E-book
5.46
drukowana A5
13.69
Co się dzieje

Bezpłatny fragment - Co się dzieje

Objętość:
57 str.
ISBN:
978-83-8189-197-4
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 13.69

Zwykły szary dzień, jak co dzień. Ani słoneczny, ani deszczowy, ot, szary i tyle. Ciągnie się jak flaki z olejem. Nie mam ochoty ubrać się ani uczesać i nie wiem, co ze sobą mam zrobić. Czy to brak pomysłu, czy brak weny do czegokolwiek?

Spoglądam przez okno, tam też niczego ciekawego nie dostrzegam. Tylko jakiś lump łazi po ulicy ze swoim dobytkiem zebranym na dziecinnym wózku. Podchodzi do śmietnika, coś tam grzebie, wyciąga puszki po piwie, zgniata i ładuje do pudełka przymocowanego do wózka. Rozgląda się wokoło, podchodzi do drzewa i bezczelnie na nie sika. Zapewne myśli, że nikt go nie widzi. Po chwili podnosi z ziemi niedopałek. Sadowi się na ławce, na której zazwyczaj siadają pijący piwo faceci. Zapala go i przez krótką chwilę delektuje się, wolno wypuszczając dym.

„Co za parszywe życie go spotyka. Czy na takie sobie zapracował, czy taki los mu przeznaczony?” — zastanawiam się przez chwilę. Ale w końcu co mnie to obchodzi. Może on takie życie wybrał. Nikt mu nie mówi, co ma robić.

Jakaś kobieta wyszła z pieskiem na spacerek. Piesek się załatwił, lecz kupy po nim nie sprzątnęła — bo po co? W ubikacji też po sobie wody nie spuszcza… Co za babsztyl!

Nieopodal matka pogania maluszka, który szybko przebiera swymi małymi nóżkami. Śpieszy się do przedszkola, ale gdyby wcześniej wstała, może szliby spokojnie i jeszcze na rozmowę z maluchem starczyłoby czasu?

Co za zołza we mnie dziś się obudziła, sama siebie nie poznaję. Już wiem: za dużo wolnego czasu. Muszę wziąć się w garść, bo inaczej zgnuśnieję i zszarzeję, a jeszcze jak troszkę goryczy doleję, to już po mnie.

„Kawa, kawa! Muszę zrobić sobie kawy” — taka myśl przeleciała mi przez głowę, a jednak nadal wpatruję się w ulicę.

Jakiś mężczyzna w zielonej kurtce, na oko — trzydzieści parę lat. Włosy dziwnie, trójkolorowo rozjaśniane, postawione na sztorc, długie z tyłu głowy. Idzie szybkim krokiem w kierunku domu naprzeciw mojego okna, niespokojnie rozgląda się wokoło. Wyciągając klucze, nie zauważył, że z kieszeni wyleciała mu karteczka lub biała koperta — z tej odległości nie potrafiłam jednoznacznie określić. Wiatr zwiał ją w krzewy przed domem. Ciekawe, co na niej było. „A co mnie to w końcu obchodzi” — pomyślałam i poszłam zrobić kawę.

Dopijając ostatni łyk, byłam w innym nastroju, wiele myśli krążyło po mojej głowie. Cały dzień był zaplanowany z najdrobniejszymi szczegółami.

Oj, co ja bym bez tej kawy zrobiła, stawia mnie na nogi jak nic innego.

Ubrałam się, zrobiłam makijaż. Z domu wyszłam już spokojna z zamiarem udania się na zakupy.

Przechodząc obok krzewu, pod który wleciała karteczka z kieszeni mężczyzny, kątem oka zauważyłam, że jeszcze tam leży. Schyliłam się i z ciekawości ją podniosłam. Idąc dalej, zaczęłam czytać. Nie była to zwykła karteczka, jak mi się wcześniej wydawało. Aż mnie zmroziło, kiedy przeczytałam pierwsze słowa. Jak można zgubić coś tak ważnego? Schowałam kartkę, a w zasadzie dziwny dokument, do torebki. Kiedy wrócę do domu, zastanowię się, co dalej. Trzeba coś z tym zrobić, nie można tak tego zostawić, zbyt poważna to sprawa. Teraz mam swoje sprawy do załatwienia.

Prawie wtoczyłam się do domu obładowana zakupami — tymi zaplanowanymi i tymi, jak to nazywają, z promocji. Jeszcze dobrze nie rozpakowałam wszystkiego z toreb, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. „A kogo tu niesie?” — burknęłam pod nosem.

Otworzyłam spokojnie drzwi. Przed nimi stała starsza kobieta. Tak na oko miała z sześćdziesiąt lat. Siwe włosy spadały na czoło. Twarz poorana zmarszczkami, które wskazywały na to, że życie jej nie pieściło. Trzymała w ręce kopertę.

— Roznosili nowy czynsz, a pani nie było, więc wzięłam, aby się pani nie fatygowała do spółdzielni.

— Dziękuję — odpowiedziałam z uśmiechem, jednocześnie biorąc pisemko i bez zachęcania do rozmowy odrzekłam: — Przepraszam, ale się spieszę.

Zamknęłam drzwi, zerknęłam na kopertę. Pewnie znowu podwyżka — rzuciłam ją na stolik bez zaglądania do środka.

Nieco zdenerwowana rozpakowałam zakupy i zaczęłam szykować obiad. Musiałam się nieźle uwijać, by zdążyć na czas. Tylko po co ja się tak spieszę, nikt mnie nie goni, nikt nie czeka z łyżką przy stole. Przecież jestem sama.

Po obiedzie humor mi się poprawił i zrobiłam się senna. Troszkę sjesty nie zaszkodzi. Położyłam się na tapczanie i zamknęłam oczy. Zakupy są takie męczące. Chwilkę odpocznę.

Włączyłam telewizor; lubię drzemać, kiedy słyszę dochodzący z niego głos. Przypomniałam sobie o kopercie.

Wstałam powoli, zerknęłam na stolik — leżała tam koperta. Otworzyłam ją wściekła, wiedziałam, czego się spodziewać. Jakie było moje zaskoczenie, gdy przeczytałam o obniżce czynszu! „Po cholerę tak się wściekałam przed jej otwarciem?” — mruczałam pod nosem.

Zrobiłam sok z marchwi, wypiłam i zaczęłam się szykować na spacer. Czego jak czego, ale spacerów nie odmawiałam sobie nawet wtedy, kiedy padał deszcz, a nawet doskwierał mróz.

Szłam spokojnie, obserwując ludzi. Przede mną szedł facet i pluł na ulicę. Cholera mnie brała i zbierało mi się na wymioty. Przeszłam na drugą stronę. Kątem oka zerknęłam na niego, nie wyglądał na chorego, lecz na takiego, co ma wszystko i wszystkich gdzieś. Szedł po ulicy, szurając nogami. Rozglądał się wokoło, jakby kogoś lub czegoś szukał.

W parku spostrzegłam, że ławka, na której zazwyczaj siadałam, była zajęta — zatrzęsło mną. Jak można zająć ławkę właśnie wtedy, kiedy ja miałam ochotę na niej usiąść? Ale w końcu to ławka publiczna, więc czego ja się tak wściekam? Każdy może na niej usiąść. Może i tak, ale siła przyzwyczajenia brała górę.

Wobec takiej sytuacji musiałam usiąść obok. Zaskoczona byłam, kiedy na następnej ławce usiadł plujec, którego spotkałam chwilę wcześniej. Siedział i obserwował dzieci bawiące się na alejce. Kiedy jedno z nich rzuciło na trawnik papierek po cukierku, krzyknął:

— Ej, mały, musisz tak śmiecić? Tam jest kosz. — Wskazał na niego palcem.

Aż mną zatrzęsło. Że też ja nie krzyknęłam tak za nim, jak pluł na ulicę. Co za człowiek, cudze widzi, a siebie chyba rozgrzesza. Przecież charki nie rzucają się w oczy tak jak papier, ale że zarazki wypluwa, to o tym nie myśli? Debil jeden.

Wstałam z ławki i ruszyłam w drugą stronę, posyłając mu złowrogie spojrzenie, ale chyba nie zrozumiał dlaczego, bo łba nie opuścił ani się nie zawstydził.

Szłam spokojnie, oglądając wystawy — a nuż coś ciekawego zobaczę. Niestety nic mnie nie zachwyciło.

Wróciłam do domu nieco zbulwersowana i troszkę zmęczona.

Kiedy robiłam kanapkę, przypomniałam sobie o kartce. „Właśnie, muszę ją dokładnie przestudiować i zastanowić się, co z tym zrobić” — myślałam już spokojnie.

Przeczytałam dokładnie dwa razy, podeszłam do okna i zaczęłam obserwować dom z przeciwka, do którego wszedł mężczyzna. Jego zgubę trzymałam w ręce. Może go zobaczę, poznałabym go po jego głupkowatych włosach. Kto się tak czesze i po jakiego diabła rozjaśnia włosy? Ale nikt taki nie rzucił mi się w oczy. Wobec tego nie pozostaje mi nic innego jak dowiedzieć się, gdzie mieszka, i oddać zgubę. Muszę się tego pozbyć jak najszybciej, nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Ale nie dzisiaj, nie będę wychodziła z domu.

Już miałam się kłaść do łóżka, kiedy zadzwonił telefon. „Że też nie można się położyć spokojnie spać, co za diabeł znowu dzwoni?” — myślałam, odbierając.

— Cześć — usłyszałam głos Krychy.

— No witam, dawno nie dzwoniłaś — byłam mimo wszystko miła.

— Muszę się z tobą jutro spotkać, mam coś bardzo ważnego do powiedzenia, ale nie dziś, dziś nie mam czasu, bo to dłuższa rozmowa. Spotkajmy się jutro o godzinie dziesiątej rano na rynku, tam gdzie zawsze na kawę, OK? — prawie wykrzyczała i rozłączyła się, nie czekając na to, czy się zgadzam, czy nie.

Zawsze stawia mnie pod murem i nie uznaje sprzeciwów małpa jedna. Nawet nie spytała, czy mogę, czy nie. Myśli, że jak kiwnie palcem, to ja już polecę.

„Ciekawe, co też takiego się stało, że dzwoniła, i co to za ważna sprawa” — zaczęłam się zastanawiać. Prawdę mówiąc, Krycha nigdy z bzdurami nie dzwoniła, musiało się stać coś bardzo ważnego. Dawno już z nią nie rozmawiałam, a przyjaźniłyśmy się od dawna. Kontakty jednak nie były tak częste, jak być powinny. Każda z nas miała swoją pracę i nie było czasu na ploty. Jeśli już się spotkałyśmy, rozmowie nie było końca i żadna z nas nie odczuwała upływu czasu od ostatniego spotkania, ot, jakby w ogóle nie upłynął. Obie traktowałyśmy tę przyjaźń jak wymagający wysiłku obowiązek, który polegał na tym, że w razie jakiejkolwiek potrzeby każda z nas ruszała swoją dupę i pędziła na złamanie karku, aby przypadkiem nie zostawić drugiej bez pomocy. Myślę, że to dobry rodzaj przyjaźni.

Długo nie mogłam zasnąć, myśli kłębiły się w głowie. Zastanawiałam się cały czas nad jej telefonem — cóż się mogło wydarzyć?


Wstałam zmęczona jak nigdy. Całą noc śniły mi się bzdury. Biegłam, bo ktoś mnie gonił. To znów ja kogoś goniłam po pustej ulicy. Następnie wyciągałam z rowu Krychę, która pojawiła się nie wiadomo skąd. Trzymała w ręce bluzkę poplamioną krwią. Płakała przy tym głośno. Nie mogłam jej uspokoić, na dodatek coś do mnie mówiła, szeroko otwierając usta, a ja niczego nie słyszałam. Z jej ust nie wydobywał się żaden głos. We włosy miała wplecione czarne kwiaty, z których leciała krew, ale dziwnie nie spływała po jej twarzy, tylko tryskała w górę, tworząc nad jej głową fontannę, której strumień kierował się w moją stronę. I już miała mnie ona oblać, kiedy obudziłam się zmęczona i spocona, jakbym dopiero co wyszła z wody.

Przecierałam oczy, sen jak horror.

„Uff, co za durny sen?” — powiedziałam do siebie i skierowałam kroki do łazienki. Umyłam się i ubrałam. Zrobiłam, jak co dzień, makijaż i zaparzyłam kawę. Do spotkania miałam dość czasu.

Myślałam cały czas o śnie, jaki miałam tej nocy. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. To bardzo dziwne. Do tej pory żyłam sobie spokojnie. To wszystko ma chyba jakiś związek z tą nieszczęsną kartką. Po kiego diabła ją podnosiłam.

Nagle usłyszałam głośny stuk dochodzący z pokoju, zupełnie jakby coś spadło. Wystraszyłam się, mimo to tam poszłam. Rozejrzałam się dokładnie, ale wszystko było na swoim miejscu. Widocznie się przesłyszałam, wszystko przez ten nieszczęsny sen.

Zbliżała się godzina dziewiąta, ubrałam się. Nie mogłam się spóźnić, bo Krycha i ja nie tolerowałyśmy spóźnień. Do rynku był spory kawałek drogi, a ja nie lubię się śpieszyć, bardzo się zaraz pocę. Wobec tego muszę iść spokojnie, zresztą po co się śpieszyć.

Do rynku dotarłam spokojnie, lecz jej nie było. Zajęłam miejsce przy stoliku, przy którym zazwyczaj siadałyśmy, i zamówiłam kawę. Czekałam prawie godzinę, ale Krycha się nie zjawiła. Nie miałam przy sobie telefonu, bo nigdy nie biorę go, kiedy wychodzę z domu. Nie robię z siebie uzależnionej od niego niewolnicy, inaczej już bym do niej dzwoniła. Wściekła na nią, że wystawiła mnie do wiatru i zmarnowała mi dwie godziny życia, wstąpiłam po drodze do sklepu dla plastyków. Kupiłam blejtram. Kiedy byłam zła, zawsze coś malowałam, to mnie uspakajało.

Wróciłam zmęczona do domu. Jeszcze zanim się rozebrałam, chwyciłam za telefon. Wybrałam numer, ale nikt nie odpowiadał. „Hm, dziwne — powiedziałam głośno do siebie — ona nigdy nie rozstaje się z telefonem, prawie przyrósł jej do ręki, i teraz nie odbiera? Zadzwonię za jakiś czas — kontynuowałam swój monolog — albo jutro zjawię się u niej. Jak ją dorwę, to mnie popamięta i już nigdy nie wystawi do wiatru”.

Wściekła na cały świat zabrałam się za kończenie obiadu. Miałam dziś w planie szukanie tego faceta od kartki, ale jakoś nie bardzo miałam na to ochotę, może jutro się za to zabiorę. Głowy chyba nikt mi za to nie urwie. Dziś jestem wściekła na wszystko i na wszystkich. To przez Krychę.

Zjadałam spokojnie obiad i zastanawiałam się cały czas nad tym, co ostatnio mnie spotkało. Intrygowała mnie kartka, zastanawiała Krycha, i co w ogóle znaczył ten cholerny sen?

Aż się wzdrygnęłam, kiedy usłyszałam głośne i natarczywe stukanie do drzwi.

Otworzyłam i ujrzałam tę sama sąsiadkę co wczoraj. Jednak ona nie czekając na zaproszenie, złapała mnie za rękę i pospiesznie poprowadziła do okna.

— Proszę spojrzeć, co się stało na ulicy! — Wskazywała palcem.

Czułam, jak jej ciało dygoce, to chyba z podniecenia. Zerknęłam w okno i już chciałam odsłonić firankę, ale ona mnie powstrzymała.

— Niech pani nie odsłania! Lepiej, by nas nie widzieli!

Aż mnie zatkało, kiedy zobaczyłam, co się dzieje. Na ulicy leżał facet i, o dziwo, to był ten, którego widziałam poprzedniego dnia. Ten sam, co zgubił karteczkę, która była teraz w moim posiadaniu. Obok stało dwóch innych i rozmawiali przez telefon.

— Trzeba zawiadomić policję — powiedziałam.

— Czy pani zwariowała? Nie ma się co mieszać w te sprawy, przecież ten facet nie żyje, ja widziałam, jak tych dwóch go katowało.

— Co takiego? Oni go katowali, a teraz, jakby nigdy nic, stoją obok i rozmawiają przez telefon?

— No w zasadzie jak zerknęłam przez okno, to on już leżał, dokładnie nie widziałam, czy to oni, czy nie.

— To będzie lepiej, jak nie będzie pani nic mówiła. To nie są żarty.

— Ma pani rację, ja przepraszam, że tu przyszłam, ale tak się zdenerwowałam, nie wiedziałam, co zrobić.

— Też bym się zdenerwowała — uspokajałam ją, jednak spoglądałam w okno, jakbym chciała się upewnić, czy to na pewno ten, a nie inny. Ale te włosy i ta kurtka…

— To ja już sobie pójdę, nie będę zabierała czasu, troszkę się uspokoiłam, bo myślałam, że źle widzę, dlatego tu przyszłam, sama pani rozumie, stara już jestem i się boję.

— Rozumiem — powiedziałam spokojnie, zamykając za nią drzwi.

Oparłam się o zamknięte drzwi i nabrałam dużo powietrza w płuca. Szybkim krokiem podeszłam do okna, ale nikogo już nie widziałam. Cicho i pusto na ulicy, jakby nic się nie stało. Przetarłam oczy z wrażenia. Tak szybko już się pozbierali i odeszli. Dziwne zdarzenie, i ta sąsiadka… Mieszkam tu już parę lat, a jakoś nigdy nie miałam okazji jej poznać. To ma chyba jakiś związek z tą nieszczęsną kartką. Co się ostatnio dzieje? I ta sąsiadka taka jakaś dziwna: niby miła, ale coś złowrogiego widać w jej oczach. Tłumaczy się samotnością i starością, a paznokcie długie i pomalowane jaskrawą czerwienią. Jak mnie chwyciła, to myślałam, że mi ręce porani — takie były ostre.

Zerknęłam na swoją rękę i się przeraziłam. W miejscu, gdzie mnie trzymała, widać było ślady po paznokciach i leciała z nich krew. Pobiegłam do łazienki, zaczęłam zmywać. Dziwna ta krew, rozmazywała się. Zbliżyłam do niej nos, aż mnie odrzuciło — poczułam zapach lakieru do paznokci.

„Fuj” — syknęłam, odsuwając nos. Byłam uczulona na wszelkie takie zapachy. „Co za babsko, maluje paznokcie, a potem przyłazi do mnie i mnie brudzi” — mówiąc to, podeszłam do okna. „No tak, firanka też załatwiona, przez tę durną panikarę będę musiała kupić nowe firanki” — mówiłam głośno. „Na dodatek baba ma zwidy, a ja durna widzę to, co ona chciała, abym zobaczyła. Dziwne to wszystko”.

Włączyłam telewizor i spokojnie usiadłam, ale jak tu siedzieć spokojnie, kiedy taki chłam nam wciskają. Będą coś komuś odbierać pośmiertnie. „Co za głupota… Pośmiertnie to mogą pocałować ich w dupę” — prowadziłam dialog z telewizorem.

Wyłączyłam to pudło i zadzwoniłam do Krychy. Nie odbierała.

„A może jednak pojadę do niej dziś. To nie w jej stylu, aby tak milczeć, zwłaszcza że się umawiała, a ona jest słowna tak jak i ja, chyba że — zamyśliłam się — cholera!” Zerwałam się na równe nogi. „Może ona jest chora i potrzebuje pomocy”.

Ubierałam się w pośpiechu, nawet nie dopinałam płaszcza, chwyciłam kluczyki do auta. „Obym tylko zdążyła” — żałowałam tak późnej decyzji.

Złamałam chyba wszystkie przepisy drogowe, na szczęście nikt mnie nie zatrzymał. Przed drzwiami stanęłam zdyszana. Dzwoniłam, stukałam, ale nikt nie otwierał. Już miałam odejść, kiedy z sąsiedniego mieszkania wyszła kobieta i wskazując na drzwi, powiedziała:

— Niech pani nie stuka, tu od dawna nikt nie mieszka!

— Jak nikt nie mieszka? Tu mieszka moja koleżanka Krystyna.

— Co też za bzdury pani wygaduje, ona nie mieszka tu już od dawna! — odpowiedziała zdenerwowana.

— Kiedy się wyprowadziła? Przecież jakieś pół roku temu u niej byłam — zdenerwowałam się.

— No właśnie, to będzie jakieś pół roku — zamyśliła się — a może troszkę mniej, nie pamiętam dokładnie, ale coś koło tego. Przepraszam, ale mam dzieci i muszę już iść, bo narobią bałaganu. — Zamknęła za sobą drzwi, zostawiając mnie zaskoczoną.

Wyszłam na ulicę. Byłam otumaniona i zdenerwowana. Dlaczego Krycha nic mi nie powiedziała o przeprowadzce? Co się mogło stać, że tak nagle zmieniła adres, nic mi o tym nie mówiąc? Teraz nie odbiera telefonu, a chciała się spotkać. Przypomniałam sobie, że była zdenerwowana, kiedy do mnie dzwoniła. Coś mi mówiło, że mogła potrzebować pomocy, a czasu na tłumaczenie nie miała. Mętlik w głowie miałam coraz większy. Nie wiedziałam, co mam zrobić, nie znałam jej adresu, bo nie poinformowała mnie łaskawie o jego zmianie. Telefon nie odpowiadał, nie miałam żadnego punktu zaczepienia. Ja mam ją teraz znaleźć? Od czego zacząć? Co się dzieje?


Siedziałam w pokoju. Panował w nim półmrok, ja jednak nie chciałam zapalać światła, zresztą po co? I ciągle myślałam o tym, co się wydarzyło w ostatnim czasie. Z ciszy, jaka panowała w mieszkaniu, zaczęło mi dzwonić w uszach. Po chwili poczułam dotyk czyjejś ręki na moim ramieniu. Ciarki przeleciały mi po plecach. Odwróciłam się gwałtownie, lecz nikogo nie było. Usłyszałam natomiast ciężki oddech dochodzący z drugiego pokoju. Był charczący i głośny. Zupełnie jakby ktoś nie mógł nabrać powietrza w płuca. Poderwałam się na równe nogi i zaczęłam dygotać ze strachu. Krzycząc, wybiegłam na korytarz. Stała tam kobieta i patrzyła na mnie wystraszona.

— Co się stało, że pani tak krzyczy?

— W moim pokoju ktoś jest i ciężko dyszy! — Wskazywałam na moje mieszkanie.

— Przecież pani mieszka sama, ale możemy wejść, na pewno pani się zdawało.

— Nie! Ja tam nie wejdę! — Potrząsałam nerwowo głową. — Ja tam nie wejdę, niech pani tam wejdzie i zobaczy.

— Mogę wejść i sprawdzić.

Kobieta weszła, a ja roztrzęsiona stałam przed drzwiami. Po chwili usłyszałam, jak mnie woła:

— Może pani wejść, tu nikogo nie ma — mówiąc to, podeszła do mnie, chwyciła mnie za rękę i poprowadziła do mieszkania. — Zdawało się pani, tak to jest, jak się mieszka samotnie i jeszcze jak dołączą do tego kłopoty. Proszę pani, to tylko stres. Ostatnio zauważyłam, że jest pani nieco podenerwowana, ma pani jakieś kłopoty? — spytała.

— Nie, nie mam żadnych kłopotów, mam teraz parę dni wolnego. — Nie miałam zamiaru z czegokolwiek się jej tłumaczyć.

— Wobec tego proponuję pani, aby napiła się pani herbaty i położyła się. Sen jest najlepszym lekarstwem. Pójdę już i proszę być spokojną — mówiąc to, otwarła sobie drzwi.

Przytaknęłam głową na znak, że tak zrobię.

Kiedy wyszła, jeszcze przez chwilę cała dygotałam. Z każdą mijającą chwilą pajęczyna strachu, która mnie oplątała, stawała się mniejsza.

Wypiłam herbatę i położyłam się spać, nasłuchując uważnie, czy nie usłyszę znowu oddechu. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.


Obudziłam się wypoczęta jak nigdy dotąd. Spałam jak dziecko, nic mi się nie śniło. Zadowolona, z energią w piersiach ochoczo zrobiłam kawę. Z mocnym postanowieniem odnalezienia Krychy, a także faceta od kartki delektowałam się zrobioną kawą. Smakowała jak nigdy, jej aromat oraz smak łechtały moje podniebienie. Z każdym łykiem nabierałam coraz to większej ochoty do życia. Już miałam sięgnąć po telefon, kiedy usłyszałam jego dźwięk. Wzdrygnęłam się i z obawą w sercu sięgnęłam po niego. Na ekranie wyświetlił się numer Krychy. Odebrałam uradowana i nie czekając, aż ona się odezwie, głośno powiedziałam:

— Wreszcie się odzywasz! Dzwoniłam do ciebie parę razy, a ty co…? Gdzie ty jesteś?

Ale głos, który usłyszałam, nie był jej głosem.

— Przepraszam, dzwonię ze szpitala na ten numer, bo tylko ten się wyświetlał. Mamy w szpitalu osobę, ale nie ma ona przy sobie żadnych dokumentów, a tylko pani numer się wyświetlał. Czy mogłaby pani przyjechać do szpitala w celu ustalenia danych personalnych tej kobiety? — usłyszałam spokojny męski głos.

— Tak, zaraz przyjadę, proszę podać adres — w moim głosie wyraźnie było czuć zdenerwowanie.

Zapisałam adres i w pośpiechu zaczęłam się ubierać. Popędziłam do samochodu. Jadąc ulicą, nie mogłam sobie przypomnieć, czy zamknęłam za sobą drzwi na klucz. „Mam to w nosie, zamknięte czy nie, teraz to nieważne, tylko Krycha się liczy” — mówiłam głośno do siebie.

Wpadłam do szpitala zadyszana i udałam się na izbę przyjęć. Tam skierowali mnie na oddział. Kiedy dotarłam na miejsce, lekarz już na mnie czekał.

Zaprowadził mnie do pokoju. Na łóżku nieruchomo leżała kobieta. Była nieprzytomna i ciężko oddychała. Oddech zupełnie przypominał ten, który słyszałam wczoraj w domu. Zesztywniałam cała i nie mogłam zrobić kroku. Kobieta miała zabandażowaną głowę, jej jasne włosy wychodziły spod bandaży.

— Czy pani ją poznaje? — spytał lekarz.

Przyglądałam się uważnie, rozpoznałam swoją koleżankę.

— Tak, to jest Krycha, przepraszam, Krystyna, ale ja do niej mówiłam Krycha.

— Czy jest pani jej rodziną?

— Nie, jestem jej najbliższą koleżanką, ona nie ma rodziny.

— Ale może pani podać jej dane? Bo jak na razie widnieje pod inicjałami NN.

— Oczywiście, mogę podać wszystkie dane.

— Mam do pani jeszcze jedno pytanie: czy ona miała męża lub narzeczonego? Z wypadku przywiezione były dwie osoby: ona i mężczyzna. Mniej więcej w jej wieku, tak jak i ona nie miał żadnych dokumentów przy sobie. Jedynie pani koleżanka miała w kieszeni komórkę.

— Ona była samotna, nie miała męża, a o narzeczonym nic mi nie wiadomo. Gdzie ten mężczyzna jest teraz? — spytałam.

— W sali obok, lecz także jest nieprzytomny, dziwi mnie tylko, że oboje nie mieli przy sobie żadnych dokumentów.

— Mogę zerknąć, paru jej znajomych znam, ale czy pomogę — nie wiem.

Podprowadził mnie do sali obok.

— Niestety nie, nie pomogę. Nie znam go.

— Może przejdziemy do gabinetu i tam uzupełnimy dane.

— Czy ja będę mogła się czegokolwiek dowiedzieć o ich stanie zdrowia?

— Skoro nie ma żadnych krewnych, to tak.

Wiadomość, jaką otrzymałam od lekarza, zwaliła mnie z nóg: ich stan był bardzo zły.

Siedziałam przy Krystynie i płakałam. Bezsilność, jaka mnie teraz dopadła, była nie do zniesienia. Cóż się stało, że wyszła bez dokumentów, i co robił z nią ten mężczyzna? Nic mi nie pasowało, zwłaszcza ta kartka, która spędzała mi sen z oczu. Te wszystkie wydarzenia, których byłam uczestnikiem. Niespotykane, ale jakoś dziwnie nie układają mi się w całość, abym mogła cokolwiek wydedukować.

Po dwóch godzinach wyszłam ze szpitala. Jechałam ostrożnie do domu.

Jutro znów do niej przyjdę, nie zostawię jej samej. Dobrze, że mam wolne dni — będę mogła przychodzić już od rana.

W domu nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Ani ja jakoś nie miałam ochoty na jedzenie, ani mój żołądek nie dopominał się o pożywienie. W innych okolicznościach już by mi dał sygnał.

Chodziłam po mieszkaniu z kąta w kąt. Podchodziłam do okna, to znowu siadałam na krześle. „Co ja mam teraz zrobić?” — myślałam. „Jeszcze ta przeklęta kartka. Co ja mam teraz zrobić?” Objęłam głowę rękami, zamknęłam oczy. Co się dzieje?

Jak długo tak siedziałam? Nie wiem. Dopiero stukanie do moich drzwi otrzeźwiło mnie i wyrwało z tego stanu. Podeszłam do nich, otworzyłam powoli, ale nikogo za nimi nie widziałam. Chyba mi się zdawało. Zamknęłam drzwi, poszłam do kuchni. Zaczęłam robić sobie kawę, kiedy ponownie usłyszałam pukanie. Podbiegłam do drzwi, otworzyłam je gwałtownie, lecz znowu nikogo nie było. „Co za wygłupy!” — krzyknęłam i ze złości zamknęłam je z hukiem. „Co za ludzie! Żartów niemądrych im się zachciewa!” Byłam wściekła.

Nie odchodziłam od drzwi na wypadek, jakby komuś zachciało się znowu mnie niepokoić.

Kiedy usłyszałam ponowne stukanie, otworzyłam je szybko, lecz znowu nikogo nie było. Ogarnęło mnie przerażenie. Pot wystąpił mi na czoło, moje ręce zaczęły się trząść. Byłam bardzo niespokojna. Czułam, że serce mi wali jak młotem.

Stałam przed drzwiami i mimochodem przekręciłam klucz w zamku. Nagle usłyszałam cichy płacz za drzwiami, ale za bardzo byłam wystraszona, aby je otworzyć, mimo wielkiej ciekawości, kto tak płacze. Tchórzostwo tkwiące we mnie przeważyło.

Po chwili płacz ustał i nastała cisza tak wielka, że słyszałam bicie swojego serca. Nie potrafiłam się uspokoić. Musiałam wziąć tabletki, lecz i one mnie nie podreperowały. Strach był za duży, aby go uspokoić. Wcisnęłam się w fotel otulona kocem i tak siedziałam, wytężając słuch. Uczucie to było silniejsze ode mnie, nasłuchiwałam i nasłuchiwałam. Strach natomiast stawał się coraz większy. Czułam, jak ciarki przechodzą mi po plecach i pot spływa z twarzy.

Zaczęłam krzyczeć, kiedy znowu usłyszałam głośne stukanie. „Odejdź i zostaw mnie w spokoju!” — krzyczałam.

Strach sparaliżował mnie całą, nie potrafiłam się ruszyć z miejsca. Stukanie nie ustawało, po chwili usłyszałam kobiecy głos dochodzący zza zamkniętych drzwi.

— Niech pani nie krzyczy, proszę otworzyć, to ja, pani sąsiadka! Mieszkam obok pani. — Głos był spokojny.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 13.69