E-book
25.7
Coaching twórczości

Bezpłatny fragment - Coaching twórczości


Objętość:
234 str.
ISBN:
978-83-8155-342-1

CZYM JEST NIEDYREKTYWNA PRACA NAD TWÓRCZOŚCIĄ?

Niedyrektywna praca nad twórczością to droga, w której coach twórczości (lub terapeuta) towarzyszy swojemu klientowi w jego procesie prowadzącym do osiągnięcia efektu, który sobie klient założył. Jeśli jesteś sobie w stanie wyobrazić tę drogę, tak właśnie ona wygląda: coach podąża za klientem od pierwszego kroku.

Co jest tym pierwszym krokiem? Przede wszystkim jest decyzja: chcę czegoś. Pragnę coś dla siebie zmienić, stać się kimś, kim pragnę być, zdobyć coś. Chcę zostać malarzem, napisać książkę, otworzyć sklepik z autorską biżuterią na ryneczku urokliwego miasteczka. Chcę ułożyć własną choreografię do „Can’t stop the feeling” Justina Timberlake’a i zatańczyć przed pełną widownią. Chcę podpisywać swoją powieść na spotkaniu autorskim w Empiku. Pragnę stanąć w długiej, zwiewnej sukni na swoim pierwszym wernisażu i sprzedać wszystkie obrazy na pniu, a potem zafundować sobie pracownię na jednym z gorących poddaszy na starym mieście.

A więc zaczyna się od pragnienia. Od wizji tego, jak chcesz żyć. Odpowiedź na pytanie, jak klient znalazł się na tej drodze, przychodzi sama: bo ma talent i ma marzenia.

Do realizacji marzeń potrzeba jeszcze odwagi i samozaparcia, a zazwyczaj towarzyszy im jeszcze wiele doświadczeń związanych z przeżywaniem porażek, zniechęcenie, walka z wewnętrznym krytykiem oraz tymi, którzy nas nie wspierają (delikatnie mówiąc).

Zazwyczaj, zanim rozpocznie się proces coachingowy, mija dużo czasu, w którym chcesz samodzielnie osiągnąć postawione cele, bijesz się z myślami, próbujesz różnych strategii („Osiem kroków do sukcesu w każdej dziedzinie”, „Jak osiągnąć sukces w sztuce w trzy miesiące”, „Poznaj siebie i uwierz w siebie — zestaw inspirujących lekcji tylko za 12.99 zł”, „Możesz wszystko”). Czasami masz dość. Ale tak naprawdę. Serdecznie. Dość. A jednocześnie życie bez twórczości wydaje się puste, płytkie, niespełnione, ciągle czegoś brakuje. I miotasz się jak tygrys w klatce.

Jest to zazwyczaj ten moment, w którym czujesz, że nie chcesz rezygnować z siebie, że to nie wchodzi w grę. I że potrzebujesz jeszcze kogoś, kto cię zrozumie, kto nie będzie cię krytykował ani niczego ci narzucał, kto będzie potrafił cię świetnie wysłuchać. Kto pomoże ci zrozumieć samego siebie w sposób, który przyniesie konkretne efekty.

Zaczynasz budować determinację i odwagę. Szukasz tego kogoś w internecie. Czytasz opinie, otwierasz dwadzieścia dwie zakładki naraz, a w każdej inny coach. Piszesz e-maile, prosisz Facebooka o rekomendacje, chodzisz na kawę z coachami, których osobowość, kwalifikacje i energia odpowiadają ci albo nie. I w końcu decydujesz się na pierwszą sesję.

Na pierwszej sesji z coachem zaczynasz od ustalenia celu. Tak to właśnie wygląda: przychodzisz z problemem albo z marzeniem i wychodzisz z celem. Ten cel musi być bardzo dobrze zdefiniowany, żebyś potem dokładnie wiedział, w którym miejscu na drodze do niego jesteś i kiedy go osiągniesz.

A zatem: zaczyna się od twórczej ekspresji i marzenia (ale też od wątpliwości), od przeszkody, od problemu. I z tego problemu tworzysz z coachem drogę do celu, który chcesz osiągnąć.

Och, gdyby to było takie proste, tak po prostu tą drogą sobie kroczyć, z wiarą w sercu i błyskiem w oku.

Czasami takie jest. Ale w większości przypadków jednak nie, co nie znaczy, że ten cały coaching jest do chrzanu i nie masz po co czytać dalszej części książki. Właśnie po to jest coach. Coach jest potrzebny wtedy, kiedy jest trudno. Mówię to często moim klientom, że właśnie wtedy będę najbardziej potrzebna, kiedy będą zniechęceni, zrezygnowani, rozzłoszczeni, kiedy będzie pod górkę, kiedy będą pojawiały się przeszkody. Właśnie wtedy dla nich jestem. Jestem psychologiem i coachem twórczości, w swojej pracy używam też metod i technik zaczerpniętych z terapii narracyjnej oraz innych terapii krótkoterminowych. Na potrzeby tej książki nazwę siebie po prostu coachem, chociaż w mojej pracy używam całej palety barw niedyrektywnych metod w pracy ze swoimi klientami. Tworzyłam tę paletę przez ponad dwadzieścia lat, więc nie ograniczam się w swojej pracy tylko do coachingu. Ta metoda jest mi bliska z wielu względów, a jednym z nich jest — niezwykle wartościowa niedyrektywność. Na czym ona polega?

Jak pracuje coach twórczości? Kiedy mówię, że „towarzyszy”, mam na myśli, że nie doradza, nie mówi, co robić, nie kieruje swoim klientem. Nie dyryguje nim. Nie ma dla niego doskonałego planu na sukces. Coach przede wszystkim słucha bardzo uważnie i zadaje pytania. Słuchanie jest ważne, bo sami siebie nie słyszymy. Potrzebny nam jest ktoś inny do zebrania naszych myśli. To bardzo pomaga siebie zrozumieć i powoduje, że widzimy wszystko jaśniej, a to, co niemożliwe i skomplikowane, przestaje takie być. (Oprócz rzeczy naprawdę niemożliwych, jak chodzenie po wodzie. Chociaż… Nie zamykajmy się na innowacyjne rozwiązania.)

A zatem coach jest po to, żeby słuchać i żeby zadawać pytania. Z odpowiedzi na te pytania rodzi się plan i sposoby radzenia sobie z tym, co spotyka klienta. Klient rozwiązania odnajduje sam. Dlatego dobry coach zawsze pracuje w poszanowaniu wartości swojego klienta i jego świata. To niezwykle ważne w profesjonalnym coachingu — zero rozwiązań i sugestii od coacha. Coach to nie doradca. Kiedyś moja stomatolog zapytała, po co ten coaching. Leżąc na fotelu dentystycznym z ssakiem w ustach powiedziałam bez wahania: „Żeby pani mogła sama dojść do tego, czego pani pragnie i jak to osiągnąć”. Pani doktor zatrzymała się z wiertłem (wiecie, to wolnoobrotowe) w dłoni i powiedziała: „Aż mnie ciarki przeszły”.

To prawda — w profesjonalnym coachingu klient dochodzi do wszystkiego sam. Jednak nie doszedłby do kolejnych stopni realizowania celu, gdyby nie pytania zadawane przez coacha i zadania międzysesyjne, które wynikają bezpośrednio z treści poruszanych na sesji i które często wymyśla dla siebie sam klient.

Wiem, to brzmi trochę jak magia. Ale takie nie jest.

No dobra, trochę jest. Elizabeth Gilbert (autorka „Jedz, módl się, kochaj”) pisze o Wielkiej Magii, którą jest poszukiwanie skarbów, które się w nas kryją. Owo poszukiwanie to twórcze życie, okraszone odwagą, by pokazać światu to, co w nas najcenniejsze. Droga do realizacji ukrytych talentów i otwarte dzielenie się nimi są magiczne. A coaching twórczości nie jest niczym innym, jak towarzyszeniem w tej drodze.

Nie muszę dodawać (ale bardzo chcę), że nie spotkamy na tej drodze tęczowych jednorożców ani pseudokwantowych olśnień. Coaching jest metodą opartą na badaniach naukowych i wciąż podlega rygorystycznym weryfikacjom.

W Polsce badania naukowe (również dotyczące kreatywności w coachingu) są prowadzone — między innymi — w Akademii im. Leona Koźmińskiego w Warszawie.

Profesjonalny coaching oparty jest na Kodeksie Etycznym Coacha. To coaching, który dba o klienta i oparty jest na ciągłym rozwoju, superwizji coacha i zasadach uczciwości oraz szacunku.

Moi klienci przebywają najdłuższą drogę, pracując sami nad sobą, zanim do mnie trafią. Potem spotykam się z nimi co dwa lub trzy tygodnie. Często spotykam się z pytaniem, ilu sesji trzeba, by… Nie wiem, ilu sesji trzeba. O ilości spotkań decyduje klient. Kiedy klient jest gotowy do tego, by pójść dalej sam, proces zmiany i osiągania tego, co się zamierzyło, wciąż trwa. Jeśli cel jest dalekosiężny (np. oczekujemy pierwszej wystawy za dwa lata), spotkania z coachem twórczości trwają przez, powiedzmy, pół roku, ale ich efekt utrzymuje się przez jeszcze bardzo długi czas, wiele miesięcy, może nawet lat.

Coaching twórczości tym się różni od innych rodzajów coachingu, że dotyczy pracy z jednostkami twórczymi. Czyli osobami, które coś tworzą, bez względu na to, czy to jest sztuka, literatura czy autorski pomysł na biznes. Treść sesji dotyczy wszystkich zagadnień poruszanych w tej książce, czyli na przykład lęku przed sukcesem, bloku twórczego, braku czasu, a także wielu, wielu innych. Każdy klient przynosi swój własny cel i każdy proces osiągania tego celu jest jedyny w swoim rodzaju. Po każdym rozdziale zamieszczam fabularny opis procesu coachingowego, bo to mój świetny sposób na podzielenie się tym, co dzieje się w trakcie sesji coachingu twórczości. Każda z przytoczonych tu opowieści w gabinecie jest fikcyjna — wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe. Dobrałam tak tematykę sesji i tło opisanych wydarzeń, by móc dobrze zilustrować procesy coachingowe, a jednocześnie nie ujawniać procesów moich faktycznych klientów.

Mój styl pracy z klientami jest wzbogacony moją wiedzą psychologiczną oraz ponad dwudziestoletnim doświadczeniem w pracy z ludźmi. A ponieważ sama jestem pisarką, znam proces twórczy z autopsji. Niejednokrotnie się przekonałam, że to ma bardzo duże znaczenie dla towarzyszenia innym twórcom.

OPOWIEŚCI Z GABINETU

Zaparzyłam kawę w ekspresie. Czy zauważyliście, jak szybko zapach kawy z ekspresu przelewowego roznosi się po całym pomieszczeniu? Mój gabinet wkrótce był spowity delikatną mgiełką jak z telewizyjnej reklamy kawy (rozpuszczalnej, nota bene, widzieliście?). Przymknęłam okno, żeby hałas ulicy nie przeszkadzał w rozmowie. Kiedy usłyszałam otwierane drzwi poczekalni, wyjrzałam za próg gabinetu.

— Dzień dobry pani Magdo, na dzisiaj fitness mam już z głowy — powiedział z uśmiechem mężczyzna, na oko pięćdziesięcioletni, z brzuszkiem lekko wystającym nad pasek, w doskonale skrojonym garniturze i błyszczących butach.

— Dzień dobry — uśmiechnęłam się i podałam mu dłoń na powitanie. — To tylko drugie piętro — dodałam i wskazałam wygodny fotel.

— Tak, ale celowo zaparkowałem dziesięć minut stąd, żeby zrobić sobie mały spacer. Muszę przyznać, że potraktowałem ten spacer raczej jak przebieżkę — uśmiechnął się w odpowiedzi i opadł ciężko.

— Ambitny pan jest — zażartowałam.

— Oczywiście… Cóż… Każdy ma jakieś wady! — jeśli można się szeroko uśmiechać i jednocześnie sapać, mężczyzna był w tym mistrzem.

— Marek, tak?

Mężczyzna wstał z fotela dynamicznie i ukłonił się.

— Marek, oczywiście, miło mi.

— Co pan powie na to, żebyśmy zwracali się do siebie po imieniu? Taki dobry zwyczaj w coachingu, skraca dystans i buduje równą relację. Będzie nam się łatwiej rozmawiało.

— Będzie mi bardzo miło, Magdo.

— Kawy?

— Koniecznie. To będzie dopiero moja druga kawa dziś. Staram się ograniczyć — mam wystarczająco dużo innych rzeczy, które podnoszą mi ciśnienie.

Przyniosłam kubki parującej kawy, cukierniczkę, śmietankę i łyżeczki. Usiadłam wygodnie na swoim fotelu.

— Od czego chcesz zacząć? — zapytałam.

— Poza kawą? — Marek poprawił się w fotelu.

— Kiedy rozmawialiśmy przez telefon, byłem bardzo sfrustrowany. I muszę przyznać, że nadal jestem. Jest tak, jak mówiłem — mam firmę, duży dom, rodzinę, przyjaciół i znajomych, dbam o zdrowie i kondycję. Niejeden chciałby być na moim miejscu. A miotam się jak… — Marek machnął ręką.

— Wspomniałeś o wierszach — powiedziałam.

— Tak. Kiedyś pisałem wiersze. I teraz też mi się zdarza, czasami zapisuję je nawet w notatniku w telefonie. Pewnie jesteś ciekawa, co z tymi wierszami, co? — uśmiechnął się i nie czekając na odpowiedź, kontynuował. — Tak sobie wymyśliłem, że skoro jestem spełniony na wszystkich innych frontach, jest to jedyna rzecz, której mi brakuje.

— Brakuje do czego?

— Do szczęścia, oczywiście. Wiesz, ja jestem bardzo zdolnym facetem. Naprawdę. I bardzo skromnym — dodał, mrugając. — Mówię serio. Czego się nie dotknę, odnoszę sukces. To jest wspaniałe. Ale ciągle czegoś mi w życiu brakuje, jak to się mówi, do pełni szczęścia. W głębi duszy jestem też poetą. Może trudno to ogarnąć, że na co dzień jestem bardzo dynamicznym przedsiębiorcą, a serce pisze wiersze, co?

— Trudno ogarnąć? — zapytałam.

— No tak.

— Komu to jest trudno ogarnąć?

— No… ludziom. No dobra, wiem o co pytasz — oczywiście, że chodzi o mnie. To mnie jest to trudno ogarnąć. Czasowo i w ogóle — Marek westchnął głośno i przełknął duży łyk kawy. — Co to za kawa? Bardzo dobra.

— Naprawdę sądzisz, że powiem ci, co to za kawa? Przecież kupiłbyś ją sobie i przestał do mnie przychodzić.

— A! To tak działa? Obawiasz się, że straciłabyś wszystkich swoich klientów z powodu kawy?

Rozłożyłam bezradnie ręce.

— Dobra dobra — Marek odstawił kubek na stolik. — Dobrze wiem, że masz mnóstwo kompetencji, certyfikatów i tych tam… akredytacji. I powiem ci jeszcze jedno — Marek obniżył głos i spoważniał. — Jestem tu z polecenia. Nie traciłbym czasu na kawę z kimś, o kim nie zrobiłem wywiadu. Mam od tego ludzi.

Kiwnęłam głową ze zrozumieniem.

— Dlatego nie interesują mnie teraz twoje umiejętności, bo wiem, że jesteś fachowcem. Nasłuchałem się o tym. Nie interesuje mnie negocjowanie ceny, bo ufam, że potrafisz właściwie wycenić swoje usługi. Interesuje mnie tylko to, czy możesz mi pomóc.

— A w czym mam ci pomóc? — podparłam podbródek z ciekawości.

— Chcę wydać tomik moich wierszy.

— Chcesz wydać tomik — uśmiechnęłam się. — Hmm… to nie do mnie, to jest biznes do wydawcy.

— Racja. Ale widzisz, znalezienie wydawcy to nie jest problem. Problemem jest napisanie wierszy czy zebranie wierszy tak, żeby powstał z tego tomik, zdecydowanie, że jest kompletny i… Drugim problemem jest pokazanie innym, że jestem poetą. Ja, menedżer, biznesman, przedsiębiorca, dyrektor, właściciel firmy. Opoka rodziny.

— Po co więc chcesz wydać ten tomik?

— A to nie jest dla ciebie oczywiste?

— Nie — przyznałam.

— Mówiłem już… Żeby czuć się w pełni szczęśliwym, spełnionym człowiekiem. Tylko tyle i aż tyle.

— Czyli coś, co wydaje się stosunkowo łatwe na poziomie czysto racjonalnym — zebranie wierszy i wydanie ich, u ciebie urasta do rangi problemu? Chciałbyś, żebym ci towarzyszyła w tym procesie… ujawniania siebie jako poety?

— Bingo! — Marek aż podskoczył w fotelu.

— No dobrze, cieszę się, że się rozumiemy.

— Poczucie humoru chyba też mamy podobne.

— Możliwe. Chciałabym jednak wiedzieć, po co ja ci jestem potrzebna?

Marek zamyślił się.

— Bo jesteś coachem i… — przerwał na chwilę. Rozłożył ręce.

— Ok, może inaczej. Co do tej pory zrobiłeś, żeby wydać ten tomik?

— Aha, rozumiem, do czego chcemy dojść. Chcesz sprawdzić, czego już próbowałem i dlaczego do tej pory bez ciebie nie dałem rady.

Kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się.

— No więc tak. Zacznę od tego, że najpierw odkryłem, że to chodzi o wiersze. Odkryłem to, kiedy byłem na szkoleniu dla mojej firmy. Byliśmy w górach, pogoda była piękna i wyszedłem wieczorem na balkon. Widok aż zapierał dech w piersiach! Pomyślałem wtedy, że przez chwilę nie wrócę do towarzystwa, że chcę trochę pobyć sam. Z mojego balkonu widziałem taras gospodarstwa poniżej stoku. Na tarasie siedziała kobieta, miała na kolanach zeszyt. Piła herbatę, głaskała psa, takiego golden retrievera i coś pisała w tym zeszycie. Nie mogłem oderwać od niej oczu. Zastanawiałem się, dlaczego. I doszedłem do wniosku, że zżerała mnie zazdrość. Ja też bym tak chciał! Mieć takie chwile tylko dla siebie! Poczułem, że od tej chwili nie ma odwrotu, musiałem coś zmienić. Potem poszło kaskadowo — pracowałem z moim biznesowym coachem nad organizacją czasu, żeby znaleźć te chwile dla siebie. Było to trudne, rodzina się buntowała, żona czuła się trochę odsunięta na bok. Tragedia. Miotałem się strasznie, miałem poczucie winy, urywałem ten czas dla siebie z czasu, który powinienem przeznaczyć na sen. Czasami byłem po prostu zbyt zmęczony. Potem kupiłem mnóstwo książek o kreatywności. Zacząłem je czytać. Doszedłem do wniosku, że muszę mieć jakąś inną strategię, że to nie jest takie oczywiste, że może tu w ogóle nie chodzi o organizację czasu. I do ciebie przyszedłem właśnie po to, żebyśmy wypracowali jakąś strategię, która będzie skuteczna i pozwoli mi pogodzić pisanie wierszy z innymi rzeczami w moim życiu. Bo jak na razie to się nie udaje. No i boję się, mam mnóstwo obaw…

Uśmiechnęłam się.

— I chcesz, żebym ci w tym towarzyszyła?

— Tak. Krok po kroku. A wiesz już, że jestem ambitny.

— W skali od 1 do 10, jak bardzo jesteś zmotywowany, żeby to teraz zrobić?

— Dziewięć.

— Dziewięć?

— Tak, bo zawsze jest prawdopodobieństwo, że mnie tramwaj przejedzie. I wtedy bym odpuścił.

Uśmiechnęliśmy się do siebie.

— Wiesz co? Mam lepszą kawę u mnie w biurze. Nie będę tu przychodził z powodu kawy. Czy to jest dla ciebie ok?

Uśmiechnęłam się i potaknęłam. Oboje sięgnęliśmy jednocześnie po swoje terminarze, żeby wybrać termin pierwszej sesji.

PO CO JEST TA KSIĄŻKA?

Ta książka jest drogą i środkiem. Ma być „otwieraczem oczu”, inspiracją i rozwiązaniem. Jest czymś pomiędzy przewodnikiem a poradnikiem.

Ta książka jest autocoachingowa. Co to znaczy? To znaczy, że opierając się na jej treści, będziesz w stanie poczuć się, jakbyś przechodził proces coachingowy w zakresie twojej twórczości. Coachem będę tylko trochę ja, a przede wszystkim ty sam.

Dzielę się tutaj też swoją wiedzą i doświadczeniem. Kiedy piszę o odwadze, emocjach czy zarządzaniu czasem, zapraszam do refleksji. Nie narzucam rozwiązań, nie daję jedynych, skutecznych rad (tego akurat wszyscy mamy serdecznie dość). Ta książka jest jak warsztat pracy — trzeba ją „przerobić” na swoją modłę.

Aby w pełni z niej skorzystać, nie wystarczy ją przeczytać. Pod koniec każdego rozdziału stworzyłam „Zasobnik”, czyli miejsce, które pomoże ci wydobyć na światło dzienne twoje zasoby (przydatne doświadczenia, umiejętności, mocne cechy charakteru i dobrą energię, a kto wie, może również obudzi muzy). Zasobnik należy traktować ze śmiertelną powagą: odpowiadać na pytania i wykonywać zadania. Jeśli czujesz opór, on też jest po coś. Coś chce ci uświadomić. Może się okazać, że czujesz, iż niektóre pytania nie są skierowane do ciebie, bo twój cel dotyczy czegoś trochę innego. Przejdź wtedy do kolejnych pytań.

Ta książka wcale nie ma zadowolić wszystkich. I absolutnie nie wystarczy do tego, by rozwinąć cały twój potencjał (wszyscy znamy hasła mówców motywacyjnych: „Możesz być, kim chcesz, tylko się postaraj!”, „Nigdy się nie poddawaj”, „Dasz radę wszystko sam!” itd. itp. To nie o to tu chodzi. Obiecuję.). Jestem natomiast pewna, że jeśli przeczytasz i prze-żyjesz tę książkę, przyniesie Ci ona bardzo wiele korzyści. Oto niektóre z nich:

— Zaczniesz (Tak. Zaczniesz. Weźmiesz się w garść i w końcu zaczniesz: malować, pisać, szydełkować czy projektować domy).

— Skończysz (jak wyżej: pisać powieść, kompletować tomik poezji, oprawiać swoje obrazy).

— Ruszysz z miejsca.

— Założysz własną stronę internetową, by świat dowiedział się o twojej kreatywności.

— Nauczysz się, co dobrego może zdziałać twój lęk.

— Zaczniesz korzystać ze swojej odwagi.

— Czas i energia staną się twoimi sprzymierzeńcami.

— Motywacja nie będzie kryła przed tobą tajemnic i będziesz mógł nią zarządzać bez względu na to, do czego chcesz się zmotywować (cenna uwaga: przy odchudzaniu też się przydaje!)

— Przyjrzysz się swojemu procesowi twórczemu i weźmiesz jego etapy w cugle.

Zauważyłam w swojej pracy z klientami, że w pewnym momencie przestają mnie potrzebować. To jest chwila, w której przychodzą na sesję i sami sobie zaczynają zadawać pytania, a potem na nie sami odpowiadają. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że zrozumieli, czym jest i jak działa coaching. Nauczyli się, jak mogą korzystać z jego narzędzi. To bardzo wzruszający moment, bo odtąd (mimo że w jakimś sensie staliśmy się sobie bliscy) trzeba się będzie rozstać. Pozostaje nam (i najczęściej tak się dzieje) świąteczna korespondencja e-mailowa. A potem dostaję od nich informacje o spotkaniach autorskich i zaproszenia na wernisaże i wystawy fotografii.

A zatem ta książka będzie podróżą pełną emocji, koniecznych do tego, byś stał się swoim własnym, osobistym coachem twórczości. Jej celem jest, żebyś zobaczył, jak niesamowicie transformujące potrafi być zadawanie pytań.

Jest jeszcze jedna rzecz, którą najbardziej lubię w coachingu: to brak ocenności. Coach nigdy nie ocenia, czy coś jest dobre czy złe. Czy sprzyja rozwojowi czy nie. Jeśli znasz coacha, który to robi, zmień go. Ocenianie jest nieetyczne. Po pierwsze — nie jestem tobą, skąd mam więc wiedzieć, jak coś odczuwasz? Po drugie — nie jesteś moim dzieckiem. Skąd mam wiedzieć, co będzie dla ciebie w tej chwili najlepsze? Po trzecie — nie jestem wszechwiedząca — nie mam zielonego pojęcia, jak potoczą się twoje losy i jak to, co robisz teraz, wpłynie na twoje przyszłe wybory. A zatem każdy z „Zasobników” jest propozycją. Nie ma tu złych odpowiedzi. Cokolwiek odpowiesz i cokolwiek potem zrobisz, nie jest dobre czy złe, jest po prostu twoje. Im bardziej będzie twoje, tym bardziej oryginalne, a im bardziej oryginalne, tym bardziej kreatywne, wyróżniające się, cenniejsze.

OPOWIEŚCI Z GABINETU

— Dzień-dobry-pięknie-wyglądasz-dawno-się-nie-widziałyśmy-urodziłam-dzidziusia!

Karolina wyrzuciła z siebie wszystkie te słowa na jednym wydechu. Weszła do gabinetu, jedną ręką zbierając z tyłu głowy swoją burzę długich, rudych włosów.

— Gratulacje, młoda mamo! — powiedziałam radośnie.

— Ech, szkoda gadać, to było niesamowite przeżycie. Ale ja w sumie nie w tej sprawie.

Rozsiadłyśmy się wygodnie. Karolina, anglistka, uczestniczyła kiedyś w jednym z moich warsztatów o pisaniu bajek psychoedukacyjnych dla dzieci. Od tej pory sporadycznie lajkowałyśmy sobie posty na LinkedInie. Zadzwoniła dziesięć minut temu pytając, czy może wpaść „dosłownie na chwilę”.

— Pytasz pewnie, what wind blows me here? — odgarnęła grzywkę szerokim gestem.

— Tak, jestem ciekawa, z czym przychodzisz — odpowiedziałam, rozbawiona tym, że Karolina wciąż ma nawyk mieszania dwóch języków.

— Postanowiłam zostać pisarką.

— Wow, w takim razie podwójnie gratuluję.

— Dziękuję. To tak jakoś naturalnie przyszło. Siedzę z małym w domu, zmieniam mu pieluszki, zachwycam się nim i tak dalej, ale poza tym raczej się nudzę. Wiesz, jestem przyzwyczajona do korporacyjnego tempa — a tu spokój, cisza, zen po prostu. Nie mogę się odnaleźć. Postanowiliśmy z Andrzejem — moim mężem — że wezmę urlop wychowawczy, więc czekają mnie upojne trzy lata macierzyństwa. I tak sobie pomyślałam… Że coś bym chciała w tym czasie zrobić też dla siebie samej.

— Stąd pomysł na pisanie?

— Tak, wiesz, talent i polot mam, pisanie zawsze mi łatwo przychodziło — Karolina przerwała i rozejrzała się po moim gabinecie. — Fajnie tu masz — dodała.

Przez chwilę kiwała stopą, obutą w gustowny czerwony botek. Przygryzała dolną wargę. Patrzyła w dywan, jakby chciała rozpracować jego wzory w jakiś logiczny wzór.

— Masz ochotę na coś do picia, herbatę, kawę, mam też bezkofeinową? — zaproponowałam.

— Nie, dzięki. Ale coś bym zjadła. Masz jakieś ciastka?

— Nie mam.

— Trudno, następnym razem sama przyniosę.

— Następnym razem? — uśmiechnęłam się.

— Tak, no bo widzisz, jak postanowiłam, że już będę tą pisarką, to się nagle strasznie wystraszyłam. Sama nie wiem czego. Chyba wszystkiego! Wiesz, bo co to będzie, jak odniosę sukces?

— To cię tak przeraża?

— Oczywiście — mrugnęła do mnie Karolina. — Ale żeby to było możliwe, muszę najpierw coś napisać. A nie mam pojęcia, co.

— Czekaj, czekaj, niech ja się upewnię, że cię dobrze zrozumiałam. Urodziłaś syna, postanowiliście, że weźmiesz urlop wychowawczy i w tym czasie chcesz pisać książki. A ponieważ masz do tego talent, obawiasz się spektakularnego sukcesu. No i nie wiesz, co napisać.

— Tak — Karolina kiwała nogą. — Z tym sukcesem może na tym etapie trochę przesadziłam, ale to prawda. W każdym razie, mogę się tym zacząć martwić, jak już napiszę tę książkę i wydawcy zaczną się o nią zabijać, prawda? — westchnęła.

Uśmiechnęłam się.

— Zostaje w takim razie temat książki. Masz jakieś pomysły?

— O tak, mnóstwo! Tylko… nie mogę się zdecydować. W ogóle nie mogę zacząć! Mam nawet folder zrobiony w laptopie, odpowiednią, inspirującą fototapetę i tak dalej. I za każdym razem, kiedy siadam do pisania, coś się dzieje. Albo Jasiu się budzi, albo ktoś zadzwoni, albo zerknę na Instagram, albo nagle jestem strasznie głodna, wanna jest brudna i trzeba ją umyć i tak dalej. I tak od trzech miesięcy.

— Po co ci ja do tego jestem potrzebna w takim razie?

— Pomóż mi zacząć.

— Tylko zacząć? — uśmiechnęłam się i poprawiłam na fotelu.

— Zacząć i ukończyć. Chcę do ciebie chodzić raz w tygodniu, dopóki nie zacznę. Rozgryźmy to. Coś mnie blokuje. Zróbmy coś z tym.

Zadzwonił telefon. Karolina odebrała.

— Muszę lecieć. Teściowa została z Jasiem, a jest pora korków. Miałam tylko wyskoczyć po antykolkową butelkę, a wstąpiłam jeszcze do ciebie. Zadzwonię i się umówimy, znajdziesz dla mnie termin?

— Znajdę — uśmiechnęłam się.

Karolina puściła mi niewidzialnego całusa z progu i wyszła w pośpiechu, zabierając po drodze czerwony płaszcz w czarną kratę i dwie torby z zakupami.

DECYZJA

Jeśli kupiłeś tę książkę to znaczy, że twoja twórczość jest dla ciebie ważna. I w związku z tym — czegoś od niej żądasz. Być może chcesz wykonywać pracę związaną z twoją pasją artystyczną. Może chcesz pokazać swoją twórczość światu. Może utknęłaś w miejscu po urodzeniu dziecka i nie wiesz, jak wrócić do pisania (zazwyczaj wtedy twierdzisz, że nie masz na to czasu). Może przeżywasz kryzys twórczy i masz dość swojego malowania, a chodzi ci po głowie rzeźba.

Jaki by nie był powód, dla którego jesteś tutaj, chcę cię prosić, byś na początku swojej drogi podjął pewną decyzję. Proszę o to swoich klientów na pierwszej sesji. Bez względu na to, jak ważna jest dla ciebie twoja twórczość, podejmij teraz decyzję: MOJA TWÓRCZOŚĆ JEST WAŻNA.

Twoja twórczość jest ważna dla ciebie i innych. Nie ma co czekać na uznanie od świata. Nie o to tutaj chodzi. Na uznanie można czekać i otrzymać je pośmiertnie. Nie tego chcemy. Chcemy tworzyć i dzielić się. Twoja twórczość ma znaczenie — dla ciebie i dla świata. Kropka. Koniec.

Bez podjęcia świadomej decyzji o ważności swojego tworzenia nie zajdziesz tak daleko, jakbyś chciał. To zupełnie jakby wałęsać się po dworcu kolejowym bez biletu w ręce. Niby jesteś w podróży, a jednak niezupełnie. Żeby udać się w podróż do twórczego spełnienia, podejdź do kasy, powiedz, dokąd chcesz jechać, kup bilet i wsiądź do właściwego pociągu. Dopiero teraz możesz mówić o zwiększeniu szansy na dotarcie dokładnie tam, gdzie chcesz. Chcesz mieć własną wystawę? Kup ten bilet (podejmij decyzję), wsiądź do pociągu (kup farby i zagruntuj płótno) i bądź w podróży (maluj).

Jeśli do tej pory nie myślałeś, że twoja twórczość jest ważna i ma znaczenie, będziesz musiał się do tej myśli przyzwyczaić. Podobno mózg potrzebuje minimum trzech tygodni, by wytworzyć nowe ścieżki neuronalne sprzyjające nowemu nawykowi, daj więc sobie trzy tygodnie. Jedni potrzebują dwóch tygodni, inni pięciu. A zatem daj sobie trzy tygodnie na jak najczęstsze powtarzanie w myślach „moja twórczość jest ważna”. Aby sobie pomóc, zwłaszcza w pierwszych dniach, możesz zrobić sobie tapetę na ekran komputera czy smartfona z tym zdaniem. Możesz skorzystać z aplikacji-budzika, która budzi Cię uprzednio zaprogramowanymi słowami: „Witaj, przystojniaku. To będzie piękny dzień. Twoja twórczość jest ważna” (moja mówi: „Hello, beautiful. Wake up. It’s going to be a wonderful day”. Serio). Możesz poprosić swoich przyjaciół, żeby do ciebie dzwonili i przypominali ci o tym.

Jest jeszcze jeden sposób. Najbardziej przebiegły. Kiedy sama go wypróbowywałam pod kierunkiem mojego mentora, Erika Maisela, mój partner życiowy miał ze mnie niezły ubaw (choć to bardzo wspierający, kochający facet, stojący mocno nogami na ziemi). Ten sposób polega na tym, że najpierw musisz znaleźć kamyczek — może być taki płaski szklany okrąglaczek, który wkłada się do doniczek jako dekorację. Wielkość kamyka ma znaczenie, bo będziesz go nosić w prawej dłoni (jeśli jesteś praworęczny) przez bite trzy tygodnie. Na tym to dokładnie polega — nosisz w ręku coś, co przeszkadza. Za każdym razem, kiedy ci przeszkadza, powtarzasz sobie w myślach: moja twórczość jest ważna. Jeśli chcesz umyć ręce, odkładasz kamyczek na chwilę. W nocy możesz go wszyć do piżamy na plecach, żeby ci przeszkadzał w spaniu. Żartuję! W nocy odkładasz kamyczek obok komórki (zazwyczaj jest to pierwszy przedmiot, który bierzemy do ręki po przebudzeniu).

Nosiłam kamyk przez trzy tygodnie w czasie swojego pierwszego coachingu twórczości (jako klientka). Po dwóch tygodniach przestał mi być już potrzebny, ale dalej go nosiłam, bo jestem bardzo rzetelna w wypełnianiu zobowiązań. Nauczyłam się umieszczać go między palcami tak, że nie przeszkadzał w pisaniu czy prowadzeniu samochodu. Z czasem przestawał uwierać, wprost proporcjonalnie do wzrostu mojej wiary w ważność mojej twórczości.

Jeśli do tej pory nie wierzyłeś, że twoje pisanie ma jakiekolwiek znaczenie, najwyższy czas, żeby uwierzyć. Świat nieustannie potrzebuje artystów, pisarzy, innowacji i nowych myśli. Ale najważniejsze jest to, żeby twoje kreowanie było ważne dla ciebie. Na tyle ważne, że skłonny jesteś wprowadzić zmiany w swoim codziennym funkcjonowaniu, w życiu swojej rodziny, w swoim stylu życia i pracy.

Łatwo powiedzieć! (To głos zdroworozsądkowego oburzenia). To wystarczy nosić jakiś kamyk przez trzy tygodnie i on ma sprawić, że osiągnę sukces?! Nie, nie wystarczy. Ale to ważny krok. Kiedy czytam wywiady ze znanymi artystami i twórcami, zawsze mówią o poczuciu sensu w tym, co robili. Nie potrafili inaczej, tacy już są. MUSZĄ pisać, malować, kręcić filmy. Coś ich do tego pcha. To „coś” nadaje ich życiu głęboki sens.

Po to właśnie jest ta decyzja. Żeby nadać sens: życiu, tworzeniu, samorealizacji. Nie ma tutaj znaczenia, czy to jest sens jedyny, czy jeden z wielu. Ważne, żeby był, bez niego nawet nie ma co zaczynać.

W tym miejscu słyszę zirytowane głosy: ale ja mam korpopracę, która zajmuje mi całe dni! A ja mam trójkę dzieci, które w kółko są albo chore, albo wymagają dowożenia na zajęcia pozalekcyjne! A ja nie mam czasu! I tak dalej, i tak dalej. Dobrze te głosy znam i wcale ich nie wyśmiewam. Wszyscy mamy tzw. życie. Jak to więc teraz zrobić, żeby tę decyzję „Moja twórczość jest ważna” zintegrować z całą resztą życia?

Ten pomysł zaczerpnęłam z książki Erika Maisela pt. „Coaching the Artist Within”:


Najpierw wypisz 7 swoich celów życiowych. Może być ich więcej, ale nie mniej. Czego chcesz w życiu dokonać? Co chcesz osiągnąć? Czego chcesz się nauczyć? (podam przykłady dla tych, którzy nigdy wcześniej tego nie robili: płynnie mówić po angielsku, podróżować po Azji, założyć rodzinę, wydać swoje powieści, być słynnym malarzem, żyć ze swojej pasji…). Nie musisz tworzyć hierarchii (od najważniejszego do najmniej ważnego), to nie ma w tej chwili znaczenia. Nie przechodź do kolejnej części zadania, dopóki tego nie skończysz.


1.


2.


3.


4.


5.


6.


7.


8.


9.


10.


A teraz wybierz trzy najważniejsze cele życiowe. Wiem, że to może być trudne. Zacznij od takiego celu, bez którego Twoje życie w ogóle nie miałoby sensu.


1.


2.


3.


Żeby było łatwiej, podzielę się dla przykładu swoimi celami:

— Wychować syna.

— Kochać i być kochaną.

— Tworzyć (pisać).


Trzecia część tego zadania polega na tym, żeby z tych trzech celów stworzyć jedno zdanie (może być długie lub wielokrotnie złożone, ale postaraj się, żeby było jak najkrótsze, nie tracąc przy tym jego sensu).

Posłużę się połączeniem powyższych trzech:

Chcę w życiu wychować mojego syna w atmosferze miłości i twórczości.

A teraz dołącz zdanie „Moja twórczość jest ważna” do zdania złożonego z twoich celów życiowych: Moja twórczość jest ważna, bo w życiu chcę wychować mojego syna w atmosferze miłości i twórczości.

A zatem już wiesz, PO CO. Już wiesz, po co będziesz tworzyć każdego dnia. Teraz zastanów się, CO będziesz tworzyć.


Oglądałam kiedyś film „Przypadkowa dziewczyna”. Helen (w tej roli Gwyneth Paltrow) ma partnera życiowego — Gerry’ego, który jest pisarzem. Jego twórczość polega na codziennym stukaniu w maszynę do pisania. Czasami wybiera się też do biblioteki po materiały związane z tematem jego pracy. Końca tego pisania nie widać, a kiedy zdenerwowana Helen pyta o to, co Gerry robi całymi dniami i kiedy zamierza wydać książkę, Gerry odpowiada, rwąc włosy z głowy: „Ty mnie nie rozumiesz! Ja jestem PRAWDZIWYM pisarzem! Ja nigdy nie ukończę tej książki!”.

A zatem, gdyby tę wypowiedź wziąć za dobrą monetę, pisarzami są wszyscy ci, którzy piszą całe życie i nic nie wydają, malarzami są ci, którzy malują i niczego nie wystawiają, reżyserami są ci, którzy reżyserują w wyobraźni i nigdy nie stają na planie filmowym, i tak dalej.

Chcesz być pisarzem, który nigdy w życiu z nikim nie podzieli się swoją historią? Szczerze w to wątpię. Częścią twórczości jest możliwość pokazania jej światu, podarowanie emocji i inspiracji.

A zatem, teraz, kiedy już zdecydowałeś, że będziesz pisał/malował/rzeźbił i tak dalej, i tym podobne — rób to codziennie. Jeśli to tylko możliwe — każdego dnia. Masz wiele celów życiowych i to jest jeden z nich. Tylko jeden, ale dzięki niemu cała reszta nabiera większego sensu. Zacznij teraz żyć tak, aby każdy dzień zawierał w sobie realizację co najmniej dwóch celów życiowych: niech jednym z nich będzie twoja twórczość, drugim wychowanie dziecka, dbanie o bliską relację, praca zawodowa, uprawianie ogródka czy co tam jeszcze jest dla ciebie ważne. W ten sposób kiedy kończy się dzień, jest on pełen sensu i spełnienia.

(O tym, jak znaleźć czas na tworzenie w dniu pełnym zajęć i obowiązków, piszę w rozdziale o zarządzaniu czasem i energią.)

W tym miejscu, w zaciszu mojego gabinetu, często słyszę pytanie o pozwolenie: „Powiedz mi, czy ja mam talent? Bo jeśli nie mam talentu, to nie ma sensu. To będzie strata czasu.” Zamiast odpowiedzieć rozstrzygająco na to pytanie, najpierw mówię, że zgodnie z popularnym powiedzeniem, sukces w sztuce to 1% talentu i 99% wysiłku. Opowiadam też historie o twórcach, którzy po dziś dzień bywają krytykowani jako kompletne beztalencia (jak autorka „Domu nad rozlewiskiem” Małgorzata Kalicińska albo Dorota Masłowska, albo aktorka Charlotte Gainsbourg). Jakie to ma znaczenie dla ich sztuki? A nawet dla faktu, że wielu twórców, nieustannie krytykowanych przez zawodowych krytyków, utrzymuje się ze swojej sztuki? Kto o tym decyduje, że masz talent? Tylko i wyłącznie ty.

Każdy jest oryginalny — to fakt. Zapewnia nam to nasze DNA. Każdy ma coś ważnego do powiedzenia, bo każdy widzi świat inaczej. Jeśli zapytasz pięciu świadków jakiegoś wydarzenia, co się stało, otrzymasz pięć różnych opowieści. A ludzie uwielbiają opowieści, ruch i obrazy, to z nich składa się Facebook, Kwejk, Pudelek i inne najbardziej dochodowe media. Jeśli cokolwiek stworzysz i pokażesz to światu, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie tym zachwycony.

A zatem wystarczy, że jesteś.

Tworzenie jest błogosławieństwem samym w sobie. Kiedy moi klienci dają sobie czas na robienie tego, co pozwala im rozpościerać ich twórcze skrzydła, wyrównuje im się ciśnienie, stają się łagodniejsi dla współmałżonków i dzieci, przestają im dokuczać alergie, bóle krzyża i… poprawia im się sylwetka. Życie w zgodzie z samym sobą nie wymaga dodatkowego reklamowania. Wszyscy tego doświadczamy. W czasie mojego procesu coachingowego z Erikiem opowiedziałam mu o niełatwej sytuacji rynku wydawniczego w Polsce, o moim ogromnym wysiłku rozwijania firmy i godzenia obowiązków zawodowych z rolą matki i żony. Podzieliłam się też moimi obawami co do tego, że moje prace mogą nigdy nie być opublikowane. Uśmiechnął się i zapytał: „Czy gdyby sytuacja na rynku wydawniczym nigdy się nie poprawiła, a ty ciągle musiałabyś tak ciężko pracować i przez kolejne kilkanaście lat zajmować się domem, czy przestałabyś pisać? Czy gdyby nikt nigdy nie opublikował twojej pracy, czy przestałabyś pisać?” Rozpłakałam się ze wzruszenia, bo zdałam sobie sprawę z tego, że pisanie jest dla mnie tak ważne, że nigdy nie przestałabym pisać. Nawet gdybym nie miała kartki i długopisu, tworzyłabym opowieści w głowie.

ZASOBNIK

Mam dla ciebie ćwiczenie, które może zmienić bieg twojego życia. Dla mnie to jedno z najmocniejszych zadań coachingowych. Dostałam je od Leszka Zawlockiego, szefa Szkoły Profesjonalnego Coachingu w Krakowie.


Jesteś gotowy?

Wyobraź sobie swój idealny dzień:

od momentu przebudzenia do chwili położenia się spać

(możesz nie iść spać, to zależy od Ciebie). Masz 24

godziny życia idealnego. Wymyśl ten dzień, mając

do dyspozycji wszelkie możliwe środki. (Chcesz być

na jachcie na Bahamach? Proszę bardzo.) Może to być

dzień z pracą albo bez pracy. Możesz też rozpisać obie

wersje.

Rozmarz się.

A teraz zaplanuj ten dzień, od momentu przebudzenia,

do samego końca.

Na przykład: 12.30 — budzę się obok mojego Tarzana

na jachcie zacumowanym przy Wyspie

Wielkanocnej…

Powodzenia!

Nie przechodź do kolejnej części ćwiczenia, dopóki

nie ukończysz planu idealnego dnia.

Zapraszam cię teraz do części drugiej.


Przyjrzyj się swojemu idealnemu dniu. Co ci mówi ten plan? Na pewno są w nim rzeczy, które:

— powodują, że chce ci się płakać, kiedy o nich myślisz, gdyż są w tej chwili nieobecne i wydają się nieosiągalne — a ich obecność w twoim życiu oznacza, że miałbyś poczucie sensu i spełnienia,

— są dla ciebie ważne i brakuje ci ich w życiu codziennym,

— nie są takie ważne, ale fajnie by było je przeżyć.

Daj sobie teraz kilka minut na przyporządkowanie elementów z idealnego dnia do którejś z powyższych trzech grup.


To, co mógłbyś przyporządkować do grupy pierwszej, może być twoją największą motywacją. Przyjrzyj się swoim emocjom: co czujesz? (może być jedna z trzech emocji, przeżywanych przez nastolatki — nauczyli mnie tego gimnazjaliści: normalnie, *ujowo lub wku*w). Złość? Smutek? Żal? Ekscytację? Cokolwiek by to było, daje ci energię. Wykorzystaj ją.

To, co znajduje się w drugiej grupie, może być twoją inspiracją do zmiany. Trzeba coś zmienić, skoro twoja twórczość ma teraz duże znaczenie. Po ukończeniu czytania tej książki będziesz bardziej niż gotowy do zmiany. I będziesz dokładnie wiedział, co zmienić i jak. Sam o tym zdecydujesz i sam weźmiesz za to odpowiedzialność. Efektem tych zmian będzie dokładnie to, co chcesz osiągnąć. (Wiesz już, co chcesz osiągnąć? Jeśli jeszcze nie wiesz, czytaj dalej).

To, co znajduje się w trzeciej grupie, może być skutkiem ubocznym puszczenia wodzy wyobraźni, może pokazywać to, z czym się już pożegnałeś i o czym myślisz z nostalgią (ach! te pierwsze całonocne imprezy na plaży!) albo to, co warto wprowadzić na listę marzeń do spełnienia (np. dobry ekspres do kawy albo ktoś, kto ci będzie tę kawę parzył).


A teraz zapraszam cię do części trzeciej tego ćwiczenia.


Przyjrzyj się temu, jakie potrzeby realizuje twój idealny dzień. Przypomnę — dla ułatwienia — listę potrzeb wymienionych onegdaj przez Abrahama Maslowa:

1. Potrzeby fizjologiczne (pożywienie, mieszkanie, odzież, prokreacja),

2. Potrzeby bezpieczeństwa (opieka i oparcie, wygoda, spokój, wolność od strachu),

3. Potrzeby przynależności (akceptacji, miłości, przyjaźni, przynależności do grupy),

4. Potrzeby uznania (sukcesu, szacunku, prestiżu, znaczenia),

5. Potrzeby samorealizacji (rozwijania siebie, zdolności, talentów, rozwoju duchowego, potwierdzenia własnej wartości).


Wiesz już, jakie potrzeby pokazuje twój idealny dzień?

Które z nich są niezaspokojone w twoim codziennym życiu?

Co ważnego ci to mówi? Które z tych potrzeb są związane z twoją pracą twórczą?

Co możesz zrobić i jakie zmiany wprowadzić, żeby zaspokajać potrzeby, które są dla Ciebie ważne i dotyczą twojego tworzenia?


Część czwarta dotyczy wartości.


Przeczytaj jeszcze raz plan twojego idealnego dnia. Jakie wartości w nim realizujesz? Wartości to coś, co jest dla nas w życiu ważne i czym kierujemy się w życiu (dla przykładu: sex, drugs, rock’n'roll albo z innej puli: przyjaźń, zdrowie, rodzina, wiara, uczciwość). Nie chcę wymieniać list wartości, żebyś się nie zasugerował. Jestem pewna, że same przyjdą ci do głowy — i będą być może odmienne od kwestionariusza wartości, który mogłabym ci w tej chwili dać. Bądź kreatywny — kiedyś klientka wymieniła taką wartość jak „pokojowe współistnienie zwierząt i ludzi”. Zapewniam cię, że takiej wartości nie ma w żadnym kwestionariuszu, a dla niej była to wartość kluczowa.

A zatem nazwij te wartości. Wymień co najmniej 7:


1.


2.


3.


4.


5.


6.


7.


Wymieniłeś właśnie wartości, które realizujesz w swoim wyobrażeniu idealnego dnia.

Które z nich pomagają ci realizować twoją twórczą pracę?

Które ci sprzyjają?

Po wykonaniu ćwiczenia dotyczącego integracji życia z celem, jakim jest tworzenie („Moja twórczość jest ważna, bo…”) powinno ci być już teraz łatwiej poruszać się w świecie wartości. Zobacz, co jest dla ciebie ważne.

Jak to się ma do twórczego życia, o które właśnie zamierzasz zadbać?

Które z realizowanych wartości wspierają twoją ideę tworzenia każdego dnia?


Na tym etapie ćwiczenia możesz mieć przekonanie, że wszystko zaczyna się układać, że jesteś urodzonym artystą i że możesz mieć takie twórcze życie, jakie sobie tylko zamarzysz. Być może będziesz musiał czekać trzydzieści lat na przeżycie swojego idealnego dnia, a może dwa tygodnie. Nie wiem tego teraz i ty też tego nie wiesz. Ale wiem jedno: jeśli nie zaczniesz robić czegokolwiek teraz, już natychmiast, dzisiaj — nie zbliżysz się do idealnego dnia ani na jotę.

Możesz też czuć dyskomfort, dysonans, rozziew pomiędzy tym, co idealne, a tym, co codzienne i na wskroś realne. Kiedyś jeden z moich klientów powiedział: „Magda! To się ma nijak jedno do drugiego! Icoteras?!”. „A co robisz w twoim idealnym dniu rano, zaraz po przebudzeniu?” — zapytałam. „Wstaję i wychodzę na taras sprawdzić, czy sarenki nie podeszły pod dom”. „OK, zatrzymajmy się na chwilę. Chodzi o to, żebyś mógł przeżyć tę chwilę, czy żebyś posiadał ten dom i te sarenki?”. „To pierwsze. Chcę przeżyć tę chwilę. Posiadanie domu to zbyt duży kłopot” — usłyszałam w odpowiedzi. „W jaki sposób możesz to sobie zorganizować?” — zapytałam. „Wystarczy, że pojadę do Brennej, tam znajomy ma agroturystykę pod lasem. Taras też jest. I sarny czasem przychodzą, opowiadał mi”. Zamyślił się. „To tak to działa?” — zapytał. „Działa tak, jak chcesz” — odpowiedziałam. „To ja dzwonię do żony i umawiamy się na wyjazd w najbliższy weekend” — uśmiechnął się.

To może być aż tak proste. Może być też tak, że będziesz musiał zarabiać na swój własny dom (i ponieść różne inne koszty) przez długi czas. Każdy ma inne marzenia.

Idealny dzień spełnia się po kawałku, małymi krokami. Jeśli jednym z kawałków jest twoje tworzenie, zacznij najpierw od tego.

OPOWIEŚCI Z GABINETU

— Karola, gdzie jesteś? — zapytałam.

— Przepraszam, zawiesiłam się. Coś mi przyszło do głowy.

— Coś ci przyszło do głowy?

— Tak, wiesz, bo zadałaś mi proste pytanie — kto mnie może wesprzeć w tym moim pisaniu? Oczywiście co najmniej kilka osób: Andrzej, teściowa, mama i brat, koleżanki i tak dalej. I już miałam wymieniać te osoby w odpowiedniej kolejności, kiedy przyszło mi do głowy nagle, że nikt z tych osób nie wie jeszcze, że zamierzam pisać.

— Nikt?

— Nikt.

Karolina spojrzała za okno.

— Zupełnie nie wiem, dlaczego nie powiedziałam, a przecież — jeśli moje pisanie ma się udać — bo chcę to robić systematycznie, będzie mi potrzebny czas dla siebie. Na dzień dzisiejszy nie mam go zbyt wiele, bo wszyscy organizują mi czas. Ciągle ktoś mnie odwiedza, zaprasza na spacer z Jasiem. I tak mijają dni. Potem jest wieczór i… ja znowu nic nie napisałam.

— Co możesz zrobić, żeby osoby, które cię wspierają, zrozumiały twoją potrzebę czasu dla siebie? — zapytałam.

— Wiesz, to przecież proste. Powiedzieć im — sięgnęła po ciasteczko. — Przecież ja nawet Andrzejowi nie mówiłam, a to już jest zupełnie bez sensu, bo on by się ucieszył, że mam co robić. Przepraszam za te okruszki…

— Nie ma za co, wpuścimy tu gołębie, to zjedzą… — zażartowałam.

— Wiesz, on by przecież się nawet bardzo ucieszył, jakbym mu powiedziała… — kontynuowała Karolina, nie zwracając uwagi na mój żart. — Bo rozmawiałam z nim jakiś czas temu o tym, że trudno mi odnaleźć się tylko w tym matczynym funkcjonowaniu. A przecież… — znów spojrzała w okno.

— Przecież?

— No, dużo się zmieni.

— Dużo się zmieni, kiedy mu powiesz?

— Tak, będzie łatwiej! Pisanie jest dla mnie dużym i poważnym przedsięwzięciem. To duży projekt. To jest trochę tak, jakbym do „baby project” dorzuciła „writing project”. Wszyscy wiedzą, że ten pierwszy jest ważny i w kółko o tym ze mną gadają, a nikt mi nie umożliwia „projektu pisanie”, bo — po pierwsze o tym nie wiedzą, po drugie — gdyby wiedzieli, byłby na to czas i miejsce! Na razie wszyscy mi przeszkadzają, bo myślą, że się nudzę! Przecież jak powiem dziewczynom ze szkoły rodzenia, że do południa nie, bo piszę, a po południu możemy spacerować po osiedlu ile wlezie, to przestaną do mnie wydzwaniać do południa. To samo z Andrzejem. On też — takie mam wrażenie — stara się znaleźć dla mnie jakieś zajęcie. Pomaga mi, ale nie tak, jak chcę. Jeśli więc mu powiem, że sorry sweetheart, ale obiadek się zrobi sam w parowarze, bo ja mam „writing project”, to nie będzie problemu.

— A więc to jest ważne dla ciebie, żeby powiedzieć Andrzejowi i dziewczynom?

— To jest kolosalnie ważne, bo ja bez tego nie będę mogła połączyć reszty mojego życia z pisaniem. Może tu jest pies pogrzebany. Muszę zacząć o tym mówić.

— Kiedy chcesz zacząć o tym mówić?

— Już! Natychmiast jak od ciebie wyjdę, jeszcze w samochodzie zadzwonię, do kogo trzeba! A nawet… — Karolina znów spojrzała w okno.

— Nawet?

— Zrobię imprezkę. Tylko dla przyjaciół i rodziny. Narodziny matki już były. Teraz czas na narodziny pisarki. Będzie tort bezlaktozowy. I szampan bezalkoholowy dla wszystkich karmiących! Niech dziewczyny przyjdą z dzieciakami, będzie super! — Karolina uśmiechnęła się od ucha do ucha.

— Będziesz świętować?

— Tak, każda okazja jest dobra, co nie? Wiesz, ja mam fajnych ludzi wokół siebie, niech zrozumieją, że to jest dla mnie ważne, że to ważna decyzja, że to nie ma być „mimochodem”, „pomiędzy” lub „zamiast”. To ma być ważna wartość w moim życiu. Czaisz?

— Czaję.

Roześmiałyśmy się.

— Lecę, zadzwonię z samochodu z zaproszeniami na weekend, nie powiem jeszcze o co chodzi, powiem im na miejscu — Karola zerknęła na zegarek — Czas nam się kończy. Dzięki.

— Z czym dziś wychodzisz, Karola?

— Przede wszystkim z tym, że ja sama podjęłam decyzję, tylko nikt o tym jeszcze nie wie. I nikt mi tego nie ułatwia. Więc zamierzam im powiedzieć.

Karolina wstała z fotela i otrzepała ubranie.

— O matko, ale nakruszyłam! Wpuść gołębie — mrugnęła na pożegnanie i z impetem zamknęła za sobą drzwi.

ZARZĄDZANIE CZASEM I ENERGIĄ

Jeśli przeczytałeś w życiu niejedną książkę dotyczącą rozwoju osobistego, temat zarządzania czasem nie jest ci obcy. Zastanawiasz się teraz pewnie, co takiego odkrywczego zamierzam ci teraz zaproponować.

Pozwól, że zacznę od małego rozczarowania: wszystko, co ci potrzebne w tym temacie, zostało już powiedziane. Wiem to, bo na uczelni prowadzę zajęcia z zarządzania czasem w ramach mojego autorskiego przedmiotu „Psychologia efektywności osobistej”. Znam historię trzech generacji gospodarowania czasem, planowanie dnia według konkretnych kryteriów, matrycę Eisenhowera, zarządzanie czasem i energią, zarządzanie sobą w czasie, efektywne zarządzanie czasem w praktyce i tak dalej.

Gdybym miała polecić konkretne pozycje do czytania i zastosowania, byłby to blog Pani Swojego Czasu, trening „7 złotych zasad zarządzania sobą w czasie” Kamili Rowińskiej, książki Briana Tracy’ego, Davida Allena i Stephena Coveya. To wiedza, która pozwala tak ogarnąć rzeczywistość, żeby się nie wykończyć i osiągać swoje cele. Jeśli masz doświadczenie pracy w jakimkolwiek przedsiębiorstwie czy instytucji, z pewnością musiałeś stosować choć część tej wiedzy, żeby po prostu móc na co dzień funkcjonować w środowisku pracy. Jeśli nie masz takiego doświadczenia — skorzystaj z wiedzy na wymienionych przeze mnie szkoleniach bądź w książkach.

Nie będę się tutaj skupiać na zarządzaniu czasem w ogóle. Chcę się skupić na zarządzaniu czasem przez osoby twórcze, bo doświadczenie pokazało mi, że spotykają ich zupełnie innego rodzaju wyzwania.

Wyzwanie numer jeden to znalezienie czasu na własną twórczość, kiedy codziennie pełni się role partnera życiowego, rodzica, pracownika, przyjaciela, siostry/brata, a każda z nich zajmuje czas i wiąże się z obowiązkami, które chcemy wypełniać. W ten sposób wypełniamy dzień i spełniamy kilka ze swoich celów życiowych. Połączenie obowiązków z odpoczynkiem i opieką nad bliskimi wymaga nieustannej ekwilibrystyki w zarządzaniu czasem i elastyczności w zmienianiu planów.

Poza tym: w domu odpoczywamy od pracy, w pracy odpoczywamy od domu, a nigdzie nie odpoczywamy od domu i od pracy. To „nigdzie” to najczęściej jest tak zwany „czas dla siebie”. Osoby twórcze najczęściej „czas dla siebie” utożsamiają z „czasem na tworzenie”, ale bywa i tak, że chcą mieć i jedno, i drugie — prawdziwy luksus.

Jak to więc zrobić, by mieć czas na tworzenie? Nie mam na to jednoznacznej odpowiedzi. Albo mam. Oto ona: to zależy. Nie jest moją rolą znaleźć panaceum na wszystkie twórcze bolączki, ale raczej tak zadawać pytania, żebyś sam mógł udzielić sobie odpowiedzi.

Zacznę od podzielenia się doświadczeniem. Pamiętaj jednak, że to jest tylko moje doświadczenie, a ja to nie ty. Może sobie coś weźmiesz z tej opowieści albo nie. Nie wiem.

Jestem mistrzynią zarządzania czasem. Mam w tej dziedzinie wszystkie Noble razem wzięte, łącznie z nagrodą pokojową (mam tu na myśli mój własny pokój). Jestem efektywna, wielozadaniowa, żonglująca technikami zarządzania sobą w czasie jak wytrawny artysta cyrkowy. Osiągam wiele celów, zwłaszcza równowagę pomiędzy życiem prywatnym i pracą (tzw. work-life balance) i jeszcze mam czelność być piękną (no dobra, tu już przesadziłam). Opisuję moją umiejętność zarządzania czasem właśnie tak, żebyś zrozumiała, jak bardzo potrafię być biegła.

Wszystko byłoby ładnie-pięknie, gdyby nie to, że przez dwa lata nie potrafiłam znaleźć czasu na pisanie. Wyraźnie czułam, że w moim życiu brakuje spełnienia w pisaniu, ale nic nie potrafiłam na to poradzić. Zawsze coś było ważniejsze. Albo zwyczajnie nie miałam siły. Bo kiedy wypełniłam wszystkie priorytety, zazwyczaj była już godzina dwudziesta trzecia, a ja o tej porze jestem już tylko w połowie człowiekiem, bo w drugiej połowie jestem susłem.

W pracy byłam robocopem, w domu prawdziwą mamą z rodziny Jetsonów, a w sferze twórczości w ogóle nie istniałam. Bolało mnie to. Czułam, że moje życie jest niepełne. Zdecydowałam się więc na proces coachingowy u Erika Maisela. Eric pracuje coachingowo, terapeutycznie, czasem prowokatywnie. Ponieważ przeczytałam wiele jego książek, nie spodziewałam się, że będzie z mną pracował w sposób niesamowicie dyrektywny. Eric kazał mi (po prostu!) wstawać o piątej rano i pisać, zanim będzie czas prysznica, śniadania i popędzania domowników do szkoły i pracy. Teoretycznie dałoby mi to dwie godziny dziennie pisania. To naprawdę bardzo dużo, zważywszy, że przez ostatnie dwa lata nie miałam tego czasu wcale, bo nie potrafiłam go znaleźć. Zamiast nastawić budzik na piątą następnego dnia, postanowiłam się zezłościć. „To nie tak powinno być” — gadałam do siebie. „Nie tak pracuje się z klientami w coachingu, nie narzuca się rozwiązań, to powinno wyglądać zupełnie inaczej!”. Przez prawie trzy tygodnie złościłam się i kiedy zbliżał się termin kolejnej sesji, napisałam e-maila o swojej złości i niemocy. Eric odpisał: „Steven Spielberg może wstawać o piątej rano, a ty nie możesz? :-)”. Oczywiście, że mogę, pomyślałam. I zaraz ci to udowodnię. Następnego dnia wstałam o piątej (bez przestawiania budzika na drzemki!), zaparzyłam kubek kawy, usiadłam przy stole w kuchni i… zaczęłam pisać. Najpierw szło opornie, nie miałam pomysłu, zaczęłam od jakiegoś punktu i powoli rozwijałam wątek. W domu było cicho i spokojnie. Słońce wstało i ogrzewało moje ramię przez rolety. Ani się spostrzegłam, a już była siódma. Napisałam siedem stron!

Następnego dnia wstałam o piątej z już gotowym pomysłem i dwa dni później miałam całe opowiadanie gotowe. To był cudowny czas. Wprawdzie pora, kiedy zamieniam się w susła, nadchodziła już o dziewiątej wieczorem, ale i tak nie miałam o tej porze nic konstruktywnego do zrobienia.

Na kolejnej sesji z Erykiem omówiliśmy moją złość i mój ośli upór. Oczywiście okazało się, że miało to dla mnie duże znaczenie. Nie mogłam tego zrobić inaczej. Nie było innej drogi. Musiałam przeżyć swój opór i złość. Przez kolejne sześć miesięcy wstawałam o piątej rano i pisałam. Koniec roku i brak słońca wybiły mi to wczesne wstawanie z głowy, ale do dziś — jeśli tylko potrzebuję coś napisać, mogę nastawić budzik i po prostu usiąść przy biurku. Jest łatwiej w lecie, kiedy dni są długie, a obowiązków mniej, ale potrafię też wstać o piątej w jakimkolwiek hotelu, w którym prowadzę szkolenie.

Ta opowieść pokazuje jedynie, że każdy musi przejść własną drogę i znaleźć swoje rozwiązanie. W literaturze traktującej o organizacji czasu dla twórców można znaleźć kilka propozycji do rozważenia:

1. Wstawać o 5.00 rano (Eric Maisel),

2. Wstawać co najmniej 30 minut wcześniej i tworzyć w tym czasie (Dorothea Brande),

3. Tworzyć „pomiędzy” codziennymi sprawami (Eric Maisel),

4. Zamknąć drzwi przed rodziną na godzinę dziennie i obwieścić: „Pracuję teraz nad swoją tragedią w pięciu aktach białym wierszem!” (Brenda Ueland),

5. Piętnaście minut w zupełności wystarczy (Dorothea Brande),

6. Przestudiować codzienne rytuały wielkich umysłów i wybrać jeden z nich dla siebie („Codzienne rytuały. Jak pracują wielkie umysły” Mason Currey).

7. Metoda Magdy Fres.

Chciałabym teraz zatrzymać się przy każdym z tych punktów. Pamiętaj, że to tylko propozycje, nie mam zielonego pojęcia, która z nich będzie najlepsza dla ciebie.

O wstawaniu o piątej rano napisałam już powyżej. Należy wieczorem poprzedniego dni naszykować sobie pole pracy: notatnik, maszynę do pisania, laptop, ulubiony kubek, zagruntować płótno, poukładać na stole elementy do decoupage’u. Następnie: nie ociągając się, wstać o piątej rano i od razu wziąć się do roboty. Być może przez pierwsze kilka dni będziesz siedziała nad pustą kartką i tarła oczy. Być może wcale nie uda ci się wstać. Kolejnego dnia znowu nastawiasz budzik na piątą rano i tak do skutku.

Kiedyś — w lipcu, kiedy słońce wcześnie wstawało — zorganizowałam wirtualne wydarzenie „Wyzwanie piąta rano”. Wzięło w nim udział ponad pięć tysięcy osób! Spora część z nich meldowała się w wydarzeniu każdego ranka. W czasie trzech tygodni powstały opowiadania i inne formy literackie, obrazy, rzeźby, biżuteria. Byli też tacy, którzy postanowili wstać, by ten czas poświęcić na naukę języka obcego. Czasami potrzebujemy impulsu albo zaproszenia. Zapraszam cię — nastaw budzik na piątą rano! Steven Spielberg to robi codziennie.

Dorothea Brande ma kilka propozycji. Jedną z nich jest wstawanie pół godziny lub godzinę wcześniej. Zważywszy, że to niewielkie poświęcenie w porównaniu z piątą rano, możesz chcieć ją rozważyć w pierwszej kolejności. Pierwsza rzecz, jakiej doświadczysz, to poczucie zbyt szybko mijającego czasu. Drugą propozycją jest zaplanowanie sobie szczegółowo dnia. Wpisujesz sobie do terminarza, że tworzysz od 15.00 do 16.00. I trzymasz się planu co do joty. Jeśli danego dnia nie możesz sobie pozwolić na całą godzinę, wystarczy piętnaście minut, na przykład od 16.00 do 16.15. Jeśli okaże się, że o tej porze dnia spada ci wydajność, następnym razem zaplanuj pomiędzy 10.00 a 10.15. Ten sposób wydałby mi się bardzo podejrzany — no bo co można zdziałać w piętnaście minut! — gdybym nie brała udziału w warsztacie Erika Maisela „Deep Writing”. Jednym z zadań było skupić się na pisaniu przez 17 minut. Wydawało się, że nie ma nawet co zaczynać. A jednak wszyscy napisaliśmy stronę, dwie lub trzy! To bardzo dużo. Biliśmy sobie gromkie brawa. Piętnaście minut naprawdę wystarczy.

Co to znaczy tworzyć „pomiędzy”? To znaczy, że być może nigdy nie uda ci się stworzyć stałego grafiku pracy twórczej i aby w ogóle móc cokolwiek tworzyć, musisz być niezwykle elastyczny. Jednego dnia będzie to pół godziny wcześniej, drugiego w pociągu na trasie Warszawa-Kraków, trzeciego późna, bezsenna noc. Jeżeli tworzenie jest dla ciebie priorytetem, będziesz wypełniać ten cel życiowy tak samo jak pozostałe — codziennie. Jeśli codziennie dbasz o rodzinę, codziennie chodzisz na fitness, codziennie zdrowo się odżywiasz, codziennie chodzisz do pracy, codziennie szczotkujesz zęby i sprzątasz kuchnię, codziennie gotujesz zupę — powinieneś znaleźć czas na codzienne tworzenie. Nie ma innej drogi, mówi Eric Maisel, musisz się nauczyć pisać wszędzie: w poczekalni u dentysty, na ławce w parku, na kuchennym stole, w pociągu. Ci, których twórczość wymaga posiadania różnych sprzętów, muszą mieć jedynie dostęp do nich w ciągu dnia. Żeby w czasie wieczornej kąpieli pociech móc wyrzeźbić w drewnie policzek elfa.

Brenda Ueland mówi o odcinaniu się od świata. Pokazywaniu rodzinie, że czas na tworzenie jest tak samo ważny jak czas z rodziną. Jej zdaniem jest to świetny przykład na pokazanie dzieciom, jak ważna jest twórczość w życiu każdego człowieka. Pomiędzy obiadem a odrabianiem lekcji, pomiędzy sprzątaniem a wyjściem na crossfit, pomiędzy pracą a opieką nad starszymi rodzicami, zamykasz się w pokoju, obwieszczając, że przez godzinę nie ma cię dla świata.

Wielcy ludzie tworzyli w dogodny dla siebie sposób. Federico Fellini budził się o szóstej i już o siódmej wykonywał konieczne telefony. Wolfgang Amadeusz Mozart komponował od siódmej do dziewiątej, potem od osiemnastej do dwudziestej pierwszej lub od dwudziestej trzeciej do pierwszej nad ranem. Tomasz Mann pisał od dziewiątej do dwunastej, a Ernest Hemingway od piątej trzydzieści do południa. Haruki Murakami wstaje o czwartej rano i pisze przez pięć-sześć godzin bez przerwy. Nikt z nich nie wstawał o szóstej trzydzieści, żeby wyprawić dzieci do szkoły i zdążyć do biura. Żadna z wymienionych przeze mnie osób nie wracała z owego biura o osiemnastej, odbierając dzieci z zajęć popołudniowych i nie spędzała wieczoru na przygotowywaniu posiłków na następny dzień i prasowaniu. Jeśli jednak powyższe przykłady mogą być dla ciebie inspiracją, niech będą.

George Sand tworzyła nocami. Alice Munro pisała w czasie drzemek swoich dzieci. Jane Austen pisała po południu, w salonie, obok robiących na drutach sióstr. Agatha Christie pisała zrywami, czasem na marmurowym blacie umywalki w sypialni.

Kiedyś zapytałam Erika: a co, jeśli cały tydzień mam tak bardzo zajęty różnymi obowiązkami, że mam czas na pisanie tylko w weekendy, albo tylko w soboty? Eric uśmiechnął się i powiedział: „Jeśli będziesz pisać tylko jeden dzień w tygodniu, po roku będziesz miała napisaną całą książkę”.

Czas na metodę Magdy Fres. Jest najprostsza ze wszystkich i brzmi następująco: jeśli coś jest dla ciebie naprawdę ważne, znajdziesz na to czas. Ja zawsze znajduję czas na jedzenie czekolady i przytulanie swojego dziecka. W ten sam sposób znajduję czas na pisanie. Kiedyś go nie miałam, bo wszystko inne było ważniejsze.

Jeśli i teraz w twoim życiu wszystko inne jest ważniejsze od tworzenia, daj sobie spokój z tworzeniem.*


*Co czujesz, czytając powyższe słowa? Jakie emocje wzbudzają? Jaką radę dałabyś osobie, która czuję ulgę? A jaką radę dałabyś osobie, która czuje złość i niezgodę? Emocje są tu kluczem. Jeśli wiesz, co czujesz — wiesz, co robić.

ZASOBNIK

Wymyśliłam dla Ciebie podróż, w trakcie której będziesz mógł odnaleźć i/lub wypróbować swój sposób na znalezienie czasu na tworzenie. Proszę, byś odpowiadał na pytania po kolei i nie przechodził do dalszej części Zasobnika, dopóki nie uporasz się z wcześniejszym zadaniem lub pytaniem.


Początek:

1. Po co ci czas, który chcesz wygospodarować? Co zamierzasz zrobić? Co chcesz stworzyć? Jak chcesz nazwać swoją twórczą pracę?

Jeśli nie wiesz jeszcze, co konkretnego zamierasz wykreować, być może masz ogólną ideę tego, co chcesz robić w tym czasie: komponować, rysować czy szydełkować.

Kiedy już masz pomysł, mniej lub bardziej określony, ruszaj dalej.


2. Zastanów się, jakiego poziomu energii potrzebujesz do tworzenia. Niektóre osoby mogą coś robić tylko w godzinach rannych, inne świetnie twórczo funkcjonują, kiedy są zmęczone. Niektórzy najlepiej działają rano, inni w nocy. Jaka jest twoja odpowiednia pora?

Jeśli jeszcze nie znasz odpowiedzi na to pytanie, poeksperymentuj. Zaplanuj sobie pracę w różnych porach dnia i nocy. Zobacz, co sprawdza się najlepiej. A może nie ma różnicy?


3. Jak wiele czasu w ciągu tygodnia chcesz spędzić na tworzeniu? Godzinę dziennie? (Piętnaście minut?) Raz czy dwa razy w tygodniu?

Na tym etapie już wiesz najlepiej, która pora dnia i dzień tygodnia najlepiej ci odpowiadają. Czy chcesz wpisać sobie ten czas do kalendarza, czy będziesz o tym pamiętać?


4. Wprowadź swój plan w życie. Być może trzeba będzie coś zmienić, może nawet wielokrotnie. Możesz inaczej funkcjonować zimą, inaczej wiosną, a jeszcze inaczej późnym latem, nie obawiaj się więc wprowadzania zmian.

Jeśli twoja twórczość jest dla ciebie ważna, znajdziesz najbardziej odpowiednią porę i czas na realizowanie tego celu życiowego.

OPOWIEŚCI Z GABINETU

Marek wszedł do gabinetu, ostrożnie niosąc dwa kubki kawy ze Starbucksa. Przed kwadransem zadzwonił i zapytał, czy może mi przywieźć pumpkin spice, bo będzie kupował dla siebie i chętnie wypije razem ze mną. Odebrałam kubki z jego zmarzniętych dłoni i powiesiłam elegancki płaszcz w garderobie.

— Uwielbiam jesień — powiedział Marek, rozsiadając się w fotelu. — Jest taka nastrojowa. Wiesz, coś mi się w głowie przestawiło, odkąd do ciebie chodzę. Zauważam teraz więcej tego, co się wokół mnie dzieje.

— A wcześniej nie zauważałeś?

— No właśnie okazuje się, że nie. Teraz na przykład lepiej mi się słucha opowieści mojego syna, który wcześniej mnie irytował swoimi studenckimi, epickimi rozkminami. Teraz wydaje mi się to interesujące. Mam wrażenie, że trochę zwolniłem.

— Wyglądasz, jakby cię to cieszyło, że zwolniłeś.

— Bo to prawda! Od dawna chciałem bardziej świadomie i wolniej żyć, ale z jakiegoś powodu mi się to nie udawało — Marek sięgnął po kawę. — I ta kawa, jest trochę za słodka, ale lubię w niej przyprawy. Wcześniej bym wypił podwójne espresso i biegł dalej.

Przez kilka chwil piliśmy kawę w milczeniu, oblizując usta z bitej śmietany.

— Nie widzieliśmy się trzy tygodnie — zaczął Marek. Sporo się podziało, nie wiem, od czego zacząć. Może zacznę od tego, że mi ręce opadły.

— Ręce ci opadły?

— Tak, tak się chyba mówi, kiedy już wszystko wypróbowałeś, ale nic nie działa. I nie wiesz, co robić. Mówię oczywiście o moich desperackich próbach znalezienia czasu na zajmowanie się poezją. No bo tak: wstawanie o piątej rano nie działa. Robi mi się niedobrze na samą myśl. Przyznam, próbowałem. Dawałem radę wstać, ale pisanie nie sprawiało mi przyjemności. Nie o tej porze, kiedy jest jesień i ciemno na dworze, a ja marzę tylko o tym, żeby wrócić do łóżka i ogólnie to czuję się tak, jakby ktoś robił mi krzywdę.

— A więc rano odpada.

— Tak. Wieczór też.

— Wieczór też? — powtórzyłam.

— Jestem zbyt zmęczony. Wieczorem lubię pogadać z żoną, z synem, obejrzeć jakiś film, pogadać na Skype z kolegą zza granicy. A potem już tylko prysznic i spać. Wieczorem nie mam weny, jestem zbyt zmęczony na koncepcyjne myślenie, nie mam ochoty i w ogóle nie. Nie i nie.

— Zostaje ci środek dnia.

— Albo środek nocy, co? — Marek zachichotał jak nastolatek i kontynuował. — Próbowałem w ciągu dnia, zamykając się w sypialni zaraz po przyjściu z pracy do domu albo wychodząc w czasie pracy do kawiarni na godzinkę. Ale o tej porze mam zbyt zagoniony umysł, mogę myśleć tylko o pracy, o kolejnym zadaniu. I wiesz, ja to lubię, ja lubię swoją pracę, lubię być skupiony na pracy, lubię sobie w pracy stawiać cele i je osiągać. Więc jak sobie robiłem tę godzinkę dla poezji w ciągu dnia, to tak naprawdę ani nie byłem ani przedsiębiorcą, ani poetą. A w sobotę — i to był ten moment, w którym ręce mi opadły — wstałem rano i poczułem, że chcę być w górach. Że marzy mi się weekend w jakimś małym, górskim domku z widokiem. Że najchętniej siedziałbym na ganku przykryty kocami i pił herbatę i nic nie robił.

— Co to znaczy, że najchętniej nic byś nie robił?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.