Corner - Legendarna Jaskinia

Bezpłatny fragment - Corner - Legendarna Jaskinia


4
Objętość:
233 str.
ISBN:
978-83-8104-250-5

Część Pierwsza
„Legendarna Jaskinia”

Z dedykacją dla Natalii, pierwszej osoby, która stwierdziła, że ten pomysł ma potencjał.

Prolog

Trzydzieści jeden stóp na północ, osiemnaście na południe, trzynaście na wschód i piętnaście na zachód. Oto wymiary jej więzienia. Nie była to cela, lecz otwarta przestrzeń, ale ciągle zdawała się być lochem.

Wymiary tego miejsca zmierzył Sebastian, jej — od niedawna — najbliższa osoba. Ktoś, kto towarzyszył jej odkąd utknęła w tym punkcie. Miała wrażenie, że spędzi tutaj resztę swojego, już zaprzepaszczonego, życia. Na skrawku skały, gdzieniegdzie porośniętej mchem, trawą albo jakimiś chwastami, pomyślała, kopiąc kępkę wilgotnego, zielonego porostu.

Nienawidziła go. Nie cierpiała osoby, którą się stała, właśnie przez niego. Nie mogła znieść myśli, że dała się tak łatwo zmanipulować, że uległa mu… Pod każdym względem. Bała się, ale nienawiść przezwyciężała uczucie strachu. Nie panikowała. Już nie. Nauczyła się panować nad sobą. Nauczyła się otwarcie go nienawidzić.

Jej rozmyślania przerwał odgłos, nadchodzącego człowieka. Nie. Nie człowieka. Nie mogłaby usłyszeć zwykłego śmiertelnika. To pewnie Pan Zło wraca, pomyślała, a mężczyzna siedzący obok niej, na kamieniu, uśmiechnął się pocieszająco i powiedział, żeby się nie martwiła. Nie martwię się, odpowiedziała mu w myślach, które potrafił odczytać.

W ręku trzymała połamaną gałązkę. Dostrzegła malutki skrawek ziemi, znajdujący się w zasięgu wzroku mężczyzny, który skubał źdźbło żółtej trawy. „Czas na przedstawienie” napisała drobnym druczkiem, a kiedy mężczyzna zapytał: Może dzisiaj poudajesz, że go choć trochę tolerujesz?, dziewczyna tylko uśmiechnęła się kpiarsko, a on już wiedział, że nie ma na co liczyć. Pozostało tylko czekać i obserwować.

Rozdział 1

Rok pięćsetny naszej ery, Południowa Anglia.

Trzy mile od potężnego zamku Camelot, gdzie obecnie panował celtycki władca Arthur, znajdowała się mała wioska. W tym przysiółku każdy dzień wyglądał podobnie. Ludzie prowadzili monotonne, lecz szczęśliwe i w miarę dostatnie życie. Nikt nie głodował, nikt nie umierał w wyniku zarazy. Każdy pracował, wykonywał swoje obowiązki. Dzieci były posłuszne rodzicom w każdej kwestii, a rodzice chcieli dla swoich dzieci jak najlepiej. Starsi byli traktowali z ogromnym szacunkiem.

Jedno z małych gospodarstw zamieszkiwała przeciętna, żyjąca rutyną rodzina. Szczęśliwe małżeństwo z trójką dzieci — synem, który przeżył dziewiętnaście lat i jeszcze nie znaleźli mu żony, córką z siedemnastoma wiosnami, zajmującą się zwierzętami i najmłodszą córeczką, która pomimo wieku dojrzewania stała przy rodzicach za każdym razem, kiedy jej potrzebowali.

Syn Eric codziennie pracował w polu razem z ojcem. Rosalie, jak już wcześniej zostało wspomniane zajmowała się zwierzętami. Wypasała krowy i kozy, karmiła kury i gęsi, zajmowała się końmi. A Martha głównie sprzątała w domu. Wymieniała i prała pościel, myła drewniane zasuwy okien, które zamykano na noc, aby nie było zimno i czasem wraz z matką przygotowywała posiłki.

Czerwcowy poranek. Słońce unosiło się tuż nad horyzontem i z każdą godziną pięło się ku górze po błękicie nieba, przyozdobionym gdzieniegdzie białymi chmurami, przesuwanymi przez orzeźwiający wiatr. Wioska budziła się do życia. Wszyscy już dawno zjedli śniadanie i powoli zabierali się za swoje obowiązki. Po ciepłej nocy powróciła monotonia dnia.

Eric wybierał się na pole z ojcem, Rosalie przygotowywała paszę dla zwierząt, a Martha pomagała matce posprzątać, po porannym posiłku.

Po dwóch godzinach męczącej pracy w stajni i noszenia wiader z wodą dla zwierząt, matka wezwała do siebie Rosalie. Dała córce woreczek z miedziakami i poleciła, aby udała się do miasta, znalazła znajomego kuriera, który wyruszał w drogę z przesyłkami dopiero jutro i przekazała, wraz z zapłatą, list do przyjaciela jej ojca. Dziewczyna bez chwili wahania wzięła kopertę i woreczek, po czym udała się do stajni, gdzie czekał jej wierny przyjaciel Edward.

Sięgnęła po skórzaną torbę zawieszoną przy boksie ogiera i włożyła do niej to, co miała przekazać. Osiodłała karego konia, założyła uzdę i wyprowadzając go z boksu, powiedziała łagodnym głosem:

— Czas udać się do miasta, Edwardzie — ogier parsknął w odpowiedzi, a dziewczyna uśmiechnęła się i już po chwili gnała przed siebie w kierunku miasta.

Uwielbiała odrywać się od codziennych obowiązków, które już dawno zaczęły ją nudzić. Nawet taka krótka „wyprawa” do miasta była pewnego rodzaju rozrywką. Na ulicach, jak zwykle, panował niesłychany tłok. Zwłaszcza w miejscu targu. Tłum ludzi, głośne rozmowy, wszechobecny gwar, hałas i niemalże chaos. Zupełne przeciwieństwo wiejskiej ciszy. Lubiła to. Pomimo tego, że ten miejski klimat, choć doprowadzał ją do bólu głowy, po kilku minutach przyzwyczajała się i wszystko było w porządku.

Ze strony wieży zegarowej popłynął dźwięk dzwonów, wybijających jedenastą. Udała się do znajomego już domostwa. Przekazała całkiem młodemu mężczyźnie list i woreczek z miedziakami. Nie mieszkał sam, a że jego żona była bardzo gościnna zaprosiła ją na herbatę. Wyszła stamtąd dopiero po dobrej godzinie i w końcu miała trochę czasu dla siebie.

Jeżdżąc z wolna po mieście nawet nie zorientowała się, kiedy wybiła trzynasta. Czas, w którym młody król Arthur wyruszał do lasu na polowanie. W ramach rozrywki oczywiście. Rosalie właśnie zbliżała się do drogi, którą miał przejeżdżać władca. Zatrzymała Edwarda tuż za dwoma rzędami rozentuzjazmowanych ludzi, żeby przypatrzyć się majestatyczności człowieka, którego zwie swym królem. Towarzyszyli mu strzelcy, ludzie z chorągwiami oraz dmący w rogi, którzy właśnie wypuścili swoje psy. A tuż za sforą ruszyła cała gwardia. Martha byłaby zachwycona, pomyślała, doskonale wiedząc, że jej młodsza siostra widzi w Arthurze miłość swojego życia. Nieważne, że widziała go tylko raz w życiu.

Czas wracać do domu, pomyślała. Rosalie nigdzie się nie spieszyło, więc Edward szedł powoli stępem, jak gdyby nigdy nic. Wsłuchiwała się w śpiew ptaków, cieszyła promieniami słońca, które ogrzewały jej skórę i rozkoszowała się delikatnym orzeźwiającym wiatrem, bawiącym się jej długimi włosami.

Niecałą milę od domu zobaczyła gdzieś daleko w polu trzy postacie. Rozpoznała w nich swego ojca, brata i siostrę. Zauważyli ją, krzyczeli, wymachiwali rękoma, ale Rosalie nie wiedziała, o co im chodzi. Nie rozumiała. Zaczęli pokazywać palcami na niebo, a po chwili uciekli w stronę lasu. Spojrzała w górę i po kilku sekundach niebo przeciął z ogromną szybkością olbrzymi potwór, płosząc Edwarda.

***

Upadła na kamienistą drogę, uderzając ramieniem o coś ostrego. Poczuła szczypanie i pieczenie. Miała tylko nadzieję, że to nie jest żadna poważna rana.

Zaklęła pod nosem, kiedy poczuła tępy ból na łopatce podczas podnoszenia się z ziemi. Odwróciła się na chwilę w stronę, z której przybyła i zobaczyła, uciekającego w stronę miasta Edwarda, po czym zwróciła wzrok w stronę wioski. Wszystko działo się, jakby w spowolnionym tempie. Jej rodzinna wioska tonęła w ogniu, wznieconym przez olbrzymiego, mitycznego gada. Nad gospodarstwami unosił się czarny dym, a w powietrzu czuć było smród spalenizny. A co gorsza, można było nawet wyczuć zapach płonących, ludzkich zwłok. Starała się zignorować ten fakt i nie zwymiotować. Panował chaos i panika. Ludzie uciekali w stronę lasu i na pola, niektórzy biegli w stronę miasta. Wszechobecne krzyki, kasłanie i płacz przytłaczały ją i doprowadzały do tego, że sama miała ochotę zacząć panikować, jak tylko dobiegła zdyszana na miejsce. Ogarnął ją taki strach, że jedyne, co teraz mogła zrobić, to stać w miejscu i bezcelowo patrzeć na monumentalne ognisko, którym stała się wioska, gdzie została wychowana.

Ktoś niemal na nią wpadł, biegnąc w popłochu przed siebie. Wtedy świadomość do niej wróciła. Wzięła głęboki wdech i rozejrzała się po niebie. Nie widziała stwora w pobliżu, choć wiedziała, że gdzieś tu jest. Pobiegła w przeciwną stronę do oszalałego tłumu. W stronę domu. Coraz częściej kasłała przez dym, powoli dostający się do jej płuc.

Przeszła przez bramę, cały czas rozglądając się. Jej oddech przyspieszył wraz z biciem serca. Przebiegła obok domu, wokół którego walały się trupy zwierząt. Powstrzymywała odruch wymiotny i łzy. Musiała dotrzeć do swojego domu. Musiała…

Oparła się o ścianę jednej z najbliższych, niepłonących stodół, czując, że nogi jej się trzęsą i za chwilę nie będą w stanie jej utrzymać. Wzięła głęboki wdech, choć to nie było zbyt dobrym pomysłem, zważywszy na otaczające ją opary. Cały czas powtarzała sobie, że z jej rodziną jest wszystko w porządku. Widziała Erica z ojcem i siostrą na polu… Ale co z matką? Musiała dotrzeć do domu i sprawdzić, czy nie spanikowała na tyle, aby zemdleć i nie być w stanie opuścić gospodarstwa.

Odzyskała pewność, że nie przewróci się po pierwszym lepszy kroku, jaki zrobi i już miała ruszać dalej, ale nie mogła. Jeden dźwięk, jeden jedyny przeraźliwie głośny dźwięk, doprowadził do tego, że jej serce prawie się zatrzymało, a oczy otworzyły się szerzej ze strachu. Przeszywający ryk. Znieruchomiała i zaczęła oddychać coraz szybciej. Była przerażona.

Stała przy rogu stajni. Przełknęła ślinę i drżąc ze strachu wychyliła się, żeby spojrzeć czy ma wolną drogę. To, co zobaczyła przerastało jej najśmielsze oczekiwania. Patrzyła w ogromne, błękitne ślepia, należące do monstrualnej kreatury o lśniących, czarnych łuskach. Głos uwiązł jej w gardle. Nie była w stanie wydać z siebie najcichszego dźwięku. Nie ośmieliła się ruszyć, lecz kiedy tylko bestia odwróciła wzrok, Rosalie cofnęła się na swoje poprzednie miejsce, oddychając głośno i szybko. Co robić? Co robić? Zastanawiała się gorączkowo, próbując wymyśleć jakiekolwiek wyjście z tej sytuacji. Spojrzała w lewo i dostrzegła linię drzew. Las. Biegnij do lasu. Ostatni raz wzięła głęboki oddech i pobiegła w stronę puszczy. Tuż za stodołą skręciła w lewo i wpadła na wysokiego mężczyznę o rozczochranej, czarnej czuprynie. Jego silne dłonie niemal natychmiast zatrzasnęły się na ramionach dziewczyny, która prawie krzyknęła z zaskoczenia. Jego niebieskie, przeszywające spojrzenie utkwiło w jej przestraszonych oczach. Miał wystające kości policzkowe i wyraźnie zarysowaną linię szczęki. Delikatny zarost gościł na jego brodzie i policzkach. Widziała go pierwszy raz w życiu.

Zauważyła, że ryki potwora ustały.

Nie rozumiała, dlaczego on nie uciekał z tego prawie zrównanego z ziemią miejsca. I dlaczego jest taki opanowany? W porównaniu z nią, miotającą się, rozhisteryzowaną, przestraszoną dziewczyną. Ten niewzruszony zamętem, który ich otaczał mężczyzna był przy niej „tym, który wie, co robić”.

Błądził wzrokiem od jej ramienia, które trochę krwawiło, do jej twarzy.

— Chodźmy stąd — odezwał się stanowczym, opanowanym, lecz trochę cichym głosem. Nie zareagowała. Była w zbyt dużym szoku, żeby coś powiedzieć, więc znów on zabrał głos, tym razem bardziej błagalnym tonem. — Chodźmy stąd. Zanim ta kreatura wróci, proszę. Nie chcemy umrzeć zamienieni w proch przez to monstrum, czyż nie? — po chwili analizy jego słów, kiwnęła niepewnie głową, a mężczyzna wziął ją za rękę i pociągnął za sobą, co chwila rozglądając się.

Wioska stała cała w płomieniach. Wszystko, co Rosalie kiedykolwiek posiadała, właśnie zamieniało się w popiół. Wszystko, z czym była związana sentymentalnie pozostało w małej, zbezczeszczonej przez mityczną bestię wiosce. Wierzyła tylko, że cała jej rodzina się uratowała i jakoś przetrwają. Musiała w to wierzyć.

Mężczyzna poprowadził ją za wzgórze, znajdujące się w pobliżu lasu. Cały czas trzymał jej dłoń. Nawet, kiedy nagle zatrzymała się, widząc za wzgórzem grupkę ludzi, którzy ewidentnie wędrowali od jakiegoś czasu.

Usłyszała kojący, łagodny głos.

— Chodź, proszę. Ktoś musi cię opatrzyć — nie mogła oderwać wzroku od tej małej grupy ludzi. Zaprowadził ją do jakiejś kobiety w średnim wieku, która oczyściła ranę na jej lewym ramieniu, wtarła w nią jakieś zioła, które trochę szczypały i opatrzyła kawałkiem czystego, białego materiału.

Rosalie przez cały czas przyglądała się, rozmawiającemu z jakimś człowiekiem mężczyźnie, który wyciągnął ją z płonącej wioski. Czarne włosy… Blada skóra… Te błękitne oczy. O identycznym odcieniu, jak bestia… dostrzegła w nim niewiarygodne podobieństwo do monstrum, które odpowiadało za zniszczenie jej wioski.

Kiedy kobieta skończyła opatrywać jej ramię, mężczyzna o błękitnych oczach, łudząco podobnych do tamtego smoka, podszedł do niej, znów chwycił za rękę i poprowadził na przód tego małego zbiorowiska.

Przewodził tymi ludźmi tak zdecydowanie, jakby robił to przez całe życie. Prawdopodobnie, jeżeli coś nie poszło po jego myśli unosił się tak, że równie dobrze mógłby pluć ogniem. Cały czas porównywała jego zachowanie do zachowania bestii. Szok powoli mijał i pozostawiał coraz więcej do analizy, lecz im dłużej o tym myślała tym bardziej idiotyczne wydawały się te przypuszczenia, bo jak człowiek może być podobny do smoka?

Z zamyślenia wyrwał ją jakiś mężczyzna o czekoladowych oczach i jasnobrązowych, krótkich włosach. Na twarzy miał kilkudniowy zarost i posiadał piękny uśmiech, którym obdarzył dziewczynę, zagadując do niej:

— Witaj. To ty dzisiaj do nas dołączyłaś?

— Można tak powiedzieć… — odburknęła, nie będąc pewną, co o tym wszystkim sądzić. Tak właściwie to, to było bardziej uprowadzenie, ale nie szkodzi… pomyślała, idąc krok w krok z tym mężczyzną, który teraz zerknął na nią na chwilę, po czym uśmiechnął się i odezwał:

— Och, chciałaś powiedzieć, że dałaś się uprowadzić? — spojrzała na niego zdziwiona. Poczuła się przez chwilę, jakby czytał jej w myślach, ale wykluczyła tę opcję, bo pewnie większość ludzi zostało, właśnie w taki sposób, „zwerbowanych”. Nie miała żadnej pewności, lecz takie odczucie towarzyszyło jej od kilku minut. Jakby została uprowadzona, a nie uratowana.

— Zabrzmiało, jakbyś czytał mi w myślach.

— Może właśnie to robię? — jej wzrok spotkał się z jego roześmianymi oczami i po chwili stwierdziła:

— Niemożliwe.

— Nie? Podejrzewasz, że całkiem dobrze wyglądający mężczyzna zamienia się w olbrzymiego gada, żeby siać zamęt i zniszczenie, a nie wierzysz w widzenie czyichś myśli? — dziewczyna nie wiedziała, co odpowiedzieć. Zatkało ją. A jego wyraźnie to śmieszyło. — Widzę, że cię zainteresowałem. — wyciągnął do niej dłoń i ona zrobiła to samo. Ujął ją i zbliżył do swoich ust. — Jestem Gregory.

— Rosalie. Miło mi poznać — jego zarost lekko podrażnił skórę jej dłoni, w wyniku czego przeszedł ją miły dreszcz. — Czy ten człowiek wie o twoim darze? — wskazała na czarnowłosego mężczyznę, który właśnie rozmawiał z kobietą, która ją opatrzyła.

— Owszem. Wyciągnął mnie z płonącego budynku, jakieś pięć dni temu i „uprowadził”, jak to nazwałaś.

— Rozumiem.

— Co ci się stało? — wskazał na jej ramię, gdzie automatycznie spojrzała.

— Spadłam z konia, który trochę się spłoszył, zobaczywszy bestię na niebie.

— Skąd twoje przypuszczenia o tym mężczyźnie?

— To tylko głupoty… zwyczajny szok, tak mi się wydaje — uśmiechnął się, słysząc jej odpowiedź.

— Ma na imię Xevertus. Od kiedy mnie ze sobą wlecze, że tak to nazwę, myślał przede wszystkim o tym, że każdy z zebranych tu ludzi jest w jakiś sposób wyjątkowy.

— Wyjątkowy?

— Na przykład tak, jak ja. Umiem czytać w myślach. A inni, kto wie, co potrafią robić.

— Niesamowite. Nie sądziłam, że coś takiego może się wydarzyć… Że tacy ludzie istnieją…

— A więc w tej chwili otaczają cię czterdzieści trzy istnienia z jakimś darem.

— Niesamowite… — wyszeptała, nie wierząc w to, co się dzieje. Przez całe życie sądziła, iż nadprzyrodzone zdolności istnieją jedynie w legendach i baśniach. Mimo słów tego mężczyzny, nie potrafiła uwierzyć w coś takiego.

W ciągu następnych kilku godzin Gregory udowadniał dziewczynie, że naprawdę potrafi czytać w myślach i to nie tylko poprzez patrzenie komuś w oczy.

Kiedy zaczęło się ściemniać mężczyzna, przewodzący grupą zarządził postój, żeby wszyscy się wyspali. W środku lasu.

***

Pierwszą informacją, jaką ludzie otrzymali od swojego pseudo przewodnika, było oznajmienie, że tak naprawdę każdy samodzielnie musi dbać o to, aby trzymać się blisko grupy, i co za tym idzie, jego. W tej kwestii nie było żadnego problemu. Ludzie bali się puszczy, oczywiście niektórzy z nich wcześniej musieli pracować, jako drwale, ale akurat to miejsce wzbudzało w nich wewnętrzny lęk. Ci, którzy kiedykolwiek zainteresowali się tym lasem, słyszeli przeważnie o tajemniczych i okrutnych morderstwach.

W „oddziale” Xevertusa znajdowali się również przestępcy. Nie spuszczał ich z oka. Ci ludzie, pomimo kryminalnej przeszłości zostali obdarzeni ogromną wiedzą, ale byli na tyle głupi, żeby spróbować uciec, a nawet zwrócić ludzi przeciwko Xevertusowi. Najgorszym błędem, jaki popełnili od początku swojej wędrówki była próba zabójstwa człowieka, który prowadził ich niewiadomo gdzie.

Rosalie obserwowała tych trzech mężczyzn i jedną kobietę od jakiegoś czasu. Byli pod stałym nadzorem, odebrano im wszelaką broń i podczas wędrówki przeważnie zakuwano ich ręce w kajdany. Dziewczyna robiła wszystko, aby nie myśleć o swojej rodzinie, nie płakać, chciała przetrwać i musiała być gotowa na wszystko.

— Czego nie robić, aby uniknąć ich losu? — zapytała Gregorego, który cierpliwie odpowiadał na jej pytania i mówił szczerze, kiedy czegoś nie wiedział.

— Nie sprzeciwiaj się panu Xevertusowi i nie próbuj w żaden sposób podburzać przeciw niemu ludzi — odpowiedział, bez cienia przejęcia w głosie. Brzmiało to, jak wyrecytowana formułka.

Dziewczynę interesował też temat tej puszczy. Pytania bez odpowiedzi krążyły w jej głowie i przez długi czas nie śmiała wypowiedzieć ich na głos. Wyręczył ją w tym pewien młody chłopak, który rozmawiał akurat ze starszym mężczyzną.

— Dlaczego ludzie tak bardzo boją się tej puszczy? — zapytał.

— Te ziemie były niegdyś zamieszkane przez cudowne stworzenia, w które niektórzy nie wierzyli. Nimfy leśne, pomocne elfy, smoki, które przez długi czas stanowiły dobre istoty i jako szlachetne i mądre zwierzęta, pełniły władzę nad innymi i robiły to wręcz idealnie. Do czasów rządów Aarona. Był on władcą sprawiedliwym, surowym, ale i uczciwym.

— Więc co w nim złego? — zdziwił się chłopak.

— W Aaronie? Nic. Był wyśmienitym królem, ale miał również wrogów. I to wśród swojego ludu.

— Dlaczego?

— Wygnał on swojego poprzednika Braelyna, którego mieszkańcy puszczy uwielbiali i nie mogli się pogodzić z jego stratą.

— Dlaczego go wygnał?

— Z czystej zazdrości. Aaron chciał mieć tron tylko dla siebie, ale jednocześnie nie potrafił skrzywdzić ojca, więc wydalił go z puszczy. Obywatele przygotowywali powstanie przeciwko Aaronowi przez dziesięć długich lat. Zdobywali informacje na jego temat, musieli wiedzieć gdzie najczęściej przebywa, kiedy zapada w sen, kiedy się budzi. Wszystko. Planowali zemstę, ale cały czas ją przekładali, z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok… I wtedy pojawił się Dallas, prawuj pana Xevertusa. To on podjął ostateczną decyzję o terminie buntu. Była to noc letniego przesilenia, czyli czas, w którym moce Aarona słabły. Dallas zebrał oddziały przyjaznych, do tamtej pory, smoków, elfów i zwierząt, które dzięki niemu stały się nienawistne i bezlitosne. Miał po swojej stronie elfy, których oczy zmieniły barwę z przeróżnych odcieni błękitu na czarne, miedziane, a nawet złote; zwierzęta takie jak pantery, niedźwiedzie, wilki lub rysie zaczęły odznaczać się agresją i rządzą mordu. Atakując siedzibę Aarona skosztowały krwi i zwycięstwa, co dodało im pewności siebie. Dallas pozbawił życia samego króla, wyrywając serce z jego piersi, podczas jednej z najznamienitszych smoczych walk. Po tym wydarzeniu żołnierze Dallasa, tak jak i ich późniejsze potomstwo, pragnęli krwi i rządziła nimi chęć zadawania cierpienia. Właśnie przez to, kim się stali, przez to, co nad nimi panowało wymordowali pozostałych mieszkańców puszczy, tych, którzy jeszcze posiadali niesplamione zemstą serca. Brat walczył przeciwko bratu, syn przeciwko ojcu… Mroczne istoty pozbawiły życia wszystkich, prócz siebie wzajemnie. W tamtych czasach, jeżeli ktokolwiek odważył się wkroczyć do puszczy, już nigdy nie powrócił. Na całe szczęście te przerażające czasy minęły. Zostały tutaj jedynie niedobitki złych stworzeń, które niemal całkowicie wyginęły. Właśnie, dlatego ta okolica jest znana z tak drastycznych zdarzeń. Ludzie uważają to miejsce za przeklęte, lecz w rzeczywistości, kiedyś było istnym rajem — chłopak, który tak ochoczo pytał o różne rzeczy już więcej nie poruszył tematu lasu, tak samo, jak i ludzie, którzy przypadkiem albo i specjalnie podsłuchali opowieść mężczyzny. Xevertus również słyszał wszystko, co do słowa. Doskonale znał tą opowieść. Prawuj pod koniec swojego życia często wspominał te wydarzenia, choć to, co nastąpiło po powstaniu ujmował zupełnie inaczej. Twierdził, że liczna część dobrych stworzeń uciekła albo dołączyła do niego. Przez resztę dnia i przez całą noc myślał o wersji, którą znali ludzie i o tym, co on słyszał od prawuja.

Rozdział 2

O świcie Xevertus zbudził ludzi i oznajmił im, że mają chwilę, aby przygotować się do dalszej wędrówki. W przeciągu trzydziestu minut wszyscy byli gotowi ruszać. Szeptali między sobą o niedogodnościach tej wyprawy i o ciągle nieznajomym im celu. Czasem przychodziły im do głów myśli, iż idą na śmierć. Niektórzy już nawet się z tym pogodzili.

Już mieli iść dalej, kiedy usłyszeli znany ludziom pracującym wcześniej w lesie dźwięk — spadające drzewa. Drwale zaczęli krzyczeć, żeby uciekać i rozglądali się w koło. Pierwszy potężny konar uderzył o ziemię tuż przez tłumem, o włos omijając Xevertusa, a po chwili drugi nawet z większą mocą za nimi. Poszkodowanych nie było, ale wszyscy panikowali. Oczywiście ich pseudo przewodnik nie widział sensu, w próbie opanowania tego chaosu. Jedynie przywołał do porządku, znajdujących się najbliżej niego przestępców.

Nagle wszyscy umilkli. Z głębi puszczy doszedł ich niepokojący, złowrogi szmer. Byli tak sparaliżowani strachem, że nie odważyli się ruszać. Oddychali szybko i powierzchownie, w oczach niektórych pojawiły się łzy. Ich ciała drżały. Po dłuższej chwili usłyszeli miękkie kroki, z każdą sekundą coraz głośniejsze, co oznaczało, że cokolwiek zmierzało w ich stronę, zaraz stanie z nimi twarzą w twarz.

Xevertus wyszedł przed tłum, któremu kazał stać w jednej, zwartej grupie. Ludzie byli mu posłuszni, bo wiedzieli, że jako jedyny jest pewien, tego co robi, chociaż nie zawsze był. Próbował wypatrzeć pomiędzy drzewami jakiś ruch, ale wtem szelest ustał i nastąpiła cisza, trwająca na tyle długo, aby mógł stwierdzić, że tak naprawdę jego drużyna jest już bezpieczna.

— Cokolwiek to było — przemówił — odeszło. Musimy ruszać.

I już zmierzał ku grupce, kiedy zawiał wiatr i odczuwający swoimi nadludzkimi zmysłami Xevertus, poczuł w powietrzu zapach gnijącego mięsa. Odwrócił się szybko, żeby spojrzeć w las, lecz po tym ruchu wszystko działo się bardzo szybko. Tłum za nim cofnął się panicznie i niektórzy odstąpili od reszty. Mężczyzna zamiast zobaczyć stare drzewa i krzaki, ujrzał olbrzymią paszczę pełną ostrych kłów, zmierzającą do jego twarzy. Odruchowo wystawił dłonie przed siebie w geście obrony i ułamek sekundy później poczuł twarde, rzadkie futro, rosnące na cienkiej skórze, która opinała kości zwierzęcia.

Xevertus odepchnął stworzenie, zanim to zdążyło kłapnąć zębami. Zauważył, że tym, co go zaatakowało był ogromny, czarny wilk, który wyglądał jakby nie jadł nic od dobrych kilku miesięcy. Jego ślepia świeciły na czerwono, a z pyska wydobywała się ślina. Kreatura nie była żywym zwierzęciem. Była po części zjawą. Przy każdym kroku ciemna sierść falowała delikatnie, wytwarzając subtelną mgiełkę.

Bestia zawarczała, lecz brzmiało to jakby się śmiała, po czym zawyła złowieszczo, dostrzegając pojedyncze osoby z dala od grupy. Nie minęło dużo czasu, a na ziemię spadły kolejne drzewa, tym razem, przygniatając nieszczęśników, którzy nie zorientowali się wystarczająco szybko, w jakim znaleźli się położeniu.

Xevertus wpadł w szał. Ze swoją nadludzką siłą chwycił potwora za gardło, trzymając go umiejętnie, tak aby nie zrobił mu krzywdy.

— Czego chcesz i kto cię przysłał, śmieciu?! — wykrzyczał z wściekłością mężczyzna.

— Sam Dallas dał się podejść, bękarcie –wycharczał wilk. — Nie trzeba było długo czekać, aż zdechnie w męczarniach — bestia zaśmiała się chrapliwie po raz kolejny, a Xevertus pod wpływem amoku skręcił jej kark. Ciemna mgiełka rozpłynęła się, pozostawiając na ziemi jedynie śmierdzące kości.

Przestraszeni ludzie patrzyli na niego wielkimi oczyma, drżąc na całym ciele.

— Wynosimy się stąd — to jedyne, co oznajmił, po czym chwycił za koszulę jednego z przestępców, popchnął go do przodu i kazał iść przed siebie. Chciał oszacować straty. Doliczył się dwudziestu dziewięciu przerażonych istnień. O wiele za mało. Przed atakiem czarnego potwora posiadał ich czterdziestu trzech. Teraz miał tylko nadzieję, że nie straci ich więcej i że już nie spotka na tej drodze tego typu przeszkód.

***

Po południu, kiedy słońce już nie świeciło bezpośrednio nad ich głowami zatrzymali się na krótką chwilę, w pobliżu rzeki. Xevertus kazał swojej grupce odpocząć, a sam musiał pomyśleć. Zastanowić się przez chwilę. Chciał jak najszybciej wydostać się z tej przeklętej puszczy i nie ponosić więcej strat. Nie potrzebował dodatkowych problemów. Wbrew pozorom, pomimo tego, iż jego prawuj kiedyś sprawował rządy w tym miejscu, wcale nie czuł się dobrze na tym terenie. Wręcz przeciwnie. Stał się o wiele bardziej czujny. Wiedział, że ta droga nie jest bezpieczna, ale dzięki temu skrótowi o wiele szybciej znajdą się u celu. A tego pragnął w tej chwili najbardziej.

Chodził w kółko, kontemplując nad dalszą wędrówką. A gdyby przejść przez rzekę i skrócić czas o kilkanaście godzin? Hm… Spojrzał na szeroką wstęgę, szybko płynącej wody. Nie. Nie wiadomo, co może siedzieć na dnie. I chyba trafiłem na złą porę roku… Jego rozmyślania przerwał krzyk, dobiegający ze strony prowizorycznego, chwilowego obozu.

***

Gregory wraz z kobietą w średnim wieku usiłował zatamować krwotok z ramienia przerażonej, młodej dziewczyny, która wcześniej oddaliła się od grupy, a teraz znalazła ich z powrotem. Coś musiało pozbawić jej prawej ręki, kiedy uciekała przez las w poszukiwaniu ludzi. Miała podrapaną całą twarz, nogi i ramiona, wyglądała bardzo źle i czuła się podobnie. Jej długie, rude włosy sklejone były krwią. Cały czas powtarzała, że musi powiedzieć coś niesłychanie ważnego Xevertusowi. Nikt z obecnych nie kojarzył jej. Prawdopodobnie zawsze trzymała się gdzieś na uboczu i ukrywała kolor włosów, aby nikt nie zwracał na nią uwagi.

Nie minęło dużo czasu, żeby Xevertus znalazł się wśród swoich ludzi. Chciał wiedzieć, co się stało i dlaczego ktoś krzyczy w środku tej puszczy — mogło to doprowadzić do ogromnego niebezpieczeństwa.

Po chwili podbiegła do niego niska dziewczyna z kikutem zamiast prawej ręki.

— Panie… Mam wiadomość…

— Od kogo? — ruda rozejrzała się dyskretnie, po czym stwierdziła, że jest w stanie powiedzieć mu to tylko na osobności. Odeszli kawałek od ciekawskiej, skupionej przy linii rzeki grupy ludzi i dopiero wtedy odezwała się szeptem:

— Mam wiadomość…

— Tak, to już wiem. Do rzeczy. Od kogo? I co to za wiadomość? — dopytywał zirytowany Xevertus.

— Jacyś ludzie, którzy uratowali mnie z objęć śmierci, polecili mi tobie przekazać „ona ciągle żyje” — mężczyzna zamarł. Podejrzewał, że dziewczyna pod wpływem przerażenia zmyśla. Spojrzał na nią, udając że nie rozumie. Ujął jej twarz w dłonie i patrząc jej to raz w oczy to na zadrapania, zaczął mówić łagodnym głosem:

— Doskonale się spisałaś, ale jesteś cała we krwi… Powinnaś iść się umyć. Zaraz wyruszamy, więc najlepiej będzie, jak zanurzysz się w rzece, dobrze? — uśmiechnęła się i pokiwała głową, po czym Xevertus puścił ją. Poszła od razu w stronę, szybko płynącej wody i nie zdejmując ubrań weszła najdalej, jak tylko mogła. Nagle zawiał bardzo silny wiatr i przewrócił ranną, która najwidoczniej uderzyła głową o kamieniste dno rzeki, bo jej bezwładne ciało popłynęło wraz z nurtem.

Ciągle dwadzieścia dziewięć. Mężczyzna westchnął, przesunął dłonią po włosach, odwrócił się i poszedł w stronę małego, prowizorycznego obozu.

***

Podczas kiedy Xevertus rozmawiał z ranną przybyszką, Rosalie trochę oddaliła się od tłumu. Stała nad strumieniem i wsłuchiwała się w jego szmer. Rozmyślała nad tym, co tak właściwie się z nią dzieje. Nie miała pewności, że jej matka, jak i reszta rodziny przeżyła, zważając na te okropne okoliczności. Chciała wiedzieć, co robi z tymi wszystkimi ludźmi. Była przerażona. Owszem, widziała, że nikt nie cierpi ze strony ich pseudo przewodnika, ale ciągle się bała i nie mogła uwierzyć, iż w stanie zagrożenia dała się zmanipulować i wręcz uprowadzić nieznajomemu człowiekowi. Nie wierzyła, że po prostu opuściła swoją rodzinną wioskę, niczym tchórz. Czuła się trochę, tak jakby zdradziła swoich bliskich, sąsiadów i wszystkich, których znała. Nie wiedziała, co ją czeka, tak jak każdy z tej grupy ludzi. Strach towarzyszył jej przemyśleniom o najbliższej przyszłości.

Dziewczyna zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Wsłuchiwała się w las wokół siebie i w szum wody, płynącej przed nią. Otaczał ją chłód puszczy. Wiedziała, że jest sama, więc kiedy poczuła czyjąś dłoń na ramieniu niemal podskoczyła. Otworzyła oczy i odwróciła się do osoby, która do niej dołączyła. Była to niska, rudowłosa dziewczyna o dużych, zielonych oczach. Jej twarz była zapełniona piegami i widniał na niej delikatny uśmiech. Miała na imię Veronica.

— Powinnaś do nas wrócić. Pan Xevertus właśnie nadchodzi i zapewne będzie chciał wyruszać — powiedziała łagodnie. Rosalie automatycznie posmutniała i przeszył ją nieprzyjemny, zimny dreszcz niepokoju. Nie chciała iść dalej, ale nie miała wyboru. Gdyby tutaj została albo spróbowała znaleźć drogę powrotną, z pewnością zabłądziłaby i nigdy nie trafiła na dobry szlak, a to wszystko przeważnie dlatego, że miała kiepską orientację w terenie i wszystko w około wyglądało tak samo. Te same drzewa, te same krzewy, ta sama trawa… wszystko! — Chodź — usłyszała głos rudowłosej, która wzięła ją za rękę, ale po kilku sekundach odsunęła się i wzdrygnęła. Dziewczyna należała do Talentów rozpoznających i odczuwających dość mocno aurę innego człowieka.

Rosalie już miała zapytać, co się stało, kiedy jej zmysł węchu zaatakowała woń rozkładającego się mięsa. Dziewczyny spojrzały po sobie i nagle usłyszały, dźwięk łamiącej się gałązki. Ich wzrok powędrował w kierunku strumienia. Nie zdążyły zrobić ani jednego kroku, kiedy olbrzymia, czarna pantera z oczami, jarzącymi się szkarłatem skoczyła w ich kierunku.

Rozdział 3

Rosalie poczuła olbrzymi ciężar, obarczający jej ciało. Smród, gnijącego mięsa był tak silny… powstrzymywała się, aby nie zwymiotować. Zasłoniła twarz dłońmi i skuliła się, w celu ochrony jak największego obszaru ciała. Mutant sapał i warczał tuż nad nią, błagającą w duchu o pomoc. Nie krzyczała, ale łzy przerażenia płynęły po jej policzkach. Pantera machnęła łapą i zatopiła szpony w lewym ramieniu dziewczyny, gdzie już wcześniej widniała rana, spowodowana upadkiem z siodła. Bestia szybko i agresywnie przystawiała, co chwilę pysk do zasłoniętej twarzy i szyi Rosalie, szukając miejsca, gdzie mogła najłatwiej przeciąć skórę kłami.

Veronica biegła jak najszybciej potrafiła, aby wezwać pomoc. Krzyczała cały czas, to musiało zdenerwować potwora, który po kilku sekundach wysłuchiwania, oddalających się wrzasków odskoczył od przerażonej Rosalie i pobiegł za rozhisteryzowaną dziewczyną. Na swoje nieszczęście, Veronica potknęła się o wystający korzeń drzewa i upadła na twardą ziemię. Wtedy mutant dostrzegł swoją szansę i wbił pazury w jej plecy, po czym przeorał jej ciało ostrymi szponami, bez najmniejszego wysiłku. Rudowłosa zawyła z bólu i próbowała walczyć z panterą, chciała się wyrwać, ale zwierzę było o wiele silniejsze. Rozszarpywało jej skórę, niczym słabej jakości szmatkę. Rany były głębokie i potoki ciemnej krwi wylewały się z jej pleców, lecz nie były to śmiertelne zadrapania. Te bestie rozkoszowały się powolną śmiercią swoich ofiar, dlatego nigdy na samym początku nie wyrządzały poważnych uszkodzeń w ciele ludzi lub innej zwierzyny.

Krzyki dziewczyny długo zakłócały ciszę lasu, a powarkiwania pantery towarzyszyły każdemu dźwiękowi, jaki wydała z siebie jej ofiara. Bestia chciała zatopić kły w szyi Veronicki, lecz nagle siedem długich strzał przeszyło jej ciało.

Cielsko pantery zwiotczało i opadło na poszkodowaną Veronicę. Rosalie szybko znalazła się przy rówieśniczce i pomogła jej wyczołgać się spod zwłok potwora. Ruda spojrzała na twarz dziewczyny, a jej oczy jeszcze bardziej się rozszerzyły.

— Co to monstrum ci zrobiło? — Rosalie nie rozumiała, o co jej chodziło. To ona miała rozszarpane plecy i wymagała natychmiastowej pomocy medyka. — Twój policzek… — Rosalie poczuła stróżkę krwi na prawym policzku, ale nie przejęła się tym. Dostrzegła, biegnącego Xevertusa wraz z Gregorym i zaczęła krzyczeć:

— Ona potrzebuje pomocy! — usłyszeli tętent końskich kopyt. Po chwili z lasu wyłoniło się piętnaście postaci odzianych w czarne płaszcze, siedzących na ogromnych, karych rumakach. Kaptury do połowy zasłaniały ich twarze. Siedmiu z nich miało przy sobie solidnej roboty łuki.

Gregory i Rosalie próbowali podnieść Veronicę, która znów upadła, ze względu na osłabienie spowodowane utratą krwi. Jeszcze zanim jeźdźcy się zatrzymali, Gregory usłyszał świst strzały, przecinającej powietrze. Zobaczyli Xevertusa, upadającego na ziemię. Strzała przeszyła jego ciało, a upadek świadczył tylko o jednym — trucizna. Tak potężny człowiek, nie pada od jednego postrzału i nie dostaje nagłych, nieprzyjemnych torsji.

Czuł w sobie każdą drzazgę, każdy milimetr strzały. Przyprawiła go o ogromny ból. Poczuł się jak słaby śmiertelnik.

Strzelec napinał cięciwę z kolejną zatrutą strzałą, lecz Gregory nagle odskoczył od dziewczyn i stanął przed Xevertusem. Jeden z jeźdźców podniósł dłoń, a telepata skinął głową w geście podziękowania. Zdawał sobie sprawę z ewentualnego niebezpieczeństwa. Wiedział, że mógł zginąć, próbując uchronić swojego niby-przewodnika od kolejnej rany.

Z obozowiska nikt nie ruszył na pomoc. Wszyscy ludzie stamtąd jedynie przyglądali się zaciekawieni, ale również przerażeni pojawieniem się tajemniczych ludzi w czerni.

Xevertus wyrwał strzałę z ciała, powstrzymując się od jęków bólu. Spróbował wstać o własnych siłach, ale potrzebował do tego pomocy. Gregory, chciał mu się zaoferować, lecz przywódca jeźdźców wykrzyknął, aby ten nie ważył się dotknąć czarnowłosego mężczyzny.

Gregory wytargował pozostawienie z nim Xevertusa, ponieważ potrzebował on pomocy, lecz Piętnastu mimo wszystko chciało pozostać przy obozie. W celach obserwacyjnych.

Gregory wezwał do siebie dwóch silnych mężczyzny, którzy całkiem niedelikatnie złapało Xevertusa za koszulę i przytaszczyło do obozowiska, a on sam pomógł Rosalie podźwignąć Veronicę.

Tajemniczy ludzie przywiązali swoje konie niedaleko skupiska „obdarzonych”, jak to kiedyś nazwał ich Xevertus, i rozpalili swoje własne ognisko. Całkiem szybko nadszedł zmierzch, a stan przewodnika grupy nie wskazywał na nic dobrego.

Gregory znalazł młodego mężczyznę, który szkolił się na medyka i razem zatamowali krwotok Xevertusa, a ludzie w czerni patrzyli z uśmiechami satysfakcji na twarzach, jak próbują dowiedzieć się, cóż to za trucizna wtargnęła do ciała ich przewodnika.

***

Żaden ze „zdobyczy” Xevertusa nie mógł spokojnie spać tej nocy. Wszyscy obawiali się lasu i tego, co w nim żyje lub ewentualnie straszy. Przerażała ich też myśl, że właśnie teraz nie mają swojego obrońcy, który zatroszczyłby się o ich bezpieczeństwo. Xevertus nie był w stanie wstać o własnych siłach, a co dopiero stać na warcie. Ten stan wyjaśniał wszystko. Nie wielu wierzyło, że przeżyje.

Pod niedyspozycję Xevertusa, na warcie czuwali ci, których on sam uważał za najcenniejszych, czyli jego ulubione grono przestępców, trzymanych pod kluczem. W tym wypadku nic się nie zmieniło, byli pod stałym nadzorem, nie nosili broni, dobrze wiedzieli, że mają telepatę w swoim otoczeniu i nawet nie odważyli się pomyśleć o ucieczce lub zdradzie. Mogli być pewni, iż nie przeżyliby nawet jednego dnia w tej puszczy na własną rękę, więc trzymali się zdrowego rozsądku.

Tajemniczy jeźdźcy dbali sami o siebie, obserwując cierpiącego mężczyznę. Cały czas szeptali między sobą, wymieniali spojrzenia i uśmiechali się w sposób, którego inni ludzie nie rozumieli.

Gregory nie zmrużył oka przez całą noc. Spokoju nie dawały mu myśli ludzi wokół, jak i jego własne. Próbował się skupić i dojść do tego, w jaki sposób może pomóc Xevertusowi. Oczywiście wcale nie czuł z nim żadnej głębszej więzi, ale wiedział, że bez niego nikt z tam obecnych nie przetrwa długo, a potrzebowali bezpieczeństwa, miejsca w którym będą mieć gwarancję, iż przeżyją. Jedynym rozwiązaniem, aby jeszcze bardziej nie zaszkodzić Xevertusowi było dowiedzieć się, co doprowadziło go do tego stanu, czyli musieli nawiązać kontakt z jeźdźcami. Teoretycznie nic trudnego, lecz tamci nie chcieli puścić pary z ust. Jedynie wyśmiewali ich prośby i pytania.

Veronicę, dziewczynę, której ciało zostało zmasakrowane przez bestię, próbowało odratować trzech medyków z zawodu, ale nie udało im się i zmarła na wskutek zainfekowanych ran. Kiedy Xevertus dowiedział się o utracie swojego kolejnego jeńca automatycznie poczuł się gorzej, jego stan znacznie pogorszył się. Czuł jedynie złość, nie żal, nie utratę, nie smutek, lecz złość, która niczym trucizna rozchodziła się po jego ciele. Ogarnął go szał, co spowodowało większą ilość wymiocin i bólu.

Zadrapaniami Rosalie zajął się człowiek, który miał zostać w przyszłości botanikiem. Młody, niski mężczyzna o blond włosach i zielonych oczach, miał mocno zarysowaną linię szczęki, najbrzydszy nie był, ale do najpiękniejszych też nie należał. Medykiem też nie był, lecz znał podstawowe zasady dezynfekcji ran, to wystarczyło, ponieważ to, co potwór zrobił z ciałem dziewczyny nie zagrażało w żaden sposób jej życiu. Ważne było, żeby nic nie zaczęło ropieć. Wypytał ją o okoliczności, jakby w ogóle nie wiedział, co zaszło nad strumieniem. Odpowiedziała posłusznie na wszystkie pytania. Stwierdził, że po zadrapaniach na pewno zostaną blizny, ale to nie była żadna nowina, rany były na tyle głębokie, iż nie pozostawiały wątpliwości w tym temacie. Kiedy skończył swoją pracę spojrzał trochę zasmucony na Xevertusa. Rosalie podążyła za jego wzrokiem i zapytała:

— Co się dzieje?

— Nic takiego… oprócz faktu, że najsilniejszy człowiek, jakiego kiedykolwiek widziałem, właśnie jest w bardzo złym stanie i możliwe, że nie tylko on nie wyjdzie z tego cało — stwierdził, wzdychając na koniec swej wypowiedzi.

— Pozostaje mieć nadzieję — odpowiedziała, dobrze znając powiedzenie „nadzieja umiera ostatnia”.

Po chwili oboje usłyszeli Gregorego, który wołał Ryana — niedoszłego botanika. Mężczyzna zostawił Rosalie samą.

***

Minęły dwa dni niepewności i męki Xevertusa. Część ludzi na samym początku przepowiedziała mu czarny scenariusz, lecz druga połowa próbowała zrobić cokolwiek, starała się wydobyć informacje od, cały czas, obserwujących ich jeźdźców, byleby znaleźć odtrutkę. Nikt nie chciał zostać zjedzony przez magiczne stwory, zamieszkujące las, dlatego chcieli pomóc.

Gregory spróbował sam dowiedzieć się czegoś od tajemniczych „gości”. Dwóch z nich tego popołudnia prawie się pobiło. Podszedł do nich, wcześniej wziąwszy ze sobą dwie butelki jakiegoś mocnego trunku z bagażu jednego z towarzyszących mu ludzi. Dziwnym było to, iż którekolwiek z nich miało bagaż. Kiedy zakapturzeni przybysze dostrzegli go uśmiechnęli się porozumiewawczo.

— Witam, panowie — zagadnął Gregory i nie doczekawszy się odpowiedzi kontynuował. — Chciałbym wam podarować ten trunek od moich towarzyszy podróży — spojrzeli po sobie. Jeden z nich wyszedł przed szereg i odpowiedział zimnym, podejrzliwym głosem:

— Nie spróbujemy tego, dopóki nie udowodnisz, że nie ma w tym czegoś, co zaszkodziłoby naszemu zdrowiu. Wypij pierwszy kilka łyków — telepata wyczuł już wcześniej obawę z ich strony, dlatego otworzył butelki i wziął po dwa duże łyki z każdej.

— Mocne… — skrzywił się, ponieważ sam nie zwykł pijać alkoholu. — Nie zbyt w moim guście.

— Przyjmiemy ten podarunek. Jak mniemam chcesz czegoś w zamian — stwierdził ten sam mężczyzna.

— Owszem, choć nie pokładam dużych nadziei względem mojej prośby.

— Przejdź, zatem do konkretów.

— Chciałbym poprosić o odtrutkę dla naszego przewodnika, który jest w agonalnym stanie — jeźdźcy roześmiali się głośno w odpowiedzi, co było równoznaczne z odmową. Jedynie mężczyzna przed nim zachował powagę i po chwili podniósł dłoń, uciszając towarzyszy.

— Jak sam widzisz, twoja prośba została odrzucona.

— A jeżeli zaproponuję coś jeszcze?

— Możesz próbować.

— Byłem szkolony na pałacowego medyka. Specjalnie dla króla. Jestem przygotowany do najgorszych przypadków.

— Więc dlaczego sam nie uleczysz tego gada?

— Nie wiem, czym jest spowodowany jego stan — mężczyzna zamyślił się i zapanowała cisza, nieprzerywana nawet tchnieniem wiatru.

— W takim razie… Twoi ludzie będą zmuszeni do znalezienia nowego przewodnika, pałacowy medyku — odwrócił się i wrócił do swojego towarzystwa, pozostawiając Gregorego samemu sobie, kiedy jednak zauważył, iż ten cały czas stoi w miejscu, sięgnął po łuk i wymierzywszy w niego krzyknął. — Lepiej odejdź nim stracę cierpliwość! — Gregory podniósł ręce w poddańczym geście i powoli się wycofał.

Co prawda można by sądzić, że jego próba nie przyniosła żadnego skutku, lecz tak mógłby pomyśleć jedynie bierny widz tego zdarzenia. Według ludzi, mężczyzna wrócił z pustymi rękami. Prawda była inna. Telepata poszperał trochę w myślach osoby, z którą rozmawiał i dowiedział się jednej bardzo ważnej rzeczy — to właśnie ta postać wypuściła strzałę w stronę Xevertusa. Ponad to zauważył, że każdy z nich trzymał przy sobie takiej samej wielkości woreczek o tym samym kolorze, przyczepiony do pasa. Może nosili tam monety, a może coś innego.

Nie potrafił zasnąć przez długie godziny, znów poświęcając ten czas na kontemplacje oraz na próbę dotknięcia umysłów jeźdźców z dużego dystansu. Sen zmorzył go dopiero nad ranem, kiedy całkiem nieświadomie udało mu się usłyszeć radosne myśli zakapturzonych przybyszy.

Rozdział 4

Mijał piąty dzień z kolei, od kiedy Xevertus został brutalnie napadnięty i pokonany przez jedną zatrutą strzałę. Siedział w tym samym miejscu, otoczony tymi samymi ludźmi, którzy wcale nie czuli do niego niczego pozytywnego, niektórzy nawet nie wahali się okazywać, jak bardzo mają go dosyć i jak bardzo nie darzą go sympatią. Był coraz słabszy, nigdy w życiu nie czuł się tak wyczerpany, chory, śmiertelny… chciał wierzyć w swój powrót do zdrowia i faktycznie jakaś część jego podświadomości trzymała się tej nadziei, lecz większość zgadzała się z tłumem — miał tak nikłe szanse na przeżycie, że nie warto było się starać, aby go wyleczyć. Ktoś musiałby ukraść lekarstwo. Wśród ludzi, których „upolował” znajdował się chłopak, młody, naiwny, który niemal od razu podporządkował mu się i był na każde jego życzenie. Tak zwany syndrom sztokholmski, który Xevertus lubił wykorzystywać. Poza tym, miał swojego człowieka, który nie zbuntuje się przeciwko niemu.

Chociaż on jeden.

Chłopak miał na imię Ravi, umiejętność, którą odkrył u niego Xevertus i którą uaktywnił od razu bez najmniejszego wahania, była zmiana postaci. Jak do tej pory potrafił zmienić się w szczura, co w tym przypadku mogło się przydać. Niemal dwudziestolatek został już wyznaczony do zdobycia odtrutki, lecz od kilku godzin nie dawał znaków życia, lecz Xevertus nie martwił się. Wiedział, że da sobie radę, zresztą mężczyzna był zbyt słaby, aby zawracać sobie głowę jednym marnym człowiekiem. Czekał tylko na wieści i powodzenie.

A gdyby samemu skrócić swoją mękę? pomyślał, kiedy kobieta w średnim wieku czyściła jego ranę, po raz kolejny tego przedpołudnia. Chciał żyć, oczywiście, ale powolne umieranie w męczarniach w ogóle nie przypadło mu do gustu. Przypatrywał się tym wszystkim ludziom, których miał pod opieką od miesięcy, lub niektórych od dość niedawna. Wiedział, że bez niego nie dadzą sobie rady. Nie będą w stanie opuścić puszczy, nie będą w stanie tu przetrwać, a tym bardziej dojść do celu na własną rękę. Nie widziała mu się utrata tych wszystkich Talentów, które znalazł i miał wobec nich plany. I to poważne plany.

Rana, z której już dawno wyrwał strzałę, zapulsowała, co doprowadziło go najpierw do koszmarnego, przytłaczającego bólu głowy, potem pojawiły się nudności, niemoc w kończynach, aż w końcu jego ciałem wstrząsnęły torsje.

Kobieta, która się nim zajmowała zawołała Gregorego, który bez słowa skargi zaczął rozcierać w dłoniach jakieś zioła, po czym poprosił Andreę, która była tymczasową pielęgniarką, o przyniesienie kubeczka ciepłej wody. Chwilę później Xevertus wypił, obrzydliwie smakujący wywar, który zmusił jego żołądek do posłuszeństwa, przywrócił powoli czucie w nogach i ramionach. Po pewnym czasie ból głowy również zelżał. Zamknął na chwilę oczy, aby trochę odpocząć, lecz poczuł czyjąś dłoń na swojej ręce. Uchylił powieki i zobaczył trochę zmartwioną twarz Gregorego, który usiadł obok niego i zapytał:

— Jak się czujesz? — nie odpowiedział. — Rana pulsuje? — cisza. — Przebiło cię na wylot, czyż nie? — milczał, a Gregory westchnął trochę zniecierpliwiony, lecz jego głos na to nie wskazywał, był całkiem spokojny, łagodny i równocześnie zdecydowany. — Posłuchaj, nie wiem, kim jesteś, jaką rangę posiadasz i jak bardzo liczą się dla ciebie ci ludzie, jest to całkowicie twoja sprawa. Nie wypytuję cię o prywatne rzeczy, chcę wyciągnąć cię z tego stanu, a jeżeli nie będziesz ze mną rozmawiał, nigdy nie dowiem się, jak ci pomóc i czy lek, który jest dostarczany twojemu organizmowi nie słabnie. Zwykle liczę na współpracę z pacjentem.

— Te ohydne ziółka działają tak, jak działały na samym początku — zdecydował się odpowiedzieć po dłuższym czasie.

— Dobrze. Mam nadzieję, że z tego wyjdziesz i zabierzesz nas stąd — Gregory wstał, aby oddalić się o kilka kroków. Usiadł na przewróconej, starej kłodzie na tyle blisko, żeby obserwować poszkodowanego.

Zależy im tylko na swoim bezpieczeństwie i wydostaniu się z puszczy, niczego innego nie ośmielił się nawet spodziewać. Miał obowiązek względem tych ludzi. Odwrócił głowę, aby nie patrzeć na Gregorego. Można by przypuszczać, iż zamyślił się, błądząc wzrokiem w tłumie, choć prawda wyglądała zupełnie inaczej. Używał właśnie swoich osłabionych umiejętności, w celu zidentyfikowania Talentu, który okazałby się pomocą dla Raviego. Wypatrzył dziewczynę ledwo po dwudziestce, zajmującą się swoim bratem bliźniakiem. Nie pamiętał jej imienia, lecz telepatycznie zmusił ją, aby do niego podeszła. Jej gęste blond włosy skręcały się w loki, sięgające do pasa, miała ogromne, niebieskie oczy, piękną, urokliwą twarz i kształtną sylwetkę.

— Jak masz na imię, dziecko? — odezwał się, obdarzając dziewczynę delikatnym uśmiechem.

— Issel — odpowiedziała krótko.

— A więc Issel, ciężko mi się do tego przyznać, lecz oczekuję od ciebie pewnej pomocy.

— A jeżeli nie zechcę pomóc? — Xevertusa rozbawiły te słowa i wcale tego nie ukrywał. Rozejrzał się znów po tłumie ludzi i wypatrzył chłopca o blond włosach, którym Issel zajmowała się przed chwilą.

— Szkoda by było gdyby twojemu, młodszemu bratu coś się stało, czyż nie? Szkoda byłoby zmarnować taki potencjał… — tak, jak się spodziewał, automatycznie odwróciła się w stronę Luisa. To tylko utwierdziło go w przekonaniu, iż łączą ich więzy krwi.

— Jakie są twoje rozkazy, panie?

— Znam umiejętność, jaką się posługujesz. Potrzebuję, abyś jej użyła i odwróciła uwagę całej gromadki tych marnych żołnierzyków.

— W jakim celu, panie? — w krzakach nie daleko prowizorycznego obozowiska jeźdźców przemknęło coś nie wielkiego. Xevertus zrozumiał, że Ravi próbuje znaleźć swoją szansę. Nie uszedł jego uwadze jeden z nich odpinający pas, przy którym ponoć przytwierdzony był woreczek z odtrutką.

— Tego już nie musisz wiedzieć, moja droga. Idź. — blondynka posłusznie ruszyła w kierunku obozowiska, potrzebowała minimalnej odległości, aby użyć swojego daru. Usiadła pod jednym z drzew i niewinnie zaczęła skubać trawę. Tuż koło niej przemknął dużych rozmiarów szczur. Wzdrygnęła się, widząc go, lecz usiłowała nie reagować zbyt dramatycznie. Kiedy gryzoń zniknął, jej wzrok powędrował ku zakapturzonemu mężczyźnie, stojącemu na warcie. Chwilę później, jego mina wyrażała grymas bólu, chwycił się za brzuch, następnie klnąc upadł na kolana. Dwójka z jego towarzyszy zauważyła to i podbiegła do niego, lecz Issel wiedziała, że to nie jest coś, co usatysfakcjonowałoby Xevertusa. Wzmocniła siłę swojego niemal zabójczego spojrzenia i mężczyzna już leżał na trawie, krzycząc wniebogłosy i dławiąc się krwią. Cała pozostała czternastka zainteresowała się agonią jednego z nich i skupili się wokół mężczyzny. Dziewczyna po kilku krótkich minutach uznała, że wykonała swoje zadanie, więc przeniosła wzrok z powrotem na trawę, udając, że nic wokół ją nie interesuje.

Mężczyzna, który wcześniej odpiął swój pas, również przybiegł w miejsce warty, aby pomóc, lecz nie sądził, że przypadkiem, zostawiając w jednym miejscu część swojej garderoby pomógł komuś innemu. Ravi wykorzystał okazję i pod postacią dużego, wychudłego szczura ukradł woreczek, którego tak bardzo pożądał Xevertus.

***

W przeciągu kolejnych piętnastu minut koło Xevertusa pojawił się chudy szczur z wypłowiałą, brązową sierścią, niosący w pyszczku płócienną sakiewkę. Zwierzę położyło swoją zdobycz koło dłoni swojego pana, po czym zniknęło za najbliższym drzewem.

— Misja zakończona sukcesem, panie — usłyszał głos dwudziestoletniego, szczupłego chłopaka tuż za sobą. Usiadł przy Xevertusie i spojrzał na niego swoimi dwukolorowymi oczyma. Obdarzony został przez naturę heterochronią, jedno oko miał niebieskiego, drugie zaś zielonego koloru.

— Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć, chłopcze — w zasięgu wzroku pojawiła się Issel, piękna, młoda dziewczyna o blond lokach, sięgających pasa. Oboje zawiesili na niej swoje spojrzenia.

— Ładniutka — stwierdził Ravi.

— Tylko nie patrz jej w oczy, bo możesz ucierpieć — oboje uśmiechnęli się, a Ravi wstał i chciał podążyć za Issel, lecz usłyszał jeszcze jedno polecenie:

— Ravi, zanim spróbujesz zainteresować ją sobą, zawołaj mi tutaj pałacowego medyka.

— Tak, panie.

Nie musiał długo czekać, na „nowe” towarzystwo. Gregory przez te pięć dni bez przerwy główkował, jak przywrócić ich pseudo przewodnika do stanu, w którym potrafiłby, chociaż wstać o własnych siłach.

— O co chodzi? — zainteresował się, patrząc na wykończonego fizycznie mężczyznę. Nie odpowiedział, jedynie rzucił sakiewkę brązowookiemu. Gregory zajrzał do środka i skrzywił się, czując zapach leku. Bez żadnego komentarza, tylko mając nadzieję, że zadziała zaczął rozcieńczać zielony proszek z wodą.

Opadający z sił Xevertus wziął od Gregorego małe naczynie, którego zawartość nie pachniała lepiej od ziół, które wcześniej mu podawał. Wypił wszystko najszybciej, jak to było możliwe, krzywiąc się ze wstrętu. Na początku nic się nie działo, tylko czuł na języku obrzydliwą substancję, lecz kilka sekund później zaczął drżeć. Upuścił gliniane naczynie, na skalne podłoże, roztrzaskując je w drobny mak. Żołądek podszedł mu do gardła, wywołując kolejną falę nieprzyjemnych torsji, ale tym razem była to krew i zielony płyn. Jego przełyk płoną, niczym trawiony żywym ogniem. Ból w kościach i w całym ciele nasilił się niemiłosiernie. Drgawki nie ustawały, jego źrenice nienaturalnie rozszerzyły się. Organy wewnętrzne skurczały się i rozkurczały, doprowadzając go do szału. Gregory chwycił go mocno za ramiona i mówił silnym, rozkazującym tonem, żeby oddychał głęboko i rozluźnił mięśnie.

Ból jak pojawił się nagle, tak samo nagle zniknął. Mężczyzna sapał ze zmęczenia. Oparł czoło o kamienne podłoże, tam gdzie nie oblegały go rzygowiny i szeptał coś pod nosem. Kiedy jego oddech uspokoił się Gregory usłyszał śmiech. Czysty, cichy śmiech. Odsunął się, patrząc na niego skołowany..

Mężczyzna niepewnie wstał na chwiejących się nogach, po czym upadł na ziemię. Siły na przemian przepełniały go i opuszczały. Gregory kazał mu siedzieć w miejscu, do póki nie poczuje się wystarczająco dobrze, aby chodzić. Wszyscy myśleli, że to koniec jego powrotu do zdrowia, lecz na kościach policzkowych, szczęce, łokciach i kolanach niespodziewanie pojawiły się krwawe rany. Skóra całkiem zeszła z tych części jego ciała, pozostawiając na wierzchu czerwone mięso i prześwitujące przez nie kości.

Gregory zaklną pod nosem i szybko pobiegł po czystą wodę i szmatkę, aby od razu przemyć rany. Zasklepiły się do wieczora i pozostały po nich jedynie przetarcia.

Kiedy Andrea — kobieta w średnim wieku, której przypadło pełnić rolę pielęgniarki, zajmującej się dbaniem o dziurę w brzuchu Xevertusa– chciała przemyć ranę, odkryła, że ta zniknęła. Nie wierzyła w tak silną moc odtrutki. Zapewniała samą siebie o zdolności przyspieszonego leczenia się Xevertusa. I miała rację.

Kiedy zaczęło się ciemnić, ludzie rozpalili ogniska, ale on ciągle tkwił oparty o drzewo, obmyślając plan zemsty. Na początku chciał zabrać tego nieszczęśliwca wraz z jego koniem, przywiązać go za kostki do siodła i ciągnąć za sobą, prawie jak trupa, lecz nie chciał brać ze sobą nie potrzebnego balastu. Chociaż ten czyn, nauczyłby innych, aby ze mną nie zadzierać… zbyt bardzo by nas spowolnił, a i tak jesteśmy spóźnieni całe wieki… był zmęczony, więc chciał w spokoju przespać tą noc.

Poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. To była Andrea, która podała mu miskę z białym mięsem i kubek wody.

— Musisz coś jeść, aby w pełni odzyskać siły — obdarzył ją przelotnym uśmieszkiem, dziękując w ten sposób.

— Nie przepadasz za mną, lecz mimo to dbasz abym coś jadł — stwierdził zachrypniętym głosem.

— Ktoś musi o tym myśleć — skwitowała, po czym dorzuciła trochę chrustu do ogniska Xevertusa. Poczekała, aż zje swoją porcję, po czym pozwoliła mu spać.

Następnego poranka mógł skarżyć się tylko na częste bóle głowy. Przespał spokojnie całą noc i kiedy wstał, zjadł kilka sucharów popitych wodą, był w stanie poruszać się o własnych siłach. Jeźdźcy cały czas go obserwowali. Dobrze…

Wezwał do siebie Gregorego, aby ten wskazał mu mężczyznę, który do niego strzelił. Nie musiał długo rozmyślać nad aktem zemsty. Telepata pomógł mu wstać, choć wcale tego nie potrzebował. Gregory odszedł, a Xevertus zniknął w zaroślach. Niczym prawdziwy, drapieżnik wypatrzył mężczyznę winnego jego męki. Zorientował się, iż ci ludzie nosili przy sobie noże, lecz łuki i strzały tkwiły przy ich siodłach, od których akurat teraz byli daleko. Uśmiechnął się pod nosem, po czym zakradł się do ich ekwipunku, bezszelestnie zabrał piętnaście pełnych kołczanów i wyrzucił je do rzeki.

Wrócił do obozowiska już — teoretycznie — niezagrażających mu ludzi pod osłoną drzew, kiedy zobaczył zmieszanie na ich chwilowo odsłoniętych twarzach, postanowił wyjść z zarośli na środek polanki. Niczym żołnierze, otoczyli go gotowi do ataku, lecz nic sobie z tego nie robił.

— Witam was, panie i panowie — odezwał się, wlepiając wzrok w mężczyznę, na którego właśnie padł wyrok. Byli zdziwieni, widząc go całkiem zdrowego. Dwójka, stojąca tuż za Xevertusem bez najmniejszego szelestu dobyła noży i chcieli zaatakować go od tyłu, lecz odwrócił się i jednym gestem dłoni powalił przeciwników na ziemię, przy okazji wyginając ich broń, tak, aby nie była zdolna do posługiwania się nią. Sparaliżowani przerażeniem i zdziwieniem ludzie stali w miejscu, kiedy Xevertus ruszył na tego człowieka, chwycił go za płaszcz, uderzył pięścią w twarz, po czym zaciągnął nad rzekę. Podtapiał go przez dłuższy czas, wysłuchując krzyku i dławienia się wodą. Po kilku minutach stwierdził, że to zajęcie go nuży.

— Znudziło nam się, prawda towarzyszu? — zapytał, poklepując go po ramieniu. — Zabawmy się — znalazł połowę złamanej strzały, która przeszyła go na wylot. Na oko stwierdził, iż grot ciągle nadaje się do użycia. Przyparł mężczyznę do drzewa, koło którego sam był zmuszony siedzieć podczas cierpień ostatnich dni, po czym powoli wbił strzałę w jego brzuch. Krzyczał, ale nie błagał o litość. Chociaż i tak nie obchodziło to Xevertusa ani trochę. Rozkoszował się męką swojego oprawcy.

Przebił go na wylot i przytwierdził do drzewa. Davis — bo tak brzmiało imię tego mężczyzny — dławił się własną krwią, a rana w mgnieniu oka zaczęła się jątrzyć, wydzielając z siebie nie tylko krew, ale i odór wraz z gęstą substancją.

— W ten sposób skończy każdy, kto spróbuje, chociaż pomyśleć o powtórzeniu czynu tego człowieka! — oznajmił zgromadzonym wokół gapią. Jeźdźcy bez słowa dosiedli swoje wierzchowce i zniknęli z zasięgu wzroku Xevertusa. — Mamy pięć dni opóźnienia, moi państwo. Stworzenia, żyjące w pobliżu odstraszał zapach tego obrzydlistwa, lecz teraz nie jesteśmy tu bezpieczni. Przed nami jeszcze długa droga. Wyruszamy natychmiast! — obwieścił, i czując w sobie nowe siły, był gotowy do dalszej wędrówki.

Rozdział 5

Popołudniu tego samego dnia przekraczali rzekę, na której znajdowała się, niepewnie wyglądająca, ale całkiem wytrzymała kładka. Od rana nie wyczuwali żadnego napięcia w powietrzu, poczuli się bezpiecznie. Nie był to dobry krok, wykonany przez ich podświadomość. To, że przez ostatnie dni nic ich nie napadło, nie oznaczało, że już nigdy nic ich nie zaatakuje. Xevertus pozostawał w gotowości cały czas. Oprócz bólów głowy zaczął odczuwać nieprzyjemność naciągniętej skóry, w miejscu, gdzie tworzyła się blizna po ranie postrzałowej, ale nie narzekał. To była tylko drobna sprawa, którą nie przejąłby się nawet zwykły śmiertelnik.

Wkroczyli na ziemię, która nie nadawała się do niczego. Drzewa pousychały, trawa w ogóle tam nie rosła. Otaczał ich pył, twarde, popękane podłoże i suche, połamane resztki krzewów. Ludzie bez najmniejszego skrępowania rozmawiali, śmiali się, a Xevertus był jedynie zirytowany ich zachowaniem.

W pewnej chwili głosy z zadowolonych zamieniły się w krzyki przerażenia. Xevertus odwrócił się i zobaczył swoje Talenty rozbiegane niczym mrówki, uciekające przed ogromnymi kamieniami, spadającymi z nieba. Z nieba?! Spojrzał w górę i dzięki swemu wyostrzonemu wzrokowi dostrzegł sylwetki zamaskowanych elfów, wśród nagich gałęzi, wysoko ponad ziemią.

Zaklną w myślach i zdenerwowany stwierdził, że nie powinien ich ratować ze względu na to, iż nie brali pod uwagę niebezpieczeństwa, które cały czas im groziło, lecz nie chciał stracić swoich cennych zdobyczy.

Elfy, używając swoich mocy zamieniały malutkie kamyczki w monumentalne głazy i ciskały nimi w ludzi na dole. Mężczyzna krzyczał, aby biegli przed siebie. Jego palce zaczęły jarzyć się niebieskim światłem, a kilka sekund później na jego dłoniach pojawiły się błękitne płomienie, którymi zaczął rzucać we wrogów, siedzących na drzewach. Kiedy tylko skończyła im się broń, zaczęli uciekać, sycząc wściekle na Xevertusa.

Nikt poważnie nie ucierpiał. Jedynie kilkoro miało zmiażdżone ręce albo ogromne zadrapania od otarcia się o głazy, ale poza tym wszyscy przeżyli. Do wieczora znaleźli spokojniejszą okolicę, gdzie nie byli tak bardzo narażeni na elfy, pragnące krwi.

Ludzie rozpalili ogniska i zaczęli przygotowywać sobie strawę, Xevertus przechadzał się pomiędzy nimi, z jego twarzy można było wyczytać jedynie dezaprobatę. Dostrzegł Raviego, leżącego na ziemi i popijającego wino, które niewiadomo skąd wziął. Skinął na chłopaka, aby poszedł za nim. Ravi bez najmniejszego oporu wykonał polecenie Xevertusa. Wychodził z założenia, iż pozostanie posłusznym wyjdzie mu na dobre, ale również uznał w tym mężczyźnie samca alfa, którego trzeba słuchać.

— W czym pomóc, panie? — zapytał, kiedy dotarli do zacienionego miejsca, gdzie nie dochodziło światło ognisk.

— Dziesięć mil na wschód stąd znajduje się zamek, a wokół niego miasto. Dowiedz się, kiedy król zwykł wyjeżdżać na polowania. Musisz zdążyć z wywiadem do świtu. To już ostatnie królestwo na mojej liście — Ravi tylko ukłonił się i zniknął Xevertusowi z oczu.

***

Chłopak szedł leśną drogą, szybszym tempem, urządzając sobie wieczorny spacer. Co jakiś czas spoglądał w niebo, gdzie widniały malutkie gwiazdki, od czasu do czasu, spadające z nieba i pozostawiające po sobie jedynie wspomnienie przelotnego błysku na czarnym nieboskłonie.

Kiedy wspiął się na wyższy pagórek i spojrzał na wschód ujrzał małe, migoczące światła, które rozjaśniały ulice miasta, na którego tle znajdowała się olbrzymia warownia, wykuta w białej skale. Mury zamku ozdobiono fioletowymi flagami ze złotymi wzorami.

Ravi podszedł jak najbliżej murów w postaci człowieka i znalazłszy kratkę ściekową, przez którą mógł się przecisnąć zmienił się w wychudzonego szczura i wtargnął do miasta pod osłoną nocy. Udał się na rynek, gdzie musiało znajdować się najwięcej rycerskich tawern, prawdopodobnie tam żołnierze postanawiali odpoczywać, po ciężkim dniu pracy. Pobiegł na tyły jednego z budynków, gdzie wrócił do swojej pierwotnej postaci. Udał się do pierwszej tawerny, jaką zobaczył. Kiedy tylko znalazł się w środku, jego nos zaatakował zapach spoconych ludzi i piwa. Panowała tam niezmierna duchota. Przez chwilę zastanawiał się, co robić, lecz kiedy zauważył pijanego mężczyznę w płaszczu, jakie noszą królewscy gwardziści, usiadł obok niego i westchnął głęboko niby to zawiedziony.

— O co chodzi, chłopcze? Dziewka uciekła ci z łoża? — zaśmiał się, z własnego żartu, patrząc na Raviego.

— Nie, panie… po prostu rzadko bywam w mieście i chciałem zobaczyć naszego wspaniałego króla, podczas jego wyprawy na polowanie — mężczyzna roześmiał się jeszcze głośniej, a Ravi udawał, że jeszcze bardziej posmutniał.

— Znajdź sobie kobietę na kilka następnych nocy, chłopcze, bo króla zobaczysz dopiero za kilka dni, jak będzie wracać z polowania — tyle mu wystarczyło. Od pijanych ludzi najłatwiej jest wyciągnąć informacje. Westchnął po raz kolejny, kręcąc głową wstał i udał się do wyjścia.

Teraz Raviego czekała długa droga powrotna, musiał się spieszyć, aby zdążyć przed świtem. Xevertus na pewno wykorzysta jego spryt jeszcze nie raz, więc będzie musiał nabyć konkretnych umiejętności wywiadowczych.

***

Niedługo po napadzie mitycznego stworzenia na wioskę nieopodal zamku, Merlin — wierny przyjaciel króla — posłał po Arthura, aby ten wrócił, ponieważ zdarzyła się nagła, krytyczna sytuacja. Władca zjawił się w zamku jeszcze tego samego dnia, aby dowiedzieć się, co wydarzyło się w jego królestwie.

Kiedy tylko pojawił się na placu zamkowym, Merlin wybiegł mu na spotkanie. Młody brunet w szacie królewskiego doradcy, był spięty i zmartwiony. Nie miał pojęcia, że może dojść do czegoś takiego. Smoki nie pojawiały się w tych okolicach od stuleci, o ile legendy nie kłamią… jakim cudem ten przetrwał? Merlin przeczytał mnóstwo ksiąg, znajdujących się w przeróżnych archiwach, gdzie jedynymi zapiskami, dotyczącymi tych stworzeń były informacje o ich wyginięciu. Nikt w tych czasach nie wiedział, jak poradzić sobie w zaistniałych warunkach. A jeżeli pojawił się jeden, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, iż gdzieś jest ich więcej.

Król rozkazał odprowadzić swojego konia do stajni. On i Merlin udali się do sali audiencyjnej, gdzie byli sami.

— O co chodzi Merlinie? Dlaczego posłałeś po mnie? — wypytywał przyjaciela.

— To nagły przypadek, panie…

— Arthurze. Odpuśćmy sobie formalności, kiedy jesteśmy sami, przyjacielu.

— Arthurze. Smok zaatakował wioskę nieopodal zamku — Arthur wybuchł śmiechem. Nikogo by to nie zdziwiło.

— A więc to jest ten ważny powód? Domniemana bestia, której ostatni osobnik został uśmiercony wieki temu?

— Dobrze wiesz, że nie wzywałbym cię na darmo… — młody król zamyślił się. Wiedział, iż Merlin mówi prawdę. Nigdy nie zawiódł się na przyjacielu, więc nie miał powodów, aby mu nie wierzyć. Ale smok?! Przecież to niedorzeczne.

— Jesteś pewien swoich słów, Merlinie?

— Oczywiście — musiał to przemyśleć. Nie był pewien, co zrobić. Jeżeli rzeczywiście jakaś starożytna bestia napadła wioskę, zniszczenia musiały być niewyobrażalnie duże.

— W takim razie musimy ulokować gdzieś ludzi, którzy zostali bez dachu nad głową.

— W wielu miejskich karczmach znajdzie się dla nich miejsce.

— Na koszt króla, oczywiście…

— Jaka jest twoja decyzja?

— Zbierz najlepszych medyków i mały oddział ludzi — orzekł po krótkiej chwili milczenia. — Będziemy również potrzebować kilku wozów, aby przewieźć rannych do miasta — Merlin bezzwłocznie wykonał rozkazy Arthura i wyruszyli.

Król nie był w stanie uwierzyć własnym oczom, kiedy tylko dotarli na miejsce. Wszystkie domy zamieniły się ruinę. Na drogach leżały spalone, ludzkie ciała. Wszędzie wokół unosił się zapach spalenizny, dymu i zwierzęcych odchodów.

— Zabierzcie stąd ocalałych — rozkazał. Zsiadł z konia, z zamiarem pomocy, lecz właśnie został świadkiem czyjejś śmierci. Dostrzegł, bowiem mężczyznę na dachu, cudem ocalałej, stodoły. Stał tam przez chwilę i nagle zrobił krok w przód. Spadając w dół nadział się na pal, wystający z ziemi. Arthur zrozumiał, że tych ludzi pozbawiono wszystkiego i nie mieli już nic do stracenia. Byli skazani na biedę i bezdomność. Niektórzy stracili rodziny, dzieci zostały sierotami i żadne z tu obecnych istnień nie miało pieniędzy na jedzenie, a kwestie utrzymania, można automatycznie pominąć.

Arthur musiał pomóc swoim poddanym. Wiedział, że potrzebują teraz kogoś, kto ich wesprze i ochroni. I właśnie takie nadzieje żywili do swojego władcy. Nie mógł ich zawieść w tak ciężkich chwilach ich życia.

Żołnierze, uspokajając zrozpaczonych ludzi, usadawiali ich w wozach. Medycy zajmowali się rannymi, oceniając ich szanse na przeżycie. Niektórzy potrzebowali natychmiastowych zabiegów, które można było wykonać jedynie w pałacu.

Kiedy wszyscy byli już gotowi do odjazdu, Arthur zobaczył zrozpaczoną, młodą dziewczynę, biegnącą w stronę lasu. Udał się za nią.

Nie zważała na ból w kończynach. Chciała uciec, zapomnieć o tym, co widziała. Po kilkunastu krokach przewróciła się. Miała skręconą kostkę i złamaną rękę. Arthur szybko zjawił się tuż przy niej. Płakała, pogrążona w swoich własnych myślach i wspomnieniach ostatnich zdarzeń. Młody król zaczął do niej mówić łagodnym głosem, że wszystko będzie dobrze i że pomoże jej ze wszystkim. Wiedział, że nie jest w stanie chodzić, więc podniósł ją i zaniósł do medyków, którzy stwierdzili, iż nie ma już miejsca w wozach. Arthur wiedział, że nie może jej zostawić, więc wiózł ją wraz ze sobą na własnym koniu.

***

Następnego dnia o świcie, Ravi wrócił do obozu i znalazł Xevertusa, który stwierdził, iż mają dużo czasu i muszą przenieść się trochę dalej. Ludzie nie mieli wyboru, pomimo narzekań poszli za nim i rozbili się w gęstwinie drzew, prawie dzień drogi od miejsca, w którym stacjonowali przez całą noc. Nie widzieli sensu w decyzji swojego przewodnika, ale nie kwestionowali jej na głos. Pozostali posłuszni, zwłaszcza po tym, co zrobił strzelcowi, który wykonał zamach na jego życie.

Jednak wieczorem jego zdobycze nie mogły zasnąć. Bali się i nie rozumieli, co się wokół nich działo. Słyszeli szepty w nieznanym języku. Dla ich uszu brzmiały obco, ale znajomo zarazem. Nie mieli pojęcia, jak to zinterpretować. Jak co wieczór rozpalili ogniska z nadzieją, że to odstraszy złe duchy, lecz nic im to nie dało.

Xevertus wyznaczył Raviego na wartownika, a sam stał przy drzewach, graniczących z ogromną polaną. Zakazał ludziom się tam zbliżać, chyba, że chcieli stracić życie.

Około północy na soczyście zielonej trawie zaczęły pojawiać się biało niebieskie płomyki, wraz z nimi szepty stały się głośniejsze, a niektóre zamieniły się w śpiew. Podziwiał ich wygląd i wsłuchiwał się w głosy, które rozbrzmiewały wokół niego. Przyzwyczaił się do języka umarłych, w którym płomyki wykonywały starożytne utwory. Światełka przemieszczały się po całej polanie, lecz nie wkraczały do lasu. Ten widok był dla Xevertusa jednocześnie kojący i smutny.

— Panie… — usłyszał, nadchodzącego Raviego. — Pałacowy medyk pyta o twoje samopo… — urwał w połowie słowa, widząc ten wybryk natury. — Co to takiego? — wyszeptał, a Xevertus uśmiechnął się.

— To, mój chłopcze, jest Polana Dusz — wyjaśnił pokrótce. Uznał, że Raviemu nie jest potrzebna większa wiedza na ten temat.

— To stąd pochodzą te szepty i pieśni?

— Tak.

— O czym mówią?

— Opowiadają o swoim życiu. Przekaż Gregoremu, że wszystko jest w jak najlepszym porządku — chłopak skłonił się i odszedł, zostawiając Xevertusa samego.

Teraz potrzebował chwili prywatności i był przekonany, że żadne z jego ludzi nie zbliży się tutaj. Polana Dusz jest miejscem, gdzie trafiają pośmiertnie ludzie, za życia obdarzeni magicznymi zdolnościami. Słuchał, kojących głosów coraz dłużej, aż wpadł mu w ucho ten, za którym najbardziej tęsknił.

Jeden z płomyków ruszył w jego stronę, z każdą chwilą rosnąc i przybierając kobiece kształty. Rozpoznał młodą dziewczynę od razu. Iris, jego ukochana. Najbardziej bolało go to, że ona nie mogła opuścić Polany, a on nie mógł na nią wkroczyć. Dusze zawzięcie chroniły swojego terytorium i jeżeli, jakiś zbłąkany człowiek, czy zwykły śmiertelnik, czy osoba magiczna, znajdą się na tym terenie zostanie pochłonięte przez płomienie, a obdarzeni po śmierci nie będą mieć tu wstępu i zostaną skazani na wieczne błądzenie po świecie w samotności.

Na jego twarzy pojawił się uśmiech, zarezerwowany tylko dla niej. Kiedy tylko zjawiła się tuż przed nim, oboje stanęli na granicy. Zarzuciła ręce na jego szyję, wspięła się na palce, on ją objął i ich usta złączyły się w tęsknym, namiętnym pocałunku. Chwilę później trwali wtuleni w siebie. O dziwo w taki sposób przeobrażona dusza, była namacalna niczym ludzkie ciało.

— Tęskniłem, Iris — wyszeptał, z rozkoszą wymawiając jej imię.

— Ja również, najdroższy — odszepnęła, ponieważ oboje wiedzieli, iż swoje uczucia należy wymawiać, szepcząc. — Nie masz pojęcia, jak bardzo mi ciebie brakuje.

— Mógłbym powiedzieć to samo…

***

Poznali się lata temu, kiedy oboje byli dziećmi. W wieku siedmiu lat, każde dziecko w królestwie Xevertusa, zostawało poddawane ocenie wiedźmy, która szacowała ich przyszły talent. Oczywiście, nie każdy taki posiadał. Tych dwoje wylądowało u czarownicy w tym samym czasie. Dziewczynka była przerażona, lecz on cały czas powtarzał jej, że to nic złego i że wszystko będzie dobrze. Po tej wizycie nie widzieli się w ogóle. Chłopiec przesiadywał całymi dniami w pałacu, ucząc się wszystkiego, co książę i przyszły król powinien wiedzieć, a ona… cóż, słuch o niej zaginął.

Xevertus w swojej młodości poszukiwał jakiegokolwiek natchnienia, przechadzając się po ulicach miasta nocą. Oczywiście wymykał się z rodzinnej rezydencji i nikt nie wiedział o jego wieczornych przechadzkach. Pewnego lipcowego wieczora, gdy wychodził z baru, postanowił skrócić sobie drogę do domu i podążył jedną z ciemnych, wąskich uliczek. Nic go nie niepokoiło, był mody i głupi za razem. Myślał, że nic mu nie zagraża, bo jest osobą magiczną i nikt nie jest w stanie mu zaszkodzić, pomimo tego, iż jego moce jeszcze się nie objawiły.

Szedł spokojnie, bujając myślami w obłokach. Nic wokół nie zwróciło jego uwagi, dopóki nie został przygwożdżony do ściany jednego z budynków w długiej, nieoświetlonej uliczce. Zakapturzona postać w pelerynie była od niego znacznie niższa. Xevertus nie był w stanie dostrzec twarzy, lecz po dłoni, trzymającej sztylet przytknięty do jego gardła poznał, że jest to kobieta. Nie próbował jej się wyrwać, ponieważ czuł, iż ma pewną rękę i bez problemu mogłaby pozbawić go życia. Serce kołatało w jego klatce piersiowej, a jego oddech przyspieszył. Nie miał pojęcia, co zrobić. Rozpaczliwie szukał jakiegokolwiek wyjścia z tej sytuacji. Przyłożyła wtedy dłoń, do jego odsłoniętego ramienia i powiedziała sama do siebie, zadowolona z ofiary:

— Od dawna nie trafiłam na smoka… I to do tego syna króla… dostanę za ciebie niezłą sumkę, wielki książę — przyjrzała mu się uważnie. Zmarszczyła brwi i wyszeptała. — Znam cię… — zdjęła kaptur i oczom Xevertusa ukazała się piękna, szczupła twarz, duże zielone oczy i burza czerwonych loków. Znał te oczy, tylko nie wiedział skąd. — Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś cię spotkam, Xevertusie –patrzył w jej szmaragdowe tęczówki i usiłował sobie przypomnieć. Znam ją… znam…

— Nigdy nie poznałem twojego imienia, bekso — odpowiedział, a na jego twarzy pojawił się przepiękny półuśmieszek. Pamiętał, że dziewczyna płakała przy wiedźmie. Mówiąc to zapomniał, że stal ciągle znajduje się przy jego gardle.

— Nie pozwalaj sobie… — wysyczała przyciskając sztylet mocniej do jego skóry.

— Wybacz — uniósł dłonie w poddańczym geście. Dziewczyna cofnęła się i schowała swoją broń.

— Iris.

Po tym spotkaniu, Xevertus uświadomił sobie, że jego beksa, o której zdążył zapomnieć przez te lata, wyrosła na piękna, sprytną kobietę, lecz mógł tylko przypuszczać, czym się zajmuje. Oboje chcieli się zobaczyć ponownie, lecz nie umówili się na konkretną godzinę, w konkretnym miejscu. Jednak pomyśleli o tym samym. O lokalizacji, gdzie miało miejsce spotkanie po latach o tej samej porze.

Polubili swoje towarzystwo. Tamtym razem postanowili, że następne spotkanie muszą sobie zorganizować, nie w nocy i nie w tej ciasnej uliczce. Chodzili po mieście popołudniami, lecz początkowo unikali miejsc, gdzie mogła ich zauważyć straż królewska. Po kilku miesiącach, Xevertusa już nie obchodziło, czy jego ojciec się dowie, czy nie, liczyło się to, że był z nią. Oboje byli młodzi i głupi. Kiedy chcieli chwili prywatności, wybierali się nad jezioro za miastem, gdzie nikt od dawna nie chodził. Rozmawiali o wszystkim, lecz Iris zmieniała temat za każdym razem, kiedy chciał wiedzieć, czym tak właściwie się zajmuje. Nigdy nie pozyskał tej wiedzy. Pewnego razu, kiedy umówili się nad tym samym jeziorem, w tym samym miejscu, gdzie zawsze się spotykali on postanowił zerwać kwiaty, rosnące w ogródku czarownicy, a ona spóźniała się na spotkanie. Zaniepokoiło go to. Zjawiła się po pół godzinnym spóźnieniu.

— Przepraszam, Xevertusie, ale miałam ważną sprawę do załatwienia — wytłumaczyła.

— Co to była za sprawa? — zapytał, po czym ucałował ją w policzek na przywitanie. Dziewczyna odpowiedziała smutnym tonem:

— Dostałam zlecenie do natychmiastowego wykonania.

— Rozumiem — i rzeczywiście rozumiał. Nauczył się nie pytać o jej pracę i czasem cieszył się z tego, że nie był na tyle dociekliwy, aby się dowiedzieć.

— Przykro mi…

— Wyjdziesz za mnie? — przerwał jej, wyciągając przed siebie bukiet magicznych kwiatów. Iris osłupiała. Żadne z nich nie spodziewało się tych słów. Owszem czuła, że jest między nimi coś bardzo poważnego i nie była to przelotna miłość, o tym wiedzieli. Oboje przechodzili przez chwilowe zauroczenia, oboje mieli za sobą trochę doświadczenia i to, co czuli teraz było prawdziwe. Mieli pewność. Iris spojrzała mu głęboko w oczy. Był szczęśliwy z nią, ale stresował się jak nigdy przedtem.

— Mogę potrzymać cię jeszcze kilka minut w niepewności? Nigdy nie widziałam cię tak spiętego, mój książę — mówiła to wszystko radosnym głosem, a jego dłonie zaczęły delikatnie się trząść ze zdenerwowania. Wzięła od niego bukiet i zanurzyła nos pomiędzy kwiaty. — Cudowne. I coś tu chyba jest nie tak… — spojrzała krytycznie na jego wyprostowaną postawę. Chłopak szybko zrozumiał, o co chodzi i przyklęknął na jedno kolano.

— Iris… Uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną? — dziewczyna nachyliła się do jego ucha tak, żeby nie widział łez w jej oczach i bardzo delikatnie muskając policzkiem, delikatnie zarośniętą twarz Xevertusa wyszeptała:

— Tak — odsunęła się i z uśmiechem wpadła w ramiona swojej miłości. Znali się od ponad trzech czy czterech lat, a teraz mieli przed sobą całe życie, aby poznawać się dalej. Oboje niezmiernie cieszyli się tą chwilą, która jednak nie trwała długo. Iris wzięła nagły haust powietrza, a jej oczy zaszły mgłą. Xevertus akurat opierał głowę na jej kolanach. Widząc to natychmiast się podniósł i szybko znalazł się za dziewczyną. Musiał ją podtrzymywać, aby przypadkiem nie wpadła do wody, siedzieli, bowiem na wąskim pomoście, gdzie otaczało ich jezioro. Zaczęła drżeć i szybko oddychać. Zacisnęła palce na dłoniach Xevertusa, łzy płynęły po jej policzkach i kilka sekund później zaczęła krzyczeć. Przytulił ją do siebie, szepcząc cały czas:

— Spokojnie, kochanie, wszystko będzie dobrze, nic się nie dzieje, jesteśmy tutaj, nad jeziorem, pamiętasz? Jesteś ze mną, Iris, nic ci się nie stanie — w jednej chwili jej oczy wróciły do normalnego stanu, przestała się trząść i teraz jedynie sapała, jakby była czymś strasznie zmęczona. Wtuliła się w ukochanego, pozwalając łzą spływać po policzkach.

— Coś złego się stanie, Xevertusie, coś bardzo złego… — szeptała, a on jedynie słuchał. Wiedział, że jest wieszczką, i że jej wizje nigdy nie kłamią, pomimo prób zmiany przyszłości. — Co z twoim ojcem? — zapytała nagle. — Co, z obowiązkiem objęcia tronu? Nie możesz tak po prostu poślubić zwykłej dziewczyny z miasta. Twoja rodzina nie zgodzi się, abyś…

— Więc wyrzeknę się prawa do tronu. Nawet po tym przysługuje mi pewna część skarbca. Zamieszkamy razem… a poza tym, mam jeszcze trzech młodszych braci. Tron nie zostanie zimny, po śmierci ojca — więcej nie wracali do tego tematu.

Miesiąc później, ojciec Xevertusa sprowadził Iris do domu, ale nie poinformował go o tym. Król nie wyjaśniwszy swojego postanowienia skazał ją na śmierć, poprzez publiczne spalenie na stosie. Xevertus o niczym nie wiedział. Przyprowadzili go jedynie na samą egzekucję. Kiedy wszedł na swoje miejsce i zobaczył, kogo wprowadzają na plac zerwał się i chciał zaatakować ojca. Czterech silnych strażników musiało go przytrzymywać. Wykrzykiwał do ojca różne obelgi, lecz kiedy stwierdził, że to bezsensowne było już za późno. Pobiegł pomiędzy ludzi, by ratować ukochaną, ale nie był w stanie się do niej dostać. Król wyraził się jasno. Nie dopuścić, aby Xevertus przerwał egzekucję. Stos zapłonął, a on próbował wyrwać się strażnikom. Spojrzał w jej stronę z łzami w oczach. Wyszeptała do niego „kocham cię”.

— Nie… nie… nie! Nie! — krzyczał, próbując powalić gwardzistów, którzy go trzymali, aż dobiegł go rozpaczliwy krzyk dziewczyny, jeszcze gorszy od tego, który niestety słyszał nad jeziorem.

Kiedy krzyk ustał, Xevertus chwilowo opadł z sił i łzy zalały jego twarz. Wpadł w furię. Z jego gardła wydobywała się jedynie wściekłość i rozpacz. Jego serce roztrzaskało się na miliony kawałków. Wtedy po raz pierwszy poczuł ból, rosnących w przerażającym tempie kości i rozciągającej się skóry, na której pojawiły się czarne łuski. Dokonał swojej przemiany, a jego pierwszą ofiarą był król. Xevertus porwał go i zostawił na szczycie jednej z gór, graniczącej z wrogim państwem. Zalegał tam śnieg, więc zakładał, że jego ojciec nie przeżyje. Kilka dni po tym zdarzeniu dostał wiadomość, że słuch zaginął po byłym królu. Zwiadowcy zakładali, że został zabity, przez patrolujący granicę oddział wroga.

Myślał, że w ten sposób pomścił śmierć Iris, lecz ból straconej miłości nie dawał mu spokoju przez wieki. Do czasu odnalezienia Polany Dusz.

***

— Musimy o czymś porozmawiać — słysząc te słowa biało niebieska, blada postać odsunęła się nieznacznie, aby mógł spojrzeć w błękitne oczy. — Ktoś przekazał mi wiadomość, że… O twoim powrocie do tego świata.

— Xevertusie… Jak widzisz ciągle siedzę tutaj, a wiesz, że to miejsce jest niczym więzienie, prawda?

— Tak, lecz widzieli cię, bekso. Coś przede mną ukrywasz — stwierdził, odgarniając pukiel włosów z jej twarzy. Dziewczyna westchnęła, po czym usiadła na ziemi i skinęła na Xevertusa. Usiadł obok dziewczyny, a ona splotła swoje palce z jego i poleciła, aby nie przejmował się innymi płomykami, bo i tak nie patrzą i nie słuchają. Uśmiechnął się, po czym oparł głowę na jej kolanach. Zanurzyła dłoń w jego gęstych włosach, i kiedy poczuła, że jest zmęczony i zamknął oczy zaczęła szeptać:

— Czasami dużo rozmyślam, Xevertusie. O miejscach, w których mogłabym być, gdyby wcześniej nie pozbawiono mnie życia, co mogłabym robić, jak wyglądałby nasz dom… i tak myślami błądzę po świecie, oglądając rzeczy, które mnie interesują. Czasami widzę siebie, kroczącą po ulicach jakiegoś nieznanego mi miasta, czuję zapach świeżo pieczonego chleba i dowiaduję się różnych rzeczy od różnych czarownic… — mówiła dalej, ale on zdążył już zapaść w głęboki, spokojny sen.

Nie śnił długo, ponieważ Ravi obudził go nad ranem, tak jak mu polecił. Ciągle leżał na kolanach Iris, która nie przejmowała się posłańcem. Za to Ravi cały się trząsł z przerażenia. Xevertus odesłał go, przewrócił się na bok i przytulił do nóg dziewczyny, która bawiła się jego włosami.

— Chyba powinieneś wstać, mój książę — powiedziała łagodnym głosem.

— Teraz jestem królem, moja droga. Dodatkowe pięć minut nikomu nie zaszkodzi.

— Możesz sobie być, kim chcesz, ale zawsze zostaniesz moim księciem — wyszeptała i złożyła delikatny pocałunek tuż pod jego uchem. — Czeka cię dziś coś ważnego?

— Muszę napaść kolejny zamek, żeby zdobyć nowych ludzi… — powiedział od niechcenia.

— To dopiero będzie dla nich koszmar. Dołączą do nieszczęśliwców, którzy muszą z tobą przebywać — droczyła się, a on westchnął, podniósł się do siadu i odpowiedział:

— Ty też jesteś na mnie skazana.

— W jaki sposób?

— Myśli smoka, moja droga — odpowiedział i cmoknął ją w usta.

***

Xevertus z czasem przestał odczuwać ból, podczas swojej przemiany. Niezmiernie pomogła mu ta zdolność. Jednak nie zmieniało to faktu, że niszczył wszystko wokół siebie przez te kilka sekund. Właśnie z tego powodu chciał być sam, najlepiej na jakimś odludzi. Za każdym razem starał się wybierać miejsca, gdzie nikt nigdy nie przebywa, lecz zawsze wyczuwał czyjąś obecność. Nie wiedział, że Iris była w pobliżu swoimi myślami, nie miał pojęcia, że go obserwuje. Nigdy nie chciał, aby ktokolwiek widział go podczas przemiany, a zwłaszcza ona. Twierdził, że to zbyt przerażające doświadczenie dla obserwatora. I miał rację. Jego kości rosły z sekundy na sekundę, skóra stawała się cienka, niczym papier, rozciągając się na monumentalnym ciele. Jego kończyny zaczynały robić się coraz ciemniejsze, w końcu przybierając kolor hebanu. W końcowej fazie cały był pokryty łuskami, oczy przybierały jaśniejszy kolor, a na głowie wyrastały długie rogi. Olbrzymie szpony zastępowały dłonie i stopy, a długi, silny ogon zakończony był ostrym, zabójczym szpikulcem.

Rozdział 6

Tuż przed atakiem na najbliższe miasto, wyznaczył pięciu mężczyzn, w tym Raviego, aby wyłapali ludzi obdarzonych, ze spanikowanego tłumu. Nie wiedzieli, jak ich rozpoznać, więc Xevertus wyzwolił w nich zdolność, przypisaną każdemu Talentowi od urodzenia, a mianowicie wyczuwanie potencjału magicznego u innych, za pomocą dotyku.

On, jako ogromny, czarny smok wyruszył, a oni czekali skryci przy bramach wjazdowych, aby wkroczyć do akcji. Patrzyli na niebo, czekając na znak.

Xevertus niczym cień przemknął nad budynkami, strzelając ognistymi kulami i niszcząc domy, targowiska, ludzkie przybytki. Rozległ się przeciągły ryk, który miał być sygnałem dla Raviego i reszty.

Tłum szalał na ulicach. Niektórzy biegali wokół z palącymi się włosami i odzieniem. Ravi przemykał między ludźmi, dotykając ich niby przypadkiem. Po kilku minutach trafił na wysokiego, czarnowłosego, dobrze zbudowanego mężczyznę o szmaragdowych oczach. Był spięty i spanikowany, nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Chłopak, dostrzegając magiczną iskrę, polecił udać mu się za wzgórze, za bramami miasta. Powiedział, że czekają tam inni ludzie. Mężczyzna pod wpływem pewnego głosu i przekonania Raviego posłuchał i podążył w wyznaczonym kierunku. Poszukiwania trwały do czasu ostatniego ryku Xevertusa, oznaczało to, aby kończyć misję i wracać.

Ravi, przekraczając bramę zauważył jednego z nich, rozmawiającego z małą dziewczynką o długich blond włosach i drobnych niebieskich oczach. Nie chciała ruszyć się z miejsca, a po jej policzkach spływały łzy. Po chwili przy ich boku zjawił się Xevertus.

— Co się dzieje? — zapytał, widząc tę scenę.

— Dziewczynka upiera się, że nigdzie nie pójdzie bez swojej mamy — Xevertus przykucnął przed dziewczynką i delikatnie położył swoją ogromną, w porównaniu do małego ciała dziecka, dłoń na jej ramieniu, po czym powiedział delikatnym, spokojnym głosem:

— Zaraz znajdziemy twoją mamę, ale teraz musisz iść z nami, dobrze? — dziewczynka tylko kiwnęła głową, a Xevertus podniósł się, chwycił ją za rączkę i wszyscy ruszyli w stronę obozowiska.

— Będziesz musiał się nią zająć, chłopcze — szepnął do Raviego, a ten pomimo zdziwienia i niechęci zgodził się. Wiedział, że musi wykonać polecenie swojego pana.

Przekonanie dziewczynki było tak łatwe dla Xevertusa, ponieważ do jego magicznych zdolności należał również dar przekonywania poprzez dotyk. Mała choćby chciała, nie mogła się sprzeciwić.

Kiedy wrócili, wszystkie ogniska zostały zgaszone, a ludzie już byli gotowi do marszu. Xevertus polecił swojemu wiernemu chłopcu na posyłki prowadzić tłum prosto, a sam chciał się przyjrzeć nowym zdobyczom. Co do dziewczynki wiedział już, że jej dar jeszcze się nie ujawnił, ale czuł, iż będzie potrafiła sprawiać niewyobrażalny ból każdemu, na którego spojrzy, czyli był to Talent, który już wcześniej posiadł. Issel będzie ją szkolić.

Mężczyznę musiał poznać lepiej. Z początku nie było łatwo, bo ten nie chciał nawet pozwolić do siebie podejść, a Xevertus, tracąc cierpliwość ogłuszył go i dopiero wtedy mógł zajrzeć do jego wnętrza. Dowiedział się, że zdobył bardzo przydatny, lecz jednocześnie niebezpieczny dar. Ten typ potrafił wchłaniać energię życiową każdego, oddychającego stworzenia i rośliny. Miał na imię Benjamin, a dziewczynka Rose. Łącznie Xevertus był w posiadaniu trzydziestu Talentów. Tylko tyle przeżyło pobyt w puszczy. I tak zaskakująco dużo… łącznie ze mną.

***

Szli przed siebie przez cały dzień. Xevertus bez przerwy rozglądał się i pozostawał czujny, wypatrując niebezpieczeństwa. To był ostatni etap ich wędrówki, nie mógł sobie pozwolić na utratę ludzi. Żałował jedynie, że stracił dziewczynę ze zdolnością wyczuwania cudzej aury, przydałaby mu się niezmiernie. Wiedziałby o każdym kłamstwie, każdej emocji, o wszystkim. Trzeba było ją trzymać przy sobie.

Zauważył, iż Rosalie od dłuższego czasu przyglądała się jego zabójczej broni, pochłaniającej energię życiową. To nie mogło się dobrze skończyć, wiedział, że jeżeli dziewczyna posunie się za daleko, mężczyzna nie będzie miał skrupułów. Na szczęście telepata wybija jej niektóre rzeczy z głowy.

Zatrzymali się. Xevertus rozejrzał się uważnie. Wybrał idealne miejsce. Niskie rośliny, karłowate drzewa i kompletna cisza wokół, uniemożliwiały niezauważalne nadejście wroga.

— Jesteśmy prawie na miejscu… — powiedział sam do siebie, lecz stojący najbliżej niego Talenty zachodziły w głowę, o co może mu chodzić, przecież znajdowali się na środku… niczego tak właściwie. Cały czas tkwili w lesie, a on mówił, że prawie dotarli do celu.

Xevertus wziął głęboki oddech, po czym wyszeptał coś niezrozumiałego dla wszystkich wokół. W mgnieniu oka zaczęła otaczać ich rażąca, biała mgła. To zjawisko oślepiło ludzi wokół i przyprawiło ich o ból głowy. Nikt oprócz Xevertusa nie miał pojęcia, co się dzieje. Nie mogli nawet otworzyć oczu, bo jasne światło im na to nie pozwalało. Jakby tego było mało, wszyscy zaczęli się trząść i padać na kolana, ponieważ nogi odmawiały im posłuszeństwa. Xevertus zauważył, że zaczęli zatykać uszy. Ach ten pierwszy raz… przewrócił oczami. Największą uwagę zwracał na małą dziewczynkę, ponieważ nie wszyscy przeżywali tą „podróż”, a zdrowiu dziecka nie trudno było zagrozić. Słyszeli okropny hałas. Xevertus zawsze porównywał ten dźwięk do trzepotu motylich skrzydeł, tylko o bardzo mocno spotęgowanej sile. Dziewczynka płakała i krzyczała, zatykając uszy i kuląc się na ziemi.

Trwało to chwilę, Xevertus zdążył przywyknąć do tego przejścia i biel wokół oraz hałas nie robiły na nim żadnego wrażenia.

Kiedy trzepot skrzydeł ucichł, większość z nich otworzyła oczy, a ich wzrok powoli przyzwyczaił się do światła słonecznego. Połowa nie dała sobie rady z tym doświadczeniem, w wyniku czego magiczne przejście pochłonęło ich umierające ciała. Szczęśliwcy mieli nadzieję zobaczyć zachodzącą gwiazdę, lecz zamiast tego ujrzeli wschód nad głęboką doliną, przez którą przepływała rzeka, przypominająca srebrzystą serpentynę ułożoną na zielonym tle. Wokół rosły różne nieznane im rośliny, niektóre drzewa dopiero zaczynały kwitnąć, a niektóre już dawno chwaliły się soczystą zielenią na koronach. Trawa, błyszcząca rosą była niesłychanie miękka, jakby nikt nigdy jej nie dotknął. Kwiaty na łąkach wydzielały niesamowicie przyjemny zapach. Talenty Xevertusa nie mogły nadziwić się temu widokowi. Na niebie pojawiły się czarne stworzenia, przypominające ptaki, lecz nie miały skrzydeł, wydawało się jakby lewitowały wysoko nad ziemią, ich ciała porośnięte były grubymi łuskami, a bystre oczy dostrzegały każdy szczegół.

— Jesteśmy prawie na miejscu, moi państwo — powtórzył głośniej, tak, aby wszyscy go usłyszeli, ale ludzie pokiwali tylko głowami, wpatrując się w nowy świat. Xevertusa bawił ich zachwyt, za każdym razem, kiedy na nich zerkał miał ochotę wybuchnąć szczerym śmiechem. Jak teraz są tak zdziwieni to ciekawe, co powiedzą później. Uśmiech wypływał na jego twarz na samą myśl o ich reakcji

***

Doliczył się piętnastu ludzi. O dziwo wśród nich ciągle była dziewczynka, o której zdrowie najbardziej się martwił. Niezwłocznie ruszyli w dalszą wędrówkę, mieli przed sobą cały dzień, lecz Xevertus wiedział, że droga do Malii, najbliższego miasteczka, zajmie im jedynie kilka godzin. Sam potrzebował odpoczynku, ale nim to miało nastąpić, musiał umieścić Talenty w bezpiecznym miejscu i załatwić jeszcze jedną ważną sprawę. Wypoczynek będzie musiał poczekać, westchnął.

Trafili na idealną pogodę, w tej pięknej krainie. Słońce grzało przyjemnie ich ciała, wilgoć w powietrzu była mało wyczuwalna, a wiatr dawał o sobie znać, co jakiś czas, obdarzając podróżników chłodnym tchnieniem. Do tego wszystkiego dochodziły przecudowne zapachy, kwitnących kwiatów różnych barw, porastających łąki.

Xevertus wezwał do siebie Raviego. Wiedział, że dotarcie do stolicy trochę im zajmie, a przez czas, kiedy będą przebywać w Malii będzie potrzebował dodatkowej pary uszu.

— Chciałeś mnie widzieć, panie? — usłyszał spokojny głos dwudziestolatka tuż obok siebie.

— Owszem, chłopcze. Mam do ciebie prośbę.

— Jestem na każdy twój rozkaz, panie, czegokolwiek będzie dotyczył.

— Za kilka godzin dotrzemy do miasteczka, w którym zatrzymamy się na jakiś czas. Muszę doprowadzić pewne sprawy do porządku, pomóc niektórym ludziom… potrzebuję cię do najprostszego wywiadu.

— Rozumiem, panie, ale skoro będziesz cały czas z nami…

— Do tego zmierzam, Ravi. Nadejdzie czas, kiedy będę musiał zniknąć i zostawić was w tym miasteczku, jedynie pod opieką moich zaufanych ludzi. Chcę, abyś zdawał mi relację z każdej chwili, kiedy mnie nie będzie, zrozumiałeś? — wytłumaczył całkiem obojętnym głosem.

— Tak, panie — odpowiedział, kłaniając się i odchodząc do ludzi z tyłu.

Xevertus już przywykł do krajobrazu, więc nawet nie zwracał uwagi na otoczenie, tylko skupiał się na drodze przed sobą. Wokół rosły kwitnące czerwonymi kwiatami drzewa, wąską, kamienną dróżkę, którą maszerowali, lekko obrastała soczyście zielona trawa, z której już zeszła rosa. W oddali strumyk przeradzał się w rzekę, aby załamać się na skalnej ścianie, tworząc wysoki wodospad.

W pewnej chwili kamienie na wodnej wstędze układały się w most, który wyglądał, jakby nikt nigdy nie ingerował w jego powstanie. Tak mógł stwierdzić pierwszy, lepszy przechodzeń, ale Xevertus wiedział, że była to robota pewnej kobiety, która uciekając z rodzinnego miasta chciała dostać się do Malii i nie miała jak przejść przez rzekę, więc w desperacji odkryła swoje moce i zbudowała most, który nie wzbudzałby u nikogo żadnych podejrzeń. Nikt nie znał powodu ucieczki dziewczyny, nikt również nie pamiętał jak wyglądała i jakiego imienia używała, więc większość ludzi uznała, iż jest to jedynie bajka dla dzieci i wyimaginowana wymówka na tak piękne zjawisko.

Po kilku następnych godzinach drogi, w oddali pojawił się zarys średniej wysokości budynków. Ludzie z przodu dostrzegli je pierwsi i mieli nadzieję, że to właśnie tam zmierzają. Byli wykończeni niesłychanie długą wędrówką i tylko czekali, aż położą się na choćby najlichszym łóżku, co byłoby o wiele lepsze od sypiania na ziemi.

— Zauważyłeś, że dziewczyna, która trzyma się pałacowego medyka zainteresowała się tym nowym mężczyzną? — zapytał zaintrygowany Xevertus Raviego.

— Owszem, panie. Nie rozmawiali ze sobą, ale ona prawie cały czas na niego patrzy.

— Nie dopuść do tego, aby znaleźli się blisko siebie — powiedział zdecydowanym, bezbarwnym głosem. — Dziewczyna jest dla mnie ważna, a on jest niebezpieczny. Prawdopodobnie nie będzie się wahał, jeżeli tylko zechce zdobyć trochę siły od niej.

— Rozumiem, panie.

***

Benjamin ciągle spoglądał za siebie, by zawiesić spojrzenie, na spływającej nagle w dół urwiska wodzie, która była niesamowicie czysta i przyjemnie chłodna. Z każdą sekundą wyobrażał sobie, że zanurza swoje spocone ciało w rzece i pływa nieopodal wodospadu. Należało to do jego ulubionych zajęć, kiedy miał wolny czas. Zawsze przechadzał się wokół małego jeziora niedaleko rodzinnego miasta i prawie za każdym razem relaksował się, przemierzając rozlewisko, używając do tego jedynie własnych kończyn. Żałował, że nie może teraz tam pobiec i rozkoszować się chłodną wodą.

Dał się uprowadzić. Tym zawracał sobie głowę w tej chwili. Nie mógł pojąć, jak mógł dać się tak po prostu zmanipulować, jak mógł po prostu uwierzyć komuś, kogo nigdy wcześniej nie widział… zastanawiała go jeszcze jedna rzecz. Dlaczego żadne z tych ludzi nigdy nie spróbowało uciec? Oczywiście nie znał niebezpieczeństwa, czającego się w puszczy, więc nie rozumiał zachowania grupki, która skupiała się najbliżej Xevertusa, jak to tylko było możliwe. I dlaczego on nie zawrócił od razu, kiedy tylko zobaczył tych ludzi? Nie potrafił tego wyjaśnić, ale coś zmuszało go do trzymania się ich wszystkich. Czuł, że pod żadnym pozorem nie może zostać sam. Dziwne uczucie…

Kiedy jego wzrok padał na Xevertusa, zastanawiał się, kim on tak właściwie jest, aby uprowadzać ludzi i zabierać ich do jakiejś krainy, o której nikt nigdy nie słyszał. Zaczął przypuszczać, że ten mężczyzna może być po prostu łowcą niewolników. Mógł zbierać przypadkowe dusze, po czym sprzedawać je komuś, kto da za nie największą cenę… lub mógł oddawać je swojemu zleceniodawcy.

Ludzie zaczęli zwalniać, aż w końcu całkiem się zatrzymali. Benjamin zauważył, że stoją na małym, okrągłym placu, wyłożonym kostką z białego kamienia. Wokół skweru zbudowano wąskie domy z szarej cegły. Wszystkie wyglądały podobnie. Framugi okien były białego koloru, a jedyne, co odróżniało od siebie domy to podwórka przed budynkami. Jedne były usiane przeróżnymi kwiatami, inne porastały zioła, które stosowano w kuchni, było mnóstwo sposobów, aby zagospodarować przestrzeń wokół domów.

Xevertus wybrał dwa domy, przed którymi rosły wysokie drzewa o bordowych liściach. Stał pomiędzy dwoma, niskimi, drewnianymi furtkami wraz z o wiele młodszym i niższym od niego mężczyzną. Rozdzielał ludzi. Kobiety kierował do domu po swojej prawej, a mężczyzn do budynku po lewej. Oba były dwupiętrowe i z zewnątrz wyglądały, jakby mogły pomieścić maksymalnie po cztery osoby.

Jednak pozory mylą. Po obu stronach pomieszczenia znajdowały się schody, a pomiędzy nimi ciągnął się korytarz, najprawdopodobniej, prowadzący do salonu. Benjamin został pokierowany przez starszą kobietę schodami po prawej do trzeciego z kolei pokoju na piętrze, który dzielił z dwoma innymi mężczyznami. Pokój był na tyle duży, aby pomieścić trzy łóżka, jedną dużą, trzydrzwiową szafę i jedną, małą komodę z pięcioma szufladami na ubrania. Nie było to jedno z najlepszych pomieszczeń, jakie widział, ale nie miał, na co narzekać.

***

Xevertus odesłał swojego wiernego chłopca do domu, gdzie skierował wszystkich mężczyzn. Popatrzył na dwa, szare budynki, które niczym się nie wyróżniały. To właśnie w tak niepozornym miejscu chciał, tymczasowo, usytuować swoje cenne zdobycze. Ostatni raz spojrzał na „kryjówkę”, po czym odwrócił się i ruszył w stronę gór.

Wspiął się, wystarczająco wysoko, na znajome tereny i dostrzegł mały otwór w skale. Wszedł do jaskini z uśmiechem na ustach i ze świadomością, że żaden zwykły człowiek nigdy nie przebywał w tym miejscu, nigdy się tu nie dostał… I nie dostanie.

Rozdział 7

Arthur przechadzał się niespokojnie po swojej komnacie. Pierwszy raz spotkała go tak nagła sytuacja. Jako władca powinien wiedzieć, jak sobie z tym poradzić, lecz nie był pewien, co robić. Usytuował ludzi w gospodach blisko zamku, a rannych przeniósł do pałacowej lecznicy, gdzie zajmują się nimi wykwalifikowani medycy. Nie miał pojęcia, ile potrwa naprawa szkód. To oczywiste, że musiał odbudować wioskę, ci ludzie nie mogliby zacząć zupełnie nowego życia w mieście, nie posiadając ani pieniędzy ani wiedzy, która byłaby im potrzebna w przyszłym zawodzie.

Obwiniał siebie za napad mitologicznej istoty. Chciał wierzyć, że gdyby wtedy nie wyruszył na polowanie i był w zamku, zdążyłby zareagować i chociaż po części oszczędzić ludziom cierpienia, bo postarałby się zrobić coś ze smokiem, odwrócić jego uwagę lub może jakimś cudem nawet go przegnać. Rozum cały czas podpowiadał mu, aby nie zrzucał tego na siebie, bo to nie jego wina, ale serce król miał miękkie. Czuł smutek na samą myśl o tych nieszczęśnikach.

Kontemplacje przerwało mu nieśmiałe pukanie do drzwi.

— Wejść — powiedział na tyle głośno, aby było go słychać z drugiej strony pomieszczenia. Po chwili do komnaty wszedł jeden z służących Arthura. Ukłonił się, jak powinien, po czym zaczął mówić:

— Panie, przysyła mnie główny medyk z wieściami, iż w lecznicy nie ma wystarczająco miejsca dla rannych żołnierzy, przez ludzi, których sprowadziłeś. Nie wiedzą, co robić — Arthur zamyślił się na chwilę. Wiedział, że nie może odesłać tych ludzi do jakiejś pierwszej, lepszej, miejskiej lecznicy. Chciał dobrze się zaprezentować i musiał przy okazji znaleźć rannym stałe miejsce, gdzie mogliby zamieszkać, dopóki ich wioska nie zostanie doprowadzona do stanu używalności.

— Na pewno nie da się znaleźć dodatkowego miejsca? — zapytał, mimo wszystko chcąc uniknąć ostatecznej decyzji.

— Nie ma gdzie, sir — odpowiedział sługa. Arthur westchnął. Starszyzna mnie zabije…

— Niech służba przygotuje pokoje na najniższym piętrze zamku i umieści tam ludzi z ich osobistymi opiekunkami i niech trzech medyków nad nimi wszystkimi czuwa. Przekaż Starszyźnie, że zwołuję dzisiaj posiedzenie.

— Tak jest, sir — sługa ukłonił się i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Król opadł bezsilnie na fotel i spojrzał przez okno, na słońce. Starszyzna odbywała swoje spotkania zawsze o tej samej porze. Po południu, ale nie pod wieczór. Teraz Arthur mógł dostrzec ogromną gwiazdę, która, ładnie powiedziawszy, siedziała na jego parapecie. Czyli do posiedzenia została mu około godzina. Godzina na przemyślenie, jak im to wytłumaczyć… bardzo mało czasu.

***

Xevertus siedział na kamiennym tronie, podpierając głowę na dłoni i wysłuchując kłótni pomiędzy zebranymi w jaskini ludźmi. W jaskini… Raczej w jednym z najwspanialszych dzieł kamańskiej natury. Faktycznie pomieszczenie to wyglądało, jak ogromna sala, podparta wieloma, silnymi kolumnami. W środku nie było pochodni. Wszyscy zgromadzeni zawsze doskonale widzieli w ciemnościach, ponieważ każdy z nich posiadał umiejętność zmiany w smoka. Jedynym światłem były na przemian promienie słońca lub księżyca, wpadające do sali przez kilka małych szczelinek w wysoko usytuowanym stropie. Wiele lat temu stało tutaj więcej kolumn, lecz zgromadzonym niekiedy puszczały nerwy. I pod wpływem emocji zamieniali się w ogromne jaszczurki i niszczyli wszystko wokół. Niczym nieokiełznane bestie… westchnął, próbując ignorować wrzaski wokół siebie. Oczywiście przez te wszystkie lata zdążył przyzwyczaić się do kłótni Radnych, dosłownie na każdy temat.

Tylko on mógł przesiadywać podczas narad, ponieważ w tej cudownej sali natura również wyrzeźbiła jeden, ogromny tron, przeznaczony dla władcy tego kraju. Kiedyś był tutaj stół… stwierdził, wpatrując się w przestrzeń przed sobą.

Znudzony kłótnią, przeczesał włosy palcami i wstał z westchnieniem. W jednej chwili wszyscy ucichli. Xevertus przesunął wzrokiem po każdej twarzy w sali. Usatysfakcjonowany widokiem z lekka przerażonych twarzy, odezwał się po raz kolejny, w temacie, który rozpoczął cały spór:

— Panowie, jesteśmy tutaj w sprawie ludzi, których dary nie zostały jeszcze ujawnione…

— Przyprowadziłeś ich tutaj, nie zważając na niebezpieczeństwo, jakie dla nas stanowią! — odezwał się jeden z niskich, starszych ludzi z długą brodą.

— Nie są na tyle niebezpieczni, abyśmy ich nie powstrzymali — sprzeciwił się Xevertus. — I żadne z nich nie jest świadome swojej mocy.

— A gdyby byli tak niebezpieczni, że nie potrafilibyśmy ich opanować? — zapytał spokojnie, wysoki blondyn w średnim wieku. Zawsze wyglądał na bardzo poważnego, nawet zbyt poważnego. Chyba właśnie, dlatego go nie lubię.

— Wtedy mielibyśmy powód do obaw — odpowiedział z delikatnym uśmiechem na ustach. — Ci ludzie nie rozwiną samodzielnie swoich darów. Będzie im potrzebna do tego osoba z identycznymi umiejętnościami, a szansa na to, że się spotkają i rozpoznają swoje talenty jest równa prawie zeru — po tych słowach w sali rozległ się gwar. Xevertus wziął głęboki oddech, żeby nie wybuchnąć. Ci głupcy i tak nic nie osiągną przez te bezsensowne kłótnie.

Ruszył przez sam środek pomieszczenia, a tłum rozstępował się przed nim. Z każdym krokiem Xevertusa, robiło się coraz ciszej, aż ktoś w końcu zawołał:

— Co z posiedzeniem?!

— Zakończone — odkrzyknął, nie obracając się i jedynie na krótką chwilę podnosząc rękę, a kiedy ją opuścił w jaskini znów rozbrzmiały chaotyczne, głośne wypowiedzi Radnych.

Głównym problemem tego zebrania była kwestia ludzi, których przyprowadził Xevertus, ale których dar jeszcze się nie ujawnił. Musiał skonsultować tę sprawę z Radą, ale wyszło jak zwykle, kiedy potrzebuje szybkiej odpowiedzi kłócą się i najprawdopodobniej zdecydują dopiero na następny dzień. Świetnie. W takim razie czas ujawnić najważniejszych, aby nie skazali ich na śmierć. Myśląc o najważniejszych Talentach miał na myśli przeważnie wieszczkę. Wiedział, że będzie mu bardzo potrzebna, ale jeżeli Rada zadecyduje o śmierci nieujawnionych, nie będzie miał wyboru. Dlatego musiał się spieszyć.

Aby wydostać się z jaskini Xevertus musiał przebyć długą drogę, w labiryncie korytarzy, ciągnących się, jakby bez końca. Ktoś, kto byłby w tym miejscu pierwszy raz, nigdy nie znalazłby dobrej drogi, lecz on, szwędający się do tej sali przez całe życie, dobrze wiedział, którędy wyjść stamtąd najszybciej. Prawdę mówiąc, nigdy nie lubił tutaj przebywać. Zawsze przerażała go myśl o wieku tego miejsca oraz o zapadającym się stropie i tonach kamieni, które albo szybko zakończą jego żywot albo skażą go na długie cierpienie przed śmiercią. Często miewał koszmary, że podczas narady jaskinia się zawala lub dwójka, kłócących się starców, w postaciach siejących grozę stworzeń walczy i nie jest w stanie utrzymać równowagi, wiec upadają na niego zanim zdąży uciec.

Z ulgą wyszedł z tunelu i znalazł się na znajomym terenie. Przez chwilę żałował, że nie może być zwykłym człowiekiem ze zwykłymi problemami. Ale w końcu ktoś musi rządzić tym krajem.

Niechętnie myślał o ujawnianiu darów, ale wiedział, że niektórym bardzo się to przyda i przy okazji jemu samemu wyjdzie to w przyszłości na dobre. Prawdopodobnie na dobre. Większość jego poddanych wiedziało, że ujawnić czyjś talent może każda osoba, która posiada zdolności magiczne. To było dużym ułatwieniem w tej sytuacji. Gorzej by było, gdyby mógł to zrobić tylko ktoś o tych samych umiejętnościach.

Popatrzył na nocne niebo, gdzie miliony gwiazd błyszczały, a dwa księżyce zdawały się być bliżej niż zwykle i choć jeden z nich był mniejszy oba wyglądały pięknie. Odetchnął czystym, orzeźwiającym powietrzem i ruszył w stronę Malii.

***

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.