E-book
15.75
drukowana A5
58.58
Coś się kończy, coś zaczyna t. III

Bezpłatny fragment - Coś się kończy, coś zaczyna t. III

OSTATNIE SPOJRZENIE


Objętość:
319 str.
ISBN:
978-83-8440-514-7
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 58.58

„Miłość, która boli jest miłością prawdziwą”

I. W POTRZASKU

Coś nagle wyrwało mnie z otępienia… Otworzyłem powoli oczy… Ujrzałem ciemność… Przerażającą, totalną ciemność…

Najpierw z tej ciemności dotarł do moich uszu przyjazny plusk płynącej gdzieś nieopodal wody, niby wiosennego strumienia. W chwilę później mój słuch wyodrębnił, gdzieś w oddali, w tle, intensywny szum, jak łoskot górskiego wodospadu, który w tej ciemności ujrzałem oczami wyobraźni. Natomiast spośród tej kakofonii przyjaznych dźwięków docierało do moich uszu tajemnicze, pełne grozy trzeszczenie, jak jęk konarów drzew w czasie huraganu, jak złowrogi zgrzyt wyginanego żelastwa… I tylko gorąca, parna, wypełniona pyłem duszącym płuca, czarna otchłań wokół.

Wraz z wracającą świadomością zacząłem się zastanawiać — gdzie jestem, co się stało…? Półleżąc z podkulonymi nogami, wsparty o coś plecami, czułem w sobie ból, w całym ciele, od głowy po stopy. Tępy ból.

Poruszyłem nogami, z trudem uniosłem jedną rękę, zbliżyłem dłoń do twarzy, ale jej nie dostrzegłem. Wciąż widziałem jedynie ciemność, totalną ciemność i tylko kolorowe plamy wirujące w tej ciemności. Tak, jakbym nagle stracił wzrok.

Gdy tak z przerażeniem spoglądałem w tę ciemność przed sobą, słuchając otaczających mnie odgłosów, zacząłem rozumieć co się mogło stać. Uświadomiłem sobie to, gdzie jestem i co się wydarzyło. I w momencie, gdy to zrozumiałem, ta świadomość uderzyła mnie jak młotem. Jakaś niemoc zaczęła wypełniać mój umysł, serce biło coraz mocniej, oddech gwałtownie przyspieszał… Byłem przerażony i czułem wręcz wzbierającą we mnie panikę. Coś, poza pyłem, zapierało mi dech w płucach i ściskało wnętrzności aż do bólu. Wiedziałem co, znałem to uczucie od dawna — to był strach! Strach, który wypełniał każdą komórkę mojego ciała, każdy włosek na skórze i przestrzeń wokół mnie. Strach, który zazwyczaj zaglądał w oczy podświadomie, jako obawa przed tym, co mogło się w każdym momencie wydarzyć, rósł w momentach drastycznych, ale w tej chwili tkwił we mnie całą swoją obezwładniającą mocą. I nie bez przyczyny.

— Okej, tylko spokojnie… nic się nie stało… Żyję… żyję… — wmawiałem sobie w kolejnych minutach, ale to nie pomagało…

Bo stało się! Wiedziałem, gdzie jestem i domyślałem się już, co jeszcze może wydarzyć się za chwilę, za kilka chwil, może nieco później.

Udało mi się z jakiegoś uścisku uwolnić drugą rękę, dotknąłem obiema dłońmi twarzy. Była mokra, oblepiona szorstkim miałem i lepiącym się pyłem. Może krwią? Na mokrych i sklejonych, pełnych okruchów włosach nie miałem hełmu.

— Lampa! Gdzieś musi być moja lampa… — uzmysłowiłem sobie.

Lata obcowania z obawami, z tłumionym, podświadomym lub bardziej świadomym lękiem, pozwalały w takich momentach mojemu umysłowi przebijać się poprzez to obezwładniające uczucie i działać w miarę racjonalnie, intuicyjnie, wręcz instynktownie. Intuicyjnie podkuliłem nogi jeszcze mocniej, wcisnąłem się w ścianę za moimi plecami i przerażony czekałem. Czekałem… modląc się bezgłośnie.

— Jak trwoga, to do Boga… — przypomniały mi się słowa, powtarzane często przez mamę.

Tak, mama miała rację — jak trwoga to…! Czekałem więc i modliłem się, tak w sobie, w duchu, a w głowie kłębiły się złowrogie, chociaż racjonalne myśli. Czekałem przez długie kilkanaście minut, sekunda po sekundzie, minuta po minucie… Czekałem, ale przez ten czas nie zdarzyło się to, czego się panicznie obawiałem. Jeszcze się nie zdarzyło. Jedynie w oddali usłyszałem trzask, który na chwilę spotęgował mój strach do poziomu paniki i nagły, ostry świst powietrza wydobywającego się pod dużym ciśnieniem i zlewającego się z szumem wyimaginowanego wodospadu. Gdzieś tam, w oddali, w ciemnej otchłani tego piekła.

Po chwili, gdy oswoiłem się z nowym dźwiękiem, zagłuszającym inne odgłosy i zrozumiałem, że nie stanowi on zagrożenia, zacząłem dłońmi sprawdzać teren wokół siebie. Z lewej strony namacałem jakieś wystające żelastwo, ostre krawędzie i gruz wypełniający przestrzeń. Z prawej nie namacałem nic. Było tam trochę więcej przestrzeni, ale czułem przecież, że znajdowałem się w potrzasku. Wokół gruz, odłamki skalne, a z góry wciąż sypały się na mnie jakieś okruchy. Aż namacałem przewód wychodzący spod moich nóg. W plecy uwierał mnie zapewne akumulator lampy zawieszony na pasku przy moich biodrach. Jej głowica powinna być gdzieś na lewo, na drugim końcu przewodu, na wyciągnięcie ręki. Ale z lewej strony było gruzowisko, właśnie na wyciągnięcie ręki.

Czułem jeszcze, jak z ciemności przede mną napływa fala gorąca. Nie powietrze, tylko gorąca, parna masa, wdzierająca się do płuc i powodująca, że oblewały mnie strumienie potu. Wdychałem z chciwością tę gorącą masę, by zaczerpnąć jak najwięcej tlenu, którego zdawało się w tej parnej i zapylonej przestrzeni coraz bardziej brakować, ponieważ wentylator, wtłaczający do tego piekła powietrze, już dawno zamilkł. Na szczęście, pęknięty gdzieś nieopodal rurociąg powodował, że wydobywające się z niego powietrze dostarczało do tej parnej masy nieco tlenu.

Z biegiem czasu mój umysł coraz efektywniej uspokajał moje myśli, mój strach i przerażenie, które wciąż tkwiły we mnie.

— Strach, to jest się nie bać… — przypomniały mi się czyjeś słowa.

Wiedziałem już co się stało — to było tąpnięcie! Siedziałem akurat w skalnej wnęce, wsparty plecami o „felę” — kawałek deski — i jadłem kanapki przyrządzone mi przez moją dziewczynę przed moim wyjściem na nocną szychtę. Jeszcze nie skończyłem jeść, gdy przodowy podniósł się i pochylony spojrzał na mnie, świecąc mimowolnie w moją twarz lampą umocowaną na kasku.

— No, styknie tego dychania, pódźta, chopy, idymy… Robota sama się nie zrobi — powiedział, zagłuszany przez dalekie wycie wentylatora, gdzieś tam na przodku.

Powiesił swoją torbę z prowiantem obok pochłaniaczy, wyszedł z niskiej skalnej wnęki, rozprostowując plecy, po czym, oglądając się jeszcze za mną i dwoma kolegami siedzącymi obok, ruszył w dół czarnego chodnika. Koledzy po chwili wstali i poszli za nim.

Mieliśmy przytaszczyć do przodka reduktor od Grota i go wymienić. Z robotą musieliśmy zdążyć do rannej szychty, ponieważ przenośnik na rano miał być sprawny. Innej opcji nie było. Byłem na wynajęciu, to znaczy — mój sztygar wysłał mnie, zapewne złośliwie — jak zwykle — do pomocy innej kulunie, bo sztygarowi od ruchu przodków brakło ludzi do tachania ciężarów, a przecież swoich starych wyjadaczy do takiej roboty nie mógł dać. Robota może nienajgorsza, ale nie na swoim rejonie, tylko gdzieś na zadupiu, w jakimś chodniku i przodku, których nie znałem.

Nigdy nie lubiłem przodków. Nie było to przyjemne i bezpieczne miejsce, kilkaset metrów pod ziemią, gdzie kombajn „Alpina” z głośnym rumorem rył w węglowym pokładzie, aż drżał górotwór, spąg pod stopami i wszystko wokół, wzniecając tumany ciepłego i duszącego pyłu węglowego. Nieprzyjemnie warkotały i trzaskały metalicznym jazgotem napędy maszyn, nieopodal wył ogłuszająco wentylator i od czasu do czasu grzmiał złowrogo odprężający się górotwór. A przy tym miotający się ludzie, zlani potem, czarni od pyłu, targający na plecach ciężkie żelastwo, betoniki, ostrą, metalową siatkę zbrojeniową, drewniane kłody i wszystko to, co było w przodku potrzebne. Do tego nerwowy zazwyczaj i popędzający wszystkich sztygar. A to wszystko w gorącym, ciasnym, czarnym i zapylonym tunelu — chodniku — w którym ginęły świetlne smugi górniczych lampek, umocowanych na kaskach miotających się ludzi i zaledwie bladą poświatę rozsiewały zabrudzone lampy zawieszone nad napędami maszyn. Dlatego jadłem powoli, ponieważ nie byłem na swoim rejonie i mi nie zależało.

— Im wolniej jesz tym krócej pracujesz — mawiali co niektórzy, ale to się nie sprawdzało, robota była zawsze na wykon i tempo.

— Zrobić co trza i wydupiać z tej dziury — jak mawiali starzy wyjadacze.

Spakowałem resztę kanapek do torby i chciałem wstać, by pójść za przodowym i kolegami, i wtedy… Najpierw, przez ułamek sekundy usłyszałem jęk ściskanych z ogromną siłą metalowych obudów chodnika i drewnianych stempli, wspierających strop wnęki. W tej samej chwili, nim uzmysłowiłem sobie, że coś wokół mnie się dzieje, poczułem gwałtowne drżenie i usłyszałem zbliżający się poprzez górotwór grzmot… I w następnym ułamku sekundy nagły wstrząs, huk, trzask, niby potężny wybuch, ale odczuwany i słyszany jedynie poza znikającą świadomością, a może nawet podświadomie.

W takich sytuacjach organizm działał intuicyjnie, samozachowawczo. Człowiek kulił się i padał na zol. Tak, jakby to miało uchronić go przed złem. Ale przed tysiącem metrów górotworu nad głową, miotanymi wokół skałami i żelastwem nie było schronienia. Tu działało jedynie szczęście — albo się je miało, albo nie… Albo było się w złym miejscu i o złym czasie, albo nie. Nie wiem, czy zdążyłem zareagować w jakikolwiek sposób, to jednak nie miało znaczenia, ponieważ ułamek sekundy później musiałem stracić świadomość, rzucony potężną siłą na ścianę skalnej wnęki, w której siedziałem. Co mnie uratowało? Los? Szczęście? Bo to, że znajdowałem się akurat w złym miejscu i o złym czasie nie ulegało wątpliwości.

Zdawałem sobie coraz bardziej sprawę ze swojej sytuacji i nie wiem, czy mogłem bać się jeszcze bardziej. Serce wciąż waliło w mojej piersi na pograniczu paniki lub zawału, a przerażenie ściskało wnętrzności. Byłem w otchłani piekła, w czarnej dziurze, w potrzasku, prawie tysiąc metrów pod ziemią, na samym dnie i krańcu kopalnianych wyrobisk, jak mały robak, jak pyłek, bezradny, zależny od natury, zdany na łaskę szczęścia.

— Tu szczęście nie ma nic do tego — mawiał sztajger — tu trza mieć rozum i ślepia dookoła łeby.

Ale w tym jednym momencie, w tamtej sekundzie rozum również nie miał nic do tego, miałem to przysłowiowe głupie szczęście. Los był łaskawy. Przeżyłem. Jeszcze żyłem, chyba nawet byłem cały. Zastanawiałem się tylko, czy wyjdę z tego cało, żywy? Czy może… Nie wiedziałem, jak rozległe było tąpnięcie, co się stało z kolegami, czy ktoś i kiedy do mnie dotrze? I… czy zdążą?

— O szczęściu to będziesz mógł godać jak już ujrzysz światełko w tunelu, a potem niebo na wirchu.” — przypomniały mi się słowa, więc w pełni zdawałem sobie sprawę z tego, że moje szczęście było jeszcze daleko od tego miejsca, ode mnie.

Tym bardziej, że tu, w tych czeluściach podziemi Boga nie było, on tu swoją mocą nie sięgał, jego boska moc nie przebijała się przez setki metrów skały. I żadne modlitwy do niego stąd również nie docierały, były więc daremne. Tu bliżej było do piekła… To było piekło. Mimo to modliłem się o to szczęście, aby — skoro już miałem jego namiastkę w nieszczęściu — nie opuściło mnie w potrzebie do końca, do ujrzenia błękitu nieba na wirchu.

— Boże, nie opuszczaj mnie… pozwól mi przeżyć, a zrobię wszystko… i będę ci wierny na zawsze… — szeptałem do czarnej przestrzeni.

Tak, mama miała rację — jak trwoga, to do Boga — sprawdziło się.

Ponowne drżenie, wraz ze złowrogim, przeciągłym grzmotem przetoczyło się przez górotwór, poczułem je całym sobą. Gruz posypał się na mnie z większą intensywnością, tuż przede mną jęknęły złowrogo metalowe fragmenty obudowy, podtrzymujące jeszcze skały górotworu przed całkowitym zawaleniem. Zatrzeszczały, połamane zazwyczaj jak zapałeczki, drewniane stemple. Skuliłem się instynktownie, chociaż nie wiem, czy mogłem stać się jeszcze mniejszy, być mniejszym robakiem… Ponownie poczułem w płucach pył wypełniający moją przestrzeń. A gdy na powrót ucichło i nieco uspokoiła się moja roztrzęsiona świadomość, przestałem się bać, bać o siebie. Przypomniały mi się słowa górniczej piosenki:

A tam na wirchu słoneczko ćmi… Żona się krząta, a sziynekśpi…

— albo:

...synek się krząta, a żona śpi…

— jak czasem się śmialiśmy, siedząc przed szychtą na nadszybiu.

Ale tym razem nie było mi do śmiechu. To o moich bliskich, tam na wirchu właśnie, w naszym skromnym, małym, ale przytulnym mieszkanku na poddaszu, ogarnął mnie nagły strach. O dziecko… O „żonę” — moją dziewczynę. Ujrzałem w tych ciemnościach jej twarz, jej szczupłą postać, jak pochyla się nad łóżeczkiem i nuci cicho kołysankę, a jej lśniąco czarne włosy okalają jasną twarz. I zastanawiałem się niespokojnie: co ona, biedna, zrobi beze mnie, sama w obcym świecie, gdzie nie ma nikogo, tylko nieporadne dziecko? Jak sobie poradzi? I jak przeżyje przyniesioną jej z rana informację, że zostałem gdzieś tam, na dole, w czarnym chodniku, tysiąc metrów pod naszym familokiem? Może na zawsze?


*

Pewnego dnia, może miesiąc po tym, jak zamieszkała już ze mną i dzieckiem w moim skromnym mieszkanku na poddaszu familoka, a ja zacząłem mówić do niej — „żono” — stanęła naprzeciw i spojrzała na mnie spokojnymi, ciepłymi oczkami.

— A powiedz mi… bo jak ciebie nie było, byłeś w pracy, to zaczęły dzwonić szklanki w szafce i miałam wrażenie, że zatrząsł się cały dom. I to już któryś raz tak. Co to jest? Trzęsienie ziemi czy co? — pytała, patrząc na mnie spokojnie, nieświadoma.

A ja odpowiedziałem, tak bez zastanowienia, bez zrozumienia jej sytuacji, jej ewentualnych emocji:

— To tąpnięcie.

— Tąpnięcie? Czyli co? — jej oczka zrobiły się nieco większe.

— No… takie odprężenie górotworu. Zawał — tłumaczyłem. — To wtedy tam na dole zawala się gwałtownie jakiś fragment ściany albo jakiś chodnik, rozumiesz.

— Zawala? — jej oczy zrobiły się niespokojne.

— No tak… Może nie zawsze, ale czasami skały zaciskają jakiś tunel, wiesz, zgniatają wszystko co tam jest, maszyny, ludzi, wszystko — starałem się jej to zobrazować, ponieważ o kopalni nic jeszcze nie wiedziała.

— Jak to ludzi… — wyszeptała bladymi ustami.

Gdy ujrzałem jej twarz i nagły strach w oczach, zrozumiałem, jakie palnąłem głupstwo. Przecież o czymś takim nie mówi się najbliższym, oni nie powinni tak rozumieć tego, co czasami było odczuwalne na powierzchni. Teraz każdy wstrząs, każde dzwonienie szklanek będzie ją przerażać — uświadomiłem sobie, ale zbyt późno. Jak zwykle za późno. A potem ten strach w jej oczach widziałem każdego dnia, gdy wychodziłem na szychtę. Czułem, że od tamtej chwili wciąż się bała, chociaż starała się tego nie okazywać.

— Szczęść Boże — mówiłem zawsze, wychodząc z mieszkania po pożegnalnych uściskach.

— Szczęść Boże, kochany — odpowiadała, wpatrując się we mnie. — Uważaj na siebie w tym piekle i wracaj szczęśliwie. I pamiętaj, nie wchodź tam, gdzie się zawala — dodawała z troską.

Kiwałem jedynie na znak zgody głową. Cóż mogłem odpowiedzieć — że tam na dole tąpnięcie może zdarzyć się wszędzie, że tam nie ma miejsc całkowicie bezpiecznych? I, że tąpnięcie to tylko jedno z wielu zagrożeń? Na szczęście wtedy jeszcze niewiele wiedziała o kopalni.


*

Wczorajszego, niedzielnego wieczoru, obejmując mnie przy pożegnaniu wypowiedziała te same słowa. To już był nasz rytuał.

— Spokojnie, nie martw się, nie jest aż tak źle, jak to sobie wyobrażasz — chyba po raz pierwszy uspokajałem ją w ten sposób. — Ślepy los nade mną czuwa — dodałem tak, jakbym coś przeczuwał. — Szczęść Boże. Do jutra. I czekaj na mnie z cieplutkimi nóżkami.

Pocałowałem ją i wyszedłem, jak zwykle spokojny i jak zwykle z pewną obawą, gdzieś w głębi siebie, w podświadomości. A obawa ta objawiała się taką ledwie uchwytną, jak krótkie spięcie w mózgu, myślą — a może było to wasze ostatnie pożegnanie?

Jednak już chwilę później, biegnąc do tramwaju myślałem o jutrzejszym poranku, o tym jak wrócę do naszego małego mieszkanka. Tak, jak było to od chwili, gdy ze mną zamieszkała, ucałuję najpierw śpiące dziecko, a potem wskoczę do ciepłej pościeli, zacznę całować jej słodkie, miękkie usta i twarde sutki, w dłoniach zamknę krągłe, delikatne piersi, zagłębię się w nią, gorącą i dysząc z podniecenia pogrążymy nasze ciała w namiętnym, zwariowanym tańcu, unosząc się ponad nasz familok, ponad chmury, aż sięgniemy nieba i boskiej rozkoszy, która wciąż była tak samo nieokiełznana, jak za pierwszym razem.

Natomiast z każdą kolejną minutą w drodze do pracy za tymi obrazami wyobraźni pojawiał się we mnie skryty niepokój, objawiający się uciskiem w płucach. Obawa przed tym, co było przede mną, przed nieznanym, przed tym, co będę na tej szychcie robił, w jakich warunkach i co może się wydarzyć. Obawa przed niepewnością, taki cichy, podświadomy lęk, ponieważ zdawałem sobie sprawę z tego, że tam na dole może zdarzyć się wszystko. Z kolei, gdy wchodziłem już do dusznej, cuchnącej szatni, zdejmowałem z siebie czystą odzież, wieszając ją w worku na haku, ubierałem przepoconą i brudną odzież roboczą, a potem pobierałem butelki z wodą, swoją lampę, pochłaniacz oraz znaczek identyfikacyjny i zasiadałem pomiędzy kolegami na nadszybiu, czekając na sztygara — to wszystko, co było gdzieś tam we mnie, mijało. Stawałem się górnikiem pomiędzy górnikami — zwykłymi, prostymi, szarymi ludźmi.

Patrzyłem codziennie na te same twarze, słuchałem ich żartów, krótkich opowieści o rodzinie lub dyskusji o ostatnich wydarzeniach w kraju i uświadamiałem sobie, że oto patrzę na cichych bohaterów, zwykłych, ale niesamowitych ludzi, którzy żartując i śmiejąc się, zdawali się nie przejmować tym, że codziennie balansują na granicy życia i śmierci. Z czasem zrozumiałem, że te krótkie dyskusje, głośnie żarty i śmiech miały swoją przyczynę — zagłuszały w każdym z nas podświadomy niepokój.

A potem była jeszcze chwila zadumy w pędzącej na dół szoli, gdy zdawałem sobie sprawę, że oto zagłębiam się w czeluście Ziemi, w głęboką otchłań, gdzie człowiek jest zdany na łaskę natury i własną zaradność. Gdzie nie ma blasku słońca, błękitu nieba, chmur i gwiazd, a jest tylko ciemność, niepewność i zadanie do wykonania.

Natomiast już tam, na dole, po wyjściu z szoli ogarniała mnie dziwna świadomość, że oto jestem w miejscu, które od pewnego czasu było moim nowym światem, wyizolowanym, niepowtarzalnym, strasznym, innym od wszystkich innych miejsc i światów. Moją nową rzeczywistością, w której nie każdy mógł się znaleźć, a w której znalazłem się z własnego wyboru.


*

Miałem już tę świadomość, że dzisiejszej, feralnej nocy musiało żonę obudzić dzwonienie szklanek w szafce, co na pewno ją przeraziło, ponieważ ja — jej mężczyzna i opiekun — byłem w tym momencie tu, na dole, pod ziemią, w tym piekle, gdzie odprężał się górotwór i coś się zawalało. Akurat w tym miejscu, w tym chodniku, gdzieś pod naszym starym familokiem.

Coś przede mną pękło z trzaskiem, przerywając moje myśli. Rozległ się jęk skrzypiącej stali, rumor opadającego skalnego gruzu i nagle okruchy skalne dosięgły moich stóp. Wraz z tymi odgłosami serce skoczyło mi do gardła, krew o mało nie rozsadziła żył, coś ścisnęło żołądek. Strach ponownie wypełnił każdą komórkę mojego ciała. Miałem wrażenie, że zbiera mi się na wymioty. Bum bum, bum bum… dudniło w mojej piersi i żyłach. Moja przestrzeń, w której jeszcze trwałem, zawęziła się gwałtownie. Na jak długo? Ile jeszcze wytrzyma osłaniające mnie żelastwo, chroniąc moje życie?

— Boże… Boże… nie opuszczaj mnie w potrzebie — szeptałem w modlitwie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Byłem przerażony, tym bardziej, że nic nie widziałem. Nie wiedziałem, co mam przed sobą i obok siebie. Widziała to jedynie moja wyobraźnia. Siedziałem w skalnej wnęce, a przede mną miejsce dotychczasowego, podziemnego chodnika zajęło zwalisko skał i żelastwa. Tak to musiało wyglądać. Ta skalna wnęka, która mnie ocaliła, wciąż jeszcze osłaniała mnie przed… Bałem się tego słowa, nawet w swoich myślach, ale czy mogłem bać się jeszcze bardziej? Czy w mojej sytuacji istniało słowo, które mogło przerazić mnie skuteczniej?

Śmierć…

— Ile mnie jeszcze od niej dzieli? — zastanawiałem się mimowolnie, czując jej oddech w pobliżu.

Tak, śmierć tym razem chybiła celu, ale wciąż była tuż obok mnie, czatowała i czekała: kto będzie szybszy — ona czy… ratownicy.

Wyprostowałem drętwiejące nogi. Mogłem je prawie całkowicie wyprostować, nim poczułem pod stopami granicę przestrzeni mojego kruchego życia. Szarpnąłem za kabel od lampy, namacałem dłońmi to, co blokowało jej głowicę, próbując po omacku wydostać z uwięzi. Udało się. Przekręciłem włącznik… Błysk mnie oślepił.

Po pewnym czasie otworzyłem oczy i skierowałem wzrok, i strumień światła w lewo, tam gdzie do niedawna siedział przodowy i dwóch kolegów. To, co zobaczyłem mnie przeraziło. Dotychczasową skalną wnękę wypełniały fragmenty stalowej obudowy, odłamki skał i węgla, z których sterczały połamane drewniane stemple, podpierające do niedawna jej strop. Serce mi zamarło. Zaledwie kilka minut dzieliło przodowego i kolegów od pewnej śmierci… Ale, czy przeżyli będąc tam, gdzie byli te kilka minut później? Jakież przeczucie sprawiło, że przodowy nagle wstał i opuścił to miejsce, ciągnąc za sobą obu chłopaków? A jakie przeczucie zatrzymało w tym miejscu mnie? Co sprawiło, że usiadłem akurat tu, a nie obok? Przecież nic nie przeczuwałem, poza pewną obawą odczuwaną podświadomie na każdej szychcie. Nic…

Przeczucia… Przeczucia są ślepe… Tak, jak życiowe wybory, jak ślepy los, który mną kierował, czasami bez względu na moje wybory. Bez względu na plany. Dlatego od pewnego już czasu mój plan brzmiał zawsze bardzo prosto — a niech się dzieje, co ma być, jakoś to będzie… Prostota tego planu ułatwiała mi funkcjonowanie. I ten los właśnie doprowadził mnie aż tu, na samo dno, do bram piekła.

I nagle zacząłem się zastanawiać, nie po raz pierwszy — co ja tu robię, tu, tysiąc metrów pod ziemią, w tym potrzasku, na granicy życia i śmierci? Czy mój Los zaprowadził mnie w to miejsce, na samo dno, za moje niepopełnione grzechy? Czy to ma być mój kres? Koniec drogi?

— Co się odwlecze, to nie uciecze — jak mawiała moja babcia.

Tak, mój koniec mógł nastąpić już wiele lat temu, pewnego majowego dnia, wtedy, gdy pełen złych emocji, targany bólem po niespełnionej miłości i zdradzie, na złość dziewczynie chciałem zrobić coś zwariowanego, czegoś spróbować, coś sobie udowodnić, nie wiedząc do końca — co — i mając w zamiarze wykonanie czegoś niemożliwego odepchnąłem się od drewnianego mostku i wskoczyłem do zimnej wody jeziora…

II. ANTIDOTUM

Ogarnęła mnie ciemność i dziwna cisza… Pod stopami poczułem piaszczyste dno… W tym momencie nagły chłód, który milionem igieł wbił się w moje ciało, mnie otrzeźwił, wyrwał z otępienia i przywrócił trzeźwość myśli.

— Co ty robisz! — wrzasnęła moja świadomość, przerażona.

Kilka sekund później, dygocąc z zimna, biegłem po chłodnym piasku, obok drzew, pomiędzy którymi minionego lata leżało ciało Mirki, wystawione na gorące promienie słońca, a kropelki jej potu wsiąkały w ten piasek. Biegłem, aż dopadłem do swojej Syrenki. Otrzeźwiałem.

— A jednak się odważyłem — roztrząsałem w sobie to, co zrobiłem — skoczyłem do zimnej wody, nie wiedząc nawet na co się porywam.

I nawet przed samym sobą bałem się przyznać, że zrobiłem coś, co nie miało żadnego sensu. Mimo to ból w piersi, ból oszukanego i porzuconego chłopaka, pozostał.

Nie pojechałem na praktyki, które rozpoczynały się tego dnia w jednym z pobliskich zakładów „ERG”. Wróciłem do domu, aby choć trochę uspokoić złe emocje i raz jeszcze wszystko przemyśleć. Żyłem, pomimo, że straciłem chęć do życia. Nie miałem już zamiaru kolejny raz balansować na jego granicy, ale musiałem coś zrobić, aby stłumić to bolesne uczucie w sobie. Szukałem dróg wyjścia, wciąż przed oczami mając postać Mirki — gdy szła do mnie w swoim dżinsowym stroju, uśmiechając się z daleka, z grzywą czarnych włosów rozwianych na wietrze… Albo, jak stała w drzwiach łazienki prawie naga, a ja wpatrywałem się w jej białe, kształtne piersi, w dziewczęce kształty… Albo, gdy stała w wodzie zanurzona po uda, a wszyscy wokół wlepiali w nią oczy. I gdy leżała naga w pościeli, a ja zachwycałem się widokiem jej ciała… Ale też ukazywał mi się obraz, gdy szła wzdłuż czerwonego muru, ubrana w jasny płaszcz, na którym czarną plamą rozlewały się jej włosy. Odchodziła, pozostawiając mnie z parą zakochanych — ułana obejmującego dziewczynę — stojących na ceglanym, czerwonym murze, jak nad przepaścią. I wciąż miałem wrażenie, że również stanąłem nad przepaścią.

Wyjście miałem tylko jedno — musiałem zapomnieć — ale o Mirce nie można było zapomnieć ot tak, z dnia na dzień. Ona potrafiła wgryźć się w pamięć, w mózg i zakodować na zawsze tak, jak przed laty obraz mojej dalekiej kuzynki i moje emocje związane z odkrywaniem tajemnic jej dziewczęcego ciała. Zatem musiałem zrobić to, o czym kiedyś z chłopakami rozmawialiśmy, szukając antidotum na bolesną miłość.

— Na największe smutki najlepsze wino, muzyka i śpiew! — wołaliśmy wtedy do otaczającego nas świata.

— I dziewczyny! — dodawałem, gdy jeszcze nie miałem z dziewczynami większych problemów. — Trzeba szaleć, chłopaki, póki czas i brać życie pełnymi garściami!

Po moim skoku do wody rozchorowałem się i przez pierwszy tydzień męczyłem się w domu ze swoim samopoczuciem i gorzkimi myślami. Gdy wyzdrowiałem, jeździłem codziennie Syrenką do zakładu na praktyki, a po południu, w poszukiwaniu rozrywki i zapomnienia jechałem z Witkiem i Zbychem do Romka. Tam popijaliśmy wino, gadając o bzdetach i dupie Maryny, po czym rozluźniony wracałem do domu.

Aby zapomnieć musiałem rzucić się w wir życia, bawić się, szaleć z dziewczynami, tarmosić je i dobierać się do każdej napotkanej na swej drodze, jak twierdzili koledzy. Tylko jak miałem szaleć, jak rzucać się w wir życia, skoro rzeczywistość wokół była taka szara i blada? Jak tarmosić się z każdą napotkaną dziewczyną, skoro w głowie miałam wciąż ten sam obraz, jak wzorzec, do którego mało która dziewczyna pasowała? Zatem w ramach antidotum rzuciłem się w wir życia na tyle, na ile było to możliwe — jeździłem z chłopakami na każdą okoliczną zabawę, a na każdej takiej zabawie było wino, muzyka i śpiew…

— Życie jest piękne, chłopaki, trzeba szaleć i używać na całego, póki czas! — wołałem wciąż, chociaż w sobie czułem zupełnie coś innego.

Piłem więc z chłopakami wino, czasami tańczyłem z przypadkowymi dziewczynami, które potem całowałem w ciemności, bo tak wypadało i tego ode mnie oczekiwały, po czym wracałem do domu. Robiłem co mogłem, aby rzucić się w wir życia bez zmartwień, bez problemów, które bolały, ale zawsze następował ten moment, gdy trzeźwiałem i zostawałem sam. Sam ze swoimi myślami, przez które przedzierał się, jak przez mgłę, blask tamtych dni z Mirką. Dziwne w tym wszystkim było jedynie to, że dopóki byłem z Mirką, ciągnęło mnie również do innych dziewczyn, które wyzwalały we mnie niezrozumiałe emocje: Karolina, Iwona, Ola… A teraz… Teraz wszystko się zmieniło. Nie czułem potrzeby szukania innej dziewczyny.

Robiłem, co mogłem, ale nie potrafiłem Mirki zapomnieć, ani przestać o niej myśleć. Zadawałem więc swemu sercu gwałt, starając się zabić w nim to uczucie miłości, tęsknoty i zawodu. Musiałem zniszczyć w sobie wszystko to, co dawało mi powód do myślenia o niej. Wmawiałem sobie, że była nic nie warta, że o takiej, jak ona nie warto nawet myśleć… Oskarżałem ją, winiłem za wszystko, za ból zawodu i rozczarowania, a jednak, niestety, wciąż ją kochałem. Wmawiam sobie, że to nieprawda… ale to nie pomagało. Wciąż dręczyła mnie świadomość, że byłem oszukiwany, a to bolało najbardziej. I bolało również to, że nie zasmakowałem z nią pełni cielesnej rozkoszy, że nie zagłębiłem się w nią, pełen szalejących zmysłów, że nie połączyły się nasze roztrzęsione ciała, że jej nie zdobyłem i… nie przeleciałem. A zrobił to ktoś inny.


*

Rodzice rozchorowali się na dobre. Tato miał problemy z kręgosłupem i jak się okazało, również z sercem. Mamy chorób nikt przy mnie nie nazwał, ale również nie mogła ciężko pracować. Pozostało jej jedynie pilnowanie kurek i kaczuszek, jak sama mówiła, śmiejąc się z tego faktu. Zatem decyzja zapadła… I wtedy stanąłem nagle przed życiowym dylematem, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Przed kolejnym istotnym wyborem, który miał zaważyć na moim dalszym losie, ale pochłonięty własnymi troskami nie przywiązywałem do tego wyboru większego znaczenia.

Pewnego niedzielnego popołudnia, trochę skacowany po sobocie, w obecności siostry i brata dostałem do podpisania dokument. Od mojej decyzji, od jednego podpisu zależało, czy przejmę po rodzicach ziemię i gospodarstwo czy też nasze hektary, użyźnione wylanym w tę ziemię potem dziadków, rodziców, rodzeństwa i moim, pójdą w obce ręce.

— Zastanów się dobrze — mówił brat. — To decyzja na całe życie i nie da się jej odwrócić.

— Nie mam się nad czym zastanawiać — odparłem bez chwili namysłu, dręczony bólem głowy po sobotniej imprezie. — Wy zrezygnowaliście i mnie się też nie marzy orka na roli. To nie dla mnie, chcę mieć święty spokój, a nie być niewolnikiem ziemi i pogody. Martwić się, czy mi urośnie czy nie.

— My już mamy swoją pracę i własne życie — tłumaczyła siostra — więc trudno nam teraz coś nagle zmieniać, ale ty masz wybór. Wszystko jest jeszcze przed tobą, ale jak już wybierzesz, to trudno będzie to zmienić.

— Jak wybierze, to potem już nic się nie da zmienić — dodawał brat. — To droga jednokierunkowa, nie ma zawracania — wyjaśniał, jak na kierowcę autobusu przystało. — Zastanów się dobrze. Coś mówiłeś o foliach i pomidorach, zdaje się — powstrzymywał mnie przed nieprzemyślaną decyzją.

Nie musiałem i nie miałem zamiaru się zastanawiać. Miałem w sobie większy problem, który mnie gnębił.

— Nie chcę gospodarki, ziemi i folii — odparłem opryskliwie i swoim podpisem zrezygnowałem z prawa do przejęcia ziemi po rodzicach.

Tej ziemi i tej łąki, z której w wyobraźni mogłem zaglądać do okien Mirki, widocznych w odległym bloku za górą, za lasem. Ale to już nie miało żadnego znaczenia.


*

Nieco wcześniej, gdy ze świadectwem w ręku wszedłem do domu, zauważyłem leżącą na kredensie kopertę. Była adresowana do mnie, bez nadawcy.

Cześć pijaku z innej bajki. Długo się zastanawiałam, czy napisać do ciebie. Ale lepiej do ciebie niż do tamtego idioty. Nie wiem, czy wiesz, ale on chyba już narobił w pory ze strachu, a do mnie się nie odezwał. Gdyby się odezwał wiedziałby o wszystkim wcześniej, a tak to niech ma za swoje. Przekaż mu (idiocie Mirkowi, twojemu koledze), że może się nie bać. Nie byłam i nie jestem w ciąży, i nie mam jego bachora. To była dla niego kara za chamstwo. Ale ty, kurcze, nie okazałeś się lepszy. Zostawiłeś mnie jemu na pożarcie, bo wolałeś wino i kolesiów. Widocznie nie byłam aż tak ważna. Dużo straciłeś. I żebyś nie myślał, że poszłam sobie z tym idiotą, to wiedz, że tylko on był w stanie mi pomóc. Szukałam cię, chciałam postawić na nogi i spędzić z tobą tę noc, ale on mnie oszukał i po chamsku wykorzystał… Nie szukaj mnie, nie odpisuj. Iwona.

PS. Nie uczę się fryzjerstwa, ale znalazłam kiedyś ogłoszenie i chodzę na kursy kroju i szycia, i to jest całkiem fajne, to lubię. To tyle twoich zasług. Ja chyba nauczyłam cię dużo więcej, bo byłeś jeszcze trochę cienki w tych sprawach, ale przynajmniej się starałeś. To jesteśmy kwita.

PS. PS. Ale, tak na marginesie, to jednak fajnie było. Jesteś naprawdę z innej bajki. Szkoda tylko, że nie uwierzyłeś w moją bajkę. Żegnaj pijaku…

To było zupełne zaskoczenie — Iwona jednak napisała i, jak się okazuje, nie była w ciąży, jedynie postraszyła Mirka.

— I bardzo dobrze, niech ma za swoje — pomyślałem z satysfakcją o koledze.

Ucieszyło mnie jeszcze to, że zdecydowała się zmienić zawód — dzięki mojej perswazji. Natomiast zbulwersowała mnie jej opinia na mój temat.

— Ja byłem cienki? Wielce doświadczona się znalazła — wyrzucałem jej w myślach.

Jednak, gdy wieczorem przeczytałem list po raz kolejny i przypomniałem sobie jej nagą postać, jej złoto-blond włoski i dotyk muszelki na mojej dłoni, przyznałem jej rację. Przecież to był mój pierwszy raz i pomimo, że się starałem, to może czegoś w moim działaniu zabrakło? Może mogłem zrobić coś lepiej, a ona oczekiwała czegoś więcej, inaczej?

— A niech tam, niech jej będzie — pomyślałem.

To przecież dzięki niej poznałem smak seksu, smak nagiego, dziewczęcego ciała, a tego zapomnieć się nie da. Jednakże, gdzieś w mojej podświadomości zakodowała się ta myśl, że nie byłem w tym dobry. Przecież z Mirką pamiętnej, andrzejkowej nocy również wszystko poszło nie tak, jak chciałem. I to Mirka była wtedy zbulwersowana i zaskoczona, ponieważ to było, jak sądzę, jej pierwsze takie doświadczenie, a mi było głupio i wstyd. I miałem poczucie, że zawiodłem w tak ważnym momencie, wtedy, gdy powinienem się wykazać — jak uświadamiała mnie Iwona.

I zastanawiało mnie jeszcze jedno — czyżby właśnie ta noc była powodem tego, że Mirka zaczęła się ode mnie oddalać, pomimo, że wciąż jeszcze była ze mną? A z czasem wręcz wmówiłem sobie, że tak właśnie było — zawiodłem, gdy powinienem się wykazać. Być może ktoś inny zrobił jej lepiej koło… — jak mówili koledzy — i stało się. Nie mogłem w to uwierzyć, ale to właśnie mogło być powodem jej odejścia. Świadomość tego tym bardziej bolała i męczyła moją psychikę.


*

Mijały gorące, lipcowe dni, a ja wciąż jeszcze myślałem o Mirce, zatruwałem sobie życie i dręczyłem sam siebie. Rodzina, a nawet niektórzy znajomi przyglądali mi się z boku, kręcili głowami, coś dogadywali na temat ciągłych zabaw, picia alkoholu i mojego dziwnego zachowania. Pytali, co się dzieje, ale nie odpowiadałem, miałem wszystko gdzieś.

— Czyżbym już zwariował? — zastanawiałem się sam nad sobą z pewnym przerażeniem, ponieważ pod wpływem tych uwag zaczynało docierać do mnie, że to, co się ze mną działo, to był jakiś obłęd.

Miałem świadomość, że Mirka już nie wróci, ale wciąż jeszcze tliła się we mnie ta iskierka naiwnej nadziei. Męczyła mnie samotność i tęsknota, jak w każde wakacje, ale tym razem na te emocje nie pomagały nawet posiadówki u Romka, zabawy w gronie kolegów, ani tańce i pocałunki z przypadkowymi dziewczynami. Zdawało się mi nic nie pomagać: ani wino, ani muzyka, ani śpiew…

Kiedyś z kolegami doszliśmy do odkrywczego wniosku, że jest jeszcze jedno antidotum na nieszczęśliwą miłość — zakochać się w innej szalonej dziewczynie. Ta idea była ostatnią szansą na wyzwolenie się z bólu, ale w mojej sytuacji stało się to również niemożliwe — przed kolejną miłością postanowiłem się bronić. Walcząc ze swoimi emocjami uzmysławiałem sobie, że zapewne jeszcze nie raz zaznam takiego zawodu, dlatego w przyszłości, aby mniej bolało, powinienem być na to przygotowany. Postanowiłem więc uczyć się samoobrony przed miłością, a może nawet przed jakimkolwiek uczuciem, starając się zakorzenić w sobie obojętność i chłód w relacjach z dziewczynami. Równocześnie bałem się, że gdy mi się to uda, zostanę bez ducha, bez serca, bez uczuć, zimny, obojętny, zamknięty w sobie, nieprzystępny.

— A może tak właśnie trzeba? — rozważałem w sobie. Zawracać w głowie wszystkim napotkanym dziewczynom, tarmosić je, pchać im ręce w majtki, skoro to lubią — jak twierdzili koledzy — nie angażując się emocjonalnie? Ale, czy to jest możliwe? Z czasem przekonałem się, że z pewnymi dziewczynami jest to możliwe.

Jeszcze przed żniwami, gdy wspomnienie nagiej Mirki, jak też pikantnych zabaw z Iwoną, doskwierało moim zmysłom, trafiłem na dziewczynę, która okazała się być po prostu bezproblemowa. Była obca, chociaż znała dobrze Romka i Witka, i to z nimi przyszła na naszą zabawę. Była niebrzydka, wszystko miała na swoim miejscu, spoglądała na mnie ciekawie, więc w pewnym momencie, nie mając innego wyboru, porwałem ją do tańca, pomimo, że to koledzy się do niej ślinili. Prawdę mówiąc, to miałem wielką ochotę na dziewczynę Antka, która wtedy po raz pierwszy pokazała się na zabawie w naszej wsi, ale była, niestety, niedostępna, pomimo, że kilka razy obdarzyła mnie ujmującym spojrzeniem i uśmiechem. Antek i Mirek pilnowali jej i nie odstępowali na krok. Natomiast znajomej Romka nie musiałem podrywać i o nią zabiegać, więc wszystko było proste.

W tańcu dziewczyna spoglądała na mnie, milcząc, trochę się uśmiechała, czasami mocniej przytulała, a ja zachowywałem się dokładnie tak, jak ona, zerkając na nią obojętnie. Przez pół nocy zamieniliśmy jedynie kilka słów.

— Co się cięgiem nie odzywasz? — zarzuciła mi w pewnym momencie. — No, co nic nie mówisz? — spytała ponownie, gdy nie odpowiedziałem. — Nie chcesz ze mną gadać czy jak?

— Nie lubię rozmawiać — wyjaśniłem. — Wolę tańczyć.

— Aaa, rozumiem, jesteś widać nieśmiały — odparła i dała mi spokój.

Zaraz po północy, gdy wino już na nas obojga trochę działało, zaproponowałem abyśmy się przeszli. Miałem cichą nadzieję, że uda mi się wytarmosić jej cycki, ponieważ podobały mi się te jej wypukłości widoczne w głębokim dekolcie.

— No dobra, jak chcesz — zgodziła się i poszliśmy na długi spacer, wciąż milcząc, ponieważ nie miałem ochoty zabawiać jej rozmową.

Jednak w pewnym momencie, mając świadomość, że w ramach antidotom powinienem coś zrobić, i aby nie pomyślała sobie, że jestem fajtłapa, zastąpiłem jej drogę i bez zastanowienia zacząłem całować, czując w ustach nieprzyjemny posmak papierosów, które paliła. Nie opierała się, a gdy przestałem, spojrzała na mnie zadowolona.

— A myślałam już, że to stracona noc, bo jesteś nieśmiały — stwierdziła, po czym to ona zaczęła mnie całować, wpijając się w moje wargi i buszując po nich językiem.

Nie wyzwalało to we mnie wyjątkowych emocji, za to w tym czasie mogłem powoli dobierać się do jej biustu. Gdy już moja dłoń zbłądziła pod jej stanikiem, dziewczyna odsunęła się nagle i pociągnęła mnie w stronę złocistego łanu zboża rosnącego przy drodze.

— Ale teraz to chyba się mnie nie boisz, co? — spytała z pewną ironią w głosie.

Gdy już stanęliśmy pośród złocistego łanu i zaczęliśmy się ponownie całować, jej dłonie zajęły się niespodziewanie moim paskiem od spodni, guzikiem i zamkiem. Tak, jak kiedyś dłonie Iwony. Nawet zastanowiłem się wtedy, czy to wszystkie dziewczyny tak robią, zakładając, że my to lubimy? Czy też się nawzajem instruują, tak jak my z tym pchaniem rąk w majtki? Gdy z pewnym napięciem i obawą czekałem na to, co się dalej stanie, dziewczyna odsunęła się, zdjęła swoje czarne majtki i ściskając je w dłoni położyła się na wydeptanym zbożu, wpatrując we mnie. Tak, jak kiedyś…

— No chodź, szybko… Nie bój się — zakomunikowała cicho, podciągając nieznacznie sukienkę.

Trochę się tego obawiałem, nie byłem pewny, czy mój organizm zadziała, bo przecież dziewczyny nie pragnąłem, ale… Nie szukałem oczami jej złotych lub czarnych włosków, znaczących tajemnicę jej ciała, którą powinienem pragnąć ujrzeć i dotknąć, ale też nie czekałem na kolejne zachęty. A gdy już znalazłem się pomiędzy jej udami i wyłuskałem spod stanika całkiem fajne, jędrne piersi, długo je tarmosząc i całując, czekając przy tym na przypływ podniecenia, usłyszałem kolejną krótką zachętę:

— No, to działaj, szybko i możesz do końca.

Ale z tym miałem mały problem.

— Czekaj, pomogę ci, bo się spiąłeś, widzę — usłyszałem jej ponowny głos, gdy przez dłuższy czas próbowałem podjąć działanie, ale wciąż coś było nie tak.

I wtedy poczułem jej dłonie na swojej męskości, które zaczęły swoją grę, powodując nieznaną eksplozję moich doznań. Dziewczyna wiedziała co robi, więc już po chwili reszta działa się sama. Jednak, ku mojemu zaskoczeniu, nie było szybko. Było fizycznie, bez większych emocji, bez szaleństwa zmysłów, nawet bez głośnego pojękiwania dziewczyny. Chciałem szybko, by mieć to z głowy, ale wciąż mi czegoś brakowało, więc galopowałem i galopowałem…

— Kończ już… — wyszeptała, dysząc głośno, gdy już od dłuższego czasu męczyłem się nad nią, próbując dobrnąć do mety.

Wydała głośniejszy jęk dopiero w momencie, gdy mocno się w niej zaparłem, do końca — tak, jak chciała — szukając większej dawki przyjemności, która przez chwilę mną zawładnęła. I tyle. Jednak po wszystkim miałem w sobie tę satysfakcję z tego, że ją dopadłem.

— Długodystansowiec z ciebie — podsumowała moje działania, ubierając majtki.

Ten epizod spowodował, że zrozumiałem, dlaczego uprawianie seksu ma tyle synonimów. Uświadomiłem sobie, że nie kochałem się z tą dziewczyną, nawet chyba nie uprawialiśmy gorącego seksu. Po prostu dymaliśmy się wzajemnie, bez namiętnych westchnień i pojękiwań, bez czułości i gry zmysłów, dążąc jedynie do chwili przyjemności, ukojenia napiętych zmysłów i odprężenia ciał.

Spotkaliśmy się ponownie, całkiem przypadkowo, na chacie w Białym Borze, dokąd pojechałem z Romkiem i Witkiem, i z cichą nadzieją na spotkanie dziewczyny Antka, której jednak nie spotkałem. Poszedłem więc z nimi do Sabiny, gdzie w zamian spotkałem tę dziewczynę z zabawy. Wypiliśmy trochę wina, a potem znaleźliśmy się w stodółce na sianie. Gdy zaległem pomiędzy jej udami, zakomunikowała mi tak, jakby przeczytała instrukcję obsługi jakiegoś urządzenia:

— Tylko dzisiaj nie tak długo, wiesz, i musisz wyskoczyć. Tylko żebyś zdążył, no bo wiesz…

Na szczęście wiedziałem już co to znaczy, że muszę wyskoczyć… Rozmawialiśmy o tym z chłopakami nie raz, instruując się nawzajem. Dla mnie to wyskakiwanie było trochę głupie, ale innego sposobu nie było.

Tym razem było trochę głębokich westchnień dziewczyny, paznokci na skórze moich pleców i więcej pojękiwań. Być może dlatego, że w drugim krańcu stodółki pojękiwała głośno Sabina, którą tarmosił Romek, co znacznie podnosiło atmosferę tamtej chwili, a ja postanowiłem się wykazać, mając w pamięci instrukcje Iwony: na początku powoli… Było jednak… szybko. W pewnym momencie, wnioskując chyba po moim przyspieszonym nagle galopie i głośniejszym oddechu, dziewczyna odepchnęła mnie od siebie, angażując w dalsze działania swoją ciepłą dłoń. I było to zaskakujące doznanie, chociaż nie tak ekscytujące, jak z Iwoną.

Po wszystkim zadała mi nieoczekiwane pytanie:

— Słuchaj, szukasz może dziewczyny?

— Nic nie zgubiłem, więc niczego nie szukam — odparłem obojętnie, wiedząc do czego zmierza.

— Nie, to nie — podsumowała moją odpowiedź, a mimo to zapraszała mnie na kolejny seans na sianie, jednak nie miałem więcej okazji, by zawitać do jej stodółki.


*

Gdy późnym popołudniem stanąłem przed Gospodą w Płużanach, rozglądając się za kolegami, festyn trwał w najlepsze. Teren wokół tętnił już życiem. Biało-czerwone flagi i transparenty z tymi samymi, jak co roku, hasłami, rywalizowały z zielenią parkowych drzew. Rozbrzmiewała muzyka zmieszana z gwarem rozmów, krzyków i śmiechu. Lipcowe, jasne słońce kładło się swym gorącym blaskiem na wszystkim wokół, zmuszając większość imprezowiczów do szukania cienia w parku. Nad wejściem do Gospody dostrzegłem jednak pewną nowość — czerwony transparent z białymi literami: „Socjalizm tak, wypaczenia nie.”

W Gospodzie kłębił się tłum. Tym razem w ten świąteczny dzień cały lokal był do dyspozycji ludu, lokalna władza najwidoczniej zrezygnowała ze wspólnego biesiadowania. Najpierw stanąłem w kolejce za piwem, przyglądając się ludziom i mimowolnie nasłuchując rozmów.

— Mówię ci, że Gierek jest w porządku. Sam zobacz, górnik, chłop z ludu, wie co to ciężka robota. Nie wziął się znikąd, nie przywieźli go w teczce z Moskwy.

— No tak, ale to, co on robi…

— A co robi, człowieku… Sam zobacz, trzyma z zachodem, ma od nich te… technologie, buduje, rozwija i o to chodzi, człowieku. Co ty chcesz jeszcze… A zniesienie obowiązkowych dostaw, a renty rolnicze, to kto? On właśnie.

— No tak, ale rok siedemdziesiąty szósty, to co? To jego sprawka przecież.

— A tam, gadanie… To rząd, Jaroszewicz… Czekaj, Gierek z nimi wszystkimi zrobi jeszcze porządek, sam zobaczysz, mówię ci…

Dziwiły mnie takie rozmówki zasłyszane czasami pomiędzy sąsiadami, a nawet w domu. Opinie o polityce wyrażane przez ludzi, którzy się na tej polityce nie znali. Opinie, które niczego nie wnosiły i nic nie zmieniały. Taka była nasza rzeczywistość i tyle, nic nam do tego. Nawet Hubert, kolega z klasy, gdy kiedyś na lekcji polskiego wyskoczył z tą sprawiedliwością społeczną, został przez panią zgaszony, bo taka dyskusja do niczego nie prowadziła. Daremna gadka, tak już jest i tyle — po raz pierwszy chyba roztrząsałem w sobie polityczne aspekty zasłyszanych rozmów. Ale też przypominały mi się czasami zwierzenia Oli i jej dziwne poglądy na temat rzeczywistości w naszym kraju. Rzeczywistości, która dotykała jej rodzinę i przez to Olę bulwersowała, a mnie zaskakiwała, ponieważ — jak dotąd — wciąż jej wokół siebie nie dostrzegałem. Było po prostu tak, jak było i tyle.

Z kuflem piwa w ręku stanąłem na schodach Gospody, szukając oczami znajomych twarzy i zastanawiając się nad planem na ten wieczór. A plan miałem prosty — spotkać się z Karoliną, wciągnąć ją do szczerej rozmowy i powiedzieć jej wprost, że pomimo, iż między nami nic nie było, to wiele jeszcze może się zdarzyć, i że nadszedł właśnie ten czas, aby się zdarzyło. Powinna zrozumieć i się zgodzić. I wyobrażałem już sobie, jak rzuca mi się w ramiona radosna, chociaż subtelna, jak zwykle.

Przypomniałem sobie o niej kilka dni po przygodzie z koleżanką Romka w zbożu, a tuż przed świętem 22-go lipca, gdy z ojcem szykowaliśmy się do żniw. I nagle uświadomiłem sobie, że przecież mam jeszcze bliską duszę, osobę, której na pewno nie byłem obojętny, i że ta subtelna dziewczyna, przyjaciółka, jeszcze do niedawna wyzwalała we mnie tajemnicze emocje, a może nawet uczucia takie, jak do Mirki. Zrozumiałem, że Karolina może pomóc mi zapomnieć o Mirce, a może nawet coś więcej. Myśli o niej spowodowały, że jakiś ciężar spadł mi z serca, coś uwolniło umęczony umysł i poczułem te dziwne emocje, które zawsze odczuwałem w jej obecności. Niezrozumiałe emocje, przed którymi się nie broniłem, a których nie umiałem nazwać.

Gdy obudziłem się następnego ranka, obserwując z przyjemnością znajomy mi pokój i wsłuchując się w śpiew ptaków za oknem, którego dotąd nie słyszałem, uzmysłowiłem sobie, że minionej nocy Mirka po raz pierwszy nie dręczyła mnie we śnie. Podekscytowany zacząłem odliczać godziny do gminnego festynu. Do dnia, wypełnionego słonecznym blaskiem, który na nowo miał odmienić mój los…


*

Ponowny, nieco odległy trzask wyrwał mnie z odrętwienia, zamazując w moich myślach obraz Karoliny i słonecznego, jasnego dnia sprzed kilku lat. Leżąca na moich udach głowica lampy świeciła mi prosto w twarz. Widocznie musiałem na moment przysnąć. Skierowałem snop światła przed siebie i obserwowałem przez dłuższy czas to, co ujrzałem w bladej poświacie, starając się zrozumieć ten ponury obraz skał i żelastwa, zaledwie metr przed sobą.

Górotwór najprawdopodobniej odprężył się od spągu, unosząc gwałtownie skałę ku górze, podrzucając potężną siłą, jak wybuch, cały sprzęt, wszystko to, co znajdowało się w tym chodniku. Rurociągi wraz z korytami przenośnika, przyparte do obudowy chodnika, znalazły się tuż naprzeciw mnie, odgradzając tym samym moją wnękę od zdewastowanej przestrzeni i osłaniając mnie przed rumowiskiem skalnych odłamków.

Krzywiąc się z bólu klęknąłem, aby móc zobaczyć więcej. Przyglądałem się tej kotłowaninie żelaza i skał, ale pomiędzy obudową i sterczącymi z niej połamanymi betonikami, siatką zbrojeniową, odłamkami skał, a skałami uniesionego spągu i żelastwa nie dostrzegłem wolnej przestrzeni, przez którą mógłbym się przecisnąć i wyjść stąd o własnych siłach. Górotwór ucichł, może się już ustabilizował i nic gorszego nie powinno się wydarzyć — to dawało mi szansę na przetrwanie w tym potrzasku do czasu nadejścia pomocy. Ale kiedy to nastąpi?

Czułem coraz intensywniejszy ból w sobie, pot zalewał moje ciało, wdzierał się kropelkami do oczu i wypełnionych pyłem ust. Słony, ale wilgotny. Było coraz bardziej gorąco, parno i duszno. Poczułem gwałtowne pragnienie, które wzmagał odgłos płynącej wody, niby strumienia i wyimaginowanego wodospadu w oddali. Skierowałem blady snop światła na lewo, tam, gdzie zostały nasze torby z napojami i jedzeniem. Gdzieś pomiędzy gruzem i połamanymi stemplami dojrzałem skrawek szarego materiału. To musiało być to, czego szukałem.

Ponownie wsparłem się obolałymi plecami o ocios wnęki, musiałem odpocząć. Odpływ adrenaliny spowodował gwałtowne osłabienie organizmu i senność. Przymknąłem oczy i wnet mój umysł ponownie wypełnił jasny, słoneczny blask i ludzki gwar.

III. MIĘDZY NAMI NIC NIE BYŁO

Kilku kolegów dostrzegłem siedzących na murku w parku. Stach z butelką wina w ręku, obok Grześ i Czesław — koledzy z klasy. Gdy już się przywitaliśmy i wymieniliśmy kilkoma żartami na swój temat, z tłumu wynurzyły się i podeszły do nas dwie dziewczyny.

— Ooo, cześć — odezwała się do mnie pierwsza z nich, szczerząc szeroko ząbki.

Poznałem — to Jola, siostra Stacha — a zza jej pleców uśmiechała się do mnie nieśmiało Ilona. Nagle przypomniałem sobie o istnieniu tych małolat, których nie widziałem przez cały miniony rok.

— Ooo, małolaty! Cześć wam — odparłem.

— A ty ledwo obcego chłopaka zobaczyłaś, a już szczerzysz do niego zęby, gówniaro — ofuknął Jolkę jej brat.

Jola, z ognikami w oczach, już miała skomentować moje, zapewne trochę poniżające powitanie, gdy nagle cały swój impet skierowała w stronę brata:

— Tylko nie gówniaro, palancie! — wybuchła. — Podstawówkę już skończyłem, jakbyś chciał wiedzieć, piętnaście lat skończę za miesiąc, więc mi nie fikaj, starcze.

— O, dorosła gówniara się znalazła, bo podstawówkę skończyła — Stach nie dawał za wygraną. — No i cycki jej urosły.

Uśmiechnąłem się w duchu — nic się nie zmieniło, wojna pomiędzy starszym bratem i siostrą wciąż trwała.

— Mam je od dawna, jakbyś nie wiedział, ślepoto — odparła Jola łagodniej, trochę zmieszana, rumieniąc się po same uszy. — I nie gadaj tyle, tylko lepiej… O, może trochę wina nam wlej, braciszku — zaproponowała na zgodę, chcąc zapewne ukryć swoje zmieszanie.

Po słowach Stasia o piersiach Joli spojrzałem na nią uważniej. Zauważyłem, że jej bioderka nieco bardziej się zaokrągliły od poprzedniego roku, uda i piersi zrobiły się pełniejsze. Rozwijała się dziewczyna, aż miło było na nią patrzeć. Natomiast schowana za jej plecami Ilona, wciąż tak samo nieśmiała, jak dawniej, a może jeszcze bardziej, spoglądała na mnie ukradkiem i wciąż wydawała się tak samo drobna, na długich, zgrabnych nóżkach, ledwo osłoniętych króciutką spódniczką, jak przed rokiem. Jej postać również przyciągała łakomie mój wzrok.

— Będą za nimi chłopaki szaleć, oj będą. A może już szaleją, tylko jeszcze się ich boją? — pomyślałem, mierząc je łakomym wzrokiem.

Ilona z podanej szklanki upiła zaledwie łyk wina i krzywiąc się śmiesznie oddała ją Joli. Ta również wypiła troszeczkę i zwróciła szklankę bratu.

— Żłopiesz już to wińsko, jak stary, gówniaro — zauważył Stach.

— Co? Dwa łyczki ledwo zrobiłam, jak chcesz wiedzieć, mądralo. Zresztą sam mnie tego nauczyłeś, braciszku, więc nie mędrkuj — zaśmiała się, ponownie zaglądając w moje oczy.

W kwestii picia wina też niewiele się zmieniło — zauważyłem. Jedyne co się zmieniło, to o wiele śmielsze zaglądanie przez Jolkę w moje oczy. Widocznie już ją ciągnęło do chłopców, musiała poczuć w sobie ten ogień, który ją rozpalał. I zdawała się być jeszcze większym trzpiotem niż rok temu, lustrowała mnie oczkami i udawała dorosłą, pewną siebie pannicę.

Rozmawiając z chłopakami, przyglądałem się obu dziewczynom ciekawie i chociaż wzbudzały we mnie taki sam entuzjazm, jak kiedyś i ogniki w oczach mi zapłonęły, to starałem się hamować swoje emocje, które już ukierunkowane były w stronę Karoliny. Rozglądałem się za nią, ale bez rezultatu. W pewnym momencie opuściłem towarzystwo i idąc w stronę Gospody szukałem jej wzrokiem. Na próżno. Gdy stanąłem na schodach lokalu, zauważyłem zbliżającą się od strony skrzyżowania grupkę kilku dziewczyn. Już po chwili spostrzegłem wśród nich znajomą postać — Karolina… Zatrzymałem się z bijącym mocno sercem i zastanawiając się, jak zareaguje na mój widok. Zauważyła mnie z daleka, zerknęła w moją stronę, a gdy cała grupka przechodziła obok, spojrzała na mnie ponownie.

— Cześć — ukłoniłem się, uśmiechnąłem.

Odpowiedziała… odwróciła wzrok i poszła dalej, zajęta rozmową. Nie zatrzymała się, nie podeszła tak, jak się tego spodziewałem. To mnie zabolało.

— Hej, Karolka, to ja! — chciałem zawołać i pobiec za nią, ale stałem w miejscu, zaskoczony jej nietypową reakcją.

Przecież kiedyś sama się oferowała mówiąc, że zawsze mogę na nią liczyć w potrzebie i właśnie mam taką potrzebę, Karolka! Ale dziewczyny poszły w stronę parku i zniknęły w tłumie. Wystałem więc w kolejce kolejne piwo i poszedłem powoli w stronę kolegów na murku. Pomyślałem nawet, że ostatecznie mógłbym zabawić się z rezolutną małolatą — Jolką — i zapewne byłoby to niezwykłe przeżycie, ale przecież nie po to tu przyjechałem. Pragnąłem czegoś więcej, czegoś bardziej istotnego — zapomnieć przy Karolinie o Mirce, dziewczynie, która mnie zdradziła.

Przywitałem się z kilkoma znajomymi i stanąłem w pobliżu placu tanecznego, na którym Karolina wraz z dziewczynami pląsała w rytm muzyki. Z daleka wpatrywałem się w jej postać, próbowałem dostrzec jej niebiańskie oczy. Dżinsy opinały jej zgrabny tyłeczek, lekki uśmiech rozjaśniał twarz. Wciąż była tak samo subtelna, delikatna i ponownie coraz mi bliższa.

— Ooo, a kolega to pogniewał się na nasze towarzystwo i sam tu sterczy? — usłyszałem nagle słodki głosik i obok siebie dostrzegłem postać Joli, patrzącą na mnie błyszczącymi oczkami, z nieśmiałym uśmieszkiem na ustach.

— A tak sobie obserwuję… — odpowiedziałem.

Stanęła obok, przyglądając się tańczącym, a jej ciało zaczęło delikatnie podrygiwać w rytm muzyki. Przebierała zgrabnymi nogami, dłońmi trzymając brzegów spódniczki, jakby bała się, że za chwilę wiatr ją uniesie i… Nawet przez chwilę wyobraziłem sobie ten moment — jej białe majtki na zgrabnej pupie pod tą spódniczką. Mimowolnie zmierzyłem ją wzrokiem, dłużej zatrzymując spojrzenie na udach i spódniczce. Zauważyła to.

— Co? — spojrzała po sobie. — Coś nie tak? — zarumieniła się ponownie.

— Nic. Tylko wydoroślałaś — odparłem.

— No… Skończyłam podstawówkę — wyjaśniła dumnie. — Ładnie grają — zmieniła nagle temat, wciąż podrygując.

— I co dalej? — spytałem. — Koniec nauki?

— Nie, no coś ty. Idziemy z Iwoną do ogólniaka — pochwaliła się.

— O, to super — podsumowałem krótko tę informację. — A pamiętasz, jak tańczyliśmy? — z kolei ja zmieniłem temat, aby tylko podtrzymać rozmowę.

— Oj, pamiętam i to dobrze, i nawet muzykę. Ale ja wtedy jeszcze durna byłam — odpowiedziała i zarumieniła się jeszcze bardziej.

Pomyślałem, że gdybym poprosił Jolę do tańca, znalazłbym się bliżej Karoliny i może udałoby mi się nawiązać z nią kontakt?

— To może zatańczymy? — zaproponowałem.

— Oj, chętnie — odpowiedziała i ruszyła w stronę „parkietu”.

Powstrzymałem ją, chwytając za dłoń.

— Czekaj… Muszę dopić piwo, a przy okazji poczekamy na coś wolniejszego.

— Ale ja lubię szybkie — stwierdziła.

— A ja wolę z tobą trochę wolniej — uśmiechnąłem się, nadal przytrzymując jej dłoń.

— No… Ja w sumie też… — tym razem zarumieniła się po same uszy.

Jola mnie nie onieśmielała, wciąż była małolatą, a ja dorosłym chłopakiem i przecież nie nawijałem do niej, a odniosłem wrażenie, że to ona leci na mnie. Chociaż… seks z nią… Nie… Kochanie się z nią musiałoby być niesamowite. Ona taka delikatna, jeszcze niewinna, zielona, nie ruszana, zapewne nieśmiała i naiwna, a jednocześnie spragniona, ciekawa, pełna ognia, który ją rozpalał… A te jej drobne piersi, to delikatne, jędrne ciało i ta tajemnicza myszka, jak brzoskwinka, skryta pod majtkami — to musiałoby być wręcz oszałamiające dla moich oczu i dłoni. I na pewno nie boi się już dotyku chłopca, jak kiedyś moja Zuza…

— Nie, nie! — pohamowałem swoją wyobraźnię, jednak przyjemny dreszcz przeszył moje ciało.

Gdy weszliśmy na betonowy plac, by zatańczyć w rytm powolnej muzyki, taneczne kółeczka rozsypały się i Karolina usiadła na ławce. Nie miałem szansy odezwać się do niej w tańcu, za to ona mogła obserwować mnie. Spoglądałem co chwilę w jej stronę, ale zdawała się mnie nie zauważać. To nie było normalne w jej zachowaniu, coś było nie tak. Wiedziałem już, że muszę z nią porozmawiać, choćby nie wiem co.

Jola była pod lekkim wpływem wina i w tańcu próbowała się nieśmiało przytulać, przylegając do mnie piersiami, zarumieniona, z błyskiem w oczach. Czułem przyjemny dotyk jej uda i chłodny policzek na swoim, co rozpalało moje emocje, ale nie dałem się sprowokować. Gdy utwór się skończył, odprowadziłem ją do Stacha i szybko wróciłem na taneczny plac, ale Karoliny na ławce już nie zastałem. Poszedłem w stronę wyjścia z parku, by jej szukać. Gdy stanąłem na asfaltowej drodze dostrzegłem ją w oddali. Szła w stronę domu. Nie wiedziałem jak zareaguje na mój widok, mimo to podbiegłem i zastąpiłem jej drogę. Uniosła na mnie niebieskie ślepka, spojrzała w twarz. Nie miałem pojęcia, co powinienem powiedzieć albo o co zapytać, więc tak staliśmy naprzeciw, wpatrując się w siebie.

— Karolina… — wyszeptałem w końcu, wciąż obserwując jej twarz, a ona, ot tak po prostu zajrzała w moje oczy.

— Zgadza się — przytaknęła. — Jeśli szukasz swojej młodej koleżanki, to się pomyliłeś — dorzuciła nieswoim głosem i zdawało mi się, że w tym głosie wyczułem nutkę zazdrości.

— Szukam ciebie — wyjaśniłem krótko.

— To znalazłeś — odpowiedziała cicho.

Byłem już pewny, że coś jest nie tak, Karolinka nigdy tak się nie zachowywała. Ale co mogło się stać?

— Karolka… gniewasz się na mnie czy co? — pytałem, spoglądając odważnie w jej smutne oczy.

Nim Karolina znalazła słowa, którymi chciała mi odpowiedzieć, śmiało chwyciłem jej dłoń i pociągnąłem na pobocze drogi.

— Słuchaj, chodźmy gdzieś może, chciałbym z tobą porozmawiać, ale chyba nie będziemy stać tu, jak… Może nad jezioro?

— Daleko — odparła, uwalniając dłoń z mojej, co mnie zaskoczyło.

— Mam czas, no i… dużo do powiedzenia.

— Myślę, że raczej chcesz się wytłumaczyć — stwierdziła nieco głośniej.

— Wytłumaczyć? — zdziwiłem się.

— A co, nie? Nie chcesz, nie musisz — wzruszyła ramionami.

— Dobra, Karolka, jak chcesz. Tylko chodźmy stąd.

Poszliśmy w stronę jeziora, tak jak kiedyś, dokładnie rok temu. Tylko tym razem wszystko wydawało się być inaczej. Wesoła muzyka rozbrzmiewała w parku i wraz ze złotymi promieniami słońca, ścielącymi się przed nami na polnej drodze, towarzyszyła nam, gdy szliśmy wzdłuż jeziora, tym razem milcząc. Od tafli wody niósł się ledwo wyczuwalny, przyjemny chłód. Karolina, odwracając głowę spoglądała w kierunku jeziora, tak jakby bała się spojrzeć na mnie. Wyczuwałem tę dziwną atmosferę pomiędzy nami i ogarniał mnie nastrój, jakiego nigdy przy niej nie czułem.

— Widzę, że nie umiesz się wytłumaczyć, to w takim razie ja ci powiem, co o tym myślę. I o tobie również. I sadzę, że dobrze będzie jak na tym skończymy naszą znajomość — mówiła, gdy już usiedliśmy na pamiętnej ławce przy brzegu jeziora, ja na jej środku, ona na samym brzegu, jak najdalej ode mnie.

To zachowanie i jej słowa mnie zmroziły. Poczułem się dokładnie tak, jak wtedy, gdy Mirka wypowiedziała do mnie swoje „ostatnie słowo” — odtrącony i zdradzony… Nie rozumiałem jedynie, dlaczego?

— Karolka… ale… co się stało? Nic z tego nie rozumiem.

Odezwała się dopiero, gdy — jak zauważyłem — opanowała swoje emocje.

— Słuchaj, to co zrobiłeś było nie tylko okrutne i złośliwe z twojej strony. To było… — głos jej się załamał, zamilkła.

Gdy przejęty jej słowami i zachowaniem chciałem przysunąć się bliżej niej, powstrzymała mnie.

— Nie, nie zbliżaj się… nie chcę. Myślałam… sądziłam, że jesteśmy przyjaciółmi, że może nawet… Ale ty mnie zdradziłeś, odtrąciłeś, zrobiłeś zwykłe świństwo. Okazałeś się…

Gdy zamilkła ponownie, głośno przełykając ślinę, klęknąłem gwałtownie przed nią, by być bliżej i móc spojrzeć w jej twarz, w wypełnione łzami oczy. Nie rozumiałem jej słów, nie wiedziałem o co jej chodziło, ale byłem pewien, że mam czyste sumienie. Nic złego nie zrobiłem, nigdy nie powiedziałem niczego, co mogłoby zaboleć Karolinę. Abym jednak mógł wszystko wyjaśnić, musiała mi wyznać, co się stało. Gdy się nad tym zastanawiała, wciąż odważnie patrzyłem w jej twarz, na łzy w jej oczach. Nie bałem się, byłem przecież niewinny. I gdy ze spuszczoną głową wyjawiała mi moje utopijne grzechy, to, co niby zrobiłem, wzbierał we mnie gniew, niepohamowana wręcz złość, ponieważ to, co usłyszałem z ust Karoliny było wręcz niewiarygodne…

Pewnego majowego dnia Karolka nie mogła pójść na spotkanie z Krzysztofem. Coś jej wypadło. I od tamtego dnia Krzysztof przestał się do niej odzywać i zwyczajnie jej unikał. Przez długi czas nie mogła się z nim skontaktować i nie wiedziała, co się mogło stać. To zachowanie Krzysztofa bardzo ją zabolało, ponieważ nic z tego nie rozumiała. Dopiero po czasie, gdy udało się jej do niego dotrzeć, dowiedziała się wszystkiego.

Tamtego dnia, gdy Krzysztof czekał na Karolinę, spotkał się przypadkowo z Mirką. To ona wyznała mu, że rozstała się ze mną, dlatego, że ja od dłuższego już czasu kręciłem z Karolką, że spotykaliśmy się ukradkiem. Krzysztof uwierzył, a Karolina wiedząc już, że rozstałem się z Mirką, zastanawiała się, dlaczego wyznałem Mirce coś takiego, skoro to nie było prawdą. Przyjęła więc wersję, że zrobiłem to złośliwie wobec obu dziewczyn. To ją zszokowało i zabolało jeszcze bardziej. Poczuła się zdradzona przez Krzysztofa, przez Mirkę i przeze mnie.

— Nie wiem, ale to było… to było straszne. Dlaczego właśnie ty? Ty, który byłeś dla mnie… Zawiodłam się strasznie, strasznie — zakończyła przejętym głosem swoją opowieść i wtedy zauważyłem, jak łzy zaczęły spływać z oczu na jej uda, malując na dżinsach mokre plamki.

Wiedziałem, że w swej opowieści nie wyraziła wszystkich emocji, które musiały nią wtedy targać, całego bólu, który poczuła i wciąż czuła. To musiało być dla niej naprawdę trudne.

— Karolka — wyszeptałem.

— Czemu to zrobiłeś? Powiedz, wyjaśnij mi, jeśli umiesz — prosiła i słyszałem w jej głosie wielki żal.

Klęcząc, delikatnie wsunąłem się pomiędzy jej kolana, aby być jeszcze bliżej i rękoma objąłem jej biodra. Nie broniła się tym razem. Czekała na moje wyjaśnienie.

— Karolka, głuptasie jeden, jak mogłaś w to wszystko uwierzyć? To nieprawda, jak Boga kocham! Nigdy przed nikim nie zdradziłem się ze swoimi uczuciami do ciebie. Nigdy tego Mirce nie wyznałem. Ona to wszystko zmyśliła, nie wiem… może na złość. Tylko nie wiem komu na złość — wyjaśniłem jednym tchem i dopiero po tym zrozumiałem, co wyznałem, z czym się przed tą dziewczyną zdradziłem.

Karolka pochyliła się, objęła rękoma moją szyję, głowę wsparła o moje czoło i płakała. Jej gorące łzy kapały na moją twarz i spływały na szyję. Objąłem ją jeszcze mocniej i wtedy, mając świadomość jej łez, uzmysłowiłem sobie, jak gwałtownie rośnie we mnie pożądanie. Tak samo, jak kiedyś w podobnej sytuacji przy Mirce. Zapragnąłem Karoliny tak bardzo, że nie mogłem się powstrzymać, aby jej nie przewrócić na nadbrzeżny piasek, zedrzeć z niej dżinsy, poczuć zapach i gorączkę jej ciała, kształt jej piersi, dotyk brzucha. A potem w namiętnym zespoleniu odczuć tę rozkosz płynącą z jej gorącej i wilgotnej myszki, wciąż niezdobytej i tajemniczej.

Intuicyjnie przyciągnąłem Karolkę ku sobie, a ona, poddając się, zsunęła się z ławki i znalazła na kolanach przede mną. Wtedy objąłem jej tyłeczek rękoma, przycisnąłem mocno do siebie, aż Karolka przylgnęła do mnie całym ciałem, taka gorąca i roztrzęsiona. Ale po chwili odsunęła się gwałtownie, dłońmi otarła łzy spływające po policzkach i zagłębiła spojrzenie w moich oczach.

— O czym ty mówisz, jakich uczuć do mnie nigdy nie zdradziłeś? — spytała cichutko.

A jednak wychwyciła to moje mimowolne wyznanie. Mimowolne, ale prawdziwe.

— Karolka… wierzysz mi? — spytałem, unikając odpowiedzi. — Wierzysz, że to nieprawda? Jak w ogóle mogłaś w coś takiego uwierzyć?

— Nie mogłam i to dlatego tak bolało — wyznała. — Ale z drugiej strony… Kiedyś tu, na tej ławce próbowałeś coś… i pomyślałam, że to dlatego, że może powiedziałeś o tym Mirce. No, bo przecież rozstaliście się, prawda?

— Nic jej nie wyznałem, to była moja tajemnica. Rozstaliśmy się z innego powodu.

Zapanowała długa cisza. Wtedy uzmysłowiłem sobie, że w tym momencie powinienem przejąć inicjatywę, bo przecież miałem jakiś cel w tym spotkaniu, a w dodatku jeszcze bardzo Karolki zapragnąłem, jednak bałem się tego tak bardzo, że nic nie zrobiłem i nic nie powiedziałem. Wciąż tylko spoglądałem na zarys jej piersi pod bluzką, to na dżinsy osłaniające jej biodra, bojąc się również jej spojrzenia.

— Nie odpowiedziałeś mi — Karolka ponownie spojrzała mi w twarz.

— Co chcesz wiedzieć?

Wciąż bałem się przejść do mojego planu, do wyznania jej wszystkiego. Bałem się nawet ją pocałować.

— To, czego nie zdradziłeś Mirce o swoich odczuciach do mnie. Przed chwilą to powiedziałeś.

Chwyciłem jej dłonie w swoje, uścisnąłem delikatnie. Bałem się tego wyznania.

— Karolinko… To… Nie umiem tak wprost… Słuchaj… ja… czułem do ciebie coś… coś tajemniczego od dawna, od kiedy cię po raz pierwszy zobaczyłem na festynie, a potem w autobusie i na andrzejkach. I zawsze…

— Coś tajemniczego? — przerwała mi, świdrując mnie swoimi oczkami.

— Właśnie tak. Nie umiałem tego nazwać… No, a później nie mieliśmy już kontaktu, a jeszcze później pojawiła się Mirka… Ale ile razy cię spotkałem, to zawsze… To ożywało na nowo, wracało. Sam nie wiem, co to…

Jej oczy, wpatrujące się we mnie bez skrępowania, onieśmielały mnie, nie pozwalały powiedzieć tego, co czułem i co zaplanowałem.

— Karolcia… Między nami nic nie było, sama wiesz, ale… — podjąłem kolejną próbę. — Myślę, że teraz już możemy… możemy spróbować, czuję to. Chodź, muszę cię przytulić.

Objęliśmy się ramionami, mocno. Jej delikatny policzek przywarł do mojego i było to tak niesamowicie przyjemne. A gdy ją tak przytulałem, gdy nie widziałem jej błękitnych oczu wpatrujących się we mnie, było mi łatwiej zdobyć się na wyznanie.

— Słuchaj… Teraz już chyba wiem, co to było… co to jest, Karolka — wyszeptałem.

— Czyli co? — spytała.

— To coś jakby… no wiesz…

— Boże, jakie to trudne — pomyślałem, przerywając swoje wyznanie. Serce we mnie łomotało… Czy to ze strachu, czy z podniecenia? A może z miłości?

— Nie wiem. Powiedz… — Karolcia próbowała mi pomóc, zaintrygowana moim zachowaniem, chociaż mogła się przecież domyślać, a może nawet dobrze wiedziała, co chcę jej wyznać.

— Po prostu myślę, że to miłość — wyrzuciłem to z siebie, wyznałem, chociaż z trudem.

Miłość do tej pory wyznałem tylko raz — Mirce — i teraz czułem się jakbym Mirkę tym wyznaniem zdradzał, pomimo, że to ona mnie zdradziła.

— Miłość? — szepnęła Karolka, wciąż wtulając we mnie twarz.

— Tak, Karolka… I, czy ty… Czy chciałabyś ze mną… no wiesz, chodzić? — podjąłem kolejną próbę.

— Chodzić? — wyszeptała w odpowiedzi.

— No… tak się mówi, wiesz — tłumaczyłem się ze swojego wyznania, wystraszony. — To jak, Karolcia? No powiedz coś, bo mi zaraz serce pęknie — dodałem, zaniepokojony jej milczeniem.

Pomimo wszystkich emocji, które ożywały we mnie w stosunku do tej dziewczyny i pomimo pewności, że przyjmie moją propozycję, a może właśnie dlatego miałem w sobie pewien dystans, rezerwę, która zrodziła się we mnie po przejściach z Mirką. Ten dystans zapewne powodował, że po raz pierwszy więcej było we mnie pożądania niż miłości. Ale te dwie emocje naraz stanowiły mieszankę wybuchową, beczkę prochu. Wystarczyła iskra… Ale to Karolina w tym momencie miała w ręku zapalniczkę.

— Boję się — usłyszałem jej cichy głos. — Sama nie wiem, co mam powiedzieć.

— Mów, nie bój się — szepnąłem i jedna z moich dłoni zawędrowała na jej tyłeczek, głaszcząc szorstkie płótno dżinsów, aż utknęła w kieszeni spodni, poprzez które wyczułem przyjemną jędrność ciała dziewczyny.

— Wiesz… Nie wiem, jak zareagujesz i w ogóle… no, bo… Lubię cię i to bardzo, a może jeszcze bardziej. Wiele dla mnie znaczysz, naprawdę, ale… — zaczęła swoje wyznanie z takim samym lękiem w głosie, jak ja przed chwilą i słowami, które mnie przestraszyły. — Wiesz, kiedyś, gdy cię zauważyłam, już dawno temu, a potem znowu w autobusie, byłam jeszcze smarkulą… Ale już w tedy, w tym autobusie, coś… coś mnie poruszyło i… Wtedy pomyślałam sobie, że może ty też mnie zauważyłeś i jakoś zareagujesz, uśmiechniesz się do mnie, a może nawet coś więcej — mówiła cicho, nieśmiało. — Ale ty, pamiętam to dobrze, wysiadłeś z tego autobusu i przeszedłeś sobie obok, tak po prostu, nie zwracając na mnie uwagi, jakby mnie tam nie było — westchnęła głęboko. — No, a potem, gdy zobaczyłam cię na andrzejkach, to kolana się pode mną ugięły. Naprawdę. Tańczyłeś z inną, ale podszedłeś do mnie, odezwałeś się. Wtedy, tak odważnie postanowiłam sobie, że nie odejdę, że tak długo będę stała obok ciebie, aż zareagujesz. No i zareagowałeś, a potem… Potem tańczyliśmy i było tak fajnie. To pomyślałam sobie, że coś się wreszcie w moim smutnym życiu zaczęło — przerwała na chwilę. — No tak… Ale po dyskotece u ciebie, gdy mnie nagle pocałowałeś, a nawet się ze mną nie umówiłeś, to… To było dla mnie takie trudne… Sądziłam, że ty również myślisz o mnie, że może chciałbyś ze mną, ale się myliłam. A najgorsze to było, gdy… — zamilkła.

— Powiedz, śmiało — dodawałem jej odwagi do dalszych wyznań.

Karolina wciąż była wtulona we mnie, czułem gorączkę jej ciała, a po chwili ponownie usłyszałem jej szeptane wyznanie:

— Boję się, ale… Potem, gdy jechaliśmy kolejny raz autobusem i rozmawialiśmy, to aż mnie ściskało w środku. Wtedy, może to było głupie, ale poszłam razem z tobą, chciałam dać ci szansę, czas. Pomyślałam, że może się po prostu krępujesz, ale w końcu coś powiesz i się umówimy na spotkanie, ale ty… zostawiłeś mnie na chodniku i poszedłeś sobie. Zrozumiałam, że nic się nie zaczęło, że wcale się nie krępujesz, tylko masz mnie gdzieś i ogarnęło mnie takie uczucie… Po raz pierwszy w życiu czułam coś takiego… To tak strasznie bolało… Zastanawiałam się, co to jest, co tak bardzo boli? Nie znałam jeszcze tych uczuć. Potrafiłam nawet w nocy płakać, sama nie wiem, dlaczego. Ale po co ja ci to wszystko mówię…

Ścisnęło mi serce. To wyznanie mnie dobiło, wdarło się do mojego serca i umysłu, i spowodowało, że zrobiło mi się żal nie tylko biednej Karoliny, ale wszystkich przegapionych sytuacji z nią. Coś mnie, coś nas ominęło przez moją zwykłą głupotę.

— Karolka, jaki ja wtedy głupi byłem, jak bardzo tego żałowałem, naprawdę. Teraz czuję to jeszcze bardziej.

— Cały czas byłeś głupi — potwierdziła bez wahania, ku mojemu zaskoczeniu — i wciąż wolałeś tę swoją Mirkę. I nie wiem, czy zmądrzałeś — westchnęła głęboko.

— Zmądrzałem, kochana — wyznałem szybko. — Miruś… oj, przepraszam, Karolcia… — już gubiłem się w swoich emocjach. — Teraz już cię nie zostawię. Już nigdy. Słowo daję.

Karolina rozluźniła objęcia, odsunęła głowę, spojrzała na mnie niebiańskimi oczami. Zdawało mi się, że to zakochane oczy tak patrzą.

— Miruś… no tak — pokręciła głową.

— Oj, wyrwało mi się, przepraszam — próbowałem się wytłumaczyć ze słów, których przecież nie chciałem.

— Może i zmądrzałeś, skoro rozstałeś się z Mirką, ale chyba za późno. Wtedy, rok temu, tu nad jeziorem byłam gotowa na wszystko, ale ty nie zawalczyłeś o mnie. Coś próbowałeś, chociaż nie wiem, czy chodziło ci o mnie czy może chciałeś tylko całować albo może coś jeszcze… Odpuściłeś bardzo szybko, powiedziałeś, że jesteś z nią i czar prysł. Nie zawalczyłeś, nie zatrzymałeś mnie, nie poszedłeś za mną, a mogłeś. Czekałam… Szłam powoli i czekałam na twoją reakcję, czekałam jeszcze przed bramą, ale… Nie doczekałam się. To był twój wybór. A teraz już nie mogę.

— Ale co, bo nie rozumiem!? — krzyknąłem prawie, przerażony.

— Nie zostawię Krzysztofa, nie po tym, co dla mnie zrobił — stwierdziła dobitnie. — A tym bardziej teraz, gdy myśli, że go oszukałam. On był zazdrosny o ciebie, widziałam to i dlatego pewnie uwierzył Mirce. Ale on nie może myśleć, że jestem jakąś zwykłą… Muszę mu wszystko wytłumaczyć…

— Karolina… Przestań — przerwałem jej. — Zostaw to, to już przeszłość — wypaliłem zbulwersowany, ponieważ nagle zrozumiałem co zamierzała.

— Nie! Zrozum, nie mogę… Ja nie jestem Mirką. Muszę wszystko wyjaśnić i jeśli się zgodzi, to zostanę z nim, bo widzisz… W momencie, gdy go straciłam, zrozumiałam… poczułam się tak, jak wtedy z tobą, pozostawiona na chodniku. I zrozumiałam, że ten ból, to właśnie miłość. Nigdy nie sądziłam, że miłość może tak boleć.

Zamilkła. Ja również się nie odzywałem. Nie miałem argumentów, aby próbować ją przekonać. Miłość, która boli jest miłością prawdziwą i wiedziałem już, że Karoliny nie przekonam.

— Skoro tak, to… to już nie wiem, co mogę zrobić — przyznałem, ale chwyciłem się jeszcze ostatniej deski ratunku. — Gdyby jednak Krzysztof był na tyle głupi i nie chciał, to daj mi znać, napisz.

— Zechce, ale gdyby nie, to napiszę i umówimy się na spotkanie, tu na tej ławeczce. Napiszę na pewno. Będziesz czekał?

Karolina już się rozluźniła, rozładowała złe emocje. Wiedziała już o moim uczuciu do niej i była pewna, że Krzysztof uwierzy w jej uczucia.

— Na ciebie zawsze — odpowiedziałem i zrobiło mi się ciężko na duszy, coś mnie zabolało, coś ścisnęło aż do bólu serce, ponieważ to Korlina pozostawiała mnie teraz samego.

Nie tak miał wyglądać ten wieczór, to spotkanie. Dałem jej adres, czekałem do końca wakacji, pełen nadziei, ale kartka z zaproszeniem na ławeczkę nie nadeszła. Karolina dokonała wyboru i zostało mi tylko jej wspomnienie. Jednak dokonała jednej ważnej rzeczy — dzięki niej tęskniłem za Mirką w zupełnie inny sposób, z innymi emocjami i z mniejszym bólem. A gdy opadała we mnie szalona tęsknota za Mirką, dosięgła mnie inna tęsknota. Tęsknota za niespełnioną miłością, za Karoliną. Zrozumiałem, co straciłem i nie było mi z tym lżej.

IV. ŚWIATEŁKO W TUNELU

Udało mi się wsunąć dłoń pomiędzy odłamki skalne i chwycić kilka kropel wody kapiącej z zaciśniętej w rumowisku torby. Zwilżyłem nimi usta. Po chwili ponownie i jeszcze raz. Aż woda przestała kapać. Po tym zastanawiałem się ile czasu minęło od rozpoczęcia szychty. Czy był już czas na wyjazd z „dołu” czy może już dawno powinienem być w domu?

Tąpnięcie zdarzyło się gdzieś w połowie naszej szychty. Zdążyliśmy nasz reduktor, załadowany na „sukę”, dopchnąć po torach na sam koniec kopalnianego przekopu, potem przepchnąć jeszcze przez tamy w kolejnym chodniku i w końcu powiesić pod kolejkę szynową przy napędzie kołowrotu. Następnie, po krótkim odpoczynku poszliśmy w dół, ponad stumetrową upadową, aż do skrzyżowania z drążonym chodnikiem, po czym przodowy na nasz sygnał opuścił kołowrotem kolejkę. Tam zrzuciliśmy reduktor na zol, rozebraliśmy się, bo było już gorąco i parno, i przyszliśmy tu, do wnęki nieopodal przodka, gdzie znajdowała się skrzynia z narzędziami. W tym miejscu zrobiliśmy sobie przerwę, by odpocząć i zjeść kanapki przed dalszą pracą. Minęło około czterech do pięciu godzin. No i wtedy trzasnęło.

Gdybyśmy od razu zeszli na dół po reduktor nie byłoby mnie tu w tym miejscu, ale nie ma co gdybać, to samo mogło się zdarzyć tam, niżej, na skrzyżowaniu albo w każdym innym miejscu. Tu nie było miejsc bezpiecznych.

Nie wiedziałem ile czasu byłem nieprzytomny, może kilka lub kilkanaście minut? Zatem minęło ponad pięć godzin szychty. Jeżeli tak jest, to „żona” jeszcze śpi, pod warunkiem, że nie obudziły jej dzwoniące w szafce szklanki.

— Okej, niech śpi spokojnie… Dopóki nie wie, nie będzie cierpiała — powtarzałem sobie w myślach dla uspokojenia.

Jeżeli od tąpnięcia minęło około godziny, to akcja ratownicza już powinna się zacząć, ratownicy zapewne docierają w rejon tąpnięcia, gromadzą sprzęt i planują całą akcję. Gdy zaczną drenaż chodnika, powinienem ich usłyszeć. Miejsce, w którym się znajdowałem, zdawało się być mikro oazą bezpieczeństwa, więc miałem szansę tu przetrwać do momentu, aż ujrzę światełko w tunelu. Światełko, które będzie oznaczać ratunek.

Wyłączyłem lampę i nasłuchiwałem. Nic, cisza… Tylko daleki szum wody i świst powietrza, wydostających się z uszkodzonych rurociągów. I coraz bardziej dokuczliwy ból w ciele oraz ogarniająca mnie senność, która powodowała, że wróciły do mnie wspomnienia…


*

To miało być światełko w mrocznym tunelu moich myśli… Po wakacjach wróciłem do internatu i do szkoły, do ostatniej już maturalnej klasy i po lekcjach często chodziłem z chłopakami ulicami, których widok przypominał mi spacery z Mirką. Jej wspomnienie już mnie tak nie dręczyło, ale znajome miejsca robiły na mnie tęskne wrażenie. Tym bardziej, gdy czasami widywałem jej postać w tramwaju lub na przystanku, a koledzy ironicznie pytali, dlaczego do niej nie biegnę?

— I co, po ptakach, kolego. Majtek przed tobą nie zdjęła, ty jej dobrze koło piczki nie zrobiłeś i poszła w długą tak, jak mówiliśmy. I co, kto miał rację? Dziewczyny już takie są, idą za tym, kto im lepiej dogodzi — mówili, a ja nie odpowiadałem, ponieważ zdawało mi się, że mają rację.

Tak było. Prawie… To były te trudne momenty. Na przemian wiec wspominałem to Mirkę, to Karolinę. Karolcię, której uczucia dostrzegałem od dawna, ale nie potrafiłem ich potraktować poważnie. Ale to już było historią, zamkniętą księgą, opowieść której wciąż jednak trudno było mi zapomnieć. Natomiast te wspomnienia zajmowały mi umysł na tyle, że nie było w nim miejsca na naukę. Nie mogłem się nad nią skupić i nawet nie próbowałem tego zmienić. I wtedy stało się coś, co pogrążyło mnie ponownie.

Gdy pewnego wrześniowego dnia wszedłem w progi internatu, usłyszałem donośny głos dobiegający z portierni:

— Halo, hej, panie! Jakiś list tu jest do ciebie.

Wręczoną mi kopertę, bez adresu nadawcy, otworzyłem w pokoju. Wewnątrz była tylko mała, zapisana kartka.

Ta łza, co z oczu twoich spływa,

Jak ogień pali moją duszę

I wciąż mnie męczy myśl straszliwa,

Że cię w nieszczęściu rzucić muszę…

…Lecz, gdy los na to nie dozwoli,

Po cierniach w górę wciąż się wspinaj,

A choć winnam twej niedoli,

Miłości mojej nie przeklinaj!

A wspominaj…

— przeczytałem.

— Ta łza co z oczu twoich spływa… — przeczytałem po raz kolejny, ze łzą w oku i naraz przypomniałem sobie płaczącą w mych ramionach Mirkę i jej łzy, które nie wiem, czy były prawdziwe i szczere czy tylko wymuszone… I pamiętałem również łzy Karolki, spływające po mej twarzy. Łzy, które na pewno były szczere i wypływały wprost z jej serca. Tajemniczy wiersz, który dotyczyć miał moich łez, mojego cierpienia, mojej sytuacji.

— Od kogo te słowa? Od Karoliny? — zastanawiałem się.

Ten tekst, to nie zaproszenie, a raczej pożegnanie i zarazem prośba o wybaczenie, więc może jednak od Karolki, zamiast obiecanego zaproszenia na ławeczkę? A jeżeli od Mirki? Czy to z kolei jej prośba o wybaczenie i przeprosiny? Wyznanie miłości po czasie czy jej definitywne pożegnanie?

Wciąż się zastanawiałem nad tym, czy ten wiersz, to szansa na coś nowego, co się nie zdarzyło z Karolką czy też na odnowienie tego, co już było z Mirką? Światełko w tunelu? Ale z czyjego serca biło to światełko? Czy powinienem się domyśleć o co chodzi i coś zrobić, podjąć działanie? Niestety, nic nie wymyśliłem i niczego nie zrobiłem, natomiast ponownie ożyła we mnie intensywna tęsknota zarówno za Karoliną, jak i Mirką, Za miłością przegapioną i miłością utraconą.

Aż pewnego dnia, gdy stanąłem na ulicy przed jednym z okien wystawowych, ujrzałem oczami wyobraźni krótkie blond włosy, ten uporządkowany bałagan kosmyków na głowie i wpatrzone we mnie ciemne oczy dziewczyny. To było wspomnienie Oli, którą kiedyś spotkałem przed tą witryną. Nie widzieliśmy się bardzo długo, od czasu obiadu u niej w domu.

Jeszcze pod koniec maja, gdy czasami po praktykach wpadałem do internatu, dowiedziałem się od portiera, że były do mnie telefony od ciotki… To umówiony, zakamuflowany sygnał od Oli z informacją, kiedy mogę do niej wpaść z wizytą. Jednakże, po pierwsze — było już po terminie spotkania, a po drugie — wtedy, w maju nie miałem na nic ochoty, ponieważ moją duszę dręczyła postać Mirki.

— Może ten wiersz to jednak sprawka Oli? — przeleciało mi przez myśl.

W internacie nie było już moich koleżanek — Hani, Jasi, Gosi czy też innych, które lubiłem, a do których mógłbym się zbliżyć w samotności i odnowić relacje, więc pod wpływem nagłych wspomnień, wywołanych tajemniczym wierszem, zacząłem myśleć o Oli coraz intensywniej. I ponownie coś we mnie ożyło, ujrzałem swoją szansę, jak to światełko w tunelu, które oznaczało ratunek. I w tym momencie Ola była już nie tylko ostatnią szansą na wyrzucenie z moich myśli Mirki, a także Karoliny, była szansą na coś nowego, na coś, czego tym razem nie mogłem przegapić.


*

Z bagażem pod ręką, jak kiedyś, stanąłem pod drzwiami znajomego mieszkania. Długo nie mogłem zdecydować się na ten krok, wahałem się i po prostu bałem. Po dwóch umówionych sygnałach w maju, na które nie zareagowałem, Ola mogła dawno o mnie zapomnieć. Jednak pragnienie spotkania z nią rosło we mnie coraz mocniej, aż ostatecznie przeważyło szalę mojego braku odwagi.

Z bijącym mocno sercem nacisnąłem dzwonek, który zabrzmiał znajomo. Po chwili w drzwiach ujrzałem wysoką postać… ojca Oli.

— Dzień dobry. Zastałem może Olę? — spytałem.

Mężczyzna przyglądał mi się przez chwilę, próbując przypomnieć sobie, skąd mnie zna.

— Nie, nie zastałeś, kolego — odparł wreszcie, po czym spojrzał na mnie trochę przyjaźniej. — Aaa, to ty, tak? Zza góry, o ile dobrze pamiętam?

— I zza lasu — dorzuciłem.

— A no tak… — zmierzył mnie ponownie wzrokiem. — Chciałeś się z Olą spotkać, ale… Oli nie ma — wyjaśnił.

— No, to ja uciekam.

— Zaczekaj — usłyszałem za sobą, gdy już chciałem zbiegać po schodach. — Coś taki w gorącej wodzie kąpany, kolego. Chodź, wejdź… Ola będzie koło osiemnastej.

— Ale ja nie mogę tak długo. Mam autobus.

— Nic nie szkodzi. Chodź, chodź — zachęcał.

— Ooo, dzień dobry, dzień dobry, witamy dawnego gościa — usłyszałem znajomy głos i w drzwiach kuchni dostrzegłem mamę Oli. — Niech wchodzi. Akurat będę obiad podawała… To może do stołowego podam, bo w kuchni ciasno, co Zygmuś?

Zaproszony zasiadłem za stołem, rozglądając się nerwowo i zastanawiając się — co ja tu robię? Ponownie wpakowałem się na obiad. Tymczasem ojciec Oli zagaił rozmowę, a gdy przeszedł na temat zakończonych żniw i tego, co na wsi słychać, mogłem coś więcej powiedzieć, niż jedno zdanie, a nawet dodać ze znawstwem, że właśnie zaczęła się batalia o kartofle i buraki.

— No, a jak wasze plany? Co teraz chcecie robić? — spytał.

— My? — spojrzałem zaskoczony. — Znaczy… ja z Olą, tak?

— Nie… gospodarskie — wyjaśnił spokojnie, a mi ulżyło.

Opowiedziałem krótko, że po zbiorach zdajemy gospodarkę w zamian za rentę rodziców, że nie zdecydowałem się wziąć ziemi i nagle postanowiłem coś w tej opowieści dodać.

— Ale zastanawiam się wciąż nad tymi foliami, bo jednak kawałek ziemi nam zostanie, tak że… no, zastanawiam się jeszcze.

Chciałem sprowokować ojca Oli do rozmowy na temat, który gdzieś w moim umyśle się zakodował i czasami ożywał jako pewna alternatywa na moją przyszłość. Plan D, jak powiedziała kiedyś Mirka. Chociaż, jak dla mnie, był to mój plan B, zaraz po planie A, którego jeszcze nie miałem.

Gospodyni podała zupę, krupnik, który smakował dokładnie tak, jak u mnie w domu. Jedząc, zaczęliśmy dyskusję na temat folii i uprawy pomidorów, chociaż to ojciec Oli zrobił mi wykład, dokładniejszy niż w kwietniu. Odpowiadał na moje pytania i zachęcał do działania.

— Jak chcesz coś robić, to musisz zacząć już teraz — stwierdził, odstawiając talerz. — Już teraz musisz przygotować teren i wybudować z drągów konstrukcję, jeszcze przed zimą. Ja rozejrzę się za folią, jak ktoś będzie miał na zbyciu, to dam znać. Musisz ją kupić, aby z końcem zimy nałożyć na konstrukcję i zacząć nasadzanie rozsady. No i musisz mieś jakieś awaryjne ogrzewanie, jakby co, bo bez ogrzewania to ryzyko. A im wcześniej zaczniesz, tym lepsze pieniądze będziesz miał. Znam też gościa co może rozsadę ci sprzeda, bo bez tego ani rusz.

Rozmawialiśmy jeszcze długo. Mój rozmówca z ogrodnictwa zszedł z czasem na problemy nękające ogrodników, później na te w kraju, a potem już tylko mówił, a ja słuchałem, starając się zrozumieć cokolwiek z jego rozważań.

— No, bo na czym, kolego, polega ta cała demokracja? — pytał i nim otworzyłem usta odpowiadał: — Na wyborze, tak. Na tym, że ludzie wybierają tych, co mają nami rządzić. Tak? Więc pytanie: byłeś w lutym na wyborach?

— Jasne, byłem — odparłem z miną mędrca.

— I co, wybrałeś kogoś do swojej rady?

— No tak, wybrałem — skinąłem głową.

— Tak? A kogo i jak, co? Jak to zrobiłeś? — to kolejne, dziwne pytania.

— No… wrzuciłem do urny…

— Co, kartkę? A kto był na tej kartce to chociaż wiesz?

— Nazwiska, znaczy ludzie…

— No właśnie, nazwiska ludzi, których już ktoś dawno wybrał. A znałeś kogoś? No właśnie, nie wiesz — mówił, ugniatając w palcach wyjętego z paczki papierosa. — Więc nie mów, że wybierałeś, ty tylko wrzuciłeś kartkę do urny, a wybrał zupełnie kto inny, nawet nie wiesz kto i kogo. A to, widzisz kolego, partia wybrała tych ludzi, swoich, zdecydowała za ciebie i tego… A ty wybierałeś tych z partii? Też nie, bo oni sami się wybrali i mówią, że są teraz tym, no… przewodnią siłą narodu. Tak to widzisz wygląda, kolego, tak to działa. To wielka lipa, po prostu.

— Ale na tym polegają wybory, no nie? Tak jest wszędzie.

— Nie! To ty masz wybierać. Konkretnie wskazywać na kogo stawiasz — wyjaśnił i odpalił papierosa, zaciągnął się, wypuścił kłąb dymu. — A związki zawodowe, na przykład. To też nie tak powinno wyglądać.

— Oj, Zygmuś, a ty znowu o tej polityce — gospodyni weszła do pokoju i postawiła przed nami dwie szklanki z herbatą. — Zanudzisz chłopaka. On przecie z Olą chciał pogadać, a nie z tobą, marudo jedna.

— W szkole i telewizorze się tego nie dowie — odparł gospodarz i kontynuował. — Tak to wygląda, widzisz. A na świecie jest inaczej, tylko was nikt nie uświadamia. Bo to wygląda tak: jesteś w partii, jesteś swój. Pozostali to, jak oni mówią, masa. Ciemna ludzka masa. Bo jaki to socjalizm, jaka równość, skoro ci przy korycie mają wszystko, a drudzy tylko wysokie ceny i marne zarobki? I nic poza tym. I jeszcze esbecję na karku, cenzurę i ciągłe straszenie wojną z zachodem.

— No tak, ale… taka jest ta rzeczywistość i nikt tego nie zmieni — stwierdziłem.

— Tu masz rację, taka jest nasza rzeczywistość, niesprawiedliwa… ale to nie znaczy, że nie można tego zmienić.

— No tak, z niesprawiedliwością trzeba walczyć, tylko co my możemy? — powiedziałem to, co kiedyś usłyszałem w klasie.

— My? Niewiele. Ale wszyscy mogą dużo więcej, mogą zmienić system tak, że to wszyscy będziemy zgłaszać swoich kandydatów do wyborów, a potem wszyscy będziemy wybierać. Proste jak drut. Wygra ten, co dostanie najwięcej głosów.

— No tak, to proste — odparłem, nie widząc w tej logice istotnej różnicy.

Nagle uświadomiłem sobie, że na mnie już czas.

— A na Olusię to nie zaczeka? — spytała gospodyni, gdy zerwałem się z krzesła. — Zaraz powinna być.

— Nie mogę, bo autobus mi ucieknie. Proszę ją pozdrowić.

Gospodarz zaprosił mnie jeszcze, abym koniecznie wpadł do nich za tydzień lub dwa.

— To przekażę ci informacje odnośnie folii i rozsady. Jeśli się zdecydujesz. Tylko spiesz się, bo czas leci.

Wybiegłem na ulicę z torbą podróżną w ręku i szedłem w stronę dworca. Przy chodniku w pobliżu gmachu NOT-u stał zaparkowany niebieski Fiat, który po raz kolejny rzucił mi się w oczy. Jego kierowca siedział w środku, a oparty o maskę gościu odpalał właśnie papierosa. Spojrzałem przed siebie i nagle pośród ludzi w oddali dostrzegłem znajomą postać. Przystanąłem, przypatrując się jej z daleka, aby się upewnić. Tak, to była Ola — wysoka, zgrabna. Szła w moim kierunku. Po chwili mnie dostrzegła, zwolniła kroku, przystanęła, przypatrując mi się z oddali. Uniosła nawet dłonie i zaczęła machać do mnie energicznie. Nim uniosłem rękę, ktoś chwycił mnie z obu stron pod ramiona i usłyszałem głos:

— Pójdziesz z nami, przejedziemy się.

Poczułem, jak silne ręce unoszą mnie, ciągną do tyłu i za chwilę wrzucają do wnętrza niebieskiego Fiata. Zawarczał silnik…


*

Był już listopadowy, sobotni wieczór, chłodny i dżdżysty. Na nagich, obnażonych z listowia gałęziach drzew i krzewów zbierały się błyszczące koraliki rosy, a srebrzysta mgła powili okrywała świat swoją tajemniczą zasłoną. Tej soboty, jak też dzień wcześniej nie byłem w szkole, ponieważ miałem do wykonania ważną pracę koło domu. Zaplanowaną robotę właśnie skończyłem, wyłączyłem silnik, wyskoczyłem z traktora i spojrzałem na kawałek starannie obrobionej działki, na której miały stanąć dwie konstrukcje pod tunele foliowe. Tak, jak to zaplanowałem. Drągi na konstrukcje już leżały w stodole, folia również. Miałem w sobie ochotę do działania, planowałem, szkicowałem, organizowałem i chciałem stawiać konstrukcję już teraz, bo czas naglił. I byłem pewien, że mam genialny plan. Plan, do którego podchodziłem, jak do realizacji wielkiej przygody. Przygody swojego życia.

Na cale to przedsięwzięcie udało mi się w końcu namówić ojca — na załatwienie i sfinansowanie zakupu odpowiedniego drewna na konstrukcję, folii, a potem rozsady pomidorów. Nie było to łatwe. Sam również bałem się podjąć decyzję i zacząć działać, ponieważ działanie oznaczało wkroczenie na drogę, z której nie było odwrotu i koszty, których jeszcze nie znałem, a które w ostateczności mogły się okazać daremne. I było mi ciężko, ponieważ początkowo nie miałem żadnego wsparcia w rodzinie, poza obiecanym wsparciem obcego mężczyzny — ojca Oli. Ale był to wreszcie mój plan „A”. Plan na własne życie, na własne pieniądze, na nową przygodę z dala od miejskich problemów.

Najpierw moje intencje zrozumiał szwagier, z czasem brat, na samym końcu rodzice, którzy musieli wyłożyć kasę.

— Za miastem jest trochę tych folii i jakieś szklarnie, ale większość, to chyba z kwiatkami, z tego co widziałem. Tak że działaj, próbuj — zachęcał szwagier, dodając mi odwagi.

— Jakby nie było będziesz tu pierwszy, a to daje ci szansę powodzenia — zauważył z kolei brat.

— A mnie się wydaje, że to będą zmarnowane pieniądze, ale… — powątpiewywał wciąż ojciec. — Wszystko zrobisz, pieniądze wydasz, a potem zostaniesz z tym wszystkim i nic z tego nie będzie. Nie wiadomo, czy ci co urośnie, a jak już, to gdzie to potem sprzedasz. A tak, jak sprzedamy maszyny, traktor, wszystko co można, to jakieś pieniądze z tego będą do emerytury. Jak już chcesz coś robić, to trza było gospodarkę brać, a nie jakieś folie.

— Oj synu, zmarnujesz nasze pieniądze, co by na twoją przyszłość miały być i tyle z tego będzie, żadnego pożytku, zostaniemy bez grosza — twierdziła z kolei zatroskana mama, wzbudzając we mnie te same obawy. — Dobrze, że choć już gospodarki nie mamy, bo ludzie by nas palcami wytykali przez te twoje folie — dodawała zmartwiona.

— To jak to, na studia nie pójdziesz czy chociaż do normalnej pracy, tylko zajmiesz się foliami? — dziwiła się z kolei siostra z bratową pospołu. — A z czego będziesz żył i to wszystko finansował? Z emerytury rodziców?

— A z czego, przecież nie mam swoich pieniędzy, nikt mi za pracę tutaj nie płacił — zareagowałem.

— Nam również nikt nie płacił — twierdziła siostra, trochę wzburzona.

— A nawet jak zarobisz na tych pomidorach, w co trochę wątpię, to dopiero latem. I na ile ci to wystarczy? Na garnuszku rodziców chcesz żyć? — dodawała bratowa.

Obie wątpiły w moje plany, bały się, że wykorzystam rodziców, ich pieniądze, co tym samym wzbudzało we mnie jeszcze większą frustrację.

— Na razie mam szkołę, a potem się zobaczy, nie musicie się tak przejmować. Muszę to wszystko jakoś ogarnąć i te folie także. Jak nie z waszą pomocą, to sam — stawiałem na swoim, pomimo wszystko.

— A znasz się chociaż na tym, bo nic mi na ten temat nie wiadomo — siostra wątpiła również w moje zdolności. — Może lepiej pomyślałbyś o studiach — proponowała.

— Tak? A o jakich, bo mi jakoś nic do głowy nie przychodzi.

— To już twoja w tym głowa, sam musisz wiedzieć w czym jesteś dobry — wtrąciła się bratowa.

— No… mam parę talentów i co z tego? Nawet jak coś wymyślę, to co z tego? Myślicie, że dostanę się ot tak na studia? Znacie kogoś z naszej wioski kto się dostał, bo ja nie. Daremny trud.

— Jak się weźmiesz uczciwie za naukę, to będziesz miał jakieś szanse. Punkty za pochodzenie dostaniesz i kto wie — uświadamiała mnie bratowa.

— To już chyba bliżej mi do interesu z pomidorami. Nie będę się kopać z koniem i pchać na studia, na które i tak się nie dostanę. U nas w klasie nikt o studiach nie myśli.

— Jak wolisz, to twój wybór — zamknęła dyskusję siostra.

Takie komentarze nie nastrajały mnie do działania, nie dodawały odwagi, ale skoro dokonałem wyboru i zdecydowałem, głupio byłoby się cofać. Musiałem brnąć przez tę mętną wodę, skoro do niej wszedłem.

— Coś mi zaświtało w głowie, jakiś plan, jakaś szansa na coś, więc… — powiedziałem przy niedzielnej herbacie do całej mojej rodziny. — Jeśli nie chcecie mi pomóc, to chociaż nie przeszkadzajcie, nie straszcie, bo to mi nie pomaga. Ja też się boję, ale czy mam inne wyjście? Spróbuję z wami albo sam.

Ta deklaracja przeważyła szalę. Najpierw namówiłem ojca na wizytę u leśniczego. Tato wziął butelkę Jarzębiaku i w niedzielne popołudnie zagłębiliśmy się Syrenką w las, pośród którego znajdowała się, tajemnicza dla mnie od lat leśniczówka. Nim wódka w butelce się skończyła tato wyłuszczył leśniczemu problem, który nas sprowadził do lasu i zapytał o koszty. Leśniczy stwierdził, że wskaże nam co, gdzie i jak, a jak już drewno zgromadzimy, to się dogadamy.

Potem, jeszcze przed wykopkami buraków, zamiast do szkoły wybrałem się wraz z ojcem, bratem, szwagrem i z pomocą Witka, do lasu. Tam zgromadziliśmy, a potem zwieźliśmy odpowiednią ilość drewna — długich drągów na konstrukcję. Gdy tato z butelką wódki poszedł do leśniczego się rozliczyć, uświadomiłem sobie, że ogary poszły w las. Wszyscy się narobiliśmy, tato poniósł pierwsze koszty i zrezygnować już nie mogłem. A bałem się coraz bardziej, ponieważ nie miałem jeszcze zielonego pojęcia, jak się takie pomidory uprawia. Polegać mogłem jedynie na ojcu Oli. A spotkania z Olą i jej ojcem od pewnego czasu się obawiałem i to nie bez przyczyny.

Od mojego pobytu na komendzie milicji, gdzie nagle się znalazłem po wizycie w domu Oli, wystraszony i zdezorientowany, a o czym w następnych dniach chciałem koniecznie zapomnieć, coś we mnie siedziało nienazwanego. Jakieś dziwne poczucie. Zrozumiałem je dopiero po pewnym czasie, gdy w swoim umyśle wciąż wałkowałem to, co zaszło. Tę masę pytań powtarzanych w kółko i moich zdezorientowanych odpowiedzi. Im dłużej to wszystko rozgrywało się w moim umyśle, tym więcej miałem wątpliwości. Wciąż powtarzałem w sobie te niezrozumiałe pytania i moje odpowiedzi na nie, a im bardziej do mnie docierało, co miało na celu to przesłuchanie, tym więcej miałem wątpliwości, czy nie powiedziałem zbyt wiele, wierząc w intencje przesłuchujących i w swoje.

— Po co tam chodzisz, o czym rozmawiacie, o co cię pytali, co im opowiadałeś, o czym rozmawiali pomiędzy sobą, jakie mają meble, jaki sprzęt widziałeś, czy widziałeś maszynę do pisania, może jakieś ulotki, gazetki, czy coś dla nich przenosiłeś, czy dziewczyna coś ci opowiadała, o czym z nią rozmawiałeś, czy zauważyłeś coś dziwnego, czy ktoś do nich przychodził, był u nich… — i tak w kółko przez długi czas.

Wtedy, na komendzie miałem świadomość, że nic złego nie zrobiłem i nic istotnego w domu Oli się nie działo, więc co miałem ukrywać? Chciałem być szczery, aby przekonać tych dziwnych panów do tego, że zarówno ja, jak i rodzina Oli jesteśmy w porządku, że to wszystko to normalne życie, znajomość, sympatia, zwykła rodzina. I nie miałem pojęcia czego szukali w torbie z moimi rzeczami i przy mnie, rozbierając mnie do majtek.

Dopiero później zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że być może powiedziałem za dużo, że mogłem powiedzieć zupełnie coś innego. Skąd by wiedzieli, czy mówię prawdę? Przecież kiedyś Ola mnie przestrzegała, abym przypadkiem o naszej rozmowie nie wygadał się przed ojcem Mirki — oficerem milicji. Na szczęście o naszej wzajemnej rozmowie, o zwierzeniach Oli nie pisnąłem słówka, bo co ich to mogło obchodzić? Natomiast najbardziej przeżywałem spotkanie z uśmiechniętym ojcem Mirki.

— Czy ja cię przypadkiem już gdzieś nie widziałem? — spytał, gdy posadzono mnie przed jego biurkiem. — Wydajesz mi się znajomy.

— Ja… byłem kiedyś u Mirki w domu — odparłem — bo… znam się z Mirką. Jesteśmy, znaczy byliśmy…

— No tak, ten świat jest zbyt mały — przerwał mi, ale nie wydawał się być zaskoczony, po czym wygłosił przede mną kazanie o obowiązku wobec ojczyzny i partii, z którego niewiele zrozumiałem, a na koniec oświadczył:

— Spokojnie, nic złego jeszcze się nie stało, my nad wszystkim panujemy — i przeszył mnie wzrokiem. — Słuchaj, teraz pójdziesz sobie spokojnie do domu, spotykaj się z tą dziewczyną, zaglądaj do niej jak najczęściej, tylko pamiętaj, musisz być wobec nas i kraju lojalny. Obserwuj, nasłuchuj, zapamiętuj… Kto, co i kiedy… I kiedyś jeszcze się spotkamy. Na dzisiaj jesteś wolny.

Gdy zamierzałem wstać z krzesła, powstrzymał mnie gestem reki.

— Czekaj! I jeszcze jedno — zastanowił się chwilę. — Córka zdradziła mi kiedyś, że chciałbyś koniecznie iść do milicji, a nawet zasugerowała, abym w twojej sprawie wykorzystał swoje wpływy, czyli, abym ci w tym pomógł. Świetny pomysł, naprawdę, ale to nie takie proste, jak sobie myślisz. Ja muszę wiedzieć za kogo mam poręczyć, więc musisz się postarać i coś udowodnić. Daj nam coś na tych ludzi i o nic się nie martw. Milicja jest, widzisz, dla wybrańców i ja pomagam jedynie wybrańcom. Zapamiętaj to sobie. I jeszcze jedno — przyglądał mi się uważnie lodowatymi oczami. — Przyjacielska rada… uważaj co robisz, bo my wiemy wszystko, więc nie próbuj z nami sztuczek, bo to może źle się skończyć, nie tylko dla ciebie. Tak… Dobra, więc przemyśl to sobie, weź do głowy moje słowa, a teraz zmiataj. Znajdziemy cię.

Z komendy wyszedłem z poczuciem poniżenia, wróciłem oszołomiony do internatu, do domu nie miałem już czym jechać i starałem się o wszystkim zapomnieć. A im bardziej zajście to chodziło mi po głowie, wyzwalając we mnie poczucie winy, tym zapomnieć chciałem jeszcze bardziej. Jednakże to nie było takie łatwe. Wciąż miałem w głowie opowieść Mirki o tym, że to jej ojciec wyskoczył kiedyś z pomysłem szkoły milicyjnej dla mnie, do czego mnie namawiała. Natomiast jej ojciec mówił z kolei wręcz coś odwrotnego, że to był pomysł jego córki i że Mirka wstawiała się za mną. Jeżeli byłoby to prawdą, to oznaczało, że jednak Mirka chciała coś dla mnie zrobić, chciała mi pomóc, tak jak mogła…

— A może był to ich wspólny plan, aby mnie w coś wciągnąć? — nagła wątpliwość zakradła się do mojego umysłu.

Jaka była zatem prawda? Tego niestety nie wiedziałem i tylko łamałem sobie niepotrzebnie głowę. Wtedy właśnie, pod wpływem tych myśli i obaw o postawę na komendzie, obaw przed kolejnymi spotkaniami z dziwnymi panami, zrozumiałem, że dopadła mnie ta sama dziwna rzeczywistość, w której żyła od pewnego czasu rodzina Oli. Dopadła mnie tylko dlatego, że spotykałem się z Olą i przychodziłem do jej mieszkania. Tak, jakby to było zabronione. Coś niezrozumiałego było w tym wszystkim, co się wokół rodziny Oli, a teraz i mnie działo. Z tego to powodu, jak też z obaw o swoją przyszłość, pojawił się we mnie ten nagły impuls, który wszystko zmienił. Jak iskra rzucona do beczki prochu…

— Nie dam się w to wrobić, nie sprzedam się dla jakiejś szkółki milicyjnej! Nie ze mną te numery! — stwierdziłem dobitnie.

Wtedy zdecydowałem i dokonałem wyboru — folie, właśnie tu, na wsi, z dala od wszystkiego, gdzie po skończeniu szkoły będę miał święty spokój, swoją pracę, pieniądze i nikt nie będzie się mnie czepiać. A może z czasem dołączy do mnie Ola i spróbujemy razem? — marzyłem. To był piękny plan. Niestety, nie wziąłem pod uwagę jednej istotnej rzeczy i to się zemściło.


*

Gdy po raz kolejny stanąłem przed drzwiami mieszkania Oli, serce biło mi z obawy — jaka będzie ich reakcja? A od tego spotkania zależała przecież realizacja mojego nowego planu, nie miałem więc wyboru. Drzwi ponownie otworzył gospodarz. Przyglądał mi się przez chwilę, zajrzał w głąb klatki schodowej, po czym zaprosił mnie do środka.

— To co się stało, mów — spytał, gdy już siedzieliśmy przy stole, a gospodyni parzyła dla nas herbatę. Madras i Ulung.

— Nic, chciałem tylko o foliach pogadać, bo w końcu się zdecydowałem i organizuję wszystko, więc… — wyjaśniłem rzeczowo.

Gospodarz pokiwał głową, zamyślił się.

— No tak, ale… Ola mówiła, że dziwni… znaczy się bezpieka cię zatrzymała, ci z Fiata, gdy wyszedłeś wtedy od nas. Widziała to. Co się stało, mów śmiało, nie musisz się obawiać.

Oblał mnie pot.

— Aaa, o to pan pyta. No nic… Trochę się wystraszyłem, ale… Sprawdzili mnie i torbę z rzeczami, czy coś mam chyba, ale nie wiem czego szukali.

Ojciec Oli podrapał się po brodzie, potem po głowie.

— No tak — odezwał się wreszcie. — Wychodziłeś z torbą… Obserwowali, musieli już wiedzieć, że od nas, to… No i pewnie coś tam sobie ubzdurali, że jakieś te… albo co innego — zamyślił się na chwilę. — A pytali o coś, przesłuchiwali cię może?

— Pytali — odparłem i czułem, jak robi mi się coraz bardziej gorąco. — Nie wiem o co im chodziło, ale pytali o wszystko. Czy widziałem u was jakąś tam maszynę do pisania, czy ktoś tu był albo przychodził i takie tam różne… Powiedziałem, jak było. Przecież nikogo i niczego tu nie widziałem, to co mogłem powiedzieć. Ale wałkowali to w kółko, nawet to, o czym gadaliśmy z Olą, czy w ogóle…

— I co powiedziałeś?

— Tak, jak było… że o foliach, a z Olą to normalnie, o szkole i takich tam naszych sprawach. Wyjaśniłem im, że ja tak do Oli przychodzę, bo fajna jest, żeby sobie nie myśleli. W sumie to nie wiem czego chcieli — wyznałem, chociaż nie do końca wszystko, ponieważ bałem się reakcji.

— To ich taka metoda, kolego — stwierdził gospodarz, głaszcząc spokojnie brodę. — Co byś nie powiedział, to… No, ale nie przejmuj się. Jak sam mówisz, nikogo i nic u nas nie widziałeś, bo i cóż mogłeś widzieć? Ale gdyby co, to nie opowiadaj lepiej o naszych pogadankach o polityce, bo pomyślą sobie zaraz nie wiadomo co i zbudują swoją tą… teorię.

Trochę mi ulżyło, ale szkopuł polegał na tym, że coś tym dziwnym panom opowiedziałem o naszych rozmowach, o tym, że trzeba ludzi wybierać, a nie tylko kartki wrzucać do urny. Ale wtedy pomyślałem, że takie rozmowy to nie grzech. Wszyscy o podobnych sprawach rozmawiają, to przecież normalne, nie zabronione.

W chwilę później dowiedziałem się, że zjawiłem się w domu Oli na ostatni gwizdek, bo właśnie ktoś jedzie aż na Śląsk po folie, to może kupić również dla mnie, ale już w tym momencie musiałem podjąć decyzję i dać odpowiedź. Trochę się tej decyzji obawiałem.

— Nie masz się co zastanawiać, kolego. Folia jest ci potrzebna, a druga okazja może się nie trafić. Z gościem rozmawiałem, nie widzi żadnego problemu. Kupi ci folie, przywiezie pod dom i się rozliczycie. Dołożysz się mu jeszcze do paliwa i tyle. Gościa znam, nie oszwabi cię, a i tak wyjdzie taniej, niż jakbyś kupił na miejscu — stwierdził ojciec Oli. — Pasuje ci?

— Jasne, dzięki, naprawdę — odpowiedziałem, chociaż ciążyła mi świadomość kolejnych kosztów, które będą musieli ponieść rodzice.

— No to działaj i nic się nie bój. Zobaczysz, za jakiś czas będziesz mi dziękował.

Dowiedziałem się jeszcze, że ojciec Oli znalazł już gościa, który sprzeda mi rozsadę pomidorów, a jakbym chciał coś jeszcze, to mam mówić. Wszystko powoli zmierzało w dobrym kierunku, miałem już świadomość, że na tej drodze nie byłem sam. Miałem opiekuna, który pchał mnie do przodu. I nabierałem odwagi do działania. Gdy wychodziłem ojciec Oli mnie powstrzymał.

— Aaa, byłbym całkiem zapomniał. Ola chciałaby się z tobą spotkać. Miałem ci przekazać, że w ostatnią sobotę i niedzielę będzie miała wolne, więc jak chcesz, to zajdź do niej. Mówiła, że będzie czekała.

— Tak? To fajnie — ucieszyłem się. — A co się z nią dzieje?

— Ma pracę w samym Toruniu, w hotelu.

— Ooo! — zdziwiłem się. — To jestem zaskoczony.

— Jakiś kolega jej to załatwił. Poznała go na wakacjach. Ola wpada teraz do domu tylko, jak ma wolne dni. W Toruniu ma stancję — wyjaśnił gospodarz.

Gdy wychodziłem z bloku, niespodziewanie wyrósł przede mną Hubert z klasy.

— O! Cześć — przywitał się zaskoczony. — A ty tutaj? Co tu robisz? — dopytywał.

— Ja? Nic… Lecę na autobus, bo już późno. A ty?

— Ja? Lecę pogadać do… znaczy, do kumpla — odparł i mierząc mnie wzrokiem spytał: — A ty znasz tu kogoś?

— Noo… znam — wyjaśniłem i nagle coś mnie tknęło.

Mając wciąż w głowie swoje skromne przemyślenia na temat ostatnich zdarzeń w moim życiu, dawnych rozmów z Mirką na temat milicji, opowieść Oli o problemach jej rodziny z dziwnymi panami i o tej całej dziwnej rzeczywistości, z którą nagle się zetknąłem, uzmysłowiłem sobie, że to wszystko miało jeden wspólny mianownik i korelowało z pewnymi opiniami wygłaszanymi czasami przez Huberta, zatem postanowiłem nagle coś mu zaproponować.

— Słuchaj Huba… Musimy kiedyś pogadać o polityce, tak wiesz, na poważnie.

— My, pogadać na poważnie o polityce? A o czym dokładnie? — patrzył na mnie zupełnie zaskoczony. — Ja się poważnymi rozmowami, ani polityką nie zajmuję, jak już — dodał szybko.

— No chyba, że tak… — poczułem się zbity z tropu. — Dobra, to lecę, ale kiedyś jeszcze pogadamy, jak się da. Na razie — odparłem i poszedłem, nie chcąc nic więcej zaskoczonemu koledze tłumaczyć, jednak gdzieś w sobie miałem już to przekonanie, że muszę z nim porozmawiać, aby rozjaśnił mi pewne sprawy, o których usłyszałem od Oli i jej ojca.

V. SPOTKANIE

Od dłuższego już czasu czułem w sobie pragnienie emocjonalnej bliskości, jakiejkolwiek, ale pamiętałem również, że przed miłością postanowiłem się bronić. Szczególnie, gdy uświadomiłem sobie, że Karolinkę na zawsze już straciłem. Rozwijałem więc swoje relacje z innymi dziewczynami z internatu — zagadywałem, poznawałem, śmiałem się z nimi, zaglądałem do ich pokoi, a czasem za internackimi garażami całowałem, pozwalając swoim ciekawskim dłoniom na upajanie się miękkością ich piersi, i tyle. Był to jednak tylko trening w nawiązywaniu relacji i chwila przyjemności, bez emocjonalnych uniesień.

Poznałem nawet jedną z naszych czterech szkolnych „Amazonek” — Tereskę — a to dzięki Stefanowi, który nas wszystkich zaskoczył. Już pierwszego dnia szkoły podszedł do tych dziewczyn i zaczął z nimi rozmawiać jakby znali się od lat, a na kolejnych przerwach spacerował z Tereską po boisku, jak ze swoją dziewczyną. W końcu się przyznał, że poznali się przypadkowo, gdzieś na wakacjach i od początku roku szkolnego tworzyli parę.

Jeszcze z początkiem września, zagadnięty przez polonistkę, przekazałem jej kolejne dwa wiersze napisane w trakcie wakacji, nacechowane smutkiem po stracie Mirki, a później Karoliny. Ale od dłuższego już czasu nie miałem w sobie tych emocji, ochoty, ani pomysłu na pisanie wierszy. Coś się we mnie zablokowało. Natomiast ostatnio myślałem tylko o Oli, z którą wiązałem swoje nadzieje, a którą — jak sobie uświadamiałem — mogłem stracić.

W ostatnią niedzielę listopada, zaraz po internackim obiedzie stanąłem pod jej drzwiami stremowany, ponieważ nie wiedziałem, co ta dziewczyna zamierzała, skoro chciała się ze mną spotkać. Ze względu na jej nową znajomość z jakimś kolegą nie byłem nastawiony optymistycznie, nie robiłem sobie nadziei, chociaż od pewnego czasu pragnąłem tego spotkania. Przecież miałem już dla niej szczególne miejsce w swoich życiowych planach — to ona właśnie miała być gwiazdką rozświetlającą mi drogę w mojej nowej przygodzie z foliami. Dlatego, stojąc pod jej drzwiami zastanawiałem się co z tej wizyty wyniknie.

— Chryste Panie, kogo ja widzę. Myślałam, że już nigdy do mnie nie zawitasz. Nie odzywałeś się — to były jej pierwsze słowa na powitanie, po czym, ku mojemu zaskoczeniu, cmoknęła mnie delikatnie w usta.

Potem, ku jeszcze większemu zaskoczeniu, okazało się, że była w mieszkaniu sama. Tego dnia wyglądała zupełnie inaczej niż dawniej. To już nie była ta skromna uczennica, którą znałem. Kreski pod oczami, nowa fryzurka, taki większy uporządkowany bałagan na głowie, ze sterczącymi zewsząd kosmykami i loczkiem opadającym zalotnie na oczy, jasny sweterek z dekoltem, dżinsy. Była inna, odmieniona, wyzywająca i naprawdę ładna.

Pijąc herbatę opowiadałem jej historię ze spotkania z dziwnymi panami i nie pominąłem rozmowy z ojcem Mirki. Była zaskoczona.

— Widzisz, mówiłam ci o nim i teraz sam się przekonałeś co to za typ — skwitowała moją opowieść i zajrzała mi głęboko w oczy. — Kiedyś o tym rozmawialiśmy i mam nadzieję, że się tam nie wygadałeś?

— Oczywiście — odparłem, czując jak się rumienię.

Nie umiałem kłamać patrząc w jej oczy. Jednak, prawdę mówiąc, nie kłamałem. Zdradziłem dziwnym panom jedynie rozmowy z ojcem Oli, a to było zupełnie coś innego.

— No, to widzisz teraz, jak to jest. Dziwni panowie obserwują nas od jakiegoś czasu, tak oficjalnie. Tato mówi, że wiedzą, że my wiemy. Mnie to złości, tato się śmieje, a mama przejmuje wszystkim. Ale tato mówi, że nic na nas nie mają. Na bank przecież nie napadamy, no nie — wyjaśniła, a po chwili dodała tajemniczym tonem: — I słuchaj, jak czasem przyjdziesz i nikt ci nie otworzy, to nie dobijaj się, rozumiesz? Tato czasami ma gości, no i wiesz…

Przez chwilę zastanawiałem się, czy Ola tak sama od siebie tworzy ten konspiracyjny nastrój w swoich wypowiedziach? No bo przecież żadnej konspiracji, jak w filmach o wojnie, u nich nie zauważyłem.

— No jasne, spoko — odparłem, uśmiechając się pod nosem i przypatrując dyskretnie unoszącym się piersiom, których zarys widziałem w dekolcie jej sweterka.

To Ola interesowała mnie w tym momencie bardziej, niż opowieści o dziwnych panach i tajemnicze, czy też wyimaginowane sprawy jej ojca. A Ola kontynuowała:

— Ufam ci, więc ci zdradzę, bo skoro esbecja już o tobie wie, to jesteś już jakby swój. Tato jest w tajemnej organizacji, takiej samopomocy, która chce coś zmienić w tym kraju. Oni mają swoje pomysły i rozwiązania i chcą kiedyś z tym wyjść do ludzi, do władzy, aby coś się zmieniło. Ale na razie to tajemnica, wiesz.

— I co, i za to was obserwują? — dociekałem.

— No widzisz, taki to kraj, w którym nic nie wolno. Brak w nim wolności. Bo, jak tato mówi, socjalizm nie uznaje wolności. Wszyscy mają myśleć tak, jak władza i robić to, co każe władza. Po prostu mamy być jak stado baranów, a jak nie, to władza może cię zamknąć i tyle.

Siedzieliśmy — tak jak kiedyś — na wersalce, tylko trochę bliżej siebie i z przyjemnością lustrowałem tę dziewczynę oczami, aż mrówki zaczynały roić się w moim brzuchu. Zarys jej piersi, błyszczące usta, kreski pod błyszczącymi oczami, nowa fryzurka i długie nogi w opiętych, nowych dżinsach — to wszystko działało na moje zmysły. Czułem to wyraźnie. Jednak wciąż bulwersował mnie ten nieznajomy chłopak, który jej pomógł, więc zapytałem o jej pracę i pobyt w Toruniu. Ola zarumieniła się i zamyśliła na moment, po czym usłyszałem opowieść o tym, jak poznała tego chłopaka na plaży w Rudniku, o kolejnych spotkaniach z nim, niby przypadkowych, o tym, że był z Torunia, pracował w hotelu i kiedyś Oli zaproponował, że jego matka może załatwić jej pracę, jeśli chce. A w dodatku, gdy się nad tym poważnie zastanawiała, widząc w tej propozycji wiele problemów, zaoferował jej również pomoc w wynajęciu pokoju. To przeważyło. Zgodziła się, bo przecież potrzebowała pieniędzy, więc pewnego dnia spakowała się i razem wyjechali do Torunia.

— No, a ty nie dawałeś znaku życia, nie pojawiałeś się, pomimo moich sygnałów, więc… co miałam robić? Zresztą, byłeś z tą swoją Mirką, a ja przecież na nic nie liczyłam, tak tylko chciałam się spotykać, pogadać — tą nagłą dygresją zakończyła opowieść o sobie, spoglądając na mnie spod oka.

— Nie było mnie w tym czasie w internacie — wyjaśniłem. — Nic nie wiedziałem o twoich telefonach, naprawdę.

— Nic się nie stało, tak tylko mówię — wzruszyła ramionami. — Zresztą, to ty chciałeś się spotykać tu u mnie, sama nie wiem po co.

Ta jej wypowiedź zaskoczyła mnie na tyle, że moje światełko nadziei nieco we mnie przygasło.

— Jak to nie wie po co? — pomyślałem przy tym. — Przecież oboje to wiedzieliśmy, pomimo, że do niczego między nami nie doszło.

Mimo to postanowiłem drążyć dalej, szukać tego nikłego blasku w tunelu, który wydawał mi się coraz ciemniejszy i postanowiłem Oli coś wyznać.

— Słuchaj Olu… Muszę ci coś wyznać, bo chyba nie wiesz o wszystkim — zacząłem.

— O Chryste, na serio? Chyba nie miłość, bo ja…

— No nie, spoko — przerwałem jej. — Ale coś w tym kontekście, wiesz. Bo, widzisz, po naszych spotkaniach, po tym wszystkim, co było, to ja z Mirką… W zasadzie to już od początku maja nie jesteśmy ze sobą.

Popatrzyła na mnie wielkimi, czarnymi oczami, pełnymi zaskoczenia.

— Żartujesz. Na serio? Zerwałeś z nią? — spytała tak cicho, nieśmiało, jakby się bała, że to tylko sen, z którego zaraz się obudzi.

W odpowiedzi skinąłem jedynie głową, bo to nie zupełnie tak było, ale… to już nieistotne.

— Chcesz powiedzieć, że to… to z mojego powodu? Zerwałeś z nią dla mnie? — wciąż nie mogła w to uwierzyć, nawet odniosłem wrażenie, jakby ta informacja Olą wstrząsnęła. — Chryste… a ja… To dla mnie wręcz niewiarygodne. Naprawdę?

W jej oczach dostrzegłem teraz zupełnie inny blask, taki sam, jak dawniej. Te oczy swym przenikliwym spojrzeniem zdawały się szukać w moich potwierdzenia tego, co przed chwilą wyznały moje usta. Skinąłem ponownie głową, kładąc, tak trochę bezwiednie, dłoń na jej udzie opiętym dżinsowym suknem. Drgnęła lekko, zamrugała oczkami, spuściła wzrok.

— To dlaczego się nie odzywałeś przez tyle czasu? — wyszeptała przejętym głosem.

— Mówiłem już… W maju nie było mnie w internacie, byłem u siebie na wsi, a potem były wakacje — usprawiedliwiłem się, wpatrując w jej lśniące usta.

Na swojej dłoni poczułem naraz jej dłoń i ciepło uda, przenikające przez dżinsowy materiał.

— Chryste Panie… — tylko tyle usłyszałem w odpowiedzi i w tym momencie spotkały się nasze oczy w długim i przejmującym spojrzeniu.

Po chwili w gorącym uścisku splotły się nasze dłonie, a potem spotkały usta, które przylgnęły do siebie nieśmiało i trochę bezwiednie, tak jakby próbowały jedynie, tak bez naszej woli, przypomnieć sobie dawne pocałunki i wzajemną bliskość… Na przemian muskałem namiętnie wilgotne usta Oli, językiem wyczuwając ich delikatną aksamitność, co wywoływało przyjemne dreszcze w mym ciele. Nieco później Ola, rozbudzona tymi pieszczotami, przylgnęła do moich warg intensywniej i zatopiliśmy się w gorących, pożądliwych pocałunkach. Ona objęła moją szyję, bojąc się zapewne, że za chwilę się odsunę i przestanę całować, tymczasem moja dłoń wsunęła się odważnie pod jej sweterek, dotknęła napiętej skóry na gorącym brzuchu, by potem objąć małą pierś, ukrytą pod miseczką stanika. A gdy stanik bez oporów osunął się wyżej, napawałem się delikatnością skóry na tym niesamowitym, sprężystym kształcie. I czułem tę satysfakcję, że tak bez skrępowania i oporów mogę wreszcie dotykać i poznawać dziewczęce ciało Oli.

— Poczekaj — szepnęła w pewnym momencie naszej zabawy.

Szybko rozłożyliśmy wersalkę i już po chwili całowałem jej nagie piersi, twarde sutki i aksamitną skórę ciała. Gdy nasze usta ponownie się spotkały, wtapiając się w siebie, moja dłoń zawędrowała pomiędzy jej uda. A potem, sądząc, że tego ode mnie oczekuje, odpiąłem guzik w jej dżinsach, rozsunąłem zamek i powoli, nieśmiało wsunąłem dłoń pod materiał majtek. Dotyk szorstkich włosków pod nimi oszołomił moje zmysły. To było tak niesamowite doznanie… Zapragnąłem jej ciała, jego tajemnic, a może tylko przyjemności, którą mogło mi dać to ciało, ale nie śmiałem posunąć się dalej, by dotknąć jej muszelki i wyczuć ten intrygujący kształt pod dłonią. A może obawiałem się tego, co miało nastąpić, a co mogły sprowokować moje pieszczoty? Zapewne tak, bo przecież powinienem się wykazać, a wciąż nie byłem pewien swoich zdolności w tej mierze, mając z tyłu głowy opinię Iwony, nieudany seans z Mirką i przypadkowy, niezbyt emocjonalny seks w wakacje.

— Czy jestem na to gotowy? — zastanawiałem się przez moment, tak jak kiedyś przy Iwonie i poczułem w sobie dziwną tremę. A gdy pod wpływem własnej niepewności cofnąłem dłoń z jej majtek, Ola nagle uwolniła się z objęć moich ust i zaglądając mi w oczy spytała:

— Chcesz tego?

— A ty? — odpowiedziałem.

— Sama nie wiem — wyszeptała.

Długo patrzyłem w jej szeroko otwarte oczy, czekając z pewną obawą na decyzję.

— Aaa… nikt tu nie wejdzie? — spytałem jeszcze, chcąc dać sobie czas.

— Kto niby?

— Twoi rodzice.

— Raczej nie. Wyszli i będą wieczorem. To co?

Wpatrywała się we mnie płonącymi oczami. Było w nich pragnienie i zachęta, ale czekała teraz na moją decyzję. Pragnąłem jej, miałem w sobie ogień pożądania, chciałem się z nią kochać, zobaczyć jej muszelkę, przylgnąć ciałem do jej rozgrzanej skóry, zagłębić się w nią i poczuć tę rozkosz, a potem ekstazę wypełniającą zmysły, a po wszystkim tę upajającą satysfakcję i luz w sobie. Energia pożądania buzowała we mnie, a jej czarne oczy zdawały się mnie zachęcać: weź mnie, weź, pragnę tego. Wiedziałem już, że nie mogę się wycofać, skoro zabrnąłem tak daleko, a Ola mnie nie powstrzymywała.

Wreszcie moje pragnienie przeważyło nad obawami. Drżącymi rękoma, nie bez problemów ściągnąłem z jej nóg dżinsy wraz z majtkami, dostrzegając ciemny trójkącik włosków na jej łonie.

— A jednak nie blond — przemknęło mi przez myśl, gdy się w nie wpatrywałem, upojony.

W sekundę zrzuciłem swoją odzież i chwilę później poczułem elektryzujący dotyk jej rozgrzanej skóry na swoim ciele, ciepły, szybki oddech na twarzy, jej dłonie na swoich plecach, ucisk ud na swoich, a potem gorące, aksamitne ciało, w które z rozkoszą się zagłębiłem i staliśmy się jednością. Ola westchnęła cicho, objęła mnie mocniej i pomiędzy subtelnym pojękiwaniem usłyszałem jej szept:

— Och… ty, wreszcie…

Było inaczej niż z Iwoną czy koleżanką Romka. Było intensywniej, goręcej, bliżej, zmysłowo… Łączyły się nie tylko nasze ciała, ale i dusze, a może nawet serca. Już po chwili czułem, jak pośród westchnień, pojękiwań i głośnych oddechów, wypełniających przestrzeń wokół, nasze dygocące ciała zespalają się intensywniej, jak przenika pomiędzy nimi tysiące impulsów, biją szalenie nasze serca, tętni krew w żyłach, jak jej ramiona obejmują mnie coraz mocniej, uda zaciskają na moich, unoszą wyżej jej biodra w dążeniu do spełnienia, przyspiesza oddech i falowanie mego ciała, jak nagle unoszę się w otchłań i… Uderzenie ekstazy w moim ciele, kumulujące się w zmysłach, gdy przywarłem do ciała Oli z całej swej mocy, gdy wciąż pulsowało moje wnętrze, gdy staliśmy się wspólnotą ciał… I pośród mojego, głośnego westchnienia jej cichy jęk:

— Aaach… jeszcze… — gdy jej biodra zdawały się wciąż delikatnie falować pod moimi, jakby w poszukiwaniu dodatkowych doznań, gdy jej palce kurczowo wczepiły się w moje ciało aż do bólu.

Opadliśmy bez sił, dysząc głośno, wciąż zespoleni, rozgrzani, pełni emocji.

— I jak? — spytałem, gdy już ochłonęliśmy i leżąc obok lustrowałem jej prawie nagie ciało, jedynie w sweterku zsuniętym wraz ze stanikiem ponad piersi.

Teraz, po wszystkim chciałem usłyszeć od niej słowo o jej emocjach i odczuciach. Czy aby nie powie: „byłeś trochę cienki”?

— Czy Ola również to odczuła, jest tak naprawdę, jestem cienki? — z niepokojem zadawałem sobie to pytanie, oczekując odpowiedzi.

— Co jak? — Ola odbiła piłeczkę.

— No, czy fajnie było? Bo jak dla mnie to było super — wyznałem, tak trochę bez emocji i cmoknąłem ją w nosek.

Ola uśmiechnęła się, pogładziła dłonią mój policzek, a w zamian potargałem i tak zmierzwione włoski, dotykając jej rozgrzanego łona. Po sekundzie, dla odmiany trąciłem dłonią jej nabrzmiałe sutki sterczące na delikatnych wzgórkach piersi.

— Ej, co ty, to moje, zostaw — zareagowała, po czym przytuliła się do mnie mocniej. — Małe są te moje piersi, zostaw je lepiej w spokoju.

— Małe, ale całkiem fajne, tak jak i twoja… cipka — zaśmiałem się.

— No tak, na pewno. Mój były śmiał się, że mam tam korki od szampana, a nie piersi — odpowiedziała, wtulając we mnie twarz jeszcze mocniej, tak abym nie dostrzegł jej oczu.

Przez chwilę milczałem, zastanawiając się, co powiedzieć. Te jej cycuszki były nawet mniejsze niż u mojej kuzynki, tamtej pamiętnej nocy, gdy poznawałem jej ciało. Ale to były przecież dziewczęce piersi, dziewczęce, tajemnicze i podniecające ciało, bez względu na wszystko.

— Milutkie są i bardzo dziewczęce, po prostu. A ten twój były to był głupi, jak but i tyle w temacie — wyjaśniłem i powróciłem do swojego problemu. — No, to jak, fajnie było?

— No… fajnie było, tak inaczej — wyznała po chwili.

— Inaczej? To znaczy jak? — drążyłem temat.

— No nie wiem… Po prostu inaczej, sama nie wiem.

A czemu pytasz?

— A tak, bo chcę wiedzieć. Ja wiem co czułem i chcę wiedzieć co ty poczułaś, jako dziewczyna, wiesz. Ciekawi mnie to, jak to jest u was, po prostu.

Odsunęła się ode mnie, spojrzała mi w twarz.

— Trzeba było się swojej Mirki pytać, jak taki ciekawski jesteś. Ja jestem tylko przyjaciółką, to co mogę ci powiedzieć, że było przyjaźnie? Zresztą, nie umiem o tym mówić.

— Oj, powiedz, postaraj się — poprosiłem, obejmując ją i na powrót przygarniając do siebie.

Odezwała się dopiero po chwili, wciąż wtulona we mnie.

— Wiesz… jakby ci to powiedzieć… Było naprawdę wyjątkowo. Coś we mnie rosło tak, jakbym… jakbym miała zaraz się unieść gdzieś, sama nie wiem, ale… — przerwała.

— Ale co… Zabrakło ci skrzydeł? — spytałem poważnie i poczułem lekkiego kuksańca.

— Ej, ty… nie śmiej się. Chciałeś, to mówię — a po chwili dodała: — Może i skrzydeł? Jakiegoś ostatniego akcentu. Nie wiem, tak mi się zdaje, bo poczułam, że coś mi chyba uciekło — wyszeptała, wtulona we mnie. — Ale to i tak było cudowne.

— A, czy… nie galopowałem za szybko? — dopytywałem, mając w pamięci uwagi Iwony.

Chwilę się zastanawiała.

— Galopowałeś? Chryste…. Czy ja wiem? Sama nie wiem. Chyba było… No, może gdybyś wytrzymał z tym galopem dwie sekundy dłużej, to… — wyznała nieśmiało.

— Może następnym razem pogalopujemy tak, że pofruniemy — stwierdziłem, zastanawiając się czego nam, a właściwie Oli zabrakło, jakiego akcentu. — Ale musimy się zgrać, wiesz. To był nasz pierwszy raz, to… sama wiesz, jak jest — próbowałem się wytłumaczyć. — A twój? — spytałem naraz, wsuwając palce w jej wzburzoną fryzurkę.

— Mój? — uniosła się, czerń jej oczu starła się z moim błękitem. — Przecież wiesz, że miałam chłopaka, to co się pytasz?

— Miałaś, ale to jeszcze nic nie znaczy.

— Przecież szedł do wojska, no to wiesz…

— No i… — popędzałem ją, gdy zamilkła. — I co dalej?

— No i tyle — wyjaśniła krótko, ale po chwili wyznała: — Głupio było odmawiać chłopakowi w takiej sytuacji. Chyba rozumiesz? Zresztą tamto, to było takie… zwykłe, fizyczne, jakby puste, sama nie wiem. Bardziej się bałam i wstydziłam, niż cokolwiek czułam. I w dodatku miał jakieś obiekcje do moich piersi, więc… — przerwała na moment. — Za to dzisiaj z tobą było zupełnie inaczej, mówiłam przecież — dokończyła i pogładziła mnie po czuprynie.

— No, a pomiędzy dzisiaj, a tamtym przed wojskiem, to coś było?

Ponownie nasze oczy starły się ze sobą, na twarzy Oli zakwitł delikatny rumieniec.

— Chryste, a coś się mnie tak czepił? Ja ciebie nie wypytuję o twoje dobieranie się do tej całej Mirki.

— No powiedz.

— A nie będziesz się chichrał?

Zaprzeczyłem i uszczypnąłem w jędrny pośladek, aż pisnęła cicho.

— Ałł… Nie miałam nikogo, jak chcesz wiedzieć. To znaczy… jak ten mój przyjechał dwa razy z tego swojego Biedruska na przepustkę, no to wtedy było… ale poza tym to nic. Dlatego prawie ci się udało ze mną na tej dyskotece. Za to ty pewnie nie możesz się opędzić od propozycji, co? Dobierasz się do każdej tak, jak dzisiaj do mnie.

Zaśmiałem się, ponieważ słowa Oli mi schlebiały, nie miałem jednak zamiaru uświadamiać jej, jak bardzo się myliła.

— Nie narzekam — odparłem wymijająco. — Za to obiecuję ci, że jeszcze przyprawię ci skrzydeł i polecisz sobie do samego nieba i to nie raz, zobaczysz. Tylko, wiesz, musimy nad tym trochę popracować. Może zaraz, teraz, co? Trening czyni mistrza — powiedziałem wprost, ponieważ już miałem w sobie tę nadzieję, że będziemy parą, tylko musiałem jeszcze Oli to uświadomić i usłyszeć jej zgodę. — Co ty na to?

Ola delikatnie wyzwoliła się z moich objęć.

— Muszę do łazienki — powiedziała i kręcąc nagim tyłeczkiem zniknęła za drzwiami.

— Gdzie moje majtki? — spytała, gdy wróciła.

Zauważyła je i pomimo mojej wcześniejszej propozycji szybko założyła, ucinając sprawę drugiego numerku, po czym stanęła naprzeciw mnie. Gdy to robiła, z przyjemnością obserwowałem jej smukłe uda, kształtne łydki, zaokrąglony tyłeczek, płaski brzuch z ciemnymi włoskami poniżej, a teraz wpatrywałem się w ten trójkącik, rysujący się na jej obcisłych majtkach, gdy stała przede mną. Wyglądała podniecająco w sweterku i majtkach, aż miałem ochotę ściągnąć je, wycałować ten jej tyłeczek i jeszcze raz dobrać się do jej cipki. Zamiast tego pobiegłem półnagi do łazienki, a po powrocie, trochę zawstydzony, wciągnąłem szybko spodnie, aby nie świecić przed dziewczyną gołym tyłkiem. To i tak było deprymujące, tym bardziej, że Ola wciąż mnie obserwowała, uśmiechając się dziwnie.

— Ciekawie wyglądasz taki goły — stwierdziła przy tym.

— Słuchaj, chcę… chcę, abyś coś wiedział. Teraz mogę ci to wyznać, tylko nie śmiej się i zrozum mnie dobrze — odezwała się, gdy już siedzieliśmy obok siebie na wersalce.

— Przyznawaj się, słucham.

Chwila zastanowienia, a potem to niewinne spojrzenie jej oczu, jakby chciała mnie za coś przeprosić.

— Bo, widzisz… Wtedy, na tej dyskotece zabujałam się w tobie od samego początku, naprawdę, chociaż przeczuwałam, że nic z tego nie będzie. A może właśnie dlatego? Sama nie wiem. Ale, wiesz, nie będzie kolejnego wznoszenia się ku niebu.

Czułem, jak drętwieją mi mięśnie, jak głupi uśmieszek, który miał być uśmieszkiem zadowolenia, zamiera na mojej twarzy. Skinąłem jedynie głową na znak zrozumienia. Wiedziałem już wszystko, nie musiała nic więcej tłumaczyć.

— Bo… ten chłopak, którego poznałam i załatwił mi pracę, to… Ja mieszkam z nim, to znaczy w domu jego rodziców. Ta stancja, to właśnie u niego.

Na chwilę kamień spadł mi z serca, ustępując miejsca kolejnej nikłej nadziei.

— Mieszkaj sobie, skoro musisz, tylko żebyś czasem z nim, no wiesz… — zawiesiłem głos w oczekiwaniu.

— No właśnie w tym problem, że jest to „tylko”, bo my… On jest starszy, taki dojrzały, ma już 23 lata, no i…

No tak, straciłem również Olę!

— I co i robisz to z nim, tak? — stwierdziłem z pewnym wyrzutem.

— Wcale nie! — krzyknęła prawie. — Tylko raz, więc nie mów… Ale… bo, widzisz, on chce chodzić ze mną, a właściwie, to już chyba chodzimy. Pracujemy przecież razem w tym hotelu, więc…

— Co, ścielesz z nim wyrka po pokojach?!

— Raczej siedzę w recepcji, bo znam dobrze rosyjski, maturę zdawałam z ruska — wyjaśniła spokojnie. — A on jest moim kierownikiem, pomaga mi i w ogóle.

Zapanowało milczenie. Po chwili zrozumiałem, że przecież nic z Olą sobie nie obiecywaliśmy, poza przyjaźnią, nie mogę mieć do niej pretensji. Nie mam prawa. Tylko, że… wraz z wyznaniem Oli wszystko runęło, cały mój plan, w którym było dla niej specjalne miejsce. Bez Oli ten plan stawał się pusty i nijaki.

— No, to sprawa się rypła — skomentowałem po czasie, z udawaną obojętnością, jej wyznanie. — Dobra, spoko, nie tłumacz się, rozumiem bardzo dobrze, przyjaciółko — dodałem, gdy już uspokoiłem swoje myśli. — Tylko… Powiedz mi, co miało znaczyć to teraz ze mną? Bo nie rozumiem.

— Wciąż jestem i chcę być twoją przyjaciółką — odpowiedziała i zwiesiła głowę.

— No, ale co to było?

Spojrzała wprost w moje oczy, zupełnie tak, jak kiedyś spoglądała Karolina.

— To było wszystko to, co zaistniało dotąd pomiędzy nami. Pragnęłam tego i ty chyba też, więc… Uznaj to za takie, powiedzmy, spełnienie marzeń z mojej strony. A może nawet cud? Szkoda tylko, że nie odezwałeś się w maju albo chociaż w czerwcu. Wtedy jeszcze… A teraz już nie mogę się wycofać, choćbym chciała.

— Również żałuję, ale tak wyszło — westchnąłem głęboko. — Oj Ola, Ola, ty moja bratnia duszo, co ja z tobą mam. Ale i tak cię kocham, tak na swój sposób, po przyjacielsku.

— Ja ciebie również… I wciąż byłam i jestem z tobą szczera do bólu.

— I dzięki mnie uwierzyłaś w końcu w cuda, a przynajmniej w ten ostatni.

Błysnęła w moją stronę oczkami.

— Tak, to co się stało przed chwilą, to musiał być cud, naprawdę. Nie spodziewałam się tego, a jednak… stało się.

Pomimo wszystko czułem się zawiedziony, a może nawet poniżony tym odtrąceniem przez Olę, ale powoli przechodziła mi złość na nią, na to, że znalazła sobie innego i w jednej chwili zgasiła moje nadzieje. Nie miałem prawa mieć do niej pretensji. Jednak pewien żal zaczął we mnie kiełkować, objawiając się uciskiem w piersi.

— Może jednak przemyśl jeszcze raz to wszystko — spróbowałem po raz ostatni. — Spróbuj. Mamy czas, a ja też mam plan…

— Proszę, nie utrudniaj mi. I tak już jestem zdołowana. Nie mogę, niestety.

— To w takim razie na mnie już czas.

— No… Zmykaj i pamiętaj o mnie.

Poczułem na wargach jej gorące usta, które przylgnęły do moich w długim, serdecznym pocałunku. Ostatnim pocałunku. I usłyszałem jeszcze jej szept, gdy spoglądaliśmy na siebie przez domykane prze nią drzwi:

— Ta łza, co z oczu twoich płynie, naprawdę rani moją duszę.

Dostrzegłem ostatnie spojrzenie jej czarnych oczu i trzasnęły drzwi. Zgasło światełko w tunelu, wypalając jednocześnie w moim planie lukę, której nie miałem kim wypełnić.

VI. HARCERKA

— Jesteście już najstarszą grupą, można na was polegać, pełnicie role dyżurnych, udzielacie się, pomagacie w kuchni i tak dalej, tak więc teraz mam dla was nagrodę, wyróżnienie, można powiedzieć — zagaił prosto z mostu nasz internacki wychowawca, gdzieś w połowie września.

Popatrzyliśmy po sobie całą piątką, zdumieni. Byliśmy przecież w tym internacie prawie, jak zastępcy wychowawców i w końcu ktoś nas docenił, nasze wysiłki, dodatkowe obowiązki, udzielanie się i tak dalej.

— Jako, że poprzednicy dawno opuścili internat i szkołę, to teraz wy macie swoją szansę i zostajecie od jutra…. druhami drużynowymi. Czuj!

— Czuwaj — odburknęliśmy bez entuzjazmu, ponieważ nie tego się spodziewaliśmy, chociaż mnie ta propozycja trochę połechtała.

Zawsze to jakieś wyróżnienie i awans w internackiej, i szkolnej hierarchii. Ale również dodatkowe obowiązki.

— Zaraz wam przydzielę drużyny, każdy, wiadomo, będzie miał swoją — oznajmił jeszcze wychowawca.

Do harcerstwa, pomijając czas szkoły podstawowej, należeliśmy od początku zawodówki. Taka była zasada, nikt nas nie pytał o zdanie, a my nie mieliśmy nic przeciw temu. Jak trzeba, to trzeba. Otrzymaliśmy od wychowawcy beżowe bluzy i kolorowe krajki, i raz w tygodniu, w dniu mundurowym ubieraliśmy się w te stroje do szkoły. Poza tym niewiele się w tym harcerstwie działo. Były zbiórki, na których się spotykaliśmy i nic więcej, zbieranie makulatury lub innych surowców — co miało nas uczyć kolejnej, życiowej zaradności — i czasami w ramach działalności harcerskiej wrzucaliśmy koks do internackiej kotłowni, co właściwie nie miało nic wspólnego z harcerstwem. I raz kilka drużyn pojechało do pobliskiego lasu pod namioty, co było ciekawą przygodą, szczególnie, gdy pewnej nocy zaskoczyła nas burza. Na tym obozie sadziliśmy las, a wieczorami zbieraliśmy chrust na ognisko, przy którym długo śpiewaliśmy i zajmowaliśmy się sobą, oceniając tęsknym okiem harcerki. Piotr, jak się pochwalił, zaliczył nawet jakąś harcerkę w obozowym magazynie, gdy miał w nim dyżur, a reszta sadziła ten las. W jaki sposób ją zaliczył, tego nam nie zdradził. Ja z Jankiem i Marcinem zaliczyliśmy jedynie wypicie wina podczas nocnej warty i tyle. Harcerka żadna nam się nie nawinęła, chociaż o tym głośno marzyliśmy.

Najlepiej z przydziałem drużyny trafił Piotr. Dostał klasę z Liceum Zawodowego, drużynę samych dziewczyn i to nie byle jakich — z Amazonkami w składzie — czego Stefan nie mógł przeboleć. Na koniec wychowawca, zajmujący się od zawsze harcerstwem, podszedł do mnie.

— Ty mi się wydajesz taki, tego, najrozsądniejszy, to mam dla ciebie specjalną drużynę. Tu niedaleko w szkole podstawowej — oznajmił.

— Co? Słucham?

— A co, głuchy jesteś? — odburknął. — Weźmiesz ósmą klasę, dobre dzieciaki, a nie mam nikogo innego.

— Ale co ja mam z nimi robić? — oponowałem jeszcze.

— To co wszystkie drużyny robią albo… wymyśl coś. Masz łeb to kombinuj — stwierdził, zamykając temat. — Dobra. Jeszcze kierownik chce się z tobą widzieć.

Jeszcze bardziej zaskoczony wszedłem do gabinetu kierownika, który siedział za biurkiem pochylony nad kartkami, z wyraźnymi rumieńcami na twarzy. Dopiero po chwili podniósł na mnie wzrok.

— Siadaj Skowroński. Polonistka pokazała mi wczoraj te twoje wiersze, wychwalając cię, jak nie wiem co — zaczął swój wykład. — Czytam je już drugi raz i staram się coś zrozumieć… Ale dobra, w tej chwili nie to jest ważne, co autor miał na myśli. Z innej beczki. Słuchaj — przerwał na chwilę, wpatrując się we mnie. — Już kiedyś mówiłem na apelu, że sterczycie z tymi dziewuchami pod oknami na korytarzu i marnujecie swój czas, zamiast działać. Przez jakiś czas był z tym spokój, ale znowu się zaczęło. Nie powiem, że źle się uczysz, ale kiedyś, pamiętam, twój portret wisiał nad świetlicą. Pamiętam, jak jeszcze w pierwszej klasie, po pierwszym miesiącu nauki miałeś po piątce z każdego przedmiotu, co nas wszystkich tu zaskoczyło. A to znaczy, że jak chcesz, to możesz. A teraz co? Sterczysz na tym korytarzu z innymi i marnujesz czas. Matura blisko, trzeba wiedzę szlifować, o studia się starać, a ty co? Tracisz czas na gadanie z dziewuchami — przerwał na chwilę, wrzucił kartki do szuflady biurka. — Nie mówię, że te wiersze są złe, ale czy to również nie strata czasu? Teraz, gdy matura blisko? Na jakie studia chcesz iść? — jego spojrzenie wręcz przykuło mnie do krzesła.

— Jeszcze nie wiem, nie zdecydowałem — wzruszyłem ramionami.

Odniosłem wrażenie, że chciał mnie zabić tym swoim spojrzeniem, jednak w jego głosie zabrzmiała cieplejsza nuta.

— Słuchaj, Skowroński… Sam nie wiem, ale tak obserwuję cię od lat… Nie powiem, że zły z ciebie chłopak, spokojny, uczysz się lepiej od innych, chociaż, jak mówiłem, mógłbyś na pewno lepiej, więc… Jesteś synem chłopa, tak?

— Tak, rolnika.

— Właśnie mówię… Za pochodzenie dostaniesz punkty, jak zapiszesz się do partii, to dostaniesz kolejne punkty i twoje szanse wzrosną. I nauka, i jeszcze raz nauka. No… Wstąpisz do naszej peope, a na drogę ja cię zarekomenduję, aby na uczelni już wiedzieli ktoś ty taki. Tak… I jeszcze jedno, a propos twoich wierszy. Przestań zajmować się jakimiś miłościami czy… o czym ty tam ciągle piszesz. O, jeszcze o piciu wina… Nie wiem skąd takie pomysły… Daj sobie z tym spokój i napisz coś konkretnego, coś o tym, co w kraju się dzieje, patriotycznego. O pracy, nauce… O, może jakiś hymn naszej szkoły? O tym pisz, a ja ci na pewno pomogę i będę miał argumenty. Pomyśl o tym, a nie pożałujesz — zakończył.

I zacząłem myśleć. O swojej przyszłości również. Jednak w tym myśleniu byłem wciąż osamotniony, ponieważ żaden z kolegów z pokoju o studiach, czy też o innych planach głośno nie myślał, więc ja również zawiesiłem na ten czas swoje myślenie o planowaniu przyszłości, o tym kim będę i gdzie zajdę na tej swojej niepewnej drodze. Tym bardziej, że po przeżyciach z Mirką i utracie Karoliny na nic nie miałem ochoty, nawet na myślenie, a tym bardziej na naukę.


*

— To ten chłopak, najlepszy jakiego mam. Powinien dać radę — powiedział wychowawca, przedstawiając mnie gronu nauczycielskiemu w najbliższej podstawówce.

— Nasza ósma klasa, to również dobre dzieciaki, na pewno sobie poradzi — stwierdziła najstarsza kobieta z nauczycielskiego grona, przyglądając mi się, jak dziecku przed pierwszą komunią.

Potem wprowadzono mnie do owej ósmej klasy, przedstawiono i za chwilę zostałem z dzieciarnią sam na sam. Serce biło mi z przejęcia, nie wiedziałem, jak mam się zachować i zacząć tę zbiórkę, więc lustrowałem wzrokiem ową dzieciarnię. Ale to wcale nie była taka dzieciarnia, jak zauważyłem. Może drobni, pryszczaci chłopcy nie prezentowali się zbyt okazale, ale ponad połowa z nich była już prawie mojego wzrostu. Część dziewczyn, to również jeszcze drobnica, ale większość z nich zdążyła już wyrosnąć i przeobrazić się w panienki z widocznymi wzgórzami piersi, chociaż jedynie kilka z nich nabierało dopiero ciekawej urody. Na wszystkich twarzach malował się dziwny grymas, który miał być zapewne uśmiechem powitania, tylko jedna twarz była niewzruszona, co przykuło moją uwagę.

Dziewczyna, taka pokroju Joli i Ilony z festynu w Płużanach, o ładnej i subtelnej twarzy, prostych, ciemno blond włosach i z grzywką sięgającą oczu. Szczupła, ale wyrośnięta, w czerwonym sweterku i granatowej spódniczce, siedziała w pierwszej ławce pod oknem. Spod ławki wystawały jej długie, opalone nogi w białych podkolanówkach. Lustrując wzrokiem jej postać, te zgrabne nogi i ładną twarz, ale też niewzruszoną minę, pomyślałem nawet, że to zapewne prymuska i to z jakiejś ważnej rodziny, która wszystko ma gdzieś. Niemniej jednak poruszyła moje emocje.

Byłem starszy, ale byłem uczniem, tak jak oni, więc zastanawiałem się nad tym, jak powinienem się zachować. Przede wszystkim miałem tę świadomość, że musiałem z nimi działać i coś robić. I od razu przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Ale najpierw musiałem zacząć to spotkanie, aby ich do siebie przekonać. A miernikiem tego przekonania była dla mnie niewzruszona mina dziewczyny spod okna.

— Czuj, czuj! — wykrzyknąłem przez ściśnięte gardło.

— Czuwaj! — odpowiedzieli nieskładnie, śmiejąc się głośno.

— Jesteście drużyną harcerską — zacząłem drżącym głosem — a ja zostałem waszym drużynowym, chociaż nie wiem za jakie grzechy.

Drużyna ryknęła jeszcze głośniejszym śmiechem, ale jedna osoba pozostała wciąż niewzruszona, delikatnie obserwując moją postać. Właśnie ta w ławce pod oknem.

— To pewnie za słabe wyniki w nauce!

— Albo za wagarowanie!

— Albo jeszcze co gorszego!

— rozległy się głosy i wtórujący im śmiech.

Przez tę chwilę ogólnego rozgardiaszu miałem czas pomyśleć nad kolejnymi słowami.

— Trochę tych grzechów mi się nazbierało, jak widzę, ale mam cichą nadzieję, że z czasem ta zabawa z wami okaże się nagrodą, a nie karą.

Popatrzyli zaciekawieni, dziewczyna spod okna, którą subtelnie obserwowałem, podniosła na mnie wzrok.

— A to w takim razie jest jakaś zabawa? — spytał jeden z dryblasów, okupujący ostatnią ławkę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 58.58