E-book
6.3
drukowana A5
37.85
Cisza na trzy zmiany

Bezpłatny fragment - Cisza na trzy zmiany

Poezja współczesna


Objętość:
168 str.
ISBN:
978-83-8455-332-9
E-book
za 6.3
drukowana A5
za 37.85

cisza na trzy zmiany

światło jarzeniówki liczy moje blizny

każda ma inny kształt głodu

i każda milczy kiedy pytają


ręcznik ma zapach cudzej skóry

myśli plączą się w warkocz

którego nikt nie chce rozczesać


za ścianą ktoś śpiewa kołysankę

bez melodii bez słów

tylko drżenie powietrza


lekarz mówi będzie dobrze

dobrze to słowo z zewnątrz

tu nie ma go w słowniku


patrzę na dłonie

uczę je być puste

bez tabletek bez lęku bez planu


w oknie kraty układają się w wiersz

czytany od końca

do początku którego nie pamiętam

powidok

zamieszkałam w naszym czerwcu

drzwi zostawiłam otwarte

i wciąż wietrzę nim pokoje


przeszłość jest miodem na języku

słodka i lepka

nie mogę przestać jej smakować


jestem zegarem bez wskazówek

bo czas zatrzymał się wtedy

gdy patrzyliśmy na siebie


noszę tamte dni w warkoczu

zaplątane z polnymi kwiatami

i nie rozczesuję ich na noc


świat za oknem jest przeciągiem

a ja chowam się głębiej

w miękki schron pamięci


mówią to już było

a ja wciąż jestem tam

gdzie twoja dłoń szukała mojej


żyję w powidoku twojego uśmiechu

i mrugam powoli

żeby nie zgasł

pokój numer cztery

lampy nie gasną nawet w nocy

sen przychodzi na receptę

a ja czekam aż przestanę się bać


pytają o imię

odpowiadam szeptem

bo głos zgubiłam w korytarzu


za drzwiami kroki pielęgniarki

odmierzają ciszę

która dzwoni w uszach


chciałabym dotknąć deszczu

ale szyba jest grubsza niż obietnice

i nie otwiera się od środka


piszę list do siebie

na serwetce przy śniadaniu

nie mam odwagi go przeczytać


mówią że wyzdrowieję

a ja nie wiem już co to znaczy

być cała

drzwi bez klamek

korytarz pachnie lekami i strachem

moje myśli chodzą boso po kafelkach

zimno w palce w stopy w zdania


mówią że tu bezpiecznie

a ja sprawdzam czy serce jeszcze bije

pod piżamą za dużą o trzy rozmiary


nocą ściany szepczą cudze sny

moje milczą od wtorku

od kiedy zabrali sznurówki


przez kratę w oknie niebo wygląda jak kartka

ktoś podarł ją na równe kwadraty

i kazał oddychać przez jeden


chciałabym płakać głośno

ale tu płacz ma limit czasu

i dawkę zapisaną na karcie


uczę się jeść widelcem bez zębów

uśmiechać się oczami które nie śpią

i liczyć dni które nie mają nazw

szew na lewą stronę

chodzę po ulicach jak pożyczona

chodniki są za wąskie

na mój krok

który zawsze spóźnia się o sekundę


próbuję ułożyć dłonie do modlitwy

palce nie trafiają w siebie

układają się w pytanie

na które nikt nie odpowiada


stawiam na stole kubek z herbatą

para unosi się za wysoko

omija mój oddech

i siada przy cudzym oknie


noszę płaszcz ze światła

jest prześwitujący

wszyscy widzą przeze mnie

a ja nie widzę ich


wieczorem kładę głowę na poduszce

sen przychodzi w cudzym języku

rozumiem każde słowo

i żadne nie jest do mnie

ten sam płomień

zapalasz się w mojej pamięci

bez zapałek

bez ostrzeżenia

i nie gasisz od lat


kładę dłonie na starym stole

drewno pamięta nasze łokcie

zostawia na skórze

ciepły ślad


próbuję przesadzić kwiaty w doniczce

korzenie wracają do tamtej ziemi

pachną tobą

choć podlewałam deszczem


noszę w portfelu bilet bez powrotu

z datą naszego śmiechu

kasownik go nie dotyka

bo jest nieważny dla świata


wieczorem liczę zmarszczki na lustrze

każda prowadzi do ciebie

nie umiem zabłądzić

choć minęło tyle dróg

słoik z latem

otwieram szufladę z zapachami

wypada z niej lipiec

jeszcze ciepły od słońca

i pachnie malinami


kładę na języku okruch rozmowy

rozpływa się wolno

słyszę tamten śmiech

który nie zdążył się zestarzeć


noszę w kieszeni bilet nad jezioro

brzeg wciąż jest na nim mokry

woda zostawia na palcach

dawny chłód


przymierzam sukienkę z wiatru

ma jeszcze twoje dłonie na plecach

obraca się sama

gdy puszczam muzykę z wtedy


wieczorem stawiam na parapecie słoik

zamykam w nim każdy zachód

patrzę jak świeci

i nie umiem go zgasić

pusty peron

w mojej torebce dzwonią

drobne z automatu do pepsi

i bilety skasowane

przez deszcz


na języku zostaje smak

gumy balonowej i pierwszych papierosów

próbuję go wypluć


ale wraca


wciąż mierzę tę samą sukienkę

kupioną za kieszonkowe

jest coraz ciaśniej

od wspomnień


nie umiem zgasić latarni

która świeciła na boisku po zmroku

pali się w moich oczach

co noc


i młodość która czeka

na spóźniony pociąg

i nie wsiada

bo nigdzie

nie chce jechać beze mnie

rewers

chodzę w sukience uszytej z dat

rozpruwa się na szwach

kiedy biegnę

za siebie


w szafce trzymam słoik

z powietrzem z sierpnia

odkręcam wieczko nocą

i oddycham płytko


nie umiem znaleźć drzwi

do pokoju gdzie miałam osiemnaście lat

klucz zardzewiał

w mojej dłoni


na ścianach wiszą cienie

ze śmiechu który nie wraca

dotykam ich palcem

i spadają

jak liście


w lustrze ktoś odwraca głowę

patrzy na mnie z tamtej strony

i nie chce oddać

mojej twarzy

przesyłka niedoręczona

w moich kieszeniach dzwonią drobne

z automatu z biletami na centralnym

kupuję za nie chleb

i wciąż jestem głodna

warszawy


na języku trzymam nazwę ulicy

z której wyprowadziłam się w pośpiechu

szeleści między zębami

jak zaschnięty liść

z łazienek


wciąż budzi mnie dźwięk tramwaju

jadącego przez noc na kawęczyńską

tutaj tramwaje śpią cicho

a ja nie


nie umiem zmyć z dłoni zapachu

porannej kawy z charlotte na placu zbawiciela

wcieram go w skórę

zanim wyjdę z domu

żeby nie pachnieć obco


w portfelu noszę zdjęcie

zrobione telefonem na dachu palmy

niebo jest tam niżej

i łatwiej dotknąć


w moich butach utknęły kamyki

z mostu świętokrzyskiego

uwierają przy każdym kroku

i prowadzą

pod prąd


warszawa wyrosła mi pod żebrami

rozpycha się kiedy oddycham

kaszle gołębiami z placu konstytucji

i nie pozwala

zapomnieć

skrzynka na listy bez adresu

w mojej szufladzie leżą okruchy

z ciasta które jedliśmy w sierpniu

nie wyrzucam ich

bo jeszcze pachną


na ramionach noszę ciężar

z sukienek suszonych na wietrze

tamto lato było lżejsze

ode mnie


wciąż słyszę śmiech

który został w muszli

przykładam ją do ucha

gdy jest za cicho


nie umiem zamknąć oczu

żeby nie widzieć polany

na której tańczyły świetliki

i nasze ręce


w telefonie mam zdjęcie nieba

z dnia który nie chciał się kończyć

przybliżam je nocą

i szukam siebie


wspomnienia rosną w moich żyłach

puszczają pąki

kiedy pada

i wtedy kwitnę

w środku zimy


nie umiem ich wyrwać

bez krwi

przeprowadzka która się nie odbyła

w moich włosach został zapach dymu

z ognisk nad wisłą

nie chce się wyczesać

choć minęły lata


na ścianach wieszam okna z widokiem

na plac zamkowy

otwieram je rano

i wpuszczam przeciąg


wciąż kupuję chleb na wagę wspomnienia

kruszy się w dłoniach

jak tamte kamienice


po deszczu

nie umiem zamknąć drzwi od szafy

bo wysypie się z niej pole mokotowskie

i cały czerwiec

który nie zdążył


w telefonie mam numer do nikogo

wybieram go nocą

i słyszę sygnał

z budki na powsińskiej


warszawa trzyma mnie za nadgarstek

czasem puszcza

na chwilę

żebym uwierzyła

że jestem wolna

wiersz pisany chodnikiem

w moich butach został warszawski pył

z marszałkowskiej

nie strzepuję go

bo wtedy bym zniknęła


na obcym niebie szukam iglicy

palec rysuje ją w chmurach

wiatr zdmuchuje

zanim skończę


wciąż słyszę jak nocą dyszy metro

przejeżdża mi przez sen

i wysiada

na stacji której nie ma


nie umiem zaparzyć milczenia

jakie kapało z kranu na żoliborzu

herbata smakuje obco

i stygnie za szybko


w dłoni trzymam kasztan z saskiego

już nie kiełkuje

ale ciąży

jak obietnica


warszawa siedzi w moich żebrach

czasem puka od środka

żebym przypomniała sobie

jak się

oddycha

słoik z sierpniowym światłem

w mojej piwnicy stoi lato

zakręcone w słoiku

otwieram je w lutym

i oddycham


na ścianie rośnie winorośl z tamtych dni

każdego roku ma więcej cienia

zamiast owoców


wciąż noszę kolczyki z muszelek

szumią twoim głosem

gdy kłamałyśmy że morze

jest w każdej z nas


nie umiem wyrzucić kartki z kalendarza

na której pisałyśmy plany

do dziś jest dziś

i nigdy nie ma jutra


w szufladzie trzymam bilety do cyrku

gdzie śmiałyśmy się do łez

klaun płacze teraz za szybą

i nikt nie klaszcze


piękna przeszłość śpi w moim swetrze

grzeje mnie od środka

i drapie

jak wspomnienie

które nie chce

odejść

muzeum zamknięte w poniedziałek

w moim kredensie śpi porcelana

którą tłukłyśmy ze śmiechu


teraz cała

i nikt jej nie dotyka


na strychu wiszą sukienki z wiatru

przymierzam je po ciemku

żeby nie widzieć

jak są za duże


wciąż zbieram kasztany w październiku

choć już nie masz kieszeni

kładę je na parapecie

i czekają na zimę


w radiu grają piosenkę

którą znałyśmy na pamięć

nucę tylko moją część


twoja wisi w powietrzu


nie umiem zdjąć plakatu ze ściany

koncertu na który poszłyśmy

bilety wyblakły

a data wciąż świeci


piękna przeszłość mieszka pode mną

stukam w podłogę obcasem

ona odpowiada

echem

i nie otwiera

drugie miejsce przy oknie

w mojej torebce noszę bilet

skasowany piętnaście razy

donikąd


na parapecie stoi kubek

z twoim odciskiem palca

dolewam do niego milczenie

żeby nie wyparowało


wciąż śpię na lewej stronie łóżka

prawa jest twoja

chłodna

i nie wybacza


w kalendarzu przekreślam daty

które nie należą do nas

a i tak wracają

jak bumerang


nie umiem oddać książki

którą pożyczyłaś mi na zawsze

zakładką jest twój włos

i urwana rozmowa


w lustrze przybywa mi siwych nitek

liczę je twoim głosem

żeby nie zgubić rytmu


byłaś przyjaciółką

teraz jesteś przeciągiem

który zamyka za mną drzwi

i zostawia

otwarte

okno

popiół z tamtych kalendarzy

w moim lustrze mieszka dziewczyna

która ma twoje oczy

i moje zmarszczki


nie umiem wyrzucić starych gazet

bo między stronami śpią nasze niedziele

i zapach rosołu

który gotowałyśmy na pół


wciąż noszę zegarek bez wskazówek

zatrzymał się gdy wyszłaś

po chleb

i nie wróciłaś


na balkonie schnie twoja sukienka

od lat nie pada deszcz

więc nie ma po co jej zdejmować


dawne lata śpią w mojej torebce

czasem brzęczą drobnymi

jakby chciały kupić bilet

na powrót

do nas

pokój numer piętnaście

na mojej szyi wisi brelok do klucza

którego nie ma

od piętnastu zim noszę go


żeby drzwi do ciebie nie zarosły

na strychu składuję nasze obietnice

pudła opisane twoim pismem

i moim drżeniem


wciąż zamawiam kawę z mlekiem

dla ciebie

choć piję sama

i stawiam drugą filiżankę


przy oknie gdzie siadałyśmy

żeby liczyć ptaki

i pierwsze siwe włosy


nie umiem zamknąć tej historii

więc dopisuję ją co noc

na poduszce

gdzie śpi

twoja nieobecność

pudełko po siedemnastu latach

w moim kalendarzu zatrzymał się listopad

od siedemnastu lat przekreślam ten sam dzień

i czekam aż wrócisz


w słoiku trzymam nasze lato

zamknięte szczelnie

żeby nie wywietrzało

żeby nie zapomnieć


wciąż prasuję twoją apaszkę

układam w kostkę na krześle

i rozmawiam z fałdami


w radiu czasem grają naszą piosenkę

wtedy ściszam oddech

żebyś mogła dośpiewać


nie umiem wyprowadzić się z tęsknoty

więc mieszkam w niej

podlewam twoje kwiaty

i patrzę

czy urosną

siedemnaście zim bez ciebie

na moim zegarze stoi ta sama godzina

od kiedy zamknęłaś drzwi

i zabrałaś klucz


w moich włosach przybywa srebra

liczę je zamiast lat

każdy siwy to jedno lato

bez twojego śmiechu


wciąż kupuję mandarynki w grudniu

bo dzieliłyśmy je na cząstki

i na sekrety


na dnie kubka została twoja szminka

nie zmywam jej od piętnastu zim

żeby pamiętać jak smakujesz


nie umiem przestać czekać przy oknie

czasem wydaje mi się

że widzę cię w obcych twarzach

i macham

zanim znikniesz

herbata dla dwóch

w mojej szafie wisi twój sweter

ciepły od słów

których nie zdążyłyśmy dopowiedzieć

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.3
drukowana A5
za 37.85