E-book
28.65
drukowana A5
48.08
Corner - Legendarna Jaskinia

Bezpłatny fragment - Corner - Legendarna Jaskinia


4
Objętość:
233 str.
ISBN:
978-83-8104-250-5
E-book
za 28.65
drukowana A5
za 48.08

Część Pierwsza
„Legendarna Jaskinia”

Z dedykacją dla Natalii, pierwszej osoby, która stwierdziła, że ten pomysł ma potencjał.

Prolog

Trzydzieści jeden stóp na północ, osiemnaście na południe, trzynaście na wschód i piętnaście na zachód. Oto wymiary jej więzienia. Nie była to cela, lecz otwarta przestrzeń, ale ciągle zdawała się być lochem.

Wymiary tego miejsca zmierzył Sebastian, jej — od niedawna — najbliższa osoba. Ktoś, kto towarzyszył jej odkąd utknęła w tym punkcie. Miała wrażenie, że spędzi tutaj resztę swojego, już zaprzepaszczonego, życia. Na skrawku skały, gdzieniegdzie porośniętej mchem, trawą albo jakimiś chwastami, pomyślała, kopiąc kępkę wilgotnego, zielonego porostu.

Nienawidziła go. Nie cierpiała osoby, którą się stała, właśnie przez niego. Nie mogła znieść myśli, że dała się tak łatwo zmanipulować, że uległa mu… Pod każdym względem. Bała się, ale nienawiść przezwyciężała uczucie strachu. Nie panikowała. Już nie. Nauczyła się panować nad sobą. Nauczyła się otwarcie go nienawidzić.

Jej rozmyślania przerwał odgłos, nadchodzącego człowieka. Nie. Nie człowieka. Nie mogłaby usłyszeć zwykłego śmiertelnika. To pewnie Pan Zło wraca, pomyślała, a mężczyzna siedzący obok niej, na kamieniu, uśmiechnął się pocieszająco i powiedział, żeby się nie martwiła. Nie martwię się, odpowiedziała mu w myślach, które potrafił odczytać.

W ręku trzymała połamaną gałązkę. Dostrzegła malutki skrawek ziemi, znajdujący się w zasięgu wzroku mężczyzny, który skubał źdźbło żółtej trawy. „Czas na przedstawienie” napisała drobnym druczkiem, a kiedy mężczyzna zapytał: Może dzisiaj poudajesz, że go choć trochę tolerujesz?, dziewczyna tylko uśmiechnęła się kpiarsko, a on już wiedział, że nie ma na co liczyć. Pozostało tylko czekać i obserwować.

Rozdział 1

Rok pięćsetny naszej ery, Południowa Anglia.

Trzy mile od potężnego zamku Camelot, gdzie obecnie panował celtycki władca Arthur, znajdowała się mała wioska. W tym przysiółku każdy dzień wyglądał podobnie. Ludzie prowadzili monotonne, lecz szczęśliwe i w miarę dostatnie życie. Nikt nie głodował, nikt nie umierał w wyniku zarazy. Każdy pracował, wykonywał swoje obowiązki. Dzieci były posłuszne rodzicom w każdej kwestii, a rodzice chcieli dla swoich dzieci jak najlepiej. Starsi byli traktowali z ogromnym szacunkiem.

Jedno z małych gospodarstw zamieszkiwała przeciętna, żyjąca rutyną rodzina. Szczęśliwe małżeństwo z trójką dzieci — synem, który przeżył dziewiętnaście lat i jeszcze nie znaleźli mu żony, córką z siedemnastoma wiosnami, zajmującą się zwierzętami i najmłodszą córeczką, która pomimo wieku dojrzewania stała przy rodzicach za każdym razem, kiedy jej potrzebowali.

Syn Eric codziennie pracował w polu razem z ojcem. Rosalie, jak już wcześniej zostało wspomniane zajmowała się zwierzętami. Wypasała krowy i kozy, karmiła kury i gęsi, zajmowała się końmi. A Martha głównie sprzątała w domu. Wymieniała i prała pościel, myła drewniane zasuwy okien, które zamykano na noc, aby nie było zimno i czasem wraz z matką przygotowywała posiłki.

Czerwcowy poranek. Słońce unosiło się tuż nad horyzontem i z każdą godziną pięło się ku górze po błękicie nieba, przyozdobionym gdzieniegdzie białymi chmurami, przesuwanymi przez orzeźwiający wiatr. Wioska budziła się do życia. Wszyscy już dawno zjedli śniadanie i powoli zabierali się za swoje obowiązki. Po ciepłej nocy powróciła monotonia dnia.

Eric wybierał się na pole z ojcem, Rosalie przygotowywała paszę dla zwierząt, a Martha pomagała matce posprzątać, po porannym posiłku.

Po dwóch godzinach męczącej pracy w stajni i noszenia wiader z wodą dla zwierząt, matka wezwała do siebie Rosalie. Dała córce woreczek z miedziakami i poleciła, aby udała się do miasta, znalazła znajomego kuriera, który wyruszał w drogę z przesyłkami dopiero jutro i przekazała, wraz z zapłatą, list do przyjaciela jej ojca. Dziewczyna bez chwili wahania wzięła kopertę i woreczek, po czym udała się do stajni, gdzie czekał jej wierny przyjaciel Edward.

Sięgnęła po skórzaną torbę zawieszoną przy boksie ogiera i włożyła do niej to, co miała przekazać. Osiodłała karego konia, założyła uzdę i wyprowadzając go z boksu, powiedziała łagodnym głosem:

— Czas udać się do miasta, Edwardzie — ogier parsknął w odpowiedzi, a dziewczyna uśmiechnęła się i już po chwili gnała przed siebie w kierunku miasta.

Uwielbiała odrywać się od codziennych obowiązków, które już dawno zaczęły ją nudzić. Nawet taka krótka „wyprawa” do miasta była pewnego rodzaju rozrywką. Na ulicach, jak zwykle, panował niesłychany tłok. Zwłaszcza w miejscu targu. Tłum ludzi, głośne rozmowy, wszechobecny gwar, hałas i niemalże chaos. Zupełne przeciwieństwo wiejskiej ciszy. Lubiła to. Pomimo tego, że ten miejski klimat, choć doprowadzał ją do bólu głowy, po kilku minutach przyzwyczajała się i wszystko było w porządku.

Ze strony wieży zegarowej popłynął dźwięk dzwonów, wybijających jedenastą. Udała się do znajomego już domostwa. Przekazała całkiem młodemu mężczyźnie list i woreczek z miedziakami. Nie mieszkał sam, a że jego żona była bardzo gościnna zaprosiła ją na herbatę. Wyszła stamtąd dopiero po dobrej godzinie i w końcu miała trochę czasu dla siebie.

Jeżdżąc z wolna po mieście nawet nie zorientowała się, kiedy wybiła trzynasta. Czas, w którym młody król Arthur wyruszał do lasu na polowanie. W ramach rozrywki oczywiście. Rosalie właśnie zbliżała się do drogi, którą miał przejeżdżać władca. Zatrzymała Edwarda tuż za dwoma rzędami rozentuzjazmowanych ludzi, żeby przypatrzyć się majestatyczności człowieka, którego zwie swym królem. Towarzyszyli mu strzelcy, ludzie z chorągwiami oraz dmący w rogi, którzy właśnie wypuścili swoje psy. A tuż za sforą ruszyła cała gwardia. Martha byłaby zachwycona, pomyślała, doskonale wiedząc, że jej młodsza siostra widzi w Arthurze miłość swojego życia. Nieważne, że widziała go tylko raz w życiu.

Czas wracać do domu, pomyślała. Rosalie nigdzie się nie spieszyło, więc Edward szedł powoli stępem, jak gdyby nigdy nic. Wsłuchiwała się w śpiew ptaków, cieszyła promieniami słońca, które ogrzewały jej skórę i rozkoszowała się delikatnym orzeźwiającym wiatrem, bawiącym się jej długimi włosami.

Niecałą milę od domu zobaczyła gdzieś daleko w polu trzy postacie. Rozpoznała w nich swego ojca, brata i siostrę. Zauważyli ją, krzyczeli, wymachiwali rękoma, ale Rosalie nie wiedziała, o co im chodzi. Nie rozumiała. Zaczęli pokazywać palcami na niebo, a po chwili uciekli w stronę lasu. Spojrzała w górę i po kilku sekundach niebo przeciął z ogromną szybkością olbrzymi potwór, płosząc Edwarda.

***

Upadła na kamienistą drogę, uderzając ramieniem o coś ostrego. Poczuła szczypanie i pieczenie. Miała tylko nadzieję, że to nie jest żadna poważna rana.

Zaklęła pod nosem, kiedy poczuła tępy ból na łopatce podczas podnoszenia się z ziemi. Odwróciła się na chwilę w stronę, z której przybyła i zobaczyła, uciekającego w stronę miasta Edwarda, po czym zwróciła wzrok w stronę wioski. Wszystko działo się, jakby w spowolnionym tempie. Jej rodzinna wioska tonęła w ogniu, wznieconym przez olbrzymiego, mitycznego gada. Nad gospodarstwami unosił się czarny dym, a w powietrzu czuć było smród spalenizny. A co gorsza, można było nawet wyczuć zapach płonących, ludzkich zwłok. Starała się zignorować ten fakt i nie zwymiotować. Panował chaos i panika. Ludzie uciekali w stronę lasu i na pola, niektórzy biegli w stronę miasta. Wszechobecne krzyki, kasłanie i płacz przytłaczały ją i doprowadzały do tego, że sama miała ochotę zacząć panikować, jak tylko dobiegła zdyszana na miejsce. Ogarnął ją taki strach, że jedyne, co teraz mogła zrobić, to stać w miejscu i bezcelowo patrzeć na monumentalne ognisko, którym stała się wioska, gdzie została wychowana.

Ktoś niemal na nią wpadł, biegnąc w popłochu przed siebie. Wtedy świadomość do niej wróciła. Wzięła głęboki wdech i rozejrzała się po niebie. Nie widziała stwora w pobliżu, choć wiedziała, że gdzieś tu jest. Pobiegła w przeciwną stronę do oszalałego tłumu. W stronę domu. Coraz częściej kasłała przez dym, powoli dostający się do jej płuc.

Przeszła przez bramę, cały czas rozglądając się. Jej oddech przyspieszył wraz z biciem serca. Przebiegła obok domu, wokół którego walały się trupy zwierząt. Powstrzymywała odruch wymiotny i łzy. Musiała dotrzeć do swojego domu. Musiała…

Oparła się o ścianę jednej z najbliższych, niepłonących stodół, czując, że nogi jej się trzęsą i za chwilę nie będą w stanie jej utrzymać. Wzięła głęboki wdech, choć to nie było zbyt dobrym pomysłem, zważywszy na otaczające ją opary. Cały czas powtarzała sobie, że z jej rodziną jest wszystko w porządku. Widziała Erica z ojcem i siostrą na polu… Ale co z matką? Musiała dotrzeć do domu i sprawdzić, czy nie spanikowała na tyle, aby zemdleć i nie być w stanie opuścić gospodarstwa.

Odzyskała pewność, że nie przewróci się po pierwszym lepszy kroku, jaki zrobi i już miała ruszać dalej, ale nie mogła. Jeden dźwięk, jeden jedyny przeraźliwie głośny dźwięk, doprowadził do tego, że jej serce prawie się zatrzymało, a oczy otworzyły się szerzej ze strachu. Przeszywający ryk. Znieruchomiała i zaczęła oddychać coraz szybciej. Była przerażona.

Stała przy rogu stajni. Przełknęła ślinę i drżąc ze strachu wychyliła się, żeby spojrzeć czy ma wolną drogę. To, co zobaczyła przerastało jej najśmielsze oczekiwania. Patrzyła w ogromne, błękitne ślepia, należące do monstrualnej kreatury o lśniących, czarnych łuskach. Głos uwiązł jej w gardle. Nie była w stanie wydać z siebie najcichszego dźwięku. Nie ośmieliła się ruszyć, lecz kiedy tylko bestia odwróciła wzrok, Rosalie cofnęła się na swoje poprzednie miejsce, oddychając głośno i szybko. Co robić? Co robić? Zastanawiała się gorączkowo, próbując wymyśleć jakiekolwiek wyjście z tej sytuacji. Spojrzała w lewo i dostrzegła linię drzew. Las. Biegnij do lasu. Ostatni raz wzięła głęboki oddech i pobiegła w stronę puszczy. Tuż za stodołą skręciła w lewo i wpadła na wysokiego mężczyznę o rozczochranej, czarnej czuprynie. Jego silne dłonie niemal natychmiast zatrzasnęły się na ramionach dziewczyny, która prawie krzyknęła z zaskoczenia. Jego niebieskie, przeszywające spojrzenie utkwiło w jej przestraszonych oczach. Miał wystające kości policzkowe i wyraźnie zarysowaną linię szczęki. Delikatny zarost gościł na jego brodzie i policzkach. Widziała go pierwszy raz w życiu.

Zauważyła, że ryki potwora ustały.

Nie rozumiała, dlaczego on nie uciekał z tego prawie zrównanego z ziemią miejsca. I dlaczego jest taki opanowany? W porównaniu z nią, miotającą się, rozhisteryzowaną, przestraszoną dziewczyną. Ten niewzruszony zamętem, który ich otaczał mężczyzna był przy niej „tym, który wie, co robić”.

Błądził wzrokiem od jej ramienia, które trochę krwawiło, do jej twarzy.

— Chodźmy stąd — odezwał się stanowczym, opanowanym, lecz trochę cichym głosem. Nie zareagowała. Była w zbyt dużym szoku, żeby coś powiedzieć, więc znów on zabrał głos, tym razem bardziej błagalnym tonem. — Chodźmy stąd. Zanim ta kreatura wróci, proszę. Nie chcemy umrzeć zamienieni w proch przez to monstrum, czyż nie? — po chwili analizy jego słów, kiwnęła niepewnie głową, a mężczyzna wziął ją za rękę i pociągnął za sobą, co chwila rozglądając się.

Wioska stała cała w płomieniach. Wszystko, co Rosalie kiedykolwiek posiadała, właśnie zamieniało się w popiół. Wszystko, z czym była związana sentymentalnie pozostało w małej, zbezczeszczonej przez mityczną bestię wiosce. Wierzyła tylko, że cała jej rodzina się uratowała i jakoś przetrwają. Musiała w to wierzyć.

Mężczyzna poprowadził ją za wzgórze, znajdujące się w pobliżu lasu. Cały czas trzymał jej dłoń. Nawet, kiedy nagle zatrzymała się, widząc za wzgórzem grupkę ludzi, którzy ewidentnie wędrowali od jakiegoś czasu.

Usłyszała kojący, łagodny głos.

— Chodź, proszę. Ktoś musi cię opatrzyć — nie mogła oderwać wzroku od tej małej grupy ludzi. Zaprowadził ją do jakiejś kobiety w średnim wieku, która oczyściła ranę na jej lewym ramieniu, wtarła w nią jakieś zioła, które trochę szczypały i opatrzyła kawałkiem czystego, białego materiału.

Rosalie przez cały czas przyglądała się, rozmawiającemu z jakimś człowiekiem mężczyźnie, który wyciągnął ją z płonącej wioski. Czarne włosy… Blada skóra… Te błękitne oczy. O identycznym odcieniu, jak bestia… dostrzegła w nim niewiarygodne podobieństwo do monstrum, które odpowiadało za zniszczenie jej wioski.

Kiedy kobieta skończyła opatrywać jej ramię, mężczyzna o błękitnych oczach, łudząco podobnych do tamtego smoka, podszedł do niej, znów chwycił za rękę i poprowadził na przód tego małego zbiorowiska.

Przewodził tymi ludźmi tak zdecydowanie, jakby robił to przez całe życie. Prawdopodobnie, jeżeli coś nie poszło po jego myśli unosił się tak, że równie dobrze mógłby pluć ogniem. Cały czas porównywała jego zachowanie do zachowania bestii. Szok powoli mijał i pozostawiał coraz więcej do analizy, lecz im dłużej o tym myślała tym bardziej idiotyczne wydawały się te przypuszczenia, bo jak człowiek może być podobny do smoka?

Z zamyślenia wyrwał ją jakiś mężczyzna o czekoladowych oczach i jasnobrązowych, krótkich włosach. Na twarzy miał kilkudniowy zarost i posiadał piękny uśmiech, którym obdarzył dziewczynę, zagadując do niej:

— Witaj. To ty dzisiaj do nas dołączyłaś?

— Można tak powiedzieć… — odburknęła, nie będąc pewną, co o tym wszystkim sądzić. Tak właściwie to, to było bardziej uprowadzenie, ale nie szkodzi… pomyślała, idąc krok w krok z tym mężczyzną, który teraz zerknął na nią na chwilę, po czym uśmiechnął się i odezwał:

— Och, chciałaś powiedzieć, że dałaś się uprowadzić? — spojrzała na niego zdziwiona. Poczuła się przez chwilę, jakby czytał jej w myślach, ale wykluczyła tę opcję, bo pewnie większość ludzi zostało, właśnie w taki sposób, „zwerbowanych”. Nie miała żadnej pewności, lecz takie odczucie towarzyszyło jej od kilku minut. Jakby została uprowadzona, a nie uratowana.

— Zabrzmiało, jakbyś czytał mi w myślach.

— Może właśnie to robię? — jej wzrok spotkał się z jego roześmianymi oczami i po chwili stwierdziła:

— Niemożliwe.

— Nie? Podejrzewasz, że całkiem dobrze wyglądający mężczyzna zamienia się w olbrzymiego gada, żeby siać zamęt i zniszczenie, a nie wierzysz w widzenie czyichś myśli? — dziewczyna nie wiedziała, co odpowiedzieć. Zatkało ją. A jego wyraźnie to śmieszyło. — Widzę, że cię zainteresowałem. — wyciągnął do niej dłoń i ona zrobiła to samo. Ujął ją i zbliżył do swoich ust. — Jestem Gregory.

— Rosalie. Miło mi poznać — jego zarost lekko podrażnił skórę jej dłoni, w wyniku czego przeszedł ją miły dreszcz. — Czy ten człowiek wie o twoim darze? — wskazała na czarnowłosego mężczyznę, który właśnie rozmawiał z kobietą, która ją opatrzyła.

— Owszem. Wyciągnął mnie z płonącego budynku, jakieś pięć dni temu i „uprowadził”, jak to nazwałaś.

— Rozumiem.

— Co ci się stało? — wskazał na jej ramię, gdzie automatycznie spojrzała.

— Spadłam z konia, który trochę się spłoszył, zobaczywszy bestię na niebie.

— Skąd twoje przypuszczenia o tym mężczyźnie?

— To tylko głupoty… zwyczajny szok, tak mi się wydaje — uśmiechnął się, słysząc jej odpowiedź.

— Ma na imię Xevertus. Od kiedy mnie ze sobą wlecze, że tak to nazwę, myślał przede wszystkim o tym, że każdy z zebranych tu ludzi jest w jakiś sposób wyjątkowy.

— Wyjątkowy?

— Na przykład tak, jak ja. Umiem czytać w myślach. A inni, kto wie, co potrafią robić.

— Niesamowite. Nie sądziłam, że coś takiego może się wydarzyć… Że tacy ludzie istnieją…

— A więc w tej chwili otaczają cię czterdzieści trzy istnienia z jakimś darem.

— Niesamowite… — wyszeptała, nie wierząc w to, co się dzieje. Przez całe życie sądziła, iż nadprzyrodzone zdolności istnieją jedynie w legendach i baśniach. Mimo słów tego mężczyzny, nie potrafiła uwierzyć w coś takiego.

W ciągu następnych kilku godzin Gregory udowadniał dziewczynie, że naprawdę potrafi czytać w myślach i to nie tylko poprzez patrzenie komuś w oczy.

Kiedy zaczęło się ściemniać mężczyzna, przewodzący grupą zarządził postój, żeby wszyscy się wyspali. W środku lasu.

***

Pierwszą informacją, jaką ludzie otrzymali od swojego pseudo przewodnika, było oznajmienie, że tak naprawdę każdy samodzielnie musi dbać o to, aby trzymać się blisko grupy, i co za tym idzie, jego. W tej kwestii nie było żadnego problemu. Ludzie bali się puszczy, oczywiście niektórzy z nich wcześniej musieli pracować, jako drwale, ale akurat to miejsce wzbudzało w nich wewnętrzny lęk. Ci, którzy kiedykolwiek zainteresowali się tym lasem, słyszeli przeważnie o tajemniczych i okrutnych morderstwach.

W „oddziale” Xevertusa znajdowali się również przestępcy. Nie spuszczał ich z oka. Ci ludzie, pomimo kryminalnej przeszłości zostali obdarzeni ogromną wiedzą, ale byli na tyle głupi, żeby spróbować uciec, a nawet zwrócić ludzi przeciwko Xevertusowi. Najgorszym błędem, jaki popełnili od początku swojej wędrówki była próba zabójstwa człowieka, który prowadził ich niewiadomo gdzie.

Rosalie obserwowała tych trzech mężczyzn i jedną kobietę od jakiegoś czasu. Byli pod stałym nadzorem, odebrano im wszelaką broń i podczas wędrówki przeważnie zakuwano ich ręce w kajdany. Dziewczyna robiła wszystko, aby nie myśleć o swojej rodzinie, nie płakać, chciała przetrwać i musiała być gotowa na wszystko.

— Czego nie robić, aby uniknąć ich losu? — zapytała Gregorego, który cierpliwie odpowiadał na jej pytania i mówił szczerze, kiedy czegoś nie wiedział.

— Nie sprzeciwiaj się panu Xevertusowi i nie próbuj w żaden sposób podburzać przeciw niemu ludzi — odpowiedział, bez cienia przejęcia w głosie. Brzmiało to, jak wyrecytowana formułka.

Dziewczynę interesował też temat tej puszczy. Pytania bez odpowiedzi krążyły w jej głowie i przez długi czas nie śmiała wypowiedzieć ich na głos. Wyręczył ją w tym pewien młody chłopak, który rozmawiał akurat ze starszym mężczyzną.

— Dlaczego ludzie tak bardzo boją się tej puszczy? — zapytał.

— Te ziemie były niegdyś zamieszkane przez cudowne stworzenia, w które niektórzy nie wierzyli. Nimfy leśne, pomocne elfy, smoki, które przez długi czas stanowiły dobre istoty i jako szlachetne i mądre zwierzęta, pełniły władzę nad innymi i robiły to wręcz idealnie. Do czasów rządów Aarona. Był on władcą sprawiedliwym, surowym, ale i uczciwym.

— Więc co w nim złego? — zdziwił się chłopak.

— W Aaronie? Nic. Był wyśmienitym królem, ale miał również wrogów. I to wśród swojego ludu.

— Dlaczego?

— Wygnał on swojego poprzednika Braelyna, którego mieszkańcy puszczy uwielbiali i nie mogli się pogodzić z jego stratą.

— Dlaczego go wygnał?

— Z czystej zazdrości. Aaron chciał mieć tron tylko dla siebie, ale jednocześnie nie potrafił skrzywdzić ojca, więc wydalił go z puszczy. Obywatele przygotowywali powstanie przeciwko Aaronowi przez dziesięć długich lat. Zdobywali informacje na jego temat, musieli wiedzieć gdzie najczęściej przebywa, kiedy zapada w sen, kiedy się budzi. Wszystko. Planowali zemstę, ale cały czas ją przekładali, z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok… I wtedy pojawił się Dallas, prawuj pana Xevertusa. To on podjął ostateczną decyzję o terminie buntu. Była to noc letniego przesilenia, czyli czas, w którym moce Aarona słabły. Dallas zebrał oddziały przyjaznych, do tamtej pory, smoków, elfów i zwierząt, które dzięki niemu stały się nienawistne i bezlitosne. Miał po swojej stronie elfy, których oczy zmieniły barwę z przeróżnych odcieni błękitu na czarne, miedziane, a nawet złote; zwierzęta takie jak pantery, niedźwiedzie, wilki lub rysie zaczęły odznaczać się agresją i rządzą mordu. Atakując siedzibę Aarona skosztowały krwi i zwycięstwa, co dodało im pewności siebie. Dallas pozbawił życia samego króla, wyrywając serce z jego piersi, podczas jednej z najznamienitszych smoczych walk. Po tym wydarzeniu żołnierze Dallasa, tak jak i ich późniejsze potomstwo, pragnęli krwi i rządziła nimi chęć zadawania cierpienia. Właśnie przez to, kim się stali, przez to, co nad nimi panowało wymordowali pozostałych mieszkańców puszczy, tych, którzy jeszcze posiadali niesplamione zemstą serca. Brat walczył przeciwko bratu, syn przeciwko ojcu… Mroczne istoty pozbawiły życia wszystkich, prócz siebie wzajemnie. W tamtych czasach, jeżeli ktokolwiek odważył się wkroczyć do puszczy, już nigdy nie powrócił. Na całe szczęście te przerażające czasy minęły. Zostały tutaj jedynie niedobitki złych stworzeń, które niemal całkowicie wyginęły. Właśnie, dlatego ta okolica jest znana z tak drastycznych zdarzeń. Ludzie uważają to miejsce za przeklęte, lecz w rzeczywistości, kiedyś było istnym rajem — chłopak, który tak ochoczo pytał o różne rzeczy już więcej nie poruszył tematu lasu, tak samo, jak i ludzie, którzy przypadkiem albo i specjalnie podsłuchali opowieść mężczyzny. Xevertus również słyszał wszystko, co do słowa. Doskonale znał tą opowieść. Prawuj pod koniec swojego życia często wspominał te wydarzenia, choć to, co nastąpiło po powstaniu ujmował zupełnie inaczej. Twierdził, że liczna część dobrych stworzeń uciekła albo dołączyła do niego. Przez resztę dnia i przez całą noc myślał o wersji, którą znali ludzie i o tym, co on słyszał od prawuja.

Rozdział 2

O świcie Xevertus zbudził ludzi i oznajmił im, że mają chwilę, aby przygotować się do dalszej wędrówki. W przeciągu trzydziestu minut wszyscy byli gotowi ruszać. Szeptali między sobą o niedogodnościach tej wyprawy i o ciągle nieznajomym im celu. Czasem przychodziły im do głów myśli, iż idą na śmierć. Niektórzy już nawet się z tym pogodzili.

Już mieli iść dalej, kiedy usłyszeli znany ludziom pracującym wcześniej w lesie dźwięk — spadające drzewa. Drwale zaczęli krzyczeć, żeby uciekać i rozglądali się w koło. Pierwszy potężny konar uderzył o ziemię tuż przez tłumem, o włos omijając Xevertusa, a po chwili drugi nawet z większą mocą za nimi. Poszkodowanych nie było, ale wszyscy panikowali. Oczywiście ich pseudo przewodnik nie widział sensu, w próbie opanowania tego chaosu. Jedynie przywołał do porządku, znajdujących się najbliżej niego przestępców.

Nagle wszyscy umilkli. Z głębi puszczy doszedł ich niepokojący, złowrogi szmer. Byli tak sparaliżowani strachem, że nie odważyli się ruszać. Oddychali szybko i powierzchownie, w oczach niektórych pojawiły się łzy. Ich ciała drżały. Po dłuższej chwili usłyszeli miękkie kroki, z każdą sekundą coraz głośniejsze, co oznaczało, że cokolwiek zmierzało w ich stronę, zaraz stanie z nimi twarzą w twarz.

Xevertus wyszedł przed tłum, któremu kazał stać w jednej, zwartej grupie. Ludzie byli mu posłuszni, bo wiedzieli, że jako jedyny jest pewien, tego co robi, chociaż nie zawsze był. Próbował wypatrzeć pomiędzy drzewami jakiś ruch, ale wtem szelest ustał i nastąpiła cisza, trwająca na tyle długo, aby mógł stwierdzić, że tak naprawdę jego drużyna jest już bezpieczna.

— Cokolwiek to było — przemówił — odeszło. Musimy ruszać.

I już zmierzał ku grupce, kiedy zawiał wiatr i odczuwający swoimi nadludzkimi zmysłami Xevertus, poczuł w powietrzu zapach gnijącego mięsa. Odwrócił się szybko, żeby spojrzeć w las, lecz po tym ruchu wszystko działo się bardzo szybko. Tłum za nim cofnął się panicznie i niektórzy odstąpili od reszty. Mężczyzna zamiast zobaczyć stare drzewa i krzaki, ujrzał olbrzymią paszczę pełną ostrych kłów, zmierzającą do jego twarzy. Odruchowo wystawił dłonie przed siebie w geście obrony i ułamek sekundy później poczuł twarde, rzadkie futro, rosnące na cienkiej skórze, która opinała kości zwierzęcia.

Xevertus odepchnął stworzenie, zanim to zdążyło kłapnąć zębami. Zauważył, że tym, co go zaatakowało był ogromny, czarny wilk, który wyglądał jakby nie jadł nic od dobrych kilku miesięcy. Jego ślepia świeciły na czerwono, a z pyska wydobywała się ślina. Kreatura nie była żywym zwierzęciem. Była po części zjawą. Przy każdym kroku ciemna sierść falowała delikatnie, wytwarzając subtelną mgiełkę.

Bestia zawarczała, lecz brzmiało to jakby się śmiała, po czym zawyła złowieszczo, dostrzegając pojedyncze osoby z dala od grupy. Nie minęło dużo czasu, a na ziemię spadły kolejne drzewa, tym razem, przygniatając nieszczęśników, którzy nie zorientowali się wystarczająco szybko, w jakim znaleźli się położeniu.

Xevertus wpadł w szał. Ze swoją nadludzką siłą chwycił potwora za gardło, trzymając go umiejętnie, tak aby nie zrobił mu krzywdy.

— Czego chcesz i kto cię przysłał, śmieciu?! — wykrzyczał z wściekłością mężczyzna.

— Sam Dallas dał się podejść, bękarcie –wycharczał wilk. — Nie trzeba było długo czekać, aż zdechnie w męczarniach — bestia zaśmiała się chrapliwie po raz kolejny, a Xevertus pod wpływem amoku skręcił jej kark. Ciemna mgiełka rozpłynęła się, pozostawiając na ziemi jedynie śmierdzące kości.

Przestraszeni ludzie patrzyli na niego wielkimi oczyma, drżąc na całym ciele.

— Wynosimy się stąd — to jedyne, co oznajmił, po czym chwycił za koszulę jednego z przestępców, popchnął go do przodu i kazał iść przed siebie. Chciał oszacować straty. Doliczył się dwudziestu dziewięciu przerażonych istnień. O wiele za mało. Przed atakiem czarnego potwora posiadał ich czterdziestu trzech. Teraz miał tylko nadzieję, że nie straci ich więcej i że już nie spotka na tej drodze tego typu przeszkód.

***

Po południu, kiedy słońce już nie świeciło bezpośrednio nad ich głowami zatrzymali się na krótką chwilę, w pobliżu rzeki. Xevertus kazał swojej grupce odpocząć, a sam musiał pomyśleć. Zastanowić się przez chwilę. Chciał jak najszybciej wydostać się z tej przeklętej puszczy i nie ponosić więcej strat. Nie potrzebował dodatkowych problemów. Wbrew pozorom, pomimo tego, iż jego prawuj kiedyś sprawował rządy w tym miejscu, wcale nie czuł się dobrze na tym terenie. Wręcz przeciwnie. Stał się o wiele bardziej czujny. Wiedział, że ta droga nie jest bezpieczna, ale dzięki temu skrótowi o wiele szybciej znajdą się u celu. A tego pragnął w tej chwili najbardziej.

Chodził w kółko, kontemplując nad dalszą wędrówką. A gdyby przejść przez rzekę i skrócić czas o kilkanaście godzin? Hm… Spojrzał na szeroką wstęgę, szybko płynącej wody. Nie. Nie wiadomo, co może siedzieć na dnie. I chyba trafiłem na złą porę roku… Jego rozmyślania przerwał krzyk, dobiegający ze strony prowizorycznego, chwilowego obozu.

***

Gregory wraz z kobietą w średnim wieku usiłował zatamować krwotok z ramienia przerażonej, młodej dziewczyny, która wcześniej oddaliła się od grupy, a teraz znalazła ich z powrotem. Coś musiało pozbawić jej prawej ręki, kiedy uciekała przez las w poszukiwaniu ludzi. Miała podrapaną całą twarz, nogi i ramiona, wyglądała bardzo źle i czuła się podobnie. Jej długie, rude włosy sklejone były krwią. Cały czas powtarzała, że musi powiedzieć coś niesłychanie ważnego Xevertusowi. Nikt z obecnych nie kojarzył jej. Prawdopodobnie zawsze trzymała się gdzieś na uboczu i ukrywała kolor włosów, aby nikt nie zwracał na nią uwagi.

Nie minęło dużo czasu, żeby Xevertus znalazł się wśród swoich ludzi. Chciał wiedzieć, co się stało i dlaczego ktoś krzyczy w środku tej puszczy — mogło to doprowadzić do ogromnego niebezpieczeństwa.

Po chwili podbiegła do niego niska dziewczyna z kikutem zamiast prawej ręki.

— Panie… Mam wiadomość…

— Od kogo? — ruda rozejrzała się dyskretnie, po czym stwierdziła, że jest w stanie powiedzieć mu to tylko na osobności. Odeszli kawałek od ciekawskiej, skupionej przy linii rzeki grupy ludzi i dopiero wtedy odezwała się szeptem:

— Mam wiadomość…

— Tak, to już wiem. Do rzeczy. Od kogo? I co to za wiadomość? — dopytywał zirytowany Xevertus.

— Jacyś ludzie, którzy uratowali mnie z objęć śmierci, polecili mi tobie przekazać „ona ciągle żyje” — mężczyzna zamarł. Podejrzewał, że dziewczyna pod wpływem przerażenia zmyśla. Spojrzał na nią, udając że nie rozumie. Ujął jej twarz w dłonie i patrząc jej to raz w oczy to na zadrapania, zaczął mówić łagodnym głosem:

— Doskonale się spisałaś, ale jesteś cała we krwi… Powinnaś iść się umyć. Zaraz wyruszamy, więc najlepiej będzie, jak zanurzysz się w rzece, dobrze? — uśmiechnęła się i pokiwała głową, po czym Xevertus puścił ją. Poszła od razu w stronę, szybko płynącej wody i nie zdejmując ubrań weszła najdalej, jak tylko mogła. Nagle zawiał bardzo silny wiatr i przewrócił ranną, która najwidoczniej uderzyła głową o kamieniste dno rzeki, bo jej bezwładne ciało popłynęło wraz z nurtem.

Ciągle dwadzieścia dziewięć. Mężczyzna westchnął, przesunął dłonią po włosach, odwrócił się i poszedł w stronę małego, prowizorycznego obozu.

***

Podczas kiedy Xevertus rozmawiał z ranną przybyszką, Rosalie trochę oddaliła się od tłumu. Stała nad strumieniem i wsłuchiwała się w jego szmer. Rozmyślała nad tym, co tak właściwie się z nią dzieje. Nie miała pewności, że jej matka, jak i reszta rodziny przeżyła, zważając na te okropne okoliczności. Chciała wiedzieć, co robi z tymi wszystkimi ludźmi. Była przerażona. Owszem, widziała, że nikt nie cierpi ze strony ich pseudo przewodnika, ale ciągle się bała i nie mogła uwierzyć, iż w stanie zagrożenia dała się zmanipulować i wręcz uprowadzić nieznajomemu człowiekowi. Nie wierzyła, że po prostu opuściła swoją rodzinną wioskę, niczym tchórz. Czuła się trochę, tak jakby zdradziła swoich bliskich, sąsiadów i wszystkich, których znała. Nie wiedziała, co ją czeka, tak jak każdy z tej grupy ludzi. Strach towarzyszył jej przemyśleniom o najbliższej przyszłości.

Dziewczyna zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Wsłuchiwała się w las wokół siebie i w szum wody, płynącej przed nią. Otaczał ją chłód puszczy. Wiedziała, że jest sama, więc kiedy poczuła czyjąś dłoń na ramieniu niemal podskoczyła. Otworzyła oczy i odwróciła się do osoby, która do niej dołączyła. Była to niska, rudowłosa dziewczyna o dużych, zielonych oczach. Jej twarz była zapełniona piegami i widniał na niej delikatny uśmiech. Miała na imię Veronica.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 28.65
drukowana A5
za 48.08