E-book
14.7
drukowana A5
25.08
drukowana A5
Kolorowa
47.8
Ćma

Bezpłatny fragment - Ćma

Bajki i frywolne niebajki


Objętość:
91 str.
ISBN:
978-83-8324-757-1
E-book
za 14.7
drukowana A5
za 25.08
drukowana A5
Kolorowa
za 47.8

Od autora

Droga Czytelniczko, drogi Czytelniku,


ta niedługa, niespełna stustronicowa książeczka, to zbór dwudziestu jeden miniatur ułożonych od najkrótszej do najdłuższej. Każda z nich stanowi niezależną całość, lecz gdy przeczytasz jedną po drugiej, być może odniesiesz wrażenie, że tworzą fabułę niewielkiej, jednak logicznie rozwijającej się powieści. Zachęcam więc do przeczytania wszystkich po kolei.

W podtytule widnieje informacja, że książkę tworzą „bajki i niebajki”. W trakcie lektury sami będziecie mogli określić, którą miniaturę można uznać za tuzinkową bajkę, a którą nie.


Drodzy Czytelnicy, ufam, że całą książeczkę przeczytacie bez trudu i z prawdziwą przyjemnością. Sprzyjać temu będzie jej nieduży rozmiar i wartka frapująca fabuła… Gdybyście po jej przeczytaniu zechcieli się ze mną podzielić swymi refleksjami — to nic prostszego: można to uczynić na moim facebookowym fanpejdżu https://www.facebook.com/Janusz1228. Na tym samym, zresztą, gdzie wiele miniaturek z tej książeczki przyszło na swój czytelniczy świat. Byłoby mi więc bardzo miło gdybyś i Ty — Czytelniczko, i Ty — Czytelniku (jeśli do tej pory tego nie uczyniliście) dołączyli na nim do licznego grona drogich memu pisarskiemu sercu sympatyków.

Zapraszam Was także do sklepiku z moim książkami, który znajdziecie pod adresem: Janusz.Nizynski.pl. Można w nim nabyć każdą pozycję z mojego literackiego dorobku w wersji papierowej i elektronicznej, a niektóre nawet jako audiobooki. Na życzenie do zakupionego woluminu wpisuję indywidualną dedykację. Książki sklepik wysyła pocztą, ale można też odbierać je u mnie osobiście po wcześniejszym uzgodnieniu: kiedy i gdzie.

Droga Czytelniczko, drogi Czytelniku! Teraz pozostaje już tylko zaprosić Cię do lektury mojej najnowszej książeczki i życzyć Ci wspaniałych czytelniczych wrażeń, co niniejszym czynię.

Miłej lektury!


Janusz Niżyński

Zamiast wstępu — czyli krótka bajka o dwóch dziewczynkach

Żyły sobie były dwie dziewczynki: dobra i zła. Zła dziewczynka nauczyła dobrą być złą… A dobra dziewczynka złej nie nauczyła niczego.

I po bajce.

Ps. Tak naprawdę obie dziewczynki to jedna i ta sama kobieta. O niej ta książeczka.

Wyprawa na koniec świata

Podszedł do niej i powiedział:

— Pójdziesz ze mną na koniec świata, tam gdzie spełniają się marzenia?

I wziął ją za rękę, i poszli ulicą zalaną promieniami nieznośnie jasnego, słonecznego światła, parząc bose stopy rozpalonym asfaltem. I szli długo, długo, dopóki nie okazało się, że wokół nich same łąki i pola. Znaleźli w nich wąską ścieżkę. Ruszyli wzdłuż. Wkrótce zakryło ich zielone listowie.

Znaleziono ich śpiących, na mechatej łące, tuż nad ranem. Zdrowo oberwali od rodziców.

Od tej pory dużo upłynęło czasu. Ona — Justyna, nie ma już sześciu latek, jak wtedy, a on ośmiu.

Jednak gdyby dziś przyszedł do niej i powiedział:

— Pójdziesz ze mną na koniec świata, tam gdzie spełniają się marzenia?

Bez wahania znów podałaby mu rękę i poszłaby.

Tylko że on do niej nie przyjdzie. On już idzie na koniec świata.

Z inną.

Impresja z życia szczęśliwej kobiety

Zawsze pragnęła wielkiej i pięknej miłości. I oto Los ofiarował jej taki prezent — poznała Jego!

Jej ukochany mężczyzna leży w stroju kąpielowym na rozłożonej kanapie (gdyby nie pandemia na pewno teraz wylegiwałby się razem z nią na plaży) ogląda telewizję i jest taki męski, że gdy nawet z ukradka zerka na niego, aż zapiera jej dech.

Ależ spotkało mnie szczęście! — Wręcz zazdrości samej sobie i dziwi się, że w jakiś magiczny i cudowny sposób jej marzenie mogło się spełnić, i tak szybko!… Już samo przebywanie obok NIEGO i patrzenie na NIEGO jakimże jest trudnym do wysłowienia szczęściem!


Nagle odwrócił się do niej, przerywając jej miłosne przemyślenia:

— Kuźwa! Hej, Justyno, czegoś nie rozumiem? Będzie tu dziś jakieś żarło czy nie?

Wzdrygnęła się, pobiegła szybciutko do kuchni. Jej ukochany kocur jest głodny! Cieszyła się z przeświadczenia, że on naprawdę jej potrzebuje, że ona jest mu niezbędna, niezastąpiona, i ta myśl sprawiała, że choć to prawie już niemożliwe, ale jeszcze bardziej poczuła się kobietą spełnioną.

I jeszcze bardziej szczęśliwą.

Jesienne wspomnienie

Do dziś ma je przed oczyma. Było to wiele, wiele lat temu, gdy jako młoda dziewczyna spacerowała po parku imienia Adama Mickiewicza w Ostrowie Wielkopolskim. I tak jak teraz, i wtedy była jesień. Wszystkie alejki pokrywało brązowo-żółte listowie. Stąpając po nim, jak zwykle tak bywa przy chodzeniu po suchych liściach, rozchodził się charakterystyczny szelest, podobny do szumu fal, a do nozdrzy wnikała wilgoć i zapach jakby z gęstwiny lasu… Było ciepło. Słońce świeciło jaskrawo, a pod błękitem nieba wesoło szybowały latawce, które rozkrzyczana dzieciarnia więziła i ciągała na brzuchowatych linkach. Niewiele dalej, na uboczu szerokiej alejki wiodącej wzdłuż nabrzeża stawu, jakaś kobieta sprzedawała jesienne kwiaty…

Nagle spostrzegła idących nieopodal dwoje zgarbionych staruszków: on w okularach i zacerowanej, ale schludnej kamizelce, ona — w śmiesznym, staromodnym kapelusiku skryta pod stareńką parasolką. Szli jak młodzi kochankowie, trzymając się za ręce, rozmawiając o czymś-tam swoim, co rusz wymieniając się czułymi spojrzeniami…

Zatrzymawszy się przed kobietą sprzedającą kwiaty, starszy pan długo przeliczał drobne pieniążki i gdy kupił w końcu jeden niebrzydki bukiecik — wręczył go promieniującej ze szczęścia swej ukochanej pani! Wręczył i pocałował w policzek a następnie obydwoje — nie spiesząc się i jakby nikogo wokół nie widząc, na nikogo nie zwracając uwagi — ponownie chwycili się za ręce i wolnym spacerkiem ruszyli przed siebie. A z nimi jesienny wietrzyk, delikatnie obsypujący kolorowym listowiem zakochaną parę…

Jakże piękny wzruszający obrazek! — westchnęła Justyna. — Chciałbym kiedyś, gdy już będę w ich wieku, zaznać podobnego szczęścia…

Jego tlen

— Odchodzę, mój mężu! — powiedziała Justyna.

— Dlaczego? — zapytał, patrząc na nią.

Uśmiechnęła się smutnym, zimowym uśmiechem. W oczach, w których szkliły się łzy, odbijało się mroźne, gwieździste niebo.

— Przecież i tak nigdy mnie nie kochałeś — odpowiedziała.

— Jak to? — zapytał — Naprawdę nic przy mnie nie czułaś?

— Od bardzo dawna nie powiedziałeś mi najważniejszego.

— Czego? — zapytał.

— Że mnie kochasz… — szepnęła.

— Nie przykładam znaczenia do słów. — odrzekł. — Przecież to tylko słowa. Nic więcej.

„Ale w nich mieszka miłość” — odpowiedziała Miłość, ustami Justyny.

Czekał. Wierzył, że przyjdzie, ponieważ od zawsze w głębi wierzył, że wróci, mimo że rozstali się dawno. Jednak dziś, jak nigdy wcześniej, znów chciał ją ujrzeć, chociaż sam nie wiedział, dlaczego? A może wiedział? I tylko nie chciał się przed sobą przyznać?

I rzeczywiście, zjawiła się. Przyszła jako Los, pod postacią pięknej kobiety. Ale on nie wiedział, że to Ona.

— Dlaczego się rozstaliście? — spytała piękna kobieta, gdy nostalgicznym zimowym wieczorem, siedząc przy kawiarnianym stoliku, spoglądał przez okno w rozgwieżdżone niebo.

— Nasza miłość się wypaliła… — odpowiedział, przenosząc na kobietę spojrzenie poprzez płomień smukłej, palącej się pośrodku stolika, świecy, wokół której tajemniczo, jak piękny motyl, krążyła nocna ćma.

— Czy nadal na nią czekasz? Ale jeśli nie przyjdzie? — zapytała i tajemniczo się uśmiechnęła. — Co wtedy zrobisz?

— Nie wiem. — odpowiedział zniewolony uśmiechem — Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, że była moim tlenem niezbędnym do życia… Lecz odeszła, bo przestałem jej okazywać miłość i mówić najważniejsze słowa.

— Jakie? — zapytała, patrząc mu w oczy.

Że ją kocham…

Justyna spuściła oczy i cicho rzekła:

— Dziękuję… Choć to i tak już niczego nie zmieni.

Substytut

Po szychcie on od razu ucieka z pracy. Biegnie po schodach. Byleby jak najszybciej! Drzwi się otwierają. Znów widzi radosny uśmiech. Iskierki w jej oczach. Zaraz zanurzy się w świat, który stworzył… Miłość!


Czasem niespodziewanie dostawała ataku złości! Milczał. Nie wiedział, jak reagować. Prawdopodobnie wszystkie kobiety tak mają. Emocje, hormony… Znosił, trwał, przetrzymywał… Miłość!


Burzliwe noce wciąż mijały jak cudowne bajki. Wszystko sobie przebaczali. Zapominali o wszystkim co niedobre. Budzili się rano spleceni w precelek, szczęśliwi. Uwielbiał te błogie chwile, ciepło jej ciała… Miłość!


Dzieci. Urodziły się i sprawiły, że był jeszcze bardziej szczęśliwy. Kochał je, rozpieszczał, kupował stroje. Uwielbiał ich śmiech. Bawił się z nimi, czytał na dobranoc bajki… Miłość!


Dzieci dorosły. Wyjechały na studia. Chciała robić karierę. Mówiła, że musi coś w życiu osiągnąć. Zasypiał, słysząc szum komputera i stukot klawiatury… Miłość.


Brakowało jej wolności. Jeździła w delegacje do innych miast, do innych krajów. Nie protestował. Chciał, żeby było dobrze. Wszystko rozumiał. Trwał w nadziei… Miłość.


Zaczęła palić… Powiedziała, że to pomaga na koncentrację. Widział rozpad swego świata, który kochał. Rozmawiał z nią. Przekonywał. Nie pachniała już cukierkami i mlekiem… Odwracał się do ściany, by nie urazić jej zniesmaczeniem… Miłość.


„Lepiej w ogóle abyśmy sypiali osobno!” — Wygarnęła mu. Postawiła na swoim. Wyczołgał się z łóżka, przeniósł na kanapę. Jest zmęczony wytrwałością. Lecz wciąż trwa… Miłość?

W końcu pozwolił jej odejść. Stała się wolna. Zrobiła, co chciała. Co planowała od dawna. Jemu — wszystko zobojętniało… Miłość?


Dzieci wyfrunęły z gniazda. Na zawsze. Dom zarasta pajęczyną. Teraz jego światem jest butelka alkoholu. Znalazł substytut… Miłości.

Przypowieść o Malutkiej miłości

W parku Mickiewicza, na zacienionej ławeczce, z dala od uczęszczanych przez ludzi alejek cichutko siedziała sobie Malutka Miłość. Miasteczko tętniło życiem, mieszkańcy zajęci byli swymi codziennymi sprawami i nikt z nich nie zwracał na Malutką Miłość uwagi.

Przesiedzę tutaj tak do późnej starości i pewno nawet się nie dowiem, czy mogę być komuś do czegokolwiek potrzebna — pomyślała Malutka Miłość i postanowiła wstać z ławeczki i ruszyć alejką, do ludzi.

Wtedy — od razu ją zauważono. Jakiś zamyślony pan podszedł do niej, potarł dłonią po swym niedogolonym podbródku i zaczął się zastanawiać: Do licha! Potrzebna mi do czegokolwiek taka Malutka Miłość czy jednak do niczego nie jest potrzebna?

W tym samym czasie dużo młodszy od niego chłopak, slalomujący na deskorolce wzdłuż alejki, przelotnie zerknął na Malutką Miłość i, prychając prześmiewczo, pomknął dalej, nawet na chwilę się przy niej nie zatrzymując. Tak samo i pewna wyniosła dama. Ta, mijając Malutką Miłość, widowiskowo zaciągnęła się papierosem i wydmuchując chmurkę dymu, rzuciła mimochodem — Dość mam kolejnych miłostek i romansów. Same tylko po takich kłopoty… — I nawet kuśtykający staruszek, idący alejką z naprzeciwka, widząc Malutką Miłość, przestraszył się i już z dala zawołał: — A kysz, swawolnico! Nie wchodź mi w drogę. Siwej brodzie nie przystoją miłostki. Należy się powaga i szacunek!

I dopiero jakaś miła kobieta, robiąca w parku zdjęcia drzewom i kwiatom, z nadzieją i czułością spojrzała na Malutką Miłość:

— Dzień dobry! Na imię mam Justyna. Może chciałabyś obejrzeć moje fotografie kwiatków, owadów i chrząszczy? — Zapytała Malutką Miłość — Pokażę ci, jakie są piękne. A jeśli chcesz, mogę cię także nauczyć robić takie niezwykłe zdjęcia, a potem pójdziemy razem na spacer!

— Z przyjemnością! — Malutka Miłość zachwyciła się i wyciągnęła do Justyny rękę.

— Stop! Zostaw ją! — Nagle „przebudził się” zamyślony mężczyzna o niedogolonym podbródku. Wciąż zastanawiał się nad zaletami i wadami Malutkiej Miłości, lecz decyzji jeszcze nie podjął. — Byłem pierwszy, który podszedł do niej i jeszcze nie wiem, czy potrzebna mi ona do czegoś, czy nie!


— Nie słuchaj tego niezdecydowanego pana! — powiedziała do miłej pani Justyny Malutka Miłość. — Ma już całkiem niemało lat i nadal nie rozumie, że jeśli zawsze będzie tak długo podejmować decyzję, żadna Miłość na niego nie zaczeka…

Głowa pisarza

„I znów pusty ekran, zero natchnienia…” — pan pisarz Janko westchnął i zamknął pokrywę laptopa. — Idę na spacer! — zadecydował — Może wena powróci?


Robił tak zawsze, gdy cierpiał na pustkę w głowie, gdy brakowało natchnienia i wena ulatywała w nieznane. Głowa pisarza dotleniona po spacerze wiejskim powietrzem zwykle wracała do rutynowej kondycji, co oznaczało, że pracowała lepiej. Bo i czego więcej pisarzowi trzeba, gdy na świecie cisza, spokój i sielska natura? Niczego…

W płóciennych spodniach, słomkowym kapeluszu i lekkich butach pan pisarz Janko wyszedł z domu i bez namysłu skierował się w stronę pobliskiej rzeczki. A tam — prawdziwie sielskie landszafty: kot sąsiadów czai się w trawie, szukając smacznych myszek, w koronie starej topoli głośno rozśpiewuje się skowronek, nad jeziorem polnych kwiatów fruwają kolorowe motyle i ciężko furgocze trzmiel, lądując na koniczynach, by odsysać z nich zapasy na tegoroczną zimę. Słowem: idylla.

Nagle, wchodząc do zagajnika, uwagę pisarza zaprzątnęły nieco inne, acz, przyznać to trzeba otwarcie i uczciwie, nadal naturalne dźwięki. Pan pisarz Janko ostrożnie ruszył do miejsca, z którego dochodziły. Jeden rzut oka, potem następny i jeszcze kolejny — i wszystko było już jasne jak południowe słońce. Chłopak od sąsiadów przywarł dziewczynę do pnia rosłego drzewa i raz za razem wchodził w nią wszechwładnie i stanowczo, nagłaśniając ten proces potężnym oddechem. Również dziewczyna mimo częściowego zniewolenia nie pozostawała bezczynną: łapczywie obejmując konar, pojękiwaniem w unisono dopełniała artykulację chłopaka.

By, broń boże, nie być przyłapany na zbyt płochym podglądactwie — pan pisarz, po nasyceniu „pustogłowia” spektaklem, cicho i dyskretnie się oddalił.

Skowronek jeszcze głośniej zaśpiewywał się w koronie starej topoli, świętując zwycięstwo życia, motyle jeszcze bardziej intensywnie trzepotały nad kwiatami, trzmiel z jeszcze większą determinacją zbierał daninę z kwiatów. Głowa pisarza doznawała tak bajecznej uczty zmysłów, że na natchnienie nie musiał dłużej czekać. Pan pisarz Janko energicznym więc krokiem ruszył do domu.


— Chcesz trochę wisienek? — zapytała Justyna, od niedawna partnerka Janka, widząc, że ów najwyraźniej pochwycił podczas spaceru twórczą inspirację.

— Przynieś owoc do pokoju… Będę pisać! — odpowiedział pan pisarz Janko, pospiesznie kierując się do pracowni.


Już od godziny stuka palcami po klawiaturze. Pisze nową powieść. Jej tytuł: „Krwawe najście w zagajniku”.

Fragment, który właśnie pisze, w niepruderyjnej okazałości prezentuje się tak:

„Porozrzucane części kobiecej garderoby wskazywały miejsce, w którym skryła się ofiara. Miejscowy maniak polizał ostrze noża i rzucił się na nieszczęsną, przytwierdzoną więzadłami do drzewa”…

Jedna, jedyna, niezastąpiona…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 14.7
drukowana A5
za 25.08
drukowana A5
Kolorowa
za 47.8