cisza na trzy zmiany
światło jarzeniówki liczy moje blizny
każda ma inny kształt głodu
i każda milczy kiedy pytają
ręcznik ma zapach cudzej skóry
myśli plączą się w warkocz
którego nikt nie chce rozczesać
za ścianą ktoś śpiewa kołysankę
bez melodii bez słów
tylko drżenie powietrza
lekarz mówi będzie dobrze
dobrze to słowo z zewnątrz
tu nie ma go w słowniku
patrzę na dłonie
uczę je być puste
bez tabletek bez lęku bez planu
w oknie kraty układają się w wiersz
czytany od końca
do początku którego nie pamiętam
powidok
zamieszkałam w naszym czerwcu
drzwi zostawiłam otwarte
i wciąż wietrzę nim pokoje
przeszłość jest miodem na języku
słodka i lepka
nie mogę przestać jej smakować
jestem zegarem bez wskazówek
bo czas zatrzymał się wtedy
gdy patrzyliśmy na siebie
noszę tamte dni w warkoczu
zaplątane z polnymi kwiatami
i nie rozczesuję ich na noc
świat za oknem jest przeciągiem
a ja chowam się głębiej
w miękki schron pamięci
mówią to już było
a ja wciąż jestem tam
gdzie twoja dłoń szukała mojej
żyję w powidoku twojego uśmiechu
i mrugam powoli
żeby nie zgasł
pokój numer cztery
lampy nie gasną nawet w nocy
sen przychodzi na receptę
a ja czekam aż przestanę się bać
pytają o imię
odpowiadam szeptem
bo głos zgubiłam w korytarzu
za drzwiami kroki pielęgniarki
odmierzają ciszę
która dzwoni w uszach
chciałabym dotknąć deszczu
ale szyba jest grubsza niż obietnice
i nie otwiera się od środka
piszę list do siebie
na serwetce przy śniadaniu
nie mam odwagi go przeczytać
mówią że wyzdrowieję
a ja nie wiem już co to znaczy
być cała
drzwi bez klamek
korytarz pachnie lekami i strachem
moje myśli chodzą boso po kafelkach
zimno w palce w stopy w zdania
mówią że tu bezpiecznie
a ja sprawdzam czy serce jeszcze bije
pod piżamą za dużą o trzy rozmiary
nocą ściany szepczą cudze sny
moje milczą od wtorku
od kiedy zabrali sznurówki
przez kratę w oknie niebo wygląda jak kartka
ktoś podarł ją na równe kwadraty
i kazał oddychać przez jeden
chciałabym płakać głośno
ale tu płacz ma limit czasu
i dawkę zapisaną na karcie
uczę się jeść widelcem bez zębów
uśmiechać się oczami które nie śpią
i liczyć dni które nie mają nazw
szew na lewą stronę
chodzę po ulicach jak pożyczona
chodniki są za wąskie
na mój krok
który zawsze spóźnia się o sekundę
próbuję ułożyć dłonie do modlitwy
palce nie trafiają w siebie
układają się w pytanie
na które nikt nie odpowiada
stawiam na stole kubek z herbatą
para unosi się za wysoko
omija mój oddech
i siada przy cudzym oknie
noszę płaszcz ze światła
jest prześwitujący
wszyscy widzą przeze mnie
a ja nie widzę ich
wieczorem kładę głowę na poduszce
sen przychodzi w cudzym języku
rozumiem każde słowo
i żadne nie jest do mnie
ten sam płomień
zapalasz się w mojej pamięci
bez zapałek
bez ostrzeżenia
i nie gasisz od lat
kładę dłonie na starym stole
drewno pamięta nasze łokcie
zostawia na skórze
ciepły ślad
próbuję przesadzić kwiaty w doniczce
korzenie wracają do tamtej ziemi
pachną tobą
choć podlewałam deszczem
noszę w portfelu bilet bez powrotu
z datą naszego śmiechu
kasownik go nie dotyka
bo jest nieważny dla świata
wieczorem liczę zmarszczki na lustrze
każda prowadzi do ciebie
nie umiem zabłądzić
choć minęło tyle dróg
słoik z latem
otwieram szufladę z zapachami
wypada z niej lipiec
jeszcze ciepły od słońca
i pachnie malinami
kładę na języku okruch rozmowy
rozpływa się wolno
słyszę tamten śmiech
który nie zdążył się zestarzeć
noszę w kieszeni bilet nad jezioro
brzeg wciąż jest na nim mokry
woda zostawia na palcach
dawny chłód
przymierzam sukienkę z wiatru
ma jeszcze twoje dłonie na plecach
obraca się sama
gdy puszczam muzykę z wtedy
wieczorem stawiam na parapecie słoik
zamykam w nim każdy zachód
patrzę jak świeci
i nie umiem go zgasić
pusty peron
w mojej torebce dzwonią
drobne z automatu do pepsi
i bilety skasowane
przez deszcz
na języku zostaje smak
gumy balonowej i pierwszych papierosów
próbuję go wypluć
ale wraca
wciąż mierzę tę samą sukienkę
kupioną za kieszonkowe
jest coraz ciaśniej
od wspomnień
nie umiem zgasić latarni
która świeciła na boisku po zmroku
pali się w moich oczach
co noc
i młodość która czeka
na spóźniony pociąg
i nie wsiada
bo nigdzie
nie chce jechać beze mnie
rewers
chodzę w sukience uszytej z dat
rozpruwa się na szwach
kiedy biegnę
za siebie
w szafce trzymam słoik
z powietrzem z sierpnia
odkręcam wieczko nocą
i oddycham płytko
nie umiem znaleźć drzwi
do pokoju gdzie miałam osiemnaście lat
klucz zardzewiał
w mojej dłoni
na ścianach wiszą cienie
ze śmiechu który nie wraca
dotykam ich palcem
i spadają
jak liście
w lustrze ktoś odwraca głowę
patrzy na mnie z tamtej strony
i nie chce oddać
mojej twarzy
przesyłka niedoręczona
w moich kieszeniach dzwonią drobne
z automatu z biletami na centralnym
kupuję za nie chleb
i wciąż jestem głodna
warszawy
na języku trzymam nazwę ulicy
z której wyprowadziłam się w pośpiechu
szeleści między zębami
jak zaschnięty liść
z łazienek
wciąż budzi mnie dźwięk tramwaju
jadącego przez noc na kawęczyńską
tutaj tramwaje śpią cicho
a ja nie
nie umiem zmyć z dłoni zapachu
porannej kawy z charlotte na placu zbawiciela
wcieram go w skórę
zanim wyjdę z domu
żeby nie pachnieć obco
w portfelu noszę zdjęcie
zrobione telefonem na dachu palmy
niebo jest tam niżej
i łatwiej dotknąć
w moich butach utknęły kamyki
z mostu świętokrzyskiego
uwierają przy każdym kroku
i prowadzą
pod prąd
warszawa wyrosła mi pod żebrami
rozpycha się kiedy oddycham
kaszle gołębiami z placu konstytucji
i nie pozwala
zapomnieć
skrzynka na listy bez adresu
w mojej szufladzie leżą okruchy
z ciasta które jedliśmy w sierpniu
nie wyrzucam ich
bo jeszcze pachną
na ramionach noszę ciężar
z sukienek suszonych na wietrze
tamto lato było lżejsze
ode mnie
wciąż słyszę śmiech
który został w muszli
przykładam ją do ucha
gdy jest za cicho
nie umiem zamknąć oczu
żeby nie widzieć polany
na której tańczyły świetliki
i nasze ręce
w telefonie mam zdjęcie nieba
z dnia który nie chciał się kończyć
przybliżam je nocą
i szukam siebie
wspomnienia rosną w moich żyłach
puszczają pąki
kiedy pada
i wtedy kwitnę
w środku zimy
nie umiem ich wyrwać
bez krwi
przeprowadzka która się nie odbyła
w moich włosach został zapach dymu
z ognisk nad wisłą
nie chce się wyczesać
choć minęły lata
na ścianach wieszam okna z widokiem
na plac zamkowy
otwieram je rano
i wpuszczam przeciąg
wciąż kupuję chleb na wagę wspomnienia
kruszy się w dłoniach
jak tamte kamienice
po deszczu
nie umiem zamknąć drzwi od szafy
bo wysypie się z niej pole mokotowskie
i cały czerwiec
który nie zdążył
w telefonie mam numer do nikogo
wybieram go nocą
i słyszę sygnał
z budki na powsińskiej
warszawa trzyma mnie za nadgarstek
czasem puszcza
na chwilę
żebym uwierzyła
że jestem wolna
wiersz pisany chodnikiem
w moich butach został warszawski pył
z marszałkowskiej
nie strzepuję go
bo wtedy bym zniknęła
na obcym niebie szukam iglicy
palec rysuje ją w chmurach
wiatr zdmuchuje
zanim skończę
wciąż słyszę jak nocą dyszy metro
przejeżdża mi przez sen
i wysiada
na stacji której nie ma
nie umiem zaparzyć milczenia
jakie kapało z kranu na żoliborzu
herbata smakuje obco
i stygnie za szybko
w dłoni trzymam kasztan z saskiego
już nie kiełkuje
ale ciąży
jak obietnica
warszawa siedzi w moich żebrach
czasem puka od środka
żebym przypomniała sobie
jak się
oddycha
słoik z sierpniowym światłem
w mojej piwnicy stoi lato
zakręcone w słoiku
otwieram je w lutym
i oddycham
na ścianie rośnie winorośl z tamtych dni
każdego roku ma więcej cienia
zamiast owoców
wciąż noszę kolczyki z muszelek
szumią twoim głosem
gdy kłamałyśmy że morze
jest w każdej z nas
nie umiem wyrzucić kartki z kalendarza
na której pisałyśmy plany
do dziś jest dziś
i nigdy nie ma jutra
w szufladzie trzymam bilety do cyrku
gdzie śmiałyśmy się do łez
klaun płacze teraz za szybą
i nikt nie klaszcze
piękna przeszłość śpi w moim swetrze
grzeje mnie od środka
i drapie
jak wspomnienie
które nie chce
odejść
muzeum zamknięte w poniedziałek
w moim kredensie śpi porcelana
którą tłukłyśmy ze śmiechu
teraz cała
i nikt jej nie dotyka
na strychu wiszą sukienki z wiatru
przymierzam je po ciemku
żeby nie widzieć
jak są za duże
wciąż zbieram kasztany w październiku
choć już nie masz kieszeni
kładę je na parapecie
i czekają na zimę
w radiu grają piosenkę
którą znałyśmy na pamięć
nucę tylko moją część
twoja wisi w powietrzu
nie umiem zdjąć plakatu ze ściany
koncertu na który poszłyśmy
bilety wyblakły
a data wciąż świeci
piękna przeszłość mieszka pode mną
stukam w podłogę obcasem
ona odpowiada
echem
i nie otwiera
drugie miejsce przy oknie
w mojej torebce noszę bilet
skasowany piętnaście razy
donikąd
na parapecie stoi kubek
z twoim odciskiem palca
dolewam do niego milczenie
żeby nie wyparowało
wciąż śpię na lewej stronie łóżka
prawa jest twoja
chłodna
i nie wybacza
w kalendarzu przekreślam daty
które nie należą do nas
a i tak wracają
jak bumerang
nie umiem oddać książki
którą pożyczyłaś mi na zawsze
zakładką jest twój włos
i urwana rozmowa
w lustrze przybywa mi siwych nitek
liczę je twoim głosem
żeby nie zgubić rytmu
byłaś przyjaciółką
teraz jesteś przeciągiem
który zamyka za mną drzwi
i zostawia
otwarte
okno
popiół z tamtych kalendarzy
w moim lustrze mieszka dziewczyna
która ma twoje oczy
i moje zmarszczki
nie umiem wyrzucić starych gazet
bo między stronami śpią nasze niedziele
i zapach rosołu
który gotowałyśmy na pół
wciąż noszę zegarek bez wskazówek
zatrzymał się gdy wyszłaś
po chleb
i nie wróciłaś
na balkonie schnie twoja sukienka
od lat nie pada deszcz
więc nie ma po co jej zdejmować
dawne lata śpią w mojej torebce
czasem brzęczą drobnymi
jakby chciały kupić bilet
na powrót
do nas
pokój numer piętnaście
na mojej szyi wisi brelok do klucza
którego nie ma
od piętnastu zim noszę go
żeby drzwi do ciebie nie zarosły
na strychu składuję nasze obietnice
pudła opisane twoim pismem
i moim drżeniem
wciąż zamawiam kawę z mlekiem
dla ciebie
choć piję sama
i stawiam drugą filiżankę
przy oknie gdzie siadałyśmy
żeby liczyć ptaki
i pierwsze siwe włosy
nie umiem zamknąć tej historii
więc dopisuję ją co noc
na poduszce
gdzie śpi
twoja nieobecność
pudełko po siedemnastu latach
w moim kalendarzu zatrzymał się listopad
od siedemnastu lat przekreślam ten sam dzień
i czekam aż wrócisz
w słoiku trzymam nasze lato
zamknięte szczelnie
żeby nie wywietrzało
żeby nie zapomnieć
wciąż prasuję twoją apaszkę
układam w kostkę na krześle
i rozmawiam z fałdami
w radiu czasem grają naszą piosenkę
wtedy ściszam oddech
żebyś mogła dośpiewać
nie umiem wyprowadzić się z tęsknoty
więc mieszkam w niej
podlewam twoje kwiaty
i patrzę
czy urosną
siedemnaście zim bez ciebie
na moim zegarze stoi ta sama godzina
od kiedy zamknęłaś drzwi
i zabrałaś klucz
w moich włosach przybywa srebra
liczę je zamiast lat
każdy siwy to jedno lato
bez twojego śmiechu
wciąż kupuję mandarynki w grudniu
bo dzieliłyśmy je na cząstki
i na sekrety
na dnie kubka została twoja szminka
nie zmywam jej od piętnastu zim
żeby pamiętać jak smakujesz
nie umiem przestać czekać przy oknie
czasem wydaje mi się
że widzę cię w obcych twarzach
i macham
zanim znikniesz
herbata dla dwóch
w mojej szafie wisi twój sweter
ciepły od słów
których nie zdążyłyśmy dopowiedzieć