Sopot
— Kurwa! — zaklął i wstał patrząc na telewizor na ścianie. Spojrzał na powtórkę; Lewandowski fatalnie przestrzelił karnego. Przerzucił kanał na TVN. Pokazywali słupki. — Kurwa! — zaklął. Prezes był siedem procent wyżej od niego, a jeszcze ten, kurwa, Roman Prezydent. Ufa mu sześćdziesiąt sześć procent Polaków. Kurwa! Dwie trzecie ufa alfonsowi?! Jacek mi wszystko o nim opowiedział, a jeszcze zaprosił na freakfighty; swoją drogą zajebałbym temu spin doktorowi za ten numer. Sięgnął do lodówki i wyjął oszronioną butelkę Krombachera. — Kurwa! To ostatnie, które dał mi Kanclerz, jak byłem w Berlinie. Szkoda, że Prezes mnie nie widzi, ukryta opcja proniemiecka w pełnej krasie.
Usłyszał sygnał przychodzącego SMS-a. Spojrzał na ekran. Na Telegramie wyświetliło mu się „A-Team”. Lubił tak myśleć o sobie i swoich chłopakach: „Jesteśmy prawdziwą drużyną A”. Ruchem palca wszedł w treść wiadomości. Była krótka: „Prezes ma trzydziesto-sześcioletnią córkę. Twój Bigos”.
Warszawa
Była druga w nocy, spojrzał na ekran laptopa. Na X panowała martwa cisza. „Coś się musi dziać, i to grubo”. Sięgnął po telefon. Trzydzieści minut potem parkował swojego Bentleya pod Mc Donaldem w Ursusie. Mężczyzna podszedł do samochodu niezauważalny, zastukał w szybę. Powiedział mu tylko jedno zdanie:
— Prezes ma córkę. Trzydzieści sześć lat.
Sprawdzone.
Gdy wracał do biura, próbował się uspokoić. Myślał o konsekwencjach TEGO FAKTU dla naszego kraju, dla społeczeństwa i tegorocznych wyników wyborów.
W biurze nalał sobie odrobinę whiskey. Prezes ma córkę. Trzydzieści sześć lat — dorosła kobieta, pewnie ma męża, może ma dzieci. Prezes jako dziadek… Córka trzydzieści sześć lat to pewnie ma matkę — matkę, z którą Prezes zrobił dziecko. Prezes u mnie na kanale z „żoną”, córką i wnukami. Life transmition, na wyłączność, po raz pierwszy na ekranie. Na to sprzedawałbym subskrypcje, jak na Fame MMA, trzydzieści złotych z łba, jak za butelkę wódki. I trzydzieści baniek w jeden wieczór zrobione.
Zadzwonił do Boba, usłyszał zaspane „Halo”.
— Przyjedź do biura. Szybko.
Po czym się rozłączył.
Po trzydziestu minutach pojawił się Bob w rozchełstanej koszuli w palmy. Redaktor pokazał mu kartkę leżącą na biurku. Widniał na niej napis: „Prezes ma córkę. Trzydzieści sześć lat”.
Bob usiadł trzymając w rękach korkociąg, butelkę czerwonego wina i kartkę. Zręcznie otworzył butelkę i jednym łykiem wypił jej pół, prosto z gwinta. Po trzydziestu sekundach powiedział: „O, kurwa!”.
Godzinę potem siedzieli w szklanym gabinecie Redaktora, obserwując dziesięciu młodych ludzi pracujących w ciszy nad swoimi laptopami.
— Coś już widać na estymacjach”? — zapytał Bob.
— Słupki mówią tak, że jak dobrze to rozegra, to ma jedenaście procent do przodu, a jak źle, to ma
katastrofę.
— A o niej już coś mamy?
— Mamy. Bożena Honorata Shahydadpuri.
— Co, kurwa?!
— Sza-hi-dad-pu-ri.
— Hinduska?!
— Nie, ale była żoną Hindusa. I ma z nim dziecko.
— Przecież to Prezes miał mieć z nią dziecko.
— Z Prezesem też ma.
— O, kurrrwa!
— Chyba nie… Podobno dewotka, chodzi na pielgrzymki i śpiewa w chórze kościelnym.
— A wiemy coś o młodej?
— Mężatka, matka dwojga dzieci, po studiach, mieszka w Dortmundzie.
— W Niemczech? Pewnie zarobkowo?
— Rok temu przyjęła niemieckie obywatelstwo.
— To Prezes będzie miał jawną opcję proniemiecką — powiedział Bob i ryknął śmiechem.
— Trzeźwiej, o szóstej lecimy do Dortmundu.
Ożarów Mazowiecki
Obudził ją dźwięk nadchodzącej wiadomości. „Oddaj mi moje dwieście złotych”. To musiał być Rafi, jej były chłopak. Nie widziała go od dziesięciu miesięcy, ale nie tęskniła. Odłożyła telefon, kiedy usłyszała kolejnego SMS-a. „Znów ten idiota” — pomyślała. „Szanowna Pani Bożeno, proszę o kontakt. Z poważaniem. Redaktor Ryszard Ochucki z Kanału Hero”.
Otworzyła Internet i wpisała w wyszukiwarce „Kanał Hero”. Pamiętała go. Młody, arogancki buc przekonany o własnej mądrości. Czego on może chcieć?
Była szósta rano, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi.
— Pani Bożena Sza-hi-dad-pu-ri? My do Pani, z Warszawy, w sprawie wniosku.
Kiedy wchodzili do mieszkania, jeden z nich od niechcenia machnął legitymacją, a drugi z zainteresowaniem studiował rodzinne zdjęcia stojące w ramkach na fortepianie.
— Pani Bożeno, sprawę mamy delikatną.
— Tak?
— Z tym ojcostwem to tak poważnie?
— A co, on was przysłał?
— My tylko chcemy pomóc, tak żeby sąd nie miał żadnych wątpliwości. I wie Pani co? Kawy byśmy chętnie się napili.
— Z mlekiem?
— Nie, czarną jak nasze sumienia. Dziękuję.
Kiedy wyszli pół godziny później, włączyła TVN24. Zobaczyła uśmiechniętego posła Szarego, który zawzięcie o czymś perorował; jednocześnie na dole przewijał się czerwony pasek.
— Pora skończyć z hipokryzją Prezesa! — grzmiał poseł Szary.
Przerzuciła na Polsat i TVP, wszędzie królował poseł Szary. A przecież tylko chciała, żeby Marta miała ojca. Usiadła nad kawą i zapaliła papierosa.
Rzym
Usłyszał dzwonek telefonu stacjonarnego w swojej sypialni. Mimo, że była szósta rano, odebrał. Wiedział, że na tę linię może dzwonić tylko redaktor Świński.
— Mecenas — rzucił w słuchawkę.
— Redaktor — usłyszał przepity głos.
— Mam bombę: Wuj ma córkę, włącz TVN.
Mecenas natychmiast zamówił bilet do Warszawy. To może być trampolina na jego wymarzone stanowisko ministra koordynatora. Spojrzał na ekran i zobaczył nieprzeczytanego maila od redaktora Świńskiego. W załączniku był plik zatytułowany „Bożena Honorata Shahydadpuri”.
Kiedy wchodził do taksówki wiozącej go na lotnisko, miał już gotowe przemówienie, które wygłosi do zaprzyjaźnionych dziennikarzy zaraz po wylądowaniu na Okęciu. „Karzeł-hipokryta, katolik bez ślubu, bękart Prezesa” — na początek nieźle.
Dortmund
Marta zaparkowała pod domem swojego Golfa, po tym jak odwiozła swoje dzieci do kity. Zobaczyła dwóch mężczyzn stojących pod jej klatką schodową. Młodszego skądś znała. Przypomniała sobie; modny w Polsce dziennikarz z Internetu.
— Czy pani Marta Frost? Redaktor Ochucki, chcielibyśmy porozmawiać.
— Ale o co chodzi?
— Chodzi o Pani ojca.
Matka nigdy nie odpowiedziała mi na pytania dotyczące ojca, a teraz jakiś facet z Internetu chce ze mną o tym rozmawiać? — pomyślała.
— Pani Marto — zagaił Redaktor zaraz po wejściu do mieszkania — może usiądziemy?
Kiedy usiedli, kontynuował.
— Pani matka — Bożena Shadydadpuri, złożyła do sądu wniosek o ustalenie ojcostwa twierdząc, że Pani ojcem jest Prezes.
Osłupiała poprosiła, żeby jeszcze raz jej to powoli powtórzyć.
— On?! Moim ojcem?! To jakiś żart?
Redaktor kontynuował spokojnym głosem.
— Pani Marto, nic nie jest jeszcze pewnego, ale skoro mama tak twierdzi…
— Proszę stąd wyjść — powiedziała tonem niezno- szącym sprzeciwu.
Wychodząc, Redaktor upuścił na podłogę swoją wizytówkę. Została sama w mieszkaniu.
Warszawa
Obudził się ciężko dysząc. Spojrzał na zegarek, dochodziła dziesiąta rano. Cholerne koszmary obudziły mnie w środku nocy — pomyślał.
Założył szlafrok i poszedł do kuchni. Pani Maria krzątała się tam jak co dnia.
— Dzień dobry — powiedział.
— Dzień dobry Prezesie — odparła nie ukrywając zmieszania.
— Czy coś się stało?
Znali się za długo, żeby nie dostrzegł jej konsternacji.
— Prezesie, w telewizji mówią, że ma Pan córkę.
Siadając przed telewizorem bił się z myślami: „Putin czy ten rudy złodziej?” Włączył Bezpublikę. Redaktor Biszkopt w swojej nienagannej koszuli oraz czerwony napis: „Ohydna rosyjska prowokacja” sprawiły, że poczuł niepokój. Biszkopt starannie cedził słowa:
— Ohydna rosyjska prowokacja, zamieszane służby premiera, czy Niemcy też są w spisku? W Chicago manifestacje Polonii przeciwko reżimowi Putina.
Usłyszał dzwonek przychodzącego połączenia. Odebrał.
— Dzień dobry panie Prezesie, Roman Prezydent. Czy zwoływać Radę Gabinetową w związku z kryzysem?
— Oddzwonię — powiedział i odłożył słuchawkę.
— Pani Mario, herbatkę poproszę.
Telefon znów dzwoni.
— Panie Prezesie — usłyszał — melduję się jako Minister naszego Rządu Na Emigracji. Wspólnie rozwiążemy ten problem, albo przetransferujemy pana w bezpieczne miejsce do Tirany.
— Oddzwonię — powiedział odkładając słuchawkę.
Jeszcze mi potrzeba emigracji do Albanii — pomyślał. — Co za dureń.
Wybrał numer na starej Nokii.
— Bądź u mnie za godzinę, sprawdź co wiadomo i bądź trzeźwy.
Wziął herbatę, usiadł na wygodnej kanapie i zaczął głaskać leżącego obok kota.
Sopot
Energicznym krokiem wszedł na salę.
— Wszyscy obecni? — zapytał.
— Tak jest — usłyszał w odpowiedzi.
Sala konferencyjna delegatury ABW w Gdańsku pękała w szwach. Pierwszy z brzegu siedział wyraźnie zadowolony z siebie Bigos. Obok niego pięciu mundurowych, po jednym z każdej ze służb. Za nimi ich szef — minister koordynator. Po drugiej stronie stołu cała jego drużyna — jego A-Team.
Pierwszy zabrał głos Bigos.
— Panie Premierze, melduję, że ta „Szuriburi” jest czysta. I córka Prezesa też.
— Nic?
— Trzy mandaty za przekroczenie prędkości i dwa za brak biletu za parkowanie.
— A co tam u was? — zapytał, odwracając głowę na drugą stronę stołu.
— Ja mam, panie Premierze — powiedział dwudziestopięciolatek w nienagannej niebieskiej koszuli. Po czym starannie wycedził słowa:
— Córka Prezesa jest Niemcem.
— Jest z Niemcem? — powtórzył Premier.
— Nie, wystąpiła o niemieckie obywatelstwo.
To było mocne, jawna frakcja proniemiecka w PIS. Tylko jak to rozegrać? medialnie?”
Jeden z mundurowych postanowił zabrać głos.
— Panie Premierze, nasi najlepsi ludzie rozmawiają już z matką córki Prezesa. Mogłaby sobie przecież niejedno przypomnieć.
— To też jest dobry trop — pomyślał Premier.
Spojrzał na wszystkich zebranych.
— Skąd mamy pewność, że to jego córka?
— Ta „Szuri-buri” dołączyła do wniosku wyniki badań genetycznych włosów swojej latorośli i Prezesa.
— Skąd miała włosy Prezesa?
— Wystarczyło pójść na miesięcznicę, zbieżność stuprocentowa — powiedział minister koordynator.
— Bigos, dzwoń do sędziego Mutry. Panowie,
rozpoczynamy operację „Rodzina”.
Ożarów Mazowiecki
Pierwsze nuty „Roty” oznaczały, że dzwoni Marta. Nie rozmawiały ze sobą od momentu, kiedy wysłała jej film na WhatshApp-ie, na którym w towarzystwie męża i córek, odświętnie ubrana, z namaszczeniem przyjmuje niemieckie obywatelstwo. Przemogła się i odebrała. Marta płacząc, mówiła coś szybko, z przejęciem. Z potoku słów wyłowiła tylko: On?! Z nim?! Ojciec?! No tak, mogła sie domyślić, że Marta niekoniecznie będzie zachwycona wiadomościami.
— Przepraszam — powiedziała łagodnie. Chciałam, żebyś dowiedziała się ode mnie.
Skłamała. Przez całe jej życie zdarzyło jej się to jeden raz, ten jedyny raz. Tego gorącego lata 1989 roku zaangażowała się w działalność zbierając podpisy na kandydaturę wtedy jeszcze nie Prezesa do senatu RP. Okazało sie, że wśród wszystkich zebrała najwięcej podpisów. Pamięta, jak po ogłoszeniu wyników popijała z koleżankami z komitetu bułgarskie wino z butelki. Wtedy na sali pojawił się ON z bukietem kwiatów. Wręczył każdej z dziewczyn po róży, a jej dał trzy i zaprosił na powyborczy bankiet. Na imprezie zupełnie nie zwracał na nią uwagi. Kiedy wyszła na świeże powietrze zapalić papierosa, obok pojawił się wysoki mężczyzna o smutnej twarzy.
— Zapalisz? — zapytał. Kot jestem, dodał.
Nigdy wcześniej nie paliła skręta. Kiedy podniosła głowę po nagłym ataku kaszlu, obok Kota stał ON. Kot podał mu skręta mówiąc:
— Zapal, wygraliśmy.
Na imprezę wrócili już razem, pamięta wino i tańce. Kiedy się obudziła, właśnie zakładał koszulę.
— No, jakoś to dziwnie wyszło — powiedział. — Zadz- wonię.
Założył marynarkę i wyszedł.
— Kochanie, tak, jest twoim biologicznym ojcem. Chciałam, żebyś dowiedziała właśnie w tym momencie.
Po tych słowach poczuła, że robi jej się czarno przed oczami i na miękkich nogach, jak w zwolnionym filmie osunęła się na podłogę.
Warszawa, Lotnisko Chopina
Mecenas poprawił grzywkę i energicznym krokiem wszedł na halę przylotów warszawskiego lotniska. Było co najmniej dziesięciu dziennikarzy i kilka kamer.
— Hipokryzja tego plugawego erotomana przerosła już najśmielsze wyobrażenia — rozpoczął.
Potem mówił jeszcze dziesięć minut. Zauważył oczywiście redaktora Świńskiego, stojącego w pewnym oddaleniu z drugim mężczyzną.
Po skończonej konferencji wsiedli razem do samochodu Mecenasa.
— Masz coś? — zapytał Mecenas patrząc w oczy Świńskiego.
— Mam sporo. Najgorsze jest to, że Prezes nie jest do końca pedałem.
Świński bił sie z myślami. Co, kurwa zrobić z dwunastoma tysiącami świeżo wydrukowanych książek z krwistym tytułem na okładce: „Prezes — ciota”.
— Dobra, co masz konkretnie? — zapytał Mecenas.
— Ta jego baba ma dziecko z Hindusem.
— No, chyba z Prezesem?
— I z Prezesem, i z Hindusem — podsumował Świński.
— Dotrzyj do niej i powiedz, że będę ją reprezentował przed sądem pro publico bono — uśmiechnął się Mecenas.
Kierowca zahamował, a dwaj mężczyźni opuścili samochód Mecenasa, po czym udali się na przystanek linii sto siedemdziesiąt pięć.
Dortmund
Bob stał przy hotelowym barze i rozmawiał przez telefon.
— Jakieś szczegółowe instrukcje? — zapytał. — Przekażę Redaktorowi, po czym schował telefon do kieszeni.
Kiedy zapukał do drzwi hotelowego pokoju, Redaktor otworzył mu prawie natychmiast.
— Co tam? — zapytał.
— Masz pozdrowienia z Centrali. Jeszcze nie ustalili przekazu.
— Musimy improwizować — skwitował Redaktor. Lecimy do mamy.
Nie skończył zdania, gdy rozległ się dźwięk dzwonka.
— Marta, musimy się dziś spotkać.
Zaproponowała spotkanie w kawiarni obok siebie za dwie godziny.
Warszawa
Prezes siedział w swoim gabinecie w budynku Partii. Ktoś zapukał do drzwi.
— Proszę.
Do gabinetu wszedł niewielki facecik o lichym wyglądzie wiejskiego listonosza.
— No, i co tam masz Mario? — zapytał Prezes.
Mario wyciągał teczki z teczki i starannie rozkładał je na stole.
— Prezesie, zacznę od zdjęć.
Rozkładał zdjęcia na biurku Prezesa; część z nich była czarno-biała. Na pierwszym zdjęciu stał w jakimś polskim mieście z młodym Kotem. Swoją drogą, dawno nie rozmawiali. Na następnym ze zdjęć, obok Kota stała jakaś młoda brunetka w letniej sukience. Wybory ’89 — pomyślał, po czym przyjrzał się dokładniej brunetce ze zdjęć.
— O Jezu — wyszeptał.
Doskonale pamiętał tamten wieczór. W euforii zwycięstwa pił wino, palił z Kotem marihuanę, a nawet próbował podrywać dziewczyny. W tym — o czym doskonale pamiętał — jedną skutecznie.
— Czym ona się zajmuje? — zapytał sucho.
— Jest nauczycielką muzyki w szkole, śpiewa w kościelnym chórze i chodzi na pielgrzymki.
— Ma kogoś?
— Rozwiodła się z Hindusem, ma z nim syna. Potem chyba też kogoś miała, próbujemy go namierzyć.
— A jak ta dziewczyna ma na imię?
— Marta, a właściwie Martha, Prezesie.
— Dlaczego Martha?
— Bo jest Prezesie Niemką. Mieszka w Dortmundzie i ma niemieckie obywatelstwo. Mąż — informatyk i dwie dziewczynki: sześć i trzy lata.
— No, to zostałem dziadkiem — pomyślał Prezes.
— Czy coś na nie jest?
— Absolutnie czyste, Prezesie.
Dortmund
Mimo, że był jej przyrodnim bratem, w myślach nazywała go głupim Polaczkiem. Polski nacjonalista i katolik, obdarzony hinduską urodą.
— Kumar, włącz TVN. Widzisz pasek? Piszą o dziecku Prezesa?
— Piszą, ale to pewnie jakaś ruska prowokacja.
— Rozmawiałam z matką. To ja jestem jego córką. Muszę kończyć. Ustal co u matki bo nie odbiera.
Kiedy weszli do kawiarni, było w niej prawie pusto. Siedziała sama w kącie. Widać było, że płakała.
— Panowie, chcę wystąpić na waszym kanale i wytłumaczyć wszystkim, że nic mnie nie wiąże z tym człowiekiem i z tym krajem…
— A mama?
— To wariatka. Niestabilna emocjonalnie, niespełniona artystka. Ciągle ma jakieś jazdy: raz jest projektantką wnętrz, raz autorką wierszowanych książek o rodzinie, za chwilę śpiewa na ubrana w gorset i lateksowe buty, a ostatnio żyje jak mniszka, chodzi codziennie do kościoła, śpiewa w kościelnym chórze i chodzi na jakieś ekstremalne nocne pielgrzymki. Nie dziwię się, że żaden facet z nią nie wytrzymał.
— A wielu ich było? -zagadnął Bob.
— Nie, ale każdy wywalony w kosmos: schizofrenik, Francuz, Hindus, a ostatnio alkoholik Rafi o wyglądzie drwala. Myślę, że ona potrzebuje silnych wrażeń — podsumowała Marta.
— A może Pani powiedzieć coś dobrego o swojej mamie? — zapytał Redaktor.
Po chwili zastanowienia Marta ożywiła się i powiedziała:
— Na pewno jest pasjonatką i wszystko robi na stówkę: dobrze gotuje, ciągle zmienia coś w mieszkaniu, gdy była z Hindusem organizowała tematyczne imprezy, a gdy ją porzucił, weszła w ezoterykę: grała na gongach, jeździła na jakieś indiańskie ceremonie w szałasie potu, ustawienia hellingerowskie, raz nawet piła ajahuascę.
— A jako matka?
— Była oddana, szczególnie dla mojego brata, ale gdy pojawił się Hindus, zupełnie odleciała i przed maturą wyrzuciła mnie z domu. On też był niezły. Gdy urządziła mu pięćdziesiąte urodziny, na których wystawiła „Gołą Babę”, w podziękowaniu pobił ją w samochodzie, bo to nie on był gwiazdą. Psychopata i babiarz.
Zapadła cisza, dosłownie odebrało im mowę.
— Houston, we have a problem — pomyślał Redaktor.
Sytuację uratował Bob mówiąc:
— Pani Marto, sytuacja jest nowa i dynamiczna. Wracamy do Warszawy, gdzie zajmiemy się przygotowaniem programu, do którego zaprosimy Panią i brata. Odezwiemy się wkrótce.
Ożarów Mazowiecki
Starą poznańską jechał na ryzyku, kilka razy przejechał na czerwonym świetle. Kochał mamę, chociaż nie do końca ją rozumiał. Dla niego była „za”: za szybka, za głośna, zbyt radosna i jeszcze ten jej rubaszny śmiech. Wiedział, że jest nieprzewidywalna, ale takiego numeru się nie spodziewał.
Miał zapasowe klucze. Zdyszany wpadł do mieszkania i zobaczył matkę leżącą nieruchomo na podłodze.
— Mamo! — zawołał. Trząsł się cały a łzy płynęły mu po twarzy.
— Synku, jesteś.
Otworzyła nieprzytomne oczy, a jego świat, który przez ten krótki moment legł w gruzach, powrócił na swoje miejsce.
— Mamo, ty żyjesz!
— Tak, ale dopadła mnie jakaś słabość, to przez te emocje. Rozmawiałam z Martą. Jest wściekła, bo nie dość że tatuś z innej bajki, to jeszcze media huczą i jest afera na całą Polskę.
Warszawa
Doktor dostał to zadanie dwanaście godzin temu. Pracował z Prezesem już jedenaście lat, wyprowadził Partię z wielu wizerunkowych porażek, ale coś takiego?
I z czym to zjeść?
Spokojnie rozrysowywał sobie analizę SWAT tak jak zwykle, w sumie przecież Partia i Prezes to tylko produkty, jak wszystko na rynku. W tym biznesie chodzi tylko o przekaz i wizerunek. Badał na poszczególnych grupach jak zostanie odebrana nowa sytuacja życiowa Prezesa. Szukał rozwiązań. „Wyprzeć się dziecka” — wizerunkowa katastrofa, „Prezes jako odzyskany po latach Ojciec i Dziadek, atrakcyjna starsza ale nie stara kobieta u boku, która wybacza, bo jednak życie Polsce poświęcił. Może ślub? Stara miłość nie rdzewieje…". Co załatwimy?
Prezes jest człowiekiem, takim jak miliony Polaków, z wadami, z jakąś historią, staje się na skutek tej sytuacji bardziej ludzki, bardziej nasz. Olka nie skompromitowały w oczach społeczeństwa jego pijackie wybryki, bo był taki jak my i on to czuł, był blisko z ludem. Gdzie stracimy? Tylko na wymierającym moherowym betonie, na „sekcie zamachu” dla której Prezes jest czymś w rodzaju świeckiego świętego; straty będą minimalne to raptem trzy do pięciu procent elektoratu, poza tym nie mają wyboru, no chyba, że pójdą do Kazimierza Szczęść Boże.
Gdzie możemy zyskać? Odkąd kilkanaście lat temu wybuchła wojna polsko-polska wokół „katastrofy-zamachu” obie strony sięgnęły bo prastary instrument dehumanizacji przeciwnika. Prezes w języku przeciwników stał się Glistą. Wydawałoby się, że to szczyt żenady, walenie w przeciwnika ksywą pochodzącą od nazwiska, taki pomysł trochę z klas wczesnoszkolnych. Jednak kiedy za Glistą pojawił się cały przemysł gadżetów, memów i virali internetowych, operacja nabrała tempa. Kampania billboardowa „Wyciągnij Glistę na ryby” z robakiem wijącym się na haczyku i podpisem „Wolni Wędkarze” pokazała, że w walce politycznej nie ma już granic. Teraz Glista będzie chodził po parku z wózkiem, bawił się ze starszą wnuczką na placu zabaw, pomagał w odrabiania lekcji. Kurwa, zaraz się wzruszę. „Czy Twoje dziecko ma TAKIEGO Dziadka?”. A już Prezes, który uczy wnuczkę łapania ryb (wnuczek byłby lepszy), to byłoby jebnięcie, ale mamy to, co mamy. Dobra, temat córki i wnuków zaczyna mi się kleić. Teraz ten babsztyl. Co mi tam Bob przysłał od córeczki? Nie płacz, nie płacz… nie każdy rodzi się córką Prezesa. Kurwa „Jestem Obywatelką Niemiec”? Z tego też cię wyleczymy. Oj, mamuśka też chyba zdrowo pierdolnięta, lateksy, pielgrzymki i kościelny chór, ciekawe jak podatna na wpływy i sugestie. Trzysta sześćdziesiąt tysięcy informacji w mediach w Polsce i na świecie, na google ads zapytanie „córka prezesa” na pierwszym miejscu. Dobra, trzeba podzwonić i działać.
Tworki
Kiedy przyjechała karetka wezwana przez Kumara, czuła się już spokojniej. Pamiętała jak ratownik medyczny mierzył jej ciśnienie, a potem podał zastrzyk uspokajający. Obudziła się w szpitalu, młody lekarz patrzył na nią z uśmiechem.
— Jak się czujemy Pani Bożenko?
— Dobrze, tylko słabo.
— Myśli są? — zapytał.
— Są — odparła.
— To niedobrze — odparł.
— Teraz podamy Pani leki — powiedział.
Chwilę potem spała lekko pochrapując. Obudziła się około dziesiątej, spojrzała całkiem przytomnie na napis na korytarzu widoczny przez okienko jej małej salki szpitalnej. „Oddział II DE, Szpital Psychiatryczny w Tworkach”. Kurwa, ten stary dziad, Glista jebany zwariował, położył mnie w psychiatryku, ja pierdolę.
Drzwi się otworzyły i do salki wszedł ten sam młody lekarz w asyście kobiety w białym fartuchu lekarza.
— Nazywam się doktor Robert Jankowski i jestem ordynatorem Oddziału II DE w tym szpitalu. Wie Pani jak się Pani tu znalazła?.
— Zemdlałam, znalazł mnie syn i wezwał pogotowie.
— Nie, szanowna pani, podjęła pani próbę samobójczą, zażywając dużą liczbę leków, reszta się zgadza — powiedział.
— W zaistniałej sytuacji to nawet Panią rozumiem — powiedziała młoda kobieta dodając — Anna Sadow- ska — psycholog stażysta.
Narastała w niej złość, „chuja cipo rozumiesz” — pomyślała.
— Nie zgadzam się na leczenie — zawarczała.
— O Pani leczeniu zadecyduje Sąd — odparł lekarz.
Zaraz, zaraz, jak Sąd, to chyba nie jest to robota Glisty — pomyślała. Tylko czyja?
Warszawa
Premier uporczywie wpatrywał się w Telegram na swoim smartfonie, „starą” mamy pod kontrolą w Tworkach, do „młodej” nasi już jadą, Glista i jego partia milczą, my jako rząd nie odnosimy się oficjalnie do prywatnych spraw Prezesa, ale jako ludzie mu współczujemy. Tak, to jest dobre, powtórzę to dziś na konferencji pięć razy: „jako LUDZIE prywatnie mu współczujemy”, jasne, kurwa, zajebiście „mu współczujemy”… Dobra, tylko co z tym wymyśli Glista i ten jego pieprzony Doktor. Swoją drogą, moje chłopaki od jedenastu lat rozkminiają kto to, kurwa, jest. Nawet już wynajęliśmy byłego profilera z ABW, na razie drepczemy w kółko, a to ta kurwa przekonała Prezesa na osiemset plus i wykurwione lotnisko. Kurwa, osiem stów dla każdego menela i tanie loty dla tych dorabiających się polaczków, a ciemny lud to kupił. Glista, kutas złamany i dziecko zrobił, pedał zajebany. W sumie ładna ta córka, do Glisty niepodobna, chociaż, kurwa, te same oczy i ten ironiczny uśmieszek. Wróćmy do starej, co ich połączyło? Jak długo byli razem? Co o nim wie? Co o nim powie? I czy powie?
— Łączcie mnie z Mutrą — rzucił do telefonu.
Pomiechówek
Nienawidził publicznych spotkań ze Świńskim, chociaż spacer po parku w podwarszawskiej miejscowości w niedzielny poranek nie powinien zwrócić niczyjego zainteresowania.
— Mecenasie, piąteczkę do browara potrzebujemy — usłyszał głos faceta z niedopitym piwem, siedzącego na ławce w towarzystwie drugiego.
Minął ich szybko.
— Pierdol się Mule — dobiegło go z ławki.
„Muł”. Był przekonany, że to Glista albo Doktor stoją za tym, że to przezwisko przykleiło się do niego i nawet koledzy z Partii za plecami tak go nazywają.
Nie jestem Mułem, mam troje dzieci, to już bardziej „Ogier”, no chociaż „Koń” — pomyślał.
Dojrzał ich na ławce przy ocienionej parkowej ścieżce. Świński i jego partner/ochroniarz Borys SS. Znał ich od lat. O ile Świński przynajmniej udawał dziennikarza w różnych mediach, to Borys był etatowym konfidentem wszystkich polskich służb, łącznie ze Strażą Miejską i Służbą Ochrony Kolei. Dał im kiedyś trochę pieniędzy pod stołem, za które otworzyli swój kanał na YouTube i zaczęli pisać obrzydliwe książki o Prezesie. Czym wymyślili coś głupszego, tym większą popularnością wśród osób nienawidzących Prezesa się cieszyli. Tak, nic tak nie łączy jak nienawiść do Glisty.
Kiedy Świński powiedział „cześć”, wyczuł od niego niestrawiony alkohol poparty porannym piwem.
— Musiałem — dodał Świński. Całą noc pracowałem z Borysem.
— Chyba nad flaszką — pomyślał.
— Rudy zamknął starą Glisty w Tworkach — powiedział Borys. Mamy plan Mecenasie — dodał. No, no, dobry ruch Rudego, tylko wariatka mogła się przespać z Glistą — nośny przekaz.
— Jaki macie plan? — zapytał.
— Kto ma wariatkę, ten ma przekaz dnia i paski — powiedział Świński.
— Mam ludzi i dobre leki — dodał Borys.
— Mnie tu nie było, czego potrzebujecie?
Świński odkaszlnął:
— Pół bańki w bitach na portfel.
— Dam trzysta koła — odpowiedział Mecenas.
Kiedy odjeżdżał z parkingu pod zajazdem w Pomiechówku, Świński otwierając kolejne piwo powiedział do Borysa:
— Jebany Muł, Żyd z Poznania. A tak poważnie Borys, masz kogoś w Tworkach?
— Mam taką jedną pojebaną; potrzebuję litra i kwiatów.
Tworki
Kumar opuścił właśnie gabinet ordynatora oddziału. Jakie samobójstwo? Jakie leki? Co oni pierdolą? Matka jest w psychiatryku po próbie samobójczej; w co oni ją wrabiają i jacy oni? Kolejny news na paskach w telewizji od rana, tylko że, to jest moja matka.
— Pan Kumar?
Rozejrzał się, obok niego stał starszy, wysoki, chudy mężczyzna.
— Pan pozwoli — Doktor. Przysłał mnie Prezes.
Otworzył mu drzwi pasażera w swoim białym busie.
— Wiem, że jest Pan, Panie Kumar, skonfundowany całą tą niecodzienną sytuacją. Tak więc po kolei: ci którzy wiedzą o moim istnieniu, nazywają mnie Doktorem. Nie mamy przed sobą tajemnic z Prezesem, stąd nasze spotkanie. Premier przy pomocy służb więzi w szpitalu pańską matkę, bo tylko tyle przyszło im chwilowo do pustych głów. Komunikat „Tylko wariatka śpi z Glistą” poszedł rano do ich mediów. Tak, Marta — pana siostra, jest córką Prezesa…
— Wypierdalaj Pan — wycharczał Kumar otwierając drzwi.
— Kumar, pamiętasz egzamin u doktora Baryły na drugim roku? Dokładnie egzamin poprawkowy? Wszystkie trzy pytania z pierwszego rozdziału podręcznika? Wiesz dlaczego? Bo wiedziałem, że tylko pierwszy przeczytałeś. Zamknij te drzwi, siądź na dupie i posłuchaj.
Kumar usiadł na fotelu i zamknął drzwi. Doktor otworzył szybę i zapalił papierosa.
— Prezesa poznałem jedenaście lat temu, „przypadkiem” znalazł na swoim biurku opracowanie dotyczące nadchodzących wyborów wraz ze strategią, opisanymi rolami i aktorami, w najdrobniejszych szczegółach. Na końcu był tylko mój mail na protonie. Skontaktował się po tygodniu, a to oznacza, że przeczytał, i to dokładnie. Na początku, był pełen obaw, że to prowokacja służb, naszych lub obcych. Z czasem zrozumiał, że mój plan działa, nie dość tego, uprzedzamy ruchy drugiej strony tak, jakbyśmy mieli kogoś obok samego Rudego. Od tego czasu minęło wiele lat, nigdy się nie spotkaliśmy, nigdy do siebie nie dzwoniliśmy, wymieniamy tylko maile.
Kumar czuł się sparaliżowany, doskonale pamiętał rasistowskie dowcipy Baryły na temat „logistyków z Indii”.
— Dobra, jest Pan kumplem Prezesa, ale co to ma do mnie?
— Co to ma do Ciebie? Jedenaście lat temu, pewien kapłan po wódce podzielił się tajemnicą spowiedzi ze swoją kochanką. Spowiadała się Twoja mama, kapłan jest na misji w Indiach, a jego dawna kochanka zachlała się na śmierć. Twoja matka dos- tała etat w szkole, Twoja siostra bezstresowo skończyła studia, a z Tobą też nie miałem zbyt wielu problemów.
— Ale skąd, że pierwszy rozdział tylko? — wyjęczał wyraźnie zbolały Kumar.
— Skąd? Z Pegasusa, tak jak głupie memy o Gliście, tak jak „Protokoły mędrców Syjonu”, tak jak twoje SMS-y do Lidki i historia stron na Youpornie w tym samym czasie.
Kumar otworzył drzwi i zwymiotował na przyszpitalny parking.
— Młody, tyle wiemy o sobie, ile razy nas sprawdzono, jak mówiliśmy w Fabryce — kontynuo- wał Doktor. — Młody, wytrzyj twarz, napij się wo- dy i jedź do domu. Jak już tam będziesz, załóż na protonie skrzynkę Delfin04012004, a teraz kysz kysz.
Warszawa
Siedział w redakcji i spokojnie analizował ostatnie czterdzieści osiem godzin. Mamy wyłączność na córkę Prezesa, my — „KANAŁ HERO”, a nie TVP SA w stanie likwidacji, tefałeny czy solorze. My — „KANAŁ HERO”. Rudy zwariował, zamknięcie tej „Sziri piri” w psychiatryku to nie jest dobry pomysł na dłużej, Prezes może z niej zrobić kolejną męczennicę za Polskę. Fuj — seks z Prezesem; ta kobieta już jest świętą. Zobaczył wchodzącego Boba i jego koszulę w banany.
— Rysiu, mam przekaz z Centrali — zagaił Bob. Myślę, że to wyszło od Doktora.
Doktor… Redaktor mimo młodego wieku zjadł zęby w zawodzie dziennikarza, a to, że przez lata zajmował sie piłką nożną, dało mu wiedzę o tym, że najciekawsze rzeczy nie dzieją się na boisku, tylko gdzieś w tle. Doktor istnieje? Czy jest tylko wytłumaczeniem bandy nieudaczników, których Prezes nawet w opozycji rozgrywa jak stado uczniaków?
— Skąd słyszałeś o Doktorze pierwszy raz?
Bob nie zastanawiał się długo.
— W 2015 spotkałem Ministra Na Emigracji i zapytałem jak ocenia ich szanse. Odpowiedział, że zwyciężą, bo mają Prezesa, po czym dodał pod nosem — „i Doktora”. Potem wielokrotnie roz- mawiałem z ludźmi z najbliższego kręgu Prezesa, czasami byłem przekonany, że Doktor to alter ego Prezesa, teraz sam już nie wiem.
— Pamiętasz aferę Prawy kontra Stolarz, ten jego były manager? — zapytał Redaktor.
— Jasne — odparł Bob.
— Zbieraliśmy wtedy o tym materiały, generalnie szło w stronę, że obaj są siebie warci i wtedy dostałem maila z protona: „Zostaw Pan to gówno, napisz Pan o gwieździe z Bollywood, masz Pan gotowca” wiesz z jakiego maila?
— Nie.
— Z.adresu.doctor01116@protonmail.com. Zrozumiałem jego dobrą radę i nakręciłem tę aferę z Bollywood.
— Kampania prezydencka to też doktor? — zapytał Bob.
Redaktor milczał.
Warszawa
Borys właśnie wszedł do mieszkania.
— Cześć Bejbe — rzucił do kobiety, która otworzyła mu drzwi.
Wręczył jej róże kupione przez Świńskiego w Biedronce. Postawił na stole litrową butelkę wódki „Parkowa”, lemoniadę „Trzy cytryny” oraz notatnik z wielkimi literami ABW na okładce. Z namaszczeniem nalewał dwa drinki pół na pół wódka z lemoniadą. Na jego palcu błyszczał srebrny sygnet z napisem AWW. Wypili w milczeniu, Borys lał już następne drinki.
— Musimy pogadać poważnie, jest operacja — zaczął, po czym otworzył notatnik i wyjął długopis ze złotym skrótem SKW.
— Muszę ją wywieźć z oddziału. Ty mnie wprowadzisz jako ratownika medycznego, będę miał nakaz przerzutu na Sobieskiego.
Rozlewał już trzeciego drinka.
— Jak skończymy, dostaniesz majora w ABWW.
— W czym? — zapytała.
— W Agencji Bezpieczeństwa Wojskowego Wewnętrznego — odparł Borys, czując, że nie ma już takiego zdrowia do wódki jak Świński.
— Majora? — zapytała pani psycholog.
— A kiedy kurwa się rozwiedziesz?
— Kurwa, załatwię podpułkownika, tylko daj już spokój — odpowiedział.
Ja pierdolę, te baby to pojebane są: ożeń się z taką, daj jej pułkownika. Mam dosyć, pora spać. Ściągnął buty i zasnął na fotelu.
Warszawa
Siedział sam w swoim gabinecie, patrząc na wielki ekran swojego komputera. Doktor jak zwykle wysłał tyle tekstu, żeby przekazać wiedzę, a nie zanudzić. Dobrał aktorów i przydzielił rolę. Gdyby był młodszy, mógłby mnie zastąpić. Swoją drogą, ile on może mieć lat? Wiedza o technologiach, to przywilej młodości, wiedza o życiu i zachowaniach ludzkich, to przywilej człowieka dojrzałego. Pisma Doktora stanowiły zawsze kompendium wiedzy i doświadczenia. W pierwszej wiadomości napisał mi, że robi to w „obliczu wielkiej tragedii narodu polskiego”. Czemu robi to teraz? Bo mnie lubi? Może tak bardzo nie lubi Rudego?
Na początku myślał, że to ktoś z jego otoczenia, potem, że może ktoś z otoczenia Rudego. Czym więcej lat upływało, tym bardziej domyślał się, że to fałszywy trop. Ktokolwiek wyrastał ponad poziom, był wycinany. Rudy robił dokładnie to samo. Na pewno był/jest związany ze służbami, naszymi czy obcymi? Obecnymi czy byłymi? Jest, a może są? Może codziennie się gdzieś widzą? Odczuł niepokój. Co tam Doktorek napisał? Spotkanie z Martą, po tym jak wyrazi na to zgodę, a wyrazi, spotkanie z Bożeną, nową męczennicą po odbiciu z Tworek. Stopniowe ocieplanie wizerunku. Po pierwsze Dziadek, po drugie Ojciec, odzyskana rodzina, pełna patriotyzmu i tradycji. Błędy młodości, można naprawić. Jakiej młodości? Miałem czterdzieści lat — pomyślał. Jezuuu, doktorek zwariował, to nie dla mnie. Co mam jej powiedzieć albo im obu? Farmazony o Polsce? Czy, że zwiałem, bo byłem nieprzygotowany na rodzinę, zresztą nigdy nie byłem do tego gotowy. I teraz co? Nagle mam rodzinę, nagle mam rodzinę, mam rodzinę…
Tirana
Czekał na tego kretyna w hotelowym lobby. Cóż, odkąd był na emigracji miał tylko jednego podwładnego. Patrzał z uporem na smartfona, ale z Warszawy nie dzwonią za często. Gdyby tam był, broniłby Prezesa całą piersią, organizowałby manifestację, może by nawet spoliczkował Rudego. Teraz siedział sam, czekając na tego idiotę. Trzydzieści zarzutów, jasne, może trzysta od razu. Zakłamane sądy, sprzedajni sędziowie, polityczni prokuratorzy i służby na pasku władzy. Gdyby znów był Ministrem, wszystko by zmienił. Próbował, tylko czasu zabrakło, tyle stanowisk trzeba było obsadzić swoimi, tyle spraw codziennie obejrzeć z postępowań, nadać im bieg, wyznaczyć prokuratorów, potem sędziów. Szkoda gadać. Jak wygramy wybory to wrócę jak Anders na białym koniu. Córka Prezesa — wpatrywał się w jej zdjęcie, trzeba przyznać ładna i coś w niej do ojca podobnego, może ten kpiący uśmieszek. Przyłożył telefon do ucha i po włączeniu się skrzynki, powiedział uroczyście:
— Panie Prezesie, pani Marta to po panu jest piękna.
Tworki
Obudziła się niespokojnie. Zanim otworzyła oczy poczuła odór wódki — pochylała się nad nią ta sama psycholog co wczoraj.
— Mamy przerzut na Sobieskiego.
Chwilę później pani doktor wymiotowała do metalowej umywalki. Bożena jakby nabrała sił, kątem oka dostrzegła uchylone drzwi na korytarz. Wstała z łóżka i po chwili była już na korytarzu, zobaczyła otwarte drzwi do dyżurki, a obok na korytarzu — pomarańczową kurtkę ratownika medycznego. Wzięła ją pod pachę i schowała się w toalecie. Z korytarza słyszała dźwięki awantury pomiędzy jakimiś kobietami.
— Jestem pułkownikiem wojskowego wewnętrznego.
Usłyszała męski głos:
— Pani Doktor spokojnie, poleżymy, wytrzeźwie- jemy, będzie dobrze, myśli są?
Włożyła kurtkę ratownika, była trochę za duża ale do białych spodni od pidżamy i białych crocsów całkiem pasowała. Na korytarzu panował coraz większy ruch, słychać było coraz więcej głosów. Postanowiła zaryzykować i pchnęła drzwi na korytarz. W świetle jarzeniówek dostrzegła kilka pielęgniarek, pacjentki w szlafrokach oraz kilku ratowników medycznych. Przed nią po korytarzu szedł chłopak w roboczym ubraniu. Zobaczyła schodki w dół i okratowane drzwi. Chłopak podszedł do nich, otworzył i zapytał:
— Wychodzi Pani doktor?
— Wychodzę — odparła z uśmiechem.
Na parkingu zauważyła stojącego busa z napisem „Ratonictwo Medyczne”. Boże, wszędzie analfabeci. Samochód był pusty, a w stacyjce tkwił kluczyk. Kiedy dojeżdżała do szlabanu, ten bezgłośnie podniósł się góry.
Tworki
Świński siedział za kierownicą busa, za którą siadł dziesięć minut wcześniej w Pruszkowie. Wyjechał stamtąd, wypróbował na ulicy sygnalizację dźwiękową i świetlną. Z każdej strony samochodu błyszczał dumny napis „Ratonictwo Medyczne” Patrzył zza kierownicy swojego pojazdu i czytał odwrócony napis. Kac aż łupał mu czaszkę. „Ratonictwo Medyczne”. Kurwa, zapomnieli „w”, głupiej literki „w”. Kurwa, Borys za pomalowanie wziął jebane pięćdziesiąt koła, a on nie ma literki „w” w wyrazie. Nie zauważą, głupie piguły nie czytają. Podjechał pod oddział i patrzył na personel powoli schodzący się do pracy. Nie widział jak jeden z pielęgniarzy po namyśle, sięga po telefon i wykręca numer. Rozejrzał się, zauważył jak Borys wchodzi na oddział w ubraniu ratownika medycznego, czyli wszystko idzie zgodnie z planem. Dziesięć minut potem obok ambulansu zaparkował radiowóz policji na sygnale, pewnie przywieźli kolejnego wariata. Policjant zastukał w szybę:
— Dokumenty poproszę. Coś się piło kierowco?
Chwilę potem siedział już skuty w kajdanki na tylnym siedzeniu radiowozu, a na parkingu przybywało niebieskich świateł radiowozów.
— Co my tu mamy? Osiem dziesiątych w wydychanym, fałszywa legitymacja ratownika, fałszywy ambulans, Panie co Pan, wariat jesteś?
Borys zauważył radiowóz przez szpitalne szyby, zdjął kurtkę ratownika i położył ją na parapecie. Szybkim krokiem wszedł do sali obok, leżało tam trzech mężczyzn.
— Cześć — powiedział i położył się na wolnym łóżku.
Usłyszał jakąś awanturę na korytarzu, znany mu kobiecy głos krzyczał:
— Jestem pułkownikiem wewnętrznego, wojskowego.
O kurwa, złapali ją. Przykrył się cały kołdrą. Po godzinie otworzyły się drzwi od sali, powoli weszło około dziesięciu osób, o Boże obchód. Podeszli do jego łóżka, ktoś zerwał kołdrę z jego głowy.
— Kolejny przebieraniec” spokojnie powiedział lekarz. — Dzień dobry, jestem tu ordynatorem. Panie Adamie, poproszę pasy dla tego pana.
Dwie minuty potem przestał się szarpać. Przywiązany do łóżka pasami, z bezradnością patrzył na igłę strzykawki wbijającą się w jego rękę.
Warszawa,
— Kurwa, ministrem cię zrobiłem, a Tobie z psychiatryka pacjentka spierdala i to TA pacjentka? Dobrze, co tam się stało? A co tam robił Świński i Schweinschwanc, przecież to ludzie Muła? Co mnie obchodzi pijana lekarka, za dużo zarabia to chleje. Kochanka Borysa? Do pierdla ich wszystkich. Co z Mułem? Też do pierdla, wyjmij mu sprawę Southpol-u.
Odłożył telefon. Usiadł do laptopa i napisał komunikat: „Dystrybuować od dziesiątej, Mecenas zatrzymany przez CBA za pranie pieniędzy, nie ma w naszej Partii miejsca dla równiejszych, każdy kto złamie prawo musi się liczyć z nieubłaganą karą”.
Praga
Obserwował ich na smartfonie jak szturmują ogrodzenie jego willi, jak wyłamują drzwi wejściowe, czuł dreszcze. Żona i dzieci są w Rzymie. On za dziewięćdziesiąt minut też odleci do Rzymu. Zawsze kiedy zlecał coś Świńskiemu i Borysowi, dzwonił do Wydry i chwilę potem pędzili autostradą do Pragi, miał tam swoje bezpieczne miejsce.
— Co Wydra, prawie mnie mieli?
— Nawet jakby Pana wzięli Mecenasie, to by Pan
znowu zemdlał albo co innego wymyślił.
Zdrada Rudego, nie bolała go zbytnio. I Rudy, i Prezes, byli tylko stopniami w jego politycznej karierze. Teraz udaję się na Emigrację by stamtąd dowodzić, tylko kim dowodzić....cholera, obym nie wylądował jak ten idiota z Tirany. Swoją drogą, na twardo nic na mnie nie mają. Portfel krypto z którego przelewałem Świńskiemu jest zarejestrowany na Wyspach Dziewiczych, tylko poszlaki… Pora do Rzymu.
Gdy wylądował, przeczytał wiadomość od numeru, którego nie znał „Borys sypie, udostępnił śledczym nagrania ze spotkań”. Wszedł na Onet, na pasku leciało „Wspólna konferencja Ministra Bigosa i Ministra Koordynatora w sprawie ekstradycji Mecenasa z Republiki Włoch”. Jezu, no dobra, kopał pod nimi u Rudego ale tylko dlatego, że na pewno byłby lepszy na którymś z tych stołków, a najlepiej na obu. Ambicji nigdy mu nie brakowało, był już nawet wicepremierem, szkoda że, u Prezesa, co potem wyciągał mu Rudy — i co gorsza — opinia społeczna. Spojrzał na Wydrę, a potem na tablicę z lotami. Zobaczył napis „Tirana — czterdzieści minut”.
Warszawa
Bożena jadąc modliła się gorliwie. Całe szczęście, że nie zabrali jej różańca. Wierzyła, że Duch Święty powie jej dokąd pojechać, na razie gnała przed siebie. Poczuła przypływ energii, pojedzie na chór do wizytek, śpiewała tam co tydzień i czuła się bezpiecznie. Zostawiła busa pod Marriotem i wsiadła w sto siedemdziesiąt pięć. W autobusie nikt nie zwrócił na nią uwagi, wysiadła pod Uniwersytetem i przemknęła do budynków sióstr wizytek. Dobrze znała to miejsce z prób kościelnego chóru, poprosiła siostrę furtiankę o rozmowę z Przełożoną. Po kilku minutach rozmowy, Przełożona wezwała drugą siostrę i powiedziała:
— Znajdźcie jej jakieś cywilne ubrania w magazynie. A ty Bożenko, módl się i odpoczywaj.
Warszawa
W oczekiwaniu na Boba i Martę Redaktor wpadł w rozmyślania. Właściwie co mnie obchodzi fakt, że Prezes ma dziecko, co to za news, może jako smaczek na Pudelka. Co obchodzi zaganianego i zarobionego Polaka, że starszy facet, którym go od lat straszą i który sam straszy Rudym, posiada rodzinę. W Polsce co roku jest pięćdziesiąt tysięcy rozwodów, a ile rozpada się związków nieformalnych? I nikt nie robi z tego sensacji. Teraz trafiło na PrezesaZbawPolskę no i mamy sensację.
Po tym jak siedzieliśmy przez prawie dwa lata zamknięci w domach przez sławetną pandemię Covida, która skończyła się w dniu najazdu Putina na Ukrainę, damy sobie wżenić każdy kit. Sam mam już problem żeby rozróżnić, który news jest prawdziwy, a który wygenerowany przez AI. Co mnie obchodzi życie siedemdziesięciosześciolatka? Gdyby był to mój teść, to nawet by mnie to ubawiło. Tylko że teraz, żeby utrzymać zasięgi, klikalność i oglądalność, rzucamy się na takie wiadomości jak sępy. Nasi konsumenci wychowani na smartfonach, potrzebują newsów poniżej stu znaków, bo więcej ich procesor — dawniej zwany mózgiem- nie jest w stanie pochłonąć.
Na pasku leciało, „Matka córki Prezesa zaginęła na oddziale psychiatrycznym, a w sprawie zatrzymano redaktora Ś., jego wspólnika S. i lekarkę”. Niezły cyrk, czyli ludzie Muła — co w Warszawie nie było żadną tajemnicą, próbują porwać kobiecinę, która nie wiadomo dlaczego jest w szpitalu psychiatrycznym. Następny pasek: „Rusza procedura ekstradycji Mecenasa”, czyli Muł oczywiście w tym maczał paluchy. Nie chciałbym być w skórze tej kobiety i ich dzieci. Prezes zasłużył, ale oni są w niczym niewinni. Zobaczył Boba, tym razem w koszuli w goryle.
— Nad czym tak dumasz Redaktorze? — zapytał Bob
— Nad życiem.
— To powodzenia. Lepiej ogarnijmy pytania do rozmowy z Martą.
Gdzieś w Polsce
Jechała autostradą, mogła polecieć samochodem, ale nie chciała być zależna od Redaktora. Pierwszy raz w Polsce od ośmiu lat, niezłe mają te autostrady. Stanęła na MOP-ie, zatankowała i kupiła sobie kawę. Ceny jak w Niemczech pomyślała, ale wszędzie czysto i WC za darmo.
— To Pani? — zapytała ją starsza pani, kasjerka na stacji. Z całego serca modlimy się z Panią i rodzinę oraz za naszego Prezesa.
— Jezus Maria (tak zawsze mówiła mama) — modlą się za nas i naszego nigdy nie istniejącego tatusia.
Wychodząc zobaczyła swoje zdjęcie na okładce brukowca. Jeszcze dwieście kilometrów i Warszawa. Cały czas myślała co powiedzieć w kanale „Hero”. Umówiła się z Redaktorem, że najpierw wygłosi oświadczenie, a potem mogą jej zadawać pytania. Pięćdziesiąt tysięcy euro też robiło dla niej i jej rodziny; trochę kłopotów z głowy. Nie chce mieć z nim nic wspólnego, przez parę dni studiowała co o nim piszą w Polsce (lekcje polskiego za darmo, w domu z dziewczynkami i mężem rozmawiali tylko po niemiecku). No, krótko powiedziawszy jej ojciec był w Polsce postacią mocno kontrowersyjną i budzącą skrajne emocje. Niemcy pisali o nim właściwie jednoznacznie „Polski nacjonalista i ksenofob, antyeuropejczyk, tolerujący ledwo Unię, homofob i antysemita”. Zaprzeczenie jej dotychczasowego życia i wszystkich wartości, które wyznawała. Wybrała numer Kumara.
— Cześć braciszku.
— Gdzie jesteś?
— Dwieście kilometrów od Warszawy.
— Jakie nastroje?
— Sama nie wiem. Kumar, co myślisz o moim ojcu?
— Patriota, myślę, że jest otoczony przez miernoty i bardzo samotny, przez to złośliwy i małostkowy, poza tym martwię się o mamę.
— Mama sobie poradzi, znasz ją; odpaliła już pewnie Ducha Świętego i Michała Archanioła.
— Daj Boże, powodzenia.
Jechała dalej, chociaż najchętniej by zawróciła. Zawróciła w stronę swojego uporządkowanego niemieckiego życia. Oczywiście widziała wady tego życia, strach przed islamskimi wyrostkami na parkingu pod sklepem, strach przed bezrobociem, coraz mniej lekcji w szkole z powodu braku nauczycieli i coraz więcej brudu na ulicach, bo nie ma chętnych do pracy w służbach komunalnych, a nowi przybysze nie lubią niemieckiego porządku. Owszem — nie pracuje w wyuczonym zawodzie, owszem — szlifowała język, żeby zdać państwowy egzamin, jej dzieci będą miały lepiej, będą Niemcami. Wieczorem widuje w markecie polskich robociarzy jak wpadają na zakupy po dziesięciu godzinach roboty za najniższą niemiecką stawkę, ale jej dzieci skończą tu studia i będą Niemcami. Mijała Opacz i spojrzała na budzącą się Warszawę, widziała kilkadziesiąt wieżowców wyłaniających się z porannej mgły. Fiu, fiu! — pomyślała, coś tu się jednak zmieniło.
Tirana
Taksówka stanęła przed Mariottem w Tiranie. Czekał go wieczór pełen studiowania skanów teczek, które pracowicie zbierał przez ostatnich piętnaście lat. „Na tego mam grubo, na tamtego coś znajdę, temu zapłaciłem, temu prowadziłem sprawy” — układał w myślach strategię powrotu, tym samym na sam szczyt. Wchodził do hotelu zamyślony, Wydra tachał wszystkie walizki i wtedy ich zobaczył. O kurwa, Minister i jego przydupas w jego hotelu, co oni tu kurwa robią? Ja pierdolę, oni tu przecież mieszkają.
— Dzień dobry — kąśliwie powiedział kurdupel zwany Ministrem Na Emigracji. Witamy w Al- banii, po azyl w prawo.
Ooo skurwysyn! Wydra odstawił walizki.
— Spierdalaj bandziorze — wydukał Mecenas.
Tamci wyszli z hotelu. Zaczął obdzwaniać inne, miejsc na dziś nie było. OK, jutro to ogarnie. Wzięli klucze z recepcji i poszli spać.
Białołęka
Borys przewracał się w łóżku z boku na bok. Nie mógł zasnąć. Znów znalazł się w celi. Doskonale pamiętał jak ostatnio wychodząc z Aresztu Śledczego mówił sam do siebie: „Nigdy więcej!”. Wtedy spędził tam długich sześć miesięcy; w dodatku za sprawę, w której — co do zasady — nie uczestniczył. Pamiętał jak dziś, od czego zaczęła się ta historia.
Telefon wyrwał go ze snu. Dzwonił Świński. Rozgorączkowany i trzeźwy poprosił go o jak najszybsze spotkanie. Spotkali się o dziewiątej w kawiarni przy Świętokrzyskiej. Świński opowiadał mu, że jeden z jego dziennikarzy jest werbowany przez Agencję Bezpieczeństwa Narodowego.
— Kurwa, nie ma takiej agencji — powiedział Borys.
— No właśnie — odpowiedział Świński.
Ustalili, że dziennikarz da się zwerbować i wyposażyli go w najnowocześniejszy sprzęt do nagrań. W ten sposób poznali Przemka, a życie Borysa miało sie wkrótce zmienić. Co wieczór słuchali taśm nagranych przez dziennikarza. Okazało się, że rząd Prezesa zamierza powołać nową służbę specjalną o nazwie Agencja Bezpieczeństwa Narodowego, w skład której mają wejść wszystkie służby w Polsce. Zaś oficer Przemek, z którym spotykał się dziennikarz, ma być jednym z jej szefów. Przemek na spotkaniach z dziennikarzem wyraźnie upajał się swoim głosem i władzą, którą posiadał. W dodatku bardzo lubił mówić. Z opowieści, których słuchali z przyniesionych taśm, wyłaniał się dosyć ponury obraz działań agencji, która dopiero miała powstać. Przy pomocy zwerbowanych byłych i czynnych oficerów służb docierali do szefów zorganizowanych grup przestępczych i naciskiem, szantażem, bądź obietnicą zysków nakłaniali ich do współpracy. Tworzyli finansowe imperium oparte o handel lewym paliwem, produkcję papierosów oraz wyłudzenia VAT-u.