E-book
27.3
drukowana A5
41.57
Ciocia Stasia

Bezpłatny fragment - Ciocia Stasia


4.7
Objętość:
65 str.
ISBN:
978-83-8221-788-9
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 41.57

Część pierwsza

Mati zawsze był niezwykle uczynny, nigdy nie odmawiał pomocy nikomu. Jeśli przyszła do niego stara Krystyna z dołu z prośbą o wyniesienie śmieci, zrobienie zakupów czy zaopiekowanie się jej kotami podczas gdy ona będzie się modlić w intencji ofiar smoleńskich ze swoimi nawiedzonymi koleżankami z lokalnej parafii, nigdy nie odmawiał. Z jednej strony nawet go trochę podziwiałem, ale ten debil dawał się każdemu perfidnie wykorzystywać. Połowa tegorocznych magisterek wyszła spod jego pióra, skubany uratował dupska praktycznie całemu swojemu rocznikowi. Nawet ekspedientka w monopolowym przestała mu wydawać resztę po tym jak nagadała mu bajeczek jaka to ona jest biedna i ma ósemkę głodujących dzieci. A ten idiota nie tylko jej uwierzył, ale i zaproponował swoją kandydaturę na darmową niańkę. No ja pierdole. Nie mniej jednak na tym wszystkim cierpiał tylko on sam, więc w sumie miałem na to wyjebane. Ale ostatnio przeszedł kurwa samego siebie. Zadzwoniła do niego matka i płaczliwym głosem oznajmiła, że jego ciotka, którą swoją drogą widział raz w życiu, w wieku pięciu lat, wyszła ze szpitala i nie ma gdzie się podziać, a ona nie ma serca wysyłać jej do domu starców. Więc wpadła na świetny pomysł, żeby cioteczka przez jaki pomysł pomieszkała z nami, nim wymyślą z ojcem humanitarny sposób jak się jej pozbyć. Całą rozmowę słyszałem wyraźnie, Mati puścił mamę na głośniku bo akurat golił jajka przed randką (btw, i tak nie poruchał), więc natychmiast zacząłem dawać mu do zrozumienia, że przygarnianie jakiejś obłąkanej starszej kobiety do naszej kawalerki to najgorszy pomysł na świecie. On jednak chyba źle zinterpretował moje wymachy rękami i gwałtowne kręcenie głową bo z uśmiechem zgodził się na plan matki, mało tego, stwierdził, że nie muszą się śpieszyć z szukaniem jej nowego lokum bo mamy idealne warunki mieszkalne na trzy osoby. Zapomniał dodać, że mamy kurwa jedno łóżko małżeńskie, a na podłodze nie ma miejsca nawet na materac, nawet gdyby pozbyć się ten rocznej warstwy puszek bo perle i redbullu. Tłumaczył się potem, że nie chciał martwić mamusi i zapewnił, że nie będzie tak źle. Poniekąd miał rację, było jeszcze gorzej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

Ta obłąkana starucha przybyła do nas w niedzielę, pamiętam bo akurat wracałem z popołudniowego spotkania z ziomeczkami na mieście, kiedy wpadłem na Matiego pod klatką. Od razu do mnie podbija i mówi, że nasz gość już przybył, ale jest pewien problem. Byłem już na dość zaawansowanym etapie rozważania przeprowadzki, ale stwierdziłem, że na razie się wstrzymam i nie dam się wykopać z własnego mieszkania. No może nie tak do końca własnego, ale jebać. W każdym razie udając ekscytację pytam się mojego współlokatora w czym rzecz. Okazało się, że bidulka ma coś z biodrem i tak w sumie to ledwo może chodzić, więc wejście na trzecie piętro na którym mieszkaliśmy jest ponad jej możliwości. Wciąż próbując utrzymać kąciki ust w górze pytam Matiego jak chce to rozwiązać. Zmieszał się trochę, ale wreszcie wydukał, że no tak w sumie to muszę ją tam wnieść bo on ma problemy z kręgosłupem, ortopeda, te sprawy, a windy w naszym bloku nie doświadczysz. Z początku myślałem, że żartuje, dopiero jego poważna mina uświadomiła mi, że ten pojeb naprawdę oczekuje ode mnie, że wtargam jego niedołężną ciotkę na trzecie piętro. „Pojebało Cię” mówię, na co ten zaczyna ryczeć, że obiecał mamie i w ogóle on chce pomóc bla bla bla, dalszej części nie szło zrozumieć, tak się chłopak zasmarkał. Teatralnie westchnąłem i podniosłem go z ziemi pytając gdzie niby jest ta jego ciotunia. Po trzeciej paczce chusteczek dowiedziałem się, że zostawił ją u sąsiadki, żeby nie marzła na klatce. Zostawiłem go tam, żeby się jako tako ogarnął i wszedłem do naszego bloku. Nieźle zażenowany pukam do Krystyny i mówię, że przyszedłem odebrać Stasię (tak nazywała się ta wiedźma). Otworzyła w ułamku sekundy i niemal z płaczem kazała mi zabrać tego diabła z jej mieszkania. Nie zdziwiło mnie to zbytnio, Krysia miała skłonność do nazywania w ten sposób każdego kogo w niedzielę nie zobaczyła na mszy, albo przyłapała na chlaniu wódy pod blokiem w Wielki Post. Jednak mimo wszystko nie wyglądało na to, że ciotka Matiego dopuściła się którejś z tych rzeczy, więc pytam co się stało, bo wygląda jakby ktoś jej powiedział, że zjadł mięso w Wielki Piątek. „ZABIEERZ JOOOOO” wydarła się, a ja już nieco zaniepokojony wchodzę do jej mieszkania poszukując tego diabła o którym mówiła. Znalazłem ją w salonie, siedziała z nogami na małym stoliczku i oglądała relację z dzisiejszej mszy, którą Krystynka zdążyła już zgrać na DVD i pewnie już obejrzeć kilka razy. Szczerze — pierwsze wrażenie nie było takie złe, ot trochę gruba starsza pani, koło siedemdziesiątki, w ubraniach, które w latach pięćdziesiątych były pewnie krzykiem mody. Klasyczny bordowy berecik na niemalże łysej głowie, twarz poznaczona zmarszczkami tak bardzo, że oczy wyglądały jakby miały jej zaraz wypaść z oczodołów, orli nosek i pozioma kreska ust, spod której wystawały nieśmiało czubki ostatnich zębów. Do tego całkiem schludny staroświecki płaszczyk, sraczkowata spódnica i jakaś prototypowa wersja kozaków na nogach. Całkiem niepozornie. Uśmiecham się ostatkiem sił. „Dzień dobry, nazywam się Anon i jestem kolegą Mateusza. Przyszedłem panią zabrać do nas na górę”. Spojrzała się obojętnie i wróciła do oglądania mszy, ksiądz akurat mówił coś o poświęceniu dla innych i priorytecie czynienia dobra. Kurwa, jak idealnie pasujące do mojej sytuacji. Bycie uczynnym człowiekiem zdążyło mi już zbrzydnąć. Dobry kwadrans minął nim przekonałem Krystynę by pomogła mi wynieść Stasię z mieszkania. Wzięła ją za nogi, ja chwyciłem za ramiona od dołu i jakimś cudem udało nam się wydostać ją na klatkę. Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, nasza kochana sąsiadka trzasnęła drzwiami i zamknęła się na wszystkie zamki, a ja zostałem na klatce sam z diabłem. To znaczy wtedy jeszcze jej tak nie nazywałem, a to Krystynowe przezwisko nadałem jej później. Nie mniej jednak sytuacja nie była kolorowa. Mati gdzieś spierdolił, na pomoc sąsiadki już raczej liczyć nie mogłem. Jedyne co mi pozostało to wnieść tą padlinę do mieszkania, gdzie wreszcie będę miał z nią spokój. Chwyciłem ją mocniej i zacząłem ciągnąć po schodach, co musiało wyglądać dość komicznie bo skubana ważyła naprawdę niemało i jej serdelkowate nogi obijały się bezwładnie o kolejne stopnie. W połowie drogi zaczynałem już na poważnie rozważać samobójstwo. Zrzuciłem z siebie bluzę, po którą miałem zamiar później wrócić i ostatkiem sił dociągnąłem to cielsko na trzecie piętro. Grzebię w kieszeniach i z przerażeniem stwierdzam, że nie mam kluczy. Z nadzieją zaczynam napierdalać w drzwi, ale Matiego oczywiście nie ma, pewnie wciąż ryczy na ławce przed blokiem. Usadzam Staśkę pod ścianą, mówię, żeby się nigdzie nie ruszała (XD) i że zaraz wrócę. Spocony i skrajnie wycieńczony (zero sportu i same fast foody ehhh) zbiegam po schodach i udając astmatyka wybiegam przed blok. Ku mojemu przerażeniu stwierdzam, że Matiego nigdzie nie ma. Obchodzę blok. Nic. Monopolowy. Nic. Kurwa. Ostatkiem sił doczołguję się z powrotem do bloku, po drodze planując szczegółowo morderstwo tej spierdoliny, która skazała mnie na tak okrutny los. Sam pewnie poszedł się najebać na mieście, pękając z dumy jak pięknie udało mu się mnie wyruchać. Już prawie dochodzę do klatki, kiedy widzę znajomą sylwetkę na horyzoncie. Już otwierał mordę kiedy moja pięść nawiązała bliższy kontakt z jego zębami. „Gdzie ty do chuja byłeś? Wiesz co ja tu przeżyłem?” drę się ochrypłym głosem. „Poszedłem odebrać jej bagaż, który zostawiła w taksówce” zaczyna szlochać (jak się później okazało ta walizka była zupełnie pusta), czym ostatecznie mnie uspokaja. Kładę się obok niego i leżymy na chodniku jak dwaj bezdomni, jeden wyglądający jakby miał zaraz wypluć płuca i drugi, zanoszący się tak przejmującym płaczem, że nawet Krystyna otworzyła na chwilę okno, by sprawdzić co się dzieje. „Gdzie ona jest” pyta wreszcie Mati. „Zostawiłem ją pod naszymi drzwiami bo kluczy zapomniałem” mówię mu. A ten jak się nie zerwał „POJEBAŁO CIĘ KURWA? PRZECIEŻ ONA SIĘ ZARAZ SPIERDOLI ZE SCHODÓW” zaczął drzeć mordę tak głośno, że cały blok pozamykał okna. Taki stan był u niego dość niespotykany, więc wyciągnąłem telefon i zacząłem nagrywać całą sytuację, żeby mu w urodzinki wstawić na tablicę. Wkurwiony, zakrwawiony i zapłakany zaczął wspinać się na górę, a ja chcąc nie chcąc ruszyłem za nim, wciąż ściskając w łapie moją prehistoryczną Xperie. W połowie drogi usłyszałem jego krzyk „ANON KURWA MÓWIŁEM, ŻE SIĘ SPIERDOLI”. Nagle wróciły mi siły i chowając fona z powrotem do kieszeni, z prędkością światła pokonałem kolejne piętro. Na samym środku przejścia, pomiędzy mieszkaniami leżała Stasia, cała we krwi i szczynach. Wyglądało na to, że potknęła się o stopień i z całej siły przyjebałą łbem o beton. Mati stanął nad nią i już zaczynał reanimację, kiedy otworzyła oczy. Spojrzała na nas obojętnie i jak gdyby nigdy nic wstała, Drapiąc się po głowie otworzyła drzwi do naszego mieszkania i wcisnęła się do środka. Wtedy uświadomiłem sobie, że klucze miałem w bluzie którą zrzuciłem z siebie po drodze. Spojrzałem przerażony na Matiego, który był nie mniej zdziwiony i zesrany ode mnie. Wyglądał jak gówno, cały ryj we krwi i glutach, ubranie brudne od ziemi… Kurwa nic tylko jebnąć profilówkę. Zamroczeni weszliśmy do naszej kawalerki. Stasia beztrosko drzemała sobie na naszym łóżku, śliniąc moją poduszkę i plamiąc pościel krwią, która cały czas płynęła z jej łba po bliskim spotkaniu z betonem. W całym pokoju jebało szczynami tak, że ledwo dało się oddychać. Obaj byliśmy tak wyczerpani, że zamknęliśmy drzwi i skuliliśmy się na podłodze idąc spać z nadzieją, że gdy się obudzimy, okaże się, że to wszystko było tylko złym snem. Cóż, nie było. Kiedy wstaliśmy, cali spoceni i wciąż kurewsko brudni, Staśka leżała sobie na łóżku z szeroko otwartymi oczami i patrzyła się na nas pustym wzrokiem. „Kurwa, więc to nie był sen” westchnął Mati, który wreszcie zrozumiał jak wielki błąd popełnił. W ogóle od tamtego feralnego dnia stał się kurewsko wulgarny, co było do niego zupełnie niepodobne. „Rychło w czas się ogarnąłeś kurwa” mówię mu i podnoszę się z podłogi. Poszliśmy się ogarnąć, w międzyczasie przypominając sobie o rozjebanej głowie naszej nowej współlokatorki i opatrzyliśmy ją, obmywając ranę resztką piątkowej wódy i owijając cały łeb papierem toaletowym. Wyglądała upiornie, ale przynajmniej nie przeszywała nas już tym mrożących krew w żyłach wzrokiem. Siedliśmy na krzesłach i zaczęliśmy myśleć co robić dalej. To znaczy jak wypierdolić ją z naszego mieszkania w jak najmniej brutalny sposób. Kazałem Matiemu zadzwonić do matki i powiedzieć, że może sobie ją zabrać, ale ten jebany aniołek stwierdził, że głupio by mu było i żeby poczekać z tym chociaż tydzień. A ja, idiota się na to zgodziłem. Tak rozpoczął się najgorszy tydzień mojego dotychczasowego życia.

Zacznijmy od tego, że ta starucha udawała przy nas sparaliżowaną, a kiedy tylko spuściliśmy ją z oczu odpierdalała jakieś dzikie akcje. Już pierwszego dnia jej pobytu u nas urządziła obchód po wszystkich mieszkaniach w bloku z mordą owiniętą zakrwawionym papierem toaletowym. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero dwa dni później od Krystyny, która prawie zeszła na zawał, gdy zobaczyła ją przez wizjer. A potem jak gdyby nigdy nic wróciła do mieszkania, gdzie zastaliśmy ją z Matim po powrocie ze sklepu, w którym robiliśmy zapasy na ten ciężki tydzień. Leżała sobie w łóżku i oglądała coś na przenośnym DVD, które Mati skołował od któregoś ze swoich ziomków, bo na telewizor oczywiście nas stać nie było. Inna sytuacja — wyszliśmy kiedyś na jakąś imprezę, upewniając się, że drzwi i okna są dobrze zamknięte i nasza lokatorka nigdzie nie spierdoli. Gdy wróciliśmy odkryliśmy, że jakimś cudem udało jej się sforsować zamek i wyjść z bloku. Znaleźliśmy ją w połowie drogi do apteki, gdzie chciała uzupełnić zapasy ibupromu, który wpierdała jak cukierki. Potem tłumaczyła się łamiącym głosem, że ją porwali i porzucili na ulicy. Apropos ibupromu, ta pojebana starucha była od niego uzależniona. W zasadzie to ogólnie od leków, ale ibuprom był jej kurwa ulubionym. Wsypywała sobie całe paczki do szklanki i żarła to jak mmsy, zapatrzona w jeden z filmów, które Mati wypożyczył razem z DVD. A kiedy próbowaliśmy jej je wyrwać to wsypywała sobie całość do mordy nim zdążyliśmy cokolwiek zrobić. Po jakimś czasie daliśmy sobie spokój, po cichu modląc się, żeby to przeżyła. Kiedy nie widziała w zasięgu wzroku pełnego opakowania, darła mordę tak głośno, że sąsiedzi chcieli niejednokrotnie dzwonić na bagiety, żeby ją wreszcie zabrali. Ledwo udało nam się wszystkich przekonać, by wytrzymali ten jebany tydzień. Nauczyliśmy się dwóch rzeczy — żeby nigdy nie zostawiać jej samej i zawsze mieć zapas ibupromu pod ręką. Drugiej nocy spędzonej u nas obudziła się koło drugiej i zeżarła wszystkie zapasy jakie mieliśmy, po czym zaczęła się drzeć, że chce więcej. Tak się pechowo złożyło, że zarówno ja, jak i Mati byliśmy tak najebani, że totalnie ignorowaliśmy jej dzikie okrzyki i spokojnie sobie drzemaliśmy na podłodze, przy samych drzwiach (na wszelki wypadek, gdyby coś jej odjebało i chciała wyleźć w środku nocy). Kiedy zobaczyła, że jej wrzaski nie robią na nas żadnego wrażenia, wzięła telefon i zadzwoniła pod 997 rycząc do słuchawki, że ibuprom jej się skończył i chce więcej. Na szczęście wzięli ją za śmieszka i kazali spierdalać. Znaczy nie wiem czy tak do końca na szczęście bo wkurwiła się tak, że słychać ją było na całym osiedlu (wiem, bo koleś, który mieszka dwie ulice dalej opowiadał później, że słyszał ryk niedźwiedzia w środku nocy). Podnieśliśmy głowy i zamroczeni obserwowaliśmy bieg wydarzeń. Zaczęła rzucać się po całym pokoju, drąc jape i machając rękami. Rozjebała krzesło i DVD, za które Mati musiał później płacić niemałą sumkę, a potem przez dobre parę minut waliła rękami w szybę, po tym jak zobaczyła jak dobrze strzeżone są drzwi. Na szczęście rozbolała ją chyba ręka bo szybko się poddała. Wpadła za to na inny pomysł. ZACZĘŁA SZCZAĆ. Po całym kurwa pokoju. Łóżko, stół, ściany, wszystko w szczynach. Potem chyba się trochę uspokoiła i poszła spać. Kiedy następnego dnia z Matim łączyliśmy w jedną całość wszystkie nasze przebłyski wspomnień z tego co się działo tamtej nocy, zgodnie doszliśmy do wniosku, że mimo wszystko dobrze się złożyło, że nie musieliśmy tego oglądać. Cały pokój wyglądał jak jebane pole bitwy, wszędzie walały się drzazgi z rozjebanego krzesła, oczywiście jebało szczynami tak mocno, że przez następne pół roku nie zamykaliśmy okna, no i na dodatek wyszło na jaw rozpierdolone DVD. A Stasia siedziała zadowolona z siebie na łóżku i gapiła się na nas tym swoim spojrzeniem Macierewicza. Nawet Mati już powoli miał dość. A to nie był koniec.

Prawdziwa zabawa była z jedzeniem. Stasia okazała się prawdziwym francuskim pieskiem i nasza dieta, złożona głownie z kebsów i zupek chińskich nie przypadła jej do gustu. Zadowoliła się dopiero żarciem z lokalnej garmażerki, gdzie wykupiliśmy sobie tygodniowy abonament na pierogi ruskie. Trzeba przyznać, apetyt to ona miała niezły, wpierdalała po dwadzieścia pierogów dziennie. Znaczy tak nam się wydawało, bo jak się później okazało, ta pojebana kobieta chowała część na później. Dosłownie — wciskała pomiędzy fałdy tłuszczu, kitrała po kieszeniach, ogólnie upychała te jebane pierogi wszędzie gdzie tylko można było. Do dziś je znajdujemy, upchane za oparciem łóżka, wciśnięte pod materac, zmagazynowane po zewnętrznej stronie parapetu.

Tak się niefortunnie złożyło, że w tamtym okresie zarywałem do jednej loszki, z ryja 7/10, z charakteru max 4/10, ale desperacja robi swoje. Byliśmy umówieni na czwartek, więc mówię do Matiego, że musi zostać ze Stasią, bo ja idę poruchać. Zrobił przerażoną minę i wyznał, że on dzisiaj też miał plany i niespecjalnie wchodzi w grę ich zmiana. A jak się już nauczyliśmy, zostawianie tego demona samego to bardzo, bardzo zły pomysł. Pozbawieni innych możliwości udaliśmy się do Krystyny. Kiedy usłyszała naszą błagalną prośbę, zatrzasnęła nam drzwi przed nosem i mruknęła, że idzie na spotkanie kółka różańcowego. Popatrzyliśmy z Matim na siebie i wymieniliśmy porozumiewawcze uśmiechy. Godzinę później odstawiliśmy Stasię na zakrystię, z miesięcznym zapasem ibupromu, prosząc proboszcza, żeby w miarę możliwości miał na nią oko i radośnie poszliśmy każdy w swoją stronę. Niestety, z randki nic nie wyszło, jak się okazało ta głupia cipa kompletnie o niej zapomniała, więc samotnie skoczyłem na kebsa (cienkie+mieszane+czosnkowy <3). Już w drodze do kościoła wiedziałem, że coś nie gra. Wywnioskowałem to z czterech radiowozów i dwóch karetek pogotowia stojących na kościelnym parkingu. Biegiem ruszyłem na zakrystię, przepychając się przez ciekawski tłum. Po drodze wpadłem na Matiego, który był równie przerażony co ja i razem wbiliśmy się do środka, gdzie proboszcz kończył właśnie zeznawać przed jakimś gliną z notesikiem. Obaj mieli miny podobne do tej, którą miała Grażynka, gdy otworzyła mi drzwi, gdy chciałem odebrać Staśkę. Opiekun Stanisławy był na dodatek cały w rzygach i czymś co podejrzanie przypominało mocz zmieszany z krwią. Gdy tylko nas zobaczył zaczął uciekać, po drodze wrzeszczeć na cały kościół „TO ONI, TE MAŁE DIABŁY AAAAGHHH”. Glina podszedł do nas i kazał się zabierać, zapewniając, że odstawią naszą podopieczną bezpiecznie do mieszkanka. Do dziś nie wiemy co ta pojebana starucha tam odjebała, na wyobraźnię działa jedynie fakt, że po tym zdarzeniu w kościele przez pół roku nie odbywały się msze, do czasu, aż odprawiono jakieś egzorcyzmy. Pisali o tym w gazetach, choć nigdzie nie mówiono co spowodowało taki stan rzeczy. Zgodnie stwierdziliśmy, że lepiej o tym nie rozmawiać i liczyć na to, że parafianie nie skojarzą nas z tymi wydarzeniami. Skojarzyła za to Krystyna, która nie odzywa się do nas po dziś dzień. A Stasia rzeczywiście trafiła do nas bez szwanku, z upiornym uśmiechem do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić i kilkunastoma pudełkami po ibupromie, który wpierdoliła.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 41.57