E-book
15.75
drukowana A5
33.66
drukowana A5
Kolorowa
59.41
Córka Ognia — z krwi i ciszy

Bezpłatny fragment - Córka Ognia — z krwi i ciszy


Objętość:
132 str.
ISBN:
978-83-8455-567-5
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 33.66
drukowana A5
Kolorowa
za 59.41

NOTA OD AUTORKI

Nie wiem, w którym momencie wiedziałam, że to wszystko musi zostać zapisane. Może wtedy, gdy po raz pierwszy od dawna znów mogłam oddychać. Może wtedy, gdy ktoś powiedział: „Twoje słowa dotykają”. A może po prostu dlatego, że nie chciałam, by cokolwiek z tej drogi się zgubiło — ani ból, ani światło, ani przebudzenie.

Ta książka powstała z krwi i ciszy. Z wewnętrznego ognia i dziecięcego szeptu. Z płaczu w poduszkę i z poezji pisanej o świcie. Z każdego kroku w stronę siebie, którego nie umiałam jeszcze nazwać, ale czułam, że jest właściwy.

Nie jestem tu po to, by dawać gotowe odpowiedzi. Ale jeśli odnajdziesz choć jeden fragment, w którym rozpoznasz siebie — to znaczy, że moje serce mówiło nie tylko za mnie.

Piszę, bo wierzę, że opowieści mają moc. Że każda z nas ma w sobie ogień — i może z niego się narodzić, nawet jeśli wszystko wcześniej spłonęło.


Dziękuję, że jesteś tu ze mną.

— Zanim odnalazłam siebie, byłam wszystkim, czym chciał mnie uczynić świat. Teraz jestem — sobą. Córką ognia. Z krwi i ciszy.

Z miłością i prawdą,

Aleksandra Makurat

DEDYKACJA

Dla Tych, którzy płonęli, ale nie zgasili światła w sobie.

Dla Kobiet z ranami ukrytymi pod skórą, dla matek, córek, sióstr i wojowniczek.

Dla mojego Syna — mojego serca.

Dla mojego Partnera — mojej przystani, siły i miłości.

Dla moich Przyjaciół — mojego spokoju.

Dla mojej Mamy — mojego korzenia.

I dla Ciebie — jeśli czytasz, bo szukasz siebie.

Aleksandra Makurat

PROLOG

Z popiołów nie rodzą się tylko legendy. Czasem rodzi się kobieta. Ta książka jest ogniem i ciszą. Jest krwią, która płynęła we mnie zbyt gwałtownie, i ciszą, która czasem krzyczała głośniej niż ból.

To moje życie — zapisane nie po to, by wzruszyć, ale by ocalić. Mnie. I może też Ciebie. To są strony utkane z fragmentów — dziecka, kobiety, matki, żony czy partnerki, kochanki, wojowniczki i tej, która się przebudziła. Pisałam je po nocach, na dnie i na szczycie, z otwartym sercem i drżącą ręką.

Nie zawsze wiedziałam, dokąd zmierzam. Ale każde słowo prowadziło mnie dalej — ku sobie. Jeśli się w tym odnajdziesz — usiądź ze mną na chwilę.

Zapal ogień. Posłuchaj ciszy.

Może odnajdziesz tam coś własnego.

Ta książka jest świadectwem. Nie powstała po to, by oceniać. Ani po to, by narzekać. To nie zapis bólu — choć on w niej jest. To nie pomnik cierpienia — choć cierpienie mnie ukształtowało.

To pamiętnik duszy. Ogień i cisza. Z krwi, z miłości, z ran i blizn. Z tęsknot, które zostają na zawsze. Z walk, które musiałam podjąć, by nie zgasnąć. I z tych chwil, które przyszły niespodziewanie, jak światło i pokazały, że warto było przetrwać.


Pisząc, odzyskiwałam siebie.

Krok po kroku.

Słowo po słowie.

Rozdział po rozdziale.


Nie wiedziałam, dokąd mnie to zaprowadzi. Wiedziałam tylko, że muszę pisać — bo inaczej nie przetrwam.

Ta książka jest też dla Ciebie — jeśli czujesz, że było Ci trudno. Jeśli jesteś kobietą, córką, matką, wojowniczką. Jeśli szukałaś siebie, Boga, sensu, ścieżki, światła.

Jeśli nie umiałaś mówić, ale czułaś wszystko zbyt mocno.

Nie wiem, dokąd zaprowadzi Cię moja opowieść. Ale jeśli choć przez chwilę poczujesz, że nie jesteś sama — to znaczy, że miała sens.

URODZONA Z OGNIA

Urodziłam się 3 marca 1987 roku.

W czasie, kiedy śnieg jeszcze nie topniał, a świat jakby

wstrzymywał oddech przed wiosną. W czasie ciszy, która była cięższa od słów. W czasie, w którym życie nie obiecywało łatwości.

Przyszłam na świat jako pierwsza córka. W rodzinie, która — mimo trudów — bardzo mnie pragnęła. Moje narodziny były nadzieją. Światłem. Nowym początkiem.

Mama i tata czekali na mnie z miłością. Choć ich miłość do siebie czasami się gubiła, mnie kochali głęboko, po swojemu — całą duszą. Chcieli mojego życia, chcieli mnie na tym świecie.


Dostałam imię — Aleksandra. Imię silne, choć wtedy byłam jeszcze tak krucha. Dostałam też ciepło, ramiona. I serca, które — choć poranione — biły dla mnie.

Byłam dzieckiem ciszy. Dzieckiem światła wśród cieni. Dzieckiem, które od początku wiedziało, że będzie musiało przetrwać.

Jestem córką ognia. I z ognia właśnie się narodziłam.

DOM PEŁEN MIŁOŚCI I CISZY BÓLU

Dorastałam w domu, który pachniał chlebem, obiadem, zmęczeniem, ale i czułością. To był dom, w którym drzwi były zawsze otwarte, a stół zawsze nakryty.

Dom, który uczył, że trzeba wstać, nawet jeśli się upadnie. Dom pełen miłości — tej cichej, nie zawsze wypowiedzianej, ale obecnej w spojrzeniu, w dłoni na ramieniu, w zatroskanym westchnieniu mamy. Ale ten dom miał też swoje cienie.

Był pełen bólu, o którym się nie mówiło głośno. Były momenty, kiedy ściany przesiąkały napięciem, a serce dziecka kurczyło się w milczeniu. To była cisza, która czasami bolała bardziej niż krzyk. Miłość i ból szły tam ramię w ramię.

Ciepło mieszało się z niepokojem. Ale to właśnie z tego domu wyniosłam siłę — bo widziałam, że nawet złamane serca potrafią bić dalej. Że ludzie, choć poranieni, potrafią kochać. Że czasami, by przeżyć, wystarczy trzymać kogoś za rękę. Albo po prostu być.

Dziś wiem, że nie musiałam mieć idealnego dzieciństwa, by wzrosnąć. Wystarczyło, że miałam korzenie.

A miłość — choć poobijaną — ale prawdziwą.

To był mój początek. I to był mój dom.

TATA I CIEŃ

Tata był dobrym człowiekiem. Nie doskonałym — ale dobrym. Miał ciepłe dłonie i miękki głos, kiedy mówił do nas po cichu, że świat jest pełen cudów. Zabierał nas do kina, na koncerty, przedstawienia dla dzieci, do cyrku, na karuzele. Zawsze chciał, żebyśmy widziały piękno — nawet jeśli sam zaczynał już w nie wątpić.

Dbał o nas, jak tylko potrafił. Miał w sobie coś świętego.

Zawsze mówiłam mu, że jest jak anioł — bo pracował jako technik przy sekcjach zwłok, odprowadzał ciała tych, którzy już odeszli, z szacunkiem i ciszą. Tata niósł zmarłych w dłoniach — ale nikt nie nauczył go, jak unieść siebie.


Byłam przy nim.

Kiedy milczał. Kiedy pił.

Kiedy chciałam pomóc, a moje słowa odbijały się jak echo od ściany, której nie umiałam przebić. Byłam dzieckiem, które nosiło zbyt duży ciężar — bo wierzyło, że może ocalić. A potem było już tylko ciemniej.

Po wypadku — cień zgęstniał. Zabrał tatę powoli. Wyciszył jego śmiech. Zabrał majątek. Nadzieję. Godność. I zostawił tylko pustkę, która piła razem z nim.

Mama też zaczęła pić. Zamiast ramion — zaciśnięte pięści. Zamiast domu — pole bitwy.


A ja? Byłam w środku tego wszystkiego.

Zbyt mała, by coś zmienić. Zbyt wrażliwa, by nie czuć wszystkiego do końca. To właśnie był cień. Był. I nie mogłam go przegonić.

Zamieszkał z nami i nie pytał o pozwolenie. Widziałam, jak powoli pochłania ludzi, których kocham. I mimo wszystko — nadal ich kochałam.

Z tym większym sercem. Z tą większą czułością.

Bo wiedziałam, że cień nie pojawia się sam. Ktoś musiał go kiedyś wpuścić, nie mając innego wyboru.

SIOSTRA

Była młodsza. Inna.

Czasem miałam wrażenie, że mówi w innym języku niż ja — mocnym, bardziej nieuchwytnym. Nie rozumiałyśmy się w dzieciństwie. Nie miałyśmy tej bliskości, o której opowiadają bajki.

Była obok, ale jakby w oddzielnym świecie.

A ja… ja już wtedy byłam zbyt głęboko w swoim.


Nie walczyłam o naszą relację. Może nie umiałam. Może nie miałam siły, bo walczyłam gdzie indziej — z rzeczywistością, z bólem, z milczeniem dorosłych. Nie chciałam, żeby musiała przez to przechodzić. Chciałam, żeby mogła uciec, jeśli musi.


I uciekała.

A ja jej na to pozwalałam.


Z boku obserwowałam, jak rośnie.

Czasem z dystansem. Czasem z czułością, której nie umiałam pokazać. Zazdrościłam jej, że potrafi się odsunąć. Że nie daje się wciągnąć. Ale wiedziałam, że każda z nas chroni się po swojemu.


Byłyśmy inne. Nieprzystające jak dwa kawałki układanki z różnych zestawów. A jednak… los wciąż splatał nasze ścieżki. Cicho. Powoli. Wbrew temu, co kiedyś nie udało się zbudować.

Dziś jesteśmy bliżej, czasami dalej. Z doświadczeń, które nas ukształtowały, potrafimy już wydobywać mosty, nie tylko mury.

Jestem ciocią jej dzieci.

I patrząc na nie — czuję, jak coś we mnie się rozgrzewa. Jakby tamta dziewczynka, którą byłam, w końcu mogła się uśmiechnąć.

Nie zawsze trzeba wszystko naprawić od razu.

Czasem wystarczy być. I dać czasowi szansę.

TAM, GDZIE ROSŁAM NA PRZEKÓR

Czasy szkoły podstawowej i gimnazjum wspominam dobrze — choć stoją dziś za lekką mgłą, to jednak ich szczegóły pozostają we mnie, jak odciski palców na szkle, których nie da się wytrzeć. To były lata jasne i ciemne jednocześnie, lata, które uczyły mnie pierwszych przyjaźni, pierwszej miłości, ale też pierwszego bólu, którego nie rozumiałam i nie umiałam jeszcze nazwać.

W podstawówce siedziałam najpierw w ławce z A. — lubiłyśmy się, może nawet za bardzo, bo nasza serdeczność i rozmowność sprawiły, że pani wychowawczyni postanowiła nas rozdzielić. Wtedy w moim życiu pojawiła się N., która przyszła do naszej klasy dopiero w drugiej klasie.

Z nią rozkwitła przyjaźń — cicha, dziewczęca, lekka jak kredowy pył szybujących po tablicy liter. Byłyśmy nierozłączne, łączyły nas wspólne przerwy, sekrety, a nawet nasze słynne „zeszyty”, w których podczas lekcji wymieniałyśmy szeptane myśli i zapiski, nie wiedząc, że tworzymy coś więcej niż notatki — tworzyłyśmy bezpieczną przestrzeń.

W tamtym czasie pojawiła się też moja pierwsza dziecięca miłość — Chłopiec z karteczką. W latach dziewięćdziesiątych, kiedy nie było telefonów ani Internetu, zakochanie przekazywało się na papierowych karteczkach, które były bramą do tajemnic, jakie umiały pomieścić tylko dłonie dziecka. „Czy mnie lubisz? Kochasz? Nie lubisz?” — zakreśliłam „kocham”. Później wymieniliśmy karteczki, więc zostaliśmy parą, chociaż para w wieku ośmiu, dziewięciu lat to raczej dwoje dzieci, które udają, że wiedzą, czym jest miłość.

Unikaliśmy się na przerwach, bardziej niż do siebie zbliżaliśmy, ale po lekcjach biegaliśmy razem po podwórkach, po ulicach bez asfaltu, po miękkich, piaszczystych drogach dzieciństwa, wracając do domów zawsze przed Wieczorynką — tą krótką bajką o dziewiętnastej, która zamykała dzień jak klamra i mówiła: „już czas, myj zęby, idź spać”.

Pamiętam też szkolną dyskotekę. Gdy puścili wolną piosenkę, czekałam, pewna, że mój chłopiec podejdzie właśnie do mnie. Zamiast tego poszedł do innej koleżanki. Poszłam do łazienki i płakałam, a znalazła mnie tam pani od polskiego — nazwijmy ją panią M. Usiadła obok mnie i opowiedziała swoją historię o tym, jak kiedyś przeżyła to samo. Jej głos był spokojem, jej obecność — ciepłym plastrem naklejonym na dziecięce serce. Nie pamiętam już jej słów, pamiętam tylko ulgę, jaką przyniosła.

Nasza klasa była razem aż do końca gimnazjum — w siedmiu ósmych, jakby zrośnięta wspólnymi latami. Były grupki, rywalizacje, małe wojny o sympatie, o towarzystwo, o uwagę. Chłopcy mieli powodzenie, ale mieli też w sobie coś ciemnego — śmiech, który czasem potrafił boleć. Wybierali ofiary, którym dokuczali. Wtedy nie nazywało się tego „hejtem”. To było po prostu dokuczanie. Dla mnie — trwające latami.

Choć byłam dobrą uczennicą, choć walczyłam, choć starałam się nie dawać po sobie poznać, przezywanie stawało się moją codziennością. Najgorsze nie były same epitety, ale czas, który rozciągał ich trwanie. To, że trwało to latami, że stało się tłem mojego dorastania. „Makulatura”, „Agora”, najgorsze — „Śmieciara”.

A wszystko od jednej jagodzianki, którą mama zapakowała mi kiedyś do szkoły w woreczek. Rzucali nią po ławce, twierdząc, że wyjęłam ją ze śmietnika. I tak narodziło się przezwisko, które przykleiło się do mnie jak brudny cień.

Choć minęły lata, jedna scena wciąż jest we mnie ostra jak szkło. Lekcja polskiego. Pani wychowawczyni zadaje pytanie, kończy słowami:

„To łatwe.” Po czym patrzy na las rąk i mówi: „To Ola.”

W jednej sekundzie połączyło się to w złośliwy refren: „To łatwe, to Ola!” Śmiech klasy. Echo. Później kartka urodzinowa z tym hasłem. Długo jeszcze go słyszałam.

Innego dnia — również na polskim — siedział za mną ten sam chłopak, niziutki blondyn o krzykliwej pewności siebie. Szeptał mi do ucha: „Śmieciara”. Raz. Drugi. Dziesiąty. Dwadzieścia razy. Coś we mnie pękło. Wstałam. Obróciłam się. Spoliczkowałam go tak mocno, że klasa zamarła. Pani zapytała dlaczego — powiedziałam wszystko. O latach, o słowach, o bólu. On dostał uwagę do dziennika. Ja — pierwszy oddech ulgi po latach milczenia.

Mimo wszystko — lata podstawówki i gimnazjum wspominam dobrze. Dobrze, bo były tam przyjaźnie. Bo były „nasze” zeszyty. Bo byli nauczyciele, którzy nas kształcili. Wycieczki, zajęcia dodatkowe, wymiana do Szwecji, a przede wszystkim — całe to życie po szkole, w którym wracałam na swoje podwórko i byłam po prostu dzieckiem.

I już wtedy marzyłam, że po gimnazjum pójdę do Technikum Hotelarskiego w Gdyni. To był czas walki — o przetrwanie, o własne istnienie, o siłę, której jeszcze nie znałam.

W pierwszej klasie miałam dobre oceny — byłam jeszcze pełna zapału i cichej nadziei. Potem przyszło życie. Rozlało się jak burza, zostawiając za sobą błoto, przez które trudno było przejść bez potknięcia.

Codziennie dojeżdżałam pociągiem. W ciszy porannych wagonów, z głową opartą o zimne szkło, uczyłam się wytrwałości. Nieraz nie pamiętałam tej samej trasy — tak głęboko zanurzałam się w sobie i w smutkach, których wciąż nie umiałam nazwać.

W tamtym czasie zmarł mój Tata. Śmierć przyszła cicho, ale jej echo rozdarło moje wnętrze. Dźwigałam żałobę i książki, ból i zeszyty, łzy i klasówki. Szpitale, terapie, walka z demonami bez imion. Obowiązek szkolny był ciężarem, ale nie poddałam się.

Zdałam maturę i dostałam świadectwo maturalne z dobrymi wynikami. Zdałam też bardzo dobrze egzamin zawodowy, otrzymując tytuł zawodowy Technika Hotelarstwa.

Do dziś brzmi to dla mnie trochę jak cud — a trochę jak dowód na to, że siła potrafi rosnąć nawet wtedy, gdy człowiek jej jeszcze nie zauważa.

Z tamtego czasu pamiętam też ciepło. Naszą wychowawczynię, młodą, energiczną polonistkę, która patrzyła na mnie sercem. Jej obecność była jak światło w tunelu. I moja żeńska klasa. Patrzyłam z podziwem na dziewczyny, które z lekkością zdobywały dobre oceny i niosły w sobie radość, o której ja dopiero miałam się nauczyć. A jednak czułam się częścią. Obecna duchem, wierna swojej walce.

Ten okres nauczył mnie, że nawet rosnąc w ciemności, można zakwitnąć. Że przetrwanie bywa największym sukcesem.

ÓSMY GRUDNIA, KTÓRY BYŁ CZWARTYM

Tata zmarł czwartego grudnia 2006 roku. Tego samego dnia, dokładnie osiem lat po wypadku, który na zawsze odmienił nasze życie.

Nie wiem, czy to był przypadek. Może dusze wybierają daty, które chcą zamknąć. Może pewne historie muszą zatoczyć koło, by mogły się zakończyć.

Zabrali go w Andrzejkową noc. Pamiętam tamten wieczór jak przez szybę, która paruje od lęku. Mama trzymała w dłoni wezwanie — ale strach był większy niż rozsądek.

Nie pokazała mu go. Nie wiedział, co go czeka. Poszedł nieświadomy. W pijanym stanie. Do aresztu. Na cztery dni.

Cztery dni, które były jego ostatnimi. Zmarł w delirium tremens. Sam. W celi. Bez pożegnania. Bez możliwości, by ktoś chwycił go za rękę i powiedział: „nie jesteś sam”.

To była jedna z najgłębszych ran.

Nie sposób opisać uczucia, kiedy dowiadujesz się, że ktoś, kogo kochasz — umiera nieświadomie, samotnie, i z bólem, który mógł być uniknięty.

Zgasło coś, czego nikt już nie zapali. Ten stres… ten moment… był jak iskra. Podpaliła wszystko, co było jeszcze kruche we mnie. Zaczęło się powoli — smutek, bezsenność, wycofanie. Potem przyszła depresja. Załamanie. Choroba duszy, której nie da się wyleczyć jednym słowem, ani nawet tysiącem.

Zostałam z niczym. Z matką, która piła. Z domem bez ogrzewania. Potem bez prądu. Z niepokojem, który mieszkał w moim ciele jak nieproszony gość. Miałam dwadzieścia lat — i nikogo, kto by mnie wtedy przytulił jak dziecko.


Ale przetrwałam.

Nie wiem do końca jak, nie wiem dlaczego moje ciało wciąż wstawało, kiedy dusza chciała się już położyć i nie wracać.

Miałam wtedy tylko siebie, garść wspomnień, których nie byłam pewna, i dom, który był domem jedynie z nazwy.

Zdałam maturę. Dostałam świadectwo maturalne z dobrymi wynikami, choć przechodziłam przez tamte lata jak przez mgłę. Zdałam bardzo dobrze egzamin zawodowy, otrzymując tytuł technika hotelarstwa, jakby ktoś nagle nałożył na moją szyję medal za wytrwałość, której sama w sobie wtedy nie widziałam.

I dostałam pierwszą pracę — w hotelu, na recepcji. Miałam witać ludzi z uśmiechem, z tą elegancją, której uczyli nas w szkole, z tą gościnnością, która powinna wypływać z serca. A moje serce było wtedy zmęczone. Kruche. Pęknięte wieloma latami zbyt wczesnego dorastania.

Uśmiechałam się, choć w środku wszystko we mnie płakało. Każda zmiana była jak próba udźwignięcia własnej ciszy, która krzyczała tak głośno, że tylko praca zagłuszała jej echo.

Uczyłam się żyć bez ojca, bez stabilności, bez wsparcia, którego tak bardzo potrzebowałam. Uczyłam się oddychać, kiedy w środku miałam same rany — te świeże i te, które zdążyły już pokryć się cienką blizną.


Recepcja jednak nie wystarczała, bo życie było zbyt drogie, a ja nie miałam niczego, na czym mogłabym się oprzeć. Druga praca była koniecznością, nie wyborem. Złapałam więc stanowisko barmanki w pubie. Świat, który zaczynał swoje życie dopiero wtedy, gdy inne już gasły. Pracowałam od szesnastej do drugiej w nocy, kilka dni w tygodniu, także w weekendy. A następnego dnia bywało, że szłam od razu na recepcję — na dwunastogodzinną zmianę, na dzień lub na noc.

Dom, do którego wracałam, nie był wtedy schronieniem. Był cieniem. Zatrzymanym kadrem z życia, w którym coś się skończyło, ale nic nowego jeszcze nie zaczęło. Bez prądu. Bez ogrzewania. Bez światła — poza tym, które przenosiłam w sobie, choć wtedy wydawało mi się, że go tam nie ma.

To dlatego otwierałam pub wcześniej, o piętnastej. Nie dla pieniędzy, nie z obowiązku. Dla obiadu. Bo tam mogłam zjeść coś ciepłego. Coś, co przypominało normalne życie, choćby przez kilka minut. A w hotelu, między zmianami, brałam prysznice. Tam była ciepła woda. Tam nic nie gasło. Tam nie bałam się ciemności. Recepcja była miejscem, w którym się myłam. Pub — miejscem, w którym jadłam. Dom — miejscem, w którym przesypiałam zmęczenie, kiedy samotność była zbyt ciężka, by ją nieść ze sobą dalej.

Moja psychika zaczynała pękać jak cienkie szkło. Niedospane noce składały się na siebie jak kartki w zeszycie, wypełnione tylko smogiem zmęczenia. Były dni, kiedy w lustrze nie widziałam siebie, tylko cień dziewczyny, która próbuje udowodnić światu, że potrafi przetrwać, choć sił już dawno nie ma. Były wieczory, gdy siedziałam na przystanku i zastanawiałam się, czy jeszcze mam w sobie coś, co można nazwać nadzieją. A jednak wstawałam. A jednak szłam. A jednak robiłam swoje, bo nie znałam wtedy innego sposobu na życie.

Pracowałam ciężko. Czasem zbyt ciężko. Tak bardzo, że sen nie był odpoczynkiem, a jedynie ucieczką, krótkim zanurzeniem się w ciszy, która bolała mniej niż rzeczywistość. Ale mimo tego wszystkiego — powoli wychodziłam z tej ciemności. Zarabiałam. Odkładałam. Krok po kroku prostowałam to, co wcześniej się we mnie połamało. Spłacałam zaległości, naprawiałam to, co było możliwe do uratowania. Każda wypłata była jak cegła dokładana do fundamentu mojego nowego życia. Każdy dzień, który przepracowałam do końca, był dowodem, że nadal mogę iść, choć nogi drżały pod ciężarem wszystkiego, co przeszłam.

Nie wiem, jak to zrobiłam. Nie wiem, skąd wzięłam siłę. Nie wiem, dlaczego nie przestałam walczyć.

Wiem tylko jedno: Przetrwałam. Choć nikt nie widział, ile mnie to kosztowało. Choć nikt nie słyszał mojego wewnętrznego krzyku. Choć każdy mój dzień był jak długa, cicha modlitwa o przetrwanie — którą niosłam w sobie, idąc do pracy, wychodząc z pracy, wracając do ciemnego domu.

Przetrwałam. A z tamtej dziewczyny, która jadła obiady w pubie, kąpała się w hotelu i walczyła z nocą, narodziła się kobieta, która wie, że potrafi przetrwać wszystko.

WALKA O MAMĘ

Po śmierci Taty wiedziałam jedno — nie pozwolę, żeby historia się powtórzyła. Nie mogłam stracić Mamy w ten sam sposób.

Walczyłam. Całą sobą. Ze zmęczeniem, z bezsilnością, z jej uzależnieniem, które powoli zabierało mi ją kawałek po kawałku.

Byłam młoda, a musiałam być silna jak matka dla matki.

Najpierw przymusowe leczenie alkoholowe. Potem kolejna terapia. I następna. Nie było łatwo.

Czasem myślałam, że to wszystko na nic — ale nigdy się nie poddałam. Nie chciałam, żeby jej dusza zgasła jak Taty. Nie umiałabym tego przeżyć.

Aż wydarzył się cud.

Mama poznała mężczyznę, który sam przebył drogę trzeźwienia. Zrozumiał ją. Nie oceniał. Pomagał. I został jej mężem.

Wtedy po raz pierwszy mogłam odetchnąć. Na chwilę. Ale wystarczyło. Zbudowali razem życie — trzeźwe, zwyczajne.

Mama już nie piła. Wygrała. Była trzeźwa przez 16 lat. Do końca. Odeszła w 2022 roku.

Ale nie odeszła w ciemności, tylko w świetle, które sama w sobie odnalazła.

Była mi bardzo bliska. Byłyśmy nierozłączne — szczególnie w tych ostatnich latach.

Codzienne rozmowy przez telefon. Spotkania kilka razy w tygodniu. Wspólne śmiechy, wspomnienia, milczenie, które już nie bolało.

Tęsknię za Nią. Do dziś mam łzy w oczach, gdy wypowiadam Jej imię. Brakuje mi rozmów. Tego, że mogłam zadzwonić i powiedzieć wszystko.

Była mi wdzięczna. Kochała mnie — i ja kochałam Ją całym sercem. Uratowałyśmy się nawzajem.

To była nasza najpiękniejsza wspólna walka.

LUDZIE, KTÓRZY GASILI MÓJ PŁOMIEŃ

W moim życiu pojawiali się też tacy, którzy nie byli światłem i dobrocią. Byli jak cień, który rósł, gdy ja próbowałam świecić mocniej. Byli jak zimny wiatr, który próbował zgasić mój ogień, zanim jeszcze na dobre zapłonął.

Toksyczni ludzie.

Nie zawsze krzyczeli. Czasem milczeli z pogardą. Czasem ranili słowem ostrym jak szkło, a czasem tylko spojrzeniem.

Niektórzy udawali przyjaciół, choć czerpali ze mnie siły, nie dając nic w zamian. Inni — bliscy z krwi — nie potrafili kochać tak, jak tego potrzebowałam.

Były sytuacje, które pokazały mi prawdę. Na życzenie tych ludzi miałam stać w miejscu. Nie rozwijać się. Nie marzyć. Nie próbować. Ich świat był ciasny, a każde moje „więcej” budziło w nich lęk, złość albo zazdrość.

Były zdrady — te najgorsze, przyjacielskie. Były plotki, obłuda, spojrzenia pełne zawiści.

Zastanawiałam się czasem — o co ta zazdrość? Może o to, że się nie poddałam? Że mimo wszystkiego, wciąż byłam sobą? Silną, upartą, wierną sobie?


Wspominam tutaj też jedną z najbardziej bolesnych zdrad — wtedy, gdy się rozwodziłam po raz pierwszy. Fałszywa przyjaciółka przyszła z winem i udawaną troską. Pijąc ze mną, wzbudzała zaufanie, udając wsparcie, którego tak bardzo wtedy potrzebowałam. Zaufałam jej. Zwierzyłam się ze wszystkiego. Byłam krucha, rozbita — a ona to wykorzystała. Nagrała mnie telefonem komórkowym, łamiąc granice, których się nie przekracza.

Nie wiem, po co to zrobiła. Może chciała mieć przewagę, może pokarm dla plotek, może satysfakcję. Ale wtedy zrozumiałam, jak łatwo dobroć można pomylić z maską.

Długo myślałam, że muszę zasługiwać na miłość. Że muszę się dostosować, ukryć swoje światło, by nie razić tych, którzy stali w ciemności. Ale dziś wiem, że miłość nie wymaga ofiar z samego siebie. Nie każe ci milczeć, by inni mogli mówić. Nie podcina skrzydeł, nie tłumi ognia.


Toksyczni ludzie nauczyli mnie jednego: Kogo nie chcesz w sercu, nie wpuszczaj do myśli. I choć zostawili po sobie blizny, to one przypominają mi, że przeszłam przez ich cień… I nie zgasłam.

Dziś wiem, że nie wszyscy, którzy przychodzą, zostają. I nie wszyscy powinni. Nie mam już żalu. Mam dystans. Mam ogień, który ochroniłam. Teraz otaczam się tymi, którzy sami płoną — światłem, sercem, dobrocią. I choć tamtych nie zapomnę, bo byli częścią mojej drogi, to już nie mają nade mną mocy.

Zamknęłam te drzwi.

Zostawiłam tam cień.

Wyszłam w stronę słońca.

***

W mojej historii — Był też on.

Pierwszy chłopak. Pierwsza miłość — ta, która miała być piękna, a okazała się więzieniem bez krat. Poznałam go, gdy miałam 16 lat. Został w moim życiu aż do 21.

Zabrał mi całą młodość, pierwsze lata kobiecości, marzenia o miłości, która niesie, a nie krępuje.

On nie kochał — on brał.

Wykorzystywał mnie nie tylko mentalnie, ale i finansowo. Nie pracował, żerował na mojej dobroci, na moim sercu, które zbyt mocno chciało być dla kogoś domem. Zdradzał z innymi kobietami… — Wyjeżdżał za granicę, zostawiał mnie w pustce, a ja — choć czułam, że to nie jest miłość — nie umiałam odejść. Coś we mnie wtedy wierzyło, że mogę go uratować, że jeśli dam więcej siebie, on się zmieni. Ale miłość nie polega na dawaniu siebie w ofierze. Nie polega na bólu, strachu, milczeniu.

Z czasem ten związek stał się ciemną doliną. Zabrał mi oddech, energię, poczucie własnej wartości. Byłam młoda, ale czułam się starą duszą. Zgaszona. Wyczerpana.

I wtedy przyszła przemoc. Fizyczna.

Pamiętam dokładnie ten moment — gdy dostałam porządnie w twarz. Nie pierwszy raz słyszałam krzyki, ale pierwszy raz coś we mnie pękło tak naprawdę.

To był koniec. To był moment, który obudził we mnie iskrę. Małą, ledwo widoczną… ale moją. Z tą iskrą uciekłam. Od niego. Od tej siebie, która pozwalała, by gaszono jej światło.

Z czasem zrozumiałam, że nie każda miłość jest prawdziwa. Że czasami trzeba przestać kochać, by ocalić samą siebie.

Dziś już wiem — to nie była miłość. To był cień. Dziś już się nie boję mówić o tym głośno. Bo może ktoś to czyta i właśnie jest tam, gdzie byłam ja. I może ten rozdział będzie tą iskrą, której wtedy tak bardzo potrzebowałam.

***

Dusza lekka jak motyl,

skrzydła gdzieś opadły,

takie delikatne i piękne.

Przeobrażenia z brzydoty w piękno

i krótki żywot zamknięty w sobie,

gdzieś gdzie dźwięk

— szeleszczących skrzydeł

i ludzie, którzy są i podziwiają,

i którzy obok — warczą.

***

Smutek nad krótkim życiem,

w pełni pięknym i spełnionym.

Radość nad zmianą,

nad niebieską siłą.

Dążenie do celu,

do nieba,

do ziemi.


Tak głęboko utkwiony.

Znak.

Dobra robota,

dobra sprawa.


Walczące serce do utraty tchu.

Po to jestem, po to żyje, po to chcę.

Być człowiekiem i kobietą.


Delikatność objęta ramieniem.

Walka gdzieś osiadła

i nad dłonią są już zgliszcza osobowości,

które przeplatają się z dziś i z jutrem.


Bo to co było, zginęło już.

Zamieniło się w popiół.


Tylko obrazy migoczące,

one istnieją.

One żyją, one są…

Dają motywację i możliwości,

zmiany ustawień,

resetu druzgocącej przeszłości.

LISTY Z WNĘTRZA DUSZY

Byłam jak rozbita filiżanka. Delikatna, ze zdobieniami, które pamiętały dzieciństwo, a jednocześnie pełna pęknięć, których nikt nie chciał dostrzec. W środku — cisza. Ale nie ta spokojna, tylko duszna, zamknięta, jakby ktoś zawiązał supeł w moim gardle.

To nie świat mnie złamał. To ja przez lata milczałam tak głośno, że w końcu nie słyszałam siebie.

Pewnego dnia usiadłam. Z kartką. Z cienkopisem, który jakby wiedział więcej niż ja.

I zaczęłam pisać. Bez planu. Bez celu.

Tylko dlatego, że nie umiałam już inaczej oddychać.

Z tych słów narodziły się „Listy w butelce — słowami duszy”. To nie była książka. To były fragmenty mnie, które przetrwały.

Szepty dziecka, które tęskniło. Krzyk kobiety, która chciała być słyszana. Modlitwa duszy, która nie straciła nadziei.

Arteterapia uratowała mnie w chwili, gdy terapia rozplątywała supeł. Gdy mówiłam do terapeuty, uczyłam się mówić też do siebie. Gdy pisałam, nie próbowałam być artystką, pisarką — próbowałam być cała.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 33.66
drukowana A5
Kolorowa
za 59.41