E-book
24.57
drukowana A5
40.57
drukowana A5
Kolorowa
65.09
Co Ty, szczylu, możesz wiedzieć

Bezpłatny fragment - Co Ty, szczylu, możesz wiedzieć

Czyli Jak Zwyciężać Na Arenie Życiowej I Biznesowej


4.8
Objętość:
192 str.
ISBN:
978-83-8126-081-7
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 40.57
drukowana A5
Kolorowa
za 65.09

Wstęp

Jesteś gotowy? Zaczynamy? Uprzedzam więc, iż to nie jest książka podobna do innych, które już czytałeś. Chcę, żebyś wiedział, że podczas jej lektury niejednokrotnie możesz: nie zgadzać się ze mną, irytować, obrażać się, śmiać, płakać, ale możesz też czerpać inspirację. Książka, którą trzymasz w dłoniach jest nietypowa. Dlaczego? Ukazuje bowiem proces. Drogę, która powinna doprowadzić Cię do tego miejsca, które Ty sobie wyznaczasz, a nie do miejsca, które ktoś inny zaplanował dla Ciebie. Zanim ją rozpoczniesz, określ, gdzie teraz znajdujesz się. Czy jest to miejsce, w którym na pewno chcesz być? Jeśli Twoja odpowiedź brzmi: „nie!”, to dlaczego wciąż tam tkwisz? Czy jest Ci na tyle wygodnie, że tego nie zmieniasz?

Chcę również, żebyś nie wierzył mi na słowo. Możesz pomyśleć: „To po co ja to czytam?” Pamiętaj, że dzielę się własnymi doświadczeniami, czymś, co sprawdziło się bądź też nie, w moim przypadku. U Ciebie może być zupełnie inaczej. Jednak jeśli chcesz oszczędzić sobie: marnowania czasu, utraty pieniędzy, porażek i reszty drogich a nie drogocennych lekcji, to możesz skorzystać z moich doświadczeń. Nie chcę żebyś stał się mną. Przecież nie możesz. Tak jak ja nie stanę się Tobą. Pamiętaj, że nikt nie stanowi lepszej kopii Ciebie. Masz w sobie coś wyjątkowego, co odkryjesz, wydobędziesz podczas tego procesu. Może jeszcze nie wiesz, co to jest. Może już wiesz, lecz tego nie wykorzystujesz. A może wiesz i już wykorzystujesz, lecz nadal nie doprowadza Cię to tam, gdzie chciałbyś. Obojętne, w którym miejscu jesteś. Dla mnie to nie ma znaczenia. Dopóki mi o tym nie powiesz, dopóty nie będę wiedział. Tylko Ty możesz określić współrzędne na drodze, którą podążasz. To, jak ja czy ktoś inny Cię postrzega może zupełnie różnić się od tego, co Ty o sobie myślisz. Potraktuj więc niniejszą lekturę jako proces, w którym dasz z siebie więcej niż zazwyczaj, tzn. nie przeczytasz tylko kolejnych stron, żeby poznać mnie lepiej, ale żeby lepiej poznać siebie, odkryć własne możliwości i zacząć „żyć życiem, które będziesz pamiętać”.

Zapewne zazwyczaj jest tak, że czytasz książki a później je odkładasz. Trudno dziwić się. Tego przecież nauczyła nas szkoła, gdyż każda lektura była zadana. Tym razem jest inaczej, ponieważ jest to Twoja książka (jeśli pożyczona, to potraktuj ją jakby była Twoja, albo kup nową). Możesz po niej pisać, mazać, zaginać kartki, a w skrajnych przypadkach nawet rzucać nią. To jest Twój czas i Twoja wola. Możesz odkryć, uporządkować wszystko, co chcesz i możesz poznać mnie, czyli Marka Wendreńskiego. Możesz zobaczyć etapy, które przechodziłem w swoim krótkim, lecz nie nudnym życiu. O niektórych nie wie nikt bądź prawie nikt. Być może będziesz pierwszą osobą, która o nich przeczyta. Być może niektóre z nich są podobne do Twoich albo są zupełnie odmienne. Niezależnie od wszystkiego, mam nadzieję, iż książka, którą zaczynasz, sprawi, że będzie to początek lepszej drogi dla Ciebie.

Pamiętaj, że jedynie 10% tego, co tutaj przeczytasz, zapamiętasz, dlatego niektóre powtórzenia są celowe.

Część I
Poznaj mnie

1. Dlaczego Ja?

Mam na imię Marek. W chwili pisania i wydania tej książki jestem 21-latkiem. Oczywiście nie powstała ona z dnia na dzień, w ciągu miesiąca czy nawet roku. Prawdę mówiąc, powstawała przez 21 lat. Każde doświadczenie, każda chwila, każda znajomość miały znaczenie i ukształtowały mnie na autora tej książki. Dużo? Mało? Oceń sam. Możesz być ode mnie młodszy, w tym samym wieku lub starszy i uważać mnie za „gówniarza”. Jednak pomyśl o jednym. Prawdopodobnie zrobiłem w swoim życiu więcej niż niejedna osoba, może również więcej niż Ty przez ostatnie 21 lat lub przez całe swoje życie. Wiem, odważnie, ale piszę to, co myślę i czuję. Taki jestem. I przez resztę tej książki będę z Tobą szczery.

Przez ostatnie lata odnosiłem mniejsze lub większe sukcesy w różnych dziedzinach. Biznesowej, sportowej i muzycznej. Jak dla mnie jest to idealne połączenie. Dlaczego? Dowiesz się później.

Obecnie prowadzę swoją działalność. Wykorzystywanie internetu po to, by zarabiać, nie jest mi również obce. Wcześniej byłem studentem, kierowcą i odbierałem zepsute, zużyte urządzenia elektroniczne. To wszystko sprawiło, że na swojej drodze spotkałem wiele osób. Jedne z nich pojawiły się na chwilę i zostały zapomniane. Inne odcisnęły swój ślad. Spotkania te traktowałem jako różne lekcje życia. Oddana do Twoich rąk książka jest zaproszeniem do spotkania. Już wiesz, że ma to być przede wszystkim spotkanie z Tobą samym, ze mną, może z innymi osobami oraz z różnymi płaszczyznami.

2. Największa przeszkoda

Od czego to wszystko zaczęło się? Byłem dzieckiem jak każdy z nas. Dzieckiem, które miało rodzinę, dom, wymarzonego psa, znajomych i wiele rzeczy, które powinny sprawiać żebym był szczęśliwy i pewny siebie. W porównaniu do dzieci z typowej śląskiej rodziny (bo stąd pochodzę) miałem się bardzo dobrze. Dlaczego? Nie musiałem iść tradycyjną, utartą ścieżką, postępować zgodnie z przekonaniami innych. Miałem prawo wyboru, współdecydowania, rozwijania zainteresowań. Był tylko jeden mankament, jedno małe a jednocześnie wielkie „ale…”. Moja nieśmiałość. I z pozoru mogło się wydawać, że to nic takiego, lecz to ona codziennie mnie ograniczała, przeszkadzała, powodowała, że chciałem być jak inni. Kiedyś nie zdawałem sobie z tego sprawy, tak bardzo jak teraz. Jednocześnie z perspektywy widzę tamten okres nieco inaczej. Wcześniej tłumaczyłem sobie, że czegoś nie lubię, ale z biegiem czasu odkryłem, że to jednak coś więcej niż zwykłe „nie lubię”. W dzieciństwie np. żeby nie być gorszy od rówieśników z przedszkola przestałem jeść owoce i warzywa. I tak zostało do 13-go roku życia, czyli przez około 10 lat nie jadłem owoców i warzyw a rodzice i dziadkowie zastanawiali się jak je „przemycić” w codziennym menu. Albo inny przykład z dzieciństwa. W pierwszych latach edukacji szkolnej przestałem wychodzić na dwór, aby spędzać czas z rówieśnikami, twierdząc, iż wolę siedzieć w domu. Ktoś powie, że chodziłem do szkoły „poza rejonem”, więc miałem innych kolegów. Pewnie tak, jednak patrząc teraz na tamten okres, za prawdziwą przyczynę uznaję nieśmiałość i strach przed opinią innych. Dzisiaj już wiem, że jeśli jesteś nieśmiały, to po prostu nie odkryłeś jeszcze swoich zasobów, jeszcze siebie nie sprawdziłeś, nie poznałeś. Oczywiście, nikt nie wie wszystkiego o sobie. A jednak żadna z otaczających Cię osób nie jest w stanie poznać Cię lepiej niż Ty sam. Nie mam magicznego zaklęcia, które nagle sprawi, że będziesz pewny siebie, wzrośnie Twoja ogólna samoocena. Jedynym zaklęciem jest odnalezienie Twojego pomysłu/sposobu na życie i codzienne sprawianie byś wychodził poza obszar swojej strefy komfortu. Czym jest strefa komfortu? Tym, co Cię powstrzymuje, abyś dotarł tam, gdzie chciałbyś być i czynić to, co chciałbyś zrobić. Przykładowo, ja miałem problem z nawiązywaniem nowych relacji i z wychodzeniem z inicjatywą. Jak to wyglądało? Ano tak, że jeśli ktoś zaczynał ze mną rozmawiać, to nie było najmniejszego problemu. Z kolei kiedy ja miałem odezwać się do nieznanej osoby, która siedziała obok mnie w autobusie, nie wiedziałem, od czego zacząć. Bałem się opinii i reakcji innych ludzi. Dopiero, gdy odkryłem, że mogę być ponad to, wówczas problem zaczął się powoli zmniejszać. I może wydać się to dziwne, ale internet mi pomógł. Dla jednych stanowi on przekleństwo XXI wieku, a dla mnie — wybawienie. Zabawne były moje pierwsze „internetowe rozmowy”, kiedy pisałem do kogoś bez powodu, od tak, żeby poćwiczyć. Miało to swoje plusy i minusy. Jedni odpisywali, a drudzy nie. Dzięki ówczesnym doświadczeniom, teraz nic tak bardzo mnie nie cieszy jak pokonywanie własnej strefy komfortu. To moje najlepsze hobby.

Kolejną trudnością był strach przed swobodnym spadaniem. Jak poradziłem sobie z tym ograniczeniem? Skoczyłem ze spadochronem, a żeby było przyjemniej, zrobiłem to w miejscu, które urzeka z lądu i powietrza, czyli w Dubaju. Przełamałem dotychczasowe obawy, ograniczenia, zapewniłem sobie przyjazną przestrzeń do wprowadzania zmian i przekroczyłem kolejną granicę.

Kończąc ten wątek, chcę jeszcze podkreślić, że nasza nieśmiałość może mieć różne przyczyny. Wiedz, iż uświadomienie sobie przyczyny jest ważne. Spróbuj zastanowić się, dlaczego jest tak jak jest i co uniemożliwia Ci wyjście przed szereg. Określ to, czego się boisz. Zobacz, co lub kto może Ci pomóc. Zacznij codziennie przekraczać swoje granice. Gdybyś stanął przede mną, nie zauważyłbym na pierwszy rzut oka, że jesteś osobą, która np. boi się pływać. No chyba, że bylibyśmy na basenie i odmawiałbyś wejścia do wody albo kurczowo trzymałbyś się balustrady. Zobacz więc czy Twoje ograniczenie jest realne, jeśli tak, wówczas zastanów się jak je pokonać. Jednocześnie pamiętaj, że 95% historii, które tworzysz w głowie, w ogóle nie wydarzy się. Kiedy zdasz sobie z tego sprawę i rzeczywiście poczujesz to, a nie tylko powtórzysz przeczytane zdanie, wykonasz wielki krok naprzód.

I teraz pierwsza wypisana przeze mnie recepta dla Ciebie…

3. Czy potrzebujesz wiele, by zacząć?

Jeśli już wiesz, co chcesz osiągnąć to bardzo dobrze. Czy potrzebujesz wiele, żeby zacząć? Co Ci przeszkadza?

Pewnie chodzą Ci po głowie pewne usprawiedliwienia/ wymówki, takie jak:

„Mam za mało pieniędzy”

„Mam za mało czasu”

„Nie jestem dość dobry”

„Ktoś zrobi to lepiej”

„Nie mam odpowiedniego doświadczenia”

„Nie jestem dość odważny”

„A może nie warto”

i inne.


Pokażę Ci teraz na własnym przykładzie jak zaczynałem odkrywanie i rozwijanie swoich zasobów w pewnych dziedzinach oraz gdzie mnie doprowadziły podjęte działania.


Muzyka


— systematyczne ćwiczenia z grą komputerową „Guitar hero” (nauka przez zabawę);

— kupno gitary za 300 zł;

— lekcje ze znanym gitarzystą — 1 raz w tygodniu 50zł/h (sam nawiązałem z nim kontakt, ustaliłem zasady — pierwszy „kontrakt”);

— autokontrola — samodzielne regulowanie częstotliwości i czasu ćwiczeń (1 godzina codziennie na gitarze za 300 zł przez rok);

— udział w otwarciu imprezy we Wrocławiu „Hey Joe”;

— zostanie rekordzistą Księgi rekordów Guinessa (zagranie „Hey Joe” na wrocławskim rynku);

— założenie zespołu;

— gra w zespole przez 1 rok => pierwszy koncert;

— zmiana składu zespołu;

— opracowanie kilkunastu własnych utworów;

— kilka koncertów.


Sport


— myśl o tym, że mogę dać z siebie coś więcej;

— nieregularne bieganie;

— ćwiczenie na siłowni 3 razy w tygodniu przez rok => przyrost 20 kg (głównie mięśni);

— roczna przerwa;

— 2 tygodnie treningów crossfitu => przejście szlaku Orlej Perci w Tatrach (najniebezpieczniejszy szlak górski w Polsce);

— 1,5 miesiąca trenowania crossfitu => półmaraton w biegu terenowym => tydzień później pełny maraton;

— 3 miesiące treningów sztuk walki, głównie MMA => obrona na imprezie siebie i znajomych (ja bez urazu, on trochę… gorzej);

— rok trenowania crossfitu => pierwszy bieg terenowy z przeszkodami;

— 2 lata trenowania crossfitu => około 10 biegów, w tym głównie terenowych z przeszkodami.


Biznes


— przeczytanie książki Roberta Kiyosaki pt. Bogaty ojciec, biedny ojciec;

— rok edukacji pozaszkolnej (czytanie książek autorstwa ludzi sukcesu);

— przystąpienie do firmy MLM i 1,5 roku pracy w niej => rozwój umiejętności komunikacji z klientem, planowania, organizacji, zarządzania czasem, zrozumienie potrzeb klienta;

— rok przerwy;

— inwestycja w nieruchomości;

— przystąpienie do biznesu online => po 9 miesiącach uzyskanie statusu najmłodszego Polaka z najwyższą rangą w firmie;

— stworzenie własnej firmy i prowadzenie szkoleń.


Powyżej w bardzo dużym skrócie chciałem Ci pokazać od czego zaczynałem i gdzie jestem obecnie. Nadal podążam wybraną drogą, mimo rozwidleń, zakrętów. Każdorazowo, gdy rozpoczynam kolejny etap pojawia się pytanie: „Ciekawe, gdzie mnie to doprowadzi?” Na każdym etapie było wiele głosów, które spowalniały lub przyspieszały mój marsz. Jedno nie zmienia się, nadal jestem głodny wiedzy, żądny spełniania kolejnych celów, marzeń swoich oraz moich znajomych i rodziny. Dlatego pokażę Ci, co na przestrzeni lat wydarzyło się, żebym doszedł do tego miejsca, w którym jestem.

4. Te chwile, te pasje

W życiu robimy wiele rzeczy. Nie sposób wszystkie spamiętać. Mają różną wartość. Trzeba jednak pamiętać, że zarówno podczas zaplanowanych, ważnych dla nas działań, jak również podczas działań spontanicznych, niejednokrotnie uznawanych za mniej istotne, mają miejsce zdarzenia, sytuacje, których w ogóle nie spodziewamy się. Czasem wystarczy jedno zdanie, jedna decyzja, jedno spojrzenie, żebyś zaczął tworzyć historię, której nigdy nie zapomnisz i nie zapomną jej ludzie, z którymi ją tworzyłeś. U mnie pojawiło się ich dużo, ale zazwyczaj zdarzały się w 3 kategoriach: biznesowej, sportowej i muzycznej. Zacznę od tej na końcu.


Muzyczna


Od wczesnych lat byłem związany z muzyką. W domu słuchaliśmy różnych gatunków muzyki. W pierwszej klasie szkoły podstawowej zacząłem naukę gry na keyboardzie. Pamiętam, że już wcześniej marzyłem o gitarze, ale mama postawiła warunek: „najpierw klawisze, a potem gitara”. Jak sama później przyznała, jako była wiolonczelistka znała ból palców spowodowany ćwiczeniem gry na instrumencie strunowym, dlatego chciała mi go zaoszczędzić. Z okazji wczesnej komunii dostałem keyboard, więc zacząłem grać na klawiszach. Najpierw występowałem podczas wieczoru kolędowego a pod koniec roku szkolnego wziąłem udział w prezentacjach w miejskim teatrze. Przez kolejne 4 lata grałem i otwierałem niektóre ze szkolnych prezentacji. Chodziłem do szkoły prywatnej o profilu artystycznym, gdzie nacisk na występy był dość duży. W piątej klasie zrezygnowałem z gry na klawiszach a poza tym dostałem wymarzoną gitarę. I tu wziąłem dwie lekcje. Pierwsza — sam powiedziałem nauczycielowi o rezygnacji. Mama też z nim rozmawiała, ale chciała, aby pierwszy krok należał do mnie. Chciała mnie w ten sposób nauczyć, iż każda decyzja w życiu wiąże się z odpowiedzialnością oraz określonymi konsekwencjami. Druga lekcja — dostałem wymarzoną gitarę. Wziąłem ją do rąk i… nie umiałem nic zagrać. Próbowałem, poczułem ból palców, nie zobaczyłem natychmiastowego efektu, więc odstawiłem instrument do kąta. Po 2 latach chęć gry na gitarze nadal nie dawała mi spokoju i przyszedł dzień, w którym kupiłem grę „Guitar hero”. Plastikowa gitara z pięcioma przyciskami na lewą rękę i jednym na prawą. Podpięta do konsoli, na której w odpowiednim tempie wyświetlają się nuty. Oznaczają one klawisze, w które trzeba trafić utrzymując rytm utworu. Po kilku miesiącach w centrum handlowym zorganizowano turniej gry „Guitar hero”. Wziąłem w nim udział. Pierwszą piosenkę zagrałem. Z drugą nie poszło mi już tak dobrze. Zwyciężyła dziewczyna będąca moją rywalką. W nagrodę otrzymała 2 bilety do kina. Byłem wtedy wściekły, ale wiedziałem, że jak wrócę do domu to zacznę jeszcze częściej i dłużej ćwiczyć. W efekcie po kolejnym pół roku niektóre „kawałki” grałem już z zamkniętymi oczami. Pomyślałem wówczas, że fajnie byłoby umieć zagrać te melodie na prawdziwej gitarze. Od przyjaciela zaczynającego też w tym czasie swoją przygodę z gitarą otrzymałem namiary na mojego późniejszego nauczyciela-mistrza. Zacząłem grać z Adamem Kuliszem (topowym bluesmanem). Początki były straszne. Sam dziwię się jak ktoś mógł tego słuchać. Jako że w tamtym okresie byłem bardzo chudy, słaby technicznie, moje palce niestety nie były wystarczająco silne, żeby prawidłowo naciskać na gryf i łapać niektóre akordy. Założyłem sobie jednak, że codziennie będę poświęcał minimum godzinę na doskonalenie techniki. I możesz mi wierzyć lub nie, ale przez ponad rok realizowałem to postanowienie, ćwicząc zazwyczaj dłużej niż 1 godzinę. Nawet w dni świąteczne poświęcałem czas na granie. W efekcie po 2 latach założyłem szkolny (gimnazjalny) zespół, który się składał z początkującego perkusisty Tomka, początkującego basisty Tomka i 2 gitarzystów (Pawła i mnie). Nazwaliśmy go „Universus”. Niestety nie mieliśmy wokalisty. W końcu wybór padł na naszą jedyną fankę. Nie miała wyboru. Zaczęła z nami śpiewać. Po pół roku współpracy (na 2 miesiące przed koncertem) nasze drogi rozeszły się. I wtedy pojawił się dylemat: co dalej?! Znowu przecież nie mieliśmy wokalisty. Ale jak przystało na zapalonych, przedsiębiorczych gimnazjalistów, poradziliśmy sobie i wokalistą uczyniliśmy gitarzystę Pawła. Nie był on urodzonym wokalistą, ale szło mu nieźle. Podczas jednej z prób niebacznie zapytałem czy mógłby ćwiczony wówczas utwór zaśpiewać trochę inaczej. Na co on zapytał: „Jak?” Wówczas zaśpiewałem mu jakbym chciał, żeby to brzmiało. W efekcie Paweł całkiem poważnie zaproponował, żebym to ja został wokalistą. Byłem bardzo zaskoczony jego propozycją, ale zespół jednogłośnie podjął decyzję i „wszedłem na wokal”. Po 2 miesiącach przyszedł czas na koncert. Pierwszy kawałek „Smells like teen spirit” (Nirvana) — akurat wtedy bez wokalu. Oklaski. Drugi kawałek „Wehikuł czasu” (Dżem) — już z wokalem naszego wychowawcy, namówionego przez nas dzień przed występem. Na samym końcu zagraliśmy nasz kawałek, którym była „Abstynentka”. I ten utwór to był naprawdę hit. Napisał go Paweł — nasz gitarzysta i do dzisiaj nie wiem jak mu się udało wtedy napisać tak genialny i dojrzały tekst. Tym razem ja byłem wokalistą. Zaryzykowałem, przełamałem barierę mentalną i zaśpiewałem. To była ta chwila. Moja chwila, w której chciałem trwać bez końca. Poczułem utwór, poczułem scenę, poczułem, że to, co robię ma sens. Po tym kawałku dostaliśmy największe i chyba najbardziej dla nas znaczące oklaski. To był nasz pierwszy i moim zdaniem najbardziej niezapomniany koncert. Po skończeniu szkoły odszedł od nas basista, ale zespół przetrwał. Był to rok 2012. W tamtym momencie nadal grałem z Adamem Kuliszem, który zaproponował mi wyjazd do Wrocławia wraz z resztą jego uczniów, żeby otworzyć imprezę związaną z próbą ustanowienia nowego Rekordu Guinessa. Polegał on na jednoczesnym zagraniu przez jak największą ilość gitarzystów piosenki „Hey Joe” we Wrocławiu. Oczywiście zgodziłem się. Po kilku tygodniach jechaliśmy do Wrocławia. Wspaniale było z rana stanąć na scenie wraz z Adamem i zagrać kilka kawałków. Po kilku godzinach przystąpiliśmy do próby pobicia rekordu. Niesamowite uczucie, kiedy stoisz wśród kliku tysięcy gitarzystów. Gracie jeden utwór, łączy Was pasja, którą jest muzyka. Czujesz jedność i moc. Po dłuższym czasie odczytano wyniki i okazało się, że pobiliśmy rekord. To była wspaniała chwila, ogromne przeżycie, wyróżnienie oraz chwila euforii. W kolejnym roku pojechałem ponownie, lecz tym razem nie udało się pobić rekordu. Nie zmienia to faktu, że przygoda była wspaniała. Ten dzień pokazał mi, że niekiedy ważniejsze, bardziej satysfakcjonujące od efektu jest dążenie do niego, działanie. Przedstawione tu „muzyczne chwile” pozostaną na zawsze w mojej pamięci. A wszystko zaczęło się od keyboardu, a później od plastikowej gitary.

Ty też możesz przebyć podobną drogę. Być może w innej dziedzinie. Nie musisz wybierać muzyki. Zacznij dzisiaj, a stworzysz niezwykłą historię, której nigdy nie zapomnisz.

I nie bój się metody „Kaizen” — małych kroków.


Sportowa


W okresie dzieciństwa stwierdzono u mnie wypadanie płatka zastawki mitralnej (coś w sercu), które podobno miało sprawiać, że szybciej męczyłem się od innych dzieci. Nie wiem do dzisiaj na ile to jest prawda, ale uznajmy, że może tak być. Niestety cierpiałem również na alergię i kiedy wychodziłem wiosną lub latem grać w piłkę, to ciało zaczynało mnie swędzieć, miałem katar i oczy królika. Nie grałem więc zbyt często w piłkę, ani też nie uprawiałem innego sportu. Trochę pływałem i to wszystko. Dopiero w gimnazjum (tak to ten super wiek, kiedy myślisz, że jesteś ponad wszystko i wszystkich) stwierdziłem, że nie będę dłużej czekał. Zacząłem biegać. Przebiegałem dystans wynoszący obwód Jeziora Paprocańskiego (Tychy). Wtedy jeszcze nie miałem GPS-u w telefonie (tak, były kiedyś takie czasy!) i byłem przekonany, że ma długość ok. 10 km. Jednak jak się później okazało obwód jeziora wynosił zaledwie 6 km. Rozpoczynając swoją przygodę z bieganiem, co jakiś czas stawałem, by zaczerpnąć powietrza. Pokonanie tego dystansu zajmowało mi z początku prawie godzinę. Więcej chodziłem niż biegałem. Po 3 km miałem zadyszkę. Ale z czasem sytuacja się poprawiła.

W 2011 roku, kiedy przy wzroście 175 cm ważyłem 55 kg i przypominałem „patyczaka”, zaś moją rękę spokojnie można było objąć jedną dłonią, postanowiłem, że muszę coś ze sobą zrobić. Zacząłem więc chodzić na siłownię. Trenowałem 3 razy w tygodniu. Pamiętam pierwsze poważne zakwasy. Myślałem, że to już koniec, bo nie potrafiłem się ruszyć z miejsca. Ale za 2 dni szedłem na kolejny trening. I tak przez ponad rok. Tak samo jak w przypadku gry na gitarze, również tym razem nie odpuszczałem. Nie było tygodnia, w którym nie pojawiłbym się 3 razy na siłowni. Dodatkowo ćwiczyłem w domu. Po kilku miesiącach zainteresowałem się również sztukami walki. Gdy obejrzałem pierwszą walkę w KSW Mariusza Pudzianowskiego, który był moim idolem od najmłodszych lat, stwierdziłem, że też tak chcę. Zacząłem szukać klubu sztuk walki w swojej okolicy i znalazłem. Bastion Tychy, z którego wywodzi się Marcin Held — jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy MMA z Polski. Minęły prawie 2 miesiące zanim odważyłem się tam pójść. Dla dodania sobie zobowiązania umówiłem się ze znajomym, że razem „zdobędziemy Bastion”. Niestety tuż przed treningiem „wystawił mnie” i zostałem sam. Pamiętam jak w tamtej chwili biłem się z myślami: „Iść czy nie iść?” Niemal w „hamletowskim” stylu… Pojawiła się nawet myśl: „Czy wyjdę stamtąd żywy?” Jednak poszedłem i otwierając drzwi zobaczyłem „baaardzo dużego gościa” (zwanego „Szafą”), który zmierzył mnie wzrokiem. No to już wiedziałem, że będzie „zajebiście”. Poszedłem szybko do szatni, przebrałem się i wszedłem na salę treningową. Pierwszy trening był dla mnie ciężki, ale przeżyłem. Potem przez kolejne 4 miesiące ćwiczyłem 2 razy w tygodniu. Dokładnie we wtorki i czwartki. Tak więc mój tydzień wyglądał następująco: poniedziałek, środa, piątek — siłownia; wtorek, czwartek — MMA; sobota, niedziela — regeneracja. W ten sposób przez rok nabrałem 20 kg masy mięśniowej i już nie wyglądałem jak „wygłodzone dziecko”. Przez kolejne 2,5 roku ćwiczyłem, ale już mniej regularnie. Siła oraz kondycja niestety znowu spadły. No, ale trudno się dziwić. Jeśli nie ćwiczysz i nie „ciśniesz”, to nie oczekuj rezultatów. W tamtym okresie nawet założyliśmy klub „Tyskich Fajtersów”, gdzie kilka razy wraz ze znajomymi spotykaliśmy się na wspólnych treningach bez nadzoru trenera. Miało to swoje „uroki”, np. przekrwione oko. W 2014 roku po okresie nieregularnych ćwiczeń stwierdziłem, że czas znowu wziąć się za siebie. Miałem wtedy wiele trudnych chwil (w tym rozstanie z bliską osobą) i ponownie sport pomógł mi się odnaleźć. Myślałem: „Co by tu wybrać tym razem?” Nie ukrywam, że lubię zmiany, zaś siłownia wraz ze sztukami walki już po prostu nie były dla mnie na tyle ciekawe jak dawniej. Wybrałem crossfit, a wtedy bardziej trening obwodowy. Kiedy wróciłem do regularnych treningów, to znów po pokonaniu 3 km miałem zadyszkę. Jednak nie zniechęcałem się. Po 2 tygodniach od mojego powrotu do uprawiania sportu, znajomi szukali kierowcy, który mógłby ich zawieźć w góry. To był 29 sierpnia 2014 roku. Jako że „nie miałem nic lepszego do roboty” na 2 dni przed końcem wakacji zgodziłem się nie tylko podwieźć ich, ale też wziąć udział w planowanej wyprawie górskiej. Kilka dni wcześniej, kiedy mi to proponowali jakoś nie zwróciłem zbytnio uwagi na nazwę Orla Perć. Dopiero na dzień przed wyjazdem zajrzałem na YouTube i zobaczyłem na co poważyłem się. Było już trochę za późno na odwołanie całej akcji a poza tym do końca nie miałem wyobrażenia, co może oznaczać „wyjście w góry bez odpowiedniej zaprawy”. Nazajutrz, o 4.00 wyruszyliśmy moim pierwszym samochodem w kierunku Tatr. Kuba, Igor, Wojtek, Paweł i ja. Ojciec Wojtka, który wtedy nas żegnał, powiedział, że nie mam szacunku dla gór, skoro po nich nie chodzę, a od razu porywam się na najtrudniejszy i najbardziej śmiercionośny szlak górski w Polsce. Chyba nie docierała do nas przestroga zawarta w jego słowach. Przez całą drogę słuchaliśmy jednej piosenki, na którą teraz mam kotwicę. Była to „Anaconda” (Nicki Minaj). Wtedy inspirowała nas do dalszej podróży i podjęcia wyzwania, szczególnie towarzyszący jej teledysk. Po przyjeździe zabraliśmy plecaki i wyruszyliśmy w drogę. Z początku szło nam się bardzo dobrze. Odcinek, który miał nam zająć ponad godzinę pokonaliśmy w około 30 minut. Realizowaliśmy kolejne etapy wspinaczki. Wszystko było dobrze do czasu, gdy po 5 godzinach skończyła nam się woda i jedzenie, a byliśmy może w połowie. Niestety na tej wysokości nie znajdziesz sklepu. Zostały nam jedynie żele energetyczne, które być może uratowały nam życie. W pewnym momencie było znaczne obniżenie terenu. Czwórka znajomych przede mną przeszła i czekała na mnie na dole. Ja zastanawiałem się jak tam zejść. Spytałem się jednego. Pokazał, że opuścił się na rękach i trochę zeskoczył. Drugi po prostu zeskoczył. No to ja też skoczyłem. I to był prawie mój ostatni skok w życiu. Kiedy moje nogi zetknęły się z ziemią to plecak został u góry i przeważył mnie do przodu ciągnąc w dół. Przypomniała mi się tylko jedna chwila, kiedy wychodząc z domu powiedziałem mamie, iż celem mojej podróży jest Orla Perć i mogę nie wrócić. Zatrzymałem się jakieś 0,5 m od kilometrowej przepaści w dół. To była ta chwila, kiedy poczułem strach a jednocześnie adrenalinę. Dostałem lekcję pokory i wziąłem ją. Przecież wszystko mogło skończyć się tragicznie w wyniku pośpiechu oraz zmęczenia. Jak widać nie zawsze są one dobrymi doradcami. Jednak udało się. Nie spadłem. Otrzepałem się tylko i szliśmy dalej. Po kilku godzinach zaczęło się powoli ściemniać i pojawiała się mgła, a pozostali uczestnicy wyprawy wyprzedzali mnie już o dobre 5—10 minut. Kiedy kolejny raz czekali na mnie, zrobili naradę. Zebrali wszystkie żele i kiedy dogoniłem ich, to dali mi je, żebym wcisnął resztki w siebie. Jednym z nich był shot energetyczny. Kiedy wziąłem to wszystko na raz, poczułem jakby ktoś wstrzyknął mi adrenalinę. Przez kolejne pół godziny zbiegałem z góry. I wtedy ja — pierwszy raz od kilku godzin — narzuciłem tempo. Po 30 minutach byliśmy już prawie na dole. Natrafiliśmy wówczas na strumień. Po około sześciu godzinach bez wody położyłem się na ziemi, wsadziłem głowę do strumienia i zacząłem pić. To było jak odrodzenie. Chwila, w której poczułem tak intensywny smak wody. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułem. Docenienie smaku, który dotąd dla mnie nie istniał. Nie przyszło mi nigdy do głowy, ile radości może dać zanurzenie języka w wodzie. Łapczywie zaspokoiliśmy pragnienie, napełniliśmy butelki, po czym ruszyliśmy dalej, ponieważ szybko zapadał zmierzch. Było dość ciemno. Idąc w dół szliśmy drogą, na której wcześniej liczyliśmy mosty. Pamiętaliśmy, że były 2. Minęliśmy pierwszy. Minęliśmy drugi. Pomyśleliśmy: „Ooo, to chyba już za rogiem!” Nic bardziej mylnego. Po kolejnych 10 minutach mijaliśmy kolejny most. Nie wiedzieliśmy, skąd się tam wziął, ale szliśmy dalej. Dalej był czwarty most. Poczuliśmy się nieswojo i ustaliliśmy, że jak miniemy jeszcze jeden, to chyba dzwonimy po TOPR. I ku naszemu zaskoczeniu, co za chwilę zobaczyliśmy? Piąty most. Stwierdziliśmy, że prawdopodobnie chodzimy w kółko. Już nawet przeszło mi przez głowę, że to sen. Jednak szliśmy dalej. Gdy minęło kolejne 15 minut, ujrzeliśmy drogę prowadzącą do miejsca, w którym zostawiliśmy samochód. Pamiętam moment, kiedy usiedliśmy w nim. Po 13 godzinach zdjęliśmy buty i chyba nigdy nie czuliśmy takiego smrodu, ale nigdy nie byliśmy tak uśmiechnięci. Pojechaliśmy słuchając naszej piosenki „Anaconda” do najlepszej restauracji po drodze (McDonald’s) i jedliśmy, ile się tylko dało. Ta wycieczka nauczyła mnie wiele. Pomimo tego, iż nasza wyprawa była przez wielu nazwana głupotą, czy też skrajną nieodpowiedzialnością, to dla mnie stanowiła jedną z lekcji życia, gdzie nauczyłem się jak ważna jest współpraca. Poczułem smak ryzykowania wszystkiego dla tej jednej chwili, możliwości zrobienia czegoś, na co większość ludzi w ogóle nie zdecydowałaby się. Mając jednak świadomość, że mogliśmy narazić własne i cudze zdrowie oraz życie, wiem jak istotne jest planowanie, przewidywanie, dawanie sobie i innym wsparcia, wzajemna odpowiedzialność.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 40.57
drukowana A5
Kolorowa
za 65.09