E-book
31.5
drukowana A5
50
Co powinieneś zrobić, gdy umrzesz?

Bezpłatny fragment - Co powinieneś zrobić, gdy umrzesz?


Objętość:
214 str.
ISBN:
978-83-8440-473-7
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 50

Informacje zawarte w tej książce oparte są na doświadczeniach oraz poglądach autora. Autor nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek wykorzystanie informacji zawartych w tej książce.


Uwaga! Ważna informacja


Żyjemy w czasach wielkiego chaosu i zakłamania. W czasach, kiedy trzeba wyraźnie objaśniać i eksponować to, co ma się na myśli, aby prawdziwy sens przesłania nie został zmanipulowany lub niewłaściwie zinterpretowany. I to zarówno przez ludzi, jak i przez rozmaite algorytmy sztucznej inteligencji obecne w przestrzeni internetowej. Dlatego już na samym początku pragnę wyraźnie podkreślić, że chociaż ta książka traktuje o życiu po śmierci fizycznego ciała, nie oznacza to bynajmniej, że zawarte w niej treści są zachętą do przedwczesnego zakończenia obecnego, ziemskiego żywota. Jeszcze do niedawna byłoby to zupełnie oczywiste, lecz w dzisiejszych, szalonych czasach trzeba takie rzeczy akcentować, by nie stać się ofiarą manipulatorów ani propagandystów. Wobec powyższego powtórzę raz jeszcze: SAMOBÓJSTWO NIGDY NIE JEST DOBRYM ROZWIĄZANIEM! W dalszej części tej książki pokażę Wam, jak bardzo negatywne skutki ma dla tego, kto się go dopuści. Kluczową w tym przypadku pozostaje świadomość, że nie ma takiego doświadczenia w tym świecie, z którym nie bylibyście w stanie sobie w jakiś sposób poradzić. Zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie lub siła w Was samych, by dane doświadczenie przetrwać. Zawsze.

W niniejszej publikacji pokażę Wam, że śmierci, która nadejdzie w swoim czasie, nie należy się obawiać. Treści zawarte poniżej mogą być dla Was jednocześnie wsparciem w tej doczesnej wędrówce, abyście dotrwali do jej naturalnego końca ze spokojem i pogodą ducha. Tę wiedzę należy traktować jak nauki najpopularniejszych obecnie kultów religijnych, które głoszą, że życie po śmierci istnieje i może być przyjemniejsze niż to obecne — ziemskie, przestrzegając jednocześnie surowo przed popełnieniem samobójstwa.

Przedmowa

Drodzy Czytelnicy, niezmiernie cieszy mnie fakt, że odnaleźliście tę książkę i nosicie się z zamiarem jej przeczytania, zwłaszcza że z pewnością będzie miała ona ogromny wpływ na Wasze dalsze życie. Jej tytuł nie jest żadnym chwytem marketingowym ani grą słów — jest dosłownym określeniem podejmowanej w niej tematyki. Powinniście bowiem wiedzieć, że tuż po śmierci Waszego fizycznego ciała przyjdzie Wam podjąć niezwykle ważne decyzje. Postaram się zatem przybliżyć tę kwestię najlepiej jak potrafię, abyście mogli przygotować się do tej nieuniknionej i kluczowej chwili jeszcze podczas obecnego, ziemskiego życia.

Wiedzę zawartą w tej książce zdobywałem i zgłębiałem przez długie lata. Setki książek, wykładów, artykułów i nagrań były niczym ocean informacji, w którym miałem przyjemność się zanurzyć. Wydobyłem z niego dla Was prawdziwą esencję, wzbogaconą moimi doświadczeniami, przemyśleniami i odkryciami. Zazwyczaj tego typu publikacje tworzą osoby posiadające pewne zdolności parapsychiczne. Ja z pewnością do nich nie należę. Nie otrzymuję tzw. channelingów (przekazów od jakichś istot), będąc w stanie transu czy hipnozy. Od dziecka posiadam jednak bardzo silną intuicję i zdolność chłodnego, analitycznego myślenia. Ale akurat tymi ostatnimi w mniejszym lub większym stopniu dysponuje każdy. Zapewne nieraz doświadczyliście tego charakterystycznego uczucia, gdy coś w głębi, jakiś wewnętrzny głos nagle mówi: „Nie rób tego! Nie idź tam!”. Często nie ma logicznego powodu, by danej czynności wówczas nie wykonać, lecz ten głos i towarzyszące mu emocje są tak potężne, charakterystyczne i wzbudzające zaufanie, że często się nimi wówczas kierujemy. Potem okazuje się, że to uchroniło nas przed jakimś groźnym czy przykrym wydarzeniem.

Właśnie ten wewnętrzny głos już od dziecka podpowiadał mi, że otaczająca rzeczywistość nie jest taka, jaką malują mi dorośli. Od zawsze czułem się więźniem w tym świecie i we własnym ciele, a całe to tzw. ziemskie życie zdawało mi się bezsensownym, czy wręcz jakąś formą kary lub pozbawienia wolności. Owszem, wizualnie planeta, na której żyję, budziła mój zachwyt i uwielbiałem rozkoszować się otaczającymi mnie zjawiskami przyrody. Nie mogłem jednak uwierzyć, że rzeczą naturalną jest to, że większość naszego czasu trawi praca, obowiązki, zmartwienia i cierpienie. Że właśnie tak ma to wyglądać i że, jak to mawiają dorośli: „Takie jest życie…”. Chciałem stąd uciec do jakiegoś lepszego, bezpiecznego, prawdziwego świata, lecz nie znałem drogi.

Im byłem starszy, tym więcej pytań tliło się w mej głowie. Jednak od pochłoniętych szarą codziennością znajomych mi ludzi próżno było oczekiwać jakichkolwiek sensownych odpowiedzi. Nie przemawiały do mnie także wywody naukowców pokazywanych w tzw. mediach głównego nurtu, którzy próbowali wmawiać, że poznali ten świat już na tyle dobrze, iż są w stanie wyjaśnić

niemal każdą skrywaną przez niego tajemnicę. Pisząc o mediach bądź ludziach głównego nurtu, mam na myśli propagujących wyłącznie te informacje, jakie aprobują sprawujący władzę — czyli rządy, koncerny, lobbyści itp.

Również ideologia ani zasady religii katolickiej, w której się wychowałem, nie odpowiadały na moje pytania. I owszem, mamiły człowieka wizją odejścia do lepszego świata po śmierci, lecz w zamian wymuszały posłuszeństwo oraz nakaz uczestnictwa w różnych dziwnych rytuałach za życia pod groźbą wtrącenia do tzw. piekła. Ponadto katolicyzm nie dostarczał mi konkretnej, praktycznej wiedzy, którą zastępowały w nim liczne, często absurdalne dogmaty. Toteż gdy mama wysyłała mnie samego do kościoła, ukradkiem zbaczałem z drogi i szedłem do pobliskiego lasu, gdyż nie znosiłem tego miejsca. Nie tylko czułem, że marnuję tam czas, lecz także jego wnętrze wzbudzało we mnie jakiś dziwny, ogromny niepokój. I bynajmniej, nie chodziło tylko o mroczny gotycki wystrój ani o wielką przerażającą figurę przybitego do krzyża człowieka. Czułem, że ze środka zionie jakaś mroczna energia.

W lesie było zupełnie odwrotnie. Siadałem sobie tam, gdzie nikt mnie nie widział, i delektując się towarzystwem natury, rozmyślałem o wszelakich, nurtujących mnie tematach. Tam czułem, że wiedza, której szukam, gdzieś istnieje, a być może nawet w jakiś sposób jest ukryta głęboko we mnie. Jednak na tamtą chwilę miałem do niej bardzo ograniczony dostęp, gdyż mój wewnętrzny głos porcjował mi ją zaledwie po kropelce. Czynił to pod postacią nagłych pomysłów, olśnień, które podczas kontemplacji czy medytacji wpadały mi do głowy. Próbowałem także poszukiwać wiedzy w programach telewizyjnych i audycjach radiowych dotyczących zjawisk paranormalnych, ale nie było ich wówczas zbyt wiele. Dopiero dostęp do internetu, który uzyskałem będąc już nastolatkiem, umożliwił mi zdobywanie wiedzy w o wiele szybszy sposób i na wiele większą skalę. Mój umysł był bardzo otwarty, toteż ochoczo zapoznawałem się z najróżniejszymi teoriami, wierzeniami, kultami, praktykami czy rytuałami ze wszystkich zakątków świata, by tylko odkryć prawdziwą naturę rzeczywistości. Jednak szybko zdałem sobie sprawę, że jest ich naprawdę wiele i nierzadko wzajemnie się wykluczały bądź deprecjonowały. Wyraźnie widać było, że część, a może nawet większość z nich była w jakimś stopniu przeinaczona, sfałszowana lub zupełnie zmyślona, by zataić albo rozmyć ukrytą prawdę. Jednak wtedy z pomocą nadchodziła moja intuicja, która podpowiadała, którą drogą podążać. Dzięki temu przyswajane informację powoli zaczęły układać się w logiczną całość.

Mówi się, że intuicję można wytrenować jak każdą inną umiejętność czy zdolność. Powstało na ten temat nawet wiele wartościowych książek, z którymi miałem okazję się zapoznać. I zaiste im częściej zatrudniałem ją do pomocy, tym częstsze, wyraźniejsze podpowiedzi uzyskiwałem. Gdy zgłębiając jakiś temat docierałem w ślepy zaułek, to wcześniej czy później mój wewnętrzny głos generował przełomowe myśli i rozwiązania w mej głowie, dzięki którym mogłem ruszyć dalej, zrozumieć więcej. Z biegiem lat jej podpowiedzi niekiedy zaczynały przybierać wręcz formę przypomnienia sobie czegoś. Mam na myśli sytuacje, gdy zdobywając informację czy wpadając podczas kontemplacji na jakiś pomysł, znajdując jakieś rozwiązanie, miałem wrażenie, jakbym już kiedyś o tym słyszał, jakbym to już znał, lecz z jakichś przyczyn o tym zupełnie zapomniałem. Standardowe podszepty intuicji dawały mi wówczas ogromną pewność co do ich słuszności. Jednak to „przypominanie sobie” miało jeszcze większą głębię. Dzięki temu wszystkiemu po wielu latach zgłębiania natury rzeczywistości byłem już pewien, że po śmierci ciała wciąż egzystujemy, a ten ziemski, materialny świat to zaledwie karykatura naszego Prawdziwego Domu. Również sposób powrotu do niego stawał się dla mnie coraz bardziej zrozumiały.

W tej publikacji dość często używam terminów Prawdziwy Dom oraz Świat Cierpienia. Pisząc Prawdziwy Dom mam na myśli świat/wymiar/rzeczywistość, z której kiedyś wszyscy przybyliśmy tu, czyli do Świata Cierpienia. Szczegółowo objaśnię to w dalszej części, gdyż kolejność przekazywanych Wam informacji jest kluczowa, byście wszystko dobrze zrozumieli. Tego typu zabieg powracania do wątku w kolejnych rozdziałach dość często stosuję w tej książce w celu jego szerszego omówienia. Proszę Was zatem o cierpliwość i udzielenie mi w tym względzie kredytu zaufania.

Wracając jednak do poprzedniej myśli, aby uzupełnić, poszerzyć i przyspieszyć zdobywanie wiedzy, postanowiłem podzielić się tym, czego się nauczyłem, z rówieśnikami. Chciałem poznać inny punkt widzenia, jak również wymienić informacje z innymi, tudzież zweryfikować nieco własne. No i przede wszystkim intuicja bardzo mocno podpowiadała mi, że powinienem tę wiedzę rozgłaszać. Spotkało mnie wówczas ogromne rozczarowanie, gdy okazało się, że niemal wszyscy otaczający mnie ludzie kompletnie nie są tą tematyką zainteresowani. Znali tylko szarą codzienność, a na każdą próbę odchylenia przed nimi rąbka egzystencjalnej tajemnicy przeważnie reagowali jakąś formą agresji, chcąc za wszelką cenę zamknąć mi usta i zachować bezpieczny w ich mniemaniu status quo. Nie chciałem, by uważali mnie za wariata czy odmieńca, więc przestałem poruszać te tematy w towarzystwie. Można rzec, że prowadziłem wówczas pewnego rodzaju podwójne życie, gdyż z jednej strony starałem się zbytnio nie wyróżniać wśród ludzi, z drugiej zaś — zdobywana wiedza bardzo zmieniała moją świadomość i sposób postrzegania świata. Myślałem więc, że skoro mam dobrze płatną pracę, rodzinę i jako takie zdrowie, to po prostu spokojnie dotrwam w tym stanie do końca życia. Zaś po jego zakończeniu wreszcie z radością powrócę do Prawdziwego Domu.

Wszystko uległo zmianie, gdy podczas jednej z moich kontemplacji zrozumiałem, że moim głównym celem w tym życiu jest przekazanie wspomnianej wiedzy innym i to na jak najszerszą skalę. Dotarło do mnie, że powinienem pomagać odnaleźć odpowiedzi na pytania tym, którzy ich poszukują, tak jak niegdyś ja, oraz pomóc im w powrocie do Prawdziwego Domu, jeśli tego właśnie pragną. Pojąłem również, że nie jestem tu za karę, choć owszem tymczasowo moja wolność jest istotnie ograniczona materialną rzeczywistością. Uświadomiłem sobie, że jestem tu, bo sam tego chciałem. Że przybyłem tu z innej rzeczywistości (z której de facto wszyscy kiedyś przybyliśmy) z własnej woli lub na czyjąś prośbę, wcielając się w obecne ciało, aby wykonać to zadanie. Od tamtej pory odczuwałem jeszcze potężniejszy niż dotychczas wewnętrzny nakaz, by zacząć działać. Mimo to wciąż miałem w pamięci poprzednie feralne próby, które nieco mnie zniechęcały. Wtedy jednak w mojej głowie pojawiła się myśl, by nie próbować uświadamiać wszystkich, lecz tylko tych, którzy takiego uświadomienia poszukują. Dotarło do mnie, że tylko niektórzy zechcą powrócić do Prawdziwego Domu po tym aktualnym, ziemskim życiu. Natomiast zdecydowana większość zapewne pozostanie w tym Świecie Cierpienia na kolejne wcielenia — z własnej woli albo z braku wiedzy o możliwości powrotu. Za idealne środki przekazu uznałem w tym kontekście książkę oraz portale społecznościowe, umożliwiające dotarcie do tych, którzy tego potrzebują, nie napraszając się jednocześnie tym, którzy nie wykazują zainteresowania taką wiedzą.

Tu pragnę wyraźnie podkreślić, że mój przekaz kieruję głównie do tych, którzy chcą się wyzwolić z koła reinkarnacyjnego (ponownego wcielania się w kolejne ciała w obecnym Świecie Cierpienia), wznieść się ponad świat materialny i powrócić do Prawdziwego, Duchowego Domu. Aczkolwiek nie będę nikogo do tego zmuszał w żaden podstępny sposób. Szanuję wolną wolę każdej istoty, więc jeżeli czujecie, że powinniście tu zostać i wcielać się w kolejne materialne postacie, to macie do tego prawo. Mi natomiast pozostaje jedynie szczerze życzyć Wam jak najlepiej.

W tej publikacji starałem się przekazać Wam zdobytą przeze mnie wiedzę w możliwie najprostszej formie. Dołożyłem starań, by stworzyć zgrabną, łatwo przyswajalną, logiczną całość, a mimo to niektóre fragmenty mogą okazać się dla Was na tyle nowe czy szokujące, że będą wymagały, byście zatrzymali się na chwilę i głęboko je przemyśleli. W miarę możliwości samodzielnie weryfikujcie przedstawione przeze mnie informacje, używając swego umysłu, intuicji i serca. Nie powinniście bowiem bezkrytycznie ich pochłaniać. Taka wiedza, którą uzupełnicie czy potwierdzicie własnymi poszukiwaniami, ma szansę mocniej zakorzenić się w Waszej świadomości. Nie powinniście przy tym impulsywnie odrzucać tych idei, które uznacie za niezgodne z Waszym dotychczasowym światopoglądem. Pragnę, byście zanurzyli się w oceanie wiedzy i nauczyli się z niego czerpać, jak sam to robię. Prawdopodobnie byłoby najwygodniej, gdybym tę książkę naszpikował przypisami, wskazującymi Wam łatwe, stuprocentowo pewne źródło każdej zawartej w niej informacji. Niestety to jest, rzecz jasna, niemożliwe. Starałem się w części teoretycznej umieścić jak najwięcej odnośników do prac rozmaitych badaczy, często doktorów i profesorów. Jednakże to część praktyczna jest o wiele ważniejsza, gdyż pozwoli Wam doświadczyć osobiście wielu opisanych tu zagadnień. Chociaż wspomniane doświadczanie będzie miało dość niematerialny charakter, to od razu uspokajam, że opisane tu praktyki i ćwiczenia nie są związane z magią, okultyzmem czy jakimkolwiek mrocznym kultem. Są one zupełnie bezpieczne i dość dobrze opisane w literaturze.

Niestety w tym świecie nie istnieje żaden kompletny, ogólnodostępny przewodnik stworzony przez tzw. uznanych naukowców, po przeczytaniu którego będziecie w stanie posiąść wiedzę absolutną. Co więcej, za naszego życia takowy raczej nie powstanie (o tym przeczytacie później). Nie istnieje też żaden nieoficjalny przewodnik tego typu ani święta księga, w której zawarto drogę do Prawdziwego Domu w czystej postaci — bez przekłamań, luk czy manipulacji. W tym przewodniku również nie zawarłem wiedzy absolutnej. Jest on tylko (i aż) zlepkiem najważniejszych informacji, jakie udało mi się uzyskać za życia na rozmaite sposoby. Tworzenie tego typu drogowskazów jest jak układanie ogromnych puzzli — trzeba wiedzieć, jak je zdobyć, po czym ułożyć tak, by do siebie pasowały. Przeciętny człowiek przez cały swój ziemski żywot zdobywa i korzysta raptem z kilku takich kawałków, jako tako złączonych. Wiedza, jaką zawarłem w tej książce, powiększy wspomniany obraz. Układanka wciąż nie będzie w stu procentach kompletna, jednak stanie się już wystarczająca na tyle, byście rozwinęli swą świadomość i odpowiednio mogli zapanować nad sytuacją w momencie śmierci Waszego fizycznego ciała. Byście finalnie mogli wyzwolić się z koła reinkarnacyjnego i powrócić do Prawdziwego Domu. Bądźcie zatem cierpliwi. Nie spieszcie się z czytaniem, gdyż nie jest to byle podręcznik szkolny, z którego dany materiał należy zakuć, zdać i zapomnieć. Wiedza, jaką zawarłem w tej książce, powinna służyć Wam na co dzień, do końca Waszej ziemskiej podróży i — przede wszystkim — już po niej. Korzyści, jakie dzięki niej uzyskacie, są dla Was zapewne jeszcze niewyobrażalne, zatem zaczynajmy!

Ego, podświadomość i zainstalowane w niej programy

Wiem, że chcielibyście, abym od razu raptem w kilku zdaniach odpowiedział na pytanie zawarte w tytule tej książki. Jednak wierzcie mi, te wstępne rozdziały, pozornie tylko niezwiązane z tematem, są równie ważne. Dlatego nim przejdę do sedna, muszę zwrócić Waszą uwagę na procesy myślowe, jakie będą zachodziły (a być może już zachodzą) w Waszych głowach podczas czytania. Wywołują je rozmaite programy, schematy zachowań i przekonania zainstalowane w Waszej podświadomości. Większość z nich wgrano bez Waszej wiedzy ani zgody. Inne zainstalowaliście w sobie sami poprzez niewiedzę i nierozumienie otaczającej rzeczywistości. Być może nawet nie wszyscy z Was wiedzą, czym właściwie jest świadomość i podświadomość oraz do czego są nam w ogóle potrzebne. Wyjaśnię zatem pokrótce.

Świadomość, najogólniej ujmując, to rdzeń naszego jestestwa. To JA w rozumieniu pewnego rodzaju niematerialnego obserwatora otaczającej nas rzeczywistości. Każdy z nas jest świadomością posiadającą w tym materialnym świecie ciało fizyczne, jako swoisty pojazd do poruszania się w nim. W różnych kulturach świadomość nosi miano duszy, ducha, ciała eterycznego itp. Bardziej szczegółowo wyjaśnię to w kolejnych rozdziałach.

Podświadomość to z kolei część pomocnicza świadomości.

Pełni bardzo wiele funkcji, które wywierają ogromny wpływ na nasze codziennie funkcjonowanie. Nie będę tu opisywał wszystkich, acz wymienię te, których omówienie uważam za niezbędne do zrozumienia informacji zawartych w tej książce. Więcej na temat podświadomości możecie znaleźć np. w publikacjach dotyczących huny (starożytnej wiedzy z Hawajów), m.in. autorstwa Maxa Freedoma Longa. Huna dostarczy Wam także wielu innych, cennych informacji, więc jeżeli jeszcze nie mieliście okazji się z nią zapoznać, to gorąco polecam Wam to uczynić.

Podświadomość odpowiada przede wszystkim za nasze nawyki, przekonania i automatyzmy w działaniu, a także za pamięć oraz przywoływanie jej zapisów. Jeżeli zainstalujemy w niej odpowiednie programy/schematy, pomogą nam one sprawniej reagować na rozmaite sytuacje. Czyli będziemy np. lepiej i szybciej wykonywać jakieś czynności, szybciej się uczyć, skuteczniej reagować na zagrożenia czy posiadać większe zdolności interpersonalne. Nie będzie wówczas potrzeby za każdym razem, gdy dana sytuacja zaistnieje, przetwarzać i analizować jej za pomocą świadomości — wystarczy to zrobić tylko na początku. Podświadomość pomaga, gdy zapiszemy w niej wyniki analiz i sposoby reagowania na dane zdarzenia, automatycznie przywołując je, gdy nadejdzie taka potrzeba. Podobnie jest z pamięcią. Wszystkie myśli i przeżyte doświadczenia zapisują się między innymi w podświadomości, która na potrzeby naszej świadomości może je przywołać. Mogą to robić także zainstalowane w podświadomości programy.

Jakież to programy i jak je wgrano? Podejrzewam, że jeden z nich uruchomił się w Was na tym etapie czytania. To program, który być może wysłały do Waszej świadomości myśli ostrzegające, że to, co czytacie, prawdopodobnie jest bzdurną teorią spiskową, tudzież paranoją jakiegoś wariata, więc jak najszybciej powinniście zakończyć czytanie. I że w przeciwnym wypadku ktoś może uznać Was za takich samych oszołomów, przez co doświadczycie bezlitosnego ostracyzmu społecznego. Czy poczuliście coś takiego? Czy boicie się być uznanymi za wariatów? A może pojawiło się nieprzyjemne widmo tego, że informacje, z którymi za chwilę się zapoznacie, wywrócą Wasz światopogląd do góry nogami? Być może za chwilę odkryjecie, że całe życie byliście w błędzie i wyjdziecie na głupków? Co więcej, może myślicie, że nowy światopogląd będzie wymuszał na Was zupełnie inne zachowania, dokonując diametralnych zmian w Waszym życiu oraz rozumowaniu, więc lepiej utrzymać „bezpieczny” status quo, niż pchać się w nieznane? Podejrzewam, że większość z Was doznała lub dozna tego typu myśli. Są one elementem systemu bezpieczeństwa naszego ego. Potężnego programu utrudniającego poszukiwanie i zdobywanie prawdziwej wiedzy oraz hamującego rozwój świadomości. To schemat wgrywany podczas procesu socjalizacji — w szkole, w pracy, ale i od maleńkości w naszych domach przez najbliższych, którzy wcześniej sami go przyswoili. Instalacja tego programu odbywa się po prostu przez wmawianie tego, co możemy robić i myśleć, a czego nie możemy. Co możliwe, a co niemożliwe. Co jest prawdą, a co fikcją. Za czym podążać, a czego unikać. Tylko tyle i aż tyle.

Nie myślcie jednak, że podświadomość jest Waszym wrogiem — nie do końca. Jest ona niczym nóż, którym możecie obrać i pokroić jabłko, ale również możecie nim zabić. Odpowiednio zaprogramowana podświadomość może bardzo pomóc Wam w realizacji wielu ważnych zadań lub uchronić Was przed niebezpieczeństwem. Przykładowo już od dziecka słyszymy, że gdy wsadzimy rękę do wrzącej wody, to się oparzymy. Zapewne każdy z Was sprawdził przynajmniej raz, że to faktycznie prawda. Dzięki temu unikamy bezpośredniego kontaktu z wrzątkiem. Program jest zatem pozytywny i ostrzega przed realnym zagrożeniem, przez co z łatwością można weryfikować jego prawdziwość. Inna sprawa, kiedy przybiera chorobliwy charakter, do tego stopnia, że zaczynamy bać się samodzielnie zrobić sobie herbatę. Każdy zainstalowany w nas program powinniśmy więc dogłębnie przeanalizować, by zwiększyć szansę na jego modyfikację lub dezaktywację, gdy okaże się szkodliwym. Jednak zdecydowanej większości tych programów nie weryfikujemy samodzielnie, przyjmując je za pewnik lub wręcz nie dostrzegając ich obecności.

Warto pamiętać, że im więcej energii ktoś wkłada w zaszczepienie w Was swojego programu, przekonania czy poglądu na jakiś temat, tym uważniej powinniście mu się przyjrzeć i spokojnie przeanalizować. Szczególnie gdy próbuje Wam go wgrać, grożąc w jakiś sposób czy bazując na skali jego występowania w odniesieniu do ilości osób, które ten program przyjęły. Pamiętajcie, że większość nie zawsze ma rację. Bynajmniej, przeważnie jej nie ma. Nierzadko ludzie podążają za różnego typu przekonaniami, nie weryfikując ich należycie lub wcale. Dlatego ważne, byście dokładnie analizowali programy, które krążą wokół Was lub wdarły się już do Waszej podświadomości. Powinniście dogłębnie poszukiwać informacji o nich, konfrontować je z głosem intuicji, rozważyć konsekwencje ich przyjęcia oraz ocenić, czy są dla Was pozytywne, czy nie. W tym kontekście pomaga praktykowanie uważności, samoobserwacji czy medytacja, których postaram się Was nauczyć w dalszej części tego opracowania.

Zbiór zainstalowanych programów, przekonań oraz zachowanych w pamięci zdarzeń i doświadczeń, które de facto decydują o naszym zachowaniu, tworzą naszą osobowość, zwaną także ego. Zarówno podświadomość, jak i ego mogą wydawać się czymś podrzędnym i mało znaczącym w porównaniu do samej świadomości, która w Waszych wyobrażeniach może uchodzić za „szefa”. I zaiste są one tylko częścią naszej świadomości. Jednak u zdecydowanej większości ludzi to właśnie one przejęły nad nimi władzę. Dzieje się tak dlatego, że niewielu „trenuje” i rozwija swą świadomość. Zainstalowane w ich podświadomości programy automatycznie reagują niemal na każdą sytuację. Nierzadko jest ich tyle, że uruchamiają się praktycznie jeden po drugim, sprawiając, że człowiek właściwie nie ma możliwości przeanalizowania danej sytuacji świadomie, a wszystkie decyzje i reakcje są mechaniczne. Niektórzy ludzie nie wykazują samodzielnego, spokojnego, analitycznego myślenia do tego stopnia, że są niczym bioroboty. Problem nie byłby aż tak wielki, gdyby wspomniane programy były konstruktywne i pozytywnie wpływały na ich życie oraz rozwój. Niestety większość schematów wgrywa się we wspomnianym już procesie socjalizacji i są zdecydowanie szkodliwe.

Lęk przed odrzuceniem czy wyśmianiem przez społeczeństwo sprawia, że o wiele łatwiej i szybciej przyswajamy schematy zachowań oraz przekonania, jakimi nas „zaraża”. Mówię tu o potężnym programie „co ludzie powiedzą?”. Zapamiętajcie dobrze: przejmowanie się tym, co ludzie o Was pomyślą/powiedzą, jest jedną z najgorszych rzeczy, które możecie sobie uczynić w tym ziemskim życiu. Chyba żaden inny program nie będzie ograniczał Waszych działań i rozwoju Waszej świadomości tak bardzo jak ten. Jednak musicie zrozumieć mnie dobrze, nie chodzi o to, żeby nie przejmować się tym, że ktoś zwraca uwagę na Wasze złe zachowanie względem niego czy innych. Powinniście wręcz spokojnie przemyśleć, czy czasem nie ma racji, a jeżeli tak właśnie jest, winniście skorygować swe zachowanie. Chodzi mi bardziej o to, by uodpornić się na niekonstruktywną krytykę innych, która nie opiera się na prawdzie ani sprawiedliwości, tylko służy gnębieniu i manipulowaniu Wami.

Jak zatem rozpoznać, czy nasze zachowanie względem kogoś jest faktycznie złe, czy ulega nadinterpretacji i próbie manipulowania nami? Przede wszystkim należy spokojnie przeanalizować własne działanie i dostrzec, czym skutkuje dla danej osoby. Powinniście zatem wykazać się empatią, czyli spróbować wejść w skórę tej osoby — wczuć się w jej stan wewnętrzny i ocenić sytuację przez pryzmat starej jak świat zasady: „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”. Zadajcie sobie pytanie: czy chcielibyście, aby ktoś potraktował Was tak, jak Wy potraktowaliście tę osobę? Czy dobrze się z tym czujecie? Czy nie macie tzw. wyrzutów sumienia? Czy może Wasz wewnętrzny głos wyraźnie daje Wam do zrozumienia, że zrobiliście źle? Jeżeli okaże się, że dana osoba ma rację, powinniście natychmiast zmienić swe postępowanie wobec niej, przeprosić i zadośćuczynić w jakiś sposób wyrządzoną krzywdę. Zastanówcie się też, czy Wasza postawa była jednorazowym zdarzeniem, czy częściej zachowujecie się w ten sposób. Jeżeli częściej, to znaczy, że w Waszej podświadomości funkcjonuje program, który automatycznie wymusza taką reakcję. Już samo dostrzeżenie tego powinno zmniejszyć siłę jego działania i pozwolić zareagować właściwie przy kolejnej takiej sytuacji. O bardziej zaawansowanej pracy z programami przeczytacie za chwilę.

Kiedy po wnikliwej analizie sytuacji okaże się, że pretensje wobec Was są jednak próbą manipulacji ze strony danej osoby, to po prostu poinformujcie ją o tym. Jeżeli da się z nią podyskutować na odpowiednim, merytorycznym poziomie, wytłumaczcie jej to dogłębnie w razie potrzeby. Jeśli natomiast dana osoba nie wykaże zainteresowania wobec rzeczowej dyskusji, próbując wyłącznie wymusić na Was poczucie winy czy cokolwiek innego, wówczas szkoda Waszego czasu na dalsze wyjaśnianie. Powinniście rozpoznawać, która krytyka Waszych poczynań jest konstruktywna, a która stanowi popularny ostatnio hejt (ang. hate — nienawiść, czyli mowa o krytyce nienawistnej, niekonstruktywnej i złośliwej). Jeżeli okaże się, że macie do czynienia z tym drugim typem, to rzeczywiście nie ma sensu wdawać się w dalsze dyskusje z hejtującą Was osobą. Można jej jedynie współczuć, zwłaszcza gdy hejtowanie sprawia jej przyjemność i robi to często, albowiem jej ego ewidentnie przesiąkło bardzo negatywnymi programami.

Pamiętajcie jednak, że nie tylko hejt zalicza się do niekonstruktywnej krytyki. Nierzadko osoby krytykujące czynią to w dobrej wierze, jednak wskutek niewielkiej wiedzy o rzeczywistości ich programowanie może być dla Was szkodliwe. Ciężko bowiem rozsądnie radzić innym, jak mają żyć, nie wiedząc, czym tak naprawdę jest życie ani jaki jest jego sens. Ogromnymi problemami ludzkości są również nieumiejętność uważnego słuchania innych, a także brak empatii oraz zdolności samodzielnego myślenia. Wskutek tych deficytów komunikacja międzyludzka wygląda niczym wzajemne, często agresywne próby wzajemnego programowania się rozmaitymi schematami zachowań i myślenia, które wcześniej w większości przypadków bezkrytycznie pozwoliliśmy sobie zainstalować. Niestety przy tym zazwyczaj dajemy sobie wgrywać nie te najrozsądniejsze i konstruktywne programy, lecz te, których siła oddziaływania jest największa. Propagowane przez ludzi o silnych charakterach czy dużej charyzmie, jednak przeważnie o niskim poziomie świadomości i posiadanej wiedzy. A także te, które mają największą ilość zwolenników. Wcześniej wspomniałem, że większość społeczeństwa pod tym kątem przypomina nieco bioroboty, posiadając w sobie tak wiele zainstalowanych programów, że ich reakcje wobec danych sytuacji oraz większość interakcji międzyludzkich jest niemalże automatyczna. Sprawę pogarsza fakt, że nie mają nawet świadomości obecności i działania tych programów, więc praktycznie nie ma szans na ich dezaktywację lub nadpisanie nowymi, pozytywnymi. Wy za chwilę dowiecie się, jak to uczynić, lecz nim do tego przejdziemy, podam jeszcze kilka przykładów, które mogą utrudniać zdobywanie wiedzy.

Aktualnie (choć w przeszłości było właściwie podobnie) nasze społeczeństwo jako ogół nie lubi tych, którzy „wychodzą przed szereg”. Tych, którzy czymś się wyróżniają tudzież myślą samodzielnie, inaczej niż reszta. Przyczyną tego jest między innymi kolejny z programów, zwany przeze mnie programem nieomylności. Polega on na tym, że za żadne skarby nie chcemy się przyznać przed innymi, a często również przed sobą, że popełniliśmy jakiś błąd lub czegoś nie wiedzieliśmy. Mimo że wspomniany schemat sam w sobie jest absurdalny, to zainfekowana nim okazuje się zdecydowana większość społeczeństwa, wśród której ten program stanowi solidną składową ego. Nie należy zapominać, że przecież nikt nie jest nieomylny i że popełnianie błędów jest esencją tego ziemskiego, materialnego życia. To właśnie poprzez popełniane błędy możemy się uczyć i rozwijać swą świadomość — oczywiście jeżeli czerpiemy z nich naukę. W przeciwnym razie nieustanne popełnianie błędów czy związane z tym nurzanie się w cierpieniu bez wyciągania konstruktywnych wniosków jeszcze bardziej ogranicza poziom świadomości, mocniej wikłając Was w ten Świat Cierpienia, w którym obecnie przebywacie. Co więcej, właśnie wspomniany „program nieomylności” silnie oddziałuje w ten sposób. Sprawia bowiem, że zamiast przyznać się do błędów, wolimy wyprzeć je ze świadomości, skłamać, że ich nie popełniliśmy lub innych oskarżyć o ich popełnienie. Podobnie, gdy wykazujemy się niewiedzą w jakiejś sytuacji, zamiast na luzie przyznać, że czegoś nie wiedzieliśmy i przejść nad tym do porządku dziennego albo wręcz podziękować, że ktoś wzbogacił nas tą wiedzą, czujemy się niczym głupcy. Jesteśmy zakłopotani, zawstydzeni tudzież udajemy, że znaliśmy odpowiedź na dane pytanie. Wypieramy ze świadomości popełniony błąd/niewiedzę, a co za tym idzie — nie czerpiemy z tego nauki. W dodatku wdajemy się w niepotrzebny konflikt z drugą osobą, jako że dumę naszego ego istotnie podrażniono.

Problem wydaje się nieistotny, gdy niewiedza dotyczy mało znaczącej informacji, drobnostki. Kiedy jednak chodzi o wiedzę ogromnej wagi, która może wywrócić nasz światopogląd do góry nogami, wykazując, że całe życie żyliśmy w błędzie, wtedy koniec żartów. W takich przypadkach „program nieomylności” uruchamia się z pełnią mocy i ogłasza alarm, natomiast ludzie nim owładnięci gotowi są nawet zabić tak niewygodną osobę. Sądzicie, że przesadzam? Cóż, zapoznajcie się w takim razie z historycznymi przypadkami palenia ludzi na stosach. Ofiarami były wtedy głównie wieszczki i znachorki oskarżane o czary. Kobiety, które zazwyczaj posiadały znacznie większą wiedzę, a także zdecydowanie bardziej rozwiniętą od przeciętnego ówcześnie człeka świadomość. Owszem, takie osoby faktycznie stanowiły konkurencję dla dominującej wówczas religii chrześcijańskiej i był to jeden ze sposobów ich eliminacji. Jednak zarówno w podświadomości skazującego na stos inkwizytora czy kapłana, jak i w przypadku zwykłego chłopa, który doniósł o rzekomo parającej się czarami znachorce, działał ten sam „program nieomylności”. Nie rozumiejąc mądrości, jaką posiadły wieszczki, czuli się zagrożeni lub po prostu głupsi. Czasy były mroczne i prymitywne, ale właśnie tym programem była skażona większość społeczeństwa. Hierarchowie religijni z łatwością wykorzystywali tę przypadłość, sterując wspomnianą większością, a sposoby likwidacji niewygodnych osób były niezwykle okrutne.

Kolejnym istotnie szkodliwym programem, który wiąże się z poprzednim, jest niechęć do opuszczenia tzw. strefy komfortu. Dotyczy bardzo wielu składowych naszej egzystencji, zarówno zewnętrznych, takich jak praca czy relacje z ludźmi, jak i tych, które rozgrywają się w naszym wnętrzu. Ogólnie można go nazwać „programem niechęci do zmian”. Pozostając pod jego wpływem, nawet gdy Wasze życie układa się średnio lub źle, nie podejmujecie prób jego poprawy w obawie, że pogorszycie sytuację. To bardzo szkodliwy program, który odpowiada za tysiące przypadków depresji i załamań nerwowych.

Pamiętajcie przy tym, o czym już wspomniałem, że nie wszystkie programy instalują w nas inni. Sporą ich część instalujemy sobie sami. Kiedy bardzo chcemy coś osiągnąć, często programujemy się np. do wcześniejszego wstawania, określonej diety, regularnych treningów itp. Dzięki temu dużo łatwiej zrealizować te zadania, zatem robimy to punktualniej i z większą motywacją. Jednak zapewne już się domyślacie, że większość z tych programów jest niestety negatywna, nawet kiedy sami je sobie instalujemy. Oczywiście mało kto świadomie wgrywa sobie szkodliwy schemat działania. Tyle że zdecydowana większość społeczeństwa dysponuje znikomą wiedzą o otaczającej nas materialnej rzeczywistości i tym mniejszą o rzeczywistości niematerialnej, do której trafimy po śmierci naszych fizycznych ciał. Dlatego również dobór instalowanych programów jest przeważnie niewłaściwy. Reasumując, skoro nie wiecie, skąd się tu wzięliście, kim naprawdę jesteście, dokąd zmierzacie oraz jaki jest prawdziwy sens tej podróży, to dość ciężko Wam trafić z instalacją właściwego dla Was programu.

Niestety wiele wysiłku kosztowało to, byśmy działali niemal autodestrukcyjnie. Świat Cierpienia (w którym przebywamy i który jest karykaturą naszego Prawdziwego Domu) stworzono tak, by każdy z nas w podświadomości miał jak najwięcej negatywnych programów (dlaczego tak jest, dowiecie się później). Właśnie dlatego w tej publikacji sporo czasu przeznaczyłem na odpowiednie przeprogramowanie Waszej podświadomości, by zaczęła pracować na Waszą korzyść. Byście odkryli swój prawdziwy potencjał i możliwości. Ale przede wszystkim, by wsparła Was w drodze powrotnej do Prawdziwego Domu. Tego typu programów jest mnóstwo, więc próżno analizować każdy z nich — nie ma takiej potrzeby, a poza tym u każdego z nas i tak wygląda to nieco inaczej. Dlatego po prostu nauczę Was, jak je w sobie dostrzegać, dezaktywować czy nadpisać nowymi, które będą działały na Waszą korzyść.

Praca z programami

Metody, które za chwilę zaprezentuję, być może wydadzą się Wam głupie albo infantylne. Jednak celowo mają właśnie taką formę. Oddziałują na poziomie podświadomości, a ta funkcjonuje nieco inaczej niż świadomość. Komendy, jakie jej wydajemy, powinny być konstruowane przy pomocy wizualizacji i obrazów albo pewnego rodzaju afirmacji. Zwłaszcza że taki właśnie sposób komunikacji jest dla niej najbardziej zrozumiały. Nie uprzedzajcie się więc z góry, tylko wypróbujcie je w praktyce. Wówczas zyskacie pewność, że faktycznie są skuteczne.

Pierwszym z ćwiczeń niechaj będzie dostrzeżenie negatywnych programów, o których pisałem powyżej. Uważność i samoobserwacja w tym kontekście są niezwykle ważne. Przydają się niemal w każdym momencie materialnego życia, ale również — co ważniejsze — już po jego zakończeniu. Terminy te oznaczają po prostu spokojną obserwację zarówno swego wnętrza, jak i otaczającej rzeczywistości czy zachodzących w nich procesów. Praktykowanie medytacji jest natomiast bardzo pomocne dla umiejętności osiągania tego stanu. W zasadzie uważność, samoobserwacja i medytacja są niemalże synonimami, acz na potrzeby tej książki dokonałem pewnego rozgraniczenia. Tak też uważność i samoobserwację warto praktykować możliwie w każdej chwili, zwłaszcza podczas tzw. normalnego funkcjonowania, czyli wykonywania codziennych czynności, przebywania wśród ludzi oraz w interakcji z nimi. Medytację zaś najlepiej praktykować samotnie i w zaciszu. Powinna ona być spokojną podróżą do własnego wnętrza, byście ODCZUWALI, kim faktycznie jesteście i jak naprawdę wygląda rzeczywistość.

Zapewne wielu z Was medytacja kojarzy się z azjatyckimi mnichami, dużym wysiłkiem mentalnym czy fizycznym, niewygodą, anielską cierpliwością i z czymś trudnym do osiągnięcia. Tak nie jest. Nie musicie bowiem przyjmować do tego żadnych specjalnych pozycji ani wykonywać jej w jakichś szczególnych miejscach. Wystarczy usiąść wygodnie (możecie się położyć, ale pod warunkiem, że utrzymacie koncentrację i nie będziecie przysypiać), zamknąć oczy oraz zrelaksować swe ciało. Aby to uczynić, wyobraźcie sobie i odczujcie, jak z każdym wydechem z Waszego ciała uchodzą napięcie i stres. Poczujcie, jak z każdym kolejnym wydechem staje się ono coraz bardziej zrelaksowane. Możecie wyobrazić sobie, że jesteście jak dmuchany materac, z którego spuszcza się powietrze i staje się coraz bardziej miękki. Gdy już poczujecie się głęboko zrelaksowani, zacznijcie obserwować swój oddech, ale również myśli, które nieustannie tworzą się w Waszym umyśle (tzw. wewnętrzny dialog), i emocje, jakie Wam wówczas towarzyszą. Nie trzeba ich uciszać ani szarpać się z nimi. Wystarczy pozwolić im swobodnie przepływać i to wszystko spokojnie obserwować. Im częściej będziecie to robili, tym większy ład zapanuje w Waszym wnętrzu. Myśli, obrazy i emocje staną się spokojniejsze, jakby bardziej uporządkowane. Z czasem zaczniecie wyraźniej dostrzegać zainstalowane w Waszej podświadomości programy. Ich obserwacja pozwoli Wam nie tylko z nimi pracować, ale również dostrzegać je szybciej i wyraźniej poza medytacją, podczas codziennych czynności. Dzięki temu będziecie w stanie zapanować nad nimi, gdy tylko się uruchomią — a nawet zablokować, nim do tego dojdzie. Jest to absolutnie podstawowa forma medytacji, lecz zarazem wystarczająca, by zwiększyć własną uważność i samoobserwację. W dalszej części tej książki przedstawię Wam kilka bardziej zaawansowanych jej form.

Dostrzeżenie działania programów często zaczyna się od zauważenia emocji. Toteż gdy w danej sytuacji zaczniecie odczuwać nieprzyjemną emocję, po nitce do kłębka spróbujcie dotrzeć do jej centrum. Zastanówcie się, dlaczego odczuliście ją właśnie teraz? Kto lub co ją w Was wzbudziło? Gdy to ustalicie, pomyślcie, czy tak właśnie powinniście reagować na daną sytuację/osobę? Czy chcecie tak na nią reagować, czy wolelibyście inaczej? Jakie korzyści osiągacie lub jakie straty ponosicie, reagując w ten sposób? Czy robiąc to, nie krzywdzicie tej osoby? Czy chcielibyście, aby wobec Was też się tak zachowano?

Z pewnością zauważycie, że już sama obserwacja osłabia negatywne działanie emocji i programu. Co więcej, okazują się kontrolowalne. Gdy na daną sytuację zazwyczaj reagowaliście automatycznie i impulsywnie przez program, teraz poczujecie, że możecie zapanować nad swą reakcją. Oczywiście w momencie wystąpienia podobnego zdarzenia będzie Was kusiło, by zachować się jak zwykle. Kiedy jednak uświadomicie sobie, że Wasza reakcja jest negatywna i niekorzystna dla Was, będziecie w stanie zastopować ten program i zachować się według nowego wzoru. Po kilku, kilkunastu takich sytuacjach zobaczycie, że negatywny program nadpisaliście pozytywniejszym i w tego typu sytuacjach reagujecie zupełnie inaczej. Warto przy tym pamiętać, że obecne programy wgrano Wam zapewne bardzo dawno temu. Utrwalaliście je setki albo tysiące razy w trakcie swego życia, więc trudno oczekiwać, że po pierwszym razie nadpiszecie każdy z nich pozytywną wersją — choć i tak może się zdarzyć. Wszystko zależy od siły Waszych przekonań.

Powyższe wskazówki mają pomóc Wam głównie w sytuacjach, gdy dany program zaczyna się w Was uruchamiać. Istnieją także metody „prewencyjne”, które pozwolą Wam popracować ze swoimi programami, nim jeszcze dojdzie do zdarzeń, w których automatycznie się aktywują. Pierwsza z nich to metoda baloników (nie jest to fachowa nazwa, ale na potrzeby tej książki tak ją nazwijmy). O ile dobrze pamiętam, poznałem ją dawno temu, studiując wspomnianą wcześniej hunę. To bardzo prosta metoda, lecz jej skuteczność może Was zaskoczyć. Usiądźcie wygodnie i rozluźnijcie się. Wykonajcie te same kroki, jak przy opisanej powyżej podstawowej medytacji. Gdy odczujecie już głębokie rozluźnienie, pomyślcie o negatywnym programie, jaki zaobserwowaliście w sobie. Możecie pomyśleć o nieprzyjemnym wspomnieniu, które wciąż w Was tkwi, wywołując negatywne emocje za każdym razem, gdy tylko sobie o nim przypominacie. Skoncentrujcie się na tym programie lub wspomnieniu i przeanalizujcie je tak, jak opisałem powyżej. Poczujcie dokładnie, co wywołuje te negatywne emocje. Czy macie z tego jakiś zysk? Czy raczej wyłącznie cierpicie przez nie? Skupcie się na tej emocji i wyobraźcie sobie, że jest nią wypełniony balon przyczepiony na sznurku do Waszej głowy. Poczujcie wyraźnie, jaki jest duży i z której dokładnie strony się znajduje. Nie przestawajcie koncentrować się na tym balonie, ale weźcie wdech i przetnijcie sznurek łączący go z Waszą głową, używając mentalnych nożyczek, noża lub miecza. Następnie powoli wydychajcie powietrze, odczuwając, jak balon odlatuje i wybucha w powietrzu, znikając zupełnie w nicości. Poczujcie, jak z wydechem uchodzi z Was ta negatywna emocja lub zainstalowany program. Odczujcie błogą ulgę i pooddychajcie przez chwilę spokojnie.

Teraz skupcie się ponownie i odczujcie, czy gdzieś przypadkiem nie ma kolejnego balonika związanego z tą emocją/programem, który również generuje negatywne odczucia. Być może nie odczujecie już żadnego, a być może znajdzie się jeszcze kilka takich. Może być odczuwalny z innej części głowy, zaś siła jego oddziaływania będzie już mniejsza. W każdym razie, gdy tylko go wyczujecie, skupcie się na nim i postąpcie dokładnie jak z tym pierwszym. Po każdym odcięciu oddychajcie swobodnie, odczuwając, jak z każdym wydechem oczyszczacie się zupełnie z jego negatywnego oddziaływania. W zależności od mocy programu/emocji, czasem wystarczy odciąć jeden balonik, a innym razem będzie ich kilka. Spokojnie więc odcinajcie je, aż odczujecie wyraźną ulgę i uwolnienie od danego problemu. Pamiętajcie również, o czym wspomniałem wcześniej — gdy jakiś program czy emocja gromadziły się przez lata, to za pierwszym razem może nie zniknąć całkowicie. Powinniście więc pracować nad nim tak często, jak będzie to konieczne, aż do uzyskania satysfakcjonującego efektu uwolnienia.

Kolejna metoda jest nieco inna. Opiera się bardziej na słowach i afirmacji niż na wizualizacji. Nazywa się metodą Sedony, natomiast w tej książce przybliżę Wam tylko jej podstawową formę. Warto jednak, byście zapoznali się z całością, gdyż jest naprawdę skuteczna. Do tego bez trudu znajdziecie jej pełną wersję w internecie. Przygotowanie do jej wykonania jest takie samo jak przy poprzedniej — usiądźcie wygodnie, zrelaksujcie się głęboko i skoncentrujcie na programie czy wspomnieniu. Odczujcie wyraźnie emocje, jakie w Was wywołują. Wówczas zadajcie sobie pytanie: „Czy pozwolisz odejść tej emocji/programowi/wspomnieniu?”. Odpowiedzcie sobie: „Tak”. Następnie dopytajcie: „Pozwolisz jej/mu odejść?”. Ponownie odpowiedzcie: „Tak”. Wówczas dopytajcie: „Kiedy?”. I odpowiedzcie: „Teraz!”. Wtedy powinniście odczuć błogą ulgę. Pooddychajcie spokojnie. Poczujcie, jak wraz z wydechem opuszcza Was negatywna emocja, negatywne odczucie. Jak z każdym wdechem napełniacie się świeżością i pozytywną energią, która zastępuje tamtą. Następnie wyczujcie, czy aby po tamtej emocji nie pozostały żadne towarzyszące jej, również negatywne odczucia. Jeżeli tak, to skupcie się na nich i zadawajcie sobie pytania, jak poprzednio: „Czy pozwolisz odejść tym towarzyszącym tamtej emocji negatywnym odczuciom?”. Odpowiedzcie: „Tak!”. Ponówcie pytanie: „Pozwolisz?” i odpowiedzcie: „Tak!”. Dopytajcie: „Kiedy?” i odpowiedzcie: „Teraz!”. I tu również pooddychajcie spokojnie, oczyśćcie się oddechem. Zapewne również odczujecie ulgę, a nawet pewnego rodzaju błogość. U mnie po kilku takich próbach na tej samej emocji czy emocjach towarzyszących pojawił się wręcz mimowolny uśmiech. Jestem przekonany, że Wy również tego doświadczycie. Jednak tu podobna uwaga — im więcej będziecie to praktykować, tym lepsze i szybsze efekty osiągniecie. Negatywne wspomnienia będą stawały się coraz mniej dokuczliwe, zaś negatywne programy będą aktywowały się z mniejszą mocą i coraz rzadziej. Zyskacie nad nimi większą kontrolę, co umożliwi Wam w końcu nawet całkowitą ich dezaktywację.

Skoro już piszę o metodach, które należy wykonywać raczej w samotności, warto w tym miejscu wspomnieć o przebywaniu w niej. Bardzo często słyszałem od ludzi, że nienawidzą zostawać sami. A zatem praktykowanie medytacji i powyższych technik może być dla nich nie lada problemem. Nieraz dopytywałem, z czego ta niechęć wynika? Wielu odpowiadało, że nie lubią zbyt długo siedzieć w samotności, bo „można od tego zwariować” albo popaść w depresję. Dodawali, że gdy siedzą zbyt długo sami, to zaczynają dużo myśleć. Natomiast te myśli są często dość ciężkie i przytłaczające. Zaczynają wówczas analizować swoje zachowanie, przeżyte doświadczenia, a nierzadko zastanawiać się również nad różnymi głębszymi sprawami, takimi jak sens życia czy konstrukcja rzeczywistości. Dla kogoś, kto nie poszukuje tego typu wiedzy, mogą być to faktycznie dość przytłaczające przemyślenia. Dlatego tacy ludzie podświadomie pragną wtedy jak najszybciej spotkać się z kimś, kto wie równie mało o otaczającej nas rzeczywistości co oni. Dzięki temu podczas konwersacji czy wykonywania jakiejś zwykłej czynności ich rozmyślania znów wracają na dobrze im znane, przyziemne tory. To zapewnia im iluzoryczną stabilizację. Takie złudne bezpieczeństwo w myśl zasady: „mniej wiesz — lepiej śpisz”. Widać tu jednak wyraźnie, że w takich momentach świadomość po prostu próbuje przejąć kontrolę i zapanować nad programami, gdy tylko zyska chwilę spokoju czy odpowiednie ku temu warunki. Mechanizmy obronne w takich przypadkach starają się jej to uniemożliwić, zasypując nas nieprzyjemnymi odczuciami i myślami. Z pewnością wielokrotnie słyszeliście o uduchowionych ludziach, którzy wybierali życie w pustelniach. W ten sposób właśnie starali się w spokoju rozwijać swą świadomość i zapanować nad ograniczającymi ich programami. Rzecz jasna nie będę namawiał Was do samotnego mieszkania w puszczy. Jednak dla własnego dobra powinniście wygospodarowywać tyle czasu, ile to tylko możliwe, by pobyć w samotności, pomedytować i popracować z powyższymi technikami.

Religie i kulty

Niektóre programy podświadomości przyjmują postać ideologii albo religii o zhierarchizowanej strukturze. W ciągu mego życia zgłębiłem założenia wielu kultów religijnych, o których informacje są ogólnodostępne. W każdym z nich można znaleźć wartościową wiedzę. W niektórych jest jej więcej, w innych mniej. Natomiast z moich poszukiwań wynika, że żadna z obecnych religii ani ideologii nie jest niestety kompletnym, pełnowartościowym przewodnikiem. Możemy jedynie wyłuskać z nich po kilka, kilkanaście puzzli wartościowej wiedzy. Bazują one przeważnie na tzw. świętych pismach lub ustnych przekazach, uznając je za nieomylne i niepodważalnie prawdziwe. Nie ma jednak tak naprawdę żadnej gwarancji, że istoty, które przekazały je ludziom (tudzież po prostu ludzie, którzy spisali je pod rzekomym natchnieniem jakichś istot), miały całkowicie dobre zamiary wobec nich. Nie ma także stuprocentowej pewności, że dana wiedza jest kompletnym, oryginalnym przekazem i że w żaden sposób nie zmodyfikowano jej na przestrzeni lat. Widząc ogromne różnice między założeniami danych kultów oraz nierzadko obserwując ich próby wzajemnej anihilacji, doszedłem do wniosku, że nie warto bazować na żadnej z nich w całości. Albowiem prócz garstki pożytecznych informacji zawierają także masę rozmaitych, często absurdalnych dogmatów i zasad, które istotnie mogą nam przeszkadzać w poszukiwaniu prawdy. Co więcej, ich zasady często wręcz zabraniają poszukiwania prawdy, nakazując bezwzględne posłuszeństwo wobec ich własnych założeń jako jedynych słusznych.

W dawnych czasach odstępstwo od zasad danej wiary można było przepłacić życiem. Dziś tego typu przypadków na szczęście jest już o wiele mniej. Jednak negatywne oddziaływania na poziomie podświadomym są dla nas równie groźne. Mówię tu o sytuacjach, gdy religia lub ideologia zakorzeniają się w nas tak bardzo, że wszelkie nowe, inne, pojawiające się w naszym życiu, odrzucamy z marszu bez nijakiej analizy. Dzieje się tak, zwłaszcza gdy w danej wierze wychowano nas od dziecka i znaczna część naszej społeczności również jest jej zwolennikami, a za odstępstwo od niej grozi bezlitosny ostracyzm z ich strony. Musicie jednak pamiętać, że żadna ideologia ani wiara nie powinna zamykać Was na poszukiwanie wiedzy. Od jej nadmiaru (jeżeli nadmiar wiedzy w ogóle istnieje) jeszcze nikt nie umarł, natomiast jej brak często prowadzi do nie lada kłopotów, nieprawdaż? Im bardziej zaś dana ideologia zabrania Wam poszukiwania wiedzy lub utrudnia Wam to na różne sposoby, tym bardziej możecie być pewni, że jest ona jeno potężnym programem zainstalowanym w ludzkiej podświadomości o charakterze zdecydowanie negatywnym.

Przeważnie jest również tak, że nie zdajemy sobie sprawy ze szkodliwości danej ideologii. Mam na myśli sytuacje, gdzie dana wiara dostarcza nieco pozytywnej wiedzy, lecz w zamian żąda posłuszeństwa czy wsparcia materialnego. Dostarcza nieco prawdy, lecz na nieprawdziwych założeniach nakazuje nam skupić naszą uwagę, próbując ukazać je jako kluczowe. Obiecuje nam, że po śmierci trafimy do lepszego świata, ale tylko pod warunkiem, że będziemy potulnie wypełniali jej założenia i nakazy za życia. Tudzież wtedy, gdy będziemy wznosić modły do nieznanych nam, nieweryfikowalnych z ziemskiego poziomu istot nadprzyrodzonych, które są obiektem kultu (bogu, bogom, awatarom, świętym, duchom, aniołom itp.) oraz oddamy się całkowicie w ich władanie.

Warto przy tym także zwrócić uwagę na zachowania i sposoby życia hierarchów danych religii. Często bowiem przeczą one zasadom, których tacy nauczają i których nakazują przestrzegać zwykłym, szarym wyznawcom. Wymagają od innych skromnego życia, sami żyjąc w przepychu i rozpuście. Nauczają o miłosierdziu, a na przestrzeni lat przysparzali innym nieopisanych cierpień. Nierzadko angażują się w kwestie polityczne, dążąc do uzyskania jak największej władzy nad ludźmi, miast skupić się na sprawach duchowych. To wszystko powinno być dla Was wyraźnym sygnałem, że „wiedza transcendentalna”, jaką Wam serwują, nie jest w pełni tym, czego szukacie. Choć zapewniają, że powinna być absolutnie najważniejsza dla wszystkich, stanowiąc klucz do zbawienia po śmierci, to nawet dla nich samych okazuje się nie być cenniejszą od pieniędzy ani władzy.

Co do samego życia po śmierci niestety cechą wspólną niemal wszystkich najpopularniejszych kultów, jakie poznałem, jest założenie, że po opuszczeniu fizycznego ciała jesteśmy całkowicie zdani na łaskę lub niełaskę jakiegoś bytu czy siły duchowej. Reasumując, według wspomnianych teorii zarówno za życia, jak i po śmierci wciąż doświadczać będziemy różnego typu poddaństwa oraz hierarchii. Na szczęście w myśl wiedzy, jaką udało mi się zyskać, jest zgoła inaczej i to, czy powrócicie po śmierci do Prawdziwego Domu czy nie, będzie zależało wyłącznie od Was. Zaś konieczność poddaństwa w jakiejkolwiek formie niechaj będzie dla Was wyraźnym sygnałem, że dany kult lub ideologia z pewnością nie chcą wypuścić Was ze Świata Cierpienia. I będą utrudniać Wam to zarówno za życia, jak i po śmierci ciała — o tym jednak szczegółowo napiszę Wam w dalszej części tej książki.

Niechaj więc Wasze obecne przekonania religijne czy przyswojone ideologie nie będą barierą nie do przejścia dla nowej wiedzy. Gdy zatem na dalszym etapie poczujecie, że uruchamiają się w Was programy, które nakazują Wam zamknąć swój umysł czy przerwać czytanie, zapanujcie nad nimi i nie rezygnujcie. Dajcie sobie choćby szansę zapoznania się z tymi informacjami, a potem zrobicie z nimi to, co uznacie za słuszne. Dla jasności powtórzę po raz kolejny, że nie będę Was zmuszał w żaden podstępny sposób do przyjęcia tej wiedzy. Decyzję zawsze pozostawiam Wam.

Materialistyczny ateizm

Muszę w tym miejscu podjąć kwestię jednej z najbardziej szkodliwych (moim zdaniem) ideologii, która aktualnie dominuje głównie w tzw. zachodnim świecie, choć w rzeczywistości na fali globalizmu dotarła w jakimś stopniu niemal do każdego zakątka tej planety. Mowa o kulcie, który nazywam materialistycznym ateizmem. Jego głównym założeniem jest twierdzenie, że istnieje wyłącznie świat materialny, który powstał dzięki dość przypadkowym procesom fizycznym. Odrzuca wszelkie przejawy tzw. duchowości, nie uznając życia po śmierci ani egzystencji w formie niematerialnej. Jego „kapłanami” są przede wszystkim głównonurtowi naukowcy, kompletnie niezainteresowani rzeczowym badaniem powyższych zagadnień. I choć w przyziemnych dziedzinach nauki faktycznie dokonują wielu pożytecznych odkryć, to niestety nie próbują nawet na chwilę sięgnąć umysłem gdzieś dalej. Źródła tego zjawiska można szukać w wielu czynnikach. Jako kluczowy wskazać należy z pewnością sponsorów, którzy ich finansują. Mam na myśli rząd (jeżeli badacz pracuje w placówce państwowej) lub koncerny i lobbystów (kiedy badacz pracuje dla firm lub instytucji prywatnych). To oni decydują o tym, jakie badania będą finansować i niestety tzw. wiedza duchowa nie leży w ich kręgu zainteresowań. Według nich nie ma ona znaczenia w naszym codziennym funkcjonowaniu. Nie wpływa przecież na gospodarkę, bezpieczeństwo ani ochronę zdrowia. Nie przynosi także wymiernych korzyści finansowych (mowa o tematyce prawdziwej duchowości, nie o zhierarchizowanej religii, która może generować ogromne zyski). Dlatego nie przeznaczają funduszy na tego typu badania. Zatem opisywaną tematyką parają się w zasadzie wyłącznie badacze niezależni.

Kolejnym aspektem jest brak narzędzi pozwalających badać tzw. duchowość. Nie istnieje bowiem sprzęt, przy użyciu którego moglibyśmy zobaczyć naszą niematerialną postać (zwaną duszą, duchem, ciałem duchowym itp.) po śmierci fizycznego ciała. Nie istnieje też taki, dzięki któremu moglibyśmy eksplorować światy niematerialne (duchowe) lub kontaktować się z tymi, którzy już tam odeszli. Jednak czy to, że obecnie jeszcze nie posiadamy takiej technologii, jest powodem do tego, by z góry odrzucać koncepcję życia po śmierci, nie próbując w żaden sposób jej badać? Powszechnie przyjmuje się, że tlen odkryto dopiero w XVIII wieku. Czy zatem wcześniej oddychaliśmy czymś innym? Oczywiście, że nie. I gdyby naukowcy byli zamknięci na te badania tak, jak zamknięci są na badanie duchowości, pewnie do dziś nie wiedzielibyśmy o istnieniu tlenu. Wobec tego fakt, że póki co nie dysponujemy odpowiednią technologią, nie jest powodem, by zamykać się na wiedzę o duchowości, z góry odrzucając jej istnienie. W tym kontekście wszelakie uprzedzenia czy brak otwartości na zgłębianie niepopularnych, problematycznych lub kontrowersyjnych dziedzin wiedzy są bowiem niezwykle szkodliwe.

I właśnie teraz płynnie przejdziemy do kolejnego aspektu. Być może ktoś z Was już skojarzył, czytając ostatnie zdania, że takie zamykanie się na wiedzę o duchowości, czy wręcz zwalczanie jej bez wyraźnego powodu, jest także objawem działania wspomnianego wcześniej „programu nieomylności”. Toteż zainfekowani nim naukowcy wolą zwalczać wiedzę o duchowości, niż przyznać, że praktycznie niczego w tej dziedzinie nie wiedzą. Kurczowo trzymają się więc znanych im, przyziemnych dziedzin nauki, twierdząc, że istnieje tylko świat materialny. W grę wchodzi tutaj także inny program podświadomości o nazwie „co ludzie powiedzą?”. Albowiem według nieformalnych zasad materialistycznego ateizmu tego, kto próbuje zgłębiać wiedzę o duchowości, uznaje się za człeka zacofanego. Natomiast ci, którzy uznają istnienie wyłącznie namacalnego świata materialnego, mogą czuć się ludźmi światłymi i postępowymi. Zatem głównonurtowi naukowcy jako „ludzie nauki” boją się choćby wspomnieć o duchowości, by czasem nie utracić korzystnego statusu społecznego.

Reasumując, myślę, że większość badaczy i naukowców ma dobre intencje. Przy tym jednak kurczowo trzymają się doktryn głównego nurtu oraz materialistycznego ateizmu, czym w znacznym stopniu ograniczają swoje postrzeganie rzeczywistości. Jeżeli zaś chodzi o zagadnienia dotyczące duchowości, czyli m.in życia po śmierci ciała, to nie dostarczają praktycznie żadnej wartościowej ani rozsądnej wiedzy. I chociaż w tym obszarze przedstawiane przez nich hipotezy, mające podważyć jego istnienie, prezentują naprawdę mizerną wartość, to jednak potężne światowe lobby sprawia, że statystycznie duża część społeczeństwa przyjmuje wspomniane za fakty. Wobec powyższego należy uważnie się im przyglądać, tak jak powinniście przyglądać się Waszym wewnętrznym programom. Wielokrotnie w tej książce będę podkreślał, że spokojna obserwacja i analiza wszelakich zdarzeń, jakie zachodzą w Was i wokół Was, to jedna z najważniejszych umiejętności, jakie powinniście rozwinąć i jaka będzie Wam potrzebna zarówno za życia, jak i po śmierci Waszego fizycznego ciała.

Pamiętajcie, że nawet, gdy jakaś teoria na pierwszy rzut oka wyda się Wam bzdurna, to nie znaczy, że nie powinniście się z nią zapoznać. Nic nie kosztuje, prócz przeznaczonego na to czasu, a dzięki niej możecie zyskać wartościowe puzzle prawdziwej wiedzy. Choćby jeden malutki. Nie powinniście się także przejmować komentarzami tych, którzy będą próbowali krytykować Was za to, że staracie się zgłębiać jakieś niepopularne lub kontrowersyjne dziedziny wiedzy. Jak wspominałem na początku, osobiście doświadczyłem ostracyzmu społecznego, gdy wiele lat temu podzieliłem się własnymi przemyśleniami z innymi. Jednak to zdarzenie nie tylko mnie nie złamało, lecz wręcz dodało sił do dalszych poszukiwań. Dlatego wiem doskonale i powtórzę po raz kolejny, że jedną z największych krzywd, jaką sami możecie wyrządzić sobie, jest ślepe podążanie za tłumem w obawie przed odrzuceniem. Co więcej, dotyczy to absolutnie każdego aspektu naszego życia. Jeżeli zaś chodzi o wiedzę duchową, to straty poniesione w tym aspekcie będą dla Was najdotkliwsze, choć może nieprędko zdacie sobie z tego sprawę.

Zauważyłem również, że zwolennicy materialistycznego ateizmu bardzo często próbują odbierać innym możliwość samodzielnego poszukiwania wiedzy. Czynią to na zasadzie podważania ich kompetencji, twierdząc, że tylko naukowcy (ci głównonurtowi, rzecz jasna) takowe posiadają. I owszem, o ile zwykłemu człowiekowi faktycznie ciężko będzie bez odpowiedniej wiedzy czy sprzętu dokonać jakiegokolwiek odkrycia np. w dziedzinie robotyki, o tyle absolutnie każdy człowiek ma możliwość dokonania odkryć w sferze wiedzy duchowej.

Uczy się nas również, że można obalić dowolną tzw. teorię spiskową, nie pozostając zobligowanym proponować w jej miejsce innego, sensownego wytłumaczenia ani rozwiązania danej kwestii. To niestety skutkuje tym, że większość ludzi ma wręcz destrukcyjne podejście do poszukiwania wiedzy. Wobec powyższego nie szukają alternatywnych rozwiązań, zatrzymując się na etapie torpedowania niewygodnych idei.

Czy istnieje życie po śmierci fizycznego ciała?

Ten rozdział jest niezwykle ważny, gdyż będzie bramą do dalszej wiedzy zawartej w tej książce. Dlatego im bardziej przedstawione w nim informacje zakorzenią się w Waszych świadomościach, tym łatwiej przyswoicie kolejne.

Zazwyczaj, gdy zaczynam rozmawiać o kwestii życia po śmierci z ludźmi, którzy nie mieli jeszcze styczności z prezentowaną przeze mnie wiedzą, od razu zasypują mnie różnymi, utrwalonymi przez lata sloganami, których celem jest możliwie najszybsze zakończenie tematu. U jednych pojawia się spora nerwowość, a nawet agresja spowodowana tym, że nie wiedzą praktycznie nic w tej materii i boją się, że wyjdą na dyletantów (aktywuje się „program nieomylności”). Inni zaś zachowują się tak, jak gdyby już sama rozmowa o śmierci miała ją nieuchronnie na nich sprowadzić. Kurczowo trzymają się tego skrawka rzeczywistości zwanego codziennym życiem na Ziemi, który wydaje im się bezpieczny, znany i niemal całkowicie zbadany przez naukowców. Tymczasem śmierć może nadejść w każdej chwili. Czyż nie warto poznać lepiej to zjawisko? Spróbować je zrozumieć? Odpowiednio przygotować się na nie? Z innej strony rzecz ujmując, gdy wiecie, że czeka Was trudna wyprawa w góry, to też wyruszacie bez żadnego przygotowania czy rozeznania w terenie, uznając: „będzie, co będzie”?

Czy znacie kogoś, kto przez unikanie tematu śmierci żył na Ziemi w tym samym ciele przez setki czy tysiące lat? Jest takie powiedzenie: „Kto nie jest gotowy, by umrzeć, nie jest gotowy, by żyć”. I skąd macie wiedzieć, jak żyć i co jest naprawdę ważne w Waszym życiu, gdy nie znacie jego prawdziwego sensu ani nie wiecie, czy śmierć ciała aby na pewno je kończy?

Jednym z takich sloganów, jakim rozmówcy nierzadko próbują mnie uciszać, jest coś w stylu: „Z tamtej strony jeszcze nikt nie wrócił, więc nie wiadomo, jak tam jest i czy w ogóle cokolwiek po śmierci istnieje”. Pytam wówczas taką osobę, skąd wie, że nikt nie wrócił. Skąd wie, czy kiedykolwiek nie nawiązano rzetelnego kontaktu z osobą, która odeszła na drugą stronę lub z niej powróciła do swego ciała? Gdzie znalazła informacje, na których opiera swe założenie? I czy w ogóle kiedykolwiek ich poszukiwała? Czy solidnie przewertowała dostępną nam wiedzę, a jeżeli tak, to które jej obszary konkretnie? Na jakich jej źródłach opiera swe twierdzenie? Jak nietrudno się domyślić, szybko okazuje się, że taka osoba nie kiwnęła choćby palcem, by w jakikolwiek sposób zweryfikować swe założenie, a tylko powtarza frazesy, które bezkrytycznie przyjęła jako prawdę. To właśnie wspomniane programy zainstalowane w jej podświadomości nakazały jej tak myśleć, nie poszukując prawdy.

W tym miejscu muszę wtrącić, że ogromnie ubolewam nad tym, iż mimo że żyjemy w czasach powszechnego dostępu do informacji, to stosunkowo bardzo niewielka część społeczeństwa korzysta z tego przywileju w sposób należyty. Większość oddaje się w ręce mediów głównego nurtu, które, owszem, serwują im na tacy jakieś informacje, nie zmuszając do wysiłku ich poszukiwania, lecz w zamian dostosowują i selekcjonują je skrupulatnie, by odbiorca otrzymał tylko te, które właściciel danego medium uzna za stosowne. Jeżeli więc pragniecie wyzwolić się z tego Świata Cierpienia, koniecznie musicie poszukiwać wiedzy na własną rękę.

Wróćmy jednak do zagadnienia życia po śmierci. Czy istnieją rzetelne informacje na ten temat? Jakieś dowody, dzięki którym moglibyśmy odpowiedzieć na pytanie, co się z nami stanie, gdy nasze ciało umrze? Jak wspomniałem, większość religii i wierzeń ze wszystkich zakątków świata głosi, że po śmierci ciała człowiek wciąż żyje jako istota niematerialna, zwana duszą, duchem czy po prostu świadomością. Problem z wierzeniami jest jednak taki, że opisy zaświatów albo samego procesu umierania i przejścia do nich są nieprecyzyjne, a wręcz szczątkowe. Nie opisują tego, czego dokładnie doświadczycie w momencie śmierci i tuż po niej, lub opisują w sposób bardzo metaforyczny, a nawet mitologiczny. Nie dają żadnych wyraźnych wskazówek, jak powinniście się zachować, gdy ten moment nadejdzie. Za wyjątek można uznać religie dharmiczne, gdzie wspomnianą kwestię przedstawia się o wiele bardziej szczegółowo niż w innych (opiszę to dokładniej nieco później). Podejmując temat religii dharmicznych mam na myśli kulty, które opierają się na Dharmie. Termin ten ma wiele znaczeń, lecz ogólnie można by go określić, jako podstawowe prawa rządzące światem. Do religii dharmicznych zaliczamy buddyzm, hinduizm, dżinizm, sikhizm i adźwikę. I choć różnią się one od siebie w wielu aspektach, to jednak na potrzeby tej książki ogólne ich określanie, jako religii dharmicznych, będzie wystarczające.

Niestety wspólną cechą wszystkich popularnych kultów jest twierdzenie, że gdy nasze ziemskie ciało umrze, to jako istoty niematerialne nie mamy praktycznie żadnego wpływu na to, co nas dalej czeka. To bowiem determinuje nasze zakończone ziemskie życie, poprzednie wcielenia (inkarnacje), nasze doświadczenia, interakcje z innymi istotami, nasza osobowość i charakter (ego). To od tego, jacy jesteśmy za ziemskiego życia, zależeć będzie, czy jakaś nadnaturalna siła zwana bogiem lub bóstwem wtrąci nas do świata, w którym będziemy znów cierpieć, czy raczej do takiego, który będzie przypominał tzw. świat niebiański. Według tych wierzeń musimy się podporządkować tej sile i zdać się na jej łaskę.

Religie dharmiczne głoszą także, że po śmierci jednego ciała reinkarnujemy się w kolejnym, niekoniecznie ludzkim, może to być ciało np. zwierzęce. To, jakie dokładnie będzie zależeć będzie również od tych poprzednich żyć. W tym procesie także nie mamy wiele do powiedzenia, gdyż to siła wyższa wymusi na nas kolejne wcielenie, kiedy okaże się, że nie osiągnęliśmy wystarczającego poziomu świadomości, by opuścić krąg reinkarnacji.

Zdaniem zwolenników wspomnianych wierzeń rozwiązaniem tego problemu jest życie według dharmicznych zasad i wykonywanie rozmaitych praktyk, mających na celu osiągnięcie stanu oświecenia (nirwany). Dość trudno opisać, czym jest ten stan. Myślę, że można by go określić jako uświadomienie sobie bycia jednością z wszechświatem. Niestety, jak sami twierdzą, nie jest to łatwe i mało komu się udaje. Dlatego wspomniany proces przeważnie zajmuje kilka wcieleń, a co za tym idzie, konieczna jest kolejna inkarnacja.

Podsumowując, we wszystkich znanych mi religiach i wierzeniach twierdzi się, że po śmierci ciała fizycznego o dalszym losie człowieka decyduje siła wyższa, której należy bezgranicznie się podporządkować. Przeciwdziałać temu można w zasadzie wyłącznie poprzez osiągnięcie oświecenia za życia (według nauk religii dharmicznych). A zatem religie te jako jedyne dopuszczają możliwość samodzielnego zadecydowania o swym losie po śmierci. Pozostałe w mniejszym lub większym stopniu przesiąknięte są poddaństwem i ograniczaniem naszej wolnej woli. Nastawione są na to, by programować nas przekonaniem, że gdy tylko opuścimy swe fizyczne ciała, stając się istotami niematerialnymi (a w zasadzie powrócimy do naszych niematerialnych postaci duchowych), to nasza wolna wola przestaje istnieć i nasz los spoczywa w rękach kogoś lub czegoś innego.

Być może większości z Was wyda się to zupełnie normalne, bo przecież niemal na każdym kroku naszego obecnego życia wmawia się nam, że jesteśmy słabi, bezsilni i mało znaczący.

Jednak z mojej wiedzy wynika, że jest to tylko kolejny, niezwykle potężny program, który ma nas więzić zarówno teraz, jak i po śmierci. Na szczęście mam dla Was wspaniałe wieści: będziecie mogli opuścić Świat Cierpienia już po tym wcieleniu. W dalszej części tej książki przeczytacie, jak to osiągnąć. Dowiecie się także, czemu w ogóle mielibyście opuszczać ten świat i nie wcielać się więcej w żadne fizyczne ciało.

W tym miejscu wielu z Was zapewne pomyślało: „Hola, hola! Ale skąd właściwie wiadomo, że reinkarnacja czy samo życie po śmierci w ogóle istnieją? Przecież nie przedstawiłeś żadnych dowodów, a twierdzenia religijne mogą być nieprawdziwe i po śmierci po prostu znikniemy!”. Dlatego przejdźmy do dowodów. Jednak tu po raz kolejny pragnę Wam przypomnieć, byście zwracali uwagę na szkodliwe programy zainstalowane w Waszej podświadomości, kontrolowali je i utrzymywali otwarty umysł. To bardzo ważne, gdyż z każdym kolejnym rozdziałem prezentowana przeze mnie wiedza może być dla Was coraz trudniejsza do przyswojenia.

Dowody na życie po śmierci

Zacznę od reinkarnacji. Tak jak wspomniałem, poza źródłami pochodzącymi z rozmaitych religii i kultów, istnieją także relacje współczesnych nam ludzi, których doświadczenia wyraźnie wskazują na to, że nasza ziemska egzystencja w cielesnej powłoce jest zaledwie krótkim epizodem naszego prawdziwego, wiecznego życia. Jedną z takich grup są dzieci, które dokładnie pamiętają swe poprzednie wcielenia. Tego typu historie zdarzają się na całym świecie i jest ich na tyle dużo, że żaden poszukiwacz prawdy nie powinien przejść obok nich obojętnie. To zjawisko polega na tym, że zaledwie kilkuletnie dzieci w pewnym momencie zaczynają opowiadać rodzicom o tym, kim byli w poprzednim życiu. Opisują siebie, swe miejsce zamieszkania, rozmaite historie z życia oraz nierzadko moment własnej śmierci. Wielu dorosłych uznaje te opowieści za efekt wybujałej wyobraźni swych maluchów, ignorując je. Jednak ci o bardziej otwartych umysłach często przyglądają się uważniej tej sprawie. Okazuje się wówczas, że dziecko przekazuje im informacje, które pokrywają się z rzeczywistością, a których nie mogło znać chociażby z uwagi na swój młody wiek czy ograniczony dostęp do źródeł tych przekazów. Zdarza się również, że poprzednie wcielenie dziecka żyło w tej samej miejscowości, dzięki czemu potrafi ono dokładnie wskazać dom, w którym mieszkało i szczegółowo opisać jego wnętrze, choć w obecnym życiu nigdy w nim nie było. Jeżeli nie zetknęliście się z tym tematem, sugeruję nadrobić zaległości. Polecam Wam prace profesora Iana Stevensona, który badał tego typu przypadki. Spośród ok. 3000 analizowanych spraw w ponad połowie udało mu się potwierdzić, że dzieci rzeczywiście opowiadały o osobach faktycznie kiedyś żyjących — i to w różnych zakątkach świata. Setki, o ile nie tysiące tego typu relacji bez problemu znajdziecie między innymi w internecie.

Zgłębiając wspomniany temat, z pewnością natkniecie się również na niszczycielską dezinformację przedstawicieli materialistycznego ateizmu, a nawet zagorzałych katolików, którzy utrzymują, że wszystkie te opowieści są kłamstwem. Do tej pory nie spotkałem się natomiast z żadną ich kontrteorią, w jakikolwiek inny sposób wyjaśniającą ten fenomen. Trzymają się przy tym wersji, że wszystkie tego typu historie po prostu zmyślono. Owszem, część z nich być może faktycznie jest fantazją. Niektóre może wymyślono celowo, by następnie je zdemaskować jako fałszywe w głównonurtowych mediach, co miałoby automatycznie podważyć bądź ośmieszyć wszystkie inne. Jednak w ten sposób można próbować podważyć niemalże wszystko. Zarzucanie komukolwiek konfabulacji bez konkretnych dowodów jest nikczemne, a prawdziwy poszukiwacz prawdy nie powinien dać się omamić takimi zagrywkami. Mnogość wspomnianych opowieści oraz to, że sam profesor psychiatrii wiele z nich potwierdził stanowi niezbity dowód na to, iż reinkarnacja jest faktem. Co za tym idzie — po śmierci fizycznego ciała wciąż istniejemy. O tym, dlaczego większość z nas nie pamięta swych poprzednich wcieleń oraz jakimi prawami rządzi się tzw. krąg reinkarnacji, napiszę dokładniej w dalszej części książki.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 50