„Diabeł, siedzi w kobiecie.
Lecz poroże drania, zazwyczaj
targa niekłusujący mąż.
Taka, sprawiedliwość.”
{PAC, czyli Podhorodecki A.C.: „Mądrości zasłyszane w pubie”}
„- Kuźwa, znów mamy po wakacjach!
— Nie dramatyzuj. Rok szkolny jest niczym babcia.
Kiedyś się skończy!”
{PAC, czyli Podhorodecki A.C.:
„Mądrości zasłyszane w pubie”}
PROLOG
Homo sapiens, to człowiek (teoretycznie!) rozumny, a także zwierz (zazwyczaj) towarzyski. Ale czy jest zdolny ułożyć sobie satysfakcjonujące życie z innym osobnikiem własnego gatunku? No, i czy na otaczającym go łez padole, rzeczywiście chciałby z kimś współwegetować?
Czort wie. Ja, nie wiem. Niby, chyba powinno być to wyjątkowo proste przedsięwzięcie. Ale czy w realu w ogóle wykonalne?
Mnóstwo Ziemian dobiera się w przypadkowe pary i współistnieje jakoś, bo… musi.
Część, męczy się ze sobą aż po grób. Prozaiczne rutyno-przyzwyczajenie, tudzież wiara w kosmiczny zabobonno-absurd, tak patologicznie podszeptują.
Sporawo człecząt, rozwodzi się nieustannie. Wszak nowe i mniej zużyte oraz atrakcyjniejsze ciało, lub choćby niezwykle ponętny tylny aspekt damskiej osobowości, czyhają tuż obok. Na owym zwyczajo-obyczajo-procederze, sądy oraz ich rozleniwieni pracownicy nieustannie zyskują. Legalne pozbycie się uprzykrzonej małżonki, kosztuje. Za oszczędne, lecz nielegalne (zbyt krwiste, dajmy na to) do mamra łatwo trafić. A to, dość przykra perspektywa, psia mać!
Inni ziomale, cichcem notorycznie „skaczą w bok” i niby stale trwają w fikcyjnej wspólnocie. Pozory mylą okolicę, ale co tam.
Patologicznie egoistyczni indywidualiści, miewają jeszcze odmienniej. Wolą stale egzystować w randze singla, lub singielki. Czyli po dawnemu starej panny, bądź kawalera.
Zaś część ludeczkostwa, w pewnym momencie swej ziemskiej egzystencji zmienia „wyznanie” z hetero, na homo. Czasem, odwrotnie. Przy okazji wymieniając także partnera do dalszych uciech płciowych. W nowej sex-realo-rzeczywistości, stary średnio pasuje.
Z płci rutynowo nadawanej przez geny oraz mamcię naturkę, można obecnie zrezygnować. Cóż, postęp cywilizacyjno-naukowy robi swoje. Niezbędny zabieg medyczny wykonany u Azjatów, niby dość tanio wychodzi. W ojczyźnie, istne ździerstwo, plus podatek. Do tego, w pakiecie klątwa katolicka, gratis. Tak, mamy tu milusio oraz wściekle fajniuteńko!
Mym skromnym zdaniem, najtrudniej jest dobrze wystartować, w działce ludzkiej płciowości.
Czemu?
W owej kwestii mądrych, od wieków brak. I pewnie na wieki wieków. Amen!
Przygnębiający fakcik dziejowy. Nieprawdaż?
Rozdział 0
(ździebko przygnębiający)
Pierwsze potyczko-doświadczenio-przygody z młodzieńczą rzeczywistością płciową zaliczałem klasycznie, w podstawówce. I z mety, pech! Na całego, niestety.
Najpierw mocno usłużno-nadposłusznawy (nieco starszy ode mnie) chłopak zgwałcił mnie ręcznie, podstępnie uwiązanego do szkolnych drabinek. Prawda, że wyjątkowo romantycznie wystartowałem w istotnej działeczce życiowej?
Usłyszałem, jak gdyby… usprawiedliwienie ewidentnie przemocowego wyczynu:
— Wybacz stary. Zostałeś wytypowany. Muszę działać! Ściągnę z ciebie gacie. Kazał mi, kurwa. Poza tym, podobasz mi się. Pragnę ujrzeć, jakim dysponujesz. Klejnoty, też ocenię. Później szybko zrobię ci dobrze i będziesz wolny. Mierzył, niczego nie będę. To dziecinada! Spoko, drzwi sali zakluczone. Dziewczyny nie podejrzą twych skarbów. Słówka dupencjom nie pisnę o męskich gabarytach. Mnie nie musisz się wstydzić, chłop jestem. Tylko wścibska bozia, kuźwa, popatrzy. Nie mam na nią sposobu. Ale czort z cholerą. Jesteś obrzezany?
— Co ci do tego? — żachnąłem się.
— Nic. I tak, zaraz się dowiem. Zaczynamy!
Zadarł mą koszulkę do góry i opuścił gatki do kostek. Nie zaprotestowałem. Bez sensu przecież. Byłem bez szans. Kolorowe linki trzymały uczciwie, a nadwstydliwością, nigdy nie grzeszyłem. Nie wiem, czemu.
W skupieniu obejrzał, co ciekawego posiadam. Dokładnie obmacał jądra. Uśmiechnął się akceptująco informując, iż nosi niemal identyczne oraz jest obrzezany. Po czym przystąpił do konkretnej roboty. Po gwałcie, powąchał spermę ściekającą z jego pracowitej dłoni. Wyznał szczerze, iż zadziałał na polecenio-prośbo-zażyczenie nowego pana od gimnastyki (czyli byłego… księdza-dobrodzieja!). Zaś kościelny dezerter obserwował całą zabawę na monitorze znajdującym się w służbowym kantorku. Drugą mini kamerkę, świecki pedagog ukrył ponoć w przebieralni dziewczyn. Zaś elektroniczny sprzęcik zanabył z funduszy przeznaczonych na nowe, niezbędne pomoce dydaktyczne. Unia, akurat pomagała wówczas w koniecznym do-rozwoju naszej mocnawo zacofanej placówki edukacyjnej. Ze zbędnego wydatku, belferek wytłumaczył się bezproblemowo. Postawił przecież na nowoczesność w naszym domu oświaty i zagrodzie. Nic patologicznego, nie istniało w logicznie uzasadnionym przedsięwzięciu.
W ścisłej tajemnicy dowiedziałem się również, że kilka dni wcześniej po lekcjach, mój oprawca przymusowo samogwałcił się w kantorku na oczach byłego duchownego, który ochoczo… dokumentował wydarzenie telefonem. Właśnie wówczas wielebno-świecki pedagog wpadł na genialny pomysł uwiązania mnie do drabinki w sali gimnastycznej. A także zlecił onaniście wszelkie kolejne działania.
Na zakończenie niezbyt miłego spotkania, gwałciciel miał dla mnie także pokrzepiającą nowino-wiadomość. Wyznał otwarcie, że pomimo, iż targam w gaciach całkiem fajową zabaweczkę, nie jestem jednak w jego typie. W dodatku odrzuca go… zapach mej spermy. Czyli podsumowując, nici z sex-randek w cztery oczy, które wcześniej skrycie planował.
Cóż, ewidentnie dostałem (tak zwanego) kosza. Lecz nie miałem mu tego za złe. Raczej odetchnąłem. Z ulgą!
***
Niedługo potem, najładniejsza w okolicy (zajebisto-zajebiście) zajebista dziewczyno-laseczka, olała mnie. Usłyszałem, że (wzorem swej ukochanej mamuni) preferuje sporawo starszych chłopców. Tatuś seksy dziewczynki, już nie żył. Babunia (bezterminowo zdeponowana w domu szczęśliwego emeryta), owszem.
Potem owa wyjątkowo fajniutka oraz wielce pociągająca lasko-dziewczynka, migiem wybrała młodego (najnowszego!) męża szkolnej sekretarki, przesadnie cycatej Arletki. Chętniutko łajdaczącej się po godzinach, z dyrektorem Młotem. Dyro (dzięki wielce uczynno-usłużnemu COVID-owi), młody wdowiec. Arleta, rycząca czterdziestka gruntownie wyremontowana z zasobów (niewykorzystanego w narzuconym terminie) szkolnego funduszu remontowego. Gdyby nie ów pomysło-fortelo-wymyślunek jej otłuszczonego szefunia-piwożłopa, od-unijna kasiorka przepadłaby bezpowrotnie! Wyznaczony urzędowo termin wyzbycia się z konta przydzielonych złociszy, mijając nieubłaganie, ostro naglił. Więc pomysłowy Młot-piwosz, wyremontował podwładną. Tym sposobem brukselska kaska została spożytkowana na… renowację zabytku. Przecie każda sekretarka zatrudniona w placówce oświatowej, to jakby część stałego wyposażenia. Taka ruchomo-nieruchomość szkolna, powiedzmy. Proste, logiczne i oczywiste chyba.
Za to najnowszy małżonek naszej poliftingowej Arletki ledwo, co ukończył studia. Złośliwie mawiano o człeczku, gerontofil (wszak sporo starsze samice, od dawna rajcowały pana zboczko-dziwaczka). Dość rachityczny ścisło-mózgowiec począł pracować u nas, jako nowy matematyko-informatyk. Poprzedni belferek od pierwiastków, kompa, całek, pitagorasizmu, linijki oraz ekierki, najpierw został wykastrowany przez swą dawną uczennicę, która ukończyła medycynę. Zawinił zaniedbany rak jąder, więc musiały trafić pod nóż. Zaraz potem, wrednowata pani małżonka beztrosko porzuciła męża-wybrakowańca. I tak, przymusowo odjajczony pedagog, w wkrótce wyruszył za chlebem na zachód mocno wschodniej Europy. Tamtejsze pieczywko robione ręcznie na tradycyjnym zakwasie, podobno bardziej mu odpowiadało niźli nasze drożdżowe z (atestowanego unijnie!) automatu piekarniczego. Cóż, różniste preferencje smakowe dręczą ludzi lubiących nieustannie pałaszować oraz podróżować w poszukiwaniu kolejnej potrawo-strawo-wyżerki.
***
Później nieoczekiwano-nieszczęśliwie przydarzyło się, iż wpadłem w oko (i niestety, na dłużej ugrzęzłem w nieco zwichrowanym mózgowiu!) najbrzydszej koleżanki w szkole. Zabujał się we mnie pospolity kaszaloto-masakro-maszkaron, kuźwa. Ot, pech!
Pulchniutka amantka nazywała się ciutkę… gastronomicznie, Bogumiła Smalczyk. Być może jakiemuś bogu, była miła. Lecz ślepkom erotomano-ateisty uodpornionego na wszelkie ludzkie religio-pomysło-wymysły(!), jawiła się mocno nieapetycznie. Szczególnie wówczas, kiedy spontanicznie rozpakowała towar, który egoistycznie postanowiła zaoferować upatrzonemu, ekstremalnie zaskoczonemu koledze. Przerażająco oraz zniechęcająco-nachalna numerantka w całym młodzieńczym porno-ero-temaciku. Baba, niby goluteńka. Ale taka, mocnawo… fe! Przynajmniej dla mnie.
Lepiej w ogóle nie zerkać na aż tak specyficzne atrybuto-przymioto-zaleto-mankamenty już na pierwszy rzut oka skutecznie odstraszające ewentualnego kliento-kontrahento-nabywcę genetycznego badziewia. Istny odpado-złom produkcyjny po prostu, choć niezbyt jeszcze leciwy. Klasyczny przypadek wyjątkowo pechowego dziedziczenia wado-zalet. Niepoprawnie złośliwe geny, paskudniście u niej zawiniły. Lecz różniste dziwnowato-dziwacznawe dziwadełka, spontanicznie czasem w przyrodzie występują. Matka Naturka, tak miewa. Wyglądało, jakby zacna cholernica, na ostrym kacu zadziałała! Choć jejmość, z natury raczej niepijąca. Nic, nie poradzisz nędzna człowieczynko. I nic, komukolwiek do sprawy. Jakowymś wymyślonym przez skołowanych maluczkich boziom, tym bardziej.
U wspomnianej (beztrosko, nagle rozpakowanej na mych oczach!) amatorki na mnie, ujrzałem wielkie, paskudnisto-obwisłe cyco-bufory smętnie wpatrzone brodawkami w podłogę. Zaliczyłem automatyczny szok, że u nastolatki, w ogóle może występować cosik podobnego. Poniżej dwóch wspomnianych galaretowatych ozdobo-zwiso-obwisów, widniały solidne opono-dętki na puszysto-obłym brzuszydle gigantycznej, nieekologicznie oraz mocno niezdrowo zapasionej samicy. Jeszcze niżej, zameldowały się solidno-potężne nożyska podpierające gigantyczny zad. Kosmatawe giganty, wydały mi się łudząco podobnie do podstawy fortepianu. Do tego z przodu, pod połciami sadełka, nosiła wyleniałe i pełne owłosienie łonowe.
Jasno pojąłem, iż nie każda goluchna dziewczynka potrafi reklamować się atrakcyjnie. Niektóre w ogóle nie powinny pozbywać się odzienia przy chłopczyku. Po czorta maksymalnie szokować kolegę, wywołując u biedaczka nagłą niemoc płciową?
Jezusicku, odstraszająca potwora nagle mi się objawiła, psia mać! W dodatku, miała wyraźną ochotę na seks.
„Ze mną?!” — spanikowałem w myślach, ewidentnie przerażony.
Streszczając paskudniste zagadnienie, przymusowo ujrzałem jedno wielkie, mocnawo odrażające… fe. Na domiar złego, spasiona potwora beztrosko puściła w eter druzgocząco zniechęcającą werbalną antyreklamę, że z niej, nienaruszona… dziewica. Czyli patologia oraz przedpotopowa wiocha, do kupy razem przygarnięte i pozostawione dla ewentualnych amatorów niedowidzących nadmiaru oferowanego cielska. Normalnie widzący chłopina-esteta, na ohydę nabrać się nie da, moim zdaniem.
Rozumując wspaniałomyślnie, nie każda dziewucha musi być pięknisto-piękniście przepiękna. Ale ostatecznie, z czym do ludzi analizujących przymioty oferowanego ciała. Kuźwa, toż także prościuchny esteta ze mnie. Nic więcej! Żadnista odmiana jakiejkolwiek dyskryminacji, w ogóle u mnie nie występuje. Nie wadzi mi, że jakowyś babostwór egzystuje w pobliżu. Ale czy koniecznie musi nadaktywnie przymierzać się, aby… współżyć ze mną? Gustuję w sporo innych obiektach płciowych. Żeńskich, oczywiście. Sorry, że być może nieco fatalnie mi się porobiło. Ale tak mam! Po kiego ciągać paskudztwo u boku? Siaro-obciach pokazać się z taką gdziekolwiek. Przytłaczająca masakra!
Z mety zwątpiłem w sens uprawiania seksu z jakąkolwiek dziewczyną. A owa potwora, właśnie się doń aktywnie przysposabiała. Najwyraźniej żaden, nie gustował wcześniej, w ustawicznie firmowo zakorkowanym towarku. I nagle padło na mnie czort wie, czemu. Mocnawo przerażono-zniesmaczony, zwiałem w popłochu z tej niby porno-randki. Spanikowałem po prostu. Wprawdzie lubię, kiedy dziewczyna rozbiera się w mej obecności, ale nie taka, przecie. Sytuacyjna impotencja u mnie, więcej niż murowana. Żadnisty seksuolog nie dopomoże!
W drodze powrotnej do swego bezpiecznego domostwa, aby ździebeczko odreagować sex-stresidło, wpadłem do ukochanej babuni, na obiadek.
Generalnie w życiu, uwielbiałem nie tylko babunine knedelki ze śliweczkami, nawet robaczywymi. Bidulka często niedowidziała, czym w rzeczywistości nadziewa pulchno-glamdziaste ciasto. Ale ostatecznie, niewielki robaczek w świeżutkiej śliweczce, to tylko wysokobiałkowy i łatwo przyswajalny dodatek, gratis. Ekologiczny, więc i musowo prozdrowotny zapewne. Jakby… mniam-mniuśna strawa.
Jako młody samczyk-erotoman, ceniłem też szczupłe oraz zgrabniutkie dziewczynki. Takie z fajowo jędrnym biustem, średnich gabarytów. W owym okresie żywota doczesnego nie kumałem jeszcze niuanso-zagwozdek kalibro-cyco-numeracji. Po prostu podobało mi się przednie damskie zagadnienie, albo nie. I wszystko! Co tam jakieś numerki, albo literki, czy miseczki. Z tym, że depilacja w kroczu, u każdej obowiązkowa. Po prostu mus, kuźwa! Sporawo fajnisto-ciekawiej robi się wówczas ślepkom wzrokowca. Proste, naturalno-estetyczne zagadnienie!
***
Koniec końców, strapiony oraz wielce niepocieszony postanowiłem skorzystać z oferty wspólnej aktywności płciowej otrzymanej niegdyś od ciutkę starszego kolegi (innego, niż koleś-gwałciciel, o którym wspominałem. Jawnych gejów, wszędzie dziś pełnowato!).
Randka z chłopakiem? Jakby… dziwnowate nieco. Ale ostatecznie, czemu nie? Toż dziewczyny, tak głównie funkcjonują. Z tym, że towarzyszyła mi wyraźna trema. Wszak zero doświadczeń w tym zakresie, dziewic ze mnie.
Nieśmiało, odezwałem się do niego. Szybko odświeżyliśmy dawny temacik, przez telefon. Entuzjastycznie poinformował, iż z radosnego wrażenia, narząd kopulacyjny właśnie mu stanął. Ale ugruntował mnie w kwestii sensu podjęcia pierwszej, niewinnej próby eksperymentalnego potraktowania jego pierwotnego wymyślunku. Zakończył rozmowę wieścią, iż zaraz popędzi do klopa, aby zwalić. Ja, popędziłem do kuchni, aby łyknąć ciut zimnej, gazowanej mineralki. W gębie mi zaschło z wrażenia, na co się umówiłem.
Rozbierana randka, miała się odbyć za dwa dni. Tyle samo czasu, troszczyłem się o własny tyłek. Ale zgodziłem się, więc…
W samo południe, stawiłem się w jego pokoju. Powitał mnie, będąc jednie w bokserkach z wizerunkiem uśmiechniętej paszczy grzywiastego lwa. Wyprosił sprzątającą u niego, pokraczną siostrzycę.
— Wyjdź siostra, nie bądź zołza. Pamiętaj, nie przeszkadzaj nam! Kolegą zaraz się zajmę. Rozbierze się cały. Stanie mu za momencik. Niepełnoletnia jesteś. Choć mojego sztywniaczka już znasz, nie powinnaś jego narządu oglądać. Taki zwyczajo-obyczaj obowiązuje. Matka, ostro by się zgorszyła i jak nic, opieprzyłaby mnie za demoralizację małolaty, kurwa mać… — oznajmił otwarcie.
Wyszła. Uśmiechając się i życząc nam udanej zabawy.
Zablokował klamkę drzwi, oparciem starego krzesła. Wyjaśnił, iż nie można jej wierzyć, bo lubi podglądać golutkich chłopaków. Bezproblemowo ustaliliśmy, iż całować się nie będziemy. Po co? Szkoda czasu na byle duperele jedynie stymulujące ślinotok. Nudnowaty romantyzm, to wado-domeno-bzdura dobra dla dziewczyn. Faceci, to ludzie konkretnego czynu. Czyli migiem do rzeczy. A więc, do golasa.
Rozebraliśmy się swobodnie, by wstępnie ocenić, co skrywają nasze gatki. Istotne różnice nie występowały. U każdego, europejska norma spontanicznie potwierdzona przez szkolną linijkę oraz suwmiarkę. Ale krzywizno-łukowatość wacka, u każdego w inną stronę. Bez znaczenia przecież. Grunt, że nie mieliśmy się, czego wstydzić. Skoro rozmiarowo, generalnie zgadzało się z tym, co wyświetlał obeznany we wszystkim Internecik, występował uogólniony brak jakichkolwiek podstaw do ewentualnej siary.
Naszą późniejszą aktywnością płciową, on dowodził. Miał chłopak wprawę. Zadziało się bezproblemowo. Jedynie z mego punktu widzenia, wyszło więcej niż… nieciekawie. Ale zapewnił, iż stopniowo wciągnę się w nową dla mnie odmiano-wersyjkę typowo towarzyskiego seksiku w męskim gronie. Oświadczył, iż nie zna fajniejszej zabawy.
— Chłopie, z dziewczynami wyłącznie nuda ci zagraża. U takiej, nawet nie masz się, czym pobawić. A sztywny penis, to konkretny konkret. Pewnie, dlatego, też wolą chłopców. Logiczne, kuźwa! — usłyszałem.
W pewnej chwili niespodziewanie strzelił mi pamiątkową, nagą focię oraz podarował swoją. Z kutasem w pozycji bojowej. Moim zdaniem, nieco kiepskawa pamiąteczka ze wspólnych, wstępnych sex-przygodo-poczynań. Ale skoro zaoferował prezencik, wziąłem. Gardzić podarunkiem głupawo i nieelegancko przecież.
Innego dzionka, zaliczyłem jeszcze okazję do otwartego obserwowania, jak wprawnie zabawiał się ze starszym od siebie rasowym gejo-pedałkiem, który własnego wacunia, nazywał prezesem. Koledzy, zgodnie zaprosili mnie na swą rozbieraną randkę:
— Przyjdź! Swobodnie popatrzysz na wyzwolonych, wesołych, harcujących partnerów seksualnych. U nas, równouprawnienie obowiązuje. Strzał, u każdego murowany! Może przekonasz się, że to całkiem fajowe zajęcie. Gwałcić cię nie będziemy, spoko — usłyszałem zapewnienie.
W każdym momencie (jeżeli tylko ochota by mnie naszła), mogłem dołączyć do ich otwartej, bezpruderyjnej zabawy. Ale szybciej naszło mnie na… opuszczenie lokum, w którym baraszkowali.
Czemu?
Kompletnie obce mi klimaty. Szczególnie penetrowanie odbytu sztywnym wackiem. A także radosne spuszczanie się we wnętrzu wypiętego chłopaka, z którego potem sperma leniwie wyciekała.
Okazali się mocno zawiedzeni mą wybitnie niekoleżeńsko-egoistyczną postawą. Trudno! Mam swoje prawa, przekonania oraz wrodzone preferencje płciowe. Wolę zabawiać się sporo inaczej. Przede wszystkim, z samicą własnego gatunku! Nic w tym złego!
Ponieważ nieustannie nasilający się popęd płciowy należało jednak rozsądnie jakoś zagospodarować, skupiłem się na tradycyjnej manufakturze oraz stymulujących, gratisowych pornosach oferowanych przez niezawodny Internecik. Cóż, młode dłonie oraz elastyczne nadgarstki wymagają częstych, regularnych ćwiczonek. Samo zdrowie! W przeciwieństwie do praworęcznych kolegów, od zarania byłem oburęczny. W różnistych sytuacjach, łatwiej oraz sporo wygodniej tak się funkcjonuje. Przynajmniej, mnie…
***
Tuż po samotnie zmitrężonych wakacjach zaliczyłem kolejne, mocno frustrujące zaskoczenie płciowe. Jak pech, to naprawdę na całego, niestety. Ot, los!
Całkiem niespodziewanie zoczyłem na ulicy dziewczynę. I to, jaką… Cudo, psia mać!
Zawzięcie paplając w telefon, stała przed przejściem dla pieszych. Na pierwszy rzut oka (zgodnie z mym niezbyt wygórowano-wyszukanym guścidłem), jak gdyby… babski ideał. Niektóre europejsko-ameryckie modelki zawodowo kursujące po wybiegach świata, wydawały się do niej podobne. Ale i mocnawo niedoubrane, elegancko wydepilowane, typowo amatorskie zdziro-dziwko-dupy (z kolorowych obrazków dedykowanych ostro fantazjującym masturbantom), również. Czyli „rębna sztuka” (cytując pana drwala, wytrwale eksterminującego kombajnem leśnym sosno-świery, z terenów Nadleśnictwa Krynki na Podlasiu. Nieszczęsnej Puszczy Knyszyńskiej, niestety nie udało się umknąć przed galopującą, wysoce nieekologiczną oraz przerażająco bezmyślną nowoczesnością przemysłowo-przyrodniczą. Współczesny, śródleśny, gigantyczny koszmarek, kuźwa!).
Kiedy światełka uliczne wreszcie zzieleniały, odruchowo podążyłem za spodniami opiętymi na niezmiernie ponętnym zadku. Oczu, nie dawało się od tyłeczka oderwać. Aż prącie rosło, tak seksownie się prezentował! Zastanawiałem się, jak interesująco i mocno niebagatelnie zagaić do atrakcyjnej nosicielki laycrowo-poliuretanowo-spandexowych, elastycznych i nieprasowalnych gaci. Nie zdążyłem jeszcze wykombinować niczego sensownego, gdy nieoczekiwanie pojawił się przy dupci, jakiś chłopak. Potem zniknęli za elektronicznie sterowanymi wrotami prowadzącymi na teren nowego osiedla.
„Idioto, odpuść seksy dupinie. Ostro przymarudziłeś w doczesnym wcieleniu. Podobne suczko-laseczki, bezpańsko nie snują się po twym świecie…” — uświadomiłem sobie otaczającą zewsząd, brutalno-realną rzeczywistość.
Następnego dzionka, w pobliskiej Biedrze znów natknąłem się na zadkowe cudeńko. Tym razem przyozdobione uniformem, już nieeksponującym tylnego aspektu powabnej, damskiej osobowości.
Szybko wydumałem, iż fajniutka dziewczynka, to wegetarianka, zapewne. W czerwonym koszu z zakupami, kolekcjonowała wyłącznie zieleninkę. Zawstydzony wyborem własnego żarła, dyskretnie pozbyłem się z metalowego wózka uprzednio upolowanej, promocyjnej kiełbachy grillowej oraz ordynarnej kaszany. Zostały mi jedynie trzy wyblakłe (być może niedopieczone) kajzerki, chudy twarożek w bieluchnym plastiku, niewielki bio-jogurcik w kolorowym, nieekologicznym kubeczku oraz atrakcyjnie przecenione mleczko w straszliwie pogniecionym kartonie, z krową na okładce. Na oczach pięknej, wzbogaciłem zakupy o szczypiorek, główkę sałaty masłowej, rzodkiewkę oraz przywiędły koperek. Masełko krowie, wymieniłem na roślinne, odtłuszczone! Do tego jeszcze (sporo tańsze od polskich jabłek!) trzy argentyńskie, ewidentnie niedojrzałe banany oraz promocyjny, kilogramowy ananas sprowadzony z odległej Kostaryki.
Jedynie nie byłem pewien, czy śliczność w ogóle zarejestrowała, co uczyniłem pod wpływem jej ziemskiego uroku orientując się, iż paraduje w dyskoncie… bez stanika. Nie powiem, całkiem fajny biuścik prześwitywał przez obcisłą bluzeczkę. Wielkość gruczołków mlecznych (jak dla mnie), całkiem akuratna. Super widoczek, kuźwa! I to w Biedrze, pośród stadka niedowidzących, kulawych emerytek. Strach jeno pomyśleć, iż obecne cudeńko, to samo kiedyś czeka. Zgroza! Lecz nic nie poradzisz, psia mać. Z czasem, zbrzydnie.
W drodze powrotnej na jej osiedle (ponownie niemo podążając za lalą) nadal nie miałem pojęcia, jak ciekawie i kulturalnie zagaić do bezstaniczkowego obiektu mych zainteresowań płciowych. Za to to samo chłopaczysko, ponownie bezproblemowo wykwitło tuż przy niej i klepnęło w cudowny zadek.
„Nieustannie waruje przy wysoce rębnej własności, cholernik. Trudno się dziwić! Nie łudź się, samotny onanisto. Nijak nie dorwiesz się do ekologicznie napędzanego towaru. Burek, czuwa wytrwale. Cóż, ma, czego pilnować! Ale ździebko pomarzyć możesz, naiwniaku. Nic, tamtemu do tego. Potem w samotności wyobrazisz sobie bezstanikową zabaweczkę, rozbierzesz cacko w myślach i rytmicznie zwalisz, zgodnie z swą dobową normą. Czyli przed zaśnięciem…” — kojarzyłem otaczające mnie realia, plus własne zwyczajo-obyczaje.
Przez kolejne dzionki, działo się dość podobnie. Gdzie by ślicznawa dupencja nie błądziła, przyboczny diabełko-stróżyk warował przy niej niczym wiejski Azorek przy okazyjnie zdobytym, niezbyt świeżym gnacisku.
Mniej więcej po tygodniu ustawicznych niepowodzeń w nawiązaniu jakiegokolwiek kontaktu z obiektem mych westchnień i marzeń przedsennych oraz lawinowo narastających frustracji płciowych, siedziałem samotnie na pokiereszowanej ławce w pobliżu wrót osiedlowych. Burko-stróżo-dozorca atrakcyjnej dupci, wyrósł w nich nieoczekiwanie. Przysiadł koło mnie. Niepewnie rozejrzał się po bliskiej okolicy i zapalił. Momentalnie zaskoczyłem, że to… zielarz. Legalna tytonio-trucizna przyozdobiona rządową banderolo-akcyzą, zalatuje sporo inaczej. Z tym, że bezakcyzowe ziółko, wonieje ciut przyjemniej, moim zdaniem.
Koleś podrapał się po jajach. Jego luźnowate spodniska, uwidoczniały penisowy wzwód. Poprawił odzienie, aby ździebko przykamuflować sprawę. Zaklął pod nosem. Splunął, tuż przy swym obuwiu. Po czym zaciekawiony zagadnął, czemu nieustannie snuję się za jego… siostrą. Dowiedziawszy się przypadkowo o ich koligacjach rodzinnych, poczułem wyraźną ulgę oraz odrobinkę nadziei w osamotnionej, ogólnie skołowanej samczej duszy. Odparłem szczero-uczciwie, iż dziewczyna niemożebnie mi się podoba i chętnie poznałbym ją bliżej. A nawet bardzo, bardzo blisko. By nie rzec, bliziuteńko.
Stróżo-burek, spojrzał na mnie wyraźnie zaskoczony. Po chwili parsknął śmiechem, wymownie postukał się w czoło i rzekł:
— Źle trafiłeś! Nie weźmiesz tego lachona pod siebie. Lepiej skoryguj plany, łowco dup. Inaczej, nie pobzykasz.
— Czemu? Ma chłopaka od tych spraw… — dopytywałem, przygnębiony.
— Nie w tym, problemo-szkopuło-sęczysko, palancie.
— Nie rozumiem…
— Człowieku, ona ma podobnie, jak my.
— Nadal niezbyt kumam zagadnienie. Przybliż ciut jednoznaczniej.
— Krycha, to totalnie zmarnowany towar, kuźwa.. Odpad płciowy, jak gdyby. Niby rębna dupa, ale nieprzydatna do miłego zajęcia.
— Czemu?
— Woli dziewczyny! Praktycznie, od zawsze tak ma. Swoją aktualną dziewczynę, odbiła mi latem. Tak, parszywie wyszło podczas ostatnich wakacji. Wstyd się przyznawać, kuźwa. Aktualnie na jakąkolwiek dupinę poluję, jak i ty. Proste teraz? — wyjaśnił najzwięźlej, jak można było to uczynić.
— O, kurwa! Ale numer. Jezu… Do łepetyny by mi nie przyszło! Aż taka z niej numerantka? — jęknąłem, z ewidentnym niedowierzaniem.
— Nie inaczej, psia mać. Widzisz, jakie żyćko brutalne bywa oraz pełne różnorakich zasadzko-niespodzianeczek? Żeby rodzona siostra, bratu tak perfidnie dokopała? Kumple ze mnie, przez nią się ciągle nabijają. Tak, pograła.
— Nigdy nie słyszałem o podobnej układo-sytuacji…
— Ja, również. Lecz w realu, zaliczyłem paskudniste doświadczonko. Do tego nagłą siarę oraz jawną zniewagę w bliskim środowisku. Na domiar złego, znowu staje mi wiecznie, bez powodu. Niczym byle dzieciuchowi. Kumasz, porąbane zagadnienie?
— Spoko, ogarniam. Współczuję — zapewniłem.
— Wiesz, naprawdę wyśmiewano się ze mnie wrednowato. Bezczelnie kpiono z męskich możliwości! W końcu niedopici ludziska zebrani na tradycyjnej imprezce rozrywkowej, nakazali udowodnić publicznie, że jeszcze mam, czym dymać.
— I co?
— Drobnostka jak gdyby, kuźwa!
— Sprawozdaj.
— Człowieku, upokorzenie jedynie.
— Aż tak?
— Nie inaczej. Najpierw jedna numerantka skromniutko przydreptała i nieskromnie wetknęła mi łapinkę w spodnie. Prowokacyjnie objęła i potarmosiła wacka. A na głos, przeliczyła jajka w woreczku. Rozbawiona, oznajmiła wszystkim, że źle, chyba nie jest. Ale jej najnowszy chłopak, większymi narządami dysponuje. Dlatego lalunia zapostulowała, aby koniecznie mój sprzęt obnażyć, publicznie obejrzeć, usztywnić przymusowo i kontrolnie sprawdzić, czy w ogóle działa. Zaś zebrani ludziska, radośnie zaklaskali. Tak, pogrywali ze mną, skurwiele. Żeby dziewucha sprawdzała, czy w ogóle posiadam samcze narządy, bezczelnie oceniała je i wnioskowała, żeby mnie rozebrać?
— Nie dramatyzuj.
— Chłopie, nie koniec na tym.
— Więc nadawaj.
— Migiem zaszła pełna, publiczna kontrola stanu mego posiadania.
— W jakim stopniu?
— Maksymalnym! Człowieku, nakazali mi uczynić hopsa na stół. Na nim, do golasa i nastąpiła ekspresowa konfiskata ubranka. Speszony, ręczne wacka zmuszałem do powstania, bo kutasa wymierzyć zapragnęli. Nie szło mi. Jedna z obecnych tam dup zaskoczyła, w czym generalny problem i cycki mi pokazała. Wówczas, począł sztywnieć. Potem pomiary i jeszcze otwarta prezentacja strzelającej amunicji stadku nieźle rozbawionej mną gawiedzi. Odzienie, odzyskałem dopiero pod koniec imprezki, więc przy kompletnie ubranych, do końca na golasa balowałem. Tak, luzacko się działo, moim kosztem.
— Cóż, poszedłeś na całość, jakby… na rozkaz gawiedzi.
— Fakt. Bezczelnie mej pełnej golizny zażądali, kuźwa! Nawet demokratycznie i otwarcie przegłosowali proponowany przez lalunię scenariusz musowej prezentacji ustawicznie ośmieszanych narządów. Wyjścia nie miałem, cholera. Bezpodstawnie obdarzany komplemencikiem impotenta, musiałem jakoś zachować męski honor lub próbować, choćby ciupkę go podratować. Ale w pewnej chwili generalnie poczułem się, jakbym za totalną niewinność w jajka centralnie oberwał. Ból odczułem w duszy, oczywiście. Jąderka, szczęśliwie nie ucierpiały.
— Wszystko, z powodu beztroskich działań wrednowatej siostrzyczki-lesby?
— Dokładnie. Ale to też, nie koniec.
— Co jeszcze zaszło?
— Męski dramat! Trzy dni mi nie stawał, po owym imprezkowym występie. Nawet przy najlepszych pornoskach jedynie zwisał i powiewał, cholernik. Chłopie, jawnie panikować poczynałem. Umówioną wcześniej randkę musiałem odwołać, awaria w gaciach przecież. Ogarniasz skalę odniesionej kontuzji psychicznej? Niby posiadasz najistotniejszy samczy narząd, ale ten, nie działa. Wyłącznie wisi. Nie okażesz drania żadnej dziewczyninie. Siara! Czyli zero szans na jakakolwiek męską rozryweczkę. Nagle dopada cię totalne kalectwo, migiem bezradniejesz i cierpisz, kuźwa.
— Współczuję.
— Ludzki, ludź z ciebie. Dzięki!
— Naprawił ci się? Czy z awarią, musiałeś do medyka powędrować? — zainteresowałem się.
— Prawdę mówiąc, zacząłem rozglądać się za specem od niesprawnych penisów. Ale w bliskiej okolicy, wyłącznie na młode kobity w necie natrafiałem. Głupawo fatygować się do takiej i ściągać gacie, aby okazać wadliwy sprzęt żaląc się, że nie działa. Szczęśliwie, samo nieszczęście przeminęło.
— Chociaż to dobre, w tej wyjątkowo paskudnej sytuacji.
— Nie ukrywam.
— Stale, poprawnie narządzik już działa? Nie nawala?
— Człowieku, organ kopulacyjny, bez zarzutu. Drąg, kiedy potrzeba. Aż miło popatrzeć, jak rośnie!
— Super!
— No. Farciarz ze mnie. Tylko aktualnie… jakby nadrabiał minione zaległości.
— W jakim sensie?
— Nonsensownym. Wczoraj w kuchni, na widok wypiętego tyłka siostry szukającej czegoś w szafce pod zlewem, nagle mi się wyprostował. Zdziwiła się! W ogóle chuj aktualnie przegina i wiecznie mi sterczy, cholera. Nawet teraz.
— Wiem. Spostrzegłem, gdy nerwowo poprawiałeś gacie, panikarzu.
— Ot, bystrzaczek-spostrzegaczek. Lubisz podobne widoki?
— Średnio raczej. Gdybyś siedział spokojnie, pewnie nie dostrzegłbym pałki.
— Faktycznie, moja wina. Głupawo mi, dlatego wiecznie sprawdzam.
— Luzik, nie przejmuj się — zarechotałem.
— No, łatwo powiedzieć… Lepiej przyznaj się nowemu koledze. Na momencik prywatny wstydzik odłóż na bok, luzaczku. Tylko o szczere wyznanko poproszę. Kompleks, posiadasz?
— Jaki?
— Typowo męski.
— Czyli?
— W gaciach, jak masz, dyskretnie zapytuję. O to wyłącznie mi biega. Ze wszystkiego spowiadać cię nie zamierzam.
— Co ci nagle do mego wyposażenia?
— Spoko. Jedynie przez grzeczność kulturalnie zagadnąłem. Nie znamy się bliżej. Zaś od pewnego czasu, stałem się ostrożny względem czyichś wacków. Niezręczne doświadczonko życiowe w tej kwestii, targam we wspomnieniach.
— Sorry, znowu nie kumam. Spróbuj ciut jaśniej.
— Chłopie, kiedyś przy basenie trzej numeranci rozebrali jakiegoś grubaska. Podpadł kolesiom, więc przy kilku uradowanych tym dziewczynkach, utracił spaślaczek ogacenie.
— Mało to, popaprańców po świecie wędruje?
— Nie w nich, główne zagadnienie. Fiucinka ekspresowo zesztywniała pulpecikowi, zapewne z wrażenio-przerażenia. W tym stanie, liczyła aż dziewięć centymetrów. Kojarzysz hecę?
— Skąd wytrzasnęli centymetr, na basenie? — Zdziwiłem się.
— Przypadek. Akurat któraś z numerantek, posiadała miarkę w nazbyt nowoczesnym telefoniku. Pindzia, nadmiernym refleksikiem się wykazała i migiem zadziałała mierniczo. Na widok męskiego niedostatku, aż złapała się za blond głowinkę. Ekspresowo podbiegła, cyknęła fotkę karłowatego prąćka i z nowoczesnego ekraniku odczytała wszystkim wszelkie możliwe wyniki. Kumasz nagłą kompromitację, ujawniony sekretny dramat oraz niemożebne męskie kalectwo pulchnego właściciela doraźnie wymierzonej mini pałki?
— Azjata, kuźwa.
— Dokładnie. W obwodzie mizerotki, także widniała parszywa dziewiąteczka. A zdaniem obeznanego we wszystkim Internetu, w Unii Europejskiej obowiązuje dziś chłopczyka 12 centymetrów, mierząc wokół sterczącego fiuta. Jajeczka, także bidulek posiadał w wydaniu super mini. Na pierwszy rzut oka wyglądało, jakby w ogóle u niego nie występowały. Lecz inna rezolutna laseczka, wprawnie pogmerała ciekawską łapką pod dorodną fałdką zgromadzonego tłuszczyku. Odnalazła karłowate kuleczki i brutalnie pociągnęła za nie, aż grubasek boleśnie zapiszczał od niby pieszczotki.
— Sadystka, najwyraźniej.
— Być może. Chłopie, raptem uogólniona siara wyszła z niewinnej zabawy. Męski minimalizm został unaoczniony otoczeniu. Masakra!
— Cóż, jedynie można współczuć napadniętemu grubaskowi.
— No. Dlatego teraz od pewnego czasu grzecznie zapytuję nieznajomych kolesi o ich stan naturalnego posiadania. Wiesz, aby przypadkowo nie urazić nadmiernie ułomnego osobnika. Stąd moje zainteresowanie twoim sprzętem. Nic więcej. Ploteczek nie rozprzestrzeniam, spoko. Wal śmiało, jakiego posiadasz. Wolę wiedzieć, zanim zawrzemy bliższą znajomość.
— Nie mam powodów do narzekań. W gaciach, europejska norma.
— U mnie, szczęśliwie także wporzo. Z tym, że posiadam podkolorowanego kumpla, który targa większego. Afrykańskie geny, cholera! Dwadzieścia centymetrów. Robi wrażenie, kurwa. Ale mówi się, trudno. Tu, Europa. Na szczęście, nie Azja.
— Czyli wiemy już, co nieco o sobie — zaśmiałem się.
— Sytuacja, co do męskiego oprzyrządowania, wyjaśniona. Istotne jednak!
— Murzynkiem nie przejmuj się, stary.
— Tak, uczyniłem. Poza tym, gej z tego człowieka. Ty, a może doraźnie i my, spróbujmy się… spedalić.
— Coś nagle wykombinował? — oniemiałem.
— No wiesz, wyłącznie zabawowo. Cosik na wzór układu mej siostrzycy, z moją byłą. Albo wspomnianego Murzynka, z ukraińskim białasem. Tylko u nich, to jakby przewlekłe. U nas, jedynie chwilowo zaistnieje.
— Odbiło ci?
— Gdzie tam! Towarzyski jestem. Z konieczności zadziałajmy, kuźwa. Bądź człowiekiem. Na musiku jadę. Dostrzegłeś stójkę. Żadnej dupy pod ręką, a tu męskość pręży się i w jądra upierdliwie ciśnie. Pro-jajeczna profilaktyka, jak najbardziej wskazana. Bez niej, jądrzyska rozbolą. Znasz przecie męski problem. Także ulżysz sobie. Śmiały, ludzki, bezpruderyjny oraz koleżeński jestem. Zapewniam, dopomogę w sprawie. Wystrzelisz przy mnie, obiecuję. To jak, zadziałamy?
— W końcu gej, czy bardziej… heteryk z ciebie? Połapać się trudnawo.
— Człowieku, z chłopakiem, nigdy jeszcze tego nie robiłem. Aktualnie, jak gdyby doraźny musik zachodzi. Kiedyś, widziałem dwóch zakochanych kolesi otwarcie, śmiało i spontanicznie działających w ogólnodostępnej bzykalni. Udźwigniemy podobne zadanko. Prościzna, moim zdaniem. Męskie ruchy identyczne, jak przy obsłudze dziewczyny. Do buzi, brać nie musisz. Ja, wezmę twego. Wiesz, z czystej ciekawości, co dziewczyny widzą w identycznej zabawie. Tylko w ścisłej tajemnicy się popieprzmy, aby zaraz rzeczywiście nie okrzyknięto nas pedałkami. Chociaż wszyściutko dla ludzi, podobno.
— Jesteś pewien?
— Oj tam! Nie błądź zanadto myślami. Szkoda czasu!
— Nagą, męską randkę nagle mi proponujesz?
— Tak jakby… Nie wstydź się i otwórz na nowe doznania. Śmiało!
— Numerant z ciebie.
— Skumaj prawidłowo, w potrzebie jestem. Lokalem, dysponuję. Dziś, Krycha łajdaczy się na górze. Jutro, moja kolej. Od dawna mamy tak ustalone.
— Jak sobie wszystko wyobrażasz?
— Zwyczajnie. Wpadniesz ze spodziewaną wizytą. Na początek zrobimy po mocnym browarku. Uczciwie schłodzonym, oczywiście. Po nim, śmielej rozbierzesz się przed kolegą. Ciekawsko zerknę, co skrywasz przed otoczeniem. W zamian, bezproblemowo i otwarcie okażę własne skarby. Potem obejrzane fujarki szybko przeistoczymy w jurne fujary i zadziałamy płciowo. Ciąża, na pewno żadnemu z nas nie zagraża. Zrozum, zero jakichkolwiek kosztów, czy nierefundowanych wypraw do braci Czechów. Kolejność rżnięcia tyłków, możemy losować. Moim zdaniem, wyjdzie wówczas sporo sprawiedliwiej. Pasi?
— Sorki, chłopie. Pieprzony tradycjonalista ze mnie. Wybacz.
— Człowieku, luzik. Zaeksperymentuj po prostu! Wszyscy naukowcy tak podchodzą do bliżej nieznanego im temaciska. Inaczej światowa nauka odwiecznie sterczałaby w miejscu i jakościowo, paskudnie ucierpiała. Odwagi!
— Nie ciągnie mnie ku żadnym homo-eksperymentom. Raz, wprawdzie zaistniało. Lecz skutecznie mi przeminęło. Taka prawda! Wybacz, nieboraku. Zabieram własne cztery litery i spadam stąd — zapowiedziałem swą asekuracjo-rezygnacjo-ewakuację.
— Kuźwa, aleś wykombinował. Liczyłem, że człowiek z ciebie.
— Sorki, że zawiodłem…
— Ty, chociaż wacka koledze okaż. Nie wstydź się. Lubię rzucić okiem na typowo męskie przymioty. Nie kręcą mnie, ale interesują poznawczo. Dlatego chętnie oglądam. Pokażesz narząd? Mogę się zrewanżować. Tylko chodźmy gdzieś na bok, aby pospólstwa zbytnio nie zgorszyć.
— Przy innej okazyjce, być może zaspokoję twą ciekawość, zobaczymy. Rewanżyk, niewymagany — odparłem, ulatniając się błyskawicznie.
Cóż, ponownie miałem nagłą okazję, aby zwątpić w ogólny sens obracania się w otoczeniu, w którym coraz rzadziej standardową dróżką trafia się do konkretnego celu. Być może niepoprawny naiwniaczek ze mnie? A może, jedynie pospolity niedouk życiowy? Skąd, mogę wiedzieć…
***
Znacznie, znacznie później usłyszałem od pewnej dziewczyny:
— Wiesz, penisy zaciekawiły mnie jeszcze w czasach szkolnych. Wasze sakiewki z jądrami, sporo mniej. Nie pamiętam, czemu tak wyszło. Może dlatego, że jajka mniej rzucają się w damskie oczęta skupiające się spontanicznie na chętnie demonstrowanym wacku? Ciekawszy obiekcik! Lecz w sumie, bez znaczenia. Fiuciska lubiłam nie tylko oglądać, ale i rysować. Najczęściej szkicowałam obiekty z pamięci. Nierzadko podczas religii z przydzielonym nam, paskudnistym księdzem-dobrodziejem. Z zamiłowania, ojcem-pedofilem. Ustawicznie zmieniał miejsca swego seks-grasowania. Z dawną gosposią, którą w kuria mu końcu odebrała, dorobił się trójki dzieciątek. Zapewne, dzięki Bogu. Lekcyjka z feralnym ojczulkiem była niby nieobowiązkowa. Lecz w szkolno-pedagogiczno-prokościelnej podświadomościo-rzeczywistości, jak gdyby przymusowa, niestety. Z tym, że to, jedynie niemożebno-niemiłosiernie nudne pieprzenie w bambus. Nic więcej! Zamiast bezproduktywno-bezsensownie przysypiać w trakcie pobierania posępnych, średniowiecznych nauk (niczym babunia, podczas mszy transmitowanej w przypadkowo poświęconym starodawnym radyjku, tudzież smacznie kimać przy dzienniko-wieściach dolatujących z telewizorka) wolałam w wielce niepobożnym skupieniu rysować tak zwane świństwa. Inspirowała mnie specyficzna wyobraźnia artystyczna. Jako małolata sądziłam, że samcze siurki to dość dziwnowate dziwadło-dziwa! Szczególnie, kiedy rosły całkiem niespodzianie dla mnie. Z tym, że w przeciwieństwie do nieprzepadających za mną (nadzłośliwawych) dziewczyno-koleżaneczek, nie miewałam nazbyt wielu okazji, aby ciekawsko i bezproblemowo pooglądać prącia. Chłopcy mnie unikali. Do tamtych idiotek, lgnęli. Co poniektórzy koleżkowie bali się mnie nawet, niczym ducho-widmo-zjawy. A wszystko przez profesję cholernego tatuśka. Biznesmena utrzymującego nas przy życiu dzięki niezawodnym nieboszczykom. Dla niego każdy truposz, zawsze oznaczał pieniądz! Często, niemały. Wszak rodzinki bywają szczodre dla nieboszczyków, którym nierzadko skąpiły grosza za życia. Wysokość tak zwanego ostatniego wydatku, z reguły nie gra roli. A grabarzowi, w to graj! Pieniądz, przecież nie śmierdzi. Zwłoki, owszem. Bywa, że istny odór. Już, jako wczesne dziecię poznałam ów fetorek. Szybko przywykłam, niczym rolnik do specyficznego aromatu chlewika, czy krowiej obory. Wystarczy oddychać przez usta i problem znika. Prościzna! Z tym, że widok, zawsze niezbyt ciekawy.
Owo specyficzne zwierzenie, usłyszałem kiedyś od dziewczyny, która jeszcze sporo później, wywarła niezwykle istotny wpływ na me dalsze, doczesne losy. Żyćko płata czasem fikuśnawe figielki, jak widać. Żadnista nowino-nowość, ostatecznie.
Tylko czy obiektywnie zerkając na nieco specyficzną profesję szanownego (nieznanego mi wówczas) papy, można rzeczywiście określić grabarza mianem biznesmena?
W aktualnej okolicznościo-rzeczywistośco-sytuacji, chyba tak.
Wszak nawet pradawny paskudnisty spekulant, kiedyś stał się nagle handlowcem. Taki byle cwaniaczynka zawsze kupi taniej, sprzeda sporo drożej i już. Oczywiście, niczego więcej nie umie! Lecz tyle, w zupełności wystarcza niedouko-handlarzo-przedsiębiorcy. Toż zeń, współczesny biznesmenik oraz kapitalista, w jednym.
No, i nieomal każdy były cinkciarz, migiem awansował kiedyś do miana właściciela legalnego kantoru obracającego dowolną walutą. Zaś wiecznie podjadająco-mlaskająca, wysoce obleśna z wyglądu oraz niemożebnie ordynarna kuchara, chwilowo bytuje, jako celebrytko-gwiazdeczka w jakiejś TV. W dodatku, wielgachna z niej gwiazda. Nic w tym dziwnego, skoro w nowocześnie płaskim telewizorze jej nadmierne wypukłości zapaskudzają widzowi ponad pół solidnego ekranu, zmajstrowanego w odległych Chinach. Przy czym mocnawo starawa metrykalnie babsztylo-emerytka (niestrudzenie robiąca z siebie infantylno-idiotycznego podlotka w przydużej blond-peruce), nie jest bynajmniej obrzydliwo-patologicznie otłuszczona, jeno bardzo… puszysta. Niczym dawniej, pierzyna.
To jedyne, poprawne politycznie określenie przaśno-grubego babsztyla. Dziś, nazwać coś po imieniu i beztrosko rzec szczerą prawdę po dawno-swojskiemu (że niemożebna tłuściocha!), to nieobyczajne chamstwo. Być może podpadające nawet pod jakowyś durnisty paragraf.
Cóż, wysilili się bezmózgowcy i wymyślili, co potrafili, więc mamy powszechnie obowiązującą durnotę. Obecnie nawet za gówniste byle gówienko, skołowany narodek może powędrować za kraty. Widać pradawne czasy na egzystencję w lochach powróciły.
Zwięźle mówiąc, pospolita od-unijna zaraza nadciągnęła. Nic więcej! Z tym, że zawinili w sprawie… Amerykanie. Zaoceanicznych (nie tylko na punkcie puszystości!), już pod koniec XX wieku zdrowo porąbało. Od nich inni pozarażali się, jak gdyby obyczajowym… „COVID-em”.
Podsumowując ewidentnie przykre zagadnienie, we współczesnym świecie rozpanoszyła się i trwale obowiązuje kosmiczno-nieziemska paranoja. Zaś gromadzie gawiedzi otumanionej uogólnioną bylejakością otaczającej rzeczywistości, w to graj. Taka, fajniuteńko poroniona epoka aktualnie panuje. Ale jak długowato potrwa? Cholera wie.
Cóż, nowe przyczłapało sobie z opóźnieniem i utknęło na mocno niewłaściwym obszarze. Nieważne, że nieomal o wszystkim stanowią teraz, głównie durnowato-bezsensowne rozwiązania. Grunt, że zachodnie! Czyli na dzikim wschodzie, powszechnie pożądane. Lecz także i przesadnie modne w tutejszej okolicy. Czyli nagle, mamy coś na kształt paranoi, psia mać. Przykre zjawisko.
A że zadomowiło się tu owo paskudnawo, więc zaliczamy teraz niby… mini raj. Tylko nieustannie dzieje się tu gorzej, gorzej i jeszcze sporo gorzej, niestety. Także coraz głupiej oraz beznadziejniej. Więc jak żyć, normalno-tradycyjnie kojarzącemu osobnikowi dowolnej płci (także tej zmienionej, tudzież sztucznie odzyskanej)?
Litości niemożebnie porąbani entuzjasto-wyznawcy narzucano-obowiązujących, jawnych kretynizmów. Pomyślcie łaskawie, choć ciuteczkę asertywniej, o ile jeszcze potraficie. Tak, sporo zdrowiej. A może i ekologiczniej. Nie pozwalajcie ustawicznie nabijać się w balono-butelko-trąbę. Nie warto. Wyłącznie wówczas straty zewsząd zagrażają. Zysków z patologicznego entuzjazmu dla byle euro-durnoty, zero. Ot, przykra prawda.
Z tym, że być może jeszcze większe paskudztwo w już drodze. Niedługo tu, też może nadciągnąć, kuźwa.
Wspomniana przed momentem dziewczyna, zaskoczyła mnie jeszcze czymś mocno nietypowym. Oznajmiła kiedyś, że wakacje spędziła z… prochami. Sądziłem, iż miała na myśli nielegalno-zakazane używki stosowane powszechnie nie tylko przez ciekawską młodzież, ale i jej stopniowo kapcaniejących pryko-rodziców, zaś z rzadka, nawet przez młodniejących wciąż dziadków. Wówczas wyjaśniła, iż chodziło jej o… ludzkie prochy, z którymi (do pewnego momentu bezwiednie!) podróżowała świeżo wyremontowanym kamperem, który dawniej pełnił w rodzinnej firmie… funkcję karawanu pogrzebowego.
W jakimś zakamuflowanym schowku na podręczne duperele, zawieruszyły się nie tylko zapuszkowane ochłapy śledziowe w pikantnym sosie pomidorowym, ale i… urna, z zawartością. Czyli też jak gdyby puszeczka, na… pozostałości.
Rodzinka umarlaka nie zgłosiła się bowiem po nią nie tylko w ustalonym terminie, ale w ogóle zapomniała o elegancko skremowanym samotnym kuzynie sczezłym w domu przeszczęśliwej starości. I tak, czyjeś smętno-ulotne resztki spędziły wakacje na… kempingu nudystycznym w Chorwacji. Tam, rozwiane przez silny wiatr, zniknęły bezpowrotnie.
Podczas gwałtownej nocnej burzy, zawadzająca nagim wędrowcom drewniana, mahoniowa urna (wystawiona wieczorkiem na zewnątrz kampero-karawanu), spadła z dachu czarnego auta. Przewróciła się, pękła i otworzyła. Raniutko, świeciła pustkami. Nawet firmową torbę foliową na prochy, wietrzysko wywiało z wnętrza. Śledzikowej konserwie, nic się nie stało. Jedynie termin przydatności do spożycia uległ nieodwracalnemu zatarciu. Lecz choć poobijane wieczko wydawało się wzdęte, rybki turystom nie zaszkodziły. Z tym, że źle smakowały, jak większość polskich konserw rybnych. Ale cóż począć? Taki przemysł rybny, jaki kraj…
Później uszkodzona drewniana szkatułeczka pogrzebowa została starannie (lecz mało ekologicznie!) wypucowana chińskim detergentem oraz dokładnie wypłukana w cieplutkich wodach Adriatyku. Następnie osuszona południowym słoneczkiem oraz spokojnistym wiaterkiem. Zaś po niezbyt skomplikowanej powakacyjnej naprawie uszkodzeń, ponownie skierowano ją do krajowego obrotu. Na rynku pierwotnym, oczywiście.
Wtórny rynek zbytu (póki, co), rzadko jeszcze występuje w cmentarno-grabarskiej działeczce. Szczególnie w odniesieniu do urn oraz trumien. Za to grób zwolniony przez dziadziusia (który zdążył się już w nim ekologicznie zutylizować), nabyć można bezproblemowo. Legalna sprawa. Ewentualny poszukiwacz okazji, nawet sporawo ofert znajdzie w Internecie. Dziś każda działeczka w modzie oraz w cenie. Byle w atrakcyjnej. Nieprawdaż?
Rozdział I
Chyba szczerze powinno tu być, moim zdaniem.
A skoro tak, niech będzie. Aż, do bólu!
Więc…
Gdyby nie pieprznięto-popieprzona pani Unia, Jolanta Nieznana byłaby zapewne niechciano-ukochaną córeczką jurnego, morsko-zatokowego rybaka Jędrzeja Tadeusza Nieznanego. Z bierzmowania, Józio miał chłopina na kolejne imię.
Zdrowy, onegdaj młody człeczyna okazał się mocno nadpobudliwym plemnikotwórcą, z niemal permanentnym wzwodem przypadkowo obrzezanego prącia. Cóż, pech!
Beztroska państwowo-powiatowa służba zdrowia, pomyliła maluszka z innym oseskiem identycznie beczącym na szpitalnym oddziale położniczym. W efekcie, ciachnęła nie ten napletek, który pierwotnie zamierzała. Rodzice nie zgłosili pretensji. I tak, niczego by nie wskórali z powodu ubytko-braku kawałka skórki na niemowlęcej sikawce. W sumie, żadna to strata dla przypadkowo powiększonej rodziny. A wiecznie beczącego gówniarza, o zdanie nikt nie pytał. W tym wieku, niemowa przecież. Skoro sikaweczka poprawnie działała, nie zaistniały podstawy by składać reklamację.
Znacznie później ów poszkodowany w okresie niemowlęcym człeczek, odziedziczył po dalekim kuzynie świeżo wyremontowany (dzięki kredytowi zaciągniętemu w zaoceanicznym banku, z filią zlokalizowaną tuż nad Wisłą), wysłużony jeszcze za czasów socjalizmu ruski kuter rybacki, z białym napisem: „LENIN”, na burcie. Czyli jednostkę pływającą, w każdej epoce towarzysko-historycznej jak gdyby ździebko wrogą Lechitom.
Całkiem przydatny, pływający niby-badziew. Do tego nieustannie własny. Nigdy nieupaństwowiony pomimo kolejnych zawirowań dziejowych. Zaś, kiedy nie tak znowu dawny przyjaciel, stał się nagle współczesnym wrogiem, niezatapialna dziejowo jednostka nadal zachowała swą neutralność. Ot, drobnawo-cudaczno-dziejowaty mini dziwolążek.
Skromniutkie stateczko-pływadło, nigdy nie zaliczało się do techniczno-wynalazczej rewelacji. Starodawna klasyka, raczej. Niewielki kopcąco-rdzewiejący wynaleziunek z kilkoma kolorowymi bojkami na śliskawym (kiedy zamókł) pokładzie. A także z kolekcją różnorakich sieci, w których przez przypadek pomarło kilkanaście bałtyckich foczek. Bynajmniej nie dwunogich, nadmorskich mewko-kurwiszonków, lecz nielegalnie zjadanych przez niektórych ludzi, tłustawych stworów ohydnie zalatujących trano-rybkami. Paskudztwo kulinarne po prostu! Lecz przysmak, dla niejednego Chińczyka. Cóż, rzecz gustu oraz preferencji żywieniowych. Nic więcej. Gdy zdobycz świeża, może nie zaszkodzi. Smacznego! Padlinka, mniej atrakcyjnie zalatuje.
W sterówce rzeczonego pływadełka, prócz tradycyjnego krzyżyka, obowiązkowo musiały wisieć foto-portrety gołych, cycato-dupiastych bab (wzorem wielu warsztatów samochodowych). Toż pan sternik, zarazem mechanik. Z tym, że pokładowy. Podczas pracy lubi rzucić okiem na to, co i tamtemu pasi. A kiedy na bezkresnym morzu chuć chłopinę najdzie, wpatrzony w mało święty obrazeczek zrelaksuje się ręcznie na natury łonie. Prosta, wielce przydatna focia, która zawsze ucieszy wzrokowca muszącego zadziałać w samotności. Naturalna, męska fizjologia! Bóg pewnie tak chciał, skoro nieustannie toto obowiązuje.
Z racji odpowiedniego przyozdobienia miejsca pracy, przynajmniej z mety wiadomo, że konkretny wilk morski, gejem nie jest. Zaś, jeżeli pośród ziemskiej golizny wisi też święty krzyżyk znaczy, iż katolik, na domiar złego. Mówiąc inaczej, prawdziwy Polak. Taki, że mucha nie siada. Czyli wzór! Tylko…, dla kogo?
Wspomniane pływadło napędzane hałasująco-dymiącym, wysoce nieekologicznym silnikiem diesla, zwało się wówczas: „Zołzula”. Ponoć na cześć przypadkowo zagubionej podczas rejsu, mocno uprzykrzonej małżonki pana rybołowa.
Utopiło się babsko w cholerę, tuż przy wodach terytorialnych Litwy. Podczas wspólnej, rodzinnej wyprawy po tamtejsze śledzie. Mówiąc niezbyt patriotycznie, stale znacznie pyszniejsze są tamtejsze rybeńki od naszych, krajowych. Z tym, że istotna tajemnica tkwi w ich oporządzaniu, tuż po udanym połowie. Nasi, wszystko spieprzą niezdrowo przesalając. Tradycja, tak nakazuje. Nic, nie poradzisz! Bez uczciwego wymoczenia ościstej tuszki w kranówie, nie przełkniesz świństwa. Lepiej nie kupować, zaszkodzi.
Wówczas, dzięki własnej nieuwadze, wypadło babsko za burtę przy koniecznym, nagłym manewrze kutra omijającego unijnie chronioną foczkę oraz goniącego za nią dla zabawy, niewielkiego rekina bałtyckiego.
Jedynie czort wie, jakiej odmiany był drapieżnik. Wszak aż trzy jego odmiany lubią szlajać się po okolicy. Wizualnie, wszystkie podobne do siebie niczym bałtyckie śledzie, do jeziornej sielawy (czy szprotki, do oklejek). Sardynka (nawet zapuszkowana), to coś całkiem innego. Obła bardziej i sporo smaczniejsza od szprot, nie tylko po uwędzeniu. Jedynie na surowo raczej niejadalna. W przeciwieństwie do śledzika, idealnie pasującego do domowej wódeczki potocznie zwanej bimbrem. Pokątnie, niby nie wolno napoju produkować, gdyż patologicznie zachłanna ojczyzna na tym straci i straszliwie zbiednieje. Lecz z drugiej strony, grzech samogonu nie pędzić(!), skoro wszelkie niezbędne składniki są legalnie i masowo sprzedawane w sieci. O niezbędnej specjalistycznej aparaturze, nie wspomnę. Do ukochanego szybkowaru żony, wystarczy dokupić kilka idealnie dopasowanych metalowych rurek i domowy sprzęcik konieczny do pędzenia wódzi, gotowy! A proces produkcji prościuteńki. Nawet przedszkolaczek ogarnie, kiedy uważniej podpatrzy ojca, względnie dziadziusia w trakcie standardowego, kuchennego zajęcia wyjątkowo pozytywnie wpływającego na systematycznie wzrastającą poprawę humoru protoplasty.
Tak, więc ongiś szanowna żonka wspomnianego rybołowa rozpłynęła się w morskiej toni i w mig było po solidnej, dorodnej kobiecinie w szarym, poradzieckim waciaku. Pomimo sporawej wyporności nieomal wielorybiego cielska, przepadła bidula. Niczym byle bambulec, w morskiej głębi.
Nie licząc ogólnej, cielesnej puszystości topielczyni, wolno nasiąkająca (upaprana smarem) kurteczka, też nie dopomogła. Humanitarno-litościwie wyrzucone za burtę chińskie koło ratunkowe, pechowo zatonęło. Dobrze było widać jak sunie ku dnu, bo jaskrawo kolorowe. Zaś wystrojona na ciemnowato kobiecina, na amen zniknęła w tajemno-mętno-zimnych odchłanio-głębino-szarościach. Cóż, ludzka wielorybica beztrosko zatonęła i wreszcie… spokój święty w domostwie rybaka zapanował. Wyjątkowo milutka sytuacja, jak gdyby. Z tym, że oficjalnie, obowiązywała żałoba. Tradycja, tak nakazywała. Na pewien czas, żal musiał przytłumić radość. Inaczej nie wypadało, psia kostka.
Czasem najwyraźniej otyłość szkodzi życiu, niczym legalne zioło zawierające przesadny nadmiar nikotyny. Przykre! Z tym, że pan rybak przez krótki czas targał w duszy drobny dylemacik. Nie był bowiem pewien, czy bardziej powinien żałować utraconego na zawsze balastu życiowego, czy też ostro radować się z identycznego powodu. Od bardzo dawna nie przepadał za szczęśliwie zaginioną małżonką. Pałętała się mu u boku i już. Przywykł, chłopina! Niczym do cienia, który w księżycową noc uparto-upierdliwie dreptał za nim.
Niemal po roku od feralnego rejsu ku litewskim obszarom śledzikowym, unijna ministra do spraw rybaczenia przysłała chłopinie link do odtajnionego zdjęcia satelitarno-szpiegowskiego, przypadkowo uwieczniającego tamto morskie zdarzenie. Dołączyła też zdawkowe kondolencje oraz złoty medal (tłoczony w tombaku), przyznany jednogłośnie owdowiałemu, polskiemu rybakowi za uratowanie foki szarej wadliwie oznakowanej przez ubogich, estońskich naukowców. A także ocalenie rzadko spotykanej bałtyckiej rekinki obłej.
Doniesiono również rybakowi, iż zaobrączkowana foczka zginęła tragicznie dzień później około południa. Zderzając się czołowo z kontuzjowanym, ruskim okrętem podwodnym płynącym wierzchem. Zaś wrogo umundurowani marynarze, cichcem wtrząchnęli swą ofiarę, czyli ewidentnie nielegalną zdobycz. Zaszło wówczas jakby… morskie kłusownictwo, w biały dzień. Z tym, że wcześniej, foczka nawpieprzała się ołowiu oraz rtęci obecnej w mętnych wodach zaniedbanego ekologicznie Bałtyku. Dzięki temu, szybko było także po wygłodzonych ruskich marynarzach, pośmiertnie odznaczonych za nieistniejące zasługi dla poradzieckiej ojczyzny.
Jędrzejo-Tadeuszo-Józefik Nieznany, przyszły ojczulko-rozpłodowiec i prawny spadkobierca wspominanej jednostki dymiąco-pływającej, wprawdzie przejął łajbę i profesję po zmarłym z nudów, bezdzietnym kuzynie-rybołowie. Lecz w owym czasie, poczęto bezwzględnie wyniszczać polskie rybołówstwo. Powszechnie zaczęły obowiązywać wielce upierdliwe nakazo-zakazy (podobnie, jak wcześniej w nieszczęsnym krajowym rolnictwie, które z woli bezdusznej Unii, także migiem wykończono na amen).
Następnie ów trofiejny (nagle całkiem nieprzydatny kuter), okazyjnie odkupił za dolary przypadkowy poradziecki Żyd-spekulant, bytujący na stałe w północnowschodniej Norwegii. Zaś mocno sfrustrowany przyszły papcio wspomnianej wcześniej dziewczyny, przeniósł się w głąb ojczystego (k)raju, bóg wie, po co.
W trakcie trwania super promocji w tamtejszej Biedrze, w kolejce do chwilowo popsutej kasy poznał byłą cukierniczko-lodziarkę. Nienajgorsza z wyglądu, porzucona przez konkubenta kobieta przebranżawiała się właśnie zawodowo w dyplomowaną kosmetyczkę. Wieczorkiem postanowili zaszaleć płciowo, więc udali się do pobliskiego motelu na rozbieraną randkę. W efekcie standardowej (bezkondomowej) zabawy, przypadkowo spłodzili niechciane pacholę. Czyli z mety kłopoty i pech!
Puknęli się wyłącznie raz., bo czas naglił. Nie uczynili wcześniejszej rezerwacji. A ludeczkostwu w nagłej potrzebie przechodni, bezokienny pokoik (a w zasadzie, zakamarek!) schadzek wynajmowano drogo. Jedynie… na pełne godziny. Ogólnie ułożyło się nieco paskudnawo. Musieli czekać aż za cieniuchnym, gipsowym przepierzeniem parka młodych gejów skończy baraszkować. Nieco nerwowa atmosfera sprawiła, iż pomimo, że przysługująca im gratisowa paczuszka prezerwatyw oczekiwała na mini stoliku, kompletnie zapomnieli o antykoncepcji.
Potem z przyziemnych przyczyn finansowych, aborcyjna eskapada do bratnich Czech, stanowczo odpadała. W nieprzyjaznej obywatelom ojczyźnie, usunięcie płodu wyszłoby jeszcze drożej! W ostro pokręconym, wyznaniowym (ale teoretycznie, świeckim!) kraju, jedynie drogą nielegalną można się pozbyć utrapienia. Za starodawne „bóg zapłać!”, nikt już obecnie, nikomu nie pomaga. Dobrych uczynków, także dawno zaniechano. Jedynie złych, pełno wokół. Cóż, aktualnie obowiązują inne czasy niźli w młodości sklerowatych już dzisiaj dziadków. Biedaczyskom, nieustannie szkoda pradawnych lat! Wszystko, co uprzednio istniało, komuś przeszkadzało, niestety. Tylko…, komu? Nikt, nie pamięta!
Nowi znajomi z Biedronko-marketu (czyli przypadkowi, zbyt spontaniczni kochankowie), dogłębnie załamani kompletnie niechcianą sytuacją życiową, wydawali się zatroskani o przyszłość czekającego ich związku oraz diablo-nadanego berbecia. W wkrótce zamieszkali wspólnie w opuszczonym (nawiedzonym ongiś, jak poszeptywano) domu usytuowanym tuż przy starym cmentarzu.
Dzięki niebagatelnej pomysłowości, własnym sumptem przeistoczyli niepokaźną ruderkę w całkiem przytulne domo-cacko. Zaś w dawnych sporawych zabudowaniach gospodarczych otworzyli nowy, intratny interes. Zakład pogrzebowy, typu all-inclusive. Taki z fachowym upiększaniem, pudrowaniem oraz szminkowaniem bladziutkich nosków i buziek, a nawet mumifikowaniem zwłok na zażyczenie bliskich. A więc drobna dawka pośmiertnego luksusu wspaniałomyślnie fundowana nieboszczykom, przez pozostałych przy życiu krewnych, pazernych na spodziewany spadek
Spopielić truchełko padłego dziada, też można było. Lecz nie w obrębie domostwa grabarza, a w nowoczesno-ekologicznym, zaprzyjaźnionym, gazowym krematorium. Bogaty wybór urn oraz trumienek był nieomal nieograniczony (czym chata bogata i jeszcze było tego odrobinę). Jakby co, kurierem dawało się sprowadzić cosik ekstra. Na przykład wprost z Alaski urnę w kształcie niedźwiadka gryźli (np. dla byłego polskiego myśliwego, przypadkowo poległego podczas łowów na bażanty). Tudzież z Cape Canaveral trumnę przypominającą rakietę kosmiczną (na przykład dla emerytowanego astronoma, niepoprawnego fantasty niby-kosmity, względnie podróżnika, który zakończył właśnie wojażowanie). Jedynie wówczas koszty usługi sporo rosły! Rutynowe odszkodowanie za trupa ze skąpego ZUS-u, nigdy nie wystarczało na podobne fanaberie. Kto żyw, próbował przecież zarobić na nieszczerze opłakiwanym nieboszczyku. Nie tylko panowie-kopidoły. Kurierzy transportujący zewsząd bardziej oryginalnawe urno-trumienki, także.
Dyplomowana kosmetyczko-żonka (z byłego zamiłowania, cukierniczka), też bezproblemowo mogła praktykować. A także sprawdzić się i pozytywnie wykazywać w nowo obranym zawodzie. Przymusowy małżonek-dzieciorób (stawiając na starożytną tradycję), szybko podszkolił się w mumifikacji martwych ciał na renomowanym egipskim portalu internetowym. Wystarczyło kliknąć w biało-czerwoną flagę (umieszczoną na ekranie do góry nogami), aby niezbędna wiedza mumifikacyjna leciała po polsku. Drobna przysługo-usługo-zasługa wszechobecnej sztucznej inteligencji, oczywiście!
Praktyki odbywał studencinka-samouk w starej szopie, tuż za domem. Wykorzystując przeterminowaną ruską formalinę oraz poradziecką pompkę wtłaczającą ową chemię w naczynia krwionośne świeżo wypatroszonego nieboszczyka. Tę umiejętność, posiadł grabarz od znajomego… myśliwego. Pod fachowym okiem łowcy, pilnie ćwiczył na kilku dzikach srogo ukaranych za nieodpowiedzialne zachowanie. Czyli beztroskie wyrządzanie szkód w zaniedbanym kartoflisku. Człek dość szybko stał się niezłym fachowcem do spraw wybebeszania martwych ciał. Naprawdę, proste zajęcie. Jedynie ostry kozik niezbędny. Ostatnio, chińskie w modzie.
Toż wieprzek, czy ludzik, nieomal jedno ścierwo. Anatomia, podobna. Wątróbki, dudki, cynaderki, czy serducha, posiadają jakby identyczne. Lecz penisy, już sporo inne. Ludzkie fajniej prezentują się, zdaniem kobiet. Za to wątroba wydobyta z prosięcia, rzadko bywa stłuszczona. Ludzka, przeciwnie. Szczególnie u myśliwych, którzy każdą ekologiczną zdobycz obficie opijają wodą ognistą, w myśl uwielbianego tradycyjnego powiedzonka: „Jeśli tej sztuki nie opijesz, kolejnej nie zabijesz”. Taka, pro-zbrodnicza motywacja do ochlajstwa. A wszystko w ramach mocno zakłamanej ochrony przyrody, ma się rozumieć. Na trzeźwo, trudno rzecz pojąć. Po pijaku, bezproblemowo: „Lej, co wylezie przed lufę. Wszak… dbasz o przyrodę. Darz bór, mięsiarzu!”.
Warto było uczciwie doszkolić się oraz przebranżowić. Wiadomo, grabarzom przenigdy klientów nie zabraknie (paniom położnym, także). Idiotycznie zbiurokratyzowana Unia nie wyda przecie zakazu umierania swemu permanentnie ogłupianemu ludowi. Nawet gdyby Brukseli odbiło, zainteresowani przeprowadzką w zaświaty, jak nic oleją wytyczne. Kopną w kalendarz i zwieją stąd. Z podobnej dyrektywy, jedynie kolejna durnota migiem by wyszła. Aż tak raczej nie przegną, ogólnie popieprzeni biurokraci. Jeno kaski europejskich lenników żal na permanentne utrzymywanie kompletnie bezużytecznej zgrai urzędasów. Owo stado darmozjadów, warto by odesłać na bezrobocie. Miło pomarzyć… Nieprawdaż?
Co najwyżej w ramach nieprzemijająco-trwającej durnoty, brukselscy mogą zakazać mówienia trup, o nieboszczyku. I nakazać gadać nań człek, żywy inaczej. Zapewne logiczne to, jeno po unijnemu. Lecz szanowna Ameryka, pewno migiem zmałpuje idiotyczny wymyślunek. Tamci, uwielbiają dziwnowate dziwa oraz wszelakie dziwactwo-dziwaczenia. Typowo kretyńskie, najbardziej.
Wypada jeszcze dodać, iż niechcianym bękartem poczętym naprędce w klitce przypadkowego motelu, okazała się Jolcia — córcia biznesmena-grabarza oraz trupo-kosmetyczki. Z czasem wyrosła dziecina na… całkiem seksownego odludka. Lecz zanim stała się naprawdę seksowna, zwykle samotnie się zabawiała. Z pasją organizowała niezliczone pogrzeby ogrodowe. Nawet pod-choinkową Barbie od babuni pochowała zimą na za-domowym zagonku po rzodkiewkach, porach oraz dymce.
Planując rychły pogrzeb otrzymanej lali, (tuż po Wigilii) obficie posypała ziemię solą himalajską, aby zlodzony gruncik rozmarzł. Pomogło! Bezproblemowo dało się wykopać szpadelkiem dołek pod wymiar zabaweczki. Tatuś, podobnie działał zimą na cmentarzu. Córeczka, bywała wyjątkowo spostrzegawcza i chętnie uczyła się, naśladując dorosłych.
Ciachowatemu Kenowi podarowanemu przez hojnego Mikołaja, dzień później zrobiła… sekcję zwłok. Przy okazji pobierając zeń wyłupiaste oczęta, do transplantacji. Zgon lalki stwierdziła przykładając paluszek do szyjki zabaweczki. Nie wyczuwając pulsu śmiało przystąpiła do dzieła, niczym rasowy rzeźnik w klasycznej ubojni niewiniątek. Krew denata była lipna. Mnóstwo czerwonej farbki do malowania jaj pozostało w domciu po wiosennej Wielkanocy. Termin ważności chemii, mijał w Sylwestra. Należało szybko rzecz wykorzystać. Wyrzucać, żal przecie. Poza tym cholera wie, jak toto ekologicznie sortować. Kiblem chyba. Przynajmniej wówczas… mandatu człowiekowi nie wlepią. Taka, durnota wszak obowiązuje!
Pozyskane z Kena gałki oczne, wytrwale i pracowicie wszczepiała później (na żywca!) ukochanemu misiowi, który latem (wypadając przypadkowo z okna), zapodział własne. Z tym, że nieco wcześniej rezolutna dziewczynka zdziwiła się konstatując, iż jej rozebrany do sekcji Ken nie posiadał siusiaczka, ani jajeczek. W Internecie, na japońskiej stronce edukacyjnej dla skośnookich dzieci, widziała wcześniej coś… całkiem innego. Było normalnie, jak u żywego lub zmarłego chłopca. Dyndała sikawko-ptaszyna. I tak, w zafrasowanej głowisi zrodziła się nagła zagwozdeczka. Powstał istotny dla dzieciaka problem. Na szczęście, młody nieboszczyk dopomógł w niezbędno-koniecznej edukacji. Czasem, jednak dobrze mieć zwłoki pod ręką.
Zadziało się, następująco.
Dzionkiem, tatko (wyraźnie zadowolony z pozyskania nowego klienta), przywiózł trofiejnego jakby, nieco ubłocono-upapranego, pokrwawionego, świeżutkiego trupka jakiegoś nastolatka. Zwłoki powstały w efekcie wypadku drogowego, tuż przy pobliskiej knajpo-mordowni. Podpity klient — kierowca trucka, późnawo zahamował. Dzięki czemu szkolny wagarowicz, migiem stał się gotowy do zebrania z asfaltowej nawierzchni. Wyposażony w duże, plastikowe worki karawan tatusia, jako pierwszy zjawił się w miejscu ubojo-zdarzenia. Zarobek, murowany. Z tym, że należało odpalić obowiązkową dolę gliniarzowi, który uczynno-interesownie dał cynk, iż towar gotów do pozbierania do kupy oraz zabrania z drogi publicznej.
Potem wielce rezolutna i nadciekawska Joleczka (preferująca jasno-oczywiste, nieprzekłamane informacje), pomimo nieprzemijającego późno wiosennego upału przyodziała ciepły paltocik i z latareczką, wieczorową porą zakradła się cichcem do przydomowej chłodni. Nieomal identycznej, w jakiej legalni zbrodniarzo-myśliwi przechowują ubite sarenki, dziczki, czy zastrzelone podstępnie rogate jelenie. Z powodu wyższej konieczności, zapragnęła o czaić przedziwnie nieoczywistą, rzeczywistą rzeczywistość anatomiczną naturalnego, a nie, plastikowego chłopczyka.
Było, niczym w necie. Nie kłamał, cholernik! Jedynie ciuteczkę odmiennie sprawa się przedstawiała, gdyż nadmiernie sinawo siusiadełko wyglądało. Lecz wiadomo, zimny trupek w chłodni, różni się od żyjącego jeszcze i nieustannie ciepłego osobnika. Czyli, nie dziwota! Grunt, że toto istniało gdzie powinno być, zdaniem netu!
Tylko gdzież rozebranemu i pokrojonemu Kenowi do poznawanych w tajemnicy i chłodzie obiektów anatomicznych. Bez zbędnego smutku oraz żalu zorganizowała lalce fikuśną trumienkę ze świątecznego, ździebko zakalcowatego piernika z bakaliami. Zaś niestandardowy grobek usytuowała tuż przy resztkach starej pryzmy kompostowej. Wczesnym latem, spostrzegła w niej mnóstwo robali. Wygłówkowała, że szybko zjedzą wybrakowanego Kena wraz z niesmacznym, świątecznym ciastem. Ekologiczna utylizacja resztek i tyle w temacisku.
„Spoczywaj w spokoju biedny wybrakowańcu. Zachowam dla siebie twą tajemną tragedię rozporkową. Obiecuję…” — mruknęła pod nosem, na pożegnanie własnoręcznie rozprutej, nowej zabaweczki.
Później, gdy panienka z domu z widokiem na cmentarz sporo podrosła, nieoczekiwanie zainteresowała się… poezją. Lecz nie miłosną (jak standardowo czyni większość podrostków płci żeńskiej), lecz jakby… śmiercio-trupio-cmentarną. Sama, również poczęła układać wierszyki opiewające swojskie dla niej klimaty. Przykładzik:
HAPPY HALLOWEEN!!!
Po cmentarzu
Często tuptam.
Patrzę — trup, tu.
Widzę — trup, tam.
Z lewej, świekra
Czyjaś leży,
Wraz z teściową
Trzech żołnierzy.
Między nimi
Piwosz — dziadek.
Przy nim wnuczek —
Miał wypadek.
Ex-sklepikarz
Z warzywniaka
Wraz z małżonką —
Ta, na raka.
Trójka dziatek
Jednodniowych,
Para bliźniąt
Dwujajowych.
Kardiologa
Szósta żona!
Każda mu na…
Zawał kona?
Dróżnik, który
Wpadł pod pociąg.
Maszynista,
Co go pociął.
Dziwka z baru —
Zbyt przyćpała.
Zakonnica —
HIV złapała.
Ksiądz, którego
Zaraziła.
Stary grabarz —
Cud mogiła.
Wszyscy leżą
W równym rządku
Gnijąc wspólnie,
Bez wyjątku.
Ja, na gnój się
Nie nadaję.
Cóż, po śmierci,
Wnet się spalę!
*****
W przeciwieństwie do patologicznej samotnicy Jolanty Nieznanej, jako ustawicznie wzrastające pacholę (faszerowane głównie tradycyjną, mało ekologiczną strawą), przenigdy nie zajmowałem się rymowaną grafomanią, w czasach szkolnych. A tym bardziej, nie zabawiałem się w samotności w grabarza. Nadtowarzyski nawet bywałem. Toż w Jolęcych preferencjach, istniało kompletne zero atrakcyjek dla kurdupla płci męskiej. Szkoda czasu, na nic!
W stosownym wieku, w tak zwanego lekarza, owszem harcowałem. Nawet często. Sporo, oj sporo ciekawsze płynęły z tego doświadczenia. Najczęściej badaliśmy się naprzemiennie, aby sprawiedliwie wychodziło. Lecz nie, z kolegami! A z trzema całkiem ładnymi koleżankami zazwyczaj ochoczo działałem. Im mniej przyodziewku pozostawało na pacjentkach, tym hecniej wychodziło.
Z tym, że ciekawsko-wrednowate zołzo-mołzy, pierwsze obejrzały mnie bez niczego. Przy pierwszym podejściu do zaplanowanej zabawy, dla zachowania choćby odrobinki przyzwoitości, rozebrałem się przy nich skromniutko, tylko do gatek. Rejestrując mą przesadnistą nieśmiałość, najładniejsza uśmiechnęła się niby milutko. Podeszła śmiało i nagle… cabas za pasiasty materiał. Za moment, trach z nim w dół i niespodzianie naguśki przed nimi stałem. A uradowana samozwańcza lekareczka, łaps za linijeczkę i mierzy u mnie, czego matka natura, jej poskąpiła. Taka, sprytnowato-ciekawsko-niewinna bestyjko-koleżaneczka.
Potem ogłosiła wszystkim, że u jej braciszka, większe jąderka występują. Zaś u wujaszka, w ogóle wszystko wielgachne i bardzo ciemne oraz grubaśne. Konkretnych rozmiarów nie znała, bo nie mierzyła. Jedynie zoczyła kuzyna, gdy namydlony, stał pod prysznicem klnąc, że wodę właśnie wyłączyli. Uczynnie, dostarczyła strapionemu człowiekowi ostatnią butelkę gazowanej mineralki do opłukania się. Ciekawsko obejrzała, co chciała. Popodziwiała nieomal czarny narząd przyozdobiony pod spodem solidnymi jajami i usatysfakcjonowana przypadkowym (jak gdyby… oświatowym) doświadczeniem, opuściła okupowaną przez wujcia łazieneczkę.
Jako współzabawowicz, sterczałem więc w pokoju goluchny przed wyraźnie rozbawionymi koleżankami. Nie protestowałem, kiedy ułożyły mnie na stole i łapki wszystkich obmacały poznawczo me skarbo-ozdobo-atrybuty. Wprawdzie czułem się nieco dziwnowato, ale jak bawić się, to na całego, kuźwa! Co tam, niech macają. Nie ubędzie mi.
Później identycznie z nimi postępowałem. Ubranko, won! Pac, na stół. Nogi szeroko, bo wtedy ciekawiej. Żadna nie ośmieliła się zaprotestować. Obowiązywało nas przecież równouprawnienie. Wszystkie (czerpiąc przykładzik ze mnie!) musiały okazać się bezproblemowe oraz wystarczająco śmiałe. Oczywiście ciekawski byłem, jak cholera. Cóż, istotna inność, korci. Szczególnie, pod względem poznawczym.
Jedna numerantka po szczegółowym przebadaniu na wielgachnym stole, chciała się kiedyś całować ze mną, przy reszcie dziewczyn. W ogóle, jakby podkochiwała się we mnie. Ja, w żadnej (choć wszystkie, naprawdę całkiem niezłe). Po prostu z rozebraną pacjentką, doktorowi nie wypadało uderzać w ślimaka, przy pozostałych. Tym bardziej, że jako „chorowite”, oczekiwały na mą diagnozę. Bądź ja, takowej miałem zostać zaraz poddany.
Gdybym wyróżnił którąkolwiek, oczywista niesprawiedliwość wkradałaby się w nasze niewinno-poznawczo-dziecięce nagie harce. A babunia (ateistka z zamiłowania), upierdliwie przypominała o koniecznej uczciwości oraz obowiązującej sprawiedliwości w codziennym żyćku. Czyli w przedbiegach odpadało odmienne podejście do kwestii obopólnej młodzieńczej samo-edukacji płciowej. Proste i oczywiste, dla rozbawionego dziecięcia.
Z pierwotnego założenia przyjętego jednogłośnie zaraz po podstępnym rozebraniu mnie do golaska (jako pierwszego, w igrającej grupce), wszystkich zainteresowanych dalszą spontaniczną zabawą obowiązywało kompletne zero tajemnic, pruderii oraz jakiegokolwiek wstydu. Pełny luzik! Tylko wówczas fajowo przecie będzie.
Odpadało jedynie wymuszanie publicznego rzygania, przymusowa lewatywa, przesadne łaskotanie badanego pacjenta oraz ukradkowe podżeranie lekarstw babci-lekomance. Aby czortostwa, przypadkowo nam nie zaszkodziły.
Za to oglądać można było wszyściuteńko i zaglądać, wszędzie. Dzięki podobnie naturalno-beztroskiemu podejściu do cielesnej rzeczywistości, młodziutkie pseudo-doktórki zapragnęły zaznajomić się z kształtem oraz wielkością i konsystencją mej prostaty. Scenariuszyk oddupnej zabawy poznawczej w necie znalazły, numerantki. Wyjścia, nie miałem. Musiałem im tyłek udostępnić. Jedynie do końca doodbytniczych harców nie byłem pewien, czy odnalazły to, o co im chodziło. Doskwierało mi akurat… zatwardzenie. Elegancko i uczenie, obstrukcją nazywane. W sumie, przykra dolegliwość.
No, a mym ciekawskim oczętom (w dość wczesnej fazie ziemskiej egzystencji!), ukazała się błona dziewicza oraz jej różniste warianty anatomiczne. U Małgoni poznawczo przebadanej ginekologicznie, prawie niczego nie było. Okrągła dziurka z mini fałdko-falbanką, którą bardzo łatwo przeoczyć, amatorowi. Paulinka zaś, posiadała w kroczu jak gdyby jasno różowiutkie… siteczko. Z tym, że mięciuteńkie oraz elastyczne dla palucha-wycieczkowca. U Patrycji, sprawa przedstawiała się jeszcze inaczej. Odkryłem jedynie wąziutki przedziałeczek. Ot, dziwo! Przynajmniej dla mnie, wówczas. Oj, bardzo lubiłem nasze ćwiczonka z zakresu anatomii porównawczej, przyznaję.
Nauka przez zabawę, zazwyczaj sprzyja ustawicznemu rozwojowi pacholęcia. Samo-edukacji, również. Fakt niezaprzeczalny, moim zdaniem. Ale mamciom, też wówczas sporo łatwiej. Nie muszą jąkać się i czerwienić, odpowiadając na wstydliwe dla nich zapytanka, bezwstydnych dzieciaczków. Same zalety z samo-harców płyną, kuźwa!
Sporo później, u żadnej z dziewczyn pobierających obligatoryjne nauki w mym koszmarnym ogólniaku, nie spotkałem już owego lichutkiego (raczej zbędnego) daro-tworu natury. Czortostwo, wyparowało z pilnych uczennic, na amen! Taka szczera prawda wzięta z polekcyjnych życio-obyczajów rezolutnego ucznia. Kiedyś, przydarzyło się mu także podejrzenie parki młodych nauczycieli, bzykających się na stojaka na ostatnim półpięterku w niemożebnie ciasnej, zazwyczaj nieużywanej kanciapie.
Później owa grzesząca pozamałżeńsko kobietka, oczekiwała cierpliwie pod szkołą na mężulka, który zwyczajowo zabierał ją po zakończonej pracy oraz potajemnej, nielegalnej kopulacji. Lecz o ostatnim punkcie zajęć (niby… zawodowych) małżonki, ślubny rogaczyk najpewniej nie wiedział.
Po pewnym czasie, w trakcie wycieczki szkolnej podsłuchałem, iż ów małżonek-jeleń strasznie ucieszył się słysząc, iż zostanie ojcem. Dwa plotkarskie ciała pedagogiczne dzieliły się tą sensacyjną informacją w stołówce, niecierpliwie oczekując na mocno spóźniony posiłek. Dorzuciły także zwięzłą informacyjkę, że pan mąż nie wiedział, iż jest bezpłodny. Zaś jurny kolega z pracy, jedynie uczynnie dopomógł koleżance usilnie pragnącej się rozmnożyć. Jej wiek metrykalny, przynaglał do podjęcia niezbędnych działanio-czynności. In vitro, sporo przecież kosztuje. Belferek znający ponoć swe prokreacyjne zadanie, działał w kanciapie gratis. Koleżeńska przysługa, po prostu. Ale co sobie dupnął, to jego. Ona, nie narzekała na obsługę. Wieść niosła, iż sypiali ze sobą jeszcze przed jego ślubem z dziewczyną, za którą nie przepadał. Zaś pobrali się pod presją teściów, którzy nadmiernie przypadli sobie do gustu. Cóż, nie zawsze warto słuchać rodziców!
I nie każdej żonie można ufać, choćby… bezgranicznie. Różniście, cholery miewają!
Nawet atrakcyjne wydawało się (zapłodnione w końcu) ciało pedagogiczne, nie powiem. Wszelkie jego atuty stały się dobrze widoczne już za pierwszym razem, w kanciapie. Kiedy samiec rozpłodowy wyzwalał z nadmiaru łaszków rujną samicę. Z tym, że w dole, jawiło się wówczas… nieodpowiednio wydepilowane, niestety. Najwyraźniej, zamężne ciało pedagogiczne niezbyt już dbało o siebie.
Dopiero pod wpływem uroku gacha, własność pana męża poczęła kontrolować estetykę krocza. Kiedy za kolejnym razem nauczycielka ruszała w prokreacyjne tany (pozostając jedynie w modnych, markowych szpileczkach), dostrzegłem pozytywne zmiany.
Gdy mozolnie wspinali się gęsiego schodami w górę, domyśliłem się, co kombinują i dyskretnie podążyłem za nimi. A że zawsze bywałem spostrzegawczy, migiem zorientowałem się, iż (roztrzepana?) pani profesorka zapomniała wzuć podspódniczkową część garderoby. Pozytywną zmianę w kroczu, momentalnie zoczyłem. Miodzio, dla estety!
U celu spacerku nowy fizyk wypuściwszy z rozporka solidny, sztywny narząd (ewidentnie pozamałżeński!), od tylca posuwał nagutką, cudzą samicę. A golaska rozkosznie pojękiwała zasłaniając usta, aby przytłumić wydawane dźwięki radości.
Kiedy po raz pierwszy nakrywałem ich na niecno-prokreacyjnym uczyneczku, usłyszałem wcześniej cosik jednoznacznego, całkiem przypadkowo. Niezmiernie ciekaw, który z chłopaków, którą laseczkę dorwał podczas długiej przerwy, luknąłem do wnętrza pomieszczonka. Potem zaskoczony, obserwowałem z przyczajki niepedagogiczną akcję prokreacyjną.
Za kolejnym razem celowo, cichuteńko się pojawiłem. Dyskretnie zerknąłem przez odwieczną szparę w starych, zdezolowanych, zawsze niedomykających się drzwiach. Ochoczo obserwowałem, jak parkę młodych belfrów ponownie na siebie naszło. Za każdym razem dyskretnie wycofywałem się, aby przypadkiem nie przeszkodzić zajętym pedagogom. Nie wypadało! Nie wiedziałem wówczas, iż postanowili się rozmnożyć.
Postawa prospołeczna przeważała u mnie nad chęcią prowadzenia dalszej obserwacji uczestniczącej. Blisko przez kwartał, czyli do wakacji, pracowicie ciupciali się państwo pedagodzy w placóweczce ewidentnie oświatowej. Byłem przekonamy, że to wyłącznie niewinny romansik pedagogiczny. Nie zaś celowe, pro-prokreacyjne krycie cudzej żony. Nawet nie wpadłbym na podobny wymyślunek. Małżonek nielegalnie zapładnianej żonki, pewnie również. Cóż, kobieca pomysłowość, nie zna granic! Puszczalstwo zaś, miewa różniste cele i motywacje.
Ale w świeckiej szkółce patologicznie przepełnionej niechcianą religią, bywałem także przypadkowym świadkiem zdejmowania simlocka, którejś z bardzo młodziutkich, dziewiczych jeszcze koleżanek. Najczęściej ludziska pieprzyli się, opuszczając w tym celu pieprzone lekcje religii. Czyli mocno niepobożnie zwykli działać, jawni bezbożnicy.
Z tym, że nie zawsze wyłącznie jeden chłopak uczestniczył w kasacji upierdliwej cnoty konkretnej, wczesnej licealistki. Czasem główny destruktor musiał mieć do pomocy paru usłużnych kolesi. Niektóre przewrażliwione dziewczynki, należało ździebeczko przytrzymać w trakcie nieco bolesnawego zabiegu. Do tego przydawali się znajomi i zaufani chłopcy. Przytrafiało się nawet, że dziewczyna silnie zestresowana serią wcześniejszych niepowodzeń, tuż przed zaplanowanym zabiegiem osobiście dobierała destruktorowi konkretnych pomocników. A ci, uważali to za koleżeńskie wyróżnienie.
Lecz co śmielsze i bezpośrednie laseczki, czasem przymilnie prosiły jakiegoś starszego kolegę o rychłe pokalanie ich nienaruszonej kobiecości. Nierzadko pragnęłyby działać na chybcika. Nawet w szkolnym kibelku w trakcie długiej przerwy. Nie zważając na ewentualnych przypadkowych obserwatorów defloracji. Toż mus, zaliczyć podobny zabieg. Żadna tajemnica, że każda dziewczynka, tak ma.
Przytrafiało się, iż ewidentnie nadmiernie wyemancypowane (paskudnie zasuszone, zazwyczaj) nadekologiczne dziewczyny typu wege, potrafiły specjalnie podreptać do warzywniaka, aby nabyć odpowiednie krajowe warzywko, tudzież dorodny owoc egzotyczny (zwykle żółty i łukowaty). Po czym w zaciszu domowym załatwiały sprawę we własnym zakresie. Rasowe weganki, w swym bliskim otoczeniu silikono-plastiku zazwyczaj nie tolerują. Preferują naturalne eko-wibratory nadające się do spożycia, po użyciu. Hasełko: „Zero waste!”, zawsze u takich obowiązywało. Wydalana później kupka, ich zdankiem, nie miała większego znaczenia dla otaczającego środowiska naturalnego. Przymusowe konsumowanie paskudztwa, byłoby już grubym przesadyzmem.
Istnieją także spryciule, które na różnistych portalach internetowych dokładniej zaznajamiają się ze szczególikami ogólnoświatowego, tradycyjno-fikuśnego any-cnotowego rękodzielnictwa. Bywa, iż trafiają na mocno odmienne wskazóweczki. Jedna z byłych dziewic szczerze radzi obecnym, aby tuż przed decydującą akcją samca, nabrać głęboko w płucka dużo świeżego powietrza. Inna (wcześniej zdeflorowana) szczerze zaleca, aby je wypuścić. Co do siły nacisku wybranego narzędzia na błonę dziewiczą, również brak jednomyślności. Ale istnieje i przepis na… smacznistą mizerię z ogórka, który zawiódł dziewczynkę. Czyli jak gdyby wrednawa zemsta na warzywku zachodzi.
Co bardziej prospołeczne laseczki, spontanicznie dopisują do konkretnego postu własne wrażonka z przebytego zabiegu. Potem pragnąc zostać dostrzeżone w sieci, entuzjastycznie… lajkują w nieskończoność całość istniejącej wcześniej publikacji. Stąd wiem, że zdarzało się, iż jedna, drugiej w rozdziewiczaniu uczynnie pomagała. Całkiem po koleżeńsko-przyjacielsku, po prostu. Tak zwany, dobry uczynek. Nic więcej!
Zero podtekstów lesbijstwa, w zapodanym zagadnieniu. Jedynie… konkretna potrzeba życiowa zachodziła. Kiedy na przykład indywidualny powodzik do poczucia wstydu, stale i upierdliwie tkwił pomiędzy zgrabnymi odnóżami. A konieczna konieczność sprawiała, iż trzeba było nawiedzić ginekologa. Faceta, na dodatek. Taki czort, z mety może umieścić prywatno-tajno-wstydliwą wieść w swym medycznym komputerku. Nawet musi, zgodnie z miejscowym prokatolickim bezprawiem. Potem (niby omyłkowo), zajrzy w te notatki zwykły byle sąsiad-glina i migiem rozprzestrzeni się wokół szczera prawda o niepokalaniu konkretnej sąsiadeczki. A bo to raz w tym (k)raju, tak bywało? Skandal, gigantyczne draństwo oraz niemożebna granda, cholera! Lecz cóż poradzisz przeterminowana, przegapiona przez kolegów dziewico. Miałaś pecha i już! Świeć teraz ślepkami przed zbyt ciekawskimi. Wyjścia nie masz. Nawet, jeśli ze wstydu się powiesisz, prawda i tak wyjdzie na jaw pośmiertnie, w byle zakładzie pogrzebowym. Tam, wszędzie zaglądają, psia mać. Tylko, czego poszukują, cholera wie.
Generalnie, faceci miewają znacznie lepiej. Gdy nieskromnie opuszczą względnie bezwstydnie ściągną gaciątka, co najwyżej samczy ekwipunek można im starannie wymierzyć. Prawiczka, nikt na oko nie rozpozna, nawet bez majciątek. Jedynie w wyrku, żadna sztuka bezproblemowo zdiagnozować dziewiczego delikwenta. Zazwyczaj to szybkostrzelny, nadmiernie podjarany, pospolity patałach seksualny. Lecz głęboko przekonany, iż wiele potrafi. A może i… jeszcze więcej, niż skrycie marzy. W damskiej pościeli ekspresowo-prościutkie rozpoznanko zachodzi. Nawet młodziutka, świeżo napoczęta płciowo licealistka bezproblemowo udźwignie pieprzono-popieprzony samczy temacik. Prościzna, przecie!
Być może, dlatego sporo dziewczyn inauguruje zabawy w seksik ze starszymi od siebie facetami. Jak wieść międzyszkolna niesie, szczególnie preferowani bywają zajebiście wysportowani i ciachowaci panowie od wf-u. Tudzież trenerzy sportowi. Niektórzy nawet dyżurny materacyk do ćwiczeń gimnastycznych, trzymają stale w pogotowiu w służbowym kantorku. Aktualnie rzadko, która laska na zawsze opuszcza mury podstawówki w stanie niepokalanym. Takie czasy, moda oraz powszechne zapotrzebowanie na niecnoty wyłącznie. Wstyd w nieskończoność pozostawać dziewicą, kiedy „damski przebieg” posiada istotne znaczenie. Nawet bardzo pozytywnie świadczy o podwyższonej atrakcyjności konkretnego lachonka (jak twierdzą często, opiniotwórczy celebryci na różnistych forach). Za to zbyt długo nienaruszany towarek typu żeńskiego, nieatrakcyjność jedynie oznacza. Czyli w mig mamy brzydulę pospolitą. Malus vulgaris, jak światle rzekliby starożytni erotomani pieprzący się ongiś cichcem w kamiennych piramidach, niczym ich praprzodkowie w ekologicznie klimatyzowanych jaskiniach.
Jakiż normalny, współczesny chwast zechce wyrwać z tłumu napalonych lachonków, tak patologicznie funkcjonującą babę-dziwo. Uogólniona siara oraz koszmarnista masakra, w jednym przedsięwzięciu! I co bliscy kumple wówczas powiedzą? Obciach jeno, kurde-bele. Za to używany zajebisty towarek przejęty podstępnie od któregoś z gapowatych kolesi, to istna chluba oraz niemożebna chwała dla nabywco-zdobywcy. Pełen szacun oznacza to, w gronie pozostałych kolegów. Szczególnie, jeśli z pokoiku ze sprytnie ukrytą kamerką utwierdzi się konkretnych widzów w gruntownym przekonaniu, iż naprawdę używa się owej laseczki-nóweczki. Zero ściemy, kochani. Popatrzcie otwarcie i do woli popodziwiajcie wiadomą akcyjkę. No problem. Taka, typowo męska otwartość oraz nadmierna lojalność, niby koleżeńska. Ale także i cicha prawda o małoletnich kobietkach, uwielbiających podziw w oczach podglądających kolegów.
„Popatrzą napaleńcy, nasycą mą golizną samcze gały, a później zapodadzą innym, jaka jestem seksowna oraz przepiękno-piękna. I mam wzięcie, że hej!” — pomyśli niejedna, zwichrowana dupencja.
Cóż, tu także nowe nadciągnęło i migiem wygrało z zakorzenionym siermiężnym, narodowym średniowieczem.
Postępik to aby, czy ułuda jedynie? Diabli wiedzą.
Rozdział II
Nie odbiegając zanadto od przyjętej na wstępie linii pro-szczerości dodam, iż w moim przypadku umiłowanie całkiem fajowej laseczki przytrafiło się sporo później aniżeli w przedszkolu. Prawdę mówiąc z jej (całkiem przypadkowej) inicjatywy nieszczęśliwie zakochałem się podczas przypadkowego wyjazdu ze sporawą grupką równolatków. Wcześniej, owo dziwaczne uczucie wytrwale nie dopadało mnie czort wie, czemu.
Z widzenia, niby znałem długowłosy towarek. Taka tam dziewucha, wiecznie ubrana na czarno. Zgrabna nawet i jakby ładnawa. Lecz generalnie, szału nie było. Z tym, że wcześniej przenigdy nie objawiła mi się nigdzie… na golasa. Sprzyjających warunków ku temu zazwyczaj brakowało. No, bo gdzie? W markecie, przy budce z lodami i byle napojami, w warzywniaku, na poczcie, albo od tak, na ulicy?
Toż prorządowe psy policyjnie pewnie by zaraz ochoczo zainterweniowały. Zleciałyby się zewsząd na sygnale, zapewne. Dopatrując się we wszystkim braku obowiązującej tu prokatolickiej moralności. Takie mają dyrdymało-regulamino-wytyczne, niestety. Kompletnie nieżyciowe podejście do kwestii męskich zainteresowań, potrzeb, czy słabości. Plus (w pakiecie) wyjątkowo nieprzyjazne nastawienie do obywatela. Wiadomo, dobrze wytresowany gliniarz nie myśli, tylko wykonuje rozkazy. Jedynie wówczas, może liczyć na służbowy awansik oraz podwyżkę gaży.
Zero w tym zrozumienia dla naturalnego damskiego piękna, psia mać. Lecz przylanie komuś w mordę, uchodzi za akceptowalne zachowanie publiczne. Nawet pan prezydent Francji oberwał kiedyś przed kamerami TV od swej ślubnej koszmary. Z tym, że ubrani byli, więc wyszło, okay. Elementów ewidentnej przemocy małżeńskiej (w pierwszej rodzince znad Sekwany!), nikt się w udokumentowanym zajściu nie dopatrzył. Bezpodstawnej agresji fizycznej, czy tendencji do zadręczania poślubionej chłopiny, także. Lecz gdyby wtedy ona, od niego oberwała, z mety zaistniałaby wielce hecna heca oraz rozległby się ogólny lamento-dramacik. Taka to dzisiejsza mocno niesprawiedliwa sprawiedliwość oraz niezdrowo pokręcone równouprawnienie w małżeństwach obowiązuje. Zero tradycyjnej logiki, szacunku do historycznych zwyczajów oraz wielowiekowego ładu społecznego. Ot, przykra nowoczesność, psia mać. Zacni przodkowie, w grobach pewnie się przewracają widząc, do czego doszło we współczesnym świecie. Baba publicznie bije chłopa, lecz nikt go nie broni. Nawet przydzieleni mu, uzbrojeni po zęby ochroniarze. Szok!
Kuźwa, raczej się nie ożenię. Strachowa to, cholera!
Po kiego mi nagle garb, plus wynikające zeń kłopociska? A i bachory, też aktualnie strasznisto hodować. Wredne (idiotycznie przeszkolone w przedszkolu!) gówienko, wkurwione na poczciwego rodzica, migiem doniesie na policję, że uraczony piwskiem tatko beztrosko kima, straszliwie chrapiąc przed telewizorkiem. W dodatku uruchomionym na kanale erotycznym, na którym ksiądz posuwa zakonnicę przebraną za sexy-anielicę. No, i zgorszone pacholątko, kolejnych przygód Świnki Peppy nie może w spokoju obejrzeć. Wówczas dyspozycyjni mundurowi w przydziałowych uniformach, pochwycą broń palną i z urzędu, uruchomią współczesną antyrodzicielską praworządność.
Procedury są następujące:
Tatuś, ongiś urzędowo zaobrączkowany przez mamusię, tym razem w gliniarskich obrączkach, jedzie na najbliższy dołek. Czyli trafia do aresztu, za niewinność. Potem w asyście broni palnej (w solidniejszych już kajdanach!), zostaje odkonwojowany do poważniejszego mamra pełnego wygłodniałych płciowo zbiro-złoczyńców. Przez jakiś czas, żyje bezalkoholowo na koszt kołowanych przez państwo podatników. A może nawet przymusowo zdradza tam mamusię i współżyje płciowo ze zwyrodniałymi bandziorami. Czort wie!
W tym czasie cholerny bachor-donosiciel, ekspresowo wędruje do domu bezdomnego dziecka. Również, na państwowy wikcik oraz darmowy opierunek przypadkowo zanieczyszczonych gaciątek. W tak mądrze rozbitej rodzinie, niby same oszczędności finansowe się szykują. Jeno… ździebko/mocno(?) dziwnowato, jak bezsensownie wszystko funkcjonuje. Ewidentny absurd pedagogiczny. Lecz cóż, jacyś głupole prawo takie wydumali. Zapewne na kacu, kuźwa!
Pokręcona pani Unia, czy też krajowa durnota ludzka bardziej tu zawiniła? Pojęcia, nikt nie posiada. Lecz swoje, ludziska myślą. Z tym, że oficjalnie, nic nikomu do antypedagogicznego absurdu. Jedynie prywatna wiedza, obowiązywać może zbyt wścibskich oraz rzesz maluczkich. Taka tradycja!
Aha, w chwili mego nagłego zauroczenia wspomnianą dziewczyną, które miało miejsce na brzegu mało ekologicznego jeziorka (gdzie beztrosko pojono niewielkie koniko-kucyki oraz rude i łaciate krówska stale sikająco-srające do wodopoju), z golizną mej koleżanki wyszło… mocno nietypowo. Czemu? Siły Matki Natury zadziałały w naturalny, fajny sposób.
Po prostu niespodzianie pojawił się złodziej, typowo naturalnego pochodzenia. Czyli silny powiew wiatru nad nasłonecznioną taflą mętnawej, zanieczyszczonej wody (widoczne były dryfujące fekalia, kurwa!). Właśnie dzięki wietrzysku, owa dziewczyna nagle zainteresowała mnie, sobą. Szeroki, nadprogramowo długaśny, czarny ręcznik po-kąpielowy (z wizerunkiem trupiej czachy), zleciał z długowłosej osóbki na mych zaskoczonych oczach. Po czym samowolnie oddalił się hen, w zagównione jezioro.
Wszystko, zadziało się w trakcie przebierania się żeńskiego obiektu w suchutki plażowy przyodziewek. Mokry strój (zapewne solidnie nasiąknięty zwierzęcymi odchodami), spokojnie spoczywał na piasku, u jej stópek. Zaś ja, sterczałem oniemiało-osłupiały! Chłonąc zapalczywie ów rajski obrazek. Niby tylko… kompletnie goła baba nagle się przede mną zjawiła, ale…
Dla pospolitego wzrokowca, miodzio! Żyć nie umierać, cholera. A jeżeli już cokolwiek wyczyniać z taką, to wyłącznie… zadziałać płciowo. Na byle pogaduchy czasu szkoda. Wówczas, po raz pierwszy naszło mnie na… babę. Nie, na jakąś tam pierwszą lepszą. Lecz na tę, bardzo konkretną naguskę. Zajebiście seksowną. Stojącą kompletnie nago, przodem do mnie. Była zdziwiono-zaskoczona nagłym zajściem, nie mniej niźli ja oraz inni gapie. Wydawała się… naprawdę kompletnie osłupiała. Dzięki przychylnemu mi losowi, nie osłaniała niczego, co dla chłopaka szczególnie ciekawe. Z samczego punktu widzenia, szkoda by było cokolwiek kamuflować. Serio!
„Dzięki ci szczodry losie (bądź jakiś tam boże), za ów przepiękny dar natury. Cudeńko! Farciarz ze mnie…” — przemknęło mi przez zwoje uszczęśliwionych neuronów, w głowisi totalnie oszołomionej niespodziewaną sytuacją.
Wzięło mnie wtedy. Oj, wzięło! Coś, jakby zew natury błyskawicznie zadziałał. Głęboki, wewnętrzny szok! Plus gigantyczna powódź endorfin oraz natychmiastowa gotowość kopulacyjna uwidoczniana światu przez cienkie, opięte, mokrawe, pasiaste kąpielówki. Uznałem, iż długowłosa ewidentnie spostrzegła mą odruchową reakcję fizjologiczną. Inni z jej najbliższego otoczenia, chyba również. Lecz miło, uśmiechnęła się wyłącznie ona. Z nadmiaru emocji oraz wrażeń, puściłem do niej oko. Samo, mi tak zadziałało. Tylko zwrotnym odmrugnięciem dopowiedziała inna, stojąca obok naguski. Łudziłem się, iż być może uaktywniła się, jakby w chwilowym zastępstwie obiektu mego pożądania. Cóż, bywam czasem niepoprawnym naiwniako-optymistą. Jedynie wówczas, wstyd mi momentami.
Tylko…
Kuźwa, chyba w ogóle mocno niedookreślone, czy też kompletnie nieprzewidywalne bywają impulsy jąder społecznie niegroźnego zboczeńca. Podstępna Mamcia Naturka wszystkiemu winna. Cholernica, wykombinowała tak, aby gatunek ludzki z lenistwa nie wyginął. Naprawdę brało mnie na obserwowaną naguskę jeszcze bardziej, i jeszcze… Wacka, oczywiście również.
Jak gdyby niepoprawnie rozmarzył się, nieboraczek. Armatę, miałem w skąpych gaciorkach, cholera! Nawet ich gumkę, drań odciągał od brzucha. Nieco głupawo mi było, momentami. Omal nie wyjrzał na zewnątrz gaci. Jakaś dupencja wskazując pobliskie krzaki, pokazała na migi, że może dopomóc ręcznie w nagłym męskim problemie. Serio! Aż taka chętniutka.
Wprawdzie onegdaj, zaliczyłem podobny nagły wzwód stojąc na trampolinie na pływalni. Gapiów w dole także nie brakowało. Tyle, że wówczas, ze strachu mi ostro przygrzał. W końcu postawiłem na odwagę i skoczyłem. Zmalał dopiero w chłodnawej wodzie.
Wstydu nie było. Szybko wypłynąłem na powierzchnię. Młoda, sympatyczna, prawie bezbiustna ratowniczka nie musiała nerwowo po mnie nurkować (jak wcześniej, z co poniektórymi się przytrafiało). Z tym, że gdy mocno niezdecydowany bujałem się na trampolinie, spostrzegła z ziemi wyprężony wskaźnik mego zalęknienia. Wspomniała o tym później, w kantorku. Bezpardonowo ściągając ze mnie gatki, w celu doraźnej kontroli prawidłowości nastoletniej dojrzałości płciowej. Tak zapodała mi, jakby ciut asekuracyjnie, opuszczając gaciątka do kolan. Ot, ciekawska i troskliwa babeczka!
Pojęcia nie miałem, co knuje zapraszając mnie do służbowej pakamery. Zbyt ufny się okazałem i nagle… straciłem gatki. Jakby nigdy nic, przysiadła przede mną na stołeczku. Uśmiechnęła się i powiedziała: ”wybacz, konieczność profilaktyczna zachodzi, nie wstydź się”. Potem cabas za mokre kąpielówki i w dół z nimi. Oniemiałem! Ale cóż począć. Stałem przed nią podstępnie ogołocony. Spontanicznie, zerknąłem na swój anatomiczny dobytek. I nagle… panicznawa myśl:
„Kuźwa, siara! Strasznie mi się skulił w zimnej wodzie. Istny pokurcz, psia mać! Normalnie, aż tak fatalnie nie wygląda. A tu, na dzień dobry, wtopa. Byle Azjata, sporawo większego posiada. Masakra! Jezu…”.
Zamarzyło mi się by znowu urósł, jak na trampolinie. Ale gdzie tam. Stoję więc bezradny, zawstydzony i ostro speszony nadmierną karłowatością prezentowanego ekwipunku. Zaś ratowniczka spokojnie oglądała i subtelnie obmacywała me skarby. Nawet ze skórki bananka śmiało rozebrała, lecz karzełek, nie zareagował na zaczepkę.
„W życiu nie polezę na rozbieraną randkę zaraz po basenie…” — postanowiłem, w myślach.
W międzyczasie kontrolerko-numerantka poinformowała, iż jest też byłą ratowniczką medyczną. A także ma młodego kuzyna, który zawsze skutecznie unikał jakiejkolwiek kontroli genitaliów. W efekcie nadmiernej wstydliwości, jajek już nie posiada. Musiano mu je latem wyciąć, bo zaliczył nagły skręt jąder. Oba, przepadły z powodu niewykrytej na czas wrodzonej, nadmiernej ruchomości. Jeno siusiak człowiekowi na pamiątkę pozostał. Czyli męski dramat w biały dzień oraz nocką! Chłop bez jaj zaistniał w rodzince owej kobiety.
Wszyscy wokół, migiem dowiedzieli o nieszczęściu biedaka. Nawet ja, choć w ogóle nie znałem fachowo okaleczonego człowieka. Ale gdybym go gdziekolwiek skojarzył, z mety wiedziałbym, że kastrat. Wątpię, aby ucieszył się z tego powodu. Zaś biorąc pod uwagę plotkarskie zacięcie wielu koleżaneczek, w ogóle ma przechlapane w najbliższej okolicy. Taka, smętna prawda.
Po ewidentnie drastyczno-przerażającej relacji, struchlałem. Gatki, samoistnie zsunęły się do kostek. Wyszedłem z nich. Do łba mi nie przyszło, aby protestować, kiedy bardzo delikatnie obmacywała jądra. Przesadna cherlawość wacka-wymoczka, przestała mieć jakiekolwiek znaczenie.
Mało tego, aktualnie bezproblemowo ściągnąłbym przed nią majtasy, gdyby wcześniej mnie w tym nie wyręczyła. Uważnie i cierpliwie (wzrokowo oraz ręcznie) kontrolowała stan mego posiadania. Stałem spokojnie, kiedy w końcu przesadnie karłowaty po kąpieli w basenie, a teraz wytrwale molestowany badawczo wacuś, stopniowo począł mężnieć w jej smukłych palcach. Z tym, że ciut nerwowo poruszyłem się w miejscu, westchnąłem, chrząknąłem oraz przełknąłem ślinę.
„Kuźwa, głupawa sytuacja…” — skonstatowałem w myślach, czując, iż policzki ciut pieką.
— Młody i pobudliwy jesteś, dżentelmenie. Normalne w twym wieku. Nie wstydź się baby. Nie ma sensu — rzekła, spokojnym głosem.
— Okay, załatwione. Co tam, drobiazg. Przeżyję. Wliczę pełną goliznę w koszty i po sprawie. Trudno, wszystko czasem trzeba komuś pokazać. Udźwignę — zapewniłem.
— Mam przerwać i zamknąć oczy? Wolisz, tak? — spytała otwarcie.
— Nie! Zademonstrowałem już, co posiadam. Zero tajemnic, kuźwa. A skoro tak, wszyściutko proszę badać. Jeżeli trzeba, mogę też trysnąć. Ostatecznie trema, byle obiekcje, czy wstyd przed występem, na bok. Dam radę przy pani, mam nadzieję. Drugi dzień postu zaliczam. A to, swoje robi. Problemu być nie powinno. Poleci! Postaram się. Tematyczny filmik zajawkowy powszechnie zakazany młodzieży, zawsze mam w telefonie. Niczym wszyscy koledzy. Zwykle, przyspiesza typowo męskie zajęcie. Szczególnie, w szkolnym kiblu podczas przerwy, albo na nudnistej religii. Mało święte obrazki, wciągają człowieka. I są sporawo ciekawsze od pieprzonych świętości. Zadziałać teraz, gdy przypadkowo gotowy?
— Zbyteczne przedsięwzięcie. Lecz jeśli wytrysk przydarzy się samoistnie, żaden problem. Chusteczki, są w szufladzie.
— Dobrze wiedzieć. Na wszystko jestem gotów, proszę pani. Póki czas, stawiam na pełną profilaktykę zdrowotną. Zależy mi na niej. Naprawdę! Skoro tamten wstydliwiec miał cholernego pecha, wolę nie podążyć w jego ślady. Jajka, mi miłe. Żal odcinać i beztrosko wyrzucać rzecz, niezmiernie dla mnie cenną. Logiczne przecież. Proszę dobrze skontrolować oba, aby bezproblemowo ocalały. Nadzieja, jedynie w pani… — podkreśliłem z przekonaniem, gdy śliniący się wacek zesztywniał już maksymalnie.
— Rozsądnie kombinujesz, młody — oceniła, przystępując do kontynuacji przerwanego na moment zajęcia.
W końcu olałem przejawy samczej fizjologii płciowej oraz niezręczną sytuację.
„Czort, z upierdliwymi drobiazgami. Przynajmniej baba ma okazję przekonać się, że rozmiarowo, nie odbiegam od europejskiej normy. Nadszarpnięty początkowo honor peniska, uratowany! Elegancko wyprzystojniał. Wstydu, nie przynosi…” — pomyślałem, dla dodania sobie, choć odrobinki otuchy.
Ufny, stałem przed nią zachowując pełen spokój oraz nienaganny wzwód. W duszy, wyluzowałem. Serio!
Kuźwa, cieszyłem się nawet, że całkiem sympatyczna kobietka niespodziewanie troszczy się o dobrostan mych niezwykle istotnych walorów. Ostatecznie żaden problem, iż znowu zadziało się to, co wcześniej, na trampolinie. Czyli przypadkowy wzwód. Jedynie tym razem, bez sporej dawki lęku oraz bez jakiejkolwiek osłony prezentowałem kobiecie męską dumę oraz chlubę. I to śmiało, z kolanami rozstawionymi szeroko na boki, bo zażądała tego w celu ułatwienia sobie profilaktycznych działań i obserwacji. Ostatecznie, chromolić wszelkie drobiazgi! Młodzieńcza fizjologia penisowa powinna mieć nawet ciutkę nieobyczajne prawa, moim zdaniem. Poza tym o zdrowie całego ciała, trzeba zadbać. A więc ubranko zeń, zdjąć należy. Wyjścia nie ma. Toż ratowniczka medyczna i basenowa zarazem, może dopomóc w koniecznej profilaktyce. Fachura, przecie. Proste i więcej niż oczywiste zagadnienie.
Zwątpiłem jedynie, gdy w mym polu widzenia pojawił się klasyczny centymetr krawiecki. Stawiała na przesadną dokładność, moim zdaniem. Toż na oko widać, że źle, nie było. Spontanicznie spinając pośladki (dla dobra wzrostu wacka-przystojniaka), podałem kobiecinie wymiary posiadanego skarbu. Lecz sprawdziła. Zgadzało się, co do joty. Później odbyła się jeszcze zaproponowana mi, nadprogramowa kontrola siły udźwigu. Przystałem na nią, choć nie kojarzyłem, w czym rzecz.
Wówczas uśmiechnięta ratowniczka zawiesiła plastikowe wiaderko na sztywnym penisie i stopniowo… napełniała je wodą. Udźwignąłem, litr płynu. Tyle, zmieściło się w pojemniku po kilogramowym serku dietetycznym. Uznała, że w zupełności wystarczy (lecz nie wyjaśniła, do czego). Patrząc mi w oczy dociekała też, jak często się onanizuję. Zeznałem, świętą prawdę. Zachęciła, abym… ćwiczył, jak najczęściej:
— Trening, czyni mistrza. Pamiętaj! Nieużywany męski narząd rychło kapcanieje i dynda jedynie. Żadna rozsądna dziewucha nie zechce chłopaka z męskim felerem. Zero ma pożytku z dzyndzelka. Sprawny kutas, to podstawa nawet pedalskiego związku. Uczucia, to odmienna bajeczka. Takie tam dyrdymały. Solidny konkret, bywa istotniejszy. A twój dżentelmen, zły nie jest, zapewniam. Powinieneś stale dbać o istotny narząd oraz regularnie opróżniać jajka, aby wytrwale pracowały. Samo zdrowie! Nie warto sztucznie się ograniczać. Pamiętaj młody, rób sobie dobrze, gdy tylko cię najdzie. Po co masz kiedykolwiek gorzko żałować, że nie wykorzystałeś wszystkich możliwości, gdy mogłeś… — usłyszałem pouczający wykładzik ratowniczki.
Oficjalnie dowiedziałem się od kontrolerki, iż pod względem płciowym rozwinąłem się bardzo prawidłowo. I dziewczyny, powinny mieć ze mnie pożytek, o ile nie będę przy nich zanadto leniwy. A jeśli nadarzy się okazja, spermę też powinienem kiedyś przebadać u fachowców od niej. Zapodała, że dobry mikroskop do tego niezbędny. Zaś ona, żadnego nie posiadła. Dlatego w kantorku, nie chciała pobierać ze mnie nasienia, chociaż także wypadałoby skontrolować, co produkują jądra.
Na koniec puściła do mnie (jak gdyby szelmowskie) oko. Pochwaliła, za nieutrudnianie wybitnie profilaktycznych czynności. Zaznaczyła, iż co pewien czas, powinienem kontrolować narządy płciowe u medyka, niczym ona, u ginekologa. Po czym podniosła z podłogi me porzucone majty i pomogła założyć, aby zakryć markotniejącego wacka.
Dopiero wówczas spostrzegłem, iż kobietka jest prawie bezbiustna. Przypomniałem też sobie, że dziewczyny z sąsiedniej pływalni twierdziły kiedyś, iż to lesba.
„Co za różnica? Lesbijka, też człowiek, ostatecznie. Tylko szkoda, że kompletnie nieprzydatny facetowi. Ale przy tak bezbiustnym biuściku, żadna strata, dla żadnego. Ewidentny deficyt kobiecości, kurde-bele…” — pomyślałem, jakby tolerancyjnie.
Zdziwiło mnie jedynie, że pani niby lesba, całkiem wprawnie i szybciutko usztywniła mi wacka zwinnymi paluszkami. Połaskotała zaczepkowo w sam czubeczek, bezpardonowo rozebrała ze skórki, subtelnie pouciskała po boczkach i przystojniaczek, gotowy do podziwiania, czy mierzenia. Lecz starałem się zrozumieć, czemu spermy nie chciała ze mnie pobierać. Rzeczony brak mikroskopu, to może jakiś wykręt? Z tym, że utraty akurat tego punktu programu profilaktyczno-badawczego, nieco żałowałem…
Poczułem się skontrolowany. Płciowo, dokładnie obmacany, wymierzony centymetrem, całościowo obejrzany i w końcu, wolny. Cóż, lepiej poznać prawdę o sobie tkwiąc przed kimś speszony bez gaci, niż skromniutko trwać w nich, w totalnej niepewności. W duchu, nawet cieszyłem się, że ktoś sprawdził, czy wszystko jest ze mną okay. Lecz czemu akurat basenowa (była, medyczna) ratowniczka śmiało zajrzała w me gaciory, średnio kumałem.
Negatywnie, owego incydentu nie wspominam. Kobitka przekonała mnie istotnymi argumentami, iż warto, a nawet należy badać się okresowo. Wszak lepsza chwilunia wewnętrznego, bezmajtkowego dyskomfortu przy jakiejś obcej babie, niźli utrata jąder na amen, jaką tamten zaliczył. Przerażające kalectwo przecież! Zero naturalnych męskich przyjemności. Randkowanie, na zawsze wykreślone z życiorysu. Takiemu chyba wypada zostać księdzem, cholera. Ale wówczas uogólniona siara oraz wstyd przed współczesnym społeczeństwem, murowane. Nawet standardowym, kościelnym pedofilem taki nie zostanie. Sam wacek, nie wystarczy do grzeszenia. Napęd mu potrzebny. A ten, z jąder pochodzi. Czyli jakby nie patrzeć, dramat.
Wieczorkiem trafiłem w necie na wieść, że w Stanach (gdzie wszystko przecież możliwe!), funkcjonowała lekarka-chirurg specjalizująca się w… kastrowaniu mężczyzn. Jej zawodowy dorobek, przerażał! Sporo ponad tysiąc jaj wyciachała. Ponoć szczególnie, uwielbiała pozbawiać jąder… młodych facetów. Wcześniej, zazwyczaj badała ich brutalnie, nie zważając na pojękiwania z powodu doraźnych boleści. Jako studentka ostatniego roku medycyny oraz wolontariuszka medyczna wysłana na misję pokojową, maltretowała jądra rekrutów. Tubylca postrzelonego w udo i pośladki, wykastrowała. Ku rozpaczy żony, która pochowała jądra męża, w jego przyszłym grobie. Zgodnie z tamtejszą wiarą, facet musi być kompletny w zaświatach. Kobieta, niekoniecznie. Grób, nowożeńcy budują sobie dzień po zaślubinach. Teściowie, zgodnie pomagają. Taki, fikuśny obyczaj i kraina.
Przydarzyło się owej lekareczce, iż w dość wczesnej młodości (przy jakimś bagnisku na Florydzie), w biały dzień została napadnięta, migiem rozebrana i publicznie zgwałcona przez trzech Latynosów popisujących się przed grupką kolesi-prawiczków. Dwóch podnieconych napastników przytrzymywało upolowaną ofiarę, trzeci żwawo rżnął. Później, zmiana.
Młodsi, oklaskiwali wyczyny starszych od siebie dżentelmenów oraz stale mierzyli czas, który z chłopaków szybciej się spuści. Przy okazji gnoje uczyli się, jak prawdziwy macho, powinien obsługiwać dorwaną dziewczynę. Przydatny, praktyczny, koleżeński instruktarz. Nic więcej! Sprawcy, nie mieli bladego pojęcia, że rozdziewiczyli lesbijkę. Zaś ona, poprzysięgła zemstę!
Celowo wybrała zawód pozwalający jej na coś, w rodzaju… dotkliwego rewanżyku za wyjątkowo zły, męski uczynek. Nabawiła się także mocno nietypowego hobby. Bardzo skrupulatnie badała każdego młodego pacjenta. Bez problemu wynajdowała nieistniejącą wadę jąder i kierowała przerażonego delikwenta na konieczną, profilaktyczną kastrację (aby paskudne choróbsko, nie miało szansy rozwinąć się w sposób niekontrolowany!). Osobiście wykonywała „konieczny” zabieg mający „ocalić” dalsze istnienie pacjenta na tym łez padole. Dyplomowana z niej specjalistka od jąder, więc nic dziwnego, że mogła legalnie działać w tym kierunku.
Wiedziała, co wyczynia. Elegancko odjajczonej chłopiny, paskudny rak jądra przenigdy wszak nie dopadnie. Pewnik! Metoda wysoce profilaktyczna. W dodatku przetestowana na kobietach, którym polikwidowano zdrowe piersi. Skoro cholerstw nie ma, żadnej pacjentce choróbsko nie zagraża. Logiczne, jak gdyby. Jeno… dziwnowate. Nie lepiej od razu zlecić eutanazję? Wtedy, w ogóle mamy spokój! Na nic już pacjent nie zachoruje. Nie da rady.
Kuźwa, strach trafić do tak pokręconego babsztyla-specjalisty. Jak nic, wykastruje. Przykra, zbędna, refundowana „pomoc” dewastacyjna. Potem zero szans na odrestaurowanie ekwipunku. Niepowetowana strata, na wieki. Ponad tysiąc męskich jaj trafiło pod zbrodniczy nóż, zanim amerycka sprawa wyszła na jaw. Biedni, okaleczeni chłopcy! Ich babeczki, zapewne zawiedzione. Nic już nie poradzisz, psia mać! Klejnoty, przepadły na amen. Jurne dawniej wacki, migiem utraciły swą moc. Dyndają jedynie. Coś, jak wymuszone kalectwo. Słowem, okropność i zero standardowych przyjemności.
„Czyli co? Strach chodzić do lekarza, bo zdrowiu zaszkodzi? Albo uszkodzi podstępnie, zdrowego człowieka? — główkowałem, niepewnie.
Przez moment Internet ewidentnie zamącił mi w głowie.
Nagle przypomniała mi się ratowniczka oglądająca mnie w kantorku na golasa. Krzywd nie zaznałem. Raczej same korzyści. Plus wewnętrzny spokój, że w gatkach, wporzo ze mną. Odrobinka wstydu, nie liczy się. Co tam, przeminęło. Jeżeli konieczność zajdzie, można u mnie powtórzyć kontrolę. Nic strasznego.
Nieco później dowiedziałem się przypadkowo, iż nie ja pierwszy zostałem na osobności dokładnie skontrolowany przez bezbiustną basenowo-medyczną ratowniczkę. Poznałem Konrada, którego kontrolnie, ręcznie zgwałciła zajmując się jednocześnie nim oraz jego dobrym kolegą, w innym pomieszczeniu. W tym czasie ów kolega na jej polecenie, zajmował się własnym wackiem. Przywołał babeczkę na finalik (bowiem pragnęła tego), aby skontrolowała siłę wytrysku nasienia. Bezbiustna siedząc na odrapanym stołeczku, przyjrzała się chłopięcej zabaweczce oraz obmacała okazywane, kosmate klejnoty. Nagle cabas za sztywne narządy obu golasów i wprawnie, osobiście dokończyła kontrolną robótkę. Wypalili, niemal równocześnie. Sprawna dwuręcznie, okazała się numerantka. Jak nic, musiała wcześniej trenować. Przeciętna kobitka, zazwyczaj jedną dłoń uaktywnia bawiąc się kołeczkiem. Standard, jakby. A tu, proszę…
U obu skontrolowanych płciowo, zaakceptowała poprawność otwartej i beztroskiej, finalnej strzelaniny. Na koniec zaleciła… codzienne molestowanie prącia, czyli masturbację. Zdziwili się ździebko, słysząc:
— Chłopcy, u samca, to konieczność. Powiedzmy, prozdrowotno-rozwojowa. Choćby dla dobra jąder i prostaty musicie wytrwale ćwiczyć istotny, męski narząd. Regularnie i obowiązkowo. Ręcznie, albo użyciem stworzonych w tym celu zabaweczek. Multum ich w sieci, niezbyt drogie. Działajcie solo, tudzież w zżytym, bezpruderyjnym i wyluzowanym gronie. Bez istotnego znaczenia. Z tym, że jak by nie patrzeć, ludzik to jednak zwierzątko stadne i dość towarzyskie. Zrozumcie golasy, każdy facet się onanizuje. Tatuś, także. Dziadziusiowi, też się przydarza. O wujkach, nie wspomnę. Tak ma, ten gatunek. Księża czynią identycznie, lecz jawnie kłamią młodzieży w niezwykle istotnej kwestii. U nich, to święty zwyczaj oraz odwieczna, bezsensowna tradycja. Ni krztyny w tym nauki, czy obiektywnej i rzetelnej wiedzy. A tym bardziej, prawdy. Ot, wmyślony kiedyś nonsens, lub doraźna nieudolna konfabulacja. Kieckowi sklerotycy najwyraźniej zapomnieli, że mamy XXI wiek i tkwią nieustannie w zamierzchłym średniowieczu. Pamiętajcie o tym i nie walczcie z naturą. Nic, wam nie grozi z powodu masturbacji. Całkiem miłe i zdrowe zajęcie. Dziewczyny, również je lubią — zapodała otwarcie.
Później w zalecanej kwestii, Konrad podniósł sobie poprzeczkę. Ćwiczył, dwa razy dziennie. Czasem z zaprzyjaźnionymi kolegami przy wspólnie oglądanych pornosach. Uwielbiał regularnie trenować. Bliscy koledzy, także. Pływanie oraz szybką jazdę sportowym rowerem, również. Po prostu zgrane towarzystwo i już. Jeden, okazał się filmowcem-hobbystą. Sporządzał reportaże z masturbo-treningów i umieszczał je w sieci. Lajkom, końca nie było. Popularność filmików rosła z dnia na dzień. Niektórzy wielbiciele pozgłaszali się na podany adres mailowy i na żywo trenowali wspólnie z nimi, na jakimś czacie.
Poza tym w różnistych sytuacjach i okolicznościach (nie tylko przyrodniczych), Konradzik bez najmniejszego problemu, ani skrępowania pokazywał się ludziskom golutenieńki. Niegroźny ekshibicjonista, albo nudysta z zamiłowania, cholera wie. Sporo osób, widywało jego zasadniczy narząd. Szału wprawdzie nie wzbudzał, ale jakiekolwiek powody do lamentowania, czy załamywania rąk, również nie występowały. Ot, norma rozwojowa i tyle w tym ciekawego. W dodatku wyraźnie udokumentowana fotograficznie, przy chińskiej linijce. Piętnaście centymetrów w pełnym wzwodzie i dziesięć, w wersji na wiotko. Fotki zrobione kiedyś przez zaprzyjaźnionego geja (zawodowego fotografa-dokumentalistę), krążyły w Internecie.
W rozumieniu przeciętnej Azjatki, narząd-gigant. Dla Europejki, nic specjalnego. Prącie, jakich pełno wokół. Za to ciut doświadczona i obyta z samcami panienka rodem z Czarnego (przesadnie nasłonecznionego) Lądu, miałaby szansę wpędzić chłopaka w kompleksik męskiego niedostatku. Nieco dziwacznie świat został podzielony pod względem wielkości prącia. Niesprawiedliwość, kuźwa! Z tym, że kobiety, wszędzie narzekają na facetów. Widać takowa tradycja u tego gatunku. Specjalistek od marudzenia z byle powodu, wszędzie nie brakuje, psia mać.
Konradzik, bezproblemowo przebierał się także na nadrzecznej plaży przy uradowanych owym faktem koleżaneczkach. Zwrócone licami w jego stronę, otaczały go wówczas szczelnym pierścieniem, chroniąc w ów sposób przed wzrokiem postronnych byle gapiów, albo ubranych znajomych. Ewidentnie lubiły zerkać na kolegę-nagusa. Niektóre lachonki, swe młodsze siostrzyczki na plażę nawet zabierały, aby umożliwić im zobaczenie nagiego chłopczyka na żywo. Wówczas kurdupelki mogły porównywać męską anatomię z tą, którą dobrze znały dzięki niezawodnemu Internecikowi. Skoro w szkołach, odwiecznie brak nauk traktujących o różnicach płciowych przedstawicieli ludzkiego gatunku, trzeba zadbać jakoś o praktyczne uświadomienie małolatów. Brak rzetelnej wiedzy w tym zakresie szkodzi zdrowiu psychicznemu nie mniej, niż religia. Jawne… szkodnictwo pedagogiczne, cholera. Wniosek? Szkoła bruździ!
Na plaży, co troskliwsze lalunie osobiście leniwca przebierały argumentując, iż w mokrych gatkach, niezbyt zdrowo spacerować. Potem dokładnie opłukiwały z piasku zdobyte kąpielówki, aby beztroski chłopczyk przy kolejnej zmianie przyodziewku, obrzezanego peniska przypadkiem boleśnie drobinkami piasku nie porysował.
W szkole trafiały się też numerantki, które na otwartą wieść, iż kolega udaje się do kibla w celu masturbacji, podążały za nim, aby uczynnie dopomóc w koniecznym zajęciu. Czasem naprawdę trudno bywa zrozumieć (kombinujące po swojemu) kobieciątka oraz ichnie nadopiekuńcze motywacje do konkretnego działania. Oj, przenigdy normalny człowiek nie zrozumie babsztyli bezproblemowo. Niemożliwe, kuźwa!
Dowiedziałem się także, iż nasza troskliwa pani ratowniczka, swą specyficzną profilaktykę pro-jajeczną stosowała także w poprzednim miejscu pracy. Na innym basenie. Właśnie tam, całościowo przebadała Konrada wraz z jego dobrym kolegą. A także, kilku innych zapalonych pływaków. Większość, z osobna oglądała na golasa. Zapraszany indywidualnie do kantorka domyślał się, co go czeka (wszak, nie tylko dziewuchy plotkują!). Potem podchodziła do stremowanego delikwenta, bezpardonowo opuszczała mu majty i przystępowała do działań kontrolno-profilaktycznych. Żaden z młodziutkich pływaków nie protestował, gdy celowo prowokowała u niego wzwód. Informując otwarcie, iż musi sprawdzić zdolność penisa do kopulacji oraz wytrysku nasienia.
Patrząc przyszłościowo pod kątem przetrwania ludzkiego gatunku, kontrola rzeczywiście niezwykle istotna. Mus, niemalże! Niesprawny penis, nie nadaje się do podjęcia dziejowego przedsięwzięcia, czyli rozpłodu. To złomo-wrak oraz dyndający niedołęga, jedynie. Względnie maskotka dla byle jakiej dziewczynki. Rasowa laska, na taki odpad, nie poleci. Smutnawa prawda, ale jest.
Oj, ciężkawy los młodego samca. Lecz jak kontrolny mus, to mus, kuźwa. Skoro jest się osobnikiem płci męskiej, należy wykazać się faktyczną sprawnością płciową. Zaś, jeżeli trzeba wszystko kontrolnie udowodnić, trudno, wyjścia nie ma. Demonstrujemy dostojny organ płciowy i tryskamy gdzie, lub w co popadnie. Nic strasznego! Najzwyklejsza fizjologia, ostatecznie. Coś, jak sikanie.
Babeczka wydawała się sympatyczna, więc wszyscy chłopcy pozwolili się dokładnie skontrolować. Najwyraźniej wyłącznie bezproblemowcy lubili wówczas pływać, aby potem i tak, zdjąć mokre kąpielówki. Należy przecież. Inaczej korzonki mogą złapać, psia mać. Profilaktyka niezbędna!
Jeden z tamtejszych (dość rzadko obecnych) zawodników, poczuł się pominięty w profilaktycznych oględzinach. Do kontroli zgłosił się, jako ochotnik. Argumentował, że lewe jajko czasami go pobolewa, więc warto by mu się uważniej przyjrzeć. Po czym uprzedzając, że jego obrzezany fiut, właśnie zalicza nagły wzwód, spontanicznie rozebrał się do golaska. Kobitka spokojnie obejrzała całościowo nieszczęsnego podnieceńca przy innych porozbieranych chłopakach obecnych akurat w męskiej przebieralni. W zespole pływackim zwyczajowo panował pełen luzik. Nagość nie wzbudzała zbędnych sensacji. Podobnie, jak pływanie bez gatek podczas treningu. Zazwyczaj obowiązywała dowolność stroju, zaś nagły, przypadkowy wzwód młodego prącia, nie wzbudzał sensacji. Normalka w tym wieku. Żadne wydarzenie! Można się przyzwyczaić, gdy trzeba.
Następnie pani trenerko-kontrolerko-ratowniczka poprowadziła golasa-ochotnika do kantorka, na jeszcze szczegółowsze oględziny. Sprawdziła wszyściutko, co się dało. Paluch w wypiętym, pryszczatym tyłku młody także zaliczył, niekontrolowanie sikając z nadmiaru doznawanych wrażeń. Później szczegółowo zrelacjonował kumplom wydarzenie, nieodbiegające raczej od znanego im schemaciku. Na zakończenie profilaktycznej wizyty w kantorku, chłopczyk nie tylko ponownie zaprezentował swój narząd w pełnym wzwodzie, ale musiał także wytrwale masturbować się, stojąc w rozkroku tuż przed bezbiustną kobietą. Zapragnęła zerknąć kontrolnie na wylatującą spermę, więc umożliwił to kobiecinie. Tylko potrwało, gdyż nie miał odpowiedniej zajawki znacznie ułatwiającej zajęcie.
Oceniła, że jej zdaniem, wszystko u niego w porządku. Lecz gdyby dwukrotnie obmacane (niby zdrowe) jądro nadal pobolewało, kazała zgłosić się do lekarza od męskich jajek. Czyli do androloga, względnie urologa. Ona, była tylko dawną ratowniczką medyczną nieustannie dbającą o dobrostan narządów płciowych męskiej młodzieży. Zaniedbanej ogólnie pod względem profilaktyki zdrowotnej. Cóż, taka opieka medyczna należna obywatelowi, jaki kraj. Streszczając, do dupy. Proste. Jeno przykrawe, cholera.
Nad troskliwej kobieciny, przenigdy nie posądzono o molestowanie seksualne nadpobudliwych chłopaków. Co zapewne migiem spotkałoby faceta-ratownika mającego podobnie specyficzne hobby, lub choćby przejawiającego doń drobniutkie skłonności. Ot, dziejowa sprawiedliwość międzypłciowa. Facet wówczas, fe! Kobitka, cacy. Ale z naiwnymi, ufnymi małolatami, to samo wyczyniają. Taki numer!
*****
Muszę powrócić do wątku dziewczyny rozebranej kiedyś przez podstępny wiaterek. Jak się później okaże, istotna zeń osóbka. Nie tylko dla mnie. Sporawo, o niej jeszcze będzie…
Czort wie, czemu na punkcie owej anonimowej wówczas dla mnie laski (obserwowanej nieustannie) na plaży, trafiło nas obu. Mnie oraz ekstremalnie zainteresowaną nią, dumę oraz chlubę mego młodzieńczego męskiego jestestwa. Często działaliśmy jakby… niezależnie od siebie. Lecz cierpliwo-wytrwale znosiłem fanaberie oraz nieposłuszeństwo himerzastego prącia. Ciesząc się, że mam fajowe. Niektórzy koledzy narzekali na niedostatek w gatkach. Ja, nigdy nie musiałem. Norma! A że nie gigant, trudno. Większe zmartwienia przytrafiają się ludziskom na tym łez padole.
Wtedy na plaży… nagle poczułem coś na kształt niestosownej, publicznej awarii poprawności obyczajowo-kulturowej i zarazem totalnej klęski cywilizowanych, dobrych obyczajów. Ciach, i młody chłopczyk migiem gotów do okazjonalnej kopulacji, gdzie popadnie. Cóż, taki los młodzieniaszka. Nic, nie poradzisz! Przetrwać trzeba.
Koleś stojący nieco po skosie, niespodzianie odezwał się do mnie półgębkiem, chyba dobrodusznie:
— Ty, odznacza ci się.
— Co z tego. Posterczy i opadnie. W twoim wieku powinieneś wiedzieć, że u chłopaka, tak bywa — odburknąłem.
— Wygląda, jakbyś się reklamował. Rozmiarek, trzymasz. Widać, jakiego masz przystojniaczka. Elegancko wyprężony, gotowy do działania. Okolicznej publiczności się nim chwalisz? Liczysz, że jakaś dupa się zaraz zgłosi i pomolestuje pałeczkę? Masażyk, ewidentnie wskazany.
— Wypad.
— Spoko, przecie nie obrażam narządu, ani ciebie. Żadnemu z was, nie ubliżyłem.
— Kuźwa, nie o honorek biega. Akurat naszło mnie na bum-bum, młocie. Typowy odruch u zdrowego samca, na widok rębnej samiczki. Żaden ewenement, że w tej sytuacji, stoi. Tradycja raczej… — wzruszyłem ramionami.
— Niby racja. Ale skojarz, kurde. Jeszcze momencik, a wychynie ci z gaci. I plażowe pospólstwo, sztywniaczka bezproblemowo popodziwia. Dupencje, pewno nieźle się uradują. Lecz ogólna siara, murowana. Kumasz? Dlatego zagadnąłem. Ale jeżeliś z tych, którzy lubią pokazywać, serdecznie przepraszam za zawracanie mózgownicy. Wybacz, przyjacielu.
— Oj, tam. Zerżnąłbym tę dupcię, nawet zaraz. Mogę przy tobie, jeśli pragniesz wrażeń. I problem nagłej stójki, migiem się rozwiąże — zarechotałem.
— Marzyciel.
— Niepoprawny, niestety.
— Może jego popraw sobie, nie wiem. Tylko gatki masz cieniutkie, więc zbyt wiele nie pomoże. Nawet wielkość jajek dobrze teraz widać. Ustaw się ździebko inaczej.
— Wszędzie norma, więc nie panikuję. Po co? Powszechnie wiadomo, że facet zawsze targa przy sobie taki ekwipunek. Chyba, że kastrat. Wtedy, współczucie biedakowi przysługuje.
— Mnie, głupio by było demonstrować stójkę, kurwa.
— Miło mi nie jest, zapewniam. Doradzisz cokolwiek?
— Może przycupnij za mną na piasku i pokombinuj z nim. Ułóż łotra inaczej. Albo może spuść się tu jakoś, byle dyskretnie. Potem dla zatarcia mokrych śladów, popływasz w ekstremalnie zasranym bajorze. Przy okazji przepłuczesz odzienie, paskudnie upaprane świeżutką wydzielinką. Możesz też popędzić do wody i w niej zwalić. Fajowe doznania, nawet. Tylko tu, dryfujących gówien pełno… — doradzał, po koleżeńsku.
— Dzięki za troskę, porady oraz ogólne wsparcie, stary. Może wytrwam jakoś, bez kolejnych sensacji — odparłem przyjaźnie, nie potrafiąc odwrócić roziskrzonych gał od nieustannie frapującej mnie golaski.
— Człowieku, przynajmniej wyluzuj jakoś, nie wiem. Przymknij ślepia i nie pożeraj jej wzrokiem. Wyobraź sobie zapasioną, obleśną pokrakę z odrażającym dupskiem i obwisłymi cycami, lub inną babunię Jagunię, a z totalnego przerażenia, migiem ci opadnie. Toż z powodu tej zajebistej naguski, jajka niedługo ci rozsadzi. Ratuj je póki czas, biedaku! Inaczej, będziesz cierpiał.
— Faktycznie dobrostan mych przepełnionych jąder jest zagrożony — przyznałem szczerze.
— A widzisz. Zwałka niezbędna. Kiedy ostatnio, to robiłeś?
— Chyba… wczoraj.
— Czyli kolejna niezbędna. Tu, pomocy znikąd nie uświadczysz. Nie dopomogę, wybacz. Gejem, nie jestem póki co. Też mi stanął na jej seksowny widoczek. Tyle, że w portasach odpowiednich jestem, więc gówno widać. Nie wierzysz w solidną stójeczkę, to ręką możesz skontrolować, że nie kłamię. Ale wyłącznie przez materiał macaj, kurwa. Krzywego twardziela, bezproblemowo paluchami wyczujesz. Nie lubię, jak chłopak mojego w łapsko ucapi. Dziewczyna, to co innego. Nigdy im nie zabraniam. Niech gwałcą, skoro chętne.
— Wierzę we wszystko, na słowo. Wybacz, nie obmacuję chłopaków. Zero atrakcji, cholera.
— Mamy podobnie. Dalej, też o mnie szczerze będzie. Chcesz? Żadna tajemnica, kuźwa.
— W czym rzecz?
— Strzelałem już dziś. Przy mało świętym obrazku, działałem. Nawet dwukrotnie. Po pierwszej rundzie drań nie opadł, więc zabisowałem. Obrazeczek, wyjątkowo zajebisty i nowy (kumpel mi z samego rańca podesłał!). Jest na nim przecudowna, oczekująco wypięta, śliczna dupeczka. Miodzio, jak dla mnie! Po intensywnym masażu, ani koniecznego musiku, ani typowo męskiej męki, aktualnie nie odczuwam. Przygrzał mi nagle teraz i już. Posterczy sobie, zmięknie z nudów i grzecznie opadnie. Przeistoczy się spolegliwiec w nieco łukowatego, obrzezanego kindybałka i będzie, po problemie. Wiesz, czasem profilaktycznie zwalam, kurde-bele.
— Rozsądne podejście, nie zaprzeczam. Ty, czemu cię obrzezano?
— Terapia taka, kuźwa.
— Czego?
— Stulejkę zaliczałem, przeszkadzała. Nie wiedziałem, co robić. Matce, problemu przecież nie pokażę, głupawo.
— Człowieku, lekarz wtedy potrzebny. Nie, matka.
— Toż z matką powędrować doń trzeba. I na dzień dobry, gacie ściągnąć. Fiut ci odruchowo sztywnieje, a mamunia podziwia, co kiedyś w sobie stworzyła. W końcu, spontanicznie tryskasz z nadmiaru emocji i towarzystwa. Fajnie, prawda? Chciałbyś tak? Zajebista przygoda. Nie sądzisz?
— Faktycznie. Jak sobie poradziłeś? Nie wierzę, że sam skórę odciąłeś, numerancie.
— Do łba mi nawet to nie przyszło. Nowa, młodziutka medyczka, momentalnie wszystko wypatrzyła.
— Obeszło się, bez mamuni?
— Owszem. Skrywany sekrecik, wydał się przy całościowym przeglądzie okresowym. Takim, kompletnie na golasa. Gaciory przymusowo w dół, bo ściągnąć kazała. A wacek z własnej inicjatywy, odruchowo w górę, bo wypuszczony na wolność, tak miewa. I obaj stoimy przed fajną kobitką, niczym przed dziewczynką, na co ciekawszej randce. Tylko zero pieszczotek, kuźwa. Za to drobny obciach, bo i całkiem fajna pielęgniareczka, lekarce asystowała. Czyli ty goły, z jurną fujarą na przedzie i dwie ubrane babeczki, w sterylnym pokoiku. Niby fajowo, ale zamiast zwyczajowego do buzi, nastąpiło upychanie twardego penisa do rurki, uskuteczniającej pomiary laserowe niechcianie prezentowanego przyrodzenia. Jajka, coś innego mi wymierzyło. Migiem ujawniła się też skrywana tajemnica, czyli mocnawo przyciasna skórka na wackowej główce. Nie moja numeracja naturalnej opaski, jak gdyby. Naprawić feler należało. A nie, reklamować u mamci-producentki. Nie wacek był za gruby, tylko skórka karłowato-przyciasnawa.
— Wiem. Całkiem przypadkowo, widziałem kiedyś u chłopaka cosik podobnego. Obawiał się, że rozpowiem. Ale dopiero tobie, o tym wspomniałem. Nie znacie się, więc bez znaczenia. Poza tym wraz z rodzicielami, popieprzoną ojczyznę opuścił na zawsze. Pośród kangurów aktualnie spaceruje. Jadalne toto ponoć i nawet smaczne. Nigdy nie próbowałem. Tu, nie było okazji. Spróbowałbyś?
— Czemu, nie. Zawsze ciekawski byłem i nadal jestem. Wtedy też dociekałem, jak inni z fiutami mają. Obejrzałem pod prysznicami kilku śmiałych, mocno nadpobudliwych kolesiów nieprzejmujących się faktem, iż prezentują otoczeniu sztywne kutasy. Jeden, ewidentnie przechwalał się rozmiarem. Długi ogór szklarniowy, kuźwa. Taki, zestaw genów szczęściarzyk załapał. Szybko zaskoczyłem, że szczególnie przy stójce mam inaczej, niż oni. Ale o sprawie cicho-sza, oczywiście. Jak już wspominałem, matce nie mogłem przecież zaprezentować problemu. Na wcześniejszych przeglądach okresowych, nikt w gacie mi nie zaglądał. Dopiero nowa medyczka zapragnęła obejrzeć mnie na golasa. Sztywniaczka-spontana, również zbadała. Innym, także. Ale wiesz, kuźwa, czasami pobolewało prąćko przy waleniu. Taka, szczera prawda. Net jasno informował, że skórkę trzeba urżnąć. Bałem się, czy przy okazji, kutasa wówczas nie skracają. Szkoda by było! Ale przetrwał. Tylko, oskórowany został. W praktyce, bez znaczenia. Grunt, że działa.
— Młoda doktorka, obrzezała cię na poczekaniu?
— Gdzie tam. Obejrzała, pomacała i wystawiła skierowanie. Potem u innej medycznej damulki, znowu do golaska i ponowne prezentowanie problemu. Wacuś na sztywno, oczywiście. Lecz tym razem musiałem mu dopomóc w nabraniu wigoru i kondycji. Jedynie głupio rytmicznie ćwiczyć nadgarstek stercząc na środku gabinetu, a baba patrzy zza biurka, jak ci idzie. Ale jak musowy mus, nic nie poradzisz goluśki człowieku. Uczciwie masujesz, czyli walisz. Radując się, że matka przy tym być nie musi, publicznie potulnie wykonujesz zlecone, niby intymne zadanko. Nakazała na maksa rozbudzić rozleniwione prącie. Zabrzmiało, niczym harcerski rozkazik. Stałem więc i masowałem wytrwale. W końcu wskazało sufit. Wtedy uważnie zapoznała się z mym felerem. Dziwacznym flamasterkiem wytyczyła sobie linię cięcia i przywołała jeszcze jakąś medyczkę. Ta popatrzyła, pomacała żylastego krzywulca. Znieczuliła demonstrowany organ płciowy. I bidul, w oczach skapcaniał. Wtedy pierwsza zrobiła fachowe ciach i miałem, po skórce. Na pamiątkę wydarzenia, zabrałem swą własność poniewierającą się na pokrwawionej gazie. Do dziś przechowuję w mini słoiczku po koncentracie pomidorowym, w niejodowanej soli himalajskiej. Tylko skórka z czasem zrobiła się twarda i teraz bardziej przypomina plastik, niż dawny napletek. Dostałem dwutygodniowy szlaban na jakikolwiek seks i byłem wolny. Z tym, że samostrzały nockami zaliczałem. To wszystko w mym prywatnym, typowo samczym zagadnieniu. Szczery bywam, doceń.
— Ździebko dziwaczna ta pamiąteczka w słoiczku — zaśmiałem się.
— Jedna z dziewczyn obracając w palcach słoiczek, podobnie powiedziała. Dopiero później ciekawsko obejrzała, sfotografowała i wprawnie obsłużyła, fachowo oskórowanego wacunia. Dowiadując się, że mnie obrzezano (a wieść, momentalnie się rozniosła!), jako pierwsza zadeklarowała pomocną dłoń w wypróbowaniu remontowanego sprzętu. Wcześniej znała napletkowe zagadnienie, wyłącznie z wiadomych filmików. A skoro nadarzyła się okazja, zapragnęła obejrzeć i przetestować wyleczony narząd. Inne ciekawskie zgłaszały się później. Dzięki nim, zwalać nie musiałem. Człowieku, miałem niczym w raju, kurwa! Niemal codziennie, inna rozwiązywała męski problemik. Głównie, pracowitą buźką. Takie, zdolniutkie numerantki wyedukowane na poczciwych pornoskach. Dzięki ci boże za Internet! Amen.
— Często bywasz na samczym musiku?
— W zasadzie… chyba średnio. Ale minimum dwa razy dziennie mój sprzęt domaga się wiadomej opieki. Po dzisiejszej nadprogramowej plażowej atrakcyjce, musowo przyjdzie zadziałać przed nocką. Profilaktyka, u mnie niezbędna. Żeby śpiworka przypadkiem nie uświnić, zawsze konieczna przedsenna manufaktura. O nowiuśki chiński nabytek babuni, wypada zadbać. Starowince się nie przelewa. Chudziuśkim serkiem z Biedry oraz darmowymi lekami z apteki, głównie się odżywia. Zaś paróweczkę drobiową na gorąco, od święta tylko wpieprza. Nawet na musztardkę do ekskluzywnej wędlinki babuni nie stać. Zmitrężyła żyćko na państwowej posadzie, więc na starość dorobiła się biedo-niedostatku — zaznaczył, jak gdyby z troską, w głosie.
— Wiesz, z męskimi potrzebami, mam dziś inaczej niźli ty. Przeładowany, kuźwa, jestem. Nie uskuteczniałem porannego rozładunku. Ot, prozaiczny brak czasu na konieczny zabieg. Ten, co śpi obok mnie, zdążył. Ja, nie. Nie nastawiałem się też na niespodziewano-nieprawdopodobne atrakcyjki plażowe. Przydarzyło mi się coś, niczym wypadek w chwili przydługaśnego postu płciowego. Zoczyłem nagle całkiem gołą, zgrabniuteńko-ponętną dupencję, więc narząd kopulacyjny migiem na baczność, gotów do miłej i znojnej akcji. Odruch fizjologiczny, cholera. Zew krwi. Podymałbym sobie. Taka prawda… — wyszeptałem szczerze.
— Spoko, dla mnie wystarczająco zrozumiałe zagadnienie. Dla innych w okolicy, nie wiem…
— Chłopie, taka laseczka, to niczym skarb. Albo wygrany superaśny los na przypadkowej loterii. Rębne cacuszko! Nie sądzisz?
— E, tam. Wiesz, widziałem ją już bez niczego. Ale fakt, niezła sunia. Cycuś, pierwsza klasa. Dupeczka, eksportowa. Buźka, sympatyczna i pewnie lubi gościć wacki. Całość, zdecydowanie przyciąga swą anatomią. Kusi samca, cholerstwo — podkreślił.
— Zaszło cosik między wami, szczęściarzu? Zapuściłeś już twardy korzeń w jej dziureczce? Odbyło się italiańsko-włosko-latynoskie bunga-bunga z nóżkami na twych ramionach? A może od zadniej strony, powabna dupencja woli być dupczona? Nie wiem. Przyznaj otwarcie, byle szczerze! Co, ona preferuje. Sypiacie, czasem razem? — dedukowałem spontanicznie.
— Co ty. Wolę brzydsze.
— Jezusie, czemu? Bredzisz, z nadmiaru estetycznych wrażeń? Porąbało cię doraźnie, dość paskudnie? Umartwiasz się pro-religijnie, lub anty-ludzko? Fantazjujesz, po mocno pokręconemu? Pojąć to zboczenie trudnawo.
— Nic z tych rzeczy. Po prostu inaczej kombinuję.
— Jak?
— Rozsądniej.
— O, masz. Zdradź pokręcono-zakręconą tajemnicę, czemu preferujesz babskie odpady, a nie towarek wybitnie eksportowy. Przecie naturalne piękno, które obaj widzimy, to rzadkie cudeńko, palancie. Oślepłeś? Nic, tylko podziwiać, co natura potrafi wykombinować. Kuźwa, gdyby nie tak zwane dobre obyczaje, zaraz bym ją pokrył. Toż samiec ze mnie. Pod tym względem, zwierzaczki mają sporawo fajniej. Zawsze i wszędzie wolno im dymać. Zero kurtuazji i ściemy. Ludź pierwotno-jaskiniowy, podobnie funkcjonował. Dopiero naszych późniejszych przodków niezdrowo porąbało. My, jedynie cierpimy przez nich. Jakoweś jełopy ustanowiły, iż dziewczynce, można publicznie, co najwyżej kwiatek zaoferować. Prącie, dopiero potem. Ale tylko, na osobności. Zaś ona, powinna odmówić. Paranoja! Nasz pieprznięty gatunek, wyginie wkrótce! Zanadto zwariował od nadmiaru przesadnej cywilizacji. Póki czas, zwróćmy się ku naturze, cholerka. Toż niżowi demograficznemu zaradzić przecie trzeba. Państwo, niby płaci obywatelom za rozmnażanie się. Lecz prawo, ogranicza spontaniczne działania w tym kierunku. W parku, czy na plaży nie wolno kopulować. Coś tutaj nie gra, psia mać. Jakim cudem pan plemniczek, ma dopaść ponętną dlań komóreczkę jajową, skoro policja broni mu dostępu do niej. Idiotyzm, kuźwa! Kolejna rewolucja społeczna chyba potrzebna, aby toto zmienić. Nie sądzisz?
— Ot, fantasta się znalazł… Pomarz sobie, nic groźnego. W wolnych chwilkach, skojarz fakty.
— Jakie?
— Życiowe, jełopie.
— Co żeś wydumał ciekawego?
— Prościnę! Podobne cacko z elegancko ogoloną dziurką (jakie właśnie oglądasz|), przyda ci się wyłącznie jednorazowo. Okay, kryj samiczkę, rzeczywiście fajowska. Ale przenigdy nie przywłaszczaj jej sobie bezsensownie.
— Niby, czemu?
— Człowieku, zaraz ci któryś ekstra lalkę podstępem zajebie. Przywłaszczy sobie, solidnie wyjebie i uważnie przypilnuje wysoce rębnej zdobyczy. By nie spotkało go niemiłe, które tobie się przydarzyło. Ty osamotniony biedaczku, migiem nawrócisz się na drogę grzesznego samogwałtu. Przykra prawda, niestety.
— Czarnowidz z ciebie?
— Bardziej, realista. Zapewniam, lachonkowatej dupencji za jedno, pod którym aktualnie leży i radośnie wierzga kuśprycami. Byle jakikolwiek gad kręcił się wokół takiej, już zadowolona. A jeśli szanowny adoratorek obdaruje cholerną lalę byle błyskotką, nawet wniebowzięta się robi. Tak kurwa, takie kurwiszony działają! Unikanie seksy-lal szczerze doradzam, po koleżeńsku. Inaczej frustrację zaliczysz. Powrót do rękodzielnictwa, również. Inaczej, piżamkę upaćkasz nadmiarem spermy w jąderkach. A jak nie, to cię rozbolą i mamusia do lekarza-specjalisty zaciągnie, zamiast do byle burdelu. Zlicz koszty i zadziałaj rozsądno-ekonomicznie. U mnie, właściwie górna główka pracuje. Ty, myślisz dolną, prąciową. Sporawa różnica, kurwa.
— Straszliwy pesymista z ciebie.
— Osądzaj, jak ci przypasi. Mnie, za jedno.
— Wiesz, teraz już w ogóle nie bardzo kumam, jakim cudem gołą ją, kiedykolwiek oglądałeś — dociekałem.
— Zwyczajnie. Na spokojnie było. Zero zabiegów z mojej strony. Z tym, że okoliczności dziwnowate.
— O! Możesz ździebeczko naświetlić temacik? Kręcisz zbytnio. Pojąć, nie idzie.
— Oj, tam. Nic, nigdy nie zaszło między nami. Po prostu opalała się całkiem goła, numerantka.
— Gdzie?
— W wysokiej trawie. Za ostatnim wielkim grobem, na starym cmentarzu.
— Co?
— To, co słyszałeś. Ale przyznaję, także ostro mnie wówczas zaskoczyła.
— Gołe baby, po cmentarzach latają? Fajska moda, nie słyszałem o niej. Szkoda, kuźwa.
— Ja, również nie słyszałem. Za to widziałem tam, tę naguskę.
— Szczęściarz z ciebie.
— Bez przesadyzmu, poproszę. Poszedłem zapalić świeczkę dziadziowi, w jego imieniny. Zadziałałem z czystego sentymentu do aktualnych zwłok, gnijących w ziemi. Sentyment do protoplasty zaistniał, kiedy dziadzio żyły. Lubiłem wesołego, często świntuszącego staruszka. Nie potrafił żyć, bez pornosów. Starodawne fotki preferował. Z owłosionymi w kroczu babami. W młodości, wyłącznie takim szajsem biedaczek dysponował. Na starość, począł chadzać do burdeli. W niektórych, posiadał zniżki dla stałych klientów-emerytów. O swym kutasie mawiał, old faithful. Czyli jakby… wierny kompan niezliczonych potyczek erotycznych. Nigdy, ponoć go nie zawiódł. A starczą aktywność płciową, urolog mu zalecił. Taka teraz profilaktyka prostaty, w Unii. Z tym, że jej kosztów, emerytom nie refundują. Comiesięczne stypendia dosyłane z ZUS-u, ledwo dziadziowi wystarczały. Ale prostatę ochronił. Na zawał wykorkował. Viagra, ostro zaszkodziła. Sklerotyk zapomniał, że już wcześniej zażył i zabisował maksy daweczkę. Przypadkowo przedawkował biedaczek i chemicznie podniecony, skonał w autobusie. Z kuponami w kieszeni, ochoczo podążał do nowego burdelu, na inauguracyjną super promocję. Darmowa komunikacja miejska mu przysługiwała, więc stale z niej korzystał. Dotarł na właściwy przystanek, ale martwy. Szkoda, że zniżek nie zdążył wykorzystać. Zmarnowały się.
— No, rzeczywiście przykre.
— Widzisz, jakie figle życie płata?
— Odpuść. Wolałbym usłyszeć coś bliższego o dziewczynie. Nie, o martwym dziadku. Wybacz egoizm.
— No, więc wtedy, wspominając wesołego dziadzia-erotomana, powłóczyłem się nieco po posępnej cmentarnej okolicy i nagle… trafiłem na tę laskę. Spoczywała tuż za grobowcem jakiegoś księdza. Oczka, zakluczone. Odnóża, zgrabne i zapraszająco rozwarte ku słoneczku oraz mym zaskoczonym oczętom. Szpareczka, przyzwoicie i skromniutko zamknięta. Sporawa łechtasia, ewidentnie ciekawa otaczającego świata i bezproblemowo widoczna. Depilacja, bez zarzutu. Cycuszki, rozgrzane przez palącą gwiazdę. Buźka, wyraźnie szczęśliwa. Całe ubranko, elegancko ułożone przy lewym boczku ponętnej dupci. Nudystka, widać. Raczej nie z przymusu, zważając na okoliczności. Ot, leży baba na cmentarzu. Tyle, że żywa i kompletnie goła. U mnie, szok! Z niej, szczęście emanuje.
— Okay, nie wadzą mi golasy z serii, nudo-hobbyści. Ale żeby na cmentarzu się opalać? Dziwne, kurwa — niedowierzałem.
— Ona, często tam bytuje, o każdej porze roku. Gdy zimno, drepcząc pomiędzy grobowcami, nierzadko kanapeczki wpyla z wielkim apetytem. Wiać, lubi regularnie się odżywiać. Czasem popija coś, z niewielkiego termosiku.
— Pokręcona, jakaś?
— Czort wie. Nie łatwo dziś o normalną dziewczynę. Wielu palma odbija. Ewidentny wpływ pieprzonych celebrytów, kuźwa. Namącą postronnym w łepetynach, zaś ci, z mety kretynieją i naśladują idiotów. Taka moda aktualnie obowiązuje, więc wszystkie chcą być trendy i podążają za nią na oślep. Inaczej, wiocha!
— Wiesz, coś bliższego o niej?
— Wiem, że to ukochana córeńka grabarza. Bytuje na pięterku, tuż nad zakładem pogrzebowym. Czyli w firmie, prowadzonej przez rodzicieli. Codzienne żyćko wiedzie pośród nieboszczyków przetrzymywanych w pokaźnej lodówie ustawionej pod zadaszeniem, obok familijnego domostwa. Puste trumienki rozproszone wokół, spokojnie oczekują na załadunek. Multum ich przy prądożernej chłodni. Mało romantyczne waruneczki do codziennego bytowania, raczej. Cmentarny lachonek i tyle. Z tym, że za życia, ładny. Takie, ma okoliczności życiowe, kuźwa.
— Niczym w horrorze, kuźwa.
— Dokładnie. Skojarz sprawę szerzej i wyobraź sobie seks z nią na wysłużonym, zajebistym… katafalku, albo w eleganckim czarnym karawanie. Zaś obok, sztywnego i zziębniętego, bladego trupa ukrytego w sosnowym pudle lub w kremacyjnej, wysoce ekologicznej tekturowej trumience made in China. Blade trupidło, oczywiście z plamami opadowymi na uszach oraz dłoniach i w ogóle gdzie się da. Wówczas, maszt płciowy może ci szybciej opadnie, napaleńcu. Lecz jeżeli przypadkowo zapalony nekrofil z ciebie, serdecznie przepraszam za próbę obrzydzenia wysoce kręcącej randki z grabarzówną. Marz sobie, albo śnij o egzotycznym bara-bara w ciasnej trumnie, lub w lodowatej, rodzinnej trupiarni. Jedynie nie relacjonuj mi, kurwa, co tam wyczyniasz. Odmienne klimaty preferuję. Wybacz, mój nadmierny egoizm.
— Kuźwa, ale jaja. Drobna makabreska. Niemożebnie ponętno-zajebisty lachonek i takie wieści o nim? Nie wierzę… — jęknąłem, zszokowany jeszcze intensywniej.
— Trudno. Nie nalegam na zmianę przekonań, ani wiary. Ale otrzeźwiej choć nieco, permanentny podnieceńcu.
— Naprawdę, nie bujasz?
— Bez sensu by było. Po co przemęczać mózg i zmuszać, aby nadmiernie fantazjował? Po dobroci przekazałem, co wiem o rębnym towarku. Tyle, w temaciku.
— Niczego już nie kumam… — jęknąłem zagubiony.
— Nie panikuj. Mało to chętnych dup wokół? Przeleć którąś, dla relaksu. Tylko o gumkach pamiętaj, abyś w tarapaty nie wpadł przypadkowo. A jeśli nie posiadasz ogumienia, pożyczę. Z tego, co dostrzegłem, rozmiar mamy zbliżony. Powinno pasić. Mam spory zapasik w plecaczku. Nowa dziewczyna mej siostrzycy całe pudełko tego, wygrała w Pradze na jakiejś gejowsko-lesbijskiej loterii. W przypadku ich obu, kompletnie nieprzydatny gadżecik, więc zrobiły mi prezent. Stopniowo, zużywam. Spoko, wszystko z unijnym atestem i na trzyletniej gwarancji producenta. Szajsu ci nie wcisnę, bez obaw.
— Dzięki, mam własne kondomy. Niedawno promocja w Biedrze była. Ale ważność, tylko do końca wakacji. Te, najpierw trzeba by zużyć.
— Słuszne i ekonomiczne podejście do otaczającej rzeczywistości! Szkoda, grosza marnować. Pamiętaj, przeterminowane często pękają na wacku. Szczególnie smakowe. Kuzyn przymusowo, tak ojcem nagle został. Stąd wiem. Biedak, przez nadmierną pazerność i ewidentne sknerstwo (za darmo chińszczyznę o smaku sushi, gdzieś rozdawali), z powodu nieuwagi, nabył po pijaku żonkę tak brzydką, że aż przykro patrzeć. Twierdził, że przed seksem, wydała mu się nienajgorsza. Po nim, własnym oczom nie wierzył, co przeleciał. Na domiar złego, okazała się ostro przeterminowaną dziewicą. Wcześniej, żaden szkarady nie napoczął. Lecz z dziewczynami, kuzynek zawsze miewał pod górkę. Paskudy, najczęściej obsługiwał. Strasznisty pechowiec z niego, pod względem wyrywanych dupencji.
— Przykre…
— Tylko prawdziwe, niestety! Nigdzie, bym się z tą jego nie pokazał. A on musi, bo urzędowo zarejestrowana na niego, jak i skuter podarowany mu przez teściów. Wehikuł, także do dupy. Uogólniona masakra, kuźwa. Tak, trafił!
Nic, nie odpowiedziałem.
Me wcześniej spontanicznie uwolnione endorfiny, nagle zapodziały się gdzieś głęboko we mnie, tudzież wyparowały. Za to zwoje mózgowe, bezustannie przetwarzały zaskakujące dane o wysoce ponętnej dziewczynie:
*Cmentarz, jako plaża nudystyczna lub doraźna stołówka. Szok!
*Perspektywa przypadkowego seksu w… zakładzie pogrzebowym. Obok chłodni pełnej zwłok. Nieomal na zastygłych oczach nieboszczyka upchniętego w trumnie. Drobny koszmarek!
* Do tego nieustający rajsko-anielski, damski widoczek, jaki stale miałem przed oczyma. Nieziemska anielica, jakby w przebraniu… wielce seksownej diabliczki, wylądowała na brzegu smrodliwego bajora. Nie lada pokusa i samo piękno, psia mać!
Podsumowując powyższe dane, totalny kociokwik informacyjny zagościł w mej przepracowanej mózgownicy.
Na moment, jak gdyby… zawiesiłem się.
Wacek zmarkotniał, a gatki elegancko przylgnęły do podbrzusza. Żaden ślad nie pozostał po niedawnych emocjach płciowych. Aktualnie wówczas, stał sobie grzeczny chłopaczek w majteczkach i patrzył na dziewczynkę, rozebraną przypadkowo przez złośliwą, wietrzną naturę.
„Co z tego, że sunia ładna, skoro nie moja. Ale pewnie któryś, śmiało jej używa. Cóż, takie życie. Zero w nim sprawiedliwości, kurdebele!” — pomyślałem.
Lecz owa niby obojętność, okazała się oczywiście pozorna.
Ostatecznie, czort z jakimiś trupami, nieobecnymi na widoku! Żywy obiekcik płci odmiennej, znowu poczynał korcić. A także ponownie wskrzeszać i rozbudzać nieokiełznywalną chuć oraz typowo męski wskaźnik zainteresowania seksownym obiektem.
Wszystko, bynajmniej nie z powodu, że cmentarna nudystka ozdobiła długą, ewidentnie caluśką szyjkę złotawo-tombakowym łańcuszkiem z niewielką, naprawdę estetycznie wykonaną trumienką, widoczną nawet z oddali. Zaś smukły paluch lewej dłoni, tandetnym klejnotem z odrażającą trupią czachą.
„Dziwaczny guścik i gadżeciki, nie powiem…” — przemknęło mi przez myśl.
Ogólnie, ciekawa oraz mocno nietuzinkowa wydawała mi się owa seksowna osóbka, płci przeciwnej do mojej.
„Zero, we mnie ukrytego geja, najwyraźniej…” — skonstatowałem.
Faktycznie, od zawsze wolałem i wolę baby! Szczególnie zgrabne, ponętne i całkowicie rozebrane. Nawet takie, z dość dziwnym mini tatuażykiem, w miejscu nienagannej (obowiązkowej, podług mnie) depilacji.
„Oj, dzięki ci Mamciu Naturko oraz przewrotny losie za tak cudowny daro-obrazek przyrodniczy, który niespodzianie objawił się mym zauroczonym oczkom. Miodzio, kuźwa!” — wywnioskowałem dziękczynnie.
Rozdział III
Kiedyś (nazbyt dokładnie nie kumam już, kiedy) nie mogąc zasnąć, bezmyślnie gapiłem się na pozbawiony fonii telewizor. Ot, wcisnąłem w pilocie nie to, co należało i elektroniczny wynalazek nagle zamilkł. Lecz po sporawym ekranie, nadal wędrowała babeczka z fajnym biustem. Zapewne otwarcie strzaskanym słoneczkiem. Zero, jasnych paseczków na calutkim ciele. Na jędrniutkich pośladkach, także. Samiczka, że hej! Miło popatrzeć! A jeszcze milej spotkać w realu i poznać, jak najbliżej.
Film, teoretycznie był dla dorosłych. Czyli jak katolicka kraina długa i szeroka, multum małolatów zapewne ślęczało nocką przed odbiornikami. Z zapałem obserwując, jak dorośli się rozmnażają. Chwilkę po tym, kiedy mój telewizor zaniemówił, bohaterowie filmu przystąpili do kopulacji.
Kanał nie był rządowy, lecz komercyjny, więc całkiem sporo można było dostrzec. Z tym, że w istotno-ciekawym momencie, bogato owłosiona głowa kobiety zakryła widoczne wcześniej dyndające prącie, zapewne nabrzmiewające teraz w jej ustach. Później, para rytmicznie kopulowała na kosmatawym dywanie. Po bożemu, działali. Facet, wytrwale ćwiczył pompki. Ona, machała w powietrzu nogami. Stopy, miała uwięzione w krótkich botkach. Więcej, niczego na nikim nie było. W tle, za aktywną parą, walał się pomarszczony kocyk. Przy intensywnym wysiłku fizycznym, ciałka sporo ciepełka wydzielają. Po czorta się czymkolwiek okrywać? Tym bardziej, że oba ładne. Nawet widz-gej, prawdopodobnie byłby częściowo usatysfakcjonowany widokiem męskich pośladków. To niewidoczne, co istniało z przodu tyrającego aktora, mógłby sobie do-wyobrazić i gitara!
Acha, piękno-biustna w botkach, w kroczu oczywiście elegancko wydepilowana. Czyli dla najmłodszej widowni, przy okazji podpowiedź oraz wzór do naśladowania. Inaczej, siara i wiocha, w jednym. Podsumowując, masakra!
Przyspieszony kurso-instruktarzyk ogałacania kosmatego (z natury) krocza, na amatorską modłę, zapowiadano wcześniej na innym kanale. Nie na rządowo-katolickim, oczywiście. Na takich, modły i przemówienia jedynie. Zero akcji oraz nieustająca nuda, której dobrowolnie nikt nie ogląda. Po czorta ona komu? Małolaty (choć oficjalnie, mogą), również tam nie zaglądają. Toż filmy akcji, ciekawsze i pouczające. Zaś tak zwany grzech, milszy od jakiejkolwiek świętości. Poza tym diabliczka, kusi. Anielica, wprost przeciwnie.
W pewnym momencie oglądania intensywnie zajętej sobą pary, stałem się ździebko zaskoczony śródnocną ciszą… panującą za ścianą. Zamieszkiwali za nią młodzi ukraińsko-niemieccy sąsiedzi. Zazwyczaj ekstremalnie głośno pieprzący się, nie tylko nockami. Ludzie ci po forsownym seksiku, bezproblemowo porozumiewali się po angielsku. Dzięki czemu dowiedziałem się kiedyś, iż jurny Ukrainiec posiadał wielgachne jądra oraz ogólnie dorodny sprzęcik płciowy. Lecz zdaniem Niemki, nie potrafił się nim odpowiednio posługiwać. A z uwagi na zbyt wczesne wytryski, często partolił robotę. W dodatku, nie chciał używać prezerwatyw, bo przesadnie oszczędzał. Ot, sknera!
Utkwiło mi w pamięci, iż przymusowo przyswajając powyższe nowiny, zerkałem w samotności na cykliczny program satelitarno-darmowej TV zatytułowany, jak gdyby ciutkę… antykomercyjnie: „Tobie, nic nie pomoże!”. Traktował o niezbyt młodawych już kaszalotach, mocno zaniedbanych pod względem estetycznym. Podczas licznych przerw, reklamowano wtedy kolagenowe kremy, dedykowane permanentnie wiotczejącej, damskiej skórze. Określając ją (z europejska?): „Jędrna inaczej”.
Nagle przypomniałem sobie, także podsłuchaną kiedyś przypadkowo (przez ścianę) wieść, iż moi międzynarodowi sąsiedzi czasem dorabiali sobie na… sex-czatach, otwarcie kopulując przed amatorską kamerką. Anonimowi obserwatorzy ich zmagań mogli nawet wybrać pozycję, w jakiej parka powinna się połajdaczyć. A także preferowany otwór (nie koniecznie płciowy!) bezpruderyjnej sąsiadeczki, ewidentnie otwartej na różniste zapotrzebowania widzów. Wówczas, opłata za pokazik rosła. Ale jakie były ogólne koszty rozryweczki na zażyczenie, do dziś pojęcia nie posiadam. Zresztą, co za różnica. Zawsze mogłem przecie wpaść do kolegi.
Okno jego pokoju patrzyło wprost na agencję towarzyską. A różowe firaneczki, kiepsko kamuflowały wnętrze ciasnego pokoiku naprzeciwko. Nakręcenie reportażu dla dorosłych, nie stanowiłoby najmniejszego problemu. Dokładne zrelacjonowanie akcji na żywo, tym bardziej. Jednie nie wiem, czy jakakolwiek stacja radiowa rzecz by wyemitowała. Na państwowych falach, modły. Na komercyjnych, reklamy. Wszędzie, nieustannie króluje brak czasu.
W mym lokalu, czasami dolatywała zza ściany także damska refleksyjko-informacja, typu: „Jura, dlaczego ja ciebie kocham? Patologia, chyba. Ogólnie, do dupy jesteś, ale fajny. Tylko szkoda, że taki szybkostrzelny. Wolę być ujeżdżana solidniej i sporo dłużej. Nie przykładasz się do samczej roboty. Andrea, może w nieskończoność, widziałeś przecie. Rżnie i dziewczynce, migiem robi się milutko. Chociaż wyposażony w mniejszego, niż twój i fikuśnie krzywego, fajniutki ogierek z chłopczyka. Wiecznie twardy i gotowy do znoju! Ty, dup-dup, chlup-chlup, wiotczejesz aż przykro patrzeć i zaraz, lulu. Kimasz, a u mnie wilgoć, frustracja i pełen deficyt szczęścia. Nieomal po ścianach chodzę i na kij od szczotki zerkam pożądliwie. Tak, miewam przy tobie! Dlatego pod choinkę, chcę najnowszy model wibratora i kilka kompletów pasujących doń bateryjek oraz markowy żel. Zabaweczka ma być różowa, z mięciutkimi wypustkami. Pokazywali taką na satelicie po wczorajszej reklamie perfum. Ale perfumisk, nie chcę. Znam je, strasznie śmierdzą. Jedynie o wibratorek proszę. Zapamiętaj! Ale jeżeli nie sprawdzisz się też jako Mikołaj, ponownie ujrzysz mnie pod Andreą. Trudno, mam swoje potrzeby, mój drogi. On, stale nalega proponując mi swe usługi. Ta jego, nie wystarcza mu. Jak ty, mnie. Fatalnie się podobieraliśmy, cholera…”.
Właśnie wówczas (czort wie, czemu), naszła mnie refleksyjka:
„Czy coś takiego jak miłość, w ogóle istnieje? Wątpię, szczerze mówiąc! Toż jedynie naturalna chemia za wszystko odpowiada! Kombinacja konkretnych hormonków oraz reakcja chemiczna pod ich wpływem, nic więcej. Resztę, ludziska wydumali. Być może, będąc na kacu…” — odparłem wewnętrznie, sam sobie.
Migiem, sięgnąłem po kolejnego (przygotowanego zawczasu) drinka na bazie mej ulubionej whisky. Bez lodu, bo nie lubię.
Truneczek ów dostarczano opojom na całej kuli ziemskiej w ciemnych kwadratowych butlach, rodem z Chin. Lecz brązowawy, wysoko procentowy napój, który zawierają owe szklane opakowania, importuje się wprost z USA. We wspomnianych azjatyckich flaszkach ciasno poutykanych w boliwijskie kartony A wszystko, podróżuje po szerokim świecie wysoce ekologicznym transportem, zapewne.
Cóż, idiotyczna moda na tak zwaną… ekologię zapanowała w różnych łepetynach. W skrócie, ogólna lipa! Lecz jeśli byle celebryta ją popiera, wtedy to… święta prawda.
Ze smakiem szczęśliwych jaj od nieszczęśliwych kurek, jest podobnie. Toż wszystkie żółte czka jednako smakują, póki świeże. Białka, identycznie! Później, trzeba by już zasięgnąć opinii Chińczyka. Nikt inny, jego rarytasu, nie przełknie. Śmierdzi! A i wygląda niezbyt apetycznie. Lecz jeżeli (nie daj Boże!) jakiejś tutejszej celebrytce świństwo posmakuje, jej fani, mają przechlapane. Muszą wpylać! I ustawicznie delektować się oparami siarkowodoru, bo fetorek (choć wielce obrzydliwy!), to wielce modny, niestety.
Cóż, smacznego!
Ot, uogólniony pic na wodę oraz wyjątkowo kiepski fotomontaż. W skrócie, ściema! Toż wszyscy przewoźnicy wszelakich współczesnych dóbr, jak cholera smrodzą w bezkresnych niebiosach, tudzież na oceanach. Nie zapominając, o panu Wieśku. Kurierze, który tkwiąc bezczynnie w miejskim korku we wnętrzu klimatyzowanego trucka, nażarł się z nudów uprażonego w Chorwacji, bułgarskiego bobu. Zapakowanego maszynowo na Węgrzech w tajwańską torebkę strunową, wyprodukowaną w kooperacji z Wietnamczykami. Zaś cuchnące ropą paliwo do wehikułu pana kuriera Wiesia, pochodziło zapewne z Emiratów. A do zwariowanego na punkcie ekologii zakątka jawnie chorej cywilizacji, dotarło rozklekotanym peruwiańskim tankowcem, który później podążył pusty, do Japonii. Nieprawdaż, że fajowa to ochrona pieprzonego środowiska?
Coś, na kształt umiędzynarodowionego eko-kociokwiku zapanowało na coraz bardziej porąbanym świecie. Trudno skumać, wysoce modnie zakręcone zagadnienie. Z tym, że cierpliwa planeta najgorzej wychodzi na mocno koślawej ludzko-nieludzkiej gospodarce pro ekologiczno-ekonomicznej. Ale, co tam! Mało to kretynizmów współcześnie obowiązuje? Ludziska, przywykli do nich. Czyż nie? Jedynie młodzi naiwniacy zapatrzeni ślepo w swych ponadprogramowo tępawych idoli (celebrytów), mogą sądzić, że bywa inaczej.
***
Zerkając ponownie na wspomniane wcześniej zagadnienie uczuciowe, od strony ździebko badawczo-naukowej, (rozważane pod wpływem rozjaśniającego umysł, markowego zaoceanicznego alkoholu uczciwie schłodzonego w pękatej chińsko-koreańskiej szklanicy polskim lodem z czeskiego plastiku), trywialno-pospolite zakochanie się, to chyba rzeczywiście specyficzna rozgrywka określonych substancji chemicznych. Coś, jak podstępne igranie chemii, z… ogłupiałym ludzkim mózgowiem. Zaś temu (często przemądrzałemu!) draństwu, konkretna płeć mózgu osóbki atrakcyjno-powabnej feromonowo, bywa czasem kompletnie obojętna. Takie numerasy, w żyćku niektórych się przytrafiają, cholerka. I to na całym świecie, psia mać! Z tym, iż co poniektóre tradycyjnie zakłamane krainy, nieustannie łżą, iż na obszarze ich wybitnie demokratycznej jurysdykcji, podobnych bezeceństw nie ma. Nie było. I przenigdy nie będzie, oczywiście! Toż przecie Bóg dopomoże. Taki, tradycyjny święty przekręcik.
Ale cóż czynić, gdy szarą (teoretycznie pobożną) człeczynkę, na… nierząd jednak najdzie? Oczywiście, w stanie trzeźwości, ma się rozumieć! Po pijanemu, u co poniektórych dżentelmenów, ze sprawnością płciową bywa na bakier. Męski zwiso-niemoco-uwiąd, nie jest nazbyt eleganckim rozwiązaniem w upiększonych tuszem oczętach mocno zawiedzionych dam, przejawiających wyraźną ochotę na uczciwe pokalanie ich oraz wysoce niemoralne, niecno-bezbożne szaleństwa. Toć kobitka istnieje, by grzeszyć. Albo przynajmniej skutecznie prowokować (uwodzić?) samca, by ją spontanicznie pokalał. Jelenie, łosie, czy sarenki mają bardzo podobnie.
U drobiu, bywa inaczej. Przystojny, kolorowy pan bażant beztrosko po soczystej oziminie paraduje, zaś szare kury, na niego lecą. Gdy przylecą, on ochoczo je przelatuje i zaraz ma wolne. Guzik go obchodzi upierdliwie popiskujące, wiecznie włóczące się za kwoką cholerne potomstwo. Nieprawdaż, że ma sporo fajniej, niźli czatujący na niego myśliwy, płacący swej byłej zasądzone z urzędu alimenty? Toż obie samice zapragnęły się puścić. Lecz wyłącznie ptasi kogucik pozostał wolny i szczęśliwy. Ot, sprawiedliwość! Dziwno-dziwacznie wykombinowano ten świat, kurdebele.
Czy warto ryzykować samczą sprawność płciową, kiedy ustawicznie kusi wysoko smacznisty alkoholik uwięziony w obanderolowanym opakowaniu? Pojęcia nie mam. Z tym, że z kolei po umiarkowanym upojeniu się, zabrać się za sprawę znacznie łatwiej. Śmiałości wówczas przybywa nieśmiałym kochankom i harcują ze sporo śmielszymi od siebie. A więc jawi się tu i pewna plusinka, jak gdyby.
Cóż więc czynić? Wypić obowiązkowo cosik fajnego przed nieubłaganie czekającym obowiązkiem małżeńskim, czy może lepiej niczego nie pić, oprócz (ewentualnie) wody? Ot, i masz człeku treściwe i jakby asekuranckie zapytanie.
Oj tam, korci wszędobylskie licho. Łyknij cosik fajno-smacznego zafrasowano-zagubiona człeczynko. Wiesz, choćby ciut… dla kurażu! Jeno potem w amoku chuci, o ochronnym ogumieniu nie zapomnij! Pamiętaj, licho nie śpi. Zło, ustawicznie czuwa i czyha za rogiem.
Niespodziewanie odświeżyła mi się pamięć. Bez większego związku z powyższymi rozważaniami oraz bez logicznego uzasadnienia, czemu akurat w danym momencie zadziałała. Różniście, czasem kombinuje się mej łepetynie.
Zamajaczyła w mych myślach dość dawna, powakacyjna relacja pewnego kolegi (znanego memu otoczeniu, pod ksywką: przewlekły onanista), z jego przypadkowego pobytu ze starszą od niego kuzynko-ciotką, na Mazurach.
Wyraźnie nudził się koleś w maminej chałupie podczas lata, więc porzucona przez partnera kobitka-żeglarka rozpoczynająca samotny urlop, dokooptowała go sobie do towarzystwa, aby raźniej jej było w wynajętej łodzi. Poza tym dość silne łapy do ewentualnej pomocy w aktywnym wypoczynku, także mogły okazać się przydatne. Ówczesny prawiczek, miał szesnaście lat. Zaś sfrustrowana, świeżo porzucona żeglarka, ze trzydzieści na karku. W skrócie, oboje młodzi.
Ciachowaty chłopaczek nadmiernie szpanujący na łodzi przed młodą, zgrabną ciocią (pracowicie łapiącą hebanek będąc jedynie w stringach), poślizgnął się niespodziewanie. Upadając, z impetem walnął jajkami w rant burty. Po czym robiąc wielkie oczy nabrał powietrza w płucka, zawył boleśnie i spontanicznie chwycił się za poszkodowane krocze. Dobroduszna, pomocna ciocia sięgając do podręcznej lodóweczki pokładowej, zaproponowała zimny okład na obolałe klejnoty. Kiedy biedak skojarzył, iż zaraz będzie musiał opuścić gatki, uprzejmie podziękował jej za gotowość niesienia pomocy.
Ból, złagodniał po pewnym czasie, ale zupełnie, nie przeminął. Zaniepokojona kuzynka postanowiła osobiście skontrolować obrażenia odniesione przez młodego. Wszak zgodnie z zażyczeniem troskliwej rodzicielki nieletniego chłopca, sprawowała nad nim pieczę podczas wspólnej wyprawy wakacyjnej. A więc jakby obowiązek, tego wymagał.
— Młody, nie chcę mieć twych jaj na sumieniu. Pokaż je, może coś wykombinuję, biedaku — usłyszał.
— Stopniowo, ból przechodzi… — jęknął, wymijająco.
— Nie marudź i nie panikuj. Niepotrzebnie pajacowałeś na śliskim pokładzie. Doigrałeś się. Teraz nadmierny wstydzik, na bok. Gacie, w dół! Muszę poznać faktyczny stan przypadkowo pokiereszowanych klejnotów. Oceniała, niczego nie będę. Nie obchodzi mnie, jakiego masz — odparła.
— Stanąć mi może — podkreślił, lękliwie.
— Wiem. Spokojnie, nie przerażę się. Zapewniam, nie jednego wacka oglądałam. Wlicz wzwodzik w koszty i działaj. Byle szybko! Jasne?
Na tak stanowcze polecenie tymczasowej opiekunki, stale cierpiący nastolatek spojrzał na nią trwożliwie i wyraźnie zażenowany, z niemałymi oporami pozbył się kąpielówek. Niczego więcej, nie miał na sobie.
— Grzeczny chłopczyk. Teraz młody samczyk staje śmiało w szerokim rozkroku, żeby jajka swobodnie zwisały na widoku. Fiutka możesz zakryć łapą i unieść, żeby wisielec jąder nie kamuflował. Uprzedzam, obmacam je. Gdyby fiut mężniał, olej sprawę. Uczynię to samo i po problemie.
— Póki co, spokojnie się zachowuje.
— Widzę. Teraz ja, działam. Stój spokojnie. Gdyby ostrzej zabolało, daj znać. Sadystką, nie jestem. Obawiałam się, że masz jakieś zewnętrzne obrażenia. Szczęśliwie, źle raczej nie jest. Jajka, wyglądają normalnie — oceniła, pocieszająco.
Studiując z bliziutka efekty odniesionej kontuzji, ciotunia poinformowała, iż miała kiedyś chłopaka, który przy niej i jej przyjaciółce, dość podobnie uszkodził się podczas wspólnych wakacji. Ulgę, przyniosło wówczas szybkie zredukowanie nadmiernych zapasów zgromadzonej spermy. Aktualnie, postanowiła zastosować identyczną terapię. Czemu nie, skoro wówczas pomogła, warto spróbować i teraz. Otwarcie, zleciła młodemu natychmiastowy… onanizm. Zaś ten, osłupiał i zbaraniał wytrzeszczając gały, jakby panicznie.
— Tu? Teraz? Przy tobie, ten-teges mam uskuteczniać? — jęknął, zaskoczony.
— Nie przejmuj się drobiazgami. Mną, w szczególności. A bo o raz widziałam. Brat, krył się z tym przed matką, ale nie przede mną. Człowieku, ciasnotę zaliczamy na pokładzie. Znasz zajęcie. Szybko, skutecznie zadziałasz i z głowy. Znajdę, jakieś naczynko na spermę. Później zerkniemy, czy krwi w niej nie ma. Proste i rozsądne. Masturbuj się, małolacie. Migiem!
— Raczej, intymne zajęcie. Nie uważasz?
— Dzieciaku, bez paniki. Innych warunków, nie mamy. Brak tu oddzielnych pomieszczeń. Po diabła masz cierpieć, nieboraku. Nonsens! Penis, chaps w dłoń i masuj narząd wytrwale. Spuść się! Może ulgę odczujesz. Tamtemu, wówczas pomogło. Łatwiej masz. Wtedy trzy dziewczyny siedziały w niewielkiej łodzi. I wszystkie ciekawskie, oczywiście. Postawił na odwagę i udźwignął problemik. Też dasz radę — usłyszał, na pocieszenie.
Niezbyt chciał uskuteczniać samozabawę na łódce, przy nadopiekuńczo-pomysłowej kuzyneczce. Postanowiła czynnie dopomóc speszonemu i wyraźnie nieśmiałemu. Bez oporów, własnoręcznie gwałciła małoletniego, stale patrząc mu w oczy. Uśmiechała się przy tym przyjaźnie.
— Działam dla dobrostanu twoich gonad, małolacie. Nie wyobrażaj sobie nazbyt wiele… — zapodała.
Nie protestował. Odpowiedział, wymuszonym uśmiechem.
Nieśmiało skorygował zbyt ślamazarne tempo zabiegu. Ze zrozumieniem odniosła się do preferencji kontuzjowanego, momentalnie przyspieszając posuwiste ruchy pomocnej dłoni. Autentycznie ucieszyła się, kiedy posapujący nastolatek naprężał mięśnie pośladków, sygnalizując werbalnie nadciągający finał jej prozdrowotnej działalności.
— Szykuj naczynko — polecił, nerwowo.
— O kurwa, zapomniałam poszukać. Trudno, wprawdzie obiecywałam nie patrzeć, ale… Wybacz, zerknę co z twego twardziela wylatuje. Śmiało, nie wstydź się masażystki. Ratuj jaja. Strzelaj! — krzyknęła, rozkazująco.
Obfite, intensywne wystrzały lepkiego eliksiru skierowała za burtę, aby nie upaćkać nim siebie oraz pokładu jednostki dryfującej wzdłuż trzcin, z oklapniętymi żaglami. Dość daleko poszybowało młodzieńcze nasienie w rozgrzanym powietrzu. Zaś niewielkie, wyraźnie uradowane rybki ekspresowo zutylizowały nadprogramowy, spadający z niebios ekologiczny poczęstunek. W przyrodzie, nic nie może się zmarnować! Matka Natura tak ustanowiła. Wszyściutko da się spożytkować, co naturalne. Z plastikiem, sporo gorzej. Z lateksowymi kondomami, również. Straszliwie dużo śmieci ludziska wytwarzają na tym świecie. Ciekawe, czy tak samo, na tamtym.
Wieczorkiem, chłopak ponownie został poddany kontroli (bardzo osobistej, choć znacznie mniej peszącej go, niż poprzednia). Po prostu rezolutna cioteczka z uśmiechem na zadbanej, całkiem ładnej twarzy nagle podeszła doń, aby bezpardonowo opuścić mu spodenki do kostek. Zapragnęła… ponownie zbadać kontuzjowane w dzień młode jądra.
— Zakładam, że już się mnie nie wstydzisz, małolacie. Ćwicz bezwstyd, względem ciotki — rzekła, kładąc na swej dłoni, niespodzianie obnażone młode genitalia.
— Widzę, że już trenuję — zaśmiał się.
— Przyjemny jesteś w dotyku, cholerniku — odparła, puszczając doń oko.
— O, kuźwa. Stanie mi za momencik — zajęczał, jakby ostrzegawczo.
— Mam nadzieję… — odparła, z figlarnym uśmieszkiem.
Szybko usłyszał od ciotko-terapeutki amatorki, że skoro stan oglądanych jąder wyraźnie się polepsza, zaś sympatyczny penis spontanicznie przystojnieje i systematycznie powiększa się na jej oczach, zabieg upuszczania spermy należy koniecznie powtórzyć.
— Skoro wtedy nie chciałeś, nadal nie musisz się przy mnie onanizować. Znów zgwałcę cię, młody. Lubię to zajęcie, żaden problem. Facecik, powinien często opróżniać jajeczka. A uszkodzone, w szczególności. Wiesz, dla zdrowotności, jak gdyby — oświadczyła półgłosem.
Nie protestował. Nerwowo przełknął ślinę i zerkną na kuzyneczkę, ustawiając się przed nią w rozkroku. Penis, sterczał buńczucznie.
— Przydarza się, że kilka razy dziennie to robię — pochwalił się.
— Ćwicz, jak najczęściej. To, samo zdrowie! Dbaj o nie. A i dziewczynki, będą miały kiedyś z ciebie pożytek, młody. Facet, musi być twardy, gotowy do działania oraz ogólnie sprawny w łóżeczku. Inaczej, wypad! Przynajmniej, u mnie to obowiązuje. Dlatego, co i rusz, samotna bywam. Ale trudno! Przetrwam… — zaznaczyła, poważnie.
Obnażony chłopaczek, skrycie ucieszył się słysząc o konieczności kontynuowania manualnej terapii. Napiął wszystkie mięśnie umożliwiające maksymalną ekspozycję nienagannie zeregowanego penisa.
Ciocia uśmiechnęła się sympatycznie, puszczając (jakby porozumiewawczo) kolejne tego dnia oczko do bezwstydnego małolata, wyraźnie zadowolonego z posiadanych samczych przymiotów. Niespodziewanie pochyliła się, aby cmoknąć entuzjastycznie, spontanicznie śliniącą się główkę, przyzywająco sterczącego penisa. Śmiejąc się radośnie, czubeczkiem frywolnego ozorka połaskotała zaczepnie jej podstawę. Po czym przejechała językiem po twardym narządzie, na jego całej długości.
— Jezu, zwolnij tempo. Pobudliwy jest. Migiem, wystrzeli. Chciałbym nim dłużej pobyć w buzi — wyjaśnił i poprosił grzecznie.
— Boże, co ja wyczyniam! Miałam cię tylko ręcznie zgwałcić. Kolejną porcyjkę spermy upuścić. A nie, pieścić ustami. Przeginam, cholera. Wybacz, nieboraku — zapodała, usprawiedliwiająco.
— Nie przejmuj się, fajnie zaczęłaś. Tylko zwolnij — podsumował.
— Chłopa, dawno nie miałam. Pewnie dlatego widząc sztywny penis, wariuję. Mojemu ostatniemu, gdy nie brałam do ust, często wiotczał. Pogoniłam, gada! Ale wyszło, że to on mnie porzucił. Tak, drań sprawą pokierował, psia mać — wyjaśniła otwarcie.
Młody kuzynek, wydawał się zadowolony z rozpoczynającego się kolejnego, (mocno odmiennego od poprzedniego!) etapu terapii. Postanowił uczynić wszyściuteńko, co tylko zaleci seksowna kuzyneczka. Wszelkie hamulce, zniknęły bezpowrotnie. W młodej główce, niespodziewanie zawitał pełen luzik. Ale również, gotowość do poświęceń dla dobra zdrowiejących jąder. W jego głębokim przekonaniu, bezpruderyjna cioteczka naprawdę znała się na rzeczy.
„Nie sposób nie ufać takiej numerantce, kuźwa. Nawet jeżeli ponownie zaleciłaby mi zwałkę, ulżyłbym sobie, przy niej. Od teraz, zero sztucznej krępacji w jej miłym towarzystwie. Opalając się na łodzi, bezproblemowo mi cyce pokazuje. Zakuty w stringi tyłeczek, także. Wiecznie lata przy mnie topless, po łodzi. Czyli jej ode mnie, raczej także coś intymnawego się należy. Co tam i tak już wszystko poznała. Dla takiej, wszyściuteńko. W końcu, jednak mam fajne wakacje, kuźwa! Będzie, co wspominać i o czym opowiadać…” — dumał, z wielgachnym entuzjazmem.
Oczywiście, nie musiał masturbować się przed luzacką cioteczką. Anonsowany, kolejny gwałt małoletniego dżentelmena, także nie miał miejsca. Lecz sperma z chłopca, wystrzeliła. Tym razem młodawa jeszcze ciocia nagle zainteresowała się, czy młodziuśki kuzynek zaliczył już jakąkolwiek dziewczynkę.
— Przeleciałeś już, jakąś? Szczerze poproszę, młody. Matce, nie doniosę. Zeznawaj, śmiało. Dała ci, którakolwiek? Podymałeś sobie? — pytała ciekawsko i otwarcie, pijąc piwo.
Zaprzeczył, zgodnie z prawdą:
— Wiesz ciotka, trzy wzięły wacusia do buziek. Oglądało go, więcej. Każda z osobna, oczywiście. Dwie, zmierzyły i porównały z tym, co w necie wynalazły. Wegetarianka spermę nawet zjadła, tak ją zajęcie wciągnęło. Lecz tam, gdzie należałoby, żadna go jeszcze nie wpuściła. Za to kumpel z jedną z nich, na moich oczach klasycznie i bezproblemowo baraszkował. Nie patyczkując się z nią, na ostro zadziałał, więc jęczała. Co i rusz zerkając na mnie spod niego. Mnie, jakieś pieprzone peszydło płciowe nieustannie prześladuje. Cóż, łgać ci, nie zamierzam. Ciotka, pieprzony prawiczek ze mnie, kurwa. Siara i wstyd przyznawać się do ewidentnej męskiej porażki życiowej, ale trudno. Znaj nieustający kłopot oraz szczerą prawdę. Ponownie świrował przy tobie, nie będę. Jeszcze uszkodzę sobie coś, jak poprzednio. Pojedynczą nauczkę zaliczyłem i wystarczy. Sytuacja u mnie, bez wyjścia, jak gdyby. Koleżanki, dawać nie chcą. Koledzy, kpią ze mnie. Do burdelu nie wpuszczą, bom prawnie zbyt młody. A potrzeby kutasa, coraz większe. Jajeczka, wiecznie przepełnione. Pomocy, znikąd. Taki u mnie sex-raj na okrągło. Tylko ty znasz tę pieprzoną prawdę. Z prawiczkiem, masz do czynienia. Gwałcony przez laski, bywałem. Lecz nigdy, nie ciupciałem. Wstyd, kuźwa!
— Chyba zaskoczyłam sprawę, młody. Czyżbyś oczekiwał rozprawiczenia?
— Jezu, masz jakiekolwiek wątpliwości? Marzę o tym. Ale co z tego.
— Nieco szkoda mi ciebie. Taki młody, a już sfrustrowany płciowo? Przykre i psychicznie szkodliwe, chyba.
— Kobieto, w tobie ma nagła nadzieja.
— O masz. Coś wydumał?
— Ciotka, dopomóż męskiej dziewicy, jeśli możesz. Zechciej, błagam.
— Co masz na myśli?
— Seks, kuźwa. Z tobą, oczywiście.
— No, wiesz…
— Singielką, aktualnie jesteś. Wielu, zapewne miałaś. Jeden więcej w tobie, nie zrobi różnicy, moim zdaniem. Podszkol prawiczka. Zrób ze niego mężczyznę. Kręcisz mnie, jak cholera.
— Co ty wygadujesz?
— Od serca gadam i szczerze. Ciociu, podobasz mi się. Seksy babeczka z ciebie. Cycunie, że mucha nie siada. Tyłeczek, że hej! Depilacja, super. Sorry, podejrzałem. Pieg masz tuż nad łechtaczką. Stringi ci się zsunęły, stąd wiedza. Same plusidła dostrzegam. Minusków masz, raczej zero.
— Młody, nazbyt spostrzegawczy bywasz, czorcie jeden. Pamiętaj, matce podobnych wspomnień z wakacji nie raportuj. Z mety będę miała u niej przechlapane. Zabroniła mi nawet pływania przy tobie na golasa, a ty, łechtaczkę już obejrzałeś. Mam to gdzieś. I tak byś wkrótce zobaczył. Jutro pewnie popływamy na gółkę. Lubię tak. Okoliczności przyrodnicze, sprzyjają. Nie zamierzam się ograniczać. Co, ty na to?
— Spoko pomysł, ciotka. Rozprawicz mnie wcześniej, bądź kobietą.
— Seksu z małolatem, nie miałam w planach. Przeginasz z tą propozycją, moim zdaniem.
— Oj, tam. Bądź człowiekiem rozumiejącym bliźnich w potrzebie. Rozprawicz mnie i po sprawie. Co ci zależy? Wypróbuj fachowo sprzęt, który obejrzałaś. Jakby co, niezbędnych wskazówek udziel niedoświadczonemu małolatowi. Nie praktykowałem jeszcze, ale masturbowałem się kiedyś myśląc o tobie. Taka prawda. Bądź teraz moją pierwszą, proszę. Nie, błagam! Strasznie fajowa jesteś. Pójdźmy na całość. Niech się zadzieje, co tam.
— Przestań! Po powrocie wygadasz matce. A ta, migiem mnie zamorduje. Albo oficjalnie o deprawację oskarży i pójdę siedzieć. Takie realia, napaleńcu. Po diabła mi problemy.
— Co ty, ciotka. Słowa o sprawie nie pisnę. A tobie, do końca życia wdzięczny pozostanę. Jedynie kumplowi zapodam fakcik, że zadziało się wreszcie, co niezbędne i w końcu mu dorównuję. Nie wspomnę oczywiście o tobie. Nasza tajemnica. Co, komu do niej? On, matce nie doniesie. Nie zna jej nawet. Kobieto, zagrożeń brak. Zadziałajmy płciowo! Ktoś, musiał cię kiedyś odkorkować. Teraz ty, napocznij przeterminowanego prawiczka. W przyszłości, pewnie ja będę musiał dopomóc, jakiejś potrzebującej. Taka, kolej rzeczy. Nie uważasz?
— Ciotkę zapragnąłeś przelecieć, małolacie? Jakąś koleżankę dopadnij i zadziałaj. Bardziej naturalna sytuacja. Jak nie masz gdzie, udostępnię wam pokój. Wyrozumiała jestem. Sama, też jak gdyby w gościach, zaczynałam. Dawne czasy…
— Miła i gościnna jesteś, dzięki. Tylko szczerze mówiąc, wolałbym zainaugurować z tobą, tu i teraz. Serio!
— Nie jestem dla ciebie zbyt stara?
— Co ty, akuratna! Masz w tej kwestii doświadczenie i wiedzę. Ładna jesteś, to i korcisz samczyka. Podszkol mnie, jak dziewczynkę miło obsłużyć. W pornosach, rzadko o tym mowa. Wszędzie dup-dup jedynie. Uczciwe korepetycje, kuźwa, by mi się przydały. Ćwiczenia praktyczne, również. Stań się łóżkową belferką. Nie było innej, którą bym o to kiedykolwiek prosił. A ciebie, błagam. Puść się ze mną. Jesteś taka seksowna, wyjątkowo fajna i bezpruderyjna. Rozprawicz, męskiego dziewica…
— Młody, opanuj się. Rozumiem, twe potrzeby. Nawet fajowy samczyk z ciebie. Zabaweczka, niczego sobie. Lubię podobne penisy. Ale mamy mocnawo głupawą sytuację. Rodzinką jesteśmy. Zapomniałeś, napaleńcu na familijną starszyznę?
— Tym bardziej wesprzyj kuzyna, w męskiej niedoli. Naucz nie czegoś. Zrób ze mnie faceta! Najwyższa pora, abym zaczął się uczciwie łajdaczyć. Mam kiedyś skonać, jako prawiczek? Po wsze czasy jeno wstyd w zaświatach będzie mi towarzyszył. Chcesz tego? Póki czas, nie narażaj mnie na wieczyste pośmiewisko. Zrób, dobry uczynek! Warunki mamy idealne. I tak, sypiamy obok siebie, bo ciasnowato. Ciotka, rozprawicz mnie, proszę. Jeśli nie ty. To, kto? Patowa sytuacja u mnie, weź to pod uwagę. Dopomóż nieszczęśnikowi. Sympatycznie zgwałciłaś, teraz rozprawicz. Potrafisz. W twoim przypadku, proste. W moim, konieczne! Pomożesz?
— Zabiję cię za momencik, cholerniku.
— Okay, zgoda. Ale najpierw, o rozprawiczenie poproszę. Potem morduj tak, żeby nie bolało. Wierzę w ciebie, zajebista cioteczko.
— Niby, nie chcę. Ale chyba, muszę… Nie wiem — wzruszyła ramionami.
— U mnie, taka konieczność życiowa. Bądź człowiekiem! Zadziałajmy płciowo. Śliczna, przełam się. Co ci zależy? Krzywdy, ci nie zrobię. Błagam, bądź jeszcze fajniejszą cioteczką, niż jesteś. Udostępnij mi siebie. Możesz przecież. Zgoda?
Jak gdyby z wyrozumiałością, uśmiechnęła się sympatycznie. Zerknęła mu w błagające ślepia. Ponownie puściła oko.
— Zrozum, nie powinnam. Ale z drugiej strony…
— Chromol durnowate przeszkody! Zgadzasz się. Prawda?
— Wymuszasz…
— Co ty. Pragnę i błagam. Nic więcej. Pokieruj mną tak, aby i tobie było fajowo. Mam dobre chęci, tylko niczego nie umiem. Bądź wyrozumiała. Wiele pornosów obejrzałem. Ale wciąż, zero praktyki, kuźwa. Nie sądzisz, że pora to zmienić?
— Czemu, akurat na mnie cię naszło?
— Od zawsze mi się podobasz. Masz doświadczenie. Kojarzę trzech, z którymi się bzykałaś. Zapewne, więcej ich było. Chciałbym się podszkolić, dopomóż. Naprawdę wolę zacząć z tobą, niż z byle jaką. Wystarczy?
— Co mam z tobą zrobić, dzieciaku? Po czorta cię rozbierałam? Teraz, tylko problem. Wprawdzie po zdjęciu majtek bardziej faceta, niż dziecko przypominasz, ale… Młody, odpuść! Mówiłam, nie powinniśmy kopulować.
— Ale możemy, moim zdaniem. To, jak będzie? Zechcesz mi pomóc?
— Dobra, chodź. Pogrzeszymy, trudno. Ale jeśli puścisz parę z gębuli i parszywa wieść się rozniesie, jądra tracisz. Osobiście odetnę tępym nożem, aby bardziej bolało. Znieczulenia nie zaznasz, pamiętaj.
— Spoko, ciotka. Niczego nie rozpowiem. Klejnoty cenna rzecz, kuźwa. Przydadzą mi się jeszcze, mam nadzieję.
Gościnnie zaprosiła chłopaka do otwartego, cieniutkiego śpiworka okazując mu przy okazji swe przymioty. Uruchomiwszy ręcznie wyraźnie nadpobudliwy penis, obejrzała z bliziutka ekspresowego przystojniaczka cmokając narząd w czubeczek śliniącej się główki.
— Fajny jest — oceniła półgłosem.
— Dzięki — uśmiechnął się.
Subtelnie pobawiła się uszkodzonymi niedawno jądrami. Zaleciła małolatowi natychmiastowe przystąpienie do upragnionej przezeń kopulacji.
— Młody, zapraszam. Wejdź we mnie, skoro elegancko stoi. Jak się przemęczy, może zwiotczeć. U młodziaków, to częste.
— Czytałem, że dziewczyna powinna najpierw zwilgotnieć. Jesteś taka?
— Nie pytaj, tylko dyskretnie sprawdź paluchem. Teraz podpowiedź. Jestem. Tylko nie wiem, czemu. Baby bywają zagadkowe, pamiętaj.
Bez ogródek zaciągnęła jego palec we właściwe miejsce. Następnie przystawiła do krocza (jakby onieśmielony), twardy narząd.
— Wchodź we mnie powoli, nie lubię brutali. Kiedy zanurzy się cały, możesz dowolnie działać. Lubię szybką jazdę. Faceci, na ogół także. Jeśli okaże się, że masz inaczej, nie przejmuj się. Działaj.
Młodziutki kuzynek momentalnie rozpoczął ciekawską wycieczkę w głąb zapraszająco rozkraczonej pod nim, estetycznie wydepilowanej cioci.
— Kuźwa, cudnie jest w tobie — zameldował.
— Dlatego ludziska kopulują, mój drogi. Przy okazji, bachory produkują. Dzięki temu, gatunek nie wyginął — wyjaśniła.
— Głupawo rozmnożyć się, kuźwa. Mam wyskoczyć przy finale, jak pokazują na filmikach?
— To nieskuteczna dziecinada, młody. Skończ, we mnie. Wpadka nam nie grozi, zapewniam. Ilość spermy w tobie, nadal powinniśmy redukować z uwagi na twój uraz. Nie hamuj wytrysku, strzelaj śmiało. W ojcostwo, cię nie wrobię.
Forma doraźnej terapii stosowanej przez cioteczkę, tak przypadła do gustu rozprawiczanemu, że upuszczanie nadmiaru spermy ćwiczył z zapałem, nawet dwa razy dziennie. Kwestia beztroskich wytrysków nasienia jawiła się całkiem bezpiecznie. Przezorna kobietka, okazała się dobrze i trwale zabezpieczona przed wpadką. Czyli ewentualnym damsko-męskim nieszczęściem prokreacyjnym.
Wytrwale zabawiali się (jak gdyby… edukacyjno-terapeutycznie) do końca pobytu nad bajorem. Młody, okazał się naprawdę dobrym uczniem. Dzięki czemu, ciocia także mogła zaliczać orgazmy. Chłopaczek dwoił się i troił, aby cioteczka, była zeń zadowolona oraz ukontentowana płciowo, dzięki niemu. Zdolny był i pracowity, więc często się udawało.
Zgodnie z przedwyjazdową umową, kuzyneczka dostarczyła (wyleczonego i cichcem rozprawiczonego) chłopczyka, do mamusi. Zaznaczając, iż najmniejszych kłopotów z synalkiem nie było, za to pożytku z niego, mnóstwo. Zapowiedziała, iż na kolejne wakacje, być może ponownie go wypożyczy. Wszak na łodzi, okazał się całkiem przydatny, choćby jako mobilny balast.
— Mam nadzieję, że nie demoralizowałaś mi dzieciaka ganiając przy nim nago, rodzinna bezwstydnico — dopytywała rodzicielka.
— Co ty. Zwariowałaś? Przecież to małolat. Gdzieżbym śmiała! Kiedy musiałam się przebrać, kazałam mu się odwrócić. On, też zawsze pływał w gatkach. Gdy zmieniał je szczelnie okręcony ręcznikiem, ustawiałam się tyłem do niego. Strasznie jest wstydliwy i nieśmiały. Ale fajny. Ty wiesz, że on już dojrzewa? Owłosienie ma pod pachami, gdzie indziej, nie zaglądałam — odparła cioteczka jednym tchem, puszczając oko w kierunku małolata.
Ten, stojąc za plecami matki pantomimicznie przesłał ciotuni całusa.
Niedługo po powrocie, kuzyneczka zniknęła u kogoś, w odległym mieście. Obiecując wpaść z wizytą w okresie Halloween. Pojawiła się. Lecz z… amantem, ewidentnie zasobnym finansowo. Małolacik, liczący skrycie na powtórkę letniej rozryweczki był niezmiernie zawiedziony nieoczekiwanym obrotem jesiennego terapeutyczno-edukacyjnego zagadnienia. Na powitanio-pocieszenie, otrzymał do nowego wujaszka rowerek elektryczny w wersji dla dorosłych oraz zapasowy, szybko ładujący się akumulatorek o sporej pojemności. Średnio się buc uradował. Wolałby, w podarunku otrzymać… ciocię.
— Coś taki posępny, młody? Bzykniemy się jeszcze kiedyś, aktualnie jestem chwilowo zajęta. Przeminie, jestem pewna.. Z Lucka wprawdzie jeszcze ogierek, lecz ma swoje lata. Cudów nie ma. Jak sięgnie po Viagrę, wykopię impotenta — szepnęła mu do ucha, w sprzyjających temu okolicznościach rodzinnych.
Nocą, chłopak długo nie mógł zasnąć. Odgłosy dobiegające z pokoju gościnnego, na to nie pozwalały. Zaś rano, zaistniała przypadkowa okazyjka ujrzenia penisa nowego wujaszka. Odświeżając się pod prysznicem, nie domknął drzwi łazienki. Młodzik, wpadł w kompleksy rejestrując, czym nocką nowy wuj obsługiwał rozkosznie pojękującą cioteczkę. Z pewnością, nie był to męski narządzik trzymający liche, europejskie standardy. Afrykańczyk, na pewno nie powstydziłby się podobnego ekwipunku. Mówiąc krótko, nawet w zwisie, kutas-gigant! Za to jajeczka tuż pod nim, mizeroty. Zaskoczony małolat, w większe został wyposażony przez naturę. Ciocia, wiedziała o tym. Tylko czy jeszcze pamiętała, co chętnie leczyła latem?
Później ów rozprawiczony rodzinnie kolega stwierdził z przekonaniem, iż generalnie, minione wakacje zalicza do całkiem udanych. Jesienią, młodzika wyrwała czyjaś żona. Skorzystał z okazyjki do zaliczenia kolejnej przygody płciowej. Wyznał mi, iż istotnym minusem owej znajomości były… sztuczne piersi trzydziestoletniej, napalonej na bardzo młodych. Nie był jedyny. Usłyszałem:
— Na oko, oba cycki niby wydawały się całkiem niezłe. Lecz w dotyku, paskudztwo, cholera. Coś, jak niedopompowana piłka zaszyta pod skórą, nadmuchany kondom, albo inny byle balonik. Do tego stare blizny wokół cyca. Średnia atrakcyjka. Całowałem i lizałem te sztuczności, bo wypadało przecież. Choćby przez grzeczność i szacun dla rozebranej, ewidentnie przystępnej kobiety. Ale nieco ją polubiłem. Wprawdzie nie najmłodsza, ale fajna i użyteczna dupa. Rozryweczka, chłopie. Warto mieć i taki, towarek na rozkładzie. Pouczające, zapewniam. Zrozum, zbieram doświadczenia.
— Coś, jak drobne poświęcenie dla dobra fizjologicznej zabawy? — zaśmiałem się.
— No. Jakoś, tak. Za to ekscytowała mnie jej łechtaczka. Metalowym kółeczkiem fikuśnie ją przyozdobiła. Subtelnie poruszasz prymitywnym wynalazkiem, zaś baba cieszy się, jak diabli. Rozkracza się wtedy przed tobą spontanicznie. Chętnie eksponuje ciekawą anatomię, niczym pieprzonemu ginekologowi w medycznym gabinecie. Leje lepkim śluzem z waginy i migiem zalicza orgazm. Tak, miała.
— Szybka w dochodzeniu, znaczy się.
— Dokładnie. Na filmikach, z reguły więcej czasu aktoreczki na to potrzebują.
— Scenariusz, je ogranicza.
— Być może. Potem uradowana finałowym zajściem, centralnie w ponętny tyłeczek mi dała. Jak gdyby w nagrodę za ogólne dobre sprawowanie. Któregoś poranka na wspólnym wyjeździe, grzecznie poprosiłem, z ciekawości. Zaś wieczorkiem miałem, co mi się o świcie zapragnęło. Tylko wacka czymś, mi wpierw upaćkała. Ale nie przeszkadzało w wiadomych działanio-czynnościach.
— Jakie wrażonka zaliczone?
— Przyjemne, jak przy seksie w dziurce. Lecz sprawa niekonieczna do zabisowania w przyszłości.
— Czemu?
— Wacek, gówienkiem niemiło ci potem zalatuje. Myjnia, niezbędna pod ręką. Albo kondom załóż. Wypieprzysz gumeczkę do kibla, spuścisz wodę i po woniejącym problemie. Chuj, niczym nówka. Do buzi, nawet się nadaje.
— Cenna rada, dzięki.
— Oj, tam. Spróbuj zadniej zabawy, może ci jednak przypasi. Każdy, wszystkiego w działeczce seksu powinien osobiście spróbować, moim zdaniem. Później zapamiętujesz, co jednak ci zbędne i przyszłościowo, nie wysilasz się niepotrzebnie w kierunku nieprzydatnych odmian dupczenia. Prosta sprawa oraz wybór urozmaiconego pieprzenia kolejnych suczek.
— Co, wydarzyło się jeszcze ciekawego?
— Multum, chłopie! W końcu podszkoliła mnie, jak palcami można babie elegancko dogodzić. Nic trudnego, dobre chęci chłopaka, wystarczą.
— Ów fakcik, akurat kojarzę.
— Miałem wtedy inaczej. Dziś, prostota. Mówię ci, zajebiste korepetycje z seksu latem zaliczyłem. A zaraz jesienią drugie, kuźwa. Gdyby nie fakcik, że przy cioci boleśnie jajami o burtę pieprznąłem, nie wiem, czy w ogóle coś zaszłoby między nami. Pewno wyłącznie cycki bym zoczył. Z początku, opalała się tylko bez góry od kostiumu. Stringi, zawsze miała na sobie. Raz, tylko się z niej nieco zsunęły.
— Czyli od niemiłych męskich boleści, miłe się zaczęło — wywnioskowałem ze śmiechem.
— Nie inaczej. Ale przy żadnej, nie chciałbym ponownie walić o coś jajami,. Boli, jak cholera.
— Długo ból się utrzymywał?
— Łącznie, parę godzin. Najgorszy, zaliczyłem na początku. Fiuta, też mi nieźle przygniotło. Zaistniał momencik, w którym obwiałem się, że mam po jajkach, cholera. Kuźwa, panicznie i trwożliwie w gatki zerknąłem, czy aby nie jajecznica w nich. Szczęśliwie, całe spostrzegłem. Od jednej ze starszych, osiedlowych dziewuch usłyszałem kiedyś o jej pierwszym chłopaku z dawnego technikum kolejowego, którego przymusowo kastrowali po wypadku na torowisku. Jądra mu przypadkowo zmiażdżyło, więc je obcięli, kretyni. Potem wył bidul z żalu i rozpaczy. Bezlitosna, młoda baba-chirurg zamiast ratować skarby, migiem człowieka uśpiła i odcięła oba klejnoty. Kiedy skapował się potem, co mu uczynili, zemdlał migiem. Kumasz męską tragedię pooperacyjną? Miałeś jaja i nagle zniknęły na zawsze. Zero nadziei, że kiedykolwiek się odnajdą lub odrodzą, niczym mleczne zębule.
— Kalectwo do końca życia, psia mać.
— Nie inaczej. I ostry dramat życiowy, kurwa! Bez jaj, chłop migiem kapcanieje. Z fiuta, sikawka jedynie. Seks, odpada. Gacie przy ludziskach wstyd zdejmować. Goła plaża, na zawsze odpada. No, bo jak? Nagutkich laseczek wokół pełno, a ty, paskudnie zdekompletowany w kroczu. Zero fajnej rozryweczki w plenerze i w ogóle, cholera. Masakra!
— Dobra, nie dramatyzuj. Aż ciarki po plecach przechodzą. Odpuść.
— Jak wolisz. Wiesz później, jak stopniowo przemijała mi najgorsza obolałość, a troskliwa ciotka nakazała zdjąć kąpielówki, speszyłem się ostro. Lojalnie uprzedziłem kobitę, że wajcha pewnie zaraz stanie. A na sztywno, ździebko krzywo-garbatego posiadam. Czego na wiotko, nie widać. Spojrzała mi w oczy, uśmiechnęła się sympatycznie i rzekła łagodnym tonem: „Jezu, ściągaj nadmiar materiału i nadmiernie nie marudź. Nie obce mi krzywo-sztywne zagadnienie, zapewniam. O pokiereszowane jądra mi biega. Wacek to jakby dodatek, bo u chłopa, w kompleciku z jajami występuje. A że posterczy dziarsko, jego problem. Albo zaleta, cholera. Zależy, od okoliczności i konkretnej sytuacji. Dobra, nie drążmy śliskiego temaciku. Aktualnie, nie przejmuj się drobiazgami. Matką twoją, nie jestem. Młoda ciotka, to insza inszość, inszościowa. Wstyd, na bok. Gatki, śmiało w dół przed cioteczką. Kształt szanownego prącia, niby w ogóle mnie nie interesuje. Ale zerknę na reklamowanego asekurancko krzywulca, obiecuję. U mnie, to oczny odruch jak gdyby gdy samiec rozbiera się w mej obecności. Odwagi, życzę. Działaj, młody! Czyń striptiz prozdrowotny, czekam”.
— I co? Skrewiłeś, czy okazałeś cioci skrywane skarby? Gubię się w twych ciut chaotycznych zeznaniach.
— Cóż miałem czynić. Dla dobra własnych jaj, poświęcić się czasem należy. Ostatecznie, bezpieczniejsza jest pokojowo nastawiona ciotka, niż byle baba-chirurg, z medycznym nożem w garści. Udając luzaka, popatrzyłem na nią, radośnie wyszczerzyłem uzębienie i pokornie, wyskoczyłem z gaciąt. Oczywiście, wypuszczony na wolność ptak, migiem w górę poszybował, kuźwa. Tak, wyszło. Ale co tam. Drobiazg. Tylko nie zrozum źle tego drobiazgu, psia mać. Normę trzymam.
— Spoko. Cóż, momentalnie nastąpiła pełna, odruchowa i odważna prezentacja najistotniejszych męskich zaleto-przymiotów. Jeno pewno przykamuflowałeś łapami, co najciekawsze dla kobiety. Przyznaj szczerze.
— Gdzie tam. Niczego nie osłaniałem. Miałem przecież okazać przypadkowo kontuzjowany sprzęt do doraźnej kontroli osobie, która już posiadała w tej kwestii pewne doświadczenie. Głupio by wypadło paniczne zasłanianie istotnego dla chłopaka narządu skoro momentalnie zoczyła bojowo nastawiony organ płciowy. Dziecinada by wyszła, psia kostka. Stałem golutki i nerwowo czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Wacek, identycznie. Z tym, że nie czułem się podniecony. Po prostu szanowny pan fiut samoistnie poderwał się i sterczał, zamiast skromniutko zwisać i powiewać na marnym wtedy wietrze.
— Też tak miewam. Jak zapodaje doktor Google, normalka w naszym wieku. Ale ogólnie, poprawno-logiczne rozumowanko wówczas uskuteczniłeś. Sorki, nie doceniłem twej odwagi.
— Nie szkodzi. Stałem więc przed nią całkiem naguteńki i niby wyluzowany. Ale jednak, jakby ciut upokorzony. A radosna cioteczka wpatrzona w napiętego fiuta, miło uśmiecha się i rzecze: „Wow, fajnie wydoroślałeś młody. Nie wstydź się pozytywnie zaskoczonej rodzinki. Wcześniej nie kojarzyłam jakoś, że duży już chłopczyk z ciebie, a tu, niespodzianka. Nic, tylko na randkę się umówić. Żal, że przystara już ździebko jestem, szczerze mówiąc. Lecz młodsze dziewczynki, zapewne radują się na widok eleganckiego przystojniaczka. Mi się podoba, zapewniam. Wiesz młody, o ile pamięć nie zawodzi, mego pierwszego chłopaka natura wyposażyła w identycznego krzywulca. Ciociną cnoto-niecnotę, chyba na bardzo podobnym wacku diabli wzięli. Wcześniejszy prościuteńki narząd niezbędny dziewczynie do nierządu, do geja należał. Pojęcia nie miałam, że ciachowaty kolega, kolegów preferuje. Nakręciłam się. Sądząc, że chłopczyk mocnawo nieśmiały, śmiało rozebrałam się, a potem, jego. Pracowicie uruchomiłam męską maszynerię, lecz nic nie zaszło. Fiut, nie zaskoczył na długo. Przyparty do muru samczyk, wyznał powód. Pamiętam, że brzydko zaklęłam. W ogóle pechowo trafiłam na początku. Nie miewałam wtedy nazbyt łatwo, cholerka”.
— Sympatyczne pocieszenie przymusowo obnażonego nieszczęśnika, moim zdaniem — zauważyłem.
— Podobnie, jej wyznanie osobiste i przemowę odebrałem. Odpuściło mi ździebko w duszy. Wstępne zażenowanie, przeminęło. Wyluzowałem nawet, gdy kazała stanąć w szerszym rozkroku. Co tam, kuźwa. Niejednego zapewne oglądała. Pochyliła się i dokładnie oceniała odniesione urazy. Macała jajka delikatnie. Potem (jak wiesz), zatroszczyła się prozdrowotnie o me stale obolałe jajeczka. Wytrwale pracowała wprawną łapką, aż zasygnalizowałem finalik. Strzelałem, a ciocia patrzyła uśmiechnięta, łaskocząc mnie po opróżnianych jajeczkach. Potem naszło ją na osobiste wspomnienia z dawnych lat. Ale nie zapamiętałem słyszanych szczegółów. Kumam, że lubi fiuty obsługiwać. Otwarcie przyznała się do swego hobby. Zaczęła w podstawówce. Później wytrwale trenowała. To wszystko, co utkwiło mi w łepetynie.
„Koleś, gubisz się w zeznaniach, albo fantazjujesz momentami. Generalnie, niby wszystko się zgadza. Lecz wcześniej, nadawałeś nieco inaczej…” — pomyślałem.
— Czułeś się wtedy… gwałcony? — zapytałem, olewając powyższe myśli.
— Co ty. Wyłącznie, przyjemniutkie działanka terapeutyczne, kuźwa. Oby więcej podobnych. Do dziś przydarza się, że rytmicznie walę myśląc o gołej, elegancko wydepilowanej, rozkraczonej ciotce. Tak, przekonała mnie do siebie cholernica. Chłopie, na oko, lepsza od niejednego z naszych lachonów. Z tym, że u tej drugiej, cyc plastikiem nadziewany, niestety. Moda teraz taka.
— Równa, wprawna, troskliwa i uczynna ciocia i ta druga, z byle jakim cycem oraz ozdóbką na łechtaczce. Niezły dorobek, jak na początek męskich przygód — podsumowałem ze śmiechem.
— Fakt. Ciotka, ładna do tego. A tyłeczek, że hej! U drugiej, ze wszystkim gorzej niestety.
— Życiowy zbieg okoliczności, kuźwa.
— Dokładnie. Zaliczone, kompletnie nieplanowane wcześniej wewnątrz rodzinne doświadczonko płciowe, ewidentnie popłaciło. Drugie, także. Przynajmniej wiem, jak skutecznie rżnąć chętną dupę i jak na ślepo gmerać paluchami, aby się szczerze radowała. Przekonałem się także, że na pewno preferuję naturalne cycki. Idiotka, mnóstwo kasy strwoniła na remoncik. Pojęcia nie mam, jak wyglądały oryginały. Ale w dotyku, pewno musiały być lepsze. Podrabiany plastiko-silikon, atrakcyjny nie bywa.
— Sorki, nie posiadam jeszcze doświadczeń pod tym względem. Polegam, na twojej ocenie.
— Człowieku, jeżeli trafisz u którejś na współczesne (zapewne chińskie) podróby, nie macaj szajsu nawet. Czasu szkoda. Zalicz dupę, spuść się uczciwie i odpuść resztę zajęć. To dobra rada nieco doświadczonego kolegi, chłopie. Z tym, że matka, także targa sztuczne balony w sporawym staniku. Obecnie, nieomal wszystkie starowate baby wyposażone są cycne falsyfikaty. Założonko, prościutkie. Skoro ma koleżanka, muszę mieć i ja. Stać mnie! Z tym, że ojciec, raduje się z tego powodu. Widać, gusty odmienne posiadamy. Wiesz, staruszek ostatnio autentycznie odżył płciowo. Nawet osławioną Viagrę odstawił. Dyma żonkę bez wspomagania. Często słyszę jęko-stęki przez cienką ścianę. A jeszcze przed rokiem podejrzewałem, że w ogóle zrezygnowali z ciupciania. Taka, pozorna zmyłeczka.
— Czyli najwyraźniej, dba tatko o kondycję narządu małżeńskiego — zaśmiałem się.
— Otwarcie, do niebieskiej chemii się przyznawał. Nadal wszędzie poniewierają się nietknięte, darmowe próbki. Nie wiem, skąd je brał. Jedno opakowanko spożyłem samotnie, z ciekawości. Tylko w mym przypadku gówno, w ogóle nie zadziało. Standardowa męska stójka zameldowała się jak zazwyczaj. Odczucia przy praktycznej działalności takie, jak i bez paskudztwa. Goła, wakacyjna ciotka wydepilowana na glanc i elegancko rozkraczona, sporo lepsza. Naturalny i ekologiczny afrodyzjaczek, jak gdyby.
— Chciałbym mieć podobną kuzyneczkę, cholera.
— Nie dziwota. Może rozejrzyj się ciut uważniej po dalszej rodzinie. Nie wiem. Ale po koleżeńsku, naprawdę odradzam ci mocno przereklamowaną chemię płciową. Pamiętaj, kaski na gówienko szkoda! Lepiej, coś fajnego sobie za nią zafundować. Albo skorzystać z płatnej randki, w agencji towarzyskiej. Taka prawda, chłopie.
— Zaliczyłeś regularną kurwę? Serio? — niedowierzałem.
— Zbyt młody jeszcze jestem. Ochroniarz nie wpuści, cholera. Dowody osobiste sprawdzają w przypadku podejrzanie młodej młodzieży. Nie, kutasy. Lecz kiedy strzeli mi osiemnastka, urzędowy plastik w kieszeń i z mety na dziwki pognam. W agencji, ulżysz sobie bez zbędnych ceregieli, czy zobowiązań towarzyskich. W cywilu zaraz ucapi cię jakaś, na bachora. Znam kilku nieszczęsnych, pechowych ziomali oraz szwagra koleżanki z okolic Pucko-Wejherowa. Woleli durnie przyoszczędzić ciut grosza i za friko dymali, co popadnie. Aktualnie, słono płacą za pozorne oszczędności. Koleś z nad morza, ledwo dziś zipie finansowo. Wredna, zaniedbana baba systematycznie biedaka doi. Najmodniejsze butki na kosmate, grubo-krzywe giczoły przyobleka. A ten, dniami i nockami haruje. Zaś w weekendy, szpitalną trupiarnię w Trójmieście sprząta. Taki, pracuś.
— Znam podobnie nieszczęśliwe męskie przypadki — westchnąłem.
— Masakra, kurwa. Za to kuzyn-erotoman, przeszkolił mnie niedawno pro-burdelowo. Na osiemnaste urodzinki, obiecał zafundować mi pierwszą wizytę w jego wypróbowanej placówce płatnych uciecho-przygód. Równy gościu, z człeka. Zapowiedział, że na dobry początek, wspólnie jakąś się zabawimy. Ja, mam wybrać towar do igraszek typowo towarzyskich. Ze swym dobrym kumplem nierzadko umawia się podobnie i we dwóch gnają ochoczo do burdelu, na wspólną dziwkę obrabianą w jednym pokoiku i wyrku. W towarzystwie, jak twierdzi z przekonaniem, raźniej oraz nieco taniej za usługę wychodzi, niźli solo.
— Chyba ciutkę głupawo czułbym się w podobnej sytuacji. Jedna na dwóch, w tym samym czasie?
— Oj, tam. Zbyteczne oceno-obawo-wątpliwości, moim zdaniem. Chłopie, taniej! Rozrzutny nie jestem. Masz tak, niedoszły milionerze?
— Ale chyba nieco wstyd tak dymać.
— Ot, wykombinował. Toż to starszy i doświadczony w igraszkach kuzynek. Wie, co robi. W naszym rodzinnym przypadku wstyd nie wystąpi, zaręczam. Kutasy, posiadamy nieomal identyczne. Pół centymetra sztywnego, typowo męskiego ciała, nie robi różnicy. Niedawno przy browarach, na wesoło odbyła się wzajemna, bezpruderyjna prezentacja narządów kopulacyjnych. Teraz przynajmniej zero szans na ewentualną siarę, że zasadniczy organ któregoś z nas, może okazać się patologicznie karłowaty. Z jajkami, u nas podobnie. Z tym, że jak unijnie atestowana miarka wykazała, jego wacek ciuteńkę dłuższy, a mój, grubszy. Kuzyn, także śmiesznawego krzywulca posiada. Jedynie wygiętego inaczej, niż u mnie i obrzezanego we wczesnej młodości. Kurde, doczekać nie mogę się zapowiedzianej inauguracji burdelowej, szczerze mówiąc. Zajebisto-przyjemna rozryweczka przede mną. Zazdrość, koledze! Kiedyś, być może zabierzemy cię ze sobą do towarzystwa. Zobaczymy. Najpierw osobiście przetestuję nieznaną mi jeszcze rozryweczkę i zdam ci stosowne sprawozdanie. Potem, pogadamy.
— Wporzo!
Rozdział IV
Skoro miało być tu szczerze dodam, iż z dawną cmentarną nudystko-naturystką, która dzięki wiatrowi objawiła się kiedyś nago ludeczkostwu zgromadzonemu u wód ekologicznie obsranego bajora, nic mnie wówczas nie połączyło. Żałowałem owego niedostatku, jak diabli. Rzadko przecież spotyka się podobnie odjazdowo-zajebiste cacuszko-cudeńko-dupidełka! Trudno, o lepszy obiekcik samczego pożądania. Naprawdę.
Dziewczyna, zniknęła nagle z mego horyzontu na amen. Podobno mocno speszyło samotnicę wszystko, co przypadkowo wydarzyło się (z nią, w roli głównej!) nad zanieczyszczonym ekologicznymi odchodami jeziorkiem. Ponoć eksportowa (w mej ocenie) laseczka uważała, iż cieleśnie, nadmierną urodą nie grzeszy. Zaś przypadek sprawił, iż przymusowo zademonstrowała wszystkim swe ułomności. A nawet… zwisający z pochwy, jasny sznureczek od tamponu.
Owego mini szczególiku w ogóle nie dostrzegłem mocno zaskoczony i oszołomiony nietypową sytuacją oraz zaciekawiony płciowo obserwowanym, przecudownym obiektem momentalnie wzwodzącym wacusia na pokuszenie. Byłem głęboko przekonany, że mając tak rębną samiczkę u boku, na krok bym nie odstępował laseczko-dzidziuni.
Cóż, kłusowników wokół, nigdy nie brak. Lecz gdyby któryś z drani odważył się na niecny uczynek, kara dotkliwie przemawiająca do durno-zuchwałego rozumku, czekałaby kretyna… na poczekaniu. Kastracja! Musowa i nieodwołalna! Zero litości nad zidiociałym baranem. Nastąpiłoby natychmiastowe odjajczenie zuchwałego złodziejaszka cudzych dup. Skoro cholerny złoczyńca nie panuje nad napędem, należy go jajec pozbawić. Logiczne! Przecie ze zwierzątkami, powszechnie tak postępują.
Ciach jajeczka i na patelnię z cebulką, czosnkiem i skwareczkami. Samczyk, migiem potulnieje. Żadna samiczka mu nie w głowie.
Jest sposób?
Z tym, że potraweczka z patelenki nie dla wegetarian, oczywiście. Niby nie mięsko to, tylko gruczoł, ale jednak odzwierzęcego pochodzenia. Czyli wielkie fe, dla zbzikowanych wygłodnialców. Podobnie, jak i móżdżek, uwielbiany przez część mięsożerców. Niektórzy, na surowo toto wpieprzają. Smacznego! Lecz dzięki temu, rachunki za prąd, lub gaz mają nieco mniejsze. Tak, ciut ekologiczniej się egzystuje, podobno. Z tym, że to ściema, która ma się coraz lepiej, dzięki celebrytom kształconym przymusowo w przedszkolu i podstawówce. Dalej, rady nie dali. A i przymus szkolny już ich nie zobowiązywał do pieprzonej edukacji.
Kuźwa, nagła eureka!
Toż gdyby przy wręczaniu zaszczytnych wojskowych nominacji, przymusowo kastrowano by majoro-pułkowniko-generałów, wojen na świecie by nie było.
„Owszem, karierowiczu — usłyszałby, taki. Skoro straszniście pragniecie awansować, jutro staniecie się generałkiem! Pod warunkiem, że dziś, jądra oddacie do depozytu. Służbową, krótką broń palną oraz prywatną kuśko-sikaweczkę, możecie zachować. Kładźcie się migiem bez służbowych gaci. Nasza młoda chorążynka, baba-chirurg pobierze z was zaraz jajca. Ku chwale ojczyzny wam je oderżnie, ma się rozumieć! Dobro kraju, jak i spokój ogólnoświatowy, wymagają poświęceń! Co, wy na to? Mam wdrażać nowe, ogólno unijne procedury awansu wojskowego? Czy może rezygnujecie, dla dobra prywatnych jaj? Czekam na męską decyzję. Ostateczną, ma się rozumieć. Zaznaczam, przyszyć się tego nie da. Ale zapewniam! Godnie, przechowamy jądra w refundowanej formalinie i przed odchodnym na emeryturę, zwrócimy wam własność w atestowanym unijnie słoiczku. Bruksela, tak teraz sobie życzy! Czyli rzecz święta, bo odgórna, przynajmniej obecnie. Was, nic nie będzie to kosztowało. Wszelkie wydatki pokrywa Unia, z ekstra funduszy przyznanych sojusznikom, na zbrojenia.”
Przyznam, iż planując ewentualną zemstę na byle łajzie, za podstępne buchnięcie mi zajebistej dziewczyny, nawet plano-scenariuszyk prywatnej akcji kastracyjnej wykombinowałem. Wpierw, solidnie uwiązałbym do czegokolwiek cholernego kłusownika seksownej własności. Brutalnie, wydobyłbym z jego gaci samcze insygnia. Zakpił z nich i bezlitośnie masakrował bezbronne jajka. Zwycięsko patrząc mu w oczy, długo zgniatałbym jądra w silnych dłoniach. Drobny sadyzm, ale trudno. Czasem i to niezbędne, aby dotkliwiej do rozsądku przemówiło. Zasłużył, więc ma, co durniowi należne. Jajecznica zagrażała takiemu na powitanie z właścicielem wykradzionego towaru. Proste i uzasadnione.
Widziałem kiedyś przypadkowo, jak zbiry, jajka jakiemuś nieomal skasowały. Rozebrali ze wszystkiego szarpiącą się ofiarę. Dwóch, utrzymywało bezradnego chłopaka w powietrzu za nogi, głową w dół. Trzeci drań, szarpał go za wacka oceniając głośno, że niewymiarowy. Później walił biedaka kijem, po jądrach. Gdy się od tego umęczył, chwycił je w garść i bezlitośnie zgniatał w dłoni. Kiereszowany samczyk szarpał się i wył wniebogłosy. Ale oczywiście zero litości, choć golas rozpaczliwie o nią błagał. Za to, przy jego genitaliach błysnął nóż. Szczęśliwie, bandzior nie uskutecznił cięcia. Zasymulował je, jedynie. Golas, błagałby go nie okaleczali.
Nie wierzyłem we wszystko, co widziałem. Lecz owo wszystko, działo się w realu, blisko mnie. Stałem, jak sparaliżowany za jakimś zezłomowanym kioskiem. Wokół, nikogo. W oddali, krzaki. Za nimi, dym z komina. Nad nim, wrona. Niczego więcej.
Usłyszałem osłupiały, że chłopcy właśnie próbowali… wyleczyć kolesia z gejostwa. Twierdzili, że nie mogą tolerować pedałków na obszarze swej osiedlowej jurysdykcji. Ostrzegli, iż bezapelacyjnie odetną kutasa, jeżeli gej szybko nie dostosuje się do obyczajo-preferencji męskiej większości światowej. Jako dowód znormalnienia w kwestii seksu, gej miał przelecieć przy nich konkretną osiedlową dziewczynę, którą planowali mu podstawić. Oni, uwieczniliby wszystko na filmiku. I umieścili w sieci, jako dowód, że z paskudnego pedalstwa można skutecznie wyleczyć.
Ale jeżeli gej nie dałby rady podziałać niczym rasowy samiec, migiem będzie miał po kutasie. Odetną! Przecież społecznie, nieprzydatny. W dodatku naga dziewczyna zhańbiona, bo chłop nie mógł się przy niej podniecić aby uczynić, co samiec powinien. Odcinanie penisa, także planowali nagrać. Jako przestrogę dla tych, którzy trwale się spedalili. To, nie po bożemu przecież. Coś, jak kara boska, za życia doczesnego zaliczona. Dobry uczynek, jak gdyby, w rozumieniu stadka bożych owieczek. Wszak, jeśli Prawdziwego Polaka na seks analny najdzie, cichcem powinien zadziałać z… dziewczynką. Nie, z jej kolegą lub bratem. Wtedy, zgroza!
Zgodnie z mymi planami zemsty na ewentualnym złodzieju, po dolegliwo-bolesnym uszkodzeniu jąderek, amator mej wysoce atrakcyjnej własności zająłby się zapewne wyciem z powodu nadmiaru bólu. W tym czasie, spokojnie przeprowadzałbym właściwy zabieg odjajczenia podłej gadziny. Żeby jeszcze bardziej cholernika bolało, wolniutko wydobywałbym z firmowego, skórzanego opakowania jego cenno-ukochany nabialik. Co tam, niech głosi światu swe niewyobrażalne nieszczęście, doraźne męki oraz samczą głupotę zarazem. Gdyby jednak z powodu ponoszonej straty nazbyt głośno lamentował, wepchnąłbym mu wyciachane jajco do rozwrzeszczanego pyska aby przytkał się czort choć odrobinkę oraz… przekąsił cokolwiek. Z tym, że ostro wkurwiony na kłusownika, też bym na koniec bezlitośnie oderżnął kutasinę i rzucił na pożarcie kruko-wrono-gawronom. Niech podły gościu widzi, jak ekologicznie utylizują się jego najcenniejsze, typowo męskie elementy.
Ludzki samiec pozbawiony jajec i wyciorka, to przecie nie chłop! Diabli wiedzą, co to. Do końca swych dni zapamiętałby taki, że cudza własność jest nietykalna! Szczególnie, moja. Nawet gdy podstępnie obmacana w byle kącie, nie należy do paskudnego macanta, niczym niepakowane pieczywo w markecie. To ostatnie, wypada zanabyć. Z dupencją, odwrotnie. Od super laluni, wara. Próba kopulacji z nią jest niedopuszczalna i zawsze karalna. Pospieszne odjajczenie na żywca oraz całościowa amputacja niesfornego penisa-turysty, migiem takiemu przysługuje. Nie warto ryzykować, kurdebele!
Rozsądniej, w ogóle nie przymierzać się do zbójo-kłusownictwa. Za to podczas standardowej manufaktury pomarzyć, że śmiało dupczy się me cacuszko. Ostatecznie, czort z czyimiś marzeniami oraz z marzycielem, marzącym o pieprzeniu. Mi, nie ubędzie. Memu lachonkowi, również. Zaś taki, ulży sobie w naglącej potrzebie. Prościutkie i logiczne zagadnienie oraz pro-koleżeńskie podejście do marzeń i płciowej rzeczywistości. O czyjeś marzenia, raczej nikt nie bywa zazdrosny. Rzeczony „Nikt”, nie wie o nich nawet. I gitara!
Ku mej skrywanej rozpaczy niezapomniana, przywodna nimfa z nad smrodliwego bajorka, zwiała wówczas pod osłoną księżycowej nocy. Gdy naiwno-romantyczno-pożądliwie marzyłem o niej. Pozostawiła komuś karteczkę z informacją, że nie powróci. Na tę wieść, w myślach, tęsknie zawyłem. Pamiętam, że wspominając jej niezaprzeczalne cielesne przymioty oraz wszelkie inne samicze walory, kilkakrotnie uspokajałem rozmarzonego wacka. Na kilka dni, oszalał na jej punkcie. Musiałem dopomóc biedakowi. Humanitaryzm do dziś, przemawia przeze mnie momentami. Nie umiem, obojętnie pozostawiać przyjaciela w potrzebie. Zawsze pomagam mu, ile wlezie.
Koleś, który mi wówczas na plaży doradzał, przyznał któregoś dzionka, że co wieczór czyni to samo. Ostro molestując wysoko rębne dziewczę, w swej bezproblemowo fantazjującej mózgownicy. Potem jeszcze jeden gościu wygadał się, że czynił podobnie. Był w sporo lepszej sytuacji. Wtedy nad jeziorkiem, wykazał się refleksem reporterskim. Zdążył cyknąć pamiątkową fotkę, z ciekawych wydarzeń wakacyjnych. Potem konsekwentnie… zwalał do reporterskiego obrazeczka. Szczęśliwie, okazał się koleżeński. Udostępnił bliźnim owo zdjątko. Fajne nawet!
Jeszcze tego samego dnia wczesnym wieczorkiem, postanowiliśmy odrzucić wszelkie stetryczałe zahamowania kulturowo-obyczajowe. W sprzyjającym miejscu, kolejno rozebraliśmy się całkowicie i otwarcie zademonstrowaliśmy sobie na wzajem, który z nas, czym dysponuje. Istotnych różnic nie byłoby, gdyby mój plażowy doradca nie posiadał dość dziwacznie krzywego wacunia (czyli prostego inaczej, jak nakazuje mówić kopnięta poprawność polityczna). Był obrzezany, co wcześniej, spontanicznie zapodał mi na plaży. Ale najistotniejsze parametry okazywanych oprzyrządowań, u wszystkich spełniały ogólnoeuropejskie standardy wyrażane zazwyczaj w centymetrach. Czyli łączyła nas, tak zwana norma rozwojowa w kwestii pobudzonych genitaliów. Uniesiona, nabrzmiała męska sex-wskazówka stercząca łukowato w bok, co najwyżej przyciągała oko ciekawsko-zaskoczonego obserwatora, lecz w niczym nie ustępowała tradycyjnej, idealnie prostej. Właściciel, jakby niestandardowego narządu, zapewniał otwarcie:
— Chłopaki, spoko. Sprzęcik, pierwsza klasa. Wypróbowany! W każdą, wchodzi bezproblemowo. Jedynie z dziewicą nie próbowałem. Nigdy nie trafiłem na zatkaną cnotkę. Późnawo zaczynałem. One, wcześnie. Ale praktyka u mnie sporawa, spoko! Nawet międzykontynentalna oraz wielorasowa. Pewna Koreanka, aż pisnęła z zachwytu zaglądając mi w gacie. Ichni chłopacy, posiadają wyłącznie małowato-karłowate interesiki. U mnie podług niej, rozmiarek eksportowy, choć narząd ostrawo wygięty. Przywyknąć należy, że na wprost, się nie wbijesz. Trzeba z ukosa, a migiem, jest się w celu. Ot, cała tajemnica! A na polecenie podnieconego chłopaka, laseczka łapką dopomoże. Wszystkie chętno-usłużne, luzik. Ciut ostrzej napalone, same bezpardonowo nabijają się na udostępniany im trzonek. Wtedy odpoczywam, a dzidzia pracuje. Wygoda, kuźwa. Siary, nigdy nie było. Nie narzekam. Chłopaki, jeśli trafimy na chętną na nas trzech naraz, bezproblemowo sprawę udowodnię. Zademonstruję, jak trzeba się sprytnie ustawić względem wejścia. Z tym, że mało luzacko-bezpruderyjnych laseczek, niestety. Ale jeżeli tylko dla siebie jakiś towarek tu wyrwę, mogę zadziałać przy was. Zaś, jeśli patologicznie nieśmiało-nadwstydliwa się trafi, w odpowiednim momencie skieruję kocyk na podłogę i popatrzycie na sedno sprawy. Mnie, publika nigdy nie wadzi. Po starszym braciszku to mam. A bo to raz widziałem, jak bzykał jakąś przy kolegach. Do szalonych imprez zdążyłem się przyzwyczaić, dzięki rodzeństwu. Wspominałem, późnowato zacząłem czynnie praktykować. Tak wyszło. Zasługa pieprzonej stulejki, kurwa. Wstydziłem się, że mam inaczej, niż bezpruderyjni koledzy. Ale co w młodości poobserwowałem, to moje. Niezła szkoła jazdy na lachonkach! Zoczyłem też kiedyś kumpla brata, jak dwie naraz, od tylca obsługiwał. Taki, kuźwa, ogierek. Kurduplaśnego miał i cienkawego, ale wytrwałego w bojach. Sperma, wylatywała pod ciśnieniem, a kutas, nie opadał. Czasem po ścianach strzelał. Taki, rozrzut i zasięg. He, he — usłyszeliśmy.
Po części zapoznawczej, trzech nagusów wpatrzonych w obrazek (jaki pozostał na pamiątkę po seksy dziewczynie), stało przy niskim stoliku. Rytmicznie ćwicząc nadgarstki. Oczywiście, wszystko działo się bez krępacji. Ot, taka rozryweczka. Niezbędny męski zabieg i tyle w niby-porno zagadnieniu. Toż samo zdrowie, cholera.
Z tym, że jakaś paszteciaro-kaszalocica przypadkowo podpatrzyła nas przez cholerne okienko. Żadnemu nie przyszło do łba, aby je wcześniej zamknąć, albo zasłonić. Wciągnęła nas planowa tematyka spotkania i już.
Pokoik, znajdował się na niziutkim parterze. Zafundowaliśmy więc maszkaronowi przypadkową rozrywkę, w ramach jak gdyby spontanicznego teatrzyku, na żywo. Niewiele więcej widziałaby stercząc w pomieszczeniu otwarcie, pośród nas. Lepka kwintesencja samczego zagadnienia wylatywała pod ciśnieniem z nabrzmiałych penisów na jej nadciekawskich oczkach. Nie przymknęła ich, zołzomołza. Wytrwale, patrzyła.
Dopiero, kiedy usłyszeliśmy wyraźne damskie zdziwienio-zaskoczenie:
— O, kurwa! Skąd w was, tyle świństwa? Wygląda, niczym ropa wylatująca z wyciskanego, wielgachnego ropnia. Nie rozumiem, czemu na zakazanych filmikach, dziewczyny często łykają obrzydlistwo. Okropność! Pewnie porzygałabym się z niesmaczności, cholera.
Migiem zorientowaliśmy się w pechowatej sytuacji. Lecz ewidentną wpadkę towarzyską, przyjęliśmy ze spokojem. Wiadomo, każdy chłopak, przecie zabawia się wackiem. Stało się, widziałaś paskudo, trudno. Raduj się! Jako jedyna miałaś farta, koszmarna cholernico. Pędź, pochwalić się koleżankom.
Cóż, trzej aktorzy-amatorzy porno, potrzebowali klasycznego rozluźnienia. Potem mocnawo zaskoczeni, stali nago przed szkaradną widzką, jak gdyby… czekając na oklaski. Tych, zabrakło! Za to potem, błyskawicznie rozniosło się info, czym zajmują się chłopacy po koedukacyjnej kolacji. Baba, jęzora w stanie bezczynności, długo w gębuli nie utrzyma, niestety. Przykrość (dla otoczenia), murowana!
W kolejnym dniu powiedziano nam w tajemnicy, iż byliśmy pierwszymi kompletnie nagimi i podnieconymi chłopakami, jakich oglądała na żywo wyjątkowo szkaradna dziewucha (oj, sorki, po nowemu, powinno być: „bardzo ładna, inaczej”). W dodatku obrazowo zademonstrowaliśmy pindzi, jak w naturze wygląda sperma oraz pod jakim ciśnieniem potrafi wylatywać. Skromniutka, drobna edukacja seksualna, kompletnie obca polskiej szkole przeładowanej religią.
Naszemu sympatycznemu koledze (dla upamiętnienia nietypowego kształtu jego męskiego narządu) nadano kiedyś, ksyweczkę: Krzywochuj.
Bynajmniej nie jest to wulgarno-współczesny wymyślunek byle idioto-celebryty, lecz autentyczne staropolskie samcze imię, znane co bardziej oczytanym w staropolskiej literaturze. Z wielką dumą nadawano je ongiś pierworodnym synalkom. Owo miano, było wówczas nie mniej popularne, niźli: Mścichuj, Chujogrom, Chujosław, Bożychuj, Chujomir, czy Chujopełk lub tp. Słóweczko „chuj”, oznaczało wszak zupełnie coś innego, aniżeli obecnie.
Z terminem: kutas, zadziało się podobnie. Wszyściuchne, nie miały niczego wspólnego z obecnymi wulgaryzmami. W onych czasach, nazwanie kogoś chujem, bywało jakby… zaszczytem, czy pozytywnym wyróżnieniem. Zaś złotymi kutasami, chwalili się nosiciele wytwornych kontuszy. Z tym, że raczkowało już wówczas także inne znaczenie owego słóweczka. Ciupkę zbliżone do dzisiejszego.
Nie tylko polski język zmienia się w przestrzeni dziejowej. Wszystkie, mają podobnie. Z tym, że nie zawsze bywa wulgarnie. Czasami tak śmiesznie, że boki można zrywać. Istnieją (na przykład angielskie) teksty, które obecnie, brzmią mocno sprośne. Lecz w rozumieniu nawet młodego staro-Anglika, żadnego świństwa w nich, nie uświadczysz. Słówka kojarzonego dziś z seksem, tym bardziej nie znajdziesz. Same przyzwoitości, nic więcej. Nie ma najmniejszej dziury, w całym. Ot, co! Taka, zmiana.
Wspomniany powyżej koleś-Krzywochuj, w trakcie nadmiernie towarzyskiej masturbacji, przez czysty przypadek trafił pierwszym strzałem, wysoko. Przyozdobił boczną ścianę, tuż pod sufitem. Sporawo ponad metr od niego, do centrum ociekającej plamy było. Rejestrując ów imponujący wyczyn, paskudno-szkaradnie piękna, oniemiała. Głośno bekając, z wrażenia. Ale zabrzmiało, jak czkawka. Czyli niby… ciut przyzwoiciej.
Kaszalocice wyjątkowo rzadko miewają szansę na udane randki połączone ze zdobywaniem nowiutkich i ciekawych wrażenio-doświadczonek. Taki los większości maszkaronów. Trudno, nie dziwota. Który normalny koleś pragnąłby się z taką zabawiać? Wysoce atrakcyjny mało święty i darmowy obrazek, sporo milszy oku, niźli goła (zbyt puszysta) hipopotamica sadowiąca się tuż obok. Kuźwa, toż estetyka oferowanego ciałka jest wysoce istotna! Nie każdy rodzi się Rubensem ze spaczonym gustem. Nawet współczesne wieprzki hodowlane nie emanują przesadnym sadełkiem. Słoninka z nich marniutko-lichowata. Unijna, bo normy takie chlewikarzom narzucono. Zapasiona świnka, fe. Zabiedzona, cacy. Kuźwa, jakby celebryci majstrowali przy pokwikujących zwierzaczkach.
***
Później (choć znacznie, znacznie mniej intensywnie, niż dawna naga uciekinierka znad smrodliwego jeziorka) zafrapowała mnie kolejna ponętna osóbka. Tym razem, ubrana. Z tym, że chwilowo.
Bezproblemowo rozpakowałem towarek na odosobnieniu. Zaznałem zero sprzeciwu, a nawet ździebko pomocy przy zajęciu. Obawiała się, że nowiuteńkie stringi z metką dyndającą przy dupce mogę przypadkowo uszkodzić, więc sama zdjęła. Nie musiałem się wysilać. Taka, uczynna i dobra.
Obejrzałem, ewidentnie bezpruderyjną zdobycz. Sprawdziłem nawet, czy aby nie dziewica, bo podejrzanie młodziutka się wydawała. Zaś ona z niewinnością w głosie zaznaczyła, że przecież szkolny ksiądz by na to nie pozwolił. Podobno częściej służył pomocą małolatom, niż do mszy. Z tym, że ona, skorzystała z usługi młodego, ciachowatego organisty. Przyjaciółka z równoległej klasy go poleciła. Bywał sporo delikatniejszy, niż opasły, parafialny złoczyńca-dobrodziej. Nigdy nie uwiązywał żadnej do klęcznika, z dupcią wypiętą ku większej wygodzie i atrakcyjności grzeszno-bezbożnego zajęcia. Pan organista, najczęściej niósł pomoc na łóżeczku wodnym, w klasycznym układzie: „po bożemu”. Później nucił kościelne szlagiery, czort wie czemu.
Łyknąwszy (ździebeczko bezbożno-pobożne) wyjaśnienie bezwstydnicy, ucałowałem z należną czcią, co w podobnych momentach choć zdawkowo należy cmoknąć u dziewczyny. Z wielką chęcią przetestowałem ponętny obiekcik, który wcześniej ochoczo zainteresował się moim sprzętem, którym miał zostać spenetrowany. Działo się więc w pokoiku, niczym w każdym standardowym filmiku instruktażowym, teoretycznie nieprzeznaczonym dla młodzieży.
Następnie trafiła mi się inna ciekawa przygoda towarzyska, również w wersji hetero płciowej. Potem kolejna… W końcu, jeszcze jedna…
Innym razem przekonałem się z autopsji, iż atrakcyjna przyjaciółeczka mej nowej młodej cioteczki (kolejny nabytek wujcia-erotomana), woli przeładowanych i sporo młodszych od siebie facecików. Wyłącznie o ekspresową, ostrą akcję jej szło. Szczególnie wówczas, gdy ślamazarny w łóżeczku ślubny, szlajał się gdzieś służbowo na kolejnej delegacji.
Zaś jeszcze inna zakochana w sobie damulka, zachęciła mnie do poznania swego biustu po niedawnym liftingu. Z zaskoczenia… pokazała cyce dopytując, czy fajnie wyszły. Z czystej grzeczności (choć w rzeczywistości, szału nie było!) entuzjastycznie zaakceptowałem porenowacyjną wersję jej damskości. Wcześniejszej nie znałem. Spontanicznie podała mi koszty remontowego przedsięwzięcia. Zaniemówiłem. Usłyszałem, że w tym celu, zaciągnęła… kredyt. Co prawda na remont mieszkania, ale któż by się przejmował drobiazgami. Remoncik, to remoncik. Rodzaj remontowanego obiektu, nie ma większego znaczenia. Prawda?
Kiedyś jeszcze mnie czymś ostrawo zaskoczyła, owa wieczysta numerantka. Kiedy poczęła się ubierać, zatkało mnie. Podniosła z podłogi gatki i zaczęła naciągać na siebie. Z tym, że przez… głowę. Obawiałem się, iż zbyt intensywny seks, źle wpłynął na jej mózgownicę. Lecz okazało się, że to moja jest mocno niedouczona. Fikuśne majtaski, były… rozpinane w kroczu. Gdy wyzwoliła z nich nowe cycki i ulokowała wreszcie w należnym im, tradycyjnym umiejscowieniu, rozkraczyła się przede mną nieelegancko, zapinając na rzepy dziwaczne ogacenie. Stwierdziła, iż to pamiąteczka z Paryża. Nabyta na poświątecznej wyprzedaży, na którą udała się z… nudów. Przypadkowo znaleziona ekstra promocja na szybki transport, zachęciła ją do nieplanowanej eskapady. Przelot w obie strony okazał się nieomal darmowy. Stwierdziła, że bezowocne, przymusowe sterczenie w miejskim korku nierzadko kosztuje tyle samo. No, i nuda wtedy. W Paryżu, bywa ciekawiej.
Poczęstowała mnie też żabimi udkami z puszki, wspominając, że jej ukochany dziadziuś uwielbiał podobne przysmaki. Dlatego okazyjnie zanabyła żarełko nad Sekwaną. Jakby z sentymentu do protoplasty, skremowanego w ostatni Halloween.
Kulinarnie obrzydliwy, nie bywam. W zastępstwie sproszkowanego dziadzia, skonsumowałem mdławy produkt, z ciekawości. Nic specjalnego. Marokańskie sardynki (Hot Safi) w diabelnie pikantnym oleju roślinnym, sporo lepsze. Serio!
Napis na opakowaniu z żabkami doniósł, iż to ręcznie złowione w… Polsce na Podlasiu, ekologiczne płazy w sosie własnym, zapuszkowane w Chinach. Żabki turystko-podróżniczki, znaczy się. Rodem, z nad Rospudy. Faktycznie, czysta rzeczka.
Pozostałe fragmento-części płazich trucheł, zapewne skośnoocy wtrząchnęli. Wszak Chińczyk jest zazwyczaj wszystkożerny, niczym jenot. Bazy pokarmowej obydwu im, nigdzie nie zabraknie. Dlatego, świat podbijają. Chinatown, jedynie chyba w Polsce jeszcze nie występuje. Za to jenotów, od cholery. Koczują, gdzie popadnie. Nawet, przy miejskich śmietnikach. O Dolinie Rospudy, nie wspomnę. Na ciepłą, zimową czapeczkę, idealne toto. Gatunek inwazyjni, więc można strzelać. Do Chińczyka, nie radzę. Toż to człowiek, przecie. A że też inwazyjny, mówi się trudno. Grunt, że dobrze gotuje. Z tym, że czasami smrodliwie, niestety.
Jeden z kosmatych Azjatów (o jenociku mowa!) na ciociną działeczkę zbłądził. I czort, zadomowił się na niej. Zżarł, co działkowiczka zdołała wyhodować. Plus spleśniały ser, firmowo cuchnąco-pleśniowy oraz ekskluzywnie woniejące mydełko, ukradzione na pamiątkę z paryskiego hotelu. Zaś legalnie wyłożoną trutkę na szczury, popił tłustym mleczkiem z kartonu ozdobionego portretem krowy. Na deser spałaszował mysie zwłoki, powyrzucane na kompost z kilku tradycyjnie nieekologicznych pułapek. Robi takie coś, pac! I migiem, po myszce. W kompoście jako takim, jenocik raczej nie gustuje. Jedynie stale obsrywa pryzmę.
Nachalny gość, sypiał pod tarasem. Czasem chrapał. Niczym jeż, często zimujący w działkowej drwalce. Tudzież wiecznie wesolutki pan Rysio. Sąsiad-chrapuś, pędzący co weekend bimberek, jak przystało na rasowego działkowicza. Nie przesadzał zbytnio z produkcją trzymającego moc truneczku. Litr spirytusu, wystarczał chłopinie na tydzień. Koszty, znikome. Dwa kilogramy promocyjnego cukru z Biedronki, Lidla lub konkurencyjnego marketu, trochę drożdży oraz wody, tydzień cierpliwego czekania, gdy żarłoczne jednokomórkowce robią swoje i po odparowaniu brei, napój gotowy do nadmiernego spożycia. Proste, taniocha i tradycja! Grzech, nie pędzić pokątnie. Z tym, że w ździebko specjalistyczną aparaturę zainwestować wpierw trzeba. Ale wydatek, szybko się zwróci.
Krótko mówiąc, wokół letniego siedliska cioteczki panowała sielanka na łonie natury z ekologiczno-hobbystycznym alkoholem w tle. Nawet fajniutki wychodził, podobno. I tani!
Kiedyś przy wakacyjnej okazji, przeszkolono mnie nawet. Stąd, zapodany wyżej przepis. Zapamiętałem też, iż klasyczny bimberek z kartofelków, to przeżytek. Dzięki krajowo-unijnej ekonomii gospodarczo-politycznej, ziemniaki ostro podrożały. Pomarańczki tańsze dziś, od pyr! Po czorta brnąć w koszty, skoro końcowy wyrób z cukru, stosowną moc trzyma. Zaś, jeżeli trafi się na intratną promocję (np. 5 +5 kilo, gratis!), nieomal darmocha i radocha przy okazji. Żyć, pędzić, nie umierać, kurde-bele. Ze spożycio-piciem aż trudno nadążyć!
Ale nawet na trzeźwo nie potrafiłem zapomnieć o swych stopniowo kolekcjonowanych doświadczeniach płciowych. Nie wiem, czemu na pewien czas utkwiła w mym mózgowiu ta z odrestaurowanymi piersiami.
Lecz co tam poliftingowy cyc (jakich pełno wokół), zapuszkowane żabie udka znad Rospudy, gatki-dziwo z francuskiej byle wyprzedaży, czy kimający jenocik, niezjadający zaspanych, kolczastych jeży-śpiochów. Jeżeli mam poznawać kolejne nowości, u kolejnej chętnej, wolę edukować się całościowo, niż we fragmencikach. Znienacka, pojawiła się nowa okazyjka. Kolejny przypadek, kuźwa!
Zagadała do mnie, jakby obiecująco. Wyglądała, nawet ciekawie. Później patrzyła tak, że momentalnie wiedziałem, iż knuje cosik podstępnie. Nagle poczęła dociekać, czy mam dziewczynę. Zaprzeczyłem oczywiście. Nawet gdybym miał zełgałbym, aby przypadkowo nie odstraszyć nadciekawskiej. I tym samym nie zmarnować okazji na ewentualne przeżycie z nią czegoś fajnego. Lubiłem wówczas ciut starsze, napalone i doświadczone dziewuszyska. Takie, którym chodzi o to samo, co każdemu chłopakowi. Czyli o seks! Po czorta tracić czas na duperele, skoro można zacząć od istoty sprawy?
W bezpiecznych okolicznościach towarzysko-przyrodniczych, po pospieszno-natarczywo-bezpardonowej ręcznej kontroli zawartości mych gaci na oczach gawronów (z pewną puszczalską mężatką zaliczyłem wcześniej nieco podobne doświadczonko, na plaży pośród mew) nowa, łyknęła mą propozycję szybkiego… bunga-bunga.
— Nie twierdzę, że nie. Także mam swoje potrzeby. Nawet dyżurne gumki przy sobie targam. Musiałam sprawdzić, czy będą pasowały. Stąd konieczne było ciekawskie mac-mac w majtadałach. Wybacz bezczelnej babie. Tylko pamiętaj, nie lubię łóżkowych egoistów. A szybki numerek pod prysznicem, jest obowiązkowy. Od tyłu, wówczas poproszę. Daje mi to więcej, niż ciupcianie od przodu. Dojdę pierwsza, potem nie pożałujesz. A wszystko jestem wówczas gotowa… — usłyszałem, w obiecującej zapowiedzi.
Nie zraziła mnie jasno przedstawionymi oczekiwaniami oraz wytycznymi do działania. W kabinie prysznicowej, ciasnota. Najprościej rżnąć chętny zadek od tyłu. Kilka lat wcześniej być może bym zdezerterował. Lecz aktualnie, wszystko zapowiadało cię całkiem interesująco i jakby… przygodowo.
Nie wyglądała na nadmiernie eksploatowaną. Na wyposzczoną, owszem. Uściślając plany, miała wyraźne iskierki w oczach (coś, jak klasyczne kurwiki). Palcami obu dłoni, jakby podświadomie informowała, iż nabiera coraz większej ochoty na stosunek.
„Ewidentna chcica ją nęka! Czyli bezpruderyjna kobitka z żeńską odmianą męskiego musiku. Może okazać się ciekawie. Warto zaliczyć z taką standardową męsko-damską zabawę…” — dumałem, na bieżąco.
— Acha, w wyrze, nim weźmiesz mnie pod siebie, koniecznie wetknij we mnie koreczek analny. Dopiero wówczas przeleć. Ale uczciwie i głęboko! Chcę czuć twoje jajka na pośladkach. Z gadżetem w sobie, przy ostrym tempie jazdy, szybciej dochodzę — zaznaczyła otwarcie.
— Sorki, nie dysponuję tym wynalazkiem — oznajmiłem.
— Nie szkodzi. Mam przy sobie. Przezorna bywam i otwarta na wszelkie warianty miłosne. Lubię być kryta przez samca. Wówczas, czuję się spełnioną kobietą… — rzekła, robiąc słodką minkę.
— Okay, zrobi się skoro jest dodupna zatyczka. I będzie, aż po jajka — zapewniłem.
— Gdybym się spod ciebie wyrywała, nie pozwól mi na to. Bądź wtedy bezlitosnym samcem-gwałcicielem. Jak przydusisz mnie łapą za szyję, zaraz złagodnieję. Duś, aż zacznę charczeć. Wtedy, szybciej mam orgazm. W jajka nie kopię, luzik — zapodała.
— Całe szczęście — zaśmiałem się, z „nadmiaru” słyszanego romantyzmu.
Wyraźnie ucieszyła się ze zbliżającej się pozamałżeńskiej penetracji. Napominając, abym wcześniej dla lepszego ślizgu, obficie poślinił analny koreczek. Zaznaczyła też, iż chętnie z bliziutka obejrzy, co namierzyła w mych portkach. I nie widzi problemu, jeśli skończę w jej ustach.
— Spoko, nie hamuj się. Przełykam bezproblemowo i bez popitki. Kwestia wprawy. W latach szkolnych, przed ciążą tak się chroniłam. Ksiądz, doradzał to dziewczynom na religii. Sam też praktykował z uczennicami. Znikało się na klęczkach pod jego sutanną i działało w ciemnościach. A ocena z religii, rosła automatycznie — zaśmiała się.
Na dość skrupulatnie zaplanowane pozamałżeńskie łajdactwo, zawlokła mnie do niewielkiego motelu. Rachunek, zapłaciła kartą męża. Pielesze domowe, odpadały w przedbiegach. Jej ślubny (cierpiący na zaburzenia w funkcjonowaniu narządu małżeńskiego), powracał czasem o nieodgadnialnych porach doby. Taka z niej bezczelna spryciulka oraz ochoczo randkująca poślubnie, asekurantko-numerantka! Ale wydawała się całkiem fajna i bezproblemowo przystępna. A to ważne. Oboje lubiliśmy jasne sytuacje. Przez pewien czas, łączyły nas po prostu potrzeby płciowe oraz ich fizjologia. Tak zwanych uczuć, zero! Po kiego komu pieprzony romantyzm i jego okolice. Kwiatków, także nie było. Winko, owszem. Zazwyczaj Arnoldzik fundował je nieświadomie. Prawda, że fajny mąż?
Ostro zatkało mnie gdy usłyszałem, iż niewierna poszukuje kogoś („wystarczy wprawny rzeźnik, albo byle weterynarz” — zapodała), kto… wykastrowałby pana małżonka. Najchętniej, w jej obecności. Jako uzasadnienie zbrodniczego, kastro-małżeńskiego wyczynu podała, że wyposażenie płciowe mężulka (nawet wyłącznie dyndające) robi wprawdzie pozytywne wrażenie na większości kobiet, lecz w praktyce, nie nadaje się do niczego. Podobno fiucisko, napręża się tylko w buzi. A wyjęte z niej, momentalnie flaczeje. Czymś takim, obowiązku małżeńskiego nie da się wypełnić. Ot, spotkał nieszczęsną niemożebny pech oraz wyjątkowo przykry małżeński zawód. Wzwód mężowskiej maczugi, nieustannie okazywał się do niczego. Przedmałżeńsko, działał bezproblemowo. Później, popsuł się trwale. Stał się jedynie siusiakiem małżeńskim. Nawet ostre pornosy nie były w stanie dopomóc. On, oglądał. Jej usta, znojnie wtedy pracowały. Pozytywny rezultat, jedynie chwilowy. Po czym, ponownie wiotki flak. Masz babo zwis małżeński oraz kobiecy dramat. Ustawicznie dynda sporawy cholernik! Zaś standardowe obowiązki, leżą odłogiem.
— Co z tego, że naprawdę duży, skoro wiecznie miękki. Czymś takim, nawet przecie bachora nie zmajstruje. Wprawdzie za ludzkim drobiazgiem, specjalnie nie przepadam, lecz z jedną sztukę pozwoliłabym mi zrobić. Tylko nie ma czym! On, da radę wystrzelić wyłącznie w buzi. Jak, bidulka, mam toto przemieścić w sobie, gdzie potrzeba. Połykam i trawię małokaloryczne nasionka, nic więcej. Otruć się nie otruję, ale z ciąży, gówno. Z przyjemności, również. A jeśli próbuję wepchnąć narząd w cipkę, momentalnie kapcanieje, cholernik. Czyli żonka, ochoczo chce pobaraszkować. Zaś mężuś emeryto-impotent, nie może utrzymać prącia w koniecznej kondycji małżeńskiej. Ot, przykrość! Na jego miejscu, sama bym się wykastrowała. Choćby ze wstydu. Większość znajomych dobrze wie, jaki mam z niego pożytek. Tylko co z tego, że otwarcie mi ludziska współczują. Mężuś takiej jednej, nawet zaoferował mi uczynnie swą pomoc. W ścisłej tajemnicy przed tamtą, oczywiście. Żal było nie skorzystać, bo gościu ciachowaty oraz elegancko wyposażony. Potem kretyn wygadał się po pijaku i przykrość towarzyska zaistniała. Gdyby nie nowoczesny i solidny, ekstremalnie szybki wibrator od dobrej przyjaciółeczki, dawno bym sfiksowała, psia mać. Ona, podobnym się ratuje. Moim zdaniem, Noblem powinni obdarować człeka, który usłużną wysoce pożyteczną maszyneczkę wykombinował — zaznaczyła, z naprawdę głębokim przekonaniem.
W międzyczasie wyznała, iż przed unieszczęśliwiającym ją ślubem, zazwyczaj preferowała żonatych (małżonka młodej sąsiadki z naprzeciwka oraz kosmicznie ciachowatego nowego listonosza). Dopiero po mszy święto-ślubnej, przerzuciła się na kawalerów. A konkretnie, na nowego księdza Ryszarda, który wpatrzony w nią niczym w przenajświętszy obrazek błogosławił z urzędu, zawierany związek. Ciekawsko zapuszczając żurawia w jej głęboki dekolt. W przypływie nagłej sympatii, spontanicznie zaprosiła na wesele duchowną osobę. Dalej, samoistnie ułożyło się między nimi więcej, niźli fajowsko. Zaś ją, kręciło rozpinanie mnóstwa czarnych guziczków przy sutannie. Jedynie później zdała sobie sprawę, iż w razie wpadki pozamałżeńskiej (wszak księżom, nie wolno używać prezerwatyw) miałaby moralną rozterkę, iż z punktu widzenia tak zwanej uczciwości małżeńskiej, zrodzi mężowi ewidentnie obcego bachora niewiadomego pochodzenia.
Na wszelki wypadek ksiądz Ryszard zastosował własną profilaktykę. Darmowo odprawił mszę w intencji niepoczęcia dzieciątka. Później upierdliwie naciskał jednak na ewentualną mamę, aby w razie rzeczywistego nieszczęścia, dała samczykowi na imię… Rysio. Lecz jeśli (nie daj boże!) narodzi się córcia, koniecznie powinna zostać Marysią (po zmarłej babuni księdza dobrodzieja). Szczęśliwie, uniknęli nadmiaru problemów. Zapewne dzięki bogu.
***
Zerkając statystycznie na całokształt młodzieńczego etapu mego żywota doczesnego, przyjemnie zaskakujących urozmaiceń stale i nieustannie oraz wytrwale przybywało w biografii seksualnej napalonego na przygody erotomana. Ustawicznie zamiłowanego w uganianiu się za kolejnymi, fajnymi doświadczeniami (bardziej kopulacyjnymi niż miłosnymi, szczerze mówiąc). Okresowo badane jąderka, nieustannie pracowały. Więc odpowiednie hormonki uczciwie pomagały w kolejnych przedsięwzięciach, (powiedzmy) towarzyskich. Dzięki czemu stawałem się coraz bardziej biegły oraz wprawniejszy w wiadomym, niezwykle milutkim dziele. A płeć przeciwna, poczęła ów fakcik dostrzegać i doceniać. Z czasem, laseczki nawet polecały mnie sobie nawzajem. Albo otwarcie składały niewinne, raczej nieodrzucalne propozycje, typu:
— Słuchaj, przypadkowo mam klucze od domku na działce babuni. Muszę przywieźć jej stamtąd sztuczną szczękę. Wczoraj spiesząc się na ostatni autobus, zapomniała zabrać. Jeść jej teraz trudnowato. Działeczka znajduje się bliziutko, tuż za miastem. Podmiejski, pod bramę dowozi. Wybierzmy się tam we troje, z moim psem. On, pogania za kotami. My, możemy… Wiesz przecież chłopczyku, co się robi z dziewczynką. Acha, gumki mam, gdybyś zapomniał zabrać. Na super promocji wczoraj zanabyłam. Świeżutkie! Dwa lata ważności widoczne na opakowaniu. Rozmiar uniwersalny wybrałam. Powinien przypasić na twojego. Oczywiście, wspólnie przymierzymy. Przez przypadek, na wyjątkową okazję w Biedrze trafiłam. Grzech było nie skorzystać. Przezorna bywam! Ufam, że zrobisz mi dobrze. Od Majki wiem, że jak uczciwie przyłożysz się do zajęcia, to potrafisz. Zaznaczam, sporo cichsza bywam, niż ona. No, i nie kopię po jajkach oraz nie gryzę w ekstazie, niczym Kaśka. Bezproblemowo rozbieram się przed chłopakiem, jeśli tego zechce. Ze wszystkiego, oczywiście. Co za problem! Przekonaj się o tym. To jak, pojedziesz ze mną? Za tydzień będę miała okres. Wówczas, unikam seksu. Nie daję na Indianina, bo leje się ze mnie, cholera. Za to ostra jazda przed miesiączką, dobrze mi zwykle robi. Ciota mniej pobolewa. Chemii nie muszę łykać, ekologiczniej wychodzi. Nie odkładajmy sprawy. Bądź ludzkim człowiekiem. Przeleć uczciwie, chętną koleżankę. Tak, po koleżeńsku. Dla przyjemności.
Nie znam chłopaka, który odmówiłby (jakby) zalotnej dziewczynie. Pod względem urody, szału wprawdzie nie było. Lecz nie odstraszała sobą, ani swą osobowością. Spełniała podstawowe normy oraz wymagania estetyczne. Upewniłem się werbalnie, czy wydepilowana, bom esteta. A skoro tak i zapas gumek posiadała, pojechaliśmy się po relaksować. Czemu nie? Wszak miłe to zajęcie. Do tego, sporo ruchu. W skrócie, samo zdrowie!
Naprawdę natyrałem się fizycznie. Kiedyś wyczytałem gdzieś, że dziewczyny lubią, by w pościeli działo się… romantycznie. Ale gdzie tam! W ogóle na taką nigdy nie trafiłem. Ta, także chciała ostro. Nie wypadało odmawiać, więc było zgodnie z zażyczeniem. Treningi w klubie sportowym, mniej wykańczają człowieka. Z tym, że z dziewczyną, przyjemniej ćwiczyć. Potu, traci się mniej więcej tyle samo. Jedynie głośniej wokół, bo lachonek jęczy. Koledzy, są sporo cichsi podczas treningów. Ale cóż, skupiłem się na stereotypowej samczej robocie i tyrałem wytrwale. Ostatecznie po to chłopak chodzi na siłownię, aby nabrać niezbędnej kondycji fizycznej. Romantycznie, nawet przez momencik się nie działo. Akcja, jak na pornosach. Lecz gdyby te filmiki akcji zalatywały romantyzmem, nikt by ich nie oglądał. Strata czasu jedynie.
Z powodu niedostatku zwykle wałęsających się po działeczce niczyich kotów (podobno sąsiad-myśliwiec dzień wcześniej tzw. „czapkowe”, odstrzelił humanitarnie), piesek kopał z nudów dziury, lub płytkawe dołki. Poszukiwał wytrwale ryjówek, nornic oraz ślepych kretów. Dwa ostatnie czorty, upolował na wstępie i przytargał swej pańci w podarunku. Nagrodziła psinę jakimś cuchnącym (gorzej niźli klasyczna chińszczyzna) smakołykiem. Nie narzekał na fetorek. Chapsnął, połknął bez rozgryzania, popił wodą i popędził do ogrodu, aby kontynuować łowy. Przed wieczorem, upolował jakąś ptaszynę. Jakim cudem? Wyłącznie on, wiedział. Schrupał swe trofeum na kolację, łącznie z upierzeniem. Beknął, ziewnął i poszedł pokimać. Potem, coś mu się śniło. Może kolejne polowanie? Lub romans z przygodną suczką? Trudno powiedzieć.
Ja, ponownie zająłem się całkiem fajną, psią panią. Napalona na seks wnuczka starej właścicielki podmiejskiej działeczki, rzeczywiście okazała się sporo cichsza od naszej seksownej koleżanki, Majeczki. Zazwyczaj obwieszczającej światu, zaliczane orgazmy. Wnuczka, głównie postękiwała lub pojękiwała pode mną. Żaden sąsiad nawet by nie usłyszał, gdyby istniał za ścianą. Przeciętny czajnik z gwizdkiem, głośniejszy bywa. Rzeczywiście (jak obiecywała!), nie gryzła oraz nie kopała po jądrach, szczytując. Za to, kiedy należało, milutko zajmowała się, czym powinna.
Niespodziewany wypad na działeczkę (po refundowaną, sztuczną szczękę babuni-sklerotyczki), uznałem za wielce udany. Z tym, że musieliśmy… specjalnie wracać po babcine uzębienie. Pospiesznie wychodząc z domeczku po kilku seriach intensywnego seksu, kompletnie zapomnieliśmy o głównym celu naszego wojażyku. Szczęka, moczyła się w łazience na ściennej wypukłości nad sedesem, w przezroczystym pojemniczku po pradawnym modelu… znicza nagrobkowego.
Babunia numerantka, psia kostka. Tchnęła drugie życie w zabytkowy, bezużyteczny przedmiocik. Przypadkowo, zadbała o dobrostan planety umęczonej nadmiarem zaludnienia uwielbiającego plastik. Taka, drobna odmiana modnego… zero waste, na modłę starowinki. Już niedługo, ziemia zapewne jej to wynagrodzi. Skonsumuje babunię i po sprawie. Jedynie szczęka po niej, na wieki pozostanie. Toż to plastik!
W trakcie owej wyprawy po raz kolejny skonstatowałem, iż zoczona (na tak zwane dzień dobry) przeciętna, niezbyt atrakcyjna damska buźka (wprawdzie nie brzydka, ale i nie nazbyt urodziwa), nie musi źle świadczyć o reszcie kobiecego ciałka szczelnie opakowanego w cokolwiek. Cycuszki, ma napalona, miała prześliczne. Cudeńka, kuźwa! Pewnie, dlatego demonstrowała je bezproblemowo. A także, nie używała stanika. Co szczególnie cenię i naprawdę lubię. Jej krągłe śliczności okazały się przyjemnie całuśne, lecz i ździebko nadreaktywne. Zabawa różowiutkimi brodawkami, migiem prowokowała w dole istny potop. Po chwili, dziewczynka zaliczała orgazm. Zaś po nim, kolejny. Tym razem wywołany palcami zabawiającymi się jednocześnie punktem „G” i sporawą łechtaczką.
Niezawodny to sposobik, zaczerpnięty z wysoko edukacyjnych pornosków, które chętnie i pilnie studiowałem, nudząc się na przymusowej religii. Pojęcia nie mam, co w epoce bezsmartfonowej czynili kiedyś ludziska na owych piekielnie smętnych lekcyjkach.
Cudnista dupeczka napalonej okazała się tak rębna, że byłoby żal, ustawicznie nie bisować. Na wyjęte ze spodni długaśne i smukłe, szeroko rozłożone odnóża, także było milutko popatrzeć. Wniosek, prosty. Dla podkreślenia stopnia rzeczywistej atrakcyjności, samiczy towarek tego typu, zdecydowanie powinien bytować na golasa. Po czorta oszpecać naturalne piękno, ubrankiem? Nawet najmodniejszym. Żałowato, cholera! Pełna nagość, sporo ciekawsza dla otoczenia. Zaś szczególnie atrakcyjna, dla kolegów-wzrokowców ceniących dary natury (w tym, genów!).
Pamiętam, że wówczas na działce, patrząc na ową wnusię, spontanicznie układającą się przede mną w niemożebnie atrakcyjnym rozkroku, po raz pierwszy strzeliło mi nagle do zafascynowanej widoczkiem łepetynki, żeby… zostać ginekologiem. I… służbowo oraz zarobkowo oglądać podobne cudeńka przyrodnicze. Ale przeszło mi, równie błyskawicznie. Przypomniała mi się bowiem gigantyczna, puszysto-tłusta, nadprogramowo stara (czyli przeterminowana pod względem dopuszczalnej długości życia) cioteczka. Kulejąca kobita, cyklicznie dreptała o lasce do speca od rozkraczonych bab, na okresowe przeglądy mocno leciwego dupska. Masakra, oglądać cosik podobnego! A dyplomowany doktorek musi, choć pewnie by nie chciał. Tylko, jakim cudem nie traci później apetytu na prywatny seks? Cóż, wysoce specjalistyczna zagwozdko-tajemnica, zapewne.
Zaskoczyłem również, że w ogóle nieznana mi babunia-działkowiczka, także nie prezentowałaby się zbytnio ciekawie i ponętnie, gdyby zastąpiła seksy wnuczkę fajniutko rozkraczoną przede mną. Czyli pieprzona specjalizacja medyczna, zdecydowanie nie dla mnie. Młode, wysoce rębne laseczki, z reguły nie chorują. Staruszek, zawsze pełno w poczekalniach. Paskudniście rozdętych pro-rozmnożeniowo ciężarówek, również. Częstsza totalna masakra! Niewiele realnych szans, na zachwyt naturalnym pięknem! A masochistą-wzrokowcem, nie jestem póki, co.
Dodam, iż w pewnym okresie mego niecnego sex-żywota, szerokim łukiem omijałem przedkilmakteryczne, tak zwane ryczące czterdziestki. Takowa, nazbyt rozochocona jejmość czasem nie tylko zdrowiu, ale i męskiemu życiu może poważnie zagrażać. Strach, się bać! Aż tak miluteńko bywa ze starzejącą się ludzką samicą. Istna potwora, cholera!
Bezdzietna niedźwiedzica nierzadko mniej groźna. Pod warunkiem, że najedzona. Wprawdzie oba gatunki są wszystkożerne, lecz misie, zimami nie jadają. Cyklicznie odchudzają się, kimając w gawrach. Wybudzone, wkurwiają się momentalnie i marudząc, ryczą niczym starzejące się baby. Okropność wspólno/miedzy-gatunkowa.
Zapewne, dlatego samce niedźwiedzi preferują samotne życie. Wolą święty spokój i ciszę wokół siebie. Na baby, wyruszają z gawr, raz do roku. Ludzkie samce, nieomal codziennie. A już na pewno, w weekendy. Albo w Internecie szukają chętnej do pokrycia, licząc na skuteczne wsparcie swych zamiarów, ze strony sztucznej inteligencji. Cóż, misie mają więcej ruchu przy randkowaniu. Ludziska, preferują tryb siedząco-leżący. Za to leniwce (gatunek liściożernego ssaka, włochacza) przytulone do siebie brzuszkami, potrafią niemrawo kopulować zwisając z drzewa, główką w dół. Tacy, cyrkowcy! Do tego, weganie. Albo wegetarianie, cholera wie. Z tym, że ichnia kobitka w wieku 15—20 lat, to nie fajowska laseczka, a stara baba, na odchodnym. Czyli niby leniwe z natury, lecz szybkie, w starzeniu się. Ruch, ewidentnie wydłuża życie. letnia klaczka, to jeszcze całkiem fajna babeczka, dla ogiera. Nie jeden, zarży radośnie na jej widok.
Klaczki, czy niedźwiedziczki z reguły nie jęczą podczas kopulacji. Kiedy ludzka samica dochodzi, nierzadko ogłuchnąć można od nadmiaru foniczno-werbalnych spontaniczności. Obwieszcza, że właśnie jest kryta nie tylko sąsiadom oraz pobliskiemu otoczeniu, ale nawet… bezkresnemu kosmosowi. Staje się wtedy nawet niebezpieczna dla samca. Potrafi drapać, warczeć, kąsać, wierzgać tylnymi kończynami przypadkowo kopiąc nimi w opróżniane jądra, albo gryźć samca-kopulatora, niczym rozjuszona czymś pani grizli. Samice pozostałych gatunków ssaków, w podobnych okolicznościach, aż tak przesadnie, nie reagują na płciowe przyjemności. Przyzwoitość im na to nie pozwala, zapewne. Za to ludzka samica, szaleje z radości. Niekryta zaś, najczęściej staje się rozdrażniona. Pokryta przez samca minimum raz w tygodniu, funkcjonuje całkiem nieźle. Pod warunkiem, że nie zaciąży. Zapłodniona, staje się marudna i znów rozdrażniona, a także okropnista, dla otoczenia. Dość dziwnowata ssacza rasa. Nieprawdaż?
Przydarzyło się, iż zaliczyłem sporawe obrażenia w trakcie zbierania miłosnawych doświadczonek. Stąd, me zdecydowane oraz wytrwale trwałe, unikanie ryczących czterdziestek. Pojedyncze, przykre doświadczenie niby erotyczne, w zupełności wystarczy. Bisować, nie zamierzam. Zapewniam.
Odniesione wówczas rany, z czasem poczęły wyglądać paskudnawo. Wszędzie zaistniały! Tam, również. Musiałem je leczyć. Najadłem się niezłego wstydu w przychodni rejonowej. W dodatku, przy trzech całkiem atrakcyjnych praktykantkach nakazano mi ściągnąć ubranko.
Najpierw jakby niewinnie, samą koszulkę. Później resztę. Łącznie z nowymi gatkami od mamuni. Ale cóż począć, zdjąłem skoro trzeba. A praktykantko-studenteczki migiem łyp, ciekawskimi ślepkami na pokiereszowanego siusiaka.
— Ojej, jaki biedny… — odezwała się, najbardziej empatyczna.
Musiałem stać przed nimi na gółkę po środku medycznego gabinetu, gdy kolejno opatrywano wszelkie zranienia.
Potem nastąpiło pac, na niewygodną leżaneczkę, na plecki upstrzone jałowymi opatrunkami. Owłosione giczoły szeroko na boki tuż przed fajnymi dziewczynkami i zaliczyłem publiczne badanie jąder. Nic przyjemnego. Sądziłem, że delikatniej można działać, ale gdzie tam. Pobolewało, więc maltretowany chłopczyk, nieśmiało zaprotestował. Usłyszał, że to specjalistyczne badanie jąder, a nie zwyczajowe pieszczotki przepełnionych jajeczek na gołej randce. Spotulniałem, cierpiąc dalej.
Przy odczuwanym bólu jajec, wacek szczęśliwie nie wariował kiedy i nim zajęto się całościowo. Może dlatego, że także ucierpiał? Tylko drań, skulił się tak patologicznie, że z napletka nie dawał się wydobyć. Głupawo mi było istny pokurcz, otwarcie ludziskom okazywać. Szczególnie, studenteczkom. Totalna parodio-zniewaga oraz ośmieszenie wyznacznika męskości, cholera! Nie pamiętałem, aby kiedykolwiek bywał aż tak karłowaty. Na widok kilku studentek nagle Azjatą został, kurdebele. Taki, numerant! Ale co zrobić? Przetrwałem przypadkową zniewagę. Wyjścia, nie było. Mogłem jedynie łudzić się, iż przyszłe medyczki wiedzą, że fiut, czasem różniście się zachowuje. Nie tylko elegancko rośnie, ale także potrafi zmaleć, do granic nieprzyzwoitości. Wbrew pozorom, nie wstydziłem się swej całkowitej golizny, jedynie tego, co prezentuję, pilnie studiującym laseczkom. Ale skoro się uczą, niech zdobywają zawodowe doświadczenia moim kosztem. Trudno!
Sęk, że nie koniec niechcianych przygód.
Zaliczyłem jeszcze przymusowy głęboki skłon ku starodawnej, lastrykowej posadzce. W ów sposób bezwiednie udostępniłem tyłek, w który wepchnięto mi wilgotny paluch. Milutko, nie zrobiło się od dupnie zaskoczonemu pacjentowi! Przypadkowo, zachowałem się nieelegancko. Pierdnąłem przy ludziach, z wrażenia. Na domiar złego, głośno! Nie moja wina, kuźwa. Samo, tak wyszło. Ciekawski paluch, turysta-wędrownik zawinił. Zbytnio wiercił się, jak gdyby poszukując czegoś.
Zaraz potem, kolejna niespodzianeczka uszykowana dla fachowo badanego i opatrywanego randkowicza oraz gabinetowego striptizera, w jednej maltretowanej publicznie osobie. Sprezentowano naguskowi sterylny pojemniczek i wysłano za niewielki parawanik. Tam, na mini stoliku leżało… pisemko dla dorosłych. Ciekawe nawet. Pomimo sprzyjającego zajęciu obrazka, wymuszony (wiadomy!) męski zabieg zabrał nieco czasu. W podobnych okolicznościach medyczno-społeczno-przyrodniczych, suchostój mi się przytrafił. W końcu zniecierpliwiona pielęgniarka, śmiało zajrzała za nędzne przepierzonko. Dopytując ciekawsko, jak długo potrwa jeszcze masturbacja, nim ze mnie sperma wyleci. Wszak inni pacjenci na korytarzu się niecierpliwią, zaś ja, nic sobie z tego nie robię.
Niepotrzebnie się fatygowała, cholera. Właśnie, zaczęło się! W takim momencie żaden chłop, nigdy nie przerwie mocno wciągającego zajęcia. Niezdrowo! Skończyłem przy niej. Uradowana, zabrała pojemniczek i poszła w diabły.
Zastanawiałem się, czy aby nie wychynąć zza pierońskiego parawaniku, nim fiut totalnie skapcanieje. Chciałem, aby studentki mogły przekonać się, że tak tragicznie (jak wcześniej się wydawało), ze mną nie jest. Nieśmiało, wyszedłem z okazem zdrowia przed sobą. Tylko ich, już nie było. Ani jednej! Czyli nici ze zmiany przekonań oraz zapatrywań na mą skompromitowaną wcześniej męskość.
Główna doktórka spojrzała i poleciła, abym się ubrał. W sąsiednim pomieszczeniu, ogałacał się już kolejny pacjent:
— Gacie, także mam zdjąć? — dopytywał zza ściany młody męski głos.
— Obowiązkowo! Do golasa u mnie trzeba, niestety. Przy przeglądzie całościowym, konieczność. Młode jądra, należy badać choćby raz w roku, dlatego — odkrzyknęła lekarka.
— Skoro tak, nie ma sprawy. Jąderka, rzecz cenna. Nigdy mi ich nie badano. Tym bardziej warto z okazji skorzystać. Tylko może mi nagle stanąć przy specjalistycznych oględzinach, ostrzegam — odparł poważnie.
— Nie szkodzi, przywykłam. Najwyżej rozpoczniemy badanko od twardego penisa i jąder. Kolejność dowolna. Płucka, pod koniec osłucham.
— O masz, rośnie mi cholernik — jęknął pacjent po chwili ciszy.
— Spokojnie, to też obowiązkowy punkt programu. Zapraszam na leżankę, z nogami szeroko. Obejrzę i wymierzę oba jądra oraz narząd w wersji kopulacyjnej.
— Po co mierzyć?
— Muszę! W komputerowej dokumentacji, teraz wszelkie wymiary pacjenta konieczne. Unia, sobie zażyczyła. Prostatą, zajmę się później i palcem ocenię wielkość. Reszta, na razie poczeka.
— Wepchnie mi pani palec, w tyłek?
— Konieczność. Spokojnie, nie zaboli. Zaraz u pana będę. Siostra, przyniesie specjalny aparacik do pobierania spermy. Z nim, powinno pójść szybciej, niż w przypadku poprzedniego pacjenta. Wynalazek, gwałci błyskawicznie. Przekona się pan. Kiedy ostatnio pan kopulował? To znaczy, kiedy miał pan ostatni wytrysk nasienia. O to chodzi. Do masturbacji, też trzeba się przyznać.
— Nakazaliście pościć trzy dni i tak zrobiłem. Dlatego teraz z mety stoi, napaleniec. Przeładowany jestem. A dziewczyna, smętna i wyraźnie niepocieszona. Bardzo lubi nasze codzienne zajęcia, a tu, nic. Ludziska, macie niehumanitarne podejście do pacjentów.
— Za chwilkę, ulżymy panu. Wydali pan spermę do specjalnego, atestowanego pojemniczka i gotowe. Po powrocie do domciu, może pan śmiało pocieszać wybrankę, dowoli Samo zdrowie. A im częściej, tym lepiej dla męskiego organizmu. Dziewczynie, też nie zaszkodzi… — zaśmiała się, wkraczając do bocznego gabinetu.
Ubrany, wyszedłem na korytarz. Mijając w drzwiach powracające studentki oraz pielęgniarkę, dzierżącą w dłoniach coś dziwnego.
„Zapewne, gwałcąca maszyneczka…” — pomyślałem.
Nowy w gabinecie, w przeciwieństwie do mnie, sprawiał wrażenie luzaka. Ja, byłem wyraźnie spięty. Szlag mnie trafiał, gdy z przymusu demonstrowałem studentkom mini dyndadełko. Zazwyczaj, bywało niczego sobie. A tu, nagle… Azjata. Czyli siaro-masakra! Do tego jeszcze pielęgniara obserwująca, jak sperma mi z penisa wylatuje. Niby prosta i oczywista, typowo męska fizjologia. Ale głupawo…
Zapewniam, kolejnej serii podobnie ekscytujących przygód bisować nie zamierzam. Naprawdę wolę zwałkę w samotności, niźli z publiką za plecami. Czy jakąś kobitą obserwującą, jak się onanizuję. Albo orgazm w motelu, pomiędzy wyraźnie sfatygowanymi cyckami nieco wiekowej, porąbano-napalonej wyłapywaczko-połykaczki spermy na odległość.
Początkowo nie przypuszczałem, że w łóżku, cokolwiek może człowiekowi zagrażać oprócz śmierci na starość. I nagle w młodości… zaznałem zaskakującego nowatorstwa. Baba-grizzly z tipsami na paluchach mi się trafiła, kurka wodna. Masakra! Z tym, że początkowo wszyściutko zapowiadało się dość ciekawie, oryginalnie i nawet fajowsko. Jedynie potem wyszło straszniście i ewidentnie paskudnie. Pojęcia nie miałem, że starsze napalone szarpią się oraz gryzą i drapią, w ekstazie. Cóż, brak wiedzy szkodzi zdrowiu, psia mać.
Owa cycata, niewyżyta damulka wyrywająca w necie młodego naiwniaczka, była ruską migrantką. We wczesnej młodości, zwiała ze swego (k)raju do Polski. W ślad za jakimś lechickim chłopem, którego zoczyła podpitego, w okolicy moskiewskiego Mauzoleum Lenina.
Dla niej, tu był Zachód. Zaś ów wysoce atrakcyjny dżentelmen, dobrze rokującym, przedsiębiorczym menadżerem w… bazarowym warzywniaku. Cóż, rzeczywiście niebywała atrakcyjka i superaśna gratka, cholera. Z tym, że później wymienił ją na młodszą (także po wschodniemu cycatą) Ukrainkę.
Gościu wyraźnie preferował zagraniczne towary. Zero, patriotyzmu lokalnego. Nawet w swym ukochanym warzywniaku, popularnymi serkami bułgarskimi handlował. Owczymi podobno. Były firmowo szczelnie opakowane przez producenta, więc spokojnie mogły walać się pomiędzy mocno zanieczyszczonymi brązową, obcą glebą marokańskimi ziemniaczkami. SANEPID, się nie wtrącał. Unia, próbowała. Ale odpuściła. Z tym, że o wrogą marokańską żywność Brukselczykom chodziło. Nie unijna, przecież. Co innego, holenderskie kartofelki. Nieważne, że badziewie. Grunt, że własne, unijne!
***
Onegdaj przytrafiło się też tak, że długo nie potrafiłem zrozumieć kolegi, który wolał… chłopców. Nie wadził mi człowieczek. Lubiłem go nawet. Jedynie preferowałem odmienne klimaty, niźli on. Ale otwartą propozycję niezobowiązującego wspólnego eksperymentu poznawczego w pościeli, otwarcie odrzuciłem. Wtedy nazwał mnie zaskorupiałym tradycjonalistą. Trudno. Wolę po staremu. Sporo fajniej tak, moim zdaniem. No, i standardowa tradycja zachowana, kurdebele. Zbytnia nowoczesność, nie pasi każdemu.
W końcu ustaliliśmy, że on, podejrzy dyskretnie jak figluję z jakąś dziewczyną. Potem ja, zerknę na jego igraszki z chłopakiem. Żaden, nie przekonał drugiego, co do większej atrakcyjności sedna zagadnienia. Pozostaliśmy przy własnych preferencjach. Ale on, skomplementował mego sztywnego wacka. Nalegał, iż chciałby zobaczyć, więc pokazałem. Zrewanżował się, bez proszenia. Lecz nie zapamiętałem, jakiego posiadał. Dla mnie, bez znaczenia! Chyba krzywy…