E-book
15.75
drukowana A5
33.69
Cisza w Eterze Tom II

Bezpłatny fragment - Cisza w Eterze Tom II

Objętość:
89 str.
ISBN:
978-83-8440-814-8
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 33.69

Moim Rodzicom — za to, że nasza wspólna droga trwa, a każda kolejna fala zbliża nas do siebie.

Mamie — za Twoją niezłomną siłę i serce, które mimo trudów, pozostaje dla mnie najcieplejszym i najbezpieczniejszym portem. Dziękuję za światło Twojej wiary, które pozwala mi bezpiecznie wracać do domu z każdej podniebnej podróży.

Tacie — za wspólne marzenia, które dziś nabierają nowych barw. Dziękuję, że Twoje dawne pragnienia stały się moją rzeczywistością i że wciąż możemy razem patrzeć w stronę tego samego horyzontu.

Rozdział 1: Koperty i nowe początki

Od pierwszej, historycznej, wrześniowej łączności Maksa minęło dziewięć miesięcy. Przez dom przetoczył się cały rok szkolny, niosąc ze sobą klasówki, zimowe wieczory i wiosenne roztopy, aż wreszcie nastały upragnione wakacje.

Radio „Stolica”, to z zielonym, jarzącym się ciepło magicznym okiem, nadal stało na honorowym miejscu w kuchni. Było milczącym, a zarazem grającym świadkiem dorastania całej szóstki rodzeństwa. Tego wieczoru z jego głośnika dobiegał łagodny, uspokajający głos spikera radiowej Jedynki, wypełniając pomieszczenie aurą domowego bezpieczeństwa.

Dzieci były już o kolejny rok starsze i eter odcisnął na nich swoje wyraźne piętno. Osiemnastoletni Maks, świeżo upieczony dorosły, wydawał się jeszcze spokojniejszy i bardziej opanowany. Fale krótkie nauczyły go żelaznej cierpliwości. Z ucznia Dziadka Tadeusza stał się jego równorzędnym partnerem przy sprzęcie, a w ostatnich miesiącach wziął na siebie ciężar przygotowania młodszych braci do państwowego egzaminu.

Szesnastoletnia Zuzia wciąż szukała własnej ścieżki, nieco zdystansowana, ale to ona przejęła rolę domowego dyrektora artystycznego – projektowała niesamowite karty QSL, łącząc krótkofalarską tradycję z nowoczesną grafiką. Trzynastoletnia Oliwia, jak zwykle cicha i uważna, nie rozstawała się ze swoim notatnikiem, który z brudnopisu niepostrzeżenie zamienił się w profesjonalny Dziennik Łączności dla nasłuchowca. Z kolei czternastoletni Leon i jedenastoletni Igor pod okiem Maksa przeszli prawdziwą, wojskową musztrę. Literowania fonetycznego uczyli się przy obieraniu ziemniaków, a z podziału pasm byli odpytywani w drodze do szkoły. Najmłodsza, dziewięcioletnia Mi, wciąż traktowała radiostację w pokoju obok jak centrum dowodzenia statkiem kosmicznym, będąc wszędobylską maskotką całego zespołu.

– No dzieciaki! – głos Dziadka Tadeusza zabrzmiał doniośle, przekrzykując łagodny głos spikera.

– Koniec tego dobrego. Rok szkolny zamknięty, czas rozliczeń. Pochwalcie się swoimi świadectwami. Babcia Frania już parzy herbatę z tej okazji.

Zuzia, Oliwia i mała Mi niemal natychmiast położyły na dębowym stole swoje cenzurki. Każda ozdobiona pionowym, czerwonym paskiem, z którego Babcia Frania była zawsze niewyobrażalnie dumna. Dziadek pokiwał z uznaniem głową, poprawiając okulary, po czym przeniósł wzrok na Leona i Igora.

– A wy, panowie? – zapytał z udawaną surowością.

– Mam nadzieję, że eter nie wyciągnął wam z głów matematyki.

Leon i Igor spojrzeli na siebie porozumiewawczo. W ich oczach błysnęły znajome, szelmowskie iskierki. Zamiast sięgnąć do teczek po szkolne dokumenty, położyli na blacie dużą, grubą, szarą kopertę. Była starannie zaklejona.

Tadeusz zmarszczył brwi. Spojrzał na chłopców, potem na Maksa, który oparty o futrynę drzwi uśmiechał się pod nosem, i powoli chwycił za krawędź papieru. Rozdarł szarą kopertę. Wewnątrz, ku jego zdziwieniu, znajdowały się dwie kolejne. Mniejsze, równie szczelnie zaklejone, z wypisanymi starannym pismem imionami: „Igor” oraz „Leon”.

W kuchni zapadła kompletna cisza, przerywana tylko cichym, wieczornym oddechem starego radia. Dziadek drżącymi palcami otworzył pierwszą z nich, a potem drugą.

Zamiast ocen ze szkoły, na dębowy stół wysunęły się oficjalne Pozwolenia Radiowe wydane przez Urząd Komunikacji Elektronicznej. Na sztywnych kartonikach widniały ich własne, nowiutkie znaki wywoławcze. Zanim staruszek zdążył cokolwiek powiedzieć, Zuzia i Oliwia, nie chcąc być dłużne, natychmiast wyciągnęły z własnych kieszeni dwa jednakowe, zalaminowane dokumenty. Były to ich oficjalne, imienne certyfikaty nasłuchowców SWL, o które wystąpiły w całkowitej tajemnicy do krajowego stowarzyszenia krótkofalowców.

Dziadek Tadeusz zamarł. Przeniósł wzrok ze stosu radiowych dokumentów na dumne, roześmiane twarze wnuków. Oczy mu zaszkliły.

– Nie patrz tak na nas, Dziadku – zaśmiał się Maks, widząc, że Tadeusz wciąż przeciera okulary, nie wierząc w to, co widzi.

– Przygotowywałem ich do tego po cichu przez cały rok szkolny. Egzaminy państwowe zdali w Lublinie jeszcze pod koniec kwietnia, tuż przed majowym weekendem. Mama i Tata o wszystkim wiedzieli – musieli przecież podpisać zgody i pełnomocnictwa, bo chłopcy są niepełnoletni. Dokumenty przyszły pocztą do Lublina tydzień temu, akurat, gdy rodzice pakowali się do wyjazdu. Ubłagaliśmy ich, żeby nam je dali i pozwolili zachować wszystko w tajemnicy przed tobą aż do dzisiaj. To miał być nasz wspólny prezent na otwarcie wakacji.

– Wy łobuzy... – wyszeptał w końcu, kręcąc z niedowierzaniem głową.

– Mój własny, domowy zespół...

Opadł ciężko na krzesło, wciąż wpatrując się w rozłożone na blacie licencje. Nagle jego wzrok stwardniał, a na twarzy pojawił się wyraz absolutnej determinacji. Przesunął dłonią po dokumentach i spojrzał na Maksa.

– Skoro wy zrobiliście swój krok w tajemnicy, to teraz moja kolej – powiedział twardo.

– Nie będziecie się rozbijać po pasmach każdy w swoją stronę. Zuzia, Oliwia, Mi... wy też nie będziecie wiecznie tylko słuchać w cieniu braci. Jutro z samego rana dzwonię do mecenasa Zawadzkiego.

– Do prawnika? – zapytał ze zdziwieniem Leon.

– Tak. Zakładamy Rodzinny Klub Krótkofalowców. Do tego będziemy musieli założyć stowarzyszenie zwykłe. Mecenas Zawadzki nam to wszystko formalnie przygotuje – Tadeusz mówił szybko, a jego umysł już analizował procedury.

– Ustawa wymaga trzech pełnoletnich założycieli. Ja i Maks to dwóch.

Spojrzał na żonę, która właśnie stawiała na stole tacę z parującymi kubkami herbaty.

– Franiu, zostaniesz członkiem założycielem naszego klubu. Twój podpis będzie na statucie.

Babcia zamarła z dzbankiem w dłoni.

– Tadeuszu, przecież ja nie odróżniam opornika od kondensatora, a z telegrafii znam tylko SOS – odpowiedziała, mrugając ze zdumieniem.

– W urzędzie miasta to nie ma żadnego znaczenia. Jesteś nam potrzebna do trójki założycielskiej. Złożymy papiery, a potem wyślemy wniosek do UKE. Ja zostanę oficjalnym kierownikiem radiostacji klubowej, wezmę na siebie odpowiedzialność techniczną, organizacyjną oraz prawną. I jak tylko dostaniemy z Warszawy nasz własny, klubowy znak, cała wasza szóstka będzie mogła legalnie usiąść do tego mikrofonu.

Dziadek Tadeusz dopił herbatę jednym, długim haustem, odstawił kubek na stół i wstał z krzesła. W jego ruchach nagle pojawiła się dawna, młodzieńcza energia, która zawsze budziła się w nim, gdy w grę wchodziły fale krótkie.

– Chodźcie za mną – rzucił krótko, kiwając na całą szóstkę.

Zostawili kuchnię z szumiącą cicho „Stolicą” i ruszyli gęsiego wąskim korytarzem do pokoju na końcu domu. Do „shacku” – domowego sanktuarium, w którym czas płynął według uniwersalnego zegara UTC. Pomieszczenie powitało ich znajomym, ciepłym zapachem rozgrzanej elektroniki, kalafonii i starego papieru. Na głównym biurku dumnie prężyła się potężna radiostacja, której wyświetlacz jarzył się bursztynowym światłem, a z głośnika dobiegał miarowy, hipnotyzujący szum pustego pasma.

Tadeusz nie usiadł jednak w fotelu operatora. Zamiast tego podszedł do ciężkiej, dębowej szafy stojącej w rogu pokoju. Przekręcił kluczyk i z lekkim trudem pociągnął za mosiężną klamkę. Z najniższej szuflady wyciągnął gruby, oprawiony w wytartą skórę brulion oraz dużą, zwiniętą w rulon mapę świata.

Położył wszystko na wolnej części blatu i ostrożnie rozłożył mapę. Była gęsto usiana kolorowymi pinezkami, poprzecinana liniami i naniesionymi odręcznie strefami czasowymi. Następnie otworzył stary brulion. Strony były pożółkłe, a równe rzędy liter i cyfr zapisano wyblakłym, wiecznym piórem.

– Skoro procedury w urzędach potrwają kilka tygodni, nie możemy tego czasu zmarnować na bezcelowe wołanie w eterze – zaczął Dziadek, przesuwając dłonią po szorstkim papierze swojego Dziennika Łączności.

– Musicie zgrać się jako zespół. Zrozumieć propagację, nauczyć się słuchać, kiedy inni krzyczą i wyczekiwać momentów, gdy słońce i jonosfera otwierają na kilka minut drzwi na drugi koniec globu.

Spojrzał na zafascynowane twarze wnuków pochylone nad mapą. Nawet mała Mi wspięła się na palce, by lepiej widzieć.

– To jest mój stary Dziennik Łączności – kontynuował Tadeusz, a w jego głosie pobrzmiewała głęboka nostalgia.

– Zanim jeszcze wasi rodzice przyszli na świat, zdobyłem swój najważniejszy dyplom. DXCC. Wiecie w ogóle, co to znaczy? Skrót DX w telegrafii oznacza wielką odległość, z angielskiego distance. Z kolei CC to Century Club, czyli Klub Stu. DXCC to najbardziej prestiżowe wyróżnienie krótkofalarskie na świecie, wydawane przez organizację ARRL. W wolnym tłumaczeniu to Amerykańska Liga Sztafet Radiowych. Ta archaiczna nazwa wzięła się z początków dwudziestego wieku, kiedy pierwsze nadajniki miały bardzo słaby zasięg. Aby przesłać wiadomość na dużą odległość, amatorzy musieli podawać ją sobie z miasta do miasta, tworząc żywą, radiową sztafetę. Dla uproszczenia w Polsce mówimy jednak na nich po prostu Amerykański Związek Krótkofalowców. To elitarny klub zrzeszający tych, którzy nawiązali i potwierdzili kartami QSL łączności z minimum stu różnymi krajami i terytoriami radiowymi na całej kuli ziemskiej.

Oliwia odruchowo sięgnęła po swój ołówek, a Leon i Igor wymienili błyszczące ekscytacją spojrzenia.

– Sto państw? – zapytał z niedowierzaniem Igor.

– Przecież my ledwo robimy Europę...

– Sto podmiotów DXCC – poprawił go łagodnie Maks, opierając się o oparcie fotela.

– To nie zawsze są niepodległe państwa. Czasem to odizolowana wyspa na środku oceanu, czasem baza badawcza na Antarktydzie, a czasem bezludna rafa koralowa, która znika pod wodą w czasie przypływu.

Dziadek Tadeusz pokiwał z aprobatą głową.

– Dokładnie. Włochy czy Niemcy to zaledwie rozgrzewka. Prawdziwe łowy zaczynają się tam, gdzie kończy się cywilizacja. To będzie wasze zadanie na ten lipiec, podczas gdy mecenas Zawadzki będzie walczył z naszymi klubowymi papierami. Wasze wielkie wyzwanie. Sto krańców świata.

Tadeusz postukał palcem w mapę, wskazując na maleńką kropkę u wybrzeży Afryki, a potem przeniósł palec daleko na północ, w okolice koła podbiegunowego.

– Chłopcy, macie swoje znaki, więc siadacie do klucza i mikrofonu. Wywołujecie i przebijacie się przez zakłócenia. Dziewczyny, wasze licencje SWL to teraz nasze największe atuty. Będziecie uszami tego zespołu. Wyłapiecie z szumów najsłabsze sygnały, będziecie śledzić zapowiedzi ekspedycji i prowadzić nasz klubowy Dziennik Łączności. Będziecie polować.

Zapadła cisza. Słowa Dziadka zawisły w gęstym, ciepłym powietrzu pokoju. Wyzwanie było potężne, niemal obezwładniające, ale w oczach całej szóstki nie było widać strachu. Była w nich tylko czysta, radiowa gorączka.

– To co? – szepnął Leon, łamiąc ciszę i uśmiechając się szeroko.

– Od czego zaczynamy nasz Dziennik Łączności?

Rozdział 2: Szept zza koła podbiegunowego

Kiedy dom ostatecznie ucichł, a w oknach na osiedlu pogasły ostatnie światła, pokój na końcu korytarza dopiero budził się do życia. „Shack” Dziadka Tadeusza stał się teraz ich wspólnym terytorium. Maks siedział w fotelu operatora, wpatrując się w bursztynowy wyświetlacz potężnej radiostacji. Lewą dłoń trzymał miękko na głównym pokrętle, gotowy do płynnego przeszukiwania częstotliwości. Tuż obok niego, na dostawionym krześle, przysiadła Oliwia. Na uszach miała ciężkie, profesjonalne słuchawki, podpięte do drugiego gniazda w przednim panelu. Na kolanach trzymała rozłożony, czysty Dziennik Łączności i ostro naostrzony ołówek.


Leon i Igor zajęli starą kanapę pod ścianą, wpatrzeni w starszego brata jak w obrazek. Zuzia z kolei rozłożyła się na dywanie z blokiem rysunkowym, szkicując zarys pierwszej, klubowej karty QSL, choć co chwilę zerkała z fascynacją w stronę jarzącego się sprzętu.


– Pasmo czterdziestu metrów – zakomunikował cicho Maks, przełączając precyzyjnie filtry radiostacji.


– O tej porze Europa powinna być szeroko otwarta, ale poszukamy czegoś dalej. Czegoś z naszej listy.


Eter przypominał wzburzone morze. Z głośnika dobiegał głęboki, miarowy szum, przez który co kilkanaście sekund przebijały się trzaski wyładowań atmosferycznych z odległych letnich burz, toczących się gdzieś nad kontynentem. Maks delikatnie, milimetr po milimetrze, kręcił gałką. Przemykał obok silnych, dudniących stacji z Włoch i Niemiec. Dzisiaj ich nie interesowały. Szukali radiowych duchów.


Nagle Oliwia uniosła dłoń, nakazując mu natychmiastowe zatrzymanie ruchu.


– Czekaj. Cofnij odrobinę – szepnęła, dociskając nauszniki słuchawek do głowy.


– Tam na dole... coś bardzo dziwnego.


Maks cofnął pokrętło o ułamek kiloherca. Z gęstego szumu tła zaczął wyłaniać się sygnał, ale nie przypominał on niczego, co Leon i Igor słyszeli kiedykolwiek wcześniej. Nie był to czysty, ludzki głos ani gładki, elektroniczny dźwięk telegrafii. Sygnał wibrował, drżał i rwał się, przypominając nieco wodny szept albo szybki trzepot skrzydeł uwięzionego ptaka.


– Co to jest? – zapytał Igor, podrywając się z kanapy.


– Brzmi, jakby ktoś nadawał spod wody. Awaria sprzętu?


Maks wpatrywał się w miernik siły sygnału, którego wskazówka nerwowo podskakiwała na skali. Uśmiechnął się z uznaniem.


– Nie. To fizyka atmosfery, młody. To auroral flutter. Trafiliśmy na wyjątkowy, rzadki moment potężnego skoku aktywności słonecznej, dzięki któremu sygnał przedziera się przez strefę zorzy polarnej, by do nas dotrzeć. Zorza naładowana jest cząsteczkami magnetycznymi, które jednocześnie odbijają i mocno zniekształcają falę radiową.


Oliwia przymknęła oczy, całkowicie odcinając się od otoczenia. Jej dłoń z ołówkiem zawisła nad papierem.


– Słuchajcie – szepnęła dziewczyna, wyłapując w absolutnym skupieniu poszczególne litery zniekształconego przez zorzę głosu operatora, który rytmicznie podawał swój znak w języku angielskim.


– Juliet... Whiskey... Juliet, Whiskey.


Spojrzała na brata, a jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia.


– Maks, to JW.


Maks natychmiast odszukał odpowiedni prefiks na liście stu podmiotów DXCC.


– Svalbard – powiedział cicho, a w jego głosie zabrzmiał autentyczny, radiowy respekt.


– Terytorium Norwegii, Wysoka Arktyka. Kraina niedźwiedzi polarnych, mrozu i wiecznego lodu. Mamy przed sobą nasz pierwszy kraniec świata.


– To na co czekasz? – Leon podszedł bliżej, opierając dłonie na krawędzi blatu biurka.


– Wołaj ich.


Maks wziął do ręki ciężki, metalowy mikrofon i wycelował wzrok w membranę, skupiając całą energię.


– Juliet Whiskey Two Alfa... – zaczął pewnym, głębokim głosem, wymawiając angielskie słowa z nienaganną dykcją i wbijając się idealnie w pauzę między wywołaniami norweskiego operatora.


– This is Sierra Papa Eight...


Podał swój osobisty znak wywoławczy, wydłużając nieco samogłoski, by ułatwić zrozumienie na drugim końcu zniekształconej trasy. Zwolnił przycisk nadawania. Pokój znów wypełnił się szumem odbiornika. Wszyscy wstrzymali oddech. Przez pierwsze sekundy w głośniku słychać było jedynie puste syczenie. A potem, spod warstwy zakłóceń, wychylił się ten sam, drżący głos.


– Sierra Papa Eight... please repeat your callsign.


Maks uśmiechnął się pod nosem. Usłyszał go. Złapał kontakt. Szybko nacisnął przycisk nadawania i powtórzył swój znak, tym razem wolniej, potrójnie literując każdą literę fonetycznie, dbając o maksymalną czytelność. Gdy znów przeszedł na odbiór, trzepoczący głos operatora powrócił niemal natychmiast, brzmiąc teraz odrobinę silniej.


– Sierra Papa Eight...


– Norweg podał pełny znak Maksa, potwierdzając odbiór.


– Good evening Poland. Your signal is five and nine. Very fluttery, but readable. My name is Erik. I am located in Longyearbyen, Svalbard. Over.


Maks i Zuzia od lat uczęszczali na dodatkowe zajęcia z angielskiego, a w szkole od zawsze byli prymusami z tego przedmiotu. Uwielbiali ten język i traktowali go nie tylko jako szkolny obowiązek, ale przede wszystkim jako uniwersalny klucz otwierający drzwi do całego świata. Dlatego Oliwia na bieżąco, cichym szeptem tłumaczyła z angielskiego każde słowo płynące z głośnika, żeby bracia dokładnie wiedzieli, co się dzieje. Błyskawicznie zanotowała znak, imię operatora, raport pięćdziesiąt dziewięć i lokalizację.


Leon szybko wystukał nazwę miasta w wyszukiwarce telefonu.


– Słuchajcie tego – powiedział cicho, pochylając się nad ekranem.


– Longyearbyen to największa osada na archipelagu Svalbard i najbardziej wysunięte na północ miasto na świecie. Żyje tam ledwie ponad dwa tysiące ludzi, a przez parę miesięcy w roku mają tam absolutną noc polarną. Mają też wielki bank nasion na wypadek globalnej katastrofy. Piszą, że podobno łatwiej tam spotkać niedźwiedzia polarnego niż obcego człowieka.


Maks odpowiedział na powitanie, dziękując za raport i podając raport zwrotny. Wymienili jeszcze z Erikiem kilka krótkich, technicznych uwag o sprzęcie i antenach, po czym zgodnie z krótkofalarskim zwyczajem pożegnali się tradycyjnym „73”. Sygnał ze Svalbardu ponownie utonął w oceanie szumów.


– Zrobione – powiedział Maks, zerkając na rodzeństwo.


– Podmiot numer jeden na naszej drodze do DXCC zaliczony. Oliwia ostrożnie podkreśliła ostatnią literę w Dzienniku Łączności.


– Svalbard. Siedemdziesiąty ósmy stopień szerokości geograficznej północnej. Ponad trzy tysiące kilometrów stąd w linii prostej – wyszeptała, nie kryjąc podziwu.


– I my to usłyszeliśmy po prostu siedząc tutaj, u dziadka w pokoju...


– To jest właśnie magia eteru, siostrzyczko – uśmiechnął się Maks.


– Ale zanim zaczniemy świętować ten pierwszy kraniec świata, musimy pamiętać o jednym. Złapać stację to jedno, ale zdobyć potwierdzenie na dyplom DXCC to drugie. Zuzia, teraz twoja kolej na scenę. Musimy wysłać Erikowi naszą papierową kartę QSL z raportem nasłuchowym Oliwii i prośbą o kartę zwrotną. Wtedy i tylko wtedy będziemy mogli odhaczyć ten podmiot na liście.


Svalbard był blisko, to ta sama strefa czasowa. Ale teraz Maks przestroił radio kilkadziesiąt kiloherców wyżej. Z głośnika buchnął potężny, krystalicznie czysty, wręcz głośny sygnał. Męski głos z wyraźnym, południowym akcentem niemal śpiewał do mikrofonu, wywołując stacje z Europy.


– Papa Yankee Two... – wyszeptała Oliwia, natychmiast przykładając ołówek do papieru.


– Brazylia – uśmiechnął się Maks.


– Ponad dwieście milionów ludzi i tysiące krótkofalowców. Ich sygnał płynie teraz w całkowitych ciemnościach, odbijając się od jonosfery nad równikiem. Te trzaski w tle, które słyszycie, to wyładowania z potężnych burz tropikalnych gdzieś nad dżunglą amazońską.


Maks wcisnął przycisk nadawania i podał swój znak, precyzyjnie wbijając się w okienko czasowe. Odpowiedź nadeszła natychmiast, jak wystrzał z armaty.


– Sierra Papa Eight, my friend in Poland! – ryknął wesoło Brazylijczyk.


– Good evening! You are booming in Sao Paulo! Five and nine plus! My name is Carlos.


– Sierra Papa Osiem, mój przyjacielu z Polski!


– Oliwia natychmiast zaczęła szeptem tłumaczyć potok słów płynący z głośnika, aby bracia dokładnie wiedzieli, co się dzieje.


– Dobry wieczór! Grzmisz u mnie w Sao Paulo na pięć dziewięć z plusem! Mam na imię Carlos.


Łączność z Carlosem trwała chwilę dłużej, była luźna i pełna południowej energii. Kiedy się pożegnali, Igor westchnął z podziwem.


– Ale on miał mocny sygnał. Jakby siedział w pokoju obok.


– Bo Brazylia ma świetny sprzęt i dobrą propagację – odparł Maks.


– Ale to wciąż było proste. My szukamy krańców świata, pamiętacie?


Przestroił radio niżej. Nagle w głośniku rozległ się potworny chaos dziesiątek głosów, gwizdów i sygnałów telegraficznych.


– Co to za hałas? – skrzywił się Leon. – Pół Europy i Ameryki Północnej próbuje się dopchać do jednej, rzadkiej stacji.


Maks wcisnął mały przycisk rozdzielający częstotliwości. Z tła wyłonił się słaby, brytyjski akcent.


– Zulu Delta Seven... listening up five.


– Wyspa Świętej Heleny – powiedział Maks z napięciem.


– Sam środek południowego Atlantyku. Surowa, wulkaniczna skała, na którą zesłano Napoleona. Jeden z najbardziej pożądanych znaków.


– Sierra Papa Eight! – powiedział stanowczo do mikrofonu.


Czekali w napięciu. Aż w końcu usłyszeli pożądany komunikat, który przebił się przez szumy oceanu.


– Sierra Papa Eight, good evening. You are five and nine on Saint Helena Island. I am transmitting from Jamestown.


– Sierra Papa Osiem, dobry wieczór. Słyszę cię na pięć dziewięć na Wyspie Świętej Heleny. Nadaję z Jamestown – Oliwia natychmiast, niemal szeptem, przetłumaczyła słowa operatora, by reszta rodzeństwa nie straciła ani sekundy z tej doniosłej chwili.


Leon szybko wyszukał hasło w sieci.


– Jamestown to stolica ich wyspy, wciśnięta w wąską, głęboką dolinę pomiędzy stromymi, wulkanicznymi klifami. To tam zmarł sam Napoleon Bonaparte. Mają totalne odcięcie od świata.


Maks potwierdził łączność i odłożył mikrofon. Na jego twarzy malowało się pełne skupienie, które powoli ustępowało miejsca ogromnej satysfakcji.


– Mamy to – powiedział cicho.


– Święta Helena. Trudny, wyspiarski podmiot wyciągnięty prosto z samego środka oceanu.

Rozdział 3: Szara linia i polowanie na zakłócenia

Krótki, letni sen minął błyskawicznie. Zanim słońce na dobre wzniosło się nad horyzont, zwiastując upalny, lipcowy dzień, w domu na wsi znów zapachniało świeżo parzoną kawą i rozgrzaną elektroniką. Maks siedział w fotelu operatora z na wpół przymkniętymi oczami, popijając mocny napar z dużego kubka. Obok niego, z głową opartą o blat biurka, drzemał Igor, a Leon ziewał potężnie, wpatrując się bezmyślnie w podświetlony na bursztynowo ekran radiostacji. Tylko Oliwia, z ołówkiem w dłoni i słuchawkami na uszach, wydawała się całkowicie odporna na zmęczenie, czujnie monitorując Dziennik Łączności.


Drzwi do pokoju uchyliły się bezszelestnie i do środka wszedł Dziadek Tadeusz. Wyglądał zupełnie inaczej niż zazwyczaj podczas porannych krzątanin – miał na sobie wyprasowaną, jasną koszulę, granatową marynarkę, a w prawej dłoni trzymał wytartą, skórzaną teczkę.


– Nie spaliście w ogóle? – zapytał cicho, podchodząc do biurka i zerkając na zapisane w nocy strony dziennika. Oczy rozszerzyły mu się z podziwu, gdy dostrzegł wpisy ze Svalbardu, Brazylii i Wyspy Świętej Heleny.


– Ładny połów. Jesteście zmęczeni, ale widzę, że bakcyl połknięty.


– Czekamy na Daleki Wschód, dziadku – zachrypiał Maks, odstawiając kubek.


– Sam nas uczyłeś o szarej linii. Ten krótki, magiczny moment, kiedy w jednej części świata słońce wschodzi, a w drugiej zapada zmrok lub słońce jest już wysoko, ale jonosfera wciąż trzyma nocne właściwości. Fale radiowe ślizgają się wtedy po tej granicy światła i cienia, dając niesamowite zasięgi na niskich pasmach. Chcemy upolować Japonię.


Tadeusz uśmiechnął się z dumą i poklepał Maksa po ramieniu.


– Dobrze. Bardzo dobrze. Eter nagradza cierpliwych i tych, którzy wstają przed świtem. Ja tymczasem jadę do centrum, umówiłem się na ósmą rano.


– Z mecenasem Zawadzkim? – zapytał przytomnie Leon, przecierając oczy.


– Zgadza się. W teczce mam wszystkie wasze dane, przygotowany wstępny statut naszego stowarzyszenia i podpisy babci Frani. Nie będziemy tracić ani jednego dnia.


Jeśli mecenas Zawadzki uzna, że dokumenty są bez błędów, jeszcze dziś po południu złożę je w biurze podawczym starostwa powiatowego, które jako urząd właściwy dla naszej gminy zajmuje się ewidencją stowarzyszeń zwykłych.


Oliwia zsunęła jeden nausznik słuchawek, by lepiej słyszeć dziadka.


– A długo będziemy czekać na ten nasz znak klubowy? – zapytała cicho.


– Starostwo ma kilka dni na wpis. Kiedy go dostaniemy, od razu wysyłam wniosek do Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Zakładam, że w sierpniu cała wasza szóstka będzie już nadawać pod naszym wspólnym, rodzinnym znakiem. Do tego czasu prowadźcie nasłuchy, a chłopaki niech trenują technikę pod moim okiem. Pamiętajcie, przepisy to świętość – dopóki nie ma licencji klubowej, nikt poza licencjonowanymi operatorami nie może dotknąć przycisku nadawania. Będę po południu. Trzymajcie kciuki za biurokrację, a ja trzymam kciuki za waszą Japonię.


Gdy drzwi za dziadkiem się zamknęły, Maks ponownie skupił wzrok na wyświetlaczu i na powrót założył słuchawki na uszy. Delikatnie przekręcił główne pokrętło. Eter budził się do życia wraz ze wschodzącym słońcem, a warstwy jonosfery zaczynały zmieniać swoje właściwości.


– Igor, Leon, pobudka! – zarządził Maks, a w jego głosie znów pojawiło się znajome, łowcze napięcie.


– Skupcie się.


Sygnały z Japonii przechodzące przez szarą linię bywają bardzo zniekształcone i brzmią trochę jak dzwonki na wietrze. Oliwia, ołówek w gotowości. Wchodzimy w pasmo dwudziestu metrów.


Maks wcisnął odpowiedni przycisk na panelu, zmieniając częstotliwość stacji. Głośnik na moment zamilkł, by po sekundzie wybuchnąć zupełnie inną barwą dźwięku. Nie było już powolnego, głębokiego szumu nocnego Atlantyku. Zamiast tego z głośnika dobiegał szybki, nerwowy gwar, pełen wysokich tonów i świstów. Nagle przez ten hałas przebił się rytmiczny, ostry głos: „CQ DX, CQ DX, CQ DX. This is Juliet Alfa One...”.


Oliwia natychmiast przycisnęła słuchawki mocniej do uszu.


– Juliet Alfa Jeden – szepnęła.


– Japonia podaje wywołanie ogólne dla stacji spoza Azji – uśmiechnął się szeroko Maks.


– Dokładnie tak, jak wyliczyliśmy. U nich jest teraz przedpołudnie i słońce stoi już wysoko, a u nas właśnie wschodzi. Nasze światy właśnie spotkały się na ułamek sekundy w jonosferze na granicy dnia i nocy.


Maks przyciągnął do siebie mikrofon, gotowy na to trudne starcie. Wiedział, że w tym samym momencie ten sam sygnał słyszą tysiące innych operatorów w całej Europie. Ułożył palec na przycisku nadawania i wziął głęboki oddech. W tym samym ułamku sekundy z głośnika radiostacji buchnął przeraźliwy, rzęrzący warkot. Był tak głośny i agresywny, że Oliwia z krzykiem zerwała słuchawki z głowy. Elektroniczny wskaźnik siły sygnału na panelu radia wystrzelił do samego końca skali, świecąc wściekłą czerwienią. Głos japońskiego operatora zniknął bez śladu, całkowicie pożarty przez potężną ścianę chropowatego hałasu.


Leon aż podskoczył na kanapie.


– Co się stało? Radio się zepsuło? Spaliło się coś? – zapytał z paniką w głosie. Maks błyskawicznie ściszył dźwięk, kręcąc głową z wyraźną irytacją.


– Nie radio. To zakłócenia lokalne. Ktoś w domu włączył do prądu uszkodzone urządzenie. Najpewniej stary zasilacz impulsowy albo wadliwą żarówkę LED. Taka tania elektronika działa jak potężna zagłuszarka, sieje brudem po całych falach krótkich.


– Szybko, zrób coś! – ponaglił Igor, stojąc już na równych nogach.


– Japończyk nam ucieknie!


– Szara linia to okno propagacyjne, które zamyka się bardzo szybko. Mamy może dziesięć, piętnaście minut, zanim słońce wzejdzie wyżej i stracimy z nim kontakt – Maks spojrzał na zegar z narastającym napięciem.


– Musimy znaleźć źródło tego hałasu. Leon, Igor! Zróbcie zwiad.


Chłopcy nie czekali na drugie polecenie. Maks przesunął suwak głośności tak, by rzęrzący warkot był wyraźnie słyszalny w całym pokoju.


– Leon, biegnij do przedpokoju do skrzynki z bezpiecznikami! – zakomenderował starszy brat.


– Wyłączaj po kolei prąd w poszczególnych pokojach. Jak hałas zniknie, Oliwia krzyknie!


Leon wybiegł na korytarz, potykając się o własne kapcie. Stanął przed białą skrzynką w przedpokoju, otworzył drzwiczki i spojrzał na rząd czarnych przełączników.


– Wyłączam salon! – krzyknął przez ramię i pstryknął pierwszy przełącznik z brzegu.


– Słyszę to samo! Szumi dalej! – odkrzyknęła Oliwia z pokoju radiowego.


– Wyłączam łazienkę! Pstryk.


– Dalej szumi! Pospieszcie się! – głos Maksa zdradzał potężną presję czasu.


Leon zawahał się na ułamek sekundy, widząc etykietę z napisem kuchnia. Wiedział, że Babcia Frania przygotowuje właśnie wczesne śniadanie, ale przesunął plastikowy hebelek w dół. W tym samym momencie z pracowni dobiegał radosny okrzyk Oliwii: – Zniknęło! Maks, hałas zniknął, słyszę znowu Japończyka!


Igor popędził prosto do kuchni. W półmroku pomieszczenia, rozświetlonego tylko pierwszymi promieniami słońca, stała Babcia Frania. Trzymała w dłoni wtyczkę od starego, zdezelowanego miksera, patrząc z zaskoczeniem na zgaszoną lampę pod sufitem.


– A to co znowu? Korki wybiło? – zapytała, poprawiając fartuch.


– Chciałam wam ubić pianę na naleśniki w nagrodę za zarwaną noc.


– Babciu, twój mikser to nasz wróg publiczny numer jeden! – wydyszał Igor, próbując złapać oddech.


– Jego silnik wysyła takie zakłócenia, że zagłusza nam całą Azję! Proszę, nie włączaj go przez najbliższe dziesięć minut, aż ci damy znać.


Babcia Frania spojrzała na stary, plastikowy sprzęt, po czym ze zrozumieniem odłożyła go na blat.


– Azja ważniejsza niż naleśniki. Będzie jajecznica, przy niej nie muszę używać prądu – uśmiechnęła się ciepło.


– Biegiem do radia, łobuzy.


Leon włączył z powrotem bezpiecznik kuchenny i obaj chłopcy wpadli z poślizgiem do pokoju. Maks trzymał już mikrofon tuż przy ustach. Z głośnika znów płynął czysty, ostry jak brzytwa głos stacji z Dalekiego Wschodu. Maks i Zuzia dzięki wieloletniej nauce na dodatkowych lektoratach oraz autentycznemu zamiłowaniu do języka angielskiego władali nim teraz z dużą swobodą, co dawało im ogromną pewność siebie przed mikrofonem. Maks wyczekał ułamek sekundy i precyzyjnie wbił się w przerwę.


– Sierra Papa Eight....


Tym razem musiał powtarzać swój znak trzykrotnie, przebijając się przez tłum innych stacji. Oliwia zacisnęła palce na ołówku, modląc się w duchu, by jonosfera dała im jeszcze jedną szansę.


– Sierra Papa Eight in Poland, you are five and seven in Hiroshima. My name is Kenji – przebił się w końcu japoński operator.


– Jesteś pięć i siedem w Hiroszimie. Mam na imię Kenji – przetłumaczyła szybko Zuzia, która stanęła za plecami Maksa.


Leon błyskawicznie wystukał nazwę miasta na klawiaturze telefonu.


– Hiroszima – przeczytał z lekkim niedowierzaniem.


– Pamiętacie z lekcji historii? To pierwsze miasto na świecie, na które zrzucono bombę atomową. Zostało niemal całkowicie zrównane z ziemią, a dzisiaj to wielka metropolia i światowy symbol pokoju. Pomyślcie tylko, że rozmawiamy teraz z kimś, kto siedzi w miejscu o takiej historii.


Maks uśmiechnął się do niego z uznaniem, po czym wcisnął przycisk nadawania. Błyskawicznie potwierdził odbiór i podziękował za łączność dokładnie w momencie, gdy sygnał Kenjiego zaczął rozpływać się w rosnącym szumie porannego pasma. Szara linia zgasła. Półkula wschodnia została zdobyta rzutem na taśmę. Cała czwórka spojrzała na siebie z ogromną ulgą. Byli zmęczeni i głodni, ale w Dzienniku Łączności właśnie wylądował trzeci, azjatycki podmiot na ich drodze do stu krańców świata.

Rozdział 4: Buntownicy i gniew słońca

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 33.69