E-book
9.56
drukowana A5
19.14
Cudowne istoty

Bezpłatny fragment - Cudowne istoty


Objętość:
120 str.
ISBN:
978-83-8155-250-9
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 19.14

Rozdział I

Otworzyłem oczy, spoglądając w złociste łąki rozwiane przez lekki poranny wiatr.

Leżałem tam przez dobre kilka minut obserwując poranne mgły spowijające łąkę niczym gęste białe mleko, które jakby na moment zawisło w powietrzu.

Łąki ciągnęły się w dal przez dobre kilka kilometrów, znikając przy samym horyzoncie na rzecz odległych lasów.

Chłonąłem klimat tego miejsca oddychając ciepłym jeszcze powietrzem.


Miało ono w sobie letni zapach, będący jakby zapowiedzią kolejnego upalnego dnia, który właśnie nadchodził.

W oddali zza odległych drzew pojawiało się wolno wschodzące słońce, które rzuciło na moją twarz swoje pierwsze promienie.

Moja grzywka delikatnie dotykana przez wiatr, przesłaniała oczy.

Nie wiem ile czasu spędziłem, siedząc tak bezczynnie i chłonąc klimat tego miejsca.


Może godzinę, może dwie. Nie dbałem o to, przecież nic mnie nie ograniczało o tak wczesnej godzinie, było dopiero kilka minut po szóstej.

No i właśnie zaczęły się wakacje.

Lubiłem przychodzić w miejsca takie jak to, nie będę ukrywać. Czasami nocą lub późnym dniem po prostu brałem rower, paczkę fajek i zapalniczkę, po czym jechałem w takie miejsce, gdzie zatrzymywałem się na moment.

Zatrzymywałem swoje życie i problemy. Przestawałem myśleć, a zaczynałem czuć.

Czuć, że jestem nieodłączną częścią całej tej pieprzonej natury.

Oddychałem pełną piersią i nie liczyło się nic więcej.

Właśnie wtedy wiedziałem, że chcę po prostu cieszyć się tym, co przynosi proste życie, kimkolwiek bym nie był, teraz czy w ogóle kiedykolwiek. Co za różnica?

Uniosłem głowę, by po chwili wstać, stając naprzeciw słońca i spojrzeć na nie. Słońce powoli wschodziło w oddali.

Dopiero od tygodnia ustąpił kilkutygodniowy deszcz i zaczęły się susze, które niemal już teraz sprawiły, że wszystkie okoliczne rośliny zaczęły przybierać żółty odcień.

Gorące lato.

W końcu mogłem się nim cieszyć jak dzieciak.

Właśnie wtedy, kiedy siedziałem tak spoglądając w kierunku słońca pojawiła się ona.

W sumie to dla niej tu dziś przyszedłem, choć pewnie i tak bym przyszedł, nawet gdyby mnie nie poprosiła.

Wiedziała, że lubię to miejsce o tak wczesnych porach i dlatego postanowiła się ze mną umówić, ledwo kiedy tylko wzejdzie słońce.

Przyjechała rowerem, który zostawiła na łące, by zaraz potem ruszyć w moim kierunku.

Była we mnie zakochana od wielu miesięcy i doskonale o tym wiedziałem, jednak nie zmieniało to faktu, że dla mnie była jedynie przyjaciółką i chyba chciałem, aby tak pozostało. Przynajmniej teraz.

Spojrzała mi w oczy wciąż jakby bojąc się wydobyć słowa. Miała na sobie przykrótkie rurki i trampki, a na jej prawej kostce znajdował się tatuaż brzmiący „it’s all okay”. Ogarnęła ciemne włosy, przysłaniające jej uczy.

— No, więc? Co chciałaś mi powiedzieć? — Zapytałem, doskonale wiedząc, czego chciała.

Nie bez przyczyny poprosiła mnie abym zabrał ją tutaj. Wiedziała, że bez względu na to, co się stanie, chciała powiedzieć mi co czuje właśnie w tym miejscu.

Spojrzała mi głęboko w oczy i dotknęła mojej dłoni.

— Wiesz co? Nie będę się bawić w podchody. Oboje wiemy, że chyba cię kocham. — Rzekła wprost — Jedyne o czym chciałam pogadać jest to, co ty z tym zrobisz.

Wydaje mi się, że w drodze ułożyła sobie wszystko w głowie i teraz po prostu postanowiła powiedzieć to w twarz bez chwili wahania.

— Ja ciebie też, jesteś przecież moją najlepszą przyjaciółką od czasów podstawówki. Jak mógłbym cię nie kochać? — Spytałem ironicznie, doskonale wiedząc, że jej miłość wcale nie ma nic wspólnego z naszą przyjaźnią. Nie byłem na to gotowy.

— Nie zgrywaj się. Przecież dobrze wiesz, o czym mówię. — Wzruszyła ramionami — Na pewno nie jest to coś, o czym mówisz. Powiedz mi coś więcej, co? Co myślisz? — Spytała jakby pełna nadziei.

W przeciwieństwie do innych koleżanek, to właśnie ona była tą dziewczyną, którą naprawdę obdarzyłem uczuciem, bliską przyjaciółką. Dlatego też nie potrafiłem i zwyczajnie nie mogłem być nie szczerym wobec osób takich jak ona. To byłoby zupełnie nie fair. Może ludzie nigdy nie będą mnie za to szanować, ale miałem to gdzieś. Bycie w zgodzie z sobą jest ważniejsze. Przez ostatnie dni spotykaliśmy się nader często i robiliśmy wspólnie różne rzeczy, więc mogła pomyśleć sobie wszystko. A czy to coś zmieniało?

— Patrycja…

— Tak? — Spojrzała mi w oczy, oczekując na odpowiedź.

— Wiesz, że nie kocham cię tak jakbyś tego chciała. Przepraszam. — Powiedziałem wprost. Prędzej czy później i tak musiałem, no nie?

Nie powiedziała słowa patrząc tak na mnie z lekką utratą nadziei. Wiedziałem chyba, co czuje. Mimo, że mieliśmy ledwie osiemnaście lat, byliśmy kurcze bardzo uczuciowi! Oboje.

Właściwie to chyba właśnie dlatego się zaprzyjaźniliśmy. Od zawsze podziwiałem uczuciowych ludzi, a nie schematycznych racjonalistów opisujących ten świat w kategoriach jakiegoś ograniczonego pieprzenia.

Może z perspektywy lat będziemy patrzeć na to wszystko inaczej, ale teraz byliśmy w samym centrum szaleństwa uczuć, nad którym nie zawsze umieliśmy zapanować. Czasami jednak miałem wrażenie, że nie czuję już nic…

Patrycja nie odezwała się. Nie musiała nic mówić przecież, przytuliłem ją.

— Przepraszam. — Powiedziałem. Wtuliła się we mnie ściskając mnie tak, jakby marzyła, bym nigdy nie wypuszczał jej z ramion.

— Czy to koniec naszej przyjaźni? –Spytała szeptem — Pewnie teraz będziesz traktować mnie jako laskę, która chcę cię poderwać na każdym kroku, no nie?

— Zaczekaj. — Powiedziałem całkiem rozważnie — Nie możesz mnie winić za to, co czuję… nie możesz winić mnie za to jakim jestem. No i na pewno nie zacznę traktować cię jak rzecz. Jak laskę, która za mną szaleje, a ja muszę się gdzieś przed nią schronić i udawać, że wszystko jest okej — Powiedziałem wypuszczając ją z ramion. Po chwili jednak znów ją objąłem.

— Jesteś moją dobrą kumpelą, więc i tak zawsze będę przy tobie… zawsze możesz na mnie liczyć mimo wszystko…

Tak to właśnie, zawsze chciałem zwyczajnie i wprost być szczery wobec innych i nie kochać ich na pokaz… Bez względu na opinię.

Dobra czy zła opinia… nie robiła wrażenia. Być może dlatego, że w głębi duszy leżała we mnie jakieś przekonanie o tym, że mógłbym być niemalże każdym, najgorszym? najlepszym? Nie przywiązywałem się do szczególnego rodzaju osobowości, czy nawet poglądów na otaczający świat.

Zło i wszystkie złe rzeczy, jakich tylko mógłbym się dopuścić nigdy nie stanowiło dla mnie czegoś, co sprawiłoby kiedykolwiek, że wybierałem właśnie taką drogę. Potrafiłem być zły i sprawić cierpienie, by w innej sytuacji i w innym czasie zrobić coś wyjątkowo dobrego i kochanego.

Ale nie ukrywam cieszyło mnie to, że przestałem bać się być tym, kim po prostu chciałem być. Może dlatego, że zawsze tylko o tym marzyłem i myślałem sobie co by było gdybym zrobił coś czego potencjalnie bałem się zrobić. Pewnego dnia jednak coś się zmieniło od tak, bez powodu.

Stwierdziłem, że zamiast zajmować się marzeniami o tym by być kimś kim chciałbym się stać, po prostu robiłem to na co dzień. Każdy dzień był czymś wyjątkowym. O ile łatwiej jest wtedy żyć.

Postanowiłem, że odprowadzę Patrycję do domu, chcąc zaopiekować się nią na choćby kilka kolejnych minut. Może dlatego, że skończyliśmy w końcu szkołę postanowiła nie zważając na konsekwencje w końcu być ze mną szczera i powiedzieć wprost o uczuciach. Być może.

Być może powiedziałem jej wprost, że nic z tego nie będzie dlatego, że w końcu postanowiłem zrealizować swój plan wyprowadzenia się stąd. Kompletnej zmiany.

Wyprowadzenia się od ojca i całej patologii związanej ze swoim dawnym życiem tutaj. Miałem już na to wszystko plan.

Był to więc jeden z ostatnich dni, które spędzałem w tym zadupiu. Ta dziura nie miała nawet żadnej pieprzonej nazwy, gdyż było to takie dziwne miejsce pomiędzy miastami.

Ciężko byłoby mi żyć z ojcem przez choćby kolejnych kilka dni.

Nie zawsze tak jednak było.

Właściwie to wszystko było kolorowo, ale skończyło się wraz z tym jak zmarła moja mama.

Zostałem więc z ojcem, który z żalu po stracie swojej jedynej ukochanej coraz częściej upijał się do utraty przytomności i niedługo później stał się zupełnie innym człowiekiem niż wcześniej.

To, że tracimy bliskich, a życie czasem musi dobiegnąć końca nie jest żadną tajemnicą i potrafiłem to zaakceptować.

Najgorzej czułem się z tym, że było mi ciężko tylko kilka dni po jej śmierci, jakby umarł ktoś mi obcy a nie najbliższa osoba. Sam nie wiem dlaczego tak było. Może dlatego, że uświadomiłem sobie wtedy, że właściwie wszyscy pewnego dnia spoglądamy śmierci w oczy. Boimy się jej i popadamy w totalny bezsens. Ale właściwie to czym jest śmierć…

Podlegamy takim malutkim skrawkom śmierci z dnia na dzień.

Zmieniamy swe poglądy i charaktery na skutek różnych wydarzeń, lub po prostu zmieniamy się z biegiem lat. Dziecko staje się dorosłym… każda zmiana jest jak śmierć; śmierć osoby, którą byliśmy wcześniej… Stajemy się kimś kompletnie innym a jedyne, co łączy nas z tym kim byliśmy są dawniej, są nasze wspomnienia. Czasem wszystko, co mamy.

Wsiadłem na rower, po czym ruszyłem przed siebie, zbliżając się już w stronę swojej chaty, którą jak najszybciej chciałem pozostawić już za sobą.

Mijałem okoliczne łąki, drzewa i promienie wciąż jeszcze wschodzącego słońca ogarniającego swym ciepłem wszystko.

Była niedziela, więc jak to zwykle bywa wszyscy jeszcze spali. Ludzie odsypiali swój stracony czas. Czas, którego nie mogli już cofnąć i być może czegoś zmienić.

Wszedłem do domu, wiedząc, że jest to właściwie ostatni dzień w którym tu jestem.

Wiedziałem, że jeżeli nie teraz, to nigdy nie wyprowadzę się z tej chaty. Proste — rób co musisz zrobić.

Wszedłem powoli do pokoju ojca, spoglądając jak śpi na podłodze. Na łóżku obok siedziała kobieta, z którą ojciec zaczął spotykać się kilka tygodni temu. Spojrzała na mnie, chyba wiedząc, że nadszedł dzień, w którym po prostu chciałem zabrać swoje rzeczy i zniknąć.

Chyba oboje nie wierzyli, że będę w stanie zrobić to tak po prostu, ale niestety, nic mnie już tutaj nie trzymało.

Wszedłem do pokoju spoglądając tak raz jeszcze na wszystko i zastanawiając się, które rzeczy zabrać. Zabrałem telefon, aparat, kilka ciuchów. Napchałem nimi cały plecak ile tylko weszło, bo przecież nie będę wracał specjalnie po jakieś pieprzone koszulki. Zabrałem też wszystkie swoje fotografie, które robiłem od lat. Porozwieszam je w końcu dosłownie wszędzie w swoim nowym pieprzonym pokoju.

Nowa laska ojca weszła do mojego pokoju i usiadła obok, spoglądając mi w oczy. Wydawało mi się już od jakiegoś czasu, że zamiast ojcem, zaczęła interesować się właśnie mną, a mówiąc wprost, miałem wrażenie że leciała na mnie jak mało która panna w moim wieku, mimo, że miała ponad czterdzieści lat.

Tak i teraz, od razu kiedy tylko usłyszała, że chcę się wynieść, usiadła przy mnie.

— Pamiętaj, że wszystko się ułoży misiu… –powiedziała — Ojciec niedługo znajdzie pracę i wszystko się zmieni. Musisz w to uwierzyć. Jeśli chcesz wyjechać, to wiesz, że ojciec chciałby, byś mimo wszystko za chwilę wrócił. W głębi duszy kocha cię.

Pocałowała mnie w czoło, przytulając i masując mój tors. Nie potrafiłem być sentymentalny i rozdarty pomiędzy dwoma światami, których jakby chciałem być częścią. Miała gdzieś to, że dzieliło nas co najmniej dwadzieścia lat. Dotknęła mnie namiętnie jak kochanka, próbując włożyć dłoń do moich spodni.

— Zrobię wszystko, żebyś został… Kotku…

Chyba jej teksty obudziły pijanego jeszcze ojca, bo wpadł do mojego pokoju, stając w drzwiach bez słowa.

Nie minęła jednak chwila, jak zbliżył się i chwycił swoją dziewczynę za ramię.

— Co ty robisz? — Spytał — Wiem, że jestem ostatnim skurwielem, więc może powinnaś uciec stąd razem z nim? Zrób to.

Stałem tak bez słowa, patrząc tylko jak znów zaczęli się wyzywać. Chyba byłem przyzwyczajony do takiego widoku, ale nie musiałem się mieszać.

Nie trwało to długo, bo do pokoju wpadł Marcin –mój starszy brat — dres i psychol. Zaczął ich rozdzielać.

Oczywiście pomogłem mu w tym. Właściwie nie miałem pojęcia, że też był w domu, bo bywał tu dosłownie raz w miesiącu. Zapewne musiał w czasie, kiedy wróciłem przebywać w kuchni, gdzie najczęściej upijając się padał na podłogę wprost pod kuchennym stołem. Gdy się ostro upijał malował swastyki.

— Patrz co zrobiłeś! –Krzyknęła dziewczyna ojca. –Twój własny syn właśnie wyprowadza się z twojego domu, a ty? Nawet nie próbujesz się dla niego jakkolwiek zmienić!

Ojciec spojrzał na mnie czekając jakby na potwierdzenie. Wiedział, że prędzej czy później po prostu się wyprowadzę.

— Wyjeżdżasz? –Zapytał.

— Zamieszkam z Weroniką — Odpowiedziałem bez emocji. — Po prostu jest mi ciężko, nic na to nie poradzę. Muszę się wyprowadzić i coś zmienić, prosta sprawa.

Weronika była moją kuzynką, niewiele wprawdzie starszą ode mnie, ale zawsze sugerowała znając mą sytuację, abym zabrał się i przeprowadził. Często zresztą u niej bywałem, czasem zostając na noc.

Tak też zrobiłem. Bez sentymentów. Po prostu wybrałem miejsce, które umożliwiłoby mi wzrastanie, nie stagnację i powolne, nic nie znaczące życie w wegetacji. Mieszkała na obrzeżach miasta nieopodal, gdzie miałem znajomych.

— Zostawiasz mnie? — Zapytał ojciec, siadając na łóżku.

— Ale co teraz? Nie jestem od ciebie uzależniony. Nie potrafię żyć w tych warunkach i nie obchodzi mnie to, że się zmienisz. Po prostu chcę zacząć na nowo.

— Dobra, jedź jak chcesz. Chcesz być lepszy? Mam to w dupie. Jedź… — Rzucił do mnie ojciec, wychodząc z pokoju.

— O czym ty gadasz? — krzyknąłem za nim, ale chyba stwierdził, że ma gdzieś to co mówię. Może i dobrze, że nie próbował mnie zatrzymać.

— Nawet jeżeli, to jego wybór — Uśmiechnął się Marcin. — On może być kim chce. Pieprzyć to.

W sumie nie od dziś Marcin wbrew stereotypom, zawsze podnosił mnie na duchu, mówiąc, że „jestem jedyną osobą z rodziny, którą naprawdę kochał…”. Właściwie to od dziecka uczył mnie sportów walki, które sam latami trenował.

Ja sam gdzieś tam w środku zawsze chciałem jak każdy chłopak być silny, jednak jednocześnie pociągało mnie mocno delikatność i piękno, no i jakby nie było zawsze mocno te aspekty doceniałem w świecie, a szczególnie w innych ludziach, jeśli na takich właśnie trafiałem.

Zabrałem swój plecak i ruszyłem w stronę wyjścia, zostawiając mentalnie za sobą wszystko to, co rozgrywało się tutaj przez ostatnie miesiące. Wiedziałem, że robię co powinienem zrobić już dawno, przenieść się do miasta. Nadszedł czas zmian.

Kiedy tylko stanąłem u progu wyjścia, ojciec wyszedł za mną.

— Nie jestem na ciebie zły tato. Po prostu podjąłem decyzję, żeby się wyprowadzić. — Spojrzałem na niego ze współczuciem, jednak czułem, że wiem co robię.

Ojciec chwycił za szyjkę butelki i rozbił ją o kant muru.

Chwycił za ostre szkło rozbitej butelki, wyjął język i przeciął go szkłem, aż krew trysnęła cienkim strumieniem na jego podartą koszulkę.

Marcin podbiegł do ojca, wyjmując mu z ręki szkło, kiedy ten padł na ziemię śmiejąc się i krzycząc.

Stwierdziłem, że najlepiej będzie jak po prostu wyjdę, co zaraz uczyniłem nie zważając na nic, nie tym razem… Nie chciałem znów powtarzać tego samego, co zwykle… Tym razem będę pieprzonym egoistą, zacznę żyć tak jak powinienem żyć od dawna.

Zabrałem leżący na podwórzu rower i ruszyłem przed siebie.

Mój ojciec zawsze był zawsze silny i właściwie nie mam pojęcia co się z nim stało. Jeszcze wtedy, kiedy mama żyła ojciec walczył w MMA. Raz z sukcesami a raz nie, ale zawsze angażował się całym sobą. Udało mu się nawet i mnie zainteresować tym sportem, ale nigdy nie chciałem walczyć w nim zawodowo. Od śmierci mamy sporo się zmieniło i nie mogłem już nic z tym zrobić. Ostatecznie chciałem zmienić nie jego, lecz siebie i swoje życie.

Jechałem tak, a ciepłe poranne powietrze wlewało się w moje nozdrza. Czuć było zapach ciepłego powietrza z poprzedniego dnia i kwiatów, które mijałem na okolicznych łąkach.

Rozmyślałem o tym czy dobrze zrobiłem. Choć byłem na pozór zwyczajnym, osiemnastoletnim chłopcem, niczym szczególnym niby nie wyróżniającym się spośród chłopaków w moim wieku, a we wczesnym dzieciństwie dużo czasu spędzałem na świadomej kontemplacji życia. Zawsze zadawałem sobie pytanie, dokąd to wszystko zmierza…

Widziałem jak ludzie trwają w cierpieniu, sami się w nie wpędzając z reguły całkiem świadomie. Widziałem jak dużo w napięcia i pragnień generuje cierpienie w moim własnym życiu. Jak ludzie cierpią, zagubieni w stereotypach postrzegania i systemach, w które wpakowali się często sami nie wiedząc dlaczego, od tak.

Wydawało mi się zawsze, że ludzie kochają tworzyć bezsensowne schematy myślowe czy społeczne, musząc sobie wszystko ułożyć i usystematyzować, ale przecież same role społeczne z hierarchią sprawiają, że cała bliskość międzyludzka znika, a zastępuje ją odhumanizowana masa, pełna zobojętnienia… Ale chyba coraz częściej zaczęły się na świecie pojawiać osoby młode, ale za to posiadające mądrość. Ludzie, którzy pragną zmiany i frustrują ich już stare systemy oparte na rytuałach. Systemy nie wymagające twórczego myślenia.

Zawsze widziałem jednak również to, jakie życie może być bogate i jak wspaniałe byłoby, gdybyśmy tylko wiedzieli i rozumieli je z pełną świadomością.

Ludzie i tak widzieli takich jak ja, którzy właściwie dopiero wchodzą w życie, jak niedoświadczonych małych gnojków, którzy gówno wiedzą o życiu.

Jako niespełna dwudziestoletni chłopak, mogłem za takiego uchodzić. Co z tego. Moje pokolenie zresztą czasem patrzyło na starszych na ogół jak na tych, co żyją nieaktualnymi czasami… Może tak właśnie częstokroć było? Potrzebowaliśmy czegoś nowego.

Tak czy inaczej całe to zgłębianie wszystkiego przypominało mi jedynie, że filozofowanie na temat życia jest jak teoretyzowanie na temat smaku jedzenia, którego nigdy się nie spróbowało, a o którym przeczytało stos książek. A nawet jeśli, czy wymagało to ostatecznie teorii? Życie nie potrzebuje teoretyków. Przecież jest samo w sobie na tyle tajemnicze, że właściwie zawsze byłem pewny, że wykracza gdzieś poza logiczne rozumowanie, gdzieś daleko poza nie…

Nawet nie wiem kiedy minęło mi ponad dwie godziny. Kiedy dotarłem do miasta, gdzie miałem się zatrzymać się u Weroniki i niemal od razu podjechałem pod nowoczesny blok, w którym mieszkała.

Rzuciłem rower i podszedłem do drzwi.

Dokładnie w tej samej chwili, kiedy chciałem wejść z wnętrza wyszła Aśka, sąsiadka Weroniki i jednocześnie moja bliska przyjaciółka, z którą zwykle idealnie się rozumiałem. Wyszła wyprowadzić psa, jak co rano akurat w chwili kiedy dotarłem.

Mieliśmy chyba ze sobą jakieś telepatyczne połączenie bo wpadaliśmy na siebie przypadkowo zawsze i wszędzie. A znaliśmy się już od dzieciaka, widując się co jakiś czas i przegadując ze sobą długie godziny. Rozumieliśmy się bez słów.

Od razu jak tylko mnie zobaczyła, ruszyła w moim kierunku, przytulając mnie.

— Co tu robisz o tej porze? –Spytała.

Uśmiechnąłem się tylko. Wiedziała, że kiedyś po prostu wprowadzę się do kuzynki, oraz że w końcu nadszedł czas, w którym stało się to faktem.

— Słuchaj, rozmawiałam wczoraj o Tobie z Weroniką…

— Tak?

— Tak. Naprawdę od dzisiaj chcesz z nią zamieszkać?

— Chcę? Od teraz po prostu tutaj mieszkam. –Uśmiechnąłem się.

— W końcu! — Przytuliła mnie znów mocno, całując w policzek. — Słuchaj, to do was wpadnę, jak tylko wrócę z psem. — dodała.

— No mam nadzieję. — Uśmiechnąłem się delikatnie, ruszając do wnętrza korytarza.

Po wejściu na drugie piętro stanąłem przed jej drzwiami. Było to ostatnie piętro tego budynku, a z okna roztaczał się widok na cudowne miasto.

Otworzyłem drzwi, wchodząc do wnętrza. Nigdy nie zostawiała ich zamkniętych, bo czasem przychodziłem do niej nocą. Właściwie nie tylko ja.

Weronika spała w swoim pokoju, zaś ja po prostu wszedłem do kuchni i otworzyłem okno. Była na tyle przyzwyczajona do mojej obecności, że czułem się jak u siebie.

Usiadłem na parapecie, zapalając moją niebieską zapalniczką papierosa i wpatrując się w ulice i przechodniów.

Bywałem tam na tyle często, że zupełnie bez jakiegoś zamierzenia zdążyłem poznać niemal wszystkich sąsiadów.

Naprzeciwko na parterze mieszkał artysta malujący obrazy. Malował ludzi. Wbrew niektórym powszechnym trendom, wciąż zajmował się totalnie harmonijnym malarstwem twarzy i aktów, w nowoczesną stylistykę wpisując jakieś dodatki. Wystawiał to później gdzieś na rynku, ale sztuka raczej się nie sprzedawała. Przynajmniej z reguły.

Wyżej, na pierwszym piętrze mieszkała dziwna, pieprznięta rodzina, która zawsze znajdzie się w miejscu takim, jak to. Awantury widziałem niemal każdego dnia, kiedy zdarzało mi się tu bywać. Najpierw kłótnia a później godzenie się i tak za każdym razem… Od kilku lat. Czasem myślałem na ich przykładzie jak to jest, że niektórzy ludzie ciągle kręcą się wokół tego, co przez cały czas mówi im umysł totalnie zamknięty na jakiekolwiek świadome funkcjonowanie. Po co właściwie się przepraszają i żałują tego, co zrobili przed chwilą, skoro za kilka chwil znów wszystko się rozpieprzy.

Czasem bywała u nich policja, a czasem sąsiedzi, uspokajający ich nocami, zaś każde z nich uważało, że to druga strona jest przyczyną konfliktu.

Ważne, że przynajmniej w niczym nie przypominali mi mojego ojca.

Na drugim piętrze mieszkało dwóch chłopaków około dwudziestki. Właściwie obserwowałem, co dzieje się u nich niemal za każdym razem przypadkiem. Jeden z nich zawsze robił obiad, a drugi zakupy w sklepie na dole.

Czasem nawiązywałem z nimi kontakt siedząc na parapecie okna, a czasem po prostu siedziałem patrząc w kierunku ulatującego dymu.

Może byli parą, a może po prostu znajomymi, którzy wynajęli wspólnie tę chatę. Ale szczerze? Wątpię w to… Na pewno to para. Mieli także białego pitbulla, którego właściwie oglądałem najczęściej, gdyż siadał w oknie każdego dnia w ciągu tych wszystkich ciepłych miesięcy.

Obok zamieszkiwała rodzina, która miała niegdyś dwuletnie dziecko, które kilka lat temu wyleciało z okna i przywaliło o chodnik. O samej sytuacji tej mało kto zdawał się już pamiętać, ale rodzice nie mogli żyć już normalnie.

Czasem spalenie fajki raz dziennie przy oknie w miejscach takich jak to sprawia, że wiesz prawie wszystko o tym, co robią sąsiedzi, choć prawdę powiedziawszy, przecież gówno mnie to obchodzi.

Życie jednych było pasmem sukcesów, innych pasmem porażek, w które jakby nie patrzeć sami notorycznie raz za razem się wpędzali.

Jeżeli ktoś widzi życie jako wrogie i pełne cierpień, tak już po prostu będzie. Przecież ponoć myśl i nastawienie tworzy rzeczywistość.

Gdy tak spokojnie siedziałem wpatrując się w dal, do mieszkania weszła Aśka.

Czasem jak chodziłem na wagary, spotykałem się z nią właśnie tutaj, u Weroniki. Przychodziła, żeby wspólnie posiedzieć i porobić coś wspólnie. Tym bardziej teraz, kiedy dowiedziała się właśnie, że się wprowadzam, pewnie będziemy się spotykać jeszcze częściej.

Aśka była słodką dziewczyną o głębokim, niewinnym spojrzeniu i ciemnych, długich włosach, choć czasem zdarzało jej się je farbować i na jasne. W prawdzie nie miała szafy pełnej kosmetyków, co nie znaczy, że w ogóle ich nie używała, ale z drugiej strony jej naturalna uroda była wystarczająca, a do tego rozumiałem się z nią bez słów.

Mimo to traktowałem ją jak bliską przyjaciółkę. Z czasem robiliśmy głupoty, a czasem wgłębialiśmy się w poważne rozmowy o świecie i o różnych głębokich zjawiskach. Inspirował mnie zawsze jej otwarty umysł.

Kończąc fajkę, zgasiłem ją na parapecie jeszcze raz rzucając spojrzenie w kierunku odległych budynków, sycąc się tym klimatem i myślą, że od teraz będzie to mój widok.

Ruszyłem w kierunku lodówki, z zamiarem zrobienia czegoś na śniadanie. Weronika nie miała nigdy nic przeciw mojemu grzebaniu w jej lodówce.

— Zjesz coś? –Spojrzałem w stronę Aśki — Może jajecznica?

— Jasne — Odpowiedziała. Właściwie nie musiałem pytać, zawsze jedliśmy to samo.

Uśmiechnąłem się. Wybieramy zawsze to samo żarcie. Zawsze mamy to samo na myśli.

Wyjąłem jajka kładąc je na parapet, Aśka zaś lekko popchnęła je w stronę zewnętrznego parapetu tak, że spadło za okno trafiając praktycznie prosto w sąsiada z dołu.

— Pojebało was, dzieciaki? — Krzyknął spoglądając w nasze okno i wycierając ślad po jajku z koszulki.

My zaś zdążyliśmy schować się za okiennicą, jednak przecież i tak widział, że jajko wypadło z naszego okna. Pieprzyć to, uśmiechnąłem się tylko do niej, a ona zaczęła się śmiać. Czasem oboje robiliśmy takie głupie rzeczy, może i dlatego rozumieliśmy się bez słów.

Jednocześnie chyba przez to wszystko obudziliśmy Weronikę, która po wejściu do kuchni tylko na nas spojrzała.

— Przepraszam, zapomniałem, że śpisz… — Rozbiłem pierwsze z jajek, wlewając zawartość na patelnię.

— Czy to powód, żeby rzucać moimi jajkami? –Uśmiechnęła się Weronika. — Rozumiem, że od dzisiaj zostajesz u mnie? — Zapytała mnie.

— Jeżeli tylko mogę, to od teraz mieszkamy razem. — Wzruszyłem ramionami.

— W końcu. Już dawno powinieneś był to zrobić, młody. –Uśmiechnęła się, po czym wyszła kierując się do łazienki.

Od dawna chciała żebym z nią zamieszkał.

Nawet to, że zdarzało mi się kiedyś robić głupie rzeczy, tocząc bójki z miejscowymi sąsiadami, nie stanowiło dla niej problemu. Zresztą sam nie pakowałem się w żadne popieprzone akcje zbyt często.

Chyba z zasady, że etap buntownika był dla mnie przeżytkiem. Nie potrzebowałem buntować się przeciw niczemu, bowiem nigdy nie ograniczało mnie nic, czego zalążek w jakikolwiek sposób ograniczał wielkich buntowników, lub stanowił podstawę świata, z którego się wywodzili. Nie zmienia to faktu, że dla wielu mój jakby ultra otwarty i całkowicie niezależny sposób bycia był odbierany jako największy bunt. Może dlatego, że zdarzało im się wciąż być niewolnikami?

Weronika była atrakcyjną kobietą z całkiem mocnym charakterem. Pracowała w policji, co chyba mówi samo za siebie.

Wydawało mi się zawsze, że właściwie wolała wieść przygodne życie i nie wiązać się z nikim na stałe, choć wiedziałem, że jeżeli trafiłby się jej wymarzony partner to nie zastanawiałaby się nad tym, by założyć z nim rodzinę.

Poza tym, Weronika lubiła chyba chłopaków dużo młodszych niż ona sama i zawsze na sam widok współczesnych nastolatków robiło jej się ciepło. Mną zapewne także, ale przecież nie wypadało, żeby zaczęła się do mnie dobierać.

Zwłaszcza, że teraz zastępowała mi matkę, a przynajmniej chyba choć trochę mogłaby to zrobić.

Była w stosunku do mnie zawsze jak wymarzony rodzic. Wiedziała, że potrzebowałem bliskości i w pewnym sensie dawała mi to. Rozumiała też moje problemy i moje życie. Była przecież niewiele, bo o dwanaście lat starsza.

Byłem wdzięczny, że zajęła się mną, biorąc mnie teraz do siebie. Ojciec zmienił się przecież po śmierci matki. Właściwie każda próba dyskusji w ostatnich dniach kończyła się awanturą. Jedynie mój starszy brat jakoś wszystko ogarniał. Ale przecież był psycholem, w którego niejednokrotnie się zmieniał. Tak czy inaczej więc na dłuższą metę została mi teraz tylko ona.

Rozdział II

Był piątkowy wieczór, a ja miałem plan, aby pojechać do miasta na jakąś imprezę, jednak ostatecznie przyszła Aśka i oboje zostaliśmy w domu.

Zamknąłem się z nią w pokoju, w którym pozwoliła mieszkać mi Weronika. Zdążyłem się już rozpakować i porozmieszczać swoje zdjęcia jak i inne rzeczy po całym pokoju.

Aśka w sumie zawsze lubiła oglądać te zdjęcia. Może nigdy nie uważałem się za fotografa, ale byłem fanem uwieczniania pięknych rzeczy chyba od zawsze, a ona czuła dokładnie to samo co i ja…

Fotografowałem chyba tylko rzeczy, które kojarzyły mi się z czymś pięknym.

Robiłem zdjęcia pięknym miejscom, z których coś mnie łączyło jak chociażby góry, przyjaciołom, ale i przypadkowym ludziom, których urodę uznałem za wyjątkową, taką bardzo docenianą w dzisiejszych czasach, ale chyba zawsze uznawaną za wyjątkową…

Czy to pożądanie, pragnienie? A może coś subiektywnego… A może piękno i cud natury, w tym, w jaki sposób przejawia się w tym świecie? Fotografowałem dużo, ale nie dla samego fotografowania i zabawy. Zależało mi na gotowym efekcie. Liczyło się to, co jest na zdjęciach.

Piękni współcześni ludzie, bez względu na płeć. Chłopcy i dziewczyny.

No i zawsze fascynowała mnie fotografia ludzi, dla których była ona przejawem prawdziwej pasji.

Aśka oglądała kilka zdjęć, które zdążyłem powiesić na ścianach.

— Te fotografie. Naprawdę zajebiste. — Aśka wpatrywała się w nie jakby dostrzegając istotę tego, o co mi chodziło przy uwiecznianiu. Lubię gdy inni czują podobnie jak ja.

— Dzięki.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 19.14