E-book
10.92
drukowana A5
34.93
Cuda chodzą parami

Bezpłatny fragment - Cuda chodzą parami

Objętość:
168 str.
ISBN:
978-83-8155-671-2
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 34.93

Kiedy człowiek kocha, nie chodzi utartymi drogami

Søren Aabye Kierkegaard

Rozdział 1

Oma Rosa leżała w trumnie na katafalku w cmentarnej kaplicy. Jej srebrne włosy kontrastowały z czarną suknią i ciemną, pooraną zmarszczkami twarzą. Nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe, by żwawa staruszka w niebieskiej zapasce, z szelmowskim uśmiechem w przymrużonych oczach zamieniła się w nieruchomą, czarną, złowrogą postać. W powietrzu unosiła się mdła woń przemieszana z zapachem kwiatów. Patrzyłam na tę mumię i płakałam rzewnymi łzami.

Matka szarpnęła mnie za rękę i wyprowadziła z kaplicy.

— Beruhige dich — nakazała ostrym tonem.


Ów obraz z dzieciństwa stał przed moimi oczami. Siedziałam bezradnie na wersalce, a moje myśli rozbiegały się w różnych kierunkach.

To dobrze, że teraz się już nie otwiera trumny przed pogrzebem, pomyślałam. Nie chciałabym, by mnie po śmierci oglądano.

— Po śmierci — wyszeptałam. — Czy to nieuniknione?

— Nie wierzę — odpowiedziałam sobie na głos. — To niemożliwe.

A jednak istniała taka możliwość. Nowotwór był złośliwy.


Oma Rosa też zmarła na raka. Chyba dlatego teraz o niej myślałam. Tylko ona i jej córka, Tante Gabi, zwracały się do mnie po śląsku. Całe szczęście, bo dzięki temu rozumiałam coś niecoś w szkole, gdy z bijącym sercem siedziałam w pierwszej ławce, wpatrzona jak w obraz w śliczną „naszą panią”, panią Zawalnicką, która miała takie samo imię jak ja, Elżbieta. Język śląski podobny był do polskiego, lecz nie na tyle, bym wszystko rozumiała.

Pięknie było w tej szkole. Pachniało czystością i farbą, którą świeżo pomalowano ściany, a na nich wisiały kolorowe obrazki. Siedziałam sztywno w ławce z założonymi do tyłu rękami, w wybiglowanym przez Mutti granatowym fartuszku z wykrochmalonym białym kołnierzykiem. Warkocze miałam upięte w koronę wokół głowy i nie byłam już Eriką, tylko Elżunią.

Bardzo mi się to wszystko podobało, czułam się szczęśliwa. Zwłaszcza gdy nasza pani przytulała mnie do siebie. Odurzał mnie zapach jej perfum, z czym zetknęłam się po raz pierwszy w życiu. Żadna ze znanych mi osób ich nie używała. Nasza pani kładła dłoń na mym kołatającym sercu i mówiła:

— Głośniej, Elżuniu, głośniej. Czego się tak boisz, dziecino?

Z drugiej strony był to niesamowity stres. Znalazłam się w otoczeniu ludzi mówiących językiem, którego właściwie nie znałam. Myślałam dotąd, że Oma Rosa mówi po polsku, tymczasem w szkole okazało się, że ten polski jest zupełnie inny. Chłonęłam każde słowo naszej pani, starając się je zapamiętać. Czułam się upośledzona, gdyż wszystkie niemal dziewczynki w klasie umiały tak ładnie mówić, a ja bałam się otworzyć usta. W pierwszych dniach chowałam się w czasie przerwy po kątach wraz z czterema innymi Ślązaczkami, żeby sobie szeptem porozmawiać po niemiecku. Drżałyśmy ze strachu, bo wiedziałyśmy, że to jest zakazane. Na szczęście siedziałam w jednej ławce z taką prawdziwą Polką — Krysią, która już po kilku dniach spędzała ze mną wszystkie przerwy i nieustannie paplała. Wkrótce i ja umiałam mówić tak jak ona. Nasza pani posadziła nas w pierwszej ławce, ponieważ byłyśmy najmniejsze w klasie.

Spodobała mi się ta dziewczynka o włosach jak len i oczach jak bławatki, tak niepodobna do mnie, gdyż ja miałam ciemne włosy i oczy. Przyjaźniłyśmy się od tego czasu aż do mojego wyjazdu do Niemiec. I przez całe te lata nie było między nami najmniejszych scysji, najdrobniejszych nawet sprzeczek. Byłyśmy jak dwie turkaweczki. Lubiłam jej sposób bycia i mówienia. Doceniałam jej inteligencję, wrażliwość, takt i oddanie. Zawsze mogłyśmy na siebie nawzajem liczyć. Byłyśmy wprost nierozłączne. Pod każdym względem rozumiałyśmy się doskonale, uzupełniałyśmy się nawzajem.

Po pierwszym dniu w szkole nie chciałam już więcej być umorusaną Eriką, biegającą po podwórku z chłopakami, śpiewającą dziecięce niemieckie piosenki. Niestety, w domu w dalszym ciągu nią byłam i musiałam mówić po niemiecku, bo moja matka zupełnie nie znała polskiego. Gdy ją spytałam, dlaczego w szkole jestem Elżbietą, zdenerwowała się.

— Nie jesteś Elżbietą. Urodziłaś się Eriką i będziesz nią do końca życia.

— Ale ja chciałabym być Elżbietą — rzekłam nieśmiało.

— W domu zawsze będziesz Eriką, rozumiesz? — powiedziała ostrym tonem.

— Powiedz mi, Mutti, dlaczego w szkole jestem Elżbietą? — poprosiłam grzecznie o wyjaśnienie.

— Na chrzcie dano ci na drugie Elisabeth. To Polacy zrobili z tego Elżbieta i tak ci do metryki wpisali jako pierwsze imię, bo Erika jest niemieckie — wyjaśniła z lekkim zniecierpliwieniem.

— Ja nie chcę mieć niemieckiego imienia, mów do mnie Elżuniu, proszę cię. — Złożyłam błagalnie ręce.

— Nie zawracaj mi głowy, ja tam nie umiem po polsku. — Skrzywiła się Mutti.

— Ale teraz musisz się nauczyć — upierałam się. — Musisz być Polką. W Polsce nie wolno rozmawiać po niemiecku.

— Odczep się ode mnie — ofuknęła mnie matka.

Rozdział 2

Poczułam głód. Trzeba by coś zjeść. Niestety przyrosłam chyba do wersalki, bo nie chciało mi się z niej ruszyć. Pogrążona byłam we wspomnieniach czasów spędzonych w Bytomiu.

Ponuro zrobiło się w naszej rodzinie, gdy zabrakło babki Róży. Ona jedna zadowolona była z tego, że żyjemy w Polsce, i mówiła wyłącznie po śląsku, chociaż matka i moja starsza siostra odpowiadały jej po niemiecku. Tylko ja starałam się mówić tak jak babka. Wprawdzie i ona czasami się złościła:

— To nie je prowdziwo Polska, to je rusko Polska.

Wolała jednak obecne czasy od niemieckich w odróżnieniu od matki, dla której wszystko, co niemieckie, było wspaniałe.

Babka nauczyła mnie modlić się po polsku: „Ojcze nasz” i Zdrowaś Mario”, a także dwóch polskich piosenek: „Poszła Karolinka do Gogolina” i „Szła dzieweczka do laseczka”. Sama znała dużo więcej pieśni. Bardzo lubiłam chodzić do niej. Mieszkała piętro niżej z Tante Gabi, jedynym dzieckiem, które jej pozostało po wojnie, gdyż trzej synowie, w tym mój ojciec, z niej nie powrócili. Tante Gabi na gwałt uczyła się polskiego, bo chciała wyjść za Polaka. Była zjawiskowo ładna, malowała się i zakręcała na noc włosy na papiloty. Każdego niemal wieczoru myła się dokładnie, wkładała niedzielne rzeczy, najładniejsze sweterki zrobione na drutach przez moją matkę, malowała usta czerwoną szminką i wychodziła do kawiarni.

Babka Róża lubiła sadzać mnie naprzeciw siebie na małym stołku i śpiewać pieśni, których nauczyła się w młodości w polskim chórze „Jedność”. Bardzo mi się podobały, chociaż niewiele rozumiałam.

— Ślonzoki som Poloki — wbijała mi do głowy. — Ja chodziła do polski szkoły i ty tera tyż bydziesz. Ty je Polka. Twój dziadek bił sie za Polska. Twój ociec tako był Polok, ino Niemcy go psełonacyli, z Gawełczyka Gaweltzika zrobili. Terazki my som Gawełczyki i to je richtig. Twoja matka tyż je Polka, ino jeji dziadki sie na Niemców psełonacyli, to ona se myśli, co je Niemka… Terazki bydzies padała: babko Rózo i ciotko Gabi. Ni ma omy i tanty.

Z początku często się myliłam i dalej zwracałam się do niej per Oma.

— Ile razy mom ci padoć, co ja je babko. Ni ma omy — złościła się wówczas.


Ojciec. Dla mnie było to puste słowo. Nie wiedziałam, jak wyglądał, nigdy go nie widziałam. Kiedy się urodziłam, już nie żył. Zginął na wojnie. Nieraz zastanawiałam się, dlaczego ani babka, ani matka nigdy mi o nim nie opowiadały. Zginął na wojnie. To wszystko, co wiedziałam. Rychło zorientowałam się, że temat ten stanowi w naszym domu tabu. Jednak ani się tym nie interesowałam, ani mnie to nie martwiło. On po prostu nie istniał. To normalne, jeśli nigdy się o kimś nie mówi, przestaje istnieć.

Dużo natomiast opowiadała babka Róża o swoim mężu, moim dziadku. Był bohaterem. Działał w polskich mniejszościowych organizacjach, brał udział w III Powstaniu Śląskim, został rozstrzelany przez Niemców. I to mnie interesowało. Gdy byłam w piątej klasie, zapoznałam się dokładnie z historią powstań.

Po śmierci babki długo pochlipywałam po kątach, nie mogłam się pogodzić z tym, że ludzie umierają.

To takie straszne, ta śmierć — myślałam. Dlaczego Mutti, Uschi i ciotka Gabi nie płakały na pogrzebie i wcale się nie smucą, że babka Róża nie żyje?

Tak samo teraz nie mogłam się pogodzić z faktem, że ludzie muszą umierać. Ba, ja sama mogłam wkrótce umrzeć.

Rozdział 3

Kiedy tak siedziałam na wersalce, a w mojej głowie kotłowały się różne myśli i wspomnienia, raz po raz powracała ta chwila, gdy z ust lekarza padła diagnoza. Ciałem mym wstrząsnął wówczas dreszcz, a następnie ogarnęło otępienie. Odrętwienie. Jakby mnie zdzielono obuchem.

Po wyjściu z gabinetu nie poszłam do domu, nogi same poniosły mnie do lasu. Szłam powoli, wdychając głęboko zapach wiosennego powietrza, wsłuchana w śpiew ptaków nawołujących się wzajemnie, ośmielonych pierwszymi promieniami słońca.

Wszystko budzi się do życia, a ja umieram — myślałam z rozpaczą.

Z opuszczoną głową przyglądałam się wiosennym kwiatkom, rozsypanym na łące po obu stronach drogi. Wypatrywałam sarenek — przyjaznych towarzyszek mych leśnych spacerów. Wtem posłyszałam odgłos ciężkich kroków.

— Jezus Maria! — krzyknęłam, kładąc na sercu obie dłonie.

Odwróciwszy się błyskawicznie, ujrzałam złowrogą postać mężczyzny w czarnym kombinezonie.

— Przestraszona? — spytał z szyderczą satysfakcją.

Nie uzyskawszy odpowiedzi, wyprzedził mnie, podążając przed siebie szybkim krokiem. Odetchnęłam, zwolniłam tempo, by znaleźć się jak najdalej od niego. Czar wiosny prysnął. Rozszerzonymi z przerażenia oczami patrzyłam za oddalającą się złowieszczą postacią.

Ten mężczyzna to… była śmierć — pomyślałam ze zgrozą. W języku niemieckim jest ona rodzaju męskiego, der Tod.

Umilkł śpiew ptaków, zastąpił go szum w głowie wywołany wbitym w czaszkę słowem: „przestraszona”. O tak, bałam się śmierci.

Idąc dalej w górę, pogrążyłam się w zadumie. Jakiś inny wydawał mi się świat. Poczułam głęboki, przenikliwy smutek. Nie płakałam. Coraz mocniej ogarniała mnie apatia.

Co mam teraz robić? — powtarzałam w myślach wciąż to samo pytanie. Co jest najważniejsze? Jak przeżyć ten czas, który mi pozostał?… A może nie umrę? — pocieszałam się niepewnie. Może uda mi się wygrać batalię z rakiem?

Nagle ujrzałam na ścieżce zająca, który w pewnej odległości zamarł w bezruchu. Stanęłam również, gdyż wiedziałam, że jeśli zrobię choć jeden krok, to go spłoszę. Przyglądałam mu się ze wzruszeniem. Byłam mu wdzięczna, że nie ucieka przede mną. W tym momencie poczułam, jak po policzkach spływają mi łzy.

A jednak spłoszyłam zajączka. Przyglądał mi się tylko przez parę chwil. Gdy szłam dalej, zaczęłam głośno płakać. Szlochałam, trzymając się za serce. Taki piękny był ten świat, a ja musiałam się z nim pożegnać.

Kiedy się w końcu uspokoiłam, szepnęłam:

— Boże, nie jestem w stanie się z tym pogodzić. To za wcześnie. To niemożliwe. Dlaczego miałbyś chcieć mojej śmierci? Dlaczego miałbyś mnie skrzywdzić? Przecież mnie kochasz.

Doszłam do ulubionej ławki, przed którą rozciągała się ogromna polana. Usiadłam i w milczeniu przyglądałam się kwiatkom na łące. Powtarzałam w myślach jedno tylko zdanie: „Nie chcę umierać”.

Siedziałam tak bezradnie dość długo. W końcu poczułam głód. Wstałam i udałam się w drogą powrotną do domu. Krok po kroku ogarniał mnie… spokój. Tak, spokój. Niewytłumaczalny i niezrozumiały w tej sytuacji. Oszałamiający… Lodowato i kojąco przenikający stopniowo wszystkie tkanki mego ciała, aż stało się ono jakieś… lekkie. Można by rzec nieważne, bez znaczenia. Piękno natury ma na nas zbawienny wpływ.

Co miało teraz znaczenie? Co było teraz ważne?

— Jedyny Boże — wyszeptałam — czy jestem przygotowana na śmierć? Czy to będzie spotkanie z Tobą? Nie mogę sobie tego wyobrazić. Może powinnam się modlić?… Ale ja nie umiem. Od dawna już nie jestem w stanie klepać tych wyuczonych w dzieciństwie formułek.

Dusza moja była rozdwojona, coś bało się we mnie, a równocześnie coraz mocniej coś ufało, napełniało nadzieją. Byłam całkowicie rozdarta, pragnęłam zintegrowania tych dwu uczuć w pewność. Pewność wiary, że się nie poddam, że przeżyję. W nadziei pokonania nowotworu. Czułam, jak z wolna ogarnia mnie wola walki o zdrowie, o życie.

Rozdział 4

Po powrocie do domu weszłam do pokoju dziennego i usiadłam na wersalce. Nie odczuwałam już głodu, nie potrafiłam zmusić się do ugotowania obiadu. Puściłam płytę z Requiem Mozarta i zatopiłam się w tej nastrojowej muzyce. Pod jej wpływem ogarnęło mnie niezwykłe uczucie, poczułam, jak narasta we mnie skupienie, jakbym płynęła na fali ufności w morzu wieczności. Spokojnie myślałam o śmierci. Była taka bliska, stała u mych drzwi. Słyszałam, jak pobrzękuje kosą. Jednak… nie bałam się jej już tak bardzo.

Przed oczami miałam babkę Różę w trumnie i zapłakaną małą Erikę, którą wówczas byłam. Całe lata modliłam się za jej duszę, nawet wówczas, gdy przestałam chodzić do kościoła. Tak samo później modliłam się za duszę matki. I dopiero pewien niezwykły sen spowodował, że przestałam się za nią modlić.

A było tak: ni stąd, ni zowąd znalazłam się w kuchni, w naszym starym, ponurym mieszkaniu w Bytomiu i siedziałam przy stole z matką.

— Jak to — spytałam zdumiona. — To ty żyjesz?

— Głupia jesteś. To ty nie żyjesz. — Uśmiechnęła się zagadkowo

W tym momencie obudziłam się i zaczęłam zastanawiać się nad jej słowami. Doszłam do wniosku, że chyba dopiero po śmierci następuje to właściwe życie.

Jednak z biegiem czasu ogarnął mnie lęk. Wyobraziłam sobie, że matka zupełnie mnie zdominowała, że wchłonęła moją polską świadomość, ba, moją duszę, do tego stopnia, że ja przestałam istnieć jako autonomiczna jednostka, że tylko ona żyje i będzie żyć wiecznie jako Niemka, a ja Polka… jakbym w ogóle nie istniała. Tak na przykład tłumaczyłam sobie później, dlaczego wciąż wracam do palenia papierosów, choć nieustannie z tym walczę. Duch mej matki, nałogowej palaczki, zmuszał mnie do palenia, gdy tylko ona miała na to ochotę w zaświatach. A teraz z tego powodu muszę umrzeć na raka.

To nie był nowotwór macicy atakujący większość kobiet w naszej rodzinie, tylko rak płuc, który uśmiercił moją matkę. Zaczęła palić dopiero w Niemczech. W Polsce Ślązaczki nie paliły. Gdy poznałam diagnozę jej choroby, zaczęłam walczyć z tym nałogiem. Bałam się, że spotka mnie ten sam los. Rzucałam palenie na jakiś czas, ale znowu do niego wracałam. Wypróbowałam wszystkie możliwe sposoby. Bez rezultatu. W końcu, przed pięciu laty, pewnej nocy przed uśnięciem wyobraziłam sobie, że umieram na raka. Ogarnęło mnie piekące poczucie winy i pomyślałam, że gdyby udało się cofnąć czas, natychmiast przestałabym palić.

Tak? — zwróciłam się do siebie samej. Naprawdę przestałabyś palić? Spróbuj, jeszcze nie jest za późno.

Wstałam z łóżka i wyrzuciłam do śmieci rozpoczętą paczkę papierosów, zapalniczkę i popielniczkę. Narzuciłam szlafrok i wyniosłam kubeł, żeby nie dać się rano skusić do wyjęcia z niego tych przedmiotów. Udało się. Gdy przychodziła mi ochota na papierosa, przywoływałam wizję na łożu śmierci i pomagało. Cóż, okazało się, że chyba zbyt późno zdobyłam się na to.

Jak to możliwe, taka… lekkomyślność, głupota, żeby wydawać pieniądze na niszczenie zdrowia? — zadawałam sobie w myśli pytanie. Przecież to nie jest żadna przyjemność… No cóż, mądrzejsi ode mnie w ten nałóg wpadają, pocieszałam się. Ach, skądże — uspakajałam sumienie — gdyby to było od papierosów, to rozchorowałabym się przed pięciu laty, zanim rzuciłam palenie.

Przypomniałam sobie wiejską kobietę, która nigdy nie zapaliła papierosa, oddychała całe życie świeżym powietrzem, a umierała na raka płuc. Córka jej mieszkała w Bytomiu, dlatego ona leżała w naszym szpitalu, w tej samej sali co ja po usunięciu wyrostka. Niesamowicie cierpiała. Przez cały czas męczył ją potworny kaszel i dosłownie dusiła się, usiłując łapać powietrze jak wyrzucona na brzeg ryba.

Oczywiście, to nie od palenia, uspokajałam sumienie. To z tego koszmarnego stresu… Czego oni ode mnie chcą? Dlaczego się do mnie tak przyczepili? Co ja im złego zrobiłam? Dlaczego wchodzą mi do mieszkania i śledzą? Wciąż ktoś za mną chodzi… Chcą mnie zastraszyć. To jasne. Ale dlaczego? Dlaczego?!

Rozdział 5

Wyłączyłam odtwarzacz, gdyż płyta już dawno się skończyła. Poczułam nagle wściekłość i bezsilność. Wszystko wskazywało na to, że mam jakichś groźnych wrogów. Nie miałam jednak pojęcia, kim oni są. I to było najgorsze, gdyż nie wiedziałam, z kim walczyć. Myśląc o tym, zdenerwowałam się. Wstałam z wersalki, wyszłam do drugiego pokoju, usiadłam przy biurku i wyjęłam z szuflady gruby notatnik z wierszami. Zaczęłam szybko stawiać koślawe litery:

Sztylety myśli

Nie kłaniaj się wrogom

sztylety myśli wbij

w ich czaszki owłosione

ich szyje ściśnij stryczkiem

modłów o wybaczenie

niech lecą jak kamienie

w piekielną toń.

Ulżyło. Pisanie wierszy stanowiło dla mnie panaceum. Zaczęło się w piątej klasie. Zauważyłam kiedyś, że moja przyjaciółka Krysia pisze coś podczas przerwy w takim grubym zeszycie z kwiatkami na okładce.

— A co ty tam wypisujesz? — spytałam zaciekawiona.

— To są wiersze — odpowiedziała z dumą.

— O, to ty jesteś poetką — zauważyłam z podziwem. — Pożycz mi je, żebym mogła sobie poczytać.

— Dam ci na jeden dzień — rzekła łaskawie — ale uważaj, żebyś nie pobrudziła tego pięknego zeszytu. — Pogroziła mi palcem.

Rywalizowałam z Krysią. Musiałam być od niej we wszystkim lepsza, żeby poprawić sobie samopoczucie, gdyż cierpiałam na kompleks niższości. Już w czwartej klasie mi się to udało. Po ślęczeniu nad zadaniami domowymi osiągnęłam wreszcie wymarzoną pozycję prymuski. Krysia spadła na drugie miejsce, bo z matematyki i fizyki miała czwórki, podczas gdy ja z wszystkich przedmiotów piątki. Teraz okazało się, że jest jednak ode mnie lepsza. Cierpiała na tym moja duma. Koniecznie musiałam nauczyć się pisania wierszy. Tak to się zaczęło i ciągnęło się przez całe życie. Jedyną osobą, której się zwierzyłam, była nasza wychowawczyni. Tylko ona czytała moje wiersze i poprawiała błędy.

Rozdział 6

Po napisaniu wiersza uspokoiłam się i wróciłam na wersalkę, zostawiając otwarty notatnik. Po chwili pomyślałam, że może ubzdurałam sobie, iż ktoś mnie prześladuje. Może nie wchodzi mi nikt do mieszkania? Te drobne rzeczy, które zginęły, pewnie się gdzieś zapodziały. Wróciłam do biurka i znów napisałam parę wersów:

Łamanie głowy

Wielu dobra pragnąc

czyni zło

zaś złe intencje

nieraz prowadzą

do dobrego

jakby kto inny myśli płodził

a kto inny nami rządził.


Dlaczego zatem łamię sobie głowę

co mi złamało serce

może to były dobre intencje.

Zamknęłam notatnik i z powrotem usiadłam na wersalce. Dobrze mi tu było. Czułam się w Heidelbergu jak w domu, jakbym się tutaj urodziła. Kochałam to miasto. Już na początku studiów oczarowała mnie aura tego starego uniwersyteckiego grodu, który — podobnie jak mój ukochany Kraków — nie uległ zniszczeniom wojennym. Jego włoska architektura i ruiny zamku tak wspaniale wkomponowane były w naturalne środowisko, że — według stwierdzenia Goethego — wszystko to razem czyniło wrażenie doskonałości, o czym dowiedziałam się z tablicy pamiątkowej, na której wyryto te słowa.

Dopiero tutaj uwolniłam się od kompleksu niższości. Tu po raz pierwszy poczułam się dowartościowana. Nabrałam pewności siebie. Stałam się selbstbewust, jak to określają Niemcy. W Polsce uważano takie osoby za zarozumiałe, o wygórowanym mniemaniu o sobie, a tutaj cecha ta wzbudzała najwyższe uznanie jako poczucie własnej wartości. Polskie zalety: skromność i pokorę traktowano jako wady. „Pokorne ciele dwie krowy ssie”, pouczała mnie nasza pani. No cóż, była to jedyna rozsądna postawa w tamtych czasach, gdy nie istniała żadna perspektywa jakichś zmian.

Rozdział 7

Rozejrzałam się po przestronnym, jasnym pokoju, urządzonym wyszukanymi z trudem na Pchlim Targu antycznymi meblami, obrazami i bibelotami. Wstałam i wyszłam na balkon. Zanurzyłam się w zieleni otaczających go drzew. Z rozrzewnieniem żegnałam się ze wznoszącym się po lewej stronie pięknym świerkiem. Spojrzałam jeszcze na więdnące róże z obu stron łąki rozciągającej się przede mną, po czym z westchnieniem wróciłam na wersalkę.

Przypomniałam sobie wszystkie te senne koszmary, w których błądziłam po ulicach ponurego Bytomia, nie mogąc trafić do swego mieszkania, i ogromną ulgę po obudzeniu i stwierdzeniu, że jestem w tym pięknym miejscu i pozostanę w nim do końca życia.

Tak. To ten niesamowity stres. W miarę zastanawiania się nad przyczynami powstawania nowotworu nabierałam przekonania, że są one związane z psychiką, bo przecież obie siostry matki o pogodnym usposobieniu, Adela i Elfryda, były już po osiemdziesiątce, a jedynie żyjąca w nieustanym stresie Helga zmarła na raka macicy. No i kuzynki ojca, które miały wyjątkowo ciężkie życie. Matka wprawdzie umarła chyba z powodu papierosów, jednak stresu też nie brakowało w jej życiu. Wiązało się z nim każde wyjście z mieszkania, gdyż obawiała się spotkania z sąsiadką, z którą należałoby mówić po polsku. Siedziała po całych dniach w domu. Sprzątała, gotowała i robiła na drutach swetry, co stanowiło nasze główne źródło utrzymania.

Zapadał zmrok, a ja wciąż siedziałam, nie odczuwając głodu. Lubiłam tę porę dnia łagodzącą ostrość konturów widzialnego świata, czyniąc go bliższym marzeniom. Rozmyślałam o swoim dotychczasowym życiu. Nie wybrałam sobie czasu, miejsca ni okoliczności. Ani tego, jaka się urodziłam. Opatrzność wyznaczyła dla mnie określony scenariusz. Jednak to, żeby jak najlepiej zagrać rolę, którą mi los wyznaczył, zależało ode mnie. Więcej — ode mnie też zależało, którą ze skromnych w mych przypadku możliwości wybiorę, a było ich jednak kilka. Poza tym nie sądziłam, żeby scenariusz ten zawierał takie sprawy jak choroba nowotworowa. Byłam niemal pewna, że to wina mojego niewłaściwego podejścia do życia, bo nawet jeśli zostałam genetycznie zaprogramowana, to ode mnie zależało, czy zostanie uaktywniona. Więcej, miałam nadzieję, że mój organizm mógłby ją jeszcze samoistnie pokonać, bez żadnego leczenia.

Przypomniałam sobie pierwszą wizytę u lekarza domowego w Niemczech. Powiedział mi coś, co wprawiło mnie wówczas w osłupienie, teraz jednak zdawało mi się prawdopodobne.

— Gdy przychodzi do mnie pacjent z chorobą, po krótkim formalnym badaniu mówię mu, że jest zdrowy — zdradził mi doktor swoją metodę. — Jeśli w to uwierzy, samoczynnie zdrowieje, szybciej niż po jakiejkolwiek terapii. Większość nie zjawia się po raz drugi. Są to ci, którzy mi uwierzyli. Uleczyła ich wiara.

Ale przecież i w Polsce spotkałam się z takim podejściem, kiedy leżałam w Szpitalu Miejskim w Bytomiu z ostrym zapaleniem wyrostka robaczkowego. Moja starsza siostra Urszula zgodnie z powszechnym zwyczajem udała się natychmiast do ordynatora chirurgii z wiadomą kopertą, by go skłonić do przeprowadzenia operacji. Tymczasem dzień przed wyznaczonym terminem zjawił się przy mym łóżku znajomy lekarz, pracujący w tym szpitalu, i zaniepokojony rzekł:

— Przeczytałem w planie zabiegów, że masz na jutro wyznaczoną operację. Musisz się natychmiast z tego wycofać. Powiedz, że się rozmyśliłaś. Czy ty wiesz, jaki to szok dla organizmu taka ingerencja?

— Ależ to jest konieczność, mogę umrzeć! — wybuchłam, patrząc na niego ze zdumieniem.

— Co ty opowiadasz? — skrzywił się. — Jaka konieczność? Ja miałem w życiu kilka takich ataków i do dziś żyję z wyrostkiem, który się w końcu uspokoił.

Pożałowałam tego, że go nie posłuchałam. Po operacji rana jątrzyła, wychudłam, osłabłam i trwało to długo, nim doszłam do siebie. W dodatku okazało się, że „kątnica była tkliwa na ucisk”, co znajomy wyjaśnił mi, że w pierwszym odcinku jelita grubego znajdował się chyba jakiś guz. Może nowotwór? A jednak przez tak wiele lat się nie uaktywnił. To znaczy, że — być może — mój organizm sam sobie z nim poradził.

Zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle zdecydować się na operację. W niemieckiej telewizji pokazywano filmy o samoistnych uleczeniach raka. Należało jedynie w jakiś sposób — niestety nieznany — pobudzić zdolność organizmu do samowyleczenia. Tacy cudownie uleczeni ludzie opowiadali, jak do tego doszło. Podkreślano rolę psychiki w tym procesie. Wiadomo, wiara czyni cuda. Przypomniałam sobie, że i Chrystus powtarzał w Ewangelii: Twoja wiara cię uzdrowiła i że było w niej też zdanie o tym, że wystarczyłaby tak mała wiara jak ziarnko gorczycy, by przenosić góry… Czy coś w tym rodzaju. Jeden z delikwentów podkreślał rolę odżywienia. Mówił, że węglowodany i cukry wzmacniają nowotwór. Inny przemawiał do niego. Tłumaczył mu:

— No co ci z tego przyjdzie, jak mnie wykończysz? Zginiesz razem ze mną.

Pewna kobieta twierdziła, że ani się nie modliła, ani nie jeździła do uzdrowicieli, w ogóle nic… A tuż przed wyznaczoną operacją okazało się, że rak znikł.

Największe wrażenie zrobił na mnie obejrzany w telewizji film o pewnym młodym, utalentowanym wiolonczeliście. Stał na progu światowej kariery, gdy okazało się, że ma raka mózgu. Nie było innego wyjścia jak wycięcie jednej czwartej tego najważniejszego organu, po czym cała lewa strona jego ciała została sparaliżowana. Odczuwał zaburzenia myślenia i mowy, poruszał się na wózku inwalidzkim. Tymczasem jego ojciec dowiedział się o pewnym… psychologu, który odnosił poważne sukcesy w leczeniu psychoterapią osób sparaliżowanych. Zawiózł do niego syna i… owemu psychologowi udało się nauczyć młodego artystę samodzielnego poruszania się oraz płynnego mówienia. Jednak po pewnym czasie okazało się, że wiolonczelista ma w mózgu przerzuty. Czekała go śmierć, gdyż nie wchodziła już w rachubę żadna operacja, więcej niż jednej czwartej mózgu nie można było usunąć. Lekarze byli bezradni. Ale psycholog nie dał za wygraną. Doradził choremu, by wyobrażał sobie nieustannie, jak jego pozostałe zdrowe komórki mózgowe rozrastają się i wypierają rakowe. Uczył go tego podczas wizyt, które odbywały się dwa razy w tygodniu. Gdy młody mężczyzna po pewnym czasie udał się na badania, okazało się — ku osłupieniu lekarza — że komórki rakowe zniknęły. Mężczyzna opowiadał to w filmie ze łzami w oczach. Aczkolwiek jego lewa ręka pozostała sparaliżowana, to jednak prowadził normalne życie, pozostała część mózgu doskonale funkcjonowała. Nie tylko wykładał w Akademii Muzycznej, lecz nawet koncertował. Wykonywał specjalnie dla niego skomponowane utwory na prawą rękę. Niewiarygodna była to historia, jednak całkowicie autentyczna.

Widziałam również filmy o różnych uzdrowicielach i o uzdrowieniach religijnych, na przykład w Lourdes.

Miałam coraz to większe wątpliwości co do tego, czy powinnam zdecydować się na operację. Wiedziałam, że po chirurgicznej ingerencji nowotwór na ogół rozprzestrzenia się w jeszcze szybszym tempie. Po pewnym czasie często występują przerzuty i nie ma już ratunku. Z dwoma przypadkami zetknęłam się w Heidelbergu osobiście. Jednej z moich znajomych wycięto pierś i poddano ją chemoterapii. Po pięciu latach okazało się, że ma raka macicy. Niestety po tej operacji zmarła. Mojej osiemdziesięcioletniej sąsiadce wycięto z kolei kiszkę stolcową, męczyła się bez niej trzy lata z workiem kałowym, po czym stwierdzono takie przerzuty, że nic już jej nie uchroniło przed śmiercią. Zwierzyła mi się, prosząc o dyskrecję, że jej jedyny syn popełnił przed trzema laty samobójstwo. Twierdziła z całym przekonaniem, że to wówczas zaatakował ją rak. Było to potwierdzenie mojej hipotezy, że głównym winowajcą w tej chorobie jest stres.

Rozdział 8

Czy warto poddawać się niesamowicie wyczerpującej operacji, przeżywać udręki radioterapii i chemoterapii, by przedłużyć życie tylko o trzy lata? — zastanawiałam się. Jeszcze gdyby to było pewne, te trzy lata. Ale i to jest wątpliwe. Natomiast w przypadku samoistnego wyleczenia można dożyć dziewięćdziesiątki, sama znam takie staruszki!

Wierzyłam w siłę wyobraźni i wiary. Miałam zaufanie do swego organizmu, który nigdy mnie — jak dotąd — nie zawiódł. Stanowiłam okaz zdrowia i urody, nigdy nie chorowałam. Odkąd rzuciłam palenie, prowadziłam zdrowy tryb życia. Zdawało mi się, że mogłabym samodzielnie zniszczyć nowotwór. Trzeba by tylko znaleźć w swojej psychice, w swojej świadomości, w swojej duszy, żywotne siły, które go pokonają.


Musiałam zatem przede wszystkim poznać siebie. W tym celu pogrążyłam się we wspomnieniach z dzieciństwa:

Rzadko przebywałam w swym ponurym domu składającym się z kuchni i jednego pokoju. Nie miałyśmy nawet łazienki. W każdą sobotę matka podgrzewała na piecu wodę w garnku do gotowania bielizny, wlewała ją do blaszanej wanny i wszystkie trzy kąpałyśmy się w tej samej wodzie, najpierw ja, potem Urszula, a na końcu matka. A co dzień myłyśmy się dokładnie w miednicy. Koniecznie trzeba było myć wieczorem szyję i uszy, bo były czarne od sadzy.

Najczęściej przebywałam u Krysi mieszkającej, podobnie jak ja, przy ulicy Chrobrego, lecz już na rogu placu Słowiańskiego, gdzie zaczynała się dzielnica wysiedlonych, dobrze sytuowanych Niemców. Pozostawili wszystko, meble, inne sprzęty i z paroma walizkami udali się do zachodnich Niemiec. Nowo przybyli bez skrupułów zajmowali urządzone mieszkania, gdyż tak samo wszystko zostawili na Wschodzie, skąd ich repatriowano.

Znajdowały się tam planty ze wspaniałymi drzewami, klombami kwiatów i ławkami, na których często przesiadywałyśmy z Krysią. Świetnie też czułam się w jej dużym mieszkaniu w secesyjnej kamienicy. Miała swój pokój, w którym wspólnie odrabiałyśmy lekcje. Często przebywałyśmy w bawialni, gdzie słuchałam, jak koleżanka gra na pianinie. Był to duży, gustownie umeblowany pokój z regałami, na których poustawiane były grube tomy. Przyglądałam się im z drżeniem serca. Nigdy dotąd nie widziałam takiego nagromadzenia książek. Przeglądałyśmy też przedwojenne roczniki ilustrowanych magazynów w tekturowych oprawach.

Najbardziej zazdrościłam przyjaciółce jej kulturalnych rodziców. Ojciec był architektem, a matka prawdziwą damą z długimi, polakierowanymi na czerwono paznokciami, z czym też zetknęłam się po raz pierwszy w życiu. Otrzymywałam od nich znoszone przez koleżankę ubrania i buty, gdyż dochody mojej matki wystarczały nam zaledwie na marne jedzenie. Odwdzięczała się robieniem sweterków dla Krysi, by choć trochę złagodzić nasze upokorzenie.

Jeszcze bardziej podobało mi się u naszej wychowawczyni, która zapraszała mnie czasami do siebie. Mieszkała w tej lepszej dzielnicy, na rogu ulic Prusa i Oświęcimskiej. Była dla mnie właściwie drugą matką. Pożyczała mi książki, które pochłaniałam łapczywie, zabierała ze sobą do opery, a kiedyś nawet pojechałam z nią i jej mężem do Katowic, do filharmonii.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 34.93