię się z parą lesbijek, śmieją się, że lubię na nie patrzeć. Zapewne w głowie każdego przeciętnego człowieka pojawia się pytanie- Lubisz w takim razie? Nie, nie lubię. Ich pieszczoty zwykle nie są nasączone żadnym podtekstem erotycznym, większość panów nie może w to uwierzyć, przecież lesbijki są takie seksowne. W teorii na pewno, w praktyce- kłócą się bardzo często, płaczą bardzo dużo, jest mi z nimi bardzo ciężko.

— Laura, przecież ci mówiłam, że liczysz się tylko ty- szepcze dziewczyna, zwrócona twarzą w stronę ucha swojej partnerki. Estera gładzi rękę Laury, ale ta zaczyna trząść się ze złości.

— Znowu muszę robić za psychologa? — śmieję się, ale nikt nie reaguje na mój dowcip, który do tej pory zawsze się sprawdzał.

— Nie będę potrzebowała już żadnego psychologa, żadnej wspólnej terapii- syczy Laura.

Kładzie dłonie na biodra i zaczyna krążyć wokół stołu. Jej brązowe oczy zalewają się łzami. Estera przygląda się w milczeniu, co jakiś czas wyciąga ręce, żeby złapać w objęcia swoją ukochaną, ale bez skutku. Laura odchodzi od nas, bierze swój szary plecak i wychodzi z sali. Moja przyjaciółka nie rusza jednak za nią. Stoi chwilę w bezruchu, następnie otwiera okno i każe sobie podać papierosa. Ostrożnie siadam obok niej na parapecie, nie pytam się o nic.

Dym wypełnia mnie całego, relaksuje, wciągam truciznę, ale tak naprawdę wiem, że to ona wciąga mnie. Otwieram usta i czuję, jak opuszcza mnie zła energia.

— Ładnie dziś śpiewają ptaki- mówi Estera i wypuszcza dym.

Patrzy na mnie, trzepota swoimi długimi jak trawa rzęsami. Nie odpowiadam jej, zaciągam się kolejny raz.

— Trujesz siebie- szepcze i przysuwa się bliżej.

— Jesteśmy w tym razem- śmieję się, następnie nawzajem wdmuchujemy sobie w usta truciznę. Patrzymy na klasę znikającą w szarości. Odpręża mnie widok jednokolorowego świata, gdzie wszystko jest oczywiste. Nie muszę się zastanawiać nad sensem- wszystko jest po prostu szare. Szara farba, która odpada od ścian, szary dym ogarniający różne rzeczywistości.

Jest jeszcze Estera, barwny ptak wśród szarych dni nieczystości tego świata. Jej ciemny strój nie potrafi zamknąć jej kolorów w smutnej rzeczywistości. Wykracza poza wymiar.

— Zmiatam stąd. Nie będę słuchać tej baby przez kolejną godzinę. Jeszcze dostanę opierdol za to, że paliłam w klasie.

— Czemu?

— Doskonale nas tu widzi z pokoju nauczycielskiego- Estera szeroko się uśmiecha, ale z mojej twarzy zadowolenie znika.

— Wiesz o tym i masz to w dupie?

— Wkurzyła mnie. Zostawię Raszpli na pamiątkę jej ulubiony zapach.

Estera poprawia swój krawat, chwyta za torbę wielkości jednego małego zeszytu i klepie mnie po ramieniu z szerokim uśmiechem.

— Radzę ci iść do domu… Słyszysz? — dziewczyna kładzie swój palec wskazujący na moich wargach- to jej gniew, przeszywający wrzask, który wydobędzie się z jej ust, skierowany będzie tylko w twoją stronę, bo przecież paliłeś w klasie.

Obydwoje wybuchamy śmiechem. Zamykamy wszystkie okna i pozostawiamy truciznę na małym wybiegu. Ostatni raz napawamy się zapachem. Patrzę na Esterę i nie mogę nadziwić się jej bezczelności. Jej figlarny wzrok spotyka się z moim, gdy wychodzimy z klasy.

Wracamy ze szkoły i opowiadamy sobie przeróżne historie, mijamy domy, sklepy, olbrzymi plac zabaw. Następnie robimy to po raz kolejny- tematy do rozmów się nie kończą, droga jest za krótka. Wrześniowy wiatr rozwiewa nasze włosy, słońce delikatnie muska nasze twarze.

— Jesteś moim najlepszym kumplem- mówi Estera i przeczesuje zgrabnymi palcami moją bujną czuprynę.

— Ty moją najlepszą kumpelką. Co się stało między tobą i Laurą?

Szeroki uśmiech i rozmarzenie znika z twarzy mojej przyjaciółki. W zastępstwie wchodzi smutek i ogromne zawstydzenie.

— Nie chcę teraz o tym mówić- kręci głową.

— Rozumiem.

— Nie jestem zbytnio pewna tego, co dzieje się w moim życiu. Laura ma mi to za złe i nie potrafi pojąć niektórych faktów. Taka sytuacja nigdy nie powinna się przydarzyć, jeśli kogoś kochasz to musisz to robić całym sobą i akceptować wszystkie potknięcia.

— Ty akceptujesz jej potknięcia?

— Tak, bo jest człowiekiem.

Rozdział Drugi

Deszcz

Siedzę na drewnianym krześle przy moim biurku. Krople obijają się o szyby, wiatr nie pozwala moim firanom spokojnie pozostać na miejscu. Zapach deszczu mnie odpręża. Popijam kawę z niebieskiego kubka i zastanawiam się, co tak naprawdę stało się pomiędzy Esterą i Laurą. Nie jestem w stanie ich pogodzić.

Pierwszy raz Estera nie chciała powiedzieć mi, o co tak naprawdę chodzi. Kreślę nieudolny okrąg cyrklem i rozwiązuję zadanie domowe. Weekend zaczyna się dość nudno, ale nie przeszkadza mi to.

Do mojego pokoju wpada rozzłoszczona matka.

— Czy możesz zamknąć te okna? Zaraz mi firany urwie- kobieta o ciemnych, kręconych włosach zwraca mi uwagę, natychmiast zamykam okna i czekam na jej ewakuację.

Liczę, że pozostawi resztę mojego pokoju bez komentarza, dlatego z powrotem siadam przy biurku, nie wydając przy tym dźwięku.

— Widzę, że się uczysz.

— Tak, jestem zajęty- parskam.

— Mam nadzieję, że kolejnej jedynki już nie zobaczę u ciebie w dzienniku.

Czterdziestolatka przygląda mi się przez chwilę. Śledzi wzrokiem ruchy mojego ołówka i czeka na jakąkolwiek odpowiedź. Wie, że jej nie dostanie, odchodzi lekko zawiedziona. Sprawia wrażenie pokrzywdzonej, bo nie dałem wyprowadzić się z równowagi. Przecieram ręką twarz i odchodzę od swojego miejsca pracy. Mam ogromną ochotę pograć na pianinie, ale nie chcę schodzić na dół i denerwować matki.

Duszę się, brak cyrkulacji powietrza w moim pokoju doprowadza mnie do szału. Delikatnie otwieram część okna i po prostu oddycham. To przynosi mi wielką ulgę.

Resztę dnia piszę teksty piosenek, których nigdy nie zaśpiewam. W międzyczasie mój pokój znów nawiedza matka.

— Jadę na imprezę, będę jutro- mówi, jedną ręką poprawia włosy, w drugiej trzyma swoją nową torebkę, którą kupiła na wyprzedaży.

— Jasne, baw się dobrze- kręcę nosem, matka pewnie znów wróci nad ranem z jakimś mężczyzną u boku. Takie poranki są zawsze najgorsze, gdy muszę przyglądać się jej szczęściu. Następnie facet wychodzi i nigdy nie wraca, wtedy szczęście się kończy i wracamy do porządku dziennego.

Chociaż mama za każdym razem wyraźnie cierpi, to lubię moje samotne wieczory, gdzie mogę pisać przy winie i nie przejmować się niczyją opinią. Nikt nie wyprowadza mnie z równowagi, problemy znikają, właśnie wtedy powstają moje najlepsze teksty.

Ciemne, brązowe drzwi opornie zamykają się za matką. Wyglądam przez okno i widzę, że przybita kobieta pędzi w stronę przystanku. Jest zgarbiona, bez siły. Ona nie chce tam iść, ale musi. Za każdym razem chce poczuć się lepiej. Wierzy w to całym sercem, że szczęście po prostu do niej przyjdzie. Z perspektywy osoby trzeciej bardzo mnie to martwi, ale nie zwrócę jej uwagi, przecież to moja matka. To ona powinna wiedzieć, że jej imprezy nie polepszą w żaden sposób jej obecnej sytuacji.

Zasuwam rolety i znikam w mojej pracy, słowa przeplatają się ze sobą niczym piękny, barwny bukiet. Jestem zadowolony z mojego tekstu, wprawia mnie w samozachwyt, gdy wieszam go na ścianie. Mój pokój to wieczna wystawa prac. Wszyscy mogą po prostu przyjść i poczytać. Niewiele osób rozumie moje obawy, pragnienia, humor, dlatego ludzie nie potrafią pojąć geniuszu, idealnego rozwiązania dla życia. Nie biorą z tych tekstów nic, bo nie pojmują, nie chcą przyjąć do wiadomości prostych faktów.

Dostaję sms-a.

Odrzucam wszystko na bok, gdy widzę numer Estery.

„Jestem przed twoim domem”

Zbiegam po starych, uginających się schodach. Otwieram drzwi, zauważam śliczną dziewczynę z długimi, rudymi włosami. Ma na sobie czarną, gotycką sukienkę i glany. Jest cała przemoczona.

— Wejdziesz do środka? -pytam, ale ona macha ręką i zachęca mnie do wyjścia.

— Przecież pada deszcz- uśmiecham się i próbuję wciągnąć ją do środka. Ciągnę dziewczynę za dłoń, obydwoje potykamy się o próg.

Padamy na podłogę. Estera przygląda mi się długo, gładzi po włosach i zaczyna się śmiać.

— Gdyby nas ktoś zobaczył- schodzi ze mnie i kładzie obok.

— Wszyscy nas widzą. Mamy otwarte drzwi, totalna kompromitacja- łaskoczę ją po brzuchu, następnie wstaję i zamykam drzwi.

Gdy odwracam wzrok od wejścia, Estery już przy mnie nie ma. Słyszę skrzypienie schodów, następnie czuję dym papierosowy. Idę za nim, jest wymieszany razem z wonią jej waniliowych perfum. Otwieram drzwi od mojego pokoju. Estera siedzi na kanapie z podkurczonymi nogami jak mała dziewczynka. Jest skupiona na tekstach piosenek, jednocześnie widzę, że z jej oczu płynie strumień smutku i strachu. Eyeliner rozpływa się pod wpływem słonych łez. Dziewczyna rozmazuje go dłonią jeszcze trochę, tym samym dokłada więcej smutku do żałosnego obrazka.

— Rudzinko, wszystko w porządku?

— Tylko tak do mnie nie mów-odwraca się w stronę okna- te włosy to jakiś żart.

— Mi się podobają.

— Bo faceci lubią rude- warczy, ale jednocześnie próbuje ukryć śmiech.

— Szczególnie lesbijki- trącam ją w ramię, ale jej uśmiech od razu znika.

— Wczoraj je pofarbowałam, musiałam coś zmienić. Nie myślałam, że wyjdzie tak okropny kolor.

Estera chwyta pojedyncze pasemka i bawi się nimi.

— Dlatego płaczesz? — pytam, chociaż boję się, że odrzuci moje pytanie.

Często odrzuca moją pomoc, chociaż w wielu sytuacjach próbuję ją zrozumieć. Jesteśmy zupełnie różni, ale w korzeniach tacy sami.

— Nie jestem typową laską, żeby płakać przez włosy- kładzie głowę na moim ramieniu i głośno wzdycha.

— Powiesz mi?

— Cały czas myślę o Laurze, może nie powinnam.

— Czego nie powinnaś?

Widzę jak szarość kradnie jej kolory, smutek wyciska je niczym soki. Patrzę w jej oczy i widzę, że mój ptaszek nie jest kolorowy, już nie ćwierka. Ogarnia mnie złość, zaciskam dłonie, wciąż czekam na jej odpowiedź.

— Ona nie potrafi mnie zaakceptować takiej!

Wstaje i robi obrót wokół własnej osi.

— Estera, możesz jaśniej?

— Myślałam, że skoro to dziewczyna… — przerywa, żeby zaciągnąć się trucizną- to powinna mnie akceptować i czuć się dokładnie tak samo. Chciałam dzielić z nią emocje. Ona mnie nie akceptuje.

Estera gasi papierosa. Rzuca się na kolana i zaczyna coraz mocniej płakać. Długie włosy opadają na jej twarz. Iskry w oczach gasną. Spogląda na mnie, czeka na radę. Nie mogę dać jej na to odpowiedzi, bo cały czas nie rozumiem zaistniałej sytuacji.

— Nie wiem… — szepczę.

— Czego?

— Nie potrafię ci pomóc, może powiesz coś więcej? Cały czas opowiadasz mi to wszystko naokoło.

— Ty nie potrafisz mi pomóc, ja nie potrafię ci powiedzieć- jej policzki stają się czerwone, zaciska swoje drobne pięści.

Wstaje z podłogi i wychodzi z pokoju. Trzaska drzwiami. Wyglądam za okno i widzę, że biegnie w kierunku swojego domu. Deszcz wciąż pada, cała sytuacja wprawia mnie w cholerne poczucie winy. Może nie umiem jej wysłuchać.


Kolorowy ptak odlatuje.

Rozdział Trzeci

Hałas

Niedzielę spędzam sam. Matka nie wraca. Nie jest to pierwsza taka sytuacja, ale zawsze się ze mną kontaktowała. Spoglądam na telefon, liczę na jednego sms-a. Chodzę po pokoju i przypominam sobie o wszystkich otaczających nasze miasto klubach i barach. Dzwonię do kilku, ale nikt jej nigdzie nie widział.

Rzucam z wściekłością telefonem o ścianę, ku mojemu zdziwieniu wciąż działa. Tańczący za oknem deszcz potęguje we mnie uczucie osamotnienia. Udaję się do pokoju matki i szukam numerów do jej byłych facetów. Nie znajduję niczego takiego. Jej kalendarz jest zawalony dziwnymi zapiskami, imionami przypadkowych mężczyzn, tytułami książek, które musi kupić, obliczeń- czy przeżyjemy do dziesiątego?

Znajduję nasze zdjęcie sprzed kilkunastu lat. Przyglądam się temu, nie chcę pamiętać. Uśmiechnięta, piękna kobieta patrzy prosto w obiektyw, na kolanach trzyma małego synka. Jest jeszcze on, człowiek o zielonych oczach, którym można wybaczyć nawet najgorsze zło, mężczyzna z umięśnionymi, silnymi rękami, które są w stanie udźwignąć ciężar rodziny… Nawet dwóch.

Skurwiel.

Odrzucam zdjęcie w kąt i szukam dalej jakiś wskazówek. Brudne chusteczki poplamione tuszem do rzęs, papierosy, podręczny scyzoryk. Przeraża mnie myśl, że trzyma to wszystko obok własnego łóżka. Zaczyna dochodzić do mnie, że mama naprawdę nie czuje się dobrze. W ciągu tygodnia mijamy się bez słowa, w weekend nienawidzimy swojego towarzystwa. Nie patrzymy sobie w oczy i unikamy konfrontacji.

Siadam na krześle naprzeciwko jej toaletki i próbuję połączyć fakty. Patrzę w lustro i mam ochotę je rozbić. Oczy po ojcu, włosy i rysy po matce. Nienawidzę stawania twarzą w twarz z moim lękiem, z genami, których nie można oszukać. Zostałem stworzony z miłości, żeby znienawidzić w końcu stwórców i siebie. Wstaję z krzesła i rzucam się do wyjścia.

Zakładam buty, chwytam za klucze, wychodzę z domu. Zamykam drzwi i modlę się o to, żeby matka leżała schlana w jakimś barze. Widywałem ją w takim stanie, ale zawsze to lepsze rozwiązanie- lepsze od zaginięcia rodzicielki.

Odwiedzam pobliskie lokale i w żadnym z nich matki nie było. Pytam o nią kelnerów, barmanów, ochronę. Wszyscy dobrze ją znają, dlatego nie potrzebna jest nawet fotografia. Czuję przeszywający moje ciało wstyd. Większość nastolatków nie szuka swoich rodziców po lokalach, raczej to młodzi zawsze zwiewają. Wchodzę do małej, syfiastej restauracyjki na końcu ciemnej ulicy. Miejsce sprawia wrażenie brudnej, zgrzybiałej nory, do której chodzą tylko po narkotyki i płatnych morderców.

Nienawidzę spojrzeń ludzi, ubieram się dość oryginalnie. Zawsze zwrócę czyjąś uwagę. Odgarniam włosy do tyłu, żeby wyglądać w miarę „normalnie”.

Lokal śmierdzi wymiocinami i papierosami. Na stołach leżą gołe kobiety. Ich brud mnie przeraża. Wręcz leje się z nich wstyd i publiczne poniżenie. One chcą być poniżane, pragną być częścią tych dzikich zwierząt. Pokazują swoje największe atuty, liczą na miłosierdzie i darmowe drinki postawione przez czterdziestolatków bez ambicji.

Mijam zawziętych hazardzistów, którzy marzą o sukcesie i wybudowaniu ogromnej willi z basenem. Z głowami w chmurach wyrzucają kolejne karty. Marna ludzkość, która udaje, że zna się na życiu.

Podchodzę do jednego z kelnerów, który zanosi miskę spaghetti do jednej z pospolitych dziwek. Dziewczyna trzepocze rzęsami i rozpina kolejny guzik swojej koszuli.

— To na rachunek tamtego pana- świergocze i wskazuje na faceta po drugiej stronie nory.

— Pewnie- chłopak w czerwonej koszuli uśmiecha się i odchodzi.

Doganiam go dwoma krokami i łapię za jago fartuch.

— Przepraszam! -krzyczę za nim.

— Dzień dobry, jakiś posiłek, drineczek, coś specjalnego? — mruży oczy.

— Szukam pewnej kobiety…

— Czyli coś specjalnego! Kobiety tutaj są w stanie się z tobą umówić na naprawdę małe kwoty. Niektóre są trochę upite, ale tak jest dla nich lepiej- kelner rozgląda się po lokalu i szuka dla mnie odpowiedniej partnerki.

— Chodzi o moją matkę…

— Edyp, to ty? — chłopak wybucha śmiechem, ale dla mnie to okropny cios w serce. Zaciskam pięści i modlę się, żeby nie uderzyć istoty przede mną.

— Nawet sobie tak nie żartuj, Tejmer- zarzucam nazwiskiem bez głębszego opisywania mamy.

— To twoja mama? Była tutaj, ale wyszła z lokalu przed pierwszą.

— Była sama? — pytam, w głowie mam już najgorsze scenariusze.

— Kręciło się wokół niej wiele mężczyzn, dostała kilka darmowych drinków, ale wydaje mi się, że wyszła sama.

— Co było dalej? — krzyczę, przyciskam kelnera do ściany, liczę na jakąkolwiek odpowiedź.

— Nie pilnuję matek. Wylazła i tyle.

Odchodzę od kelnera. Ręką zakrywam twarz, na pewno ten facet kłamie. Ciągnę za klamkę, rzucam ostanie spojrzenie na burdel, w którym ostatni raz widziano moją matkę.

— Powiedz jej, że było super! — krzyczy kelner, gdy opuszczam lokal.

Obrzydlistwo. Wracam do domu w obawie, że matka może pojawić się w każdej chwili z powrotem. Klucze zostawia zawsze na korytarzu, na pewno nic się nie zmieniło. Wierzę, że zobaczę ją przemoczoną pod drzwiami.

Mylę się, marzenia zaprowadzają mnie donikąd. Zbędne nadzieje wprawiają mnie w większy dół. Po raz kolejny przeszukuję w domu wszystkie pomieszczenia, ale nic nie znajduję.

Dzwony kościelne wzywają ateistów do nawrócenia. Czas szybko leci, osiemnasta woła do modlitwy. Automatycznie klękam na podłodze, chociaż przedtem tego nie robiłem. Słone łzy z moich oczu leją się strumieniami, ale nie modlę się. Krzyczę o pomoc do sił, które tworzą piekło, ratują winnych i dają szansę najgorszym istotom. Walę rękami w deski podłogowe i nie mogę się uspokoić. Zmartwienia biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Matka zawsze pojawia się następnego ranka lub w południe dzwoni, że będzie chwilę później. Nienawidzę tego, że muszę być jej rodzicem.

Wstaję przygnębiony z podłogi. Kieruję swoje kroki do pokoju. Wchodzę ociężale po schodach, moje myśli wypełnia złość połączona ze smutkiem. Kładę się na moim łóżku, szukam odprężenia w bieli sufitu, która mnie wciąga. Pochłania mnie w całości, pozwala wyprowadzić myśli na prostą ścieżkę i usadawia we śnie.

Kolorowe światła wypełniają moje marzenia. Śnię o pięknie przyrody, kolorowych motylach, które unoszą mnie wysoko ponad ziemią. Błagam o wolność, ale one nie puszczają. Przenoszą mnie ponad światy, szare rzeczywistości. Koszmary pojawiające się w międzyczasie wygładza ręka Matki Natury. Bogini, która tworzy wszystko. Motyle opuszczają mnie nad zieloną łąką, gonię kolejne senne marzenie… Prawie ją dotykam, niewinność zbrudzona strachem…

Nagle słyszę przerażający hałas. Otwieram oczy. Mój pokój pozostaje bez zmian. Chwytam w ręce moją gitarę i udaję się z nią na korytarz. W razie mordercy mój sprzęt może uratować życie.

W jednej chwili zdaję sobie sprawę, matka na pewno jest w domu! Odkładam gitarę na komodę i idę się z nią przywitać. Jestem zły, ale czuję potrzebę, żeby rzucić się jej na szyję. Schodzę po schodach, ale dom ogarnia kompletna cisza.

Wszystkie światła pozostają zgaszone, nie słychać żadnych kroków. Wątpię w to, co usłyszałem. Rozglądam się po pomieszczeniach, ale bez skutku. Nie ma śladu po matce, mordercach albo złodziejach.

— Halo? — krzyczę, ale nikt nie odpowiada.

Staję na środku korytarza, czekam na jakiekolwiek znaki. Spoglądam w górę i zdaję sobie sprawę, że ktoś może być w ogrodzie. Pędzę na strych, ponieważ tam jest najlepszy widok z okna. W międzyczasie łapię za mój telefon i włączam latarkę. Ciarki przechodzą po moich plecach, gdy wchodzę po starej drabinie. Nienawidzę horrorów, wchodzenie na strych w nocy zalicza się do rzeczy, których pod żadnym pozorem nie robi się w tych filmach. Zawsze myślę o głupocie tych bohaterów- sam jestem głupi. Przyznaję to sobie na ostatnim ze szczebelków drabiny.

Otwieram ciężką klapę i wchodzę na strych. Kolejny raz przechodzą mnie ciarki, liczę na brak mordercy w ogródku. Wyciągam telefon z kieszeni, jednak robię to nieudolnie- komórka ląduje na dole w korytarzu.

— Cholera- syczę.

Szukam włącznika światła, który znajduje się po drugiej stronie ciemnego pomieszczenia. Biorę głębokie wdechy, ponieważ dopada mnie klaustrofobia.

Potykam się o coś i upadam na twarz.

— To pewnie jakiś stary wieszak na ubrania- uderzam ze złości w swoje uda, następnie wstaję i sięgam ręką do włącznika światła.

Mój humor od razu ulega poprawie. Zbliżam nos do szyby, ale nie widzę niczego niepokojącego. Przyciskam dłoń do piersi i biorę oddech pełen ulgi. Odwracam się w stronę wyjścia.

W jednej chwili zamieram.

Przede mną leży matka, ma zawiązany sznur na szyi. Jest nieprzytomna. Nie przystępuję do reanimacji, uświadamiam sobie, że to właśnie sznur się zerwał. Spoglądam na jego resztę, która jest nieudolnie przymocowana do sufitu. Robi mi się niedobrze. Nie potrafię pojąć, że wróciła tu w nocy i to zrobiła.

Mam odruch wymiotny, gdy zdaję sobie sprawę, że spędziłem z nią cały dzień i finalnie… Dochodzi do mnie, że to o nią się potknąłem. O ciało mojej własnej matki.

Wybiegam z miejsca śmierci rodzicielki i udaję się do domu Estery.

— Co się stało? — zadaje pytanie zaspana.

Nie potrafię udzielić jej odpowiedzi, chwytam za jej komórkę i dzwonię na numer alarmowy. Jedyne co po niezręcznej chwili ciszy mogę z siebie wydusić to…

— Dobry wieczór, ona nie żyje.

Łzy ciekną po moich policzkach, ale nie potrafię się pohamować. Estera nawet nie próbuje mnie uspokajać. Gładzi ręką  po moich włosach i nie zadaje pytań, za to ją kocham.

Rozdział Czwarty

Ceremonia

Dni do pogrzebu zlatują bardzo szybko. Zamykam ostatnie sprawy, informuję ojca i sprzedaję dom- moją historię. Zostawiam miejsce, w którym zawsze odnajdywałem swój własny kąt. Moim nowym lokum zostaje pokój w domu Estery, przynajmniej do czasu skończenia szkoły średniej.

Stoję przed lustrem, starannie zawiązuję granatowy krawat. Pewnie większość sąsiadów nie wie nawet, co się stało. Zawsze chodzę ubrany na czarno, dlatego tego okropnego dnia wymieniam czerń na granat. Prawdopodobnie nikt tego nie zauważy, ale ja czuję w sercu granatową żałobę.

— Gotowy? — pyta Estera i ciągnie mnie za rękaw marynarki.

Ona również stawia na granat. Dziewczyna staje krok ode mnie i oboje przyglądamy się w lustrze.

— Jest mi bardzo przykro- kładzie głowę na moim ramieniu.

W tej samej chwili jej komórka zawibrowała.

— Idź już do samochodu- mówi.

Wychodzę z jej pokoju i kieruję się do małego czerwonego auta stojącego przed domem. Domyślam się, kto dzwoni do Estery. Chcę wierzyć, że wszystko jej się ułoży.

Jeśli ona wyjdzie z szarej rzeczywistości na piękne drzewo z dobrym widokiem- na pewno mnie tam wciągnie. Cały czas snuję teorie o jej potędze. To potęga nad moim rozumem, ciałem. Pełna kontrola, którą jej oddaję każdego dnia.

Wsiadam do zamówionego Ubera i czekam na Esterę. Po pięciu minutach dziewczyna się pojawia, więc jesteśmy gotowi do drogi. Przejeżdżamy główną ulicą, nie mogę oderwać wzroku od matek z dziećmi, pełnych rodzin. Nie mogę pojąć ich szczęścia. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego jako dziecko miałem pretensje do swoich rodziców. Teraz mam prawo denerwować się na ojca, płakać za matką. Nie robię tego, cała złość oraz smutek ulatuje, gdy dojeżdżamy na miejsce.

Widzę mojego ojca z nową partnerką oraz ich dwójką wspaniałych dzieci. Estera chwyta za moją dłoń i razem idziemy stawić czoło moim lękom.

— Szkoda, że musimy widzieć się w takich okolicznościach- ojciec spuszcza wzrok, obejmuje w talii swoją kobietę. Widzę w jego oczach, że kocha matkę. Nigdy nie przestał tego robić, nigdy nie przestanie. Jego drugie dziecko jest wpadką, dlatego postanowił zostawić mnie i matkę. Prawdopodobnie nigdy sobie tego nie wybaczy, słusznie.

— W innych okolicznościach raczej byś się ze mną nie spotkał- nie okazuję skrupułów dla takich osób. Chcieli, wybrali, mają.

Ojciec wyciąga do mnie rękę, ale szybko gaszę ten instynkt moim spojrzeniem. Razem udajemy się do kościoła, gdzie odbywa się msza. Nikt na niej nie płacze.

Następnie ruszamy na cmentarzysko. Wybrałem matce dwa dni temu bardzo osobliwe miejsce. Będzie spoczywać pod starą wierzbą. Gałązki drzewa oprą się na pomniku. Rodzicielka natomiast nie będzie narzekać na upały, jakby cokolwiek miało ją teraz obchodzić.

Po krótkiej ceremonii chcemy się rozstać i udać do domów. Przed wejściem do auta podaję ojcu rękę na znak wiecznego pożegnania. Zdaję sobie sprawę, że następny raz zobaczę go dopiero na jego własnym pogrzebie. Wsiadam do samochodu i trzaskam drzwiami.

— Mam nadzieję, że nie będę musiał go więcej widywać, czarny charakter o spojrzeniu anioła. Jeśli kiedykolwiek postanowię poprosić go o pomoc, po prostu mnie zabij- zwracam się do Estery, ściskając jej dłoń.

— Pewnie- odpowiada cicho.

— Czy ty mnie w ogóle słuchasz?

— Pewnie.

Dziewczyna przekłada zapałkę pomiędzy palcami. Jej usta wyginają się w pewnego rodzaju grymas zmartwienia. Rozmowa z Laurą musiała ją dużo kosztować, ale nie daję za wygraną.

— Ptaszyno, przed chwilą powiedziałaś, że mnie zabijesz- śmieję się i wyrywam zapałkę z jej dłoni.

— Przepraszam, zamyśliłam się- jej twarz zalewa rumieniec, z wielkim trudem w końcu odbiera swoją zapałkę.

— Opowiesz mi w domu? — pytam, ale znów oczekuję odrzucenia.

Patrzy na mnie przez chwilę brązowymi kuleczkami, które wypełniają się łzami. Estera szybko ratuje sytuacje i wyciera je palcami. Gładzę jej aksamitne włosy, zapach cynamonowego szamponu przechodzi na moją dłoń. Próbuję zadusić się tym zapachem, pragnę umrzeć z rozpieszczenia od jej spojrzenia.

— W zasadzie możemy o tym chwilę pogadać, ale nie obiecuję, że wygadam wszystko. Mówię tobie więcej, niż sama chciałabym o sobie wiedzieć.

— Ja chciałbym o tobie wiedzieć wszystko.

— Gdybyś wiedział wszystko, to naprawdę musiałabym cię zabić- śmieje się.

Zabiera z mojej dłoni kosmyk włosów, przekłada całą ich burzę na drugą stronę. Przestaje na mnie patrzeć, ale ja nie przestaję jej podziwiać. Jest dostępnie niedostępna, chcę mieć ją na wyłączność, ale to nigdy nie nastąpi.

Myślami wracam do Laury i wzajemnych pieszczot z Esterą na ich rocznicę. Jedno z najgorszych wspomnień z mojego życia. Ptaszyna też jest gdzieś ze swoimi myślami, wyraźnie zdenerwowana. Nie może usiedzieć w jednym miejscu. Nogami kopie w fotel kierowcy.

Po wyjściu z samochodu od razu zapala papierosa, ale nie wchodzi z nim do środka. Zwykle ma w dupie wypalone dziury w kanapie i smród trucizny opływający całe mieszkanie. Nie zaczepiam jej, widocznie chce być sama.

Auto odjeżdża, Estera zostaje przed bramą. Rozglądam się za nią ostatni raz i wchodzę do domu. Jest o wiele mniejszy od mojego dawnego lokum. Ma trzy sypialnie, salon, drobną kuchnię oraz jedną łazienkę. Estera dzieli to miejsce tylko z mamą, której często nie ma.

Kontynuuję rozpakowywanie moich rzeczy z ogromnych kartonów. Wszystkie teksty piosenek wieszam na ścianie w nowym pokoju. Obrazy zastępuję plakatami ulubionych zespołów. Kładę świeczki na parapecie. Nie ukrywam stresu przed rozmową z Esterą. To musi być naprawdę coś poważnego, skoro tyle czasu  się nad tym zastanawia. Rzadko reaguje na coś  w  tak  emocjonalny  sposób.  Właśnie  dlatego  podziwiam  jej  osobę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.33
drukowana A5
za 29.47